Jest to sobie kilkanaście
domków brudnych i odrapanych srodze, jakby wysilano się umyślnie,
aby stworzyć rzecz brzydką aż do obrzydliwości.
Tu już gromadzą się wszyscy pątnicy i łączą w kompanie.
Czekaliśmy z godzinę, nim się pościągali. Wozów idących z rzeczami
i ludźmi jest 76. Mój furman, który się podjął mnie nawet zawieźć
do miejsca za 10 rubli, zabiera mnóstwo tobołków. Płacą od
zawiniątka po 30, a najwyżej po 50 kop. za całą drogę. Zapłaciłem
frycowe, bo się teraz dowiaduję, że można jechać z rzeczami za 3
ruble. Wozy stoją wyciągniętym sznurem z boku szosy, a ludzie
porozkładali się obok krzyża, gdzie kto mógł. Karczma przepełniona,
ale właściciel chodzi kwaśny.
- Ruch ogromny, narodu jak śledzi w beczce! - mówię mu dla
zabicia czasu.
- I! panie kochany: praska kompania to same chamstwo.
Herbatą się szprycuje hołota!
- Wolałbyś pan warszawską?
- Czybym wolał! Panie kochany, przez godzinę 50 antałków
piwa, milion wódek! - woła z uniesieniem, i tłuste policzki
napływają mu krwią miłego przypomnienia.
Nie słucham więcej i wychodzę, bo pod krzyżem ma przemowę
starszy brat, ten, co prowadzi pielgrzymkę i ma najwyższą, bo
decydującą władzę nad wszystkimi.
Stoję tak daleko od niego, że prawie nic nie słyszę. Widzę
tylko płową czuprynę, twarz szarawą i giestykulacyę jakąś
tragiczną; musi mówić głośno, dobitnie, i trafia do serc, bo
chwilami przelatuje szmer westchnień, tłum się zakołysze, jakiś jęk
się zerwie, to oderwane dźwięki płyną - i znowu stoję w ciszy,
zasłuchany w falowanie tego morza ludzkiego...
I stoją tak kupą wielką, w obramowaniu nędznych domostw i
suchotniczej, zbrudzonej roślinności - sami nędzni, pokrzywieni
ciężką pracą, zmiętoszeni niby łachman codzienną, twardą nędzą,
pookrywani zaledwie. Słońce blade światło jakby przez sito rozlewa
po odkrytych, konopiastych, zwichrzonych i rzadko czesanych
grzywach, a zimny wiatr zawiewa z boku i szczypie ich chłodem po
bosych nogach. Patrzę na nich i pytam siebie: co im każe rzucić
dom, dzieci, gospodarstwo, zarobek, zawsze pewną miskę kartofli,
łóżko i pierzynę i iść mil kilkadziesiąt o suchym chlebie, sypiać
po drogach, znosić trudy niewypowiedziane życia koczowniczego?...
Cóż to jest za siła, która ich porywa z gniazda i rzuca w
różnorodny, taki sam tłum, i wlecze, i odprowadza?...
Jeszczem sobie nie odpowiedział, a tłum się już zakołysał,
poruszył do odejścia i zaśpiewał donośnie: - "Kto się w opiekę odda
Panu swemu!..."
No, i już idziemy, naprawdę idziemy białawym szlakiem szosy,
wskroś wielkich pól, poznaczonych kominami. Wiatr targa włosami i
powiewa białym woalem jakiejś "siostry", niby sztandarem. Długi,
zlewający się aż pod Raszynem w czarniawą masę, szereg topoli o
czerwonawych młodych listkach, szepcze gałązkami. Ptaki uciekają
przed nami w pola, a wystraszone skowronki spadają niby kule w
zboża zielone i milkną. Chłodno jest, niebo szare, pełne - niby
góry śniegowe spiętrzonych obłoków. Spokój jest coraz większy, bo
coraz dalej jesteśmy miasta, tylko pieśń go mąci szerokim rytmem i
rozbrzmiewa echami po zieleni zbóż:
Na lwa srogiego bez obawy wsiędziesz,
I na ogromnym smoku jeździć będziesz...
Śpiewają wszystkie piersi, i wszystkie serca zdają się kłaść
całą wiarę w te słowa, i wszystkie dusze zdają się chwiać i zlewać
z sobą, w tej szerokiej, pełnej niezmiernie mocnych dźwięków pieśni
trzystoletniej.
- To jest cementem, który ich spaja i jednoczy - myślę,
przepatrując twarze.
Chciałbym znaleźć twarz jaką znajomą. Niema nikogo. Pieśń ta
ogólna, razem śpiewana, kończy się. Starszy brat intonuje inną, ale
równocześnie zaczyna brzmieć dziesięć co najmniej śpiewów o
odrębnej melodyi. Teraz widać, że to olbrzymie ciało nie ma
głównego i jedynego środka: ma ich kilkanaście; widać setki gromad,
idą swojacy przy swojakach, parafiami, wsiami, ba! nawet powiatami
i zawsze się któś wysuwa na czoło, rozkłada książkę i intonuje
pieśń nową. Powstaje z tego taka kakofonia, taki galimatyas srogi,
że słuchać niepodobna; lament tych głosów tworzy okropnie brzęczący
wir, który bije niemiłosiernie o mój słuch, niby jakiś ostry i
chrapliwy klekot. Wyprzedzam - i idę o jakie pół wiorsty naprzód, a
spostrzegłszy tu "siostrę" woalową, jak w białych ciżemkach
spaceruje tęgim kłusem, dopędzam ją i z kapeluszem w ręku pytam się
o coś.
"Siostra" dragońskim głosem i ze staromiejską słodyczą prawi
mi impertynencyę. Kłaniam się i odchodzę, ale zaraz przystępuje do
mnie jakiś "brat praski", owinięty w drelichy, z sakwojażem przez
ramię, z manierką na wódkę z jednego boku, a z garnuszkiem - z
drugiego, i pyta ochrypłym od pożegnań prawdopodobnie głosem:
- Brat do Częstochowy?
- Tak, panie.
- Pójdziemy razem.
- Idziemy przecież wszyscy razem, - odpowiadam, z zajęciem
przeglądając jego twarz, doskonale poznaczoną śladami
przyjacielskich rozmów.
- Brat pewnie z Warszawy?
- Tak, panie, z Warszawy.
- Niech brat sobie w nos schowa to "panie!" Tu są wszyscy
bracia i siostry - mówi energicznie, a wreszcie zapytuje bez
wstępu:
- Brat jakiej profesyi?
Zachłysnąłem się trochę, ale jakoś udało mi się nie
odpowiedzieć, a on obejrzał starannie moją okrywkę, torbę przy boku
pomacał, dotknął się butów i nóg moich.
- Nie dojdzie brat. Z takiemi nogami to można się kazać na
Pradze przetopić i odwiźć do Warszawy, ale nie iść do
Częstohowy!... Paliwa dużo brat niesie?... A fajgli?
Podałem mu śpiesznie cygaro. Obciął zębami, zapalił,
wciągnął masę dymu w płuca, wypuścił, i jakoś miękko rzekł:
- Co najmniej - dychowe! Ho! ho! brat musi być nie byle
profesyant!
Przełożyłem zdenerwowanie nad możebne zniknięcie paliwa i
owych fajgli, więc się łączę z kompanią. Ogromnie prędko idą. Kto
śpiewa, to śpiewa, a reszta gawędzi z cicha. Słyszę najrozmaitsze
szczegóły o gospodarstwie, wsiach; ceny zboża zdają się ich
najwięcej interesować. Na wszystkie strony krzyżują się zapytania:
Skąd brat? skąd siostra? Przeciągły, śpiewający akcent miękki -
dominuje. Widzę głowy twarde, czoła nizkie, profile jakby dzikie, a
spojrzenia niezmiernie jasne, o dziecięcym wyrazie. Spoglądają na
mnie nieufnie, i gdy się chcę wmieszać do rozmowy - milkną i
śpiewać zaczynają.
Odchodzę zły na ten głupi kostium, który mnie wyodrębnia
widocznie, i na tę kulturę, która tak mnie przypiłowała, że nie
umiem znaleźć słowa, ani pojęcia prostego i naturalnego, aby się
niemi włamać do ich dusz. Próżno szukam twarzy i ubiorów innych;
nic, tylko samodziały, od krwistych - bordo aż do piaskowych. To
morze głów męskich i kobiecych w chustkach szarych, czerwonych,
żółtych, ponsowych, tworzy ruchomą falę barw pierwiastkowych,
zmieszanych razem. Dopiero pod Raszynem spostrzegłem zdaleka trzy
postacie, odrzynające się od tła jaskrawego, trzy głowy w
słomianych ogromnych kapeluszach, okręcone białemi woalami. Szły
razem i co chwila mi zapadały w gąszczu głów; tylko czasami, przez
przerwy, jakie się robiły w tłumie, spostrzegałem postacie wysmukłe
i proste, ale wnet zalewała mi je fala ludzka.
Pragnąłem je odszukać i nie mogłem.