Pielgrzymi - Sofía Segovia

-
Proszę czekać

4. Złote opowieści

-Nein, Ilse.

Nie było mu łatwo odmó­wić dziew­czynce, tym bar­dziej że przy­po­mi­nała mu o lep­szych cza­sach. Wie­dział jed­nak, że gdyby pozwo­lił jej się wyta­rzać w ziar­nach psze­nicy, to oboje mogliby się wpa­ko­wać w kło­poty.

Janusz nie mówił po nie­miecku, ale zaczy­nał go cał­kiem nie­źle rozu­mieć; może pew­nego dnia odważy się nawet ode­zwać w tym języku, ale jak na razie mil­czał, słu­chał. I to uważ­nie, cho­ciaż uda­wał, że jest pochło­nięty swo­imi zaję­ciami; cho­ciaż wyglą­dał na pro­stego nasto­latka, zain­te­re­so­wa­nego jedy­nie rysun­kami, jakie two­rzył i nisz­czył na zło­ci­stym płót­nie z zia­ren psze­nicy.

Nikt nie zwra­cał na to uwagi: wszak prze­no­sze­nie psze­nicy i mie­sza­nie zia­ren, tak aby się nie zepsuły, nale­żało do jego zadań. Ale pod­czas gdy inni Polacy robili to nie­chęt­nie i pod przy­mu­sem, wkła­da­jąc w to moż­li­wie jak naj­mniej wysiłku, byle tylko prze­nieść psze­nicę z jed­nego miej­sca na dru­gie, bez żad­nej mapy, sche­matu czy planu -?bo było to bar­dzo nudne -?Janusz robił to z miło­ścią. To dla­tego wyko­ny­wał tę pracę nie­mal w poje­dynkę: dbał o to, by przed podróżą do młyna każde poje­dyn­cze ziarnko psze­nicy otrzy­mało nale­żytą opiekę.

I robił to szybko, więc nie można mu było zarzu­cić leni­stwa.

Budził się z pomy­słem na opo­wieść, którą następ­nie malo­wał na zło­tych pacior­kach psze­nicy. A gdy tylko ją koń­czył, już trzeba było zacząć od nowa: nisz­czył swoje wiel­kie poranne dzieło sztuki i two­rzył kolejną, inną histo­rię, rów­nież zro­dzoną z jego wyobraźni lub z bajań, jakie matka opo­wia­dała mu aż do ostatka, póki star­czyło jej sił.

Praca ni­gdy się nie koń­czyła, ale jemu to nie prze­szka­dzało; to, co dla innych mogło być nudne i mono­tonne, prze­no­siło go do odle­głego domu, jedy­nego, jaki mu przy­szło poznać. I dla­tego tak bar­dzo go to cie­szyło.

A dziew­czynka chciała mu towa­rzy­szyć w pracy.

On, nie wypo­wia­da­jąc ani słowa, snuł ku jej ucie­sze opo­wie­ści z psze­nicy, zro­dzone w poło­żo­nej w głębi lasu -?jego lasu -?cha­cie, w któ­rej, gdyby nie one, mógł liczyć jedy­nie na ciszę, a wraz z nią na łzy, chłód i głód.

Ale te opo­wie­ści były lekiem na całe zło.

W tam­tej ustron­nej chatce, zamiesz­ka­nej przez matkę, syna i jego chorą młod­szą sio­strzyczkę, kar­miono się nie­mal wyłącz­nie opo­wie­ściami. Ale te skoń­czyły się wraz ze śmier­cią sio­strzyczki, kiedy matka wyru­szyła na wędrówkę, z któ­rej już nie wró­ciła. Dwu­na­sto­letni syn cze­kał i cze­kał. Ale z cza­sem do głosu doszła cisza, a wraz z nią poja­wił się głód, chłód, a także łzy, te suche i te mokre. Wiele łez.

Samot­ność zmu­siła go do poszu­ki­wa­nia towa­rzy­stwa po róż­nych wsiach, ale nikt nie potra­fił się poznać na jego opo­wie­ściach; ludzie nie wie­dzieli, że skrom­nego poży­wie­nia star­czy też dla niego; że jego histo­rie pod­no­szą na duchu i pozwa­lają zapo­mnieć o bie­żą­cych tro­skach; że dzięki nim można stać się księ­ciem zamie­nio­nym w żabę, z któ­rego szczo­dra księż­niczka zdej­muje urok; usły­szeć nie­sioną przez odle­głą i nie­wi­dzialną mor­ską bryzę smutną pieśń kró­lo­wej Bał­tyku, Juraty, na zawsze pogrze­ba­nej pod bursz­ty­no­wym pała­cem za to, że dała się ponieść zaka­za­nej miło­ści.

Chło­piec pró­bo­wał im to wyja­śnić, ale bra­ko­wało mu odpo­wied­nich słów.

Kilka mie­sięcy wcze­śniej, po czte­rech latach głodu, samot­no­ści i włó­częgi, przy­szli Ruscy. Czmych­nął więc byle dalej po nie­zna­nych dro­gach, ucie­ka­jąc tak długo, aż prze­stał sły­szeć ich szorst­kie i strasz­liwe głosy.

Nie czuł już stra­chu, ale głód czy samot­ność ow­szem. A one tylko przy­brały na sile. Gdzie­kol­wiek się zna­lazł, natra­fiał na znisz­czone i splą­dro­wane domy. Cza­sami widział wychy­la­jące się zza okien prze­ra­żone twa­rze. Nikt nie otwie­rał mu drzwi nawet po to, by się z nim przy­wi­tać, a co dopiero, by zaofe­ro­wać mu jakieś zaję­cie w zamian za chleb.

Żoł­nie­rze zła­pali go znie­nacka, gdy błą­kał się bez celu. Ale przy­naj­mniej nie byli to Ruscy.

Zdzi­wił ich brak oporu ze strony chło­paka, który z uwagi na swój wzrost z daleka wyglą­dał na doro­słego. Wpa­ko­wali go na cię­ża­rówkę, wypeł­nioną już innymi pasa­że­rami; wszy­scy byli męż­czy­znami, wszy­scy byli Pola­kami.

W środku pano­wała cisza, więc i Janusz powstrzy­mał się od roz­mowy: nie przy­wi­tał się ani nie zada­wał pytań. Nie obcho­dziło go, czy wywożą go na pół­noc, czy na połu­dnie, na wschód czy na zachód. To był led­wie kolejny odci­nek nie­zna­nej mu drogi, któ­rej jedy­nym celem było zna­leźć się jak naj­da­lej od ziem oku­po­wa­nych teraz przez Ruskich. Zresztą po co miałby się tym przej­mo­wać, skoro na jej końcu nikt na niego nie cze­kał? Skoro nikt nie wska­zał mu, dokąd ma iść?

A gdy zna­lazł się w tej cię­ża­rówce, to doszedł do wnio­sku, że ktoś wła­śnie wyzna­czył mu jakiś cel.

Janusz usiadł na nie­wiel­kiej ciem­nej prze­strzeni, jaką zor­ga­ni­zo­wali dla niego pozo­stali podróżni. Zamknął oczy i odpo­czął; odpo­czął od drogi; odpo­czął od ciszy, choć nikt niczego nie mówił ani nie wyda­wał żad­nego dźwięku; odpo­czął też od zimna, ogrzany cie­płem pach­ną­cych zie­mią ciał.

Zosta­wiali ich po dro­dze czwór­kami. Cię­ża­rówka zatrzy­my­wała się, wycho­dzili z niej żoł­nie­rze i na migi wybie­rali czte­rech męż­czyzn, któ­rych podróż koń­czyła się na danym przy­stanku. Cza­sem było to w dzień, a cza­sem w nocy, ale tylko tyle potra­fił okre­ślić dzięki świa­tłu -?lub jego bra­kowi -?wdzie­ra­ją­cemu się za każ­dym razem, gdy woj­skowi roz­wią­zy­wali plan­dekę.

Nie­któ­rzy zada­wali pyta­nia, gdy kazano im wysia­dać z pojazdu. To było sil­niej­sze od nich. Nie­pew­ność brała górę nad stra­chem. A może to nie­pew­ność wzma­gała strach.

-?Gdzie jeste­śmy?

Ale żaden nie­miecki żoł­nierz nie odpo­wia­dał. Może był to prze­jaw aro­gan­cji, a może nie rozu­mieli tego pyta­nia. Gdzie jeste­śmy? Nie odpo­wia­dali, bo może nawet oni sami tego nie wie­dzieli.

Janusz nie miał poję­cia, czy to dobrze być takim wybrań­cem: nikt nie wyda­wał się prze­sad­nie zado­wo­lony z tego faktu, ale wszy­scy posłusz­nie wyko­ny­wali roz­kazy nie­po­zo­sta­wia­jące pola do wyboru czy wyja­śnień. Na któ­rymś z tych przy­stan­ków wysa­dzą także jego, ale on nie zapyta, gdzie jest. Wystar­czyło, że wie, gdzie go nie ma. A nie było go na ziemi, którą prze­mie­rzył wzdłuż i wszerz po śmierci matki. Nie było go na ziemi naje­cha­nej przez Sowie­tów, a każdy sce­na­riusz był od tego lep­szy, bo jeśli cze­goś Janusz bał się naprawdę, to wła­śnie Sowie­tów. Bo, jak powta­rzała mu matka, nie­mal odkąd nauczył się cho­dzić po ścież­kach wyty­czo­nych przez miesz­kań­ców Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej: "Synu, gdy tylko zoba­czysz ruskiego wilka, ucie­kaj".

I tak wła­śnie robił. A potem odna­la­zły go i poj­mały głosy w cia­łach Niem­ców. Matka ni­gdy nie prze­strze­gała go przed nie­miec­kim okru­cień­stwem, dla­tego doszedł do wnio­sku, że lepiej być z nimi niż z tymi, któ­rzy od zawsze byli boha­te­rami strasz­nych opo­wie­ści, jakie matka szep­tała mu w sekre­cie do ucha, by nie prze­stra­szyć jego sio­stry.

Podróż w nie­znane pod grubą plan­deką zakoń­czyła się po trzech dniach. W cię­ża­rówce zostali jedy­nie ostatni przy­mu­sowi pasa­że­ro­wie: Janusz, Tade­usz, Józef i Radosz.

Choć wtedy jesz­cze, po trzech dniach podróży, nie znali swo­ich imion, histo­rii ani aneg­dot, a nawet nie sły­szeli swo­ich gło­sów.

Janusz naśla­do­wał swo­ich towa­rzy­szy podróży, mil­cząc, patrząc z ukosa, zacho­wu­jąc spo­kój. Nie narze­kał nawet wtedy, gdy twarde drewno zda­wało się wbi­jać drza­zgi w jego sie­dze­nie albo gdy nogi mu cier­pły i paliły z bez­ru­chu. Ani razu nie popro­sił o jedze­nie czy picie, choć głód i pra­gnie­nie tra­wiły go od środka; to aku­rat zno­sił naj­le­piej, bo dłu­go­let­nia nędza spra­wiła, że zdą­żył się już do nich przy­zwy­czaić.

Podob­nie jak reszta, przy­sy­piał mimo woli, pił zie­mi­stą desz­czówkę o posmaku plan­deki i opróż­niał pęcherz, gdy było to abso­lut­nie konieczne, bo w prze­ciw­nym wypadku eks­plo­do­wałby od środka. Robił to ostroż­nie i dys­kret­nie: sta­rał się skie­ro­wać stru­mień w stronę otworu pomię­dzy deskami w pod­ło­dze. Nie zawsze mu się to uda­wało, szcze­gól­nie gdy aku­rat szar­pało pojaz­dem, ale nikt, nawet naj­od­waż­niej­szy, nie mógł mu tego wypo­mnieć: ow­szem, zda­rzało mu się ochla­pać innych, ale sam też miał na sobie cudzy mocz.

I tym wła­śnie czuć było Janu­sza i jego towa­rzy­szy, kiedy tam­tej nocy zeszli z cię­ża­rówki na zie­mię, gdzie nie­chęt­nie przy­wi­tał ich Herr Hahl­brock, w towa­rzy­stwie innego żoł­nie­rza, mówią­cego po pol­sku z sil­nym i rwa­nym akcen­tem: są teraz w Rze­szy, a Pol­ska nie ist­nieje. Są jeń­cami wojen­nymi, ale mają szczę­ście: będą pra­co­wać na roli.

Drugą opcją jest śmierć.

Potem zapro­wa­dzono ich do baraku. Nie był zbyt duży, ale ogrze­wał go komi­nek, do któ­rego mieli dostać wystar­cza­jąco dużo drewna na noc. Każdy wię­zień miał otrzy­mać wła­sną pry­czę z prze­ście­ra­dłem i pościelą. Na każ­dej z nich leżał strój robo­czy i płaszcz, a także ręka­wiczki i weł­niana czapka.

Na okrą­głym stole, wokół któ­rego stały cztery krze­sła, leżał chleb.

Chleb.

Powie­dzieli im, że za dobrą robotę będą co mie­siąc otrzy­my­wać nieco gro­sza, by mogli kupić sobie we wsi tro­chę sera czy kieł­basy, ale jeśli będą się wywią­zy­wać ze swo­ich obo­wiąz­ków, to codzien­nie mogą liczyć na chleb.

Następ­nie wyja­śniono im zasady pracy, zacho­wa­nia i dys­cy­pliny, ale Janusz nie mógł się sku­pić na niczym innym: patrzył tylko na boche­nek. A zapach zim­nego chleba przy­krył wszyst­kie inne, nawet fetor moczu, i dole­ciał do jego nosa, tak że o mały włos nie jęk­nął; ale zdo­łał się powstrzy­mać, ponie­waż ten jęk rychło zamie­niłby się w szloch, gdyż od dawna nie miał niczego w ustach.

Być może wła­śnie w tam­tej chwili, kiedy stał oszo­ło­miony, ze wzro­kiem wbi­tym w jeden punkt, zahip­no­ty­zo­wany myślą o uła­ma­niu bochna i wpa­ko­wa­niu go do ust, zda­jący się nie rozu­mieć instruk­cji wyda­wa­nych okropną i poka­le­czoną pol­sz­czy­zną, wszy­scy pomy­śleli, że Janusz jest zwy­kłym głą­bem. A może dopiero pomy­śleli tak następ­nego dnia, kiedy po kilku godzi­nach snu -?naj­cie­plej­szych i naj­przy­jem­niej­szych od lat - zapeł­nił żołą­dek przy­pa­da­jącą mu por­cją chleba, po czym odziany w uży­wane, za sze­ro­kie i za krót­kie ubra­nia -?naj­lep­sze, jakie miał na sobie, odkąd opu­ścił chatę matki -?wyszedł na mróz do pracy jako wię­zień na nie­swo­jej ziemi, i to dla rol­nika, który wcale go tu nie chciał, choć był mu potrzebny, i to z uśmie­chem od ucha do ucha.

Tak: być może to wszystko spra­wiło, że jego pol­scy kom­pani uznali, że ten młody olbrzym o twa­rzy dziecka zwany Janu­szem jest stuk­nięty, i prze­ra­zili się, że będą musieli we trzech wyko­ny­wać pracę dla czworga, ponie­waż nie potra­fili sobie wytłu­ma­czyć, jak ktoś może się uśmie­chać w podob­nych oko­licz­no­ściach: gdy ich ojczy­zna została naje­chana, rodziny roz­bite, nie­któ­rzy przy­ja­ciele umarli, a oni stali się nie­wol­ni­kami.

Trzeba było być nie­spełna rozumu. Albo idiotą.

A Janusz tego pierw­szego dnia nie­miec­kiej nie­woli wyszedł na ziąb z uśmie­chem na ustach. Tego dnia uśmie­chał się, mimo że bolał go brzuch. Jed­nak ten ból był spo­wo­do­wany nie­co­dzien­nym cię­ża­rem poży­wie­nia, a to było o wiele lep­sze od cier­pie­nia z głodu. I nie dbał o to, czy te zie­mie naprawdę nale­żały się Pol­sce z uwagi na spra­wie­dli­wość dzie­jową czy spu­ści­znę przod­ków, jak pró­bo­wali mu wmó­wić jego kra­ja­nie, by znie­na­wi­dził swo­ich pory­wa­czy: czuł się bez­piecz­nie z dala od Sowie­tów; poza tym od śmierci matki nikt tyle mu nie dał ani nie ochro­nił przed zim­nem.

Rozu­miał ich: byli z dala od swo­ich bli­skich, mar­twili się o nich, bro­nili swo­ich wsi przed Niem­cami; przy­mu­szono ich siłą. Janusz za to już dawno temu porzu­cił wszystko, na czym mu zale­żało: starą chatę pośrodku lasu, grób sio­stry i ducha matki, któ­rego na szczę­ście -?lub nieszczę­ście -?ni­gdy nie miał oka­zji zoba­czyć.

Odpo­wia­dał wyłącz­nie za sie­bie i za to, co pie­lę­gnuje w środku: opo­wie­ści swo­jej matki. Opo­wie­ści, które odtwa­rzał za pomocą swo­ich malun­ków w psze­nicy.

Naj­pierw two­rzył je dla sie­bie, ale póź­niej ryso­wał je bar­dziej szcze­gó­łowo i sta­ran­nie dla dziew­czynki, tak bar­dzo podob­nej do jego zmar­łej sio­stry, jeśli nie wyglą­dem -?bo jego sio­stra, tak jak on, odzie­dzi­czyła po matce czarne włosy i nie­bie­skie oczy -?wzro­stem czy posturą -?bo jego matka zawsze powta­rzała swoim dzie­ciom, że pew­nie zawdzię­czają swój wyjąt­kowy wzrost jakie­muś olbrzy­mowi -?to na pewno z uwagi na błysk w oczach.

Dziew­czynka codzien­nie wra­cała po nowe opo­wie­ści z psze­nicy, a on darzył ją coraz głęb­szym uczu­ciem, nawet jeśli radość na jej widok była czymś nie­sto­sow­nym, nawet jeśli pobra­tymcy patrzyli na niego z dez­apro­batą; nawet jeśli każ­dego popo­łu­dnia zja­wiała się tam prze­ra­żona Frau Hahl­brock, szu­ka­jąca swo­jej córeczki o wiel­kich i przy­ja­znych oczach w kolo­rze kawy.

5. Legendarna Wanda

Ilse była na dole i bawiła się lalką. Wanda zasu­ge­ro­wała córce, że przy­da­łaby się jej nowa fry­zura. Mean­dry ple­ce­nia war­ko­czy zajmą ją na dłuż­szą chwilę. Ponadto prze­cież zamknęła drzwi na zamek. Ilse ich nie otwo­rzy.

Wanda lubiła słu­chać radia, kiedy nie pusz­czano wia­do­mo­ści. Gdy nada­wano muzykę, regu­lo­wała cicho odbior­nik, by dotrzy­my­wał jej towa­rzy­stwa, nada­wał rytm szy­ciu albo poma­gał prze­dłu­żyć drzemkę małego Freddy'ego, który poza obję­ciami matki miał pro­blemy ze snem. Aby zapo­mnieć o tym, o czym wolała zapo­mnieć. Aby nie myśleć o tych, któ­rzy krą­żyli wokół jej domu.

Mieli szczę­ście: Har­twig był zarządcą majątku, za co otrzy­my­wał wyna­gro­dze­nie oraz prawo do zamiesz­ka­nia w domu, który zbu­do­wali z myślą o potrze­bach swo­jej nie­wiel­kiej rodziny, kiedy ona nie zgo­dziła się zająć przy­na­leż­nego im zamku.

-?Jest w naszej rodzi­nie od sied­miu­set lat -?powie­dział jej von Wit­zle­ben, wła­ści­ciel wszyst­kich oko­licz­nych ziem, myśląc, że to schlebi mło­dej mał­żonce zarządcy i sprawi, że ta zmieni zda­nie.

Ale Wanda, która była kobietą prak­tyczną, szybko obli­czyła, ile zaję­łoby jej codzienne sprzą­ta­nie tego miej­sca, i doszła do wnio­sku, że nie jest godna takich zaszczy­tów. I tego nie żało­wała: nie chciała żyć w wiecz­nym stra­chu, że dziew­czynki -?Ilse -?coś stłuką albo zgu­bią się w pod­ziem­nych lochach.

W ten spo­sób nie­wielki zamek został opusz­czony i był do dys­po­zy­cji wła­ści­ciela w trak­cie jego nie­licz­nych wizyt, a Hahl­broc­ko­wie zado­wo­lili się nowym acz prak­tycz­nym domem, w któ­rym nie było zbęd­nych luk­su­sów, ponie­waż ni­gdy ich nie mieli ani nie potrze­bo­wali.

Wanda przy­szła na świat w Pru­sach Zachod­nich, a rodzice nauczyli ją czuć dumę ze swo­ich pra­daw­nych korzeni. Gdy była dziec­kiem, mówili jej: "Jesteś Niemką, ale nade wszystko Pru­saczką". Z tego powodu nadali jej imię Wanda, po legen­dar­nej kró­lo­wej, która w VIII wieku oddała za te zie­mie życie.

-?Stolz sein, Wando, nosisz imię wojow­niczki -?mówił jej ojciec. - Bądź dumna z two­jego walecz­nego imie­nia; z two­jego walecz­nego serca, goto­wego bro­nić twych ziem.

I przez pierw­sze lata swo­jego życia w to wie­rzyła. Mówiła sobie: jestem Pru­saczką, jak tamta Wanda. Ale póź­niej ktoś opo­wie­dział jej praw­dziwą czy też jedną z wielu wer­sji tej legendy, w któ­rych jedyne, co je łączyło, to infor­ma­cja, jakoby pol­ska księż­niczka Wanda wolała zgi­nąć, niż oddać sie­bie i pol­skie zie­mie wro­giemu ple­mie­niu Ale­ma­nów.

A ona była tylko Wandą, Ale­manką żyjącą w dwu­dzie­stym wieku. Niemcy i Polacy spie­rali się o te zie­mie od przy­naj­mniej tysiąca dwu­stu lat, a ci pierwsi osta­tecz­nie wygrali tę walkę nie­mal dwa stu­le­cia wcze­śniej.

Ale po prze­gra­nej Wiel­kiej Woj­nie, w 1918 roku, Niemcy musieli oddać tery­to­rium pod stwo­rze­nie kory­ta­rza pol­skiego, przez co Prusy Zachod­nie prze­stały ist­nieć, a Prusy Wschod­nie zostały oddzie­lone od tery­to­rium nie­miec­kiego i okrą­żone wro­gami. Niczym wyspa poło­żona na burz­li­wych wodach.

W obli­czu takiego upo­ko­rze­nia jej ojciec, który prze­żył okro­pień­stwa oko­pów, nie chciał, by jego rodzina zamiesz­ki­wała pod pol­skimi rzą­dami ani jed­nego dnia dłu­żej, w związku z czym zarzą­dził odwrót; porzu­cili pola, więzi i przy­jaź­nie, i udali się w stronę Nie­miec. I tak jej ojciec porzu­cił swoją zie­mię, swoje korze­nie i swoją dumę. Wyru­szył ku swo­jemu nowemu prze­zna­cze­niu, choć krę­po­wały go korze­nie. Szedł naprzód, ale co chwila oglą­dał się za sie­bie z moc­nym posta­no­wie­niem, że kie­dyś wróci, być może tak samo, jak nie­gdyś Ale­ma­no­wie, poko­nani przez tamtą Wandę.

Kolejne, gorz­kie lata były nazna­czone tęsk­notą i gło­dem, ale to skoń­czyło się wraz z pierw­szym listem miło­snym od obec­nego męża. I to nie tak, że zupeł­nie znik­nęły; po pro­stu u boku Har­twiga zda­wały się nie ist­nieć.

Wanda ucie­szyła się, gdy tuż po ślu­bie zapro­po­no­wano jej mężowi posadę zarządcy wiel­kiego gospo­dar­stwa w odle­głym zakątku Prus Wschod­nich, bo to ozna­czało powrót, i że będzie mogła powie­dzieć swoim przy­szłym dzie­ciom: "Uro­dzi­łeś się w Pru­sach, tak jak ja". Ale naj­bar­dziej rado­wało ją, że ta oferta ozna­czała -?oprócz jak naj­bar­dziej zasłu­żo­nego uzna­nia dla zdol­no­ści Har­twiga -?sta­bil­ność finan­sową w cza­sach, gdy pracę miało tak nie­wielu, a jesz­cze mniej miało co wło­żyć do garnka.

Wanda nie potra­fiła zapo­mnieć o cza­sach nie­do­statku po ostat­niej woj­nie, nawet kiedy sytu­acja naj­wy­raź­niej się zmie­niła -?czuć to było nie tylko w gospo­darce, ale też w panu­ją­cych w kraju nastro­jach -?a współ­cze­śni Ale­ma­no­wie powró­cili, by na nowo połą­czyć te zie­mie i przy­łą­czyć całe dawne Prusy.

Prusy Zachod­nie jej ojca powró­ciły, a on mógł być tego świad­kiem, kiedy już -?stary i zmę­czony tęsk­notą -?nie­mal stra­cił wszelką nadzieję. Miał jesz­cze na tyle sił, by upo­mnieć się o nie­wiel­kie gospo­dar­stwo, które wiele lat wcze­śniej musiał opu­ścić. A pol­ski oku­pant, który je zajął, musiał prze­ka­zać z powro­tem w ręce daw­nego pru­skiego wła­ści­ciela.

Szczę­śliwy z odzy­ska­nia swo­jej wła­sno­ści, ojciec zmarł w tym samym łóżku, w któ­rym spło­dził nie­mal wszyst­kie swoje dzieci -?tak jak pew­nie Polak spło­dził tam swoje -?po dwóch mie­sią­cach od prze­pro­wadzki. Teraz to matka trzy­mała pie­czę nad gospo­dar­stwem, mając za główne źró­dło dochodu hodowlę kró­li­ków i poletko kuku­ry­dzy, którą sprze­da­wała wyłącz­nie rzą­dowi, choć i tak wcze­śniej musiała prze­ka­zać mu część zbio­rów za darmo. Dzięki pro­ce­sowi, zapo­cząt­ko­wa­nemu przez kanc­le­rza Hitlera jesz­cze przed wojną, zarówno w wiel­kich mająt­kach -?takich jak ten, któ­rym zarzą­dzali -?jak i w mniej­szych gospo­dar­stwach -?jak to, które zaj­mo­wała jej matka -?niczego nie bra­ko­wało. To prawda: Niemcy jesz­cze ni­gdy nie cho­dzili z tak peł­nymi żołąd­kami, a już szcze­gól­nie samo­dzielni rol­nicy, któ­rzy nie musieli się oglą­dać na narzu­cony przez rząd plan pre­wen­cyj­nego racjo­no­wa­nia żyw­no­ści.

Wanda, jako kobieta prze­zorna, na wszelki wypa­dek trzy­mała brzę­czące monety oraz bez­sze­lestne bank­noty i kupony w bla­sza­nej puszce, scho­wa­nej na dnie skrzyni. Nie zamie­rzała wyda­wać pie­nię­dzy na rze­czy, które mogła zro­bić wła­sno­ręcz­nie i za pomocą dostęp­nych w gospo­dar­stwie środ­ków. Przy­szłość ryso­wała się w jasnych bar­wach, ale wciąż pamię­tała o bie­dzie, jakiej doświad­czyła w dzie­ciń­stwie. Posta­no­wiła, że jej dzieci ni­gdy nie zaznają głodu.

To nie tak, że wszystko szło jak po maśle: Freddy uro­dził się z pro­ble­mami i zaj­mo­wał więk­szą część jej uwagi, a Ilse, spo­kojna i posłuszna jak Irm­gard, nie była zbyt­nio roz­mowna. I choć tak bar­dzo przy­po­mi­nała swoją star­szą sio­strę -?obie miały oczy w kolo­rze kawy i deli­katne rysy ojca -?to była skryta, ni­gdy nie pła­kała ani się nie skar­żyła, i poru­szała się bar­dzo szybko, jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Wystar­czyło, że matka zosta­wiała ją na chwilę samą, a dziew­czynka zni­kała w mgnie­niu oka.

Wanda nie wie­działa, skąd u niej taka ruchli­wość. I taka cisza.

Ale moc tej ciszy biła z jej spoj­rze­nia i prze­ja­wiała się w nie­za­po­wie­dzia­nych i nagłych wybry­kach. Gdy była mniej­sza, nie nale­żało się przej­mo­wać: od czasu do czasu zapusz­czała się pod zamknięty na cztery spu­sty zamek, do któ­rego i tak nie mogła wejść; cza­sami zaś ryso­wała gor­li­wie w bło­cie, chla­piąc na wszyst­kie strony. Szu­ka­jąc jej, Wanda wie­działa, że przy­ła­pie ją na jakiejś pso­cie, ale że tak czy ina­czej ją znaj­dzie. Choć oczy­wi­ście zło­ściła się, kiedy Ilse bawiła się w błocku, bo córka naj­wy­raź­niej myślała, że ubra­nia piorą się same.

-?Popatrz tylko na swoje buty, Ilse. Prze­cież mówi­łam ci, żebyś o nie dbała. One nie rosną na drze­wach. Poza tym wyglą­dasz jak mała świnka.

A wtedy Har­twig mówił jej: "Zostaw ją w spo­koju, nie besz­taj jej tak". Wszystko, co robiła Ilse, zda­wało mu się śmieszne lub uro­cze.

Ale ostat­nio sytu­acja się zmie­niła i samotne wycieczki do ogrodu nie były już tak pro­ste ani tak bez­pieczne. A nie­po­koju matki nie dało się opa­no­wać jedy­nie sło­wami.

-?Nie możesz mi już mówić, żebym się nie mar­twiła, Har­twig.

Zwy­cię­skie Niemcy naje­chały na Pol­skę, a Prusy się odro­dziły. Tak mówił Führer, tak mówili w wia­do­mo­ściach i tak twier­dził jej wła­sny mąż. Ale jeśli tak było naprawdę, to dla­czego Wanda czuła, że to wła­śnie ją naje­chano?

Nie można już było wyjść z domu, by się na nich nie natknąć; by nie pamię­tać, że są tam wbrew wła­snej woli. Że są jej więź­niami. Polacy. Polacy byli jej więź­niami. "To moi więź­nio­wie, moi więź­nio­wie, moi nie­wol­nicy". Powta­rzała to sobie nie­skoń­czoną ilość razy, ale nie­za­leż­nie od tego, jak usil­nie pró­bo­wała to sobie uświa­do­mić, zro­zu­mieć i zaak­cep­to­wać, nie była w sta­nie.

-?Jestem żoną rol­nika, Har­twig. I to potra­fię. Ale teraz niby mamy być straż­ni­kami wię­zien­nymi?

-?Mnie też się to nie podoba, Wando, ale nie mamy wyj­ścia.

I fak­tycz­nie nie mieli. Tak zarzą­dził Führer: nie­miec­kim patrio­tom naka­zano strze­lać i umie­rać na chwałę Vater­landu, a jako że Hahl­broc­ko­wie nie mieli serca znę­cać się nad kim­kol­wiek, to ich pol­scy więź­nio­wie upra­wiali zie­mię i spali, grze­jąc się w cie­ple ogni­ska, posi­leni chle­bem.

Ona tego nie rozu­miała. Nie rozu­miała, choć Har­twig usil­nie pró­bo­wał zna­leźć w tym jakiś sens.

-?Bez nich nie mogli­by­śmy pra­co­wać.

Zie­mia sta­no­wiła prio­ry­tet dla Rze­szy, bo poprzedni kon­flikt był nauczką, że nikt nie jest w sta­nie wytrzy­mać wojny bez poży­wie­nia. A skoro bra­ko­wało rąk do pracy na roli, to Führer posta­no­wił dostar­czyć je wszel­kimi moż­li­wymi środ­kami.

Ponadto mieli podwójne szczę­ście: nie tylko mogli liczyć na wyna­gro­dze­nie, ale także Har­twig, zgod­nie z życze­niem rządu, trzy­mał się z dala od wojny i został w domu. Był rol­ni­kiem i klu­czo­wym ogni­wem pro­duk­cji żyw­no­ści w Vater­lan­dzie, dla­tego nikt nie mógł go wezwać do walki.

-?Ktoś musi prze­cież doglą­dać ziemi, prawda?

Har­twig pró­bo­wał się do tego prze­ko­nać, choć Wanda wie­działa, że cza­sem ciężko zno­sił fakt, że jego przy­ja­ciele -?i brat Josef -?nad­sta­wiali karku z dala od swo­ich rodzin, pod­czas gdy on śmiał się z coraz to nowych wymy­słów swo­ich córek. Ale czasy wyma­gały, by każdy robił to, co do niego należy, i on nie sta­no­wił wyjątku. I nie było to powo­dem do wstydu, wręcz prze­ciw­nie.

-?Jesteś praw­dzi­wym patriotą -?mówiła mu Wanda. -?Pra­cu­jesz na chwałę Rze­szy, może nie na polu walki, ale prze­cież dalej to pole.

Jak ciężko być męż­czy­zną w cza­sach wojny, wzy­wa­nym przez dwa fronty: pierw­szy do bycia wojow­ni­kiem, a drugi -?opie­ku­nem rodziny.

Ale Wanda czuła wdzięcz­ność. Każ­dego ranka z ulgą budziła się, czu­jąc cie­pło męża. Ile nie­miec­kich kobiet nie może już liczyć na taką otu­chę? A jesz­cze ile straci ją, nim wojna się skoń­czy? Ile straci ją jesz­cze tego samego dnia? A ile już ni­gdy jej nie odzy­ska?

Nie: Wanda nie mogła tak cał­kiem narze­kać na swoją sytu­ację, ale sprawa czte­rech pol­skich cywi­lar­baj­te­rów i pil­nu­ją­cych ich żoł­nie­rzy spę­dzała jej sen z powiek, a za dnia ści­skało ją w gar­dle. Gdy krą­żyli wokół niej, na przy­kład kiedy Har­twig wysy­łał ich z drew­nem, codzienną racją mleka czy coty­go­dniową por­cją mięsa, nie potra­fiła spoj­rzeć im w oczy. Wyda­wała roz­kazy: postaw to tutaj, czy połóż to tam, albo uwaga, nie pobrudź mi pod­łogi -?nie miała innego wyj­ścia, by utrzy­mać porzą­dek - poro­zu­mie­wa­jąc się z nimi na migi lub pro­stymi sło­wami, bo nie­mal już cał­kiem zapo­mniała pol­skiego, któ­rego nauczyła się w dzie­ciń­stwie. Ale mijały mie­siące, a ona nie wie­działa, jaki kształt czy kolor mają ich oczy, jakiego koloru jest ich skóra, jak wyglą­dają ich nosy. Mijały mie­siące, a ona nie potra­fiła ich od sie­bie odróż­nić, bo ni­gdy na nich nie patrzyła. Dla­czego? Kto wie. Może ze stra­chu przed tym, co może w nich zoba­czyć? Z nie­na­wi­ści? Z urazy? Słowo cywi­lar­baj­te­rzy -?"robot­nicy cywilni" -?było dużo łagod­niej­szą formą na okre­śle­nie tego, czym ci Polacy byli tak naprawdę: więź­niami wyko­nu­ją­cymi prace przy­mu­sowe. Nie­wol­ni­kami.

I każ­dej nocy przed zaśnię­ciem -?o ile w ogóle uda­wało się jej zasnąć - powta­rzała to samo:

-?Oni muszą stąd znik­nąć, Har­twig.

-?Już ci mówi­łem, że to nie­moż­liwe. Przy­wieźli ich tutaj i muszą tu zostać. Nie ma na to rady.

Nie ma na to rady. Wanda wie­działa, że nie było na to rady, i wyrzu­cała sobie, że nie­po­trzeb­nie nie­po­koi męża swoją nie­ustę­pli­wo­ścią. Rozu­miała to. Nie była głu­pia. Ale uparta ow­szem: czy naprawdę miała mniej­sze prawo do obrony domo­wego ogni­ska niż Adolf Hitler do obrony kraju?

-?Nie mów tak nikomu, Wando -?powie­dział Har­twig za pierw­szym i jed­no­cze­śnie ostat­nim razem, gdy posta­no­wiła dać upust swo­jemu roz­go­ry­cze­niu.

Oba­wiała się też o Ilse, która aby wypeł­nić pustkę po uczęsz­cza­ją­cej do szkoły sio­strze, z jakie­goś powodu przy­kle­iła się do cudzo­ziem­ców, szcze­gól­nie do tego mło­dego. Pew­nie z nudów. I choć powta­rzała jej: "Zabra­niam ci tam cho­dzić, oni cię tam nie chcą, Ilse", to dziew­czynka tego nie rozu­miała. Nie chciała. Nie potra­fiła. Jak miała to rozu­mieć? W wieku czte­rech lat dopiero zaczy­nała poj­mo­wać, czym jest miłość w rodzi­nie, więc jak Wanda miała wytłu­ma­czyć tej nie­win­nej duszyczce, czym jest dzie­ląca wro­gów nie­na­wiść?

"Nie chcą cię tam" brzmi zupeł­nie ina­czej, niż "nie­na­wi­dzą cię".

-?Skoro tak się o nią mar­twisz, to poszu­kaj jakiejś kobiety do pomocy. Polki.

Ale nie. Wanda nie chciała gosposi. Nie zamie­rzała wyda­wać na to pen­sji Har­twiga. Nie chciała pomocy ani przed wojną, ani po jej wybu­chu. Jej bab­cia nie miała pomocy; jej matka nikogo nie potrze­bo­wała. Ona też nie. Chciała, by jej dom nale­żał tylko do jej rodziny; lubiła, gdy wszystko było na swoim miej­scu, a ona miała pew­ność, że czy­ste rze­czy są naprawdę czy­ste.

Sta­rała się poświę­cać jak naj­wię­cej uwagi córce, która upar­cie wymy­kała się, by dotrzy­my­wać towa­rzy­stwa nie­przy­ja­cio­łom, ale obo­wiązki domowe i pro­blemy z nowo naro­dzo­nym dziec­kiem spra­wiały, że opusz­czała gardę. Nie mogła być przy niej nie­ustan­nie.

Wanda prze­stała szyć. Zga­siła radio, by jej nasłu­chi­wać. Czy z dołu dobie­gały jakieś dźwięki?

Tego dnia, jak zresztą wiele razy wcze­śniej, to nie cisza wzbu­dziła w niej nie­po­kój; zaalar­mo­wała ją pustka, bo choć Ilse była mało­mówna, to już sama jej obec­ność spra­wiała, że oto­cze­nie wibro­wało. Ale w domu nie było czuć żad­nych ruchów, nawet powie­trza. I wtedy ogar­nęło ją prze­ra­że­nie. Zosta­wiła igłę na końcu nitki, którą obszy­wała brzegi zasłon, ode­szła od śpią­cego spo­koj­nie nie­mow­lę­cia i rzu­ciła się bie­giem tam, gdzie poprzed­niego dnia; i tak samo, jak poprzed­niego dnia, bała się, że znaj­dzie ją mar­twą. Zaszty­le­to­waną, zabitą łopatą, prze­dziu­ra­wioną, rzu­coną z wyso­ko­ści. Nie­żywą. Zabitą przez Pola­ków, zmu­szo­nych do pracy na nie­swo­jej ziemi; Pola­ków, wcią­gnię­tych w wojnę, któ­rej się nie spo­dzie­wali i którą prze­grali w mgnie­niu oka, a teraz zda­nych na łaskę nie­chęt­nej im nie­miec­kiej rodziny.

Gdy dotarła na miej­sce, zoba­czyła, jak jej córka przy­gląda się pre­cy­zyj­nym ruchom pol­skiego chło­paka, mie­sza­ją­cego psze­nicę łopatą.

A wtedy mogła ode­tchnąć z ulgą. Ilse nie była mar­twa. Oczy­wi­ście, w głębi dosko­nale o tym wie­działa; i oczy­wi­ście, że zro­biła z igły widły, jak póź­niej powie­dział jej Har­twig: jej córka była cała i zdrowa. Wyglą­dała na zado­wo­loną. Wyglą­dała...

Wtedy Wan­dzie znów zabra­kło tchu.

-?Ilse! Co ty zro­bi­łaś z wło­sami?

6. Niewola niewoli nierówna

Janusz przy­glą­dał się, jak się odda­lają; jak matka cią­gnie córkę za rękę i ją karci.

-?Mówi­łam ci już, dziecko, żebyś tu nie przy­cho­dziła. To nie­bez­pieczne.

-?Dla­czego?

-?Nie dys­ku­tuj... nie mam już na to siły.

Smu­cił go nie­uza­sad­niony lęk pani Hahl­brock. Nie rozu­miał go: jak mogła myśleć, że może zro­bić Ilse krzywdę? Przy nim dziew­czynka była bez­pieczna. Chciał uspo­koić kobietę, ale jego język wciąż jesz­cze nie radził sobie z nie­miec­kim, a już na pewno nie na tyle, by wypo­wia­dać słowa z prze­ko­na­niem, jakiego wymaga się od kogoś, kto zapew­nia o swo­ich poko­jo­wych zamia­rach.

-?Uwa­żaj.

Janusz obró­cił się ze stra­chem. Pochło­nięty pracą i psze­nicz­nymi opo­wie­ściami nie zauwa­żył, że Tade­usz, Józef i Radosz już wró­cili. Nie wie­dział, która jest godzina. Ale skoro już tu byli, to zna­czy, że dzień dobiegł końca i że teraz nade­szła pora odpo­czynku i, co lep­sze, kola­cji.

Był głodny; zawsze był głodny. To nie zmie­niło się od czasu, gdy tra­fił do Hahl­broc­ków; gdy myślał już, że po zje­dze­niu chleba z kre­mo­wym masłem czy ziem­nia­ków z cebulą głód minął bez­pow­rot­nie, ten wra­cał, by przy­po­mnieć mu, że ni­gdy się od niego nie uwolni; że jedy­nie drze­mie; że po raz pierw­szy on, jego wierny towa­rzysz, daje się zaspo­koić i tym samym daje mu nieco spo­koju, ale że wciąż jest tym samym potwo­rem; że nie da się go cał­ko­wi­cie poskro­mić, choć obec­nie nauczył się respek­to­wać ści­sły har­mo­no­gram, by potem znów się poja­wić.

Dzięki temu Janusz czuł się wolny; w końcu miał czas i nastrój, by myśleć o czymś innym. O wielu rze­czach. O sta­rych opo­wie­ściach, tych, w któ­rych wciąż wyraź­nie pobrzmie­wał głos matki, ale też o innych, nowych, które brały się nie wia­domo skąd.

Czyżby brały się z niczego? A może pocho­dziły wła­śnie od niego?

-?Głu­chy jesteś?

-?Hmm?

-?Ile razy mówi­li­śmy ci, żebyś ode­słał dzie­wuszkę do domu i nie zosta­wał z nią sam na sam? Nie widzisz, że cię tu nie chcą?

-?Kto?

-?Jak to kto, głupku? Nikt. Nikt tu cię nie chce. Tyś zwy­kły cywi­lar­baj­ter.

Ze wszyst­kich towa­rzy­szy nie­doli Radosz był naj­bar­dziej kłó­tliwy, bo pod­czas gdy inni z tęsk­noty za rodziną i domem pogrą­żali się w mara­zmie, wyni­ka­ją­cym z chęci powrotu do tego, co znane i kochane, jemu goto­wała się krew. Radosz uwa­żał, że wszystko jest stra­cone, i był prze­ko­nany, że krzywda jest nie­od­wra­calna.

-?Nie wiem, po co wy się w ogóle maże­cie. Myśli­cie, że was nie sły­szę? Sły­szę was każ­dej nocy po zga­sze­niu świa­teł i widzę, jak na prze­rwie w połu­dnie żuje­cie ten chleb, co go nie upie­kła wasza żona; chleb, co nie sma­kuje domem. I pła­cze­cie. A nawet jak nie pła­cze­cie, to chce­cie pła­kać. Tylko po co? Po co, skoro wasze żony są tak samo mar­twe jak moja, skoro wasz chleb ni­gdy nie będzie sma­ko­wać Pol­ską? Skoro Pol­ska już nie ist­nieje, bo jest tak samo mar­twa jak my, choć nie chcemy o tym myśleć, i choć nie potra­fi­cie przy­znać, że nasze stopy codzien­nie łażą po jej tru­chle.

Józef i Tade­usz znali Rado­sza już wcze­śniej. Razem bawili się w dzie­ciń­stwie, a w mło­do­ści pili pierw­szą gorzałkę. Ale po tej przy­jaźni nie było nawet śladu, bo nie chcieli ani nie mogli dotrzy­my­wać mu kroku.

-?Musisz zro­zu­mieć, że Radosz ma w zwy­czaju popra­wiać sobie nastrój krup­ni­kiem. A teraz, kiedy go nie ma...

Nie było krup­niku, więc i po dobrym nastroju nie było ani śladu.

Janusz ni­gdy nie pró­bo­wał tej nalewki, któ­rej doda­tek miodu i ziół wcale nie odbie­rały mocy, ale pamię­tał, jak matka mówiła, że ojciec wolał porzu­cić rodzinę, niż z niego zre­zy­gno­wać. "To tru­ci­zna" -?twier­dziła. - "Zwy­kła tru­ci­zna dla chło­pów". Gdy Niemcy poj­mali i wywieźli Rado­sza, gwał­tow­nie pozba­wili go nie tylko rodziny, ale też gorzałki. I nie była to jego decy­zja: pod­jęto ją za niego. Brak rodziny był dla niego bole­sny, ale jesz­cze bar­dziej bole­sny był brak krup­niku.

Powo­do­wany stra­chem, Radosz zniósł całą podróż i nie dał nic po sobie poznać, ale gdy tylko zostali sami, a żoł­nie­rze odje­chali pustą cię­ża­rówką, upadł na zie­mię, tra­wiony gorączką, od któ­rej dostał dresz­czy, maja­czył, a nawet pła­kał.

Przez pierw­szych kilka dni wycho­dził do pracy osła­biony i trząsł się jak osika, ale nie miał innego wyj­ścia: nie mógł prze­cież powie­dzieć nowym panom swo­jego życia, że nie ma na to ochoty, że potrze­buje nie tylko chleba, że jego ciało z tru­dem opiera się tej posu­sze. Inni poma­gali mu uda­wać, że pra­cuje, a gdy trzeba było wyko­pać stud­nię, kazali mu ude­rzać kilo­fem, jakby roz­pulch­niał zie­mię, pod­czas gdy tak naprawdę robili to za niego pozo­stali robot­nicy. A kiedy nikt ich nie pil­no­wał, Radosz wyko­rzy­sty­wał każdy moment, by rzu­cić się na zie­mię, bez tchu i bez sił.

Z cza­sem to drże­nie zaczęło prze­cho­dzić; tak samo jak począt­kowa despe­ra­cja, ale tęsk­nota i uraza ani tro­chę nie ustę­po­wały, więc każda noc koń­czyła się dla pol­skich rol­ni­ków dokład­nie tak samo: po zga­sze­niu świa­teł i zamknię­ciu oczu do snu koły­sały ich nie­spo­kojne waria­cje na ten sam temat.

-?Mam tylko sie­bie; albo przy­naj­mniej to, co zosta­wili ze mnie te prze­klęte Niemce: wrak, powłokę, nie­wol­nika. Wsta­waj, Radosz; rusz się; zrób to, zrób tamto; nie zaraz, nie jutro: teraz, dziś. Nawet w nie­dzielę, nawet w twoje imie­niny. Ani dnia odpo­czynku. Ani jed­nego. Ani w desz­czu, ani w chło­dzie, ani w bło­cie, ani jak krwa­wią ci odci­ski. I ani jed­nego kie­li­szeczka na koniec dnia; ani jed­nego, by ogrzać duszę. Wiem, że ta wojna się ni­gdy nie skoń­czy, że już mnie nie wypusz­czą. A jak wypusz­czą, to co to da?

Za dnia pra­co­wał, zgorzk­niały, pró­bu­jąc zara­zić swoim nastro­jem towa­rzy­szy wygna­nia, a szcze­gól­nie Janu­sza, który robił wszystko, by pozo­stać odpor­nym czy nawet głu­chym na słowa Rado­sza. Im czę­ściej ten do niego mówił, tym bar­dziej Janusz pogrą­żał się w swo­ich opo­wie­ściach, tych sta­rych i tych nowych, umi­la­jąc sobie w ten spo­sób dni i noce, a także wypę­dza­jąc Rado­sza i jego posępne pro­roc­twa z głowy.

Wie­dział, czym jest tęsk­nota; wie­dział, co to zna­czy tęsk­nić za matką, czy oba­wiać się o sio­strę. Rozu­miał ból, jaki się czuje, gdy stra­ciło się wszystko, i nie spo­sób o tym zapo­mnieć. On nie zapo­mniał. Ni­gdy. A stra­cił wszystko już dawno temu. Ale nauczył się cie­szyć tym swoim życiem i rado­wać z każ­dego prze­ży­tego dnia. Był głodny, ale żył i naza­jutrz mógł zaspo­koić głód. Było mu zimno, ale żył i cze­kał na nadej­ście cie­pła. Był samotny, ale żył i miał nadzieję, że kie­dyś będzie mógł dzie­lić z kimś czas.

Dla jego towa­rzy­szy nie­doli ta strata była śwież­sza, ale dni mijały, a Janusz nie rozu­miał, dla­czego nie potra­fią zna­leźć naj­mniej­szego nawet powodu do rado­ści: mogli prze­cież wpaść w ręce Rosjan albo być tak samo mar­twi jak cała Pol­ska, wedle słów Rado­sza.

Mar­twi, by już ni­gdy się niczym nie cie­szyć.

Nie rozu­miał, w czym im prze­szka­dzało, że ktoś w samym środku wojny potrafi odna­leźć spo­kój; nie rozu­miał, dla­czego chcieli mu go ode­brać albo prze­ko­nać, by się go wyzbył i dzie­lił z nimi gorycz.

Ostatni czte­rej Polacy na Ziemi, złą­czeni fru­stra­cją.

-?Nikt cię tu nie chce, głupku. -?Radosz powta­rzał mu to raz po raz, jakby Janusz go nie rozu­miał albo nie sły­szał.

Mogli nazy­wać go głup­kiem do woli i powta­rzać to przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji, ale on wie­dział, że wcale nie jest głupi. Sły­szał, bo nie miał pro­blemu ze słu­chem. Po pro­stu z wła­snej woli nie zwra­cał na to uwagi: nie słu­chał, bo nie chciał.

Nie chciał, żeby te słowa dotknęły go do głębi i tra­fiły do szu­fladki, w któ­rej pomiesz­kuje gorycz; wie­dział, że jeśli na to pozwoli, to zacznie myśleć: "Skoro nikt mnie tu nie chce, to nikt nie zechce mnie już ni­gdzie". Bo po latach samot­nych poszu­ki­wań było dla niego jasne: w Pol­sce nie ma dru­giej takiej Ilse, a skoro ona jest w Niem­czech, to on też chce tam być, bo to wła­śnie w tym gospo­dar­stwie odna­lazł cząstkę rodzin­nego domu. Odna­lazł kogoś, komu mógł opo­wia­dać swoje histo­rie; dziew­czynkę o oczach sio­stry, któ­rej już nie miał; dziew­czynkę, która go kochała, choć Radosz upie­rał się, że tak nie jest.

-?Już czas na kola­cję? -?spy­tał go.

25 marca 1941

25 marca 1941

7. Hymn dzieci

Wojna toczyła się dalej, jak każ­dego dnia, i nie dało się temu zaprze­czyć nawet przy naj­szczer­szych chę­ciach, pró­bu­jąc ukryć to przed dziećmi; nawet miesz­ka­jąc w naj­od­le­glej­szej czę­ści kraju; nawet nie włą­cza­jąc radia, dopóki te nie pójdą do łóżek, aby spały spo­koj­nie, choć o spo­koju nikt nie sły­szał już od dawna; nawet roz­ma­wia­jąc pod­czas kola­cji o wszyst­kim, tylko nie o niej; nawet ubo­le­wa­jąc nad tym, że naj­star­sza córka, Irm­gard, przy­jeż­dża do domu w week­endy po tygo­dniu spę­dzo­nym w inter­na­cie ubrana w mun­du­rek Jungmädelbund i śpiewa wyłącz­nie te pie­śni, któ­rych nauczyła się na spo­tka­niach mło­dzie­żówki naro­do­wych socja­li­stek.

Die Straße frei den brau­nen Batal­lio­nen.

Die Straße frei dem Stur­mab­te­ilung­smann!

Es schau'n aufs Haken­kreuz voll Hof­f­nung schon Mil­lio­nen.

Der Tag für Fre­iheit und für Brot bricht an!

Wojna zata­czała coraz szer­sze kręgi, Rze­sza sta­wiała wyma­ga­nia, a oni robili to, co do nich nale­żało: kiedy mówiono: "Zwiększ­cie pro­duk­cję", oni pra­co­wali jesz­cze cię­żej. A kiedy mówiono: "Płodź­cie dzieci na chwałę Vater­landu", oni ocze­ki­wali już czwar­tego potomka. Ale nie rozu­mieli, dla­czego Niemcy wyma­gają, by dzieci prze­stały być dziećmi; by zapo­mniały o zaba­wie i pod­dały się woj­sko­wemu dry­lowi; by zamiast koły­sa­nek nuciły bojową Horst Wessel Lied.

Zrób­cie drogę bru­nat­nym bata­lio­nom.

Zrób­cie drogę ludziom z SA1!

Na swa­stykę z nadzieją patrzą już miliony.

Nad­cho­dzi dzień wol­no­ści i chleba!

Z jakiej racji dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka miała śpie­wać te wersy? Jaka była z tego korzyść dla kraju? I dla­czego musiała uczyć tej pie­śni młod­sze rodzeń­stwo, które -?idąc jej śla­dem -?nie nuciło już niczego innego?

Wojna zata­czała coraz szer­sze kręgi, a Hahl­broc­ko­wie robili to, czego się od nich wyma­gało, dawali z sie­bie wszystko, ale nie rozu­mieli, dla­czego muszą poświę­cić rów­nież dzie­ciń­stwo swo­jego potom­stwa. Nic jed­nak nie mówili, bo nie było na to rady.

Hahl­broc­ko­wie żyli w nie­wiel­kim i odle­głym zakątku kraju, klu­czo­wym z powodu żyznych ziem, lecz dale­kim od pru­skiej sto­licy i od wszel­kich zawi­ro­wań spo­łecz­nych czy poli­tycz­nych. Od pro­pa­gandy, że Żydzi są naj­więk­szymi szkod­ni­kami na świe­cie. Że już Niemcy ich wyple­nią. Że Rze­sza zaj­muje coraz więk­sze tery­to­ria. Że doko­nała inwa­zji na Gre­cję. Że pod­bój Fran­cji był łatwi­zną. Że już nie­długo uda się poko­nać tych głu­pich Angli­ków dzięki nalo­tom i cał­ko­wi­tej domi­na­cji mor­skiej. Że Vater­land będzie więk­szy od Cesar­stwa Rzym­skiego.

Żadna z tych rze­czy nie zmie­niała faktu, że krowy nie cze­kają, aż czło­wiek prze­sta­nie świę­to­wać; że należy je wydoić, kiedy tego potrze­bują; że trzeba siać i zbie­rać plony w odpo­wied­nim cza­sie; że trzeba robić sery i masło, a latem strzyc owce. Że trzeba zaj­mo­wać się wszyst­kim: domem, polami, spi­chle­rzem, staj­niami, zam­kiem. Że trzeba roz­li­czać się z wła­ści­cie­lem ziemi i odda­wać należny udział rzą­dowi, coraz bar­dziej łap­czy­wemu, a także być w sta­łej goto­wo­ści, aby przy­jąć w gabi­ne­cie pań­stwo­wych urzęd­ni­ków.

O nie: wiej­skie obo­wiązki za nic mają auto­ry­tety. A nic tak sku­tecz­nie nie leczy aro­gan­cji, jak porządna zaraza.

Wielka Rze­sza. Oni rów­nież gło­śno krzy­czeli Sieg Heil! na mityn­gach i mani­fe­sta­cjach. Seig Heil! Seig Heil! Zwy­cię­stwo było nie­uchronne, a wiel­kość Rze­szy zapew­niona.

Nie zno­sili par­tyj­nych zebrań. Oboje uwa­żali, że mogą lepiej wyko­rzy­stać swój czas w domu, poświę­ca­jąc go na to, co potra­fią, i zosta­wia­jąc poli­tykę w rękach tych, któ­rzy się nią inte­re­so­wali. Niby logiczne, ale w tam­tym okre­sie absen­cja na tych zebra­niach była odbie­rana gorzej niż nie­obec­ność w kościele, który dla wielu zszedł na drugi plan. Nie­uczest­ni­cze­nie we mszy było odbie­rane jako oznaka pro­te­stu, jako sprze­ciw, ponie­waż poli­tyka stała się nową reli­gią, a Adolf Hitler nowym mesja­szem. Z tego powodu ocią­ga­nie się z nazi­stow­skim pozdro­wie­niem było nie­bez­piecz­nym aktem znie­wagi, ponie­waż ser­deczni jak dotąd sąsie­dzi, kom­pani z kościel­nej ławki, nie zawa­ha­liby się przed nazwa­niem zdrajcą każ­dego, kto nie wyka­zy­wałby się podobną żar­li­wo­ścią.

Hahl­broc­ko­wie nie rozu­mieli tej powszech­nej para­noi, ale rozu­mieli, że muszą z nią poko­jowo współ­żyć. Dla­tego cho­dzili na zebra­nia, posy­łali na nie córkę, gdy osią­gnęła odpo­wiedni wiek -?zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym dekre­tem -?i nie żalili się przed nikim. Już nawet nie mieli odwagi się skar­żyć w zaci­szu wła­snego pokoju z obawy przed tym, że usły­szy ich Irm­gard, a ona nie zro­zu­mia­łaby obiek­cji swo­ich rodzi­ców co do nie­któ­rych aspek­tów nowego nazi­stow­skiego życia, któ­rego uczono ją miło­wać w szkole.

I marzyli o dniu, w któ­rym zakoń­czy się wojna, by wszystko wró­ciło do nor­mal­no­ści; by sąsie­dzi prze­stali patrzeć na sie­bie podejrz­li­wie; by - wedle słów hymnu, któ­rego mieli już powy­żej uszu -?nie zabra­kło nie tylko chleba, ale też pokoju; pokoju mię­dzy samymi Niem­cami, bo w tym zakątku, tak dale­kim od kul i powszech­nego zagro­że­nia, przy­szło im doświad­czyć takiej wła­śnie wojny: tej, w któ­rej sąsiad wystę­po­wał prze­ciwko sąsia­dowi.

Hahl­broc­ko­wie dążyli do wspól­nego celu; pra­co­wali, by docze­kać nadej­ścia lep­szych dni, lep­szych Nie­miec. Dla­tego jakoś zno­sili pie­śni, które sze­ścio­let­nia Ilse musiała powta­rzać pod dyk­tando star­szej sio­stry.

-?Naucz się jej porząd­nie; jak już skoń­czysz dzie­sięć lat i będziesz mogła cho­dzić na spo­tka­nia, wyj­dziesz na naj­mą­drzej­szą.

Uczyła ją masze­ro­wać. Poka­zy­wała pod­stawy kali­ste­niki. Opo­wia­dała jej nowe, mro­żące krew w żyłach bajki, któ­rych Ilse słu­chała od początku do końca w abso­lut­nej ciszy, pouczona przez Irm­gard:

-?Musisz mieć się na bacz­no­ści, Ilse, i wie­dzieć, co robić, gdy natkniesz się na jedną z tych żmij z żółtą gwiazdą. No już. Powtórz hymn. I tym razem się nie pomyl.

-?Póź­niej. Już pora kola­cji, a przy stole się nie śpiewa.

Wanda wyko­rzy­sty­wała każdą oka­zję, by zaosz­czę­dzić sobie koniecz­no­ści wysłu­chi­wa­nia pie­śni, która miała uczy­nić z jej córek praw­dziwe wojow­niczki.

-?Ale mamo...

-?Przy stole nie śpie­wamy nawet pie­śni kościel­nych. Dobrze o tym wiesz, Irm­gard.

Schipperowie. 22 czerwca 1941

Schip­pe­ro­wie

22 czerwca 1941

8. Jak liść w rzece

Karl Schip­per miał zapa­mię­tać trze­cie uro­dziny Arna do końca życia. "To histo­ryczny dzień!", powie­dział swoim dzie­ciom. I było w tym wiele racji, bo cho­ciaż co do tego się pomy­lił -?co zwy­kły sto­larz może wie­dzieć o histo­rii i prze­wi­dy­wa­niach; na pewno nie tyle, by skła­dać podobne dekla­ra­cje -?to ten dzień wrył się w jego umysł tak głę­boko, jak cię­cia w jego meblach, robio­nych na zamó­wie­nie ze szla­chet­nego drewna.

Zrób­cie drogę bru­nat­nym bata­lio­nom.

Zrób­cie drogę ludziom z SA!

Odbi­ja­jące się od murów Kró­lewca głosy śpie­wa­jące Horst Wessel Lied, a nawet mroźne powie­trze tam­tego wio­sen­nego dnia spra­wiły, że upoił się atmos­ferą powszech­nej wspól­noty.

Na swa­stykę z nadzieją patrzą już miliony.

Nad­cho­dzi dzień wol­no­ści i chleba!

Z każ­dym kolej­nym kro­kiem -sprę­ży­stym, mimo że niósł pro­wiant na cały dzień, a na ramio­nach sie­dział mu Arno -?stop­niowo zapo­mi­nał o upo­ko­rze­niu, jakiego Niemcy doświad­czyły w ciągu ostat­nich lat.

Już wkrótce ulice ozdo­bią flagi Hitlera.

A tej nie­woli nadej­dzie już kres.

Zapo­mniał o izo­la­cji Prus Wschod­nich; o gnę­bią­cych ich Pola­kach, nie­chęt­nie pozwa­la­ją­cych prze­kra­czać świeżo wyty­czone gra­nice Niem­com, któ­rzy prze­cież dzie­lili z nimi tę zie­mię od zawsze.

-?Tato -?poskar­żył się tego dnia Fritz. -?Arno nie zna słów pio­senki.

-?To nie­istotne, Fritz, daj mu śpie­wać -?odparł z uśmie­chem, nie gubiąc rytmu i nie spusz­cza­jąc wzroku ze wspa­nia­łych czer­wono-czar­nych flag, które upięk­szały teraź­niej­szość i skła­dały obiet­nice na przy­szłość.

Flagi powie­wały na każ­dej ulicy: nie­woli nadej­dzie już kres. Dzięki tej obiet­nicy, nie­mal już speł­nio­nej, zapo­mniał o nie­do­statku, jaki cier­piał naj­pierw jako dziecko w nowej rze­czy­wi­sto­ści roz­człon­ko­wa­nych Nie­miec, a póź­niej pod­czas wiel­kiego kry­zysu. Z jego umy­słu ulot­niły się wszel­kie zgry­zoty świeżo upie­czo­nego męża i ojca, jakich doświad­czał led­wie kilka lat wcze­śniej, kiedy zawód sto­la­rza na nic się nie zdał, skoro nikt nie miał pie­nię­dzy na naprawę, a tym bar­dziej na zama­wia­nie nowych mebli, i gdy od głodu rato­wało ich jedy­nie odzie­dzi­czone przez żonę maleń­kie rodzinne gospo­dar­stwo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ilse. 26 stycznia 1936 -?25 marca 1938

Ilse

26 stycz­nia 1936 -?25 marca 1938

1. Dziewczynka

Przy pierw­szym odde­chu życie boli.

Bo jak tu nie pła­kać, gdy świa­tło po raz pierw­szy drażni oczy albo gdy po raz pierw­szy czuć na skó­rze suche muśnię­cie powie­trza? Jak tu nie pła­kać, gdy płuca wypeł­niają się zim­nym nie­zna­jo­mym tle­nem, gdy ciche odgłosy, dobie­ga­jące dotąd do zanu­rzo­nych uszu, nabie­rają mocy i docie­rają bez fil­trów? Jak tu zacie­kle nie pro­te­sto­wać, kiedy świat staje się nie­skoń­czony i nie utrzy­muje już w ryzach ciała, które bez­piecz­nie tkwiło w cia­snych, ciem­nych i mięk­kich obję­ciach mat­czy­nego wnę­trza?

Dziew­czynka zaczęła się już do tego przy­zwy­cza­jać, a kto wie, może nawet to życie w mat­czy­nych obję­ciach zdą­żyło się jej spodo­bać, kiedy zanie­siono ją do kościoła, aby nadać jej imię.

Tego dnia cała ta histo­ria dopiero miała się wyda­rzyć, a chrzcielna woda świę­cona pobło­go­sła­wiła jej czoło i pod­lała zie­mię Prus Wschod­nich, które wciąż jesz­cze ist­niały, a zamiesz­ku­jący je ludzie nie wie­dzieli, że ich dni są poli­czone i że czeka je wła­sny chrzest z ognia, mający na zawsze wyma­zać nazwę tych ziem. Tego dnia, jak od 1918 roku, dumne Prusy były odse­pa­ro­wane od swo­ich Nie­miec, nie z wła­snej woli, lecz w ramach kary narzu­co­nej przez świat. A ich miesz­kańcy -?w tym świeżo ochrzczona dziew­czynka -?tkwili w odosob­nie­niu niczym oddzie­la­jąca się od kija drza­zga: jesteś, ale jakby cię nie było; sta­no­wisz część cało­ści, ale nie­mal się o tobie nie pamięta. Żyli daleko, ale wciąż tęsk­nili do swych zachod­nich ger­mań­skich braci; dzie­liło ich morze, ale jesz­cze bar­dziej dzie­liła ich zie­mia. Żyli daleko, ale ni­gdy nie zapo­mnieli o ojczyź­nie i głę­boko pra­gnęli poru­szać się swo­bod­nie po utra­co­nych zie­miach, prze­kształ­co­nych w roz­dzie­la­jącą ich gra­nicę; zie­miach, które nie­gdyś były Pru­sami, a które teraz świat upar­cie nazy­wał kory­ta­rzem pol­skim.

W dniu, w któ­rym dziew­czynka otrzy­mała chrzest z wody, daleko było jesz­cze do chrztu z ognia, a świat w następ­nych dzie­się­cio­le­ciach miał wło­żyć ogrom wysiłku, aby zro­zu­mieć kolej­ność zda­rzeń i wagę zmien­nych; miał zaprzę­gnąć tęgie umy­sły i wyło­żyć ogromne środki, by zba­dać źró­dła winy i okru­cień­stwo win­nego czy też win­nych. Miał rów­nież wybiór­czo prze­mil­czeć to, co nie pozwa­lało mu zapo­mnieć o nie­wy­ba­czal­nych aspek­tach wła­snej zbrodni. Miał też zło­żyć obiet­nicę, że to się już ni­gdy nie powtó­rzy. I mało kto miał gło­śno mówić o tym, że była ona z góry ska­zana na porażkę, ponie­waż podobną obiet­nicę zło­żono już poprzed­nim razem, karząc agre­sora, karząc prze­gra­nego.

Wybrane imię miało się póź­niej podo­bać dziew­czynce, ale tego dnia pastor wylał je na nią znie­nacka i obfi­cie; lodo­wate, bo nie spo­sób, by woda w chrzciel­nicy była let­nia. Bez­ce­re­mo­nial­nie chlu­snął nim na jej cie­płe czoło. Dzięki tej wodzie i tysiącom bło­go­sła­wieństw imię przy­warło do niej na zawsze, ale bru­talne ude­rze­nie zimna spra­wiło, że Ilse wydała z sie­bie krzyk, który prze­ro­dził się w płacz, nie­prze­rwany aż do końca cere­mo­nii.

Jej rodzice wypra­wili skromną uro­czy­stość, na jaką nie mogli sobie pozwo­lić jesz­cze cztery lata wcze­śniej, kiedy chrzcili star­szą córkę. "Jak wiele może się zmie­nić w cztery lata", myśleli, gdy zasta­wiali stół dla sze­ściorga gości, a wokół uno­sił się wspa­niały zapach pie­czo­nej gęsi. Jakże odle­gły był głód, jakiego doświad­czyli w dzie­ciń­stwie i mło­do­ści. Jak dobrze wybrali kanc­le­rza, który wyra­to­wał Niemcy z nie­do­statku.

Tego samego dnia, choć daleko stam­tąd, fran­cu­ska dzien­ni­karka madame Tita?na prze­pro­wa­dziła z tym ponu­rym lide­rem prze­dziwny wywiad dla miej­sco­wej gazety. On powie­dział jej: "Żaden Nie­miec nie chce wojny. Ostat­nia kosz­to­wała nas dwa miliony ofiar i sie­dem i pół miliona ran­nych. I nawet gdy­by­śmy wygrali, to żadne zwy­cię­stwo nie byłoby warte tej ceny", a ona wró­ciła do swo­jego kraju z prze­ko­na­niem, że ani ten męż­czy­zna, ani jego naród nie sta­no­wią zagro­że­nia dla pokoju.

Ich kanc­lerz, tak jak oni, pra­gnął pokoju. Na świe­cie mówiono, że poprzed­nia wojna skoń­czyła z innymi raz na zawsze. I bez wąt­pie­nia skoń­czyła rów­nież z nimi. Har­twig i Wanda Hahl­broc­ko­wie prze­żyli znisz­cze­nie i dra­mat. A teraz, po tak ogrom­nych cier­pie­niach, mieli nadzieję obser­wo­wać jedy­nie, jak ich córki dora­stają szczę­śliwe, bez głodu i w pokoju. I myśleli, że z Führerem w końcu będzie to moż­liwe. Trzy lata jego rzą­dów, trzy lata porządku, trzy lata z ich życia, trzy lata pracy, w końcu trzy lata bez głodu i z per­spek­ty­wami na przy­szłość. A teraz, dzięki temu, nowa i uko­chana córka. Ilse.

Dwa lata i dwa mie­siące póź­niej Ilse nie pamię­tała już bólu naro­dzin ani lodo­wa­tej chrzciel­nej wody, ale miała za sobą wiele małych doświad­czeń i zdo­była pewne umie­jęt­no­ści, bo prze­cież ni­gdy nie uczymy się tak szybko, jak w ciągu pierw­szych trzech lat naszego życia. Uczymy się i żyjemy, choć nie pamię­tamy, jak się cze­goś nauczy­li­śmy ani kiedy coś prze­ży­li­śmy.

To wła­śnie wtedy Ilse poznała tych, któ­rzy zamiesz­ki­wali jej nie­wielki, her­me­tyczny świat; nauczyła się odróż­niać głód i jego ukłu­cia, ale też nauczyła się cier­pli­wie cze­kać; jedze­nie zawsze się poja­wiało, już jej matka o to dbała; nie musiała pła­kać, bo nauczyła się wielu słów, w tym "jestem" i "głodna". W ciągu tych pierw­szych lat nauczyła się też, że komi­nek z pew­nej odle­gło­ści daje cudowne cie­pło, ale można się popa­rzyć, gdy podej­dzie się zbyt bli­sko. Nauczyła się wsta­wać, cho­dzić i prze­mie­rzać schody w górę i w dół. Nauczyła się nazy­wać rze­czy. Nazy­wać sie­bie: Ilse Hahl­brock, choć wciąż łamała sobie język przy nazwi­sku.

Nauczyła się też nie pła­kać, bo łzami mogła jedy­nie zde­ner­wo­wać matkę, która zawsze mówiła jej: "Ilse, my ni­gdy nie pła­czemy". Dowie­działa się, jak to jest pra­gnąć cudzej rze­czy -?bo lalka sio­stry zda­wała się jej ład­niej­sza od wła­snej -?ale nauczyła się też zagłu­szać to pra­gnie­nie i zado­wa­lać się tym, co ma, bez wsz­czy­na­nia awan­tur, bo i tak niczego by tym nie osią­gnęła.

W tym cza­sie nauczyła się rów­nież bać się gęsi i psów, choć nikt nie potra­fił tego zro­zu­mieć: Kaj­zer, jedyny pies w jej świe­cie, ni­gdy nie odwa­żyłby się jej nastra­szyć, a tym bar­dziej skrzyw­dzić.

Ale nie było spo­sobu, by ją o tym prze­ko­nać.

-?On nie gry­zie, Ilse. Kaj­zer to dobry pies, pogła­skaj go.

Ale dziew­czynka miała swoje powody, by się go bać, choć nie pamię­tała już dla­czego i nie było przy tym żad­nych świad­ków.

Otóż pew­nego razu -?a był to jeden z tych rzad­kich razów, kiedy już jako dwu­latka wyszła z domu nie­zau­wa­żona przez matkę ani przez pra­cu­ją­cych na polu robot­ni­ków, któ­rzy nie dostrze­gli błą­ka­ją­cej się samot­nie dziew­czynki -?Ilse udała się nad zamiesz­ki­wane przez gęsi jeziorko, zwa­biona ich gęga­niem i wizją małych gąsią­tek.

Poprzed­niej nocy ojciec obie­cał jej, że wkrótce ją tam zapro­wa­dzi, ale Ilse nie wie­działa, ile to jest "wkrótce" i tam­tego dnia poczuła, że od zło­że­nia tej obiet­nicy minęła cała wiecz­ność, dla­tego posta­no­wiła pójść sama, aby poba­wić się z piskląt­kami i porząd­nie je okryć: woda w jezio­rze zawsze była lodo­wata, a skoro ona sama ani tro­chę nie lubiła zim­nej wody, to wywnio­sko­wała, że one tym bar­dziej nie lubią.

Ale gęsi, które zawsze były nieco zdzi­czałe, nie pozwo­liły jej ani się zbli­żyć do nowych człon­ków rodziny, ani poba­wić się z nimi czy okryć choćby jedno gąsiątko; gdy tylko zoba­czyły zbli­ża­jące się ludz­kie dziecko, zaczęły trze­po­tać skrzy­dłami i prze­bie­rać nogami w wodzie, aż dotarły na ląd. A potem puściły się bie­giem po suchej ziemi.

Ilse miała już jakieś doświad­cze­nie życiowe: wie­działa, jak odróż­nić mięk­kie "Ilse", wydo­by­wa­jące się z ust matki, gdy sie­działa spo­koj­nie przez dłuż­szy czas i pozwa­lała jej wyko­ny­wać swoje obo­wiązki, od dud­nią­cego po całym domu "Ilse", kiedy wzbra­niała się przed wej­ściem do wanny, nie przy­cho­dziła do stołu na zawo­ła­nie, zosta­wiała nie­do­je­dzoną kieł­basę albo kłó­ciła się z sio­strą.

Być może wła­śnie z tego powodu, a może dla­tego że w odpo­wied­nim momen­cie po raz pierw­szy w życiu zadzia­łał u niej instynkt samo­za­cho­waw­czy, z całą pew­no­ścią stwier­dziła, że gęsi wcale nie wybie­gły jej na powi­ta­nie i że musi ucie­kać przed nad­cią­ga­ją­cym zagro­że­niem. Nagle ści­snęło ją w dołku, po czym się obró­ciła i, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, zaczęła biec tak szybko, jak tylko pozwa­lały jej na to nieco ponad dwu­let­nie nóżki.

W trak­cie ucieczki chciała wydo­być z sie­bie krzyk, ale był tak gło­śny i tak potężny, że ści­snął jej gar­dło i skrył się w jej malut­kim ciele, aby ni­gdy go już nie opu­ścić.

Ilse bie­gła więc w wymu­szo­nej, abso­lut­nej ciszy. Oddy­chała tylko dla­tego, że nie miała innego wyj­ścia. Wie­działa -?skąd? -?że gęsi są od niej szyb­sze, że ją dosię­gną i podzio­bią, i że wydzio­bią jej skórę, a nawet włosy.

Nie odwa­żyła się spoj­rzeć za sie­bie.

Schnell lau­fen -?popę­dzała się, choć żaden dźwięk nie potra­fił poru­szyć jej strun gło­so­wych. -?Schnell, Schnell lau­fen!

I już czuła na swo­ich kost­kach gorący oddech wście­kłych pta­ków.

Wtedy zauwa­żyła kątem oka, jak potężny Kaj­zer zbliża się do niej w peł­nym biegu. Gdyby się obró­ciła, to dostrze­głaby, że pies sta­nął pomię­dzy nią a jej skrzy­dla­tymi agre­so­rami, aby ją obro­nić, ale tego nie zro­biła: ze wzro­kiem wbi­tym przed sie­bie poczuła tylko, jak ogon owczarka nie­miec­kiego muska jej nogi i w popło­chu odnio­sła wra­że­nie, że dosię­gły ją jego wiel­kie kły, dla­tego od razu pomy­ślała, że -?w zmo­wie z dzi­kimi gęsiami -?przy­łą­czył się do pogoni za zdo­by­czą.

W jej prze­ra­żo­nym umy­śle jego szcze­ka­nie zlało się z ich gęga­niem. I przy­spie­szyła.

Ilse skryła się w sto­dole, zasko­czona, że udało się jej wygrać ten wyścig. Tam, w ciem­no­ści, uspo­ko­iła przy­spie­szony rytm serca. Ukryła się bez­sze­lest­nie i po jakimś cza­sie ogar­nął ją nowy lęk, który pozwo­lił jej zapo­mnieć o tym poprzed­nim: bała się, że nagle usły­szy szorst­kie "Ilse", jakim matka obda­rzała ją, gdy była nie­grzeczną dziew­czynką, jak wła­śnie tego dnia. "Nein, Ilse. Nicht allein" -?słowo matki było w domu świę­to­ścią: nie wychodź ni­gdzie sama, Ilse.

I gdyby nie żołą­dek, naj­lep­szy moty­wa­tor, to spę­dzi­łaby tam całe popo­łu­dnie, a może nawet i noc. Ale głód prze­ko­nał ją, że czas wra­cać, aby zmie­rzyć się z kon­se­kwen­cjami, nawet jeśli mia­łaby usły­szeć od matki pełne pre­ten­sji "Ilse". Kiedy była głodna, to nie potra­fiła myśleć o niczym innym -?a wła­śnie nade­szła pora na grzankę z masłem -?dla­tego jej umysł zapo­mniał o tym, co ciało miało zapa­mię­tać już na zawsze: o powo­dach, dla któ­rych bała się gęsi i psów.

To, co wyda­wało się jej wiecz­no­ścią, trwało zale­d­wie pół godziny. Matka, zajęta wyszy­wa­niem far­tusz­ków i halek dla swo­ich córek, nawet nie zauwa­żyła jej nie­obec­no­ści, prze­ko­nana, że dziew­czynki udały się na drzemkę. Nie było żad­nych pre­ten­sji, tylko grzanki z domo­wym kre­mo­wym masłem. Póź­niej Ilse przez całe popo­łu­dnie bawiła się z sio­strą, Irm­gard, która ponie­waż była od niej cztery lata star­sza, miała się nią zaj­mo­wać -?i pil­no­wać, by nie wycho­dziła sama z domu -?gdy matka szyła, tkała, wyszy­wała, sprzą­tała czy goto­wała.

Gdy wró­cił ojciec, wie­działa, że nade­szła pora kola­cji; na szczę­ście znowu była głodna. Matka podała kiszoną kapu­stę z kieł­basą cie­lęcą, jej ulu­bioną.

Kaj­zer, który wcho­dził do domu tylko za zgodą ojca, wpa­try­wał się w nią uważ­nie, jakby chciał ją zjeść. A Ilse -?która od tam­tego popo­łu­dnia już na zawsze miała tłam­sić w sobie krzyk -?stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie jedze­niem i szu­kała schro­nie­nia na kola­nach ojca.

Kaj­zer, ow­szem, patrzył pożą­dli­wie, ale nie na nią: wbi­jał wzrok w kieł­basę, nie­mal z miło­ścią. Uwa­żał, że zasłu­guje na spe­cjalną nagrodę za boha­ter­stwo; za to, że ją ura­to­wał i sta­nął pomię­dzy nią a gęsiami, a także za to, że bolało go całe ciało, podzio­bane w trak­cie zacię­tej bitwy przez pie­rza­ste demony.

Cze­kał cier­pli­wie, ale kola­cja już się skoń­czyła i nikt, nawet dziew­czynka, nie podzie­lił się z nim choćby piętką chleba. I to nie tylko dla­tego, że Ilse o tym nie pomy­ślała i nie odwa­żyła się zbli­żyć ręki do jego ogrom­nego i wygłod­nia­łego pyska, ale także dla­tego, że cho­ciaż wciąż miała ści­śnięty żołą­dek, to zja­dła wszystko; nie ośmie­liła się zosta­wić nawet naj­mniej­szego okruszka, bo gdy matka mówiła: "Alles essen", ona opróż­niała talerz, i to bez zająk­nię­cia.

Nie wie­działa, że wyda­rze­nia z 25 marca 1938 roku pozo­staną w niej bar­dziej jako instynkt niż wspo­mnie­nia. Tam­tej nocy kła­dąc się do łóżka, Ilse nie wie­działa też, że ten dzień zapi­sze się na zawsze w pamięci jej roda­ków, wcale nie dla­tego, że jakaś mała pru­ska dziew­czynka wystra­szyła się gęsi, bro­nią­cych swo­jego tery­to­rium i swo­jej rodziny, ale dla­tego, że pan i władca losu tych ziem wyło­żył swoje inten­cje przed Niem­cami i całym świa­tem w trak­cie swo­jej wizyty w Kró­lewcu.

Arno. 25 marca 1938

Arno

25 marca 1938

2. Chłopiec i łopot flag

Jechał do Kró­lewca po raz pierw­szy w życiu, ale Arno, który wła­śnie wtedy koń­czył trzy lata, jesz­cze tego nie wie­dział. Nie zapa­mię­tał też gorącz­ko­wych przy­go­to­wań do dnia, który cała rodzina miała spę­dzić poza swoim nie­wiel­kim gospo­dar­stwem.

Tego dnia nikt nie musiał go budzić; był naj­młod­szy z czwórki rodzeń­stwa i wciąż obo­wią­zy­wała go zasada wła­ściwa wszyst­kim malu­chom: że dzień zaczyna się wraz z ich prze­bu­dze­niem.

A po nich otwiera oczy matka, a następ­nie słońce. A po nich kogut ogła­sza nadej­ście nowego dnia, a krowa domaga się wydo­je­nia. A po nich budzi się ojciec, aby pomóc matce, która musi ulżyć ryczą­cej kro­wie. A po nich budzą się pozo­stali człon­ko­wie rodziny, zwa­bieni zapa­chem przy­go­to­wa­nego przez ojca śnia­da­nia, choć wole­liby jesz­cze tro­chę pospać; choć wole­liby przy­kleić się do poduszki lub żeby przez okno wpa­dło choć tro­chę świa­tła, nim będą musieli otwo­rzyć oczy.

Ale to nie­moż­liwe: nowy dzień już się zaczął, a wraz z nim codzienna krzą­ta­nina w nie­wiel­kim obej­ściu Schip­pe­rów.

Rzecz jasna, Arno jako trzy­la­tek nie pła­kał już po prze­bu­dze­niu. Skoń­czył z tym, gdy nauczył się potrzeb­nych mu słów.

-?Mut­ter! Vater! Ich möchte mein Frühstück!

Ten pora­nek zaczął się jak zwy­kle: naj­młod­szy domow­nik doma­gał się śnia­da­nia, a pozo­stali pra­gnęli wyle­gi­wać się w łóżku choćby chwilę dłu­żej. Potem przy­szedł czas na zwy­kłe gospo­dar­skie zaję­cia, choć Schip­pe­ro­wie wyko­ny­wali je z więk­szym niż zazwy­czaj pośpie­chem, a następ­nie ele­gancko się ubrali: wło­żyli odświętne stroje, mimo że to nie była nie­dziela, bo wszy­scy razem jechali do mia­sta.

-?To histo­ryczny dzień, Arno, a do tego dziś są twoje uro­dziny - powie­dział ojciec, Karl Schip­per, gdy zapi­nali płasz­cze przed wyj­ściem.

Był już 25 marca, ale wio­sna na tych zie­miach jesz­cze się nie obu­dziła, choć zima wcale nie była taka ciężka. Przy odro­bi­nie szczę­ścia koło połu­dnia wyj­dzie słońce. Przy odro­bi­nie szczę­ścia śnieg nie zasko­czy ich po dro­dze do Kró­lewca i z powro­tem.

Chłopcu udzie­lił się entu­zjazm star­szych braci, któ­rzy dużo lepiej rozu­mieli, co się dzieje. Dla ośmio­let­niego Fritza i sied­mio­let­niego Johanna, uwa­ża­ją­cych się za wytraw­nych podróż­ni­ków, dzień zapo­wia­dał się o wiele cie­ka­wiej niż dotych­cza­sowe wyprawy do mia­sta z ojcem: widzieli już oka­załe domy i budynki z ogrom­nymi oknami, dzwony z kate­dry we From­borku, bru­ko­wane ulice czy sie­dem mostów, i bawili się w ogro­dach zamku nad jezio­rem; to wszystko im się podo­bało, ale nawet takie atrak­cje bla­dły w obli­czu zapo­wia­da­nego na ten dzień, histo­rycz­nego wyda­rze­nia. I było to dla nich nie­po­jęte, bo w trak­cie tej wizyty mieli się nawet oprzeć poku­sie owo­co­wych mar­ce­pan­ków od Schwer­mera, które mogli spró­bo­wać przy jed­nej z tych rzad­kich oka­zji, kiedy ich ojciec miał jed­no­cze­śnie pie­nią­dze, czas i dobry humor.

Ale choć mieli się za doświad­czo­nych glob­tro­te­rów -?w porów­na­niu z Arnem, który wciąż był dla nich małym dziec­kiem i nie wycho­dził poza naj­bliż­szą oko­licę gospo­dar­stwa, a także z Helgą, która choć star­sza, to jed­nak była dziew­czynką i para­jący się sto­larką ojciec ni­gdy nie zabie­rał jej ze sobą do pracy do mia­sta -?to jed­nak wciąż mieli tylko osiem i sie­dem lat; droga na­dal bar­dzo im się dłu­żyła i wszystko odwra­cało ich uwagę od obiet­nic tam­tego dnia. Jak na dobrych braci i prze­wod­ni­ków wyprawy przy­stało, poka­zy­wali Arnowi to, co poja­wiało się na dro­dze, wciąż usia­nej klek­sami śniegu, i cho­dzili z nim z jed­nego końca fur­manki na drugi: a to na pra­wym pobo­czu stał wielki wół, a to owce blo­ko­wały prze­jazd, a to po lewej leżał mar­twy pies w sta­nie zaawan­so­wa­nego roz­kładu.

-?Widzia­łeś jego oczy, Arno?

Arno też chciał wszystko zoba­czyć, ale matka bała się, że spad­nie z fur­manki, a wszy­scy wie­dzieli, że nie powinna się dener­wo­wać ani nad­mier­nie wysi­lać.

-?Chodź tu -?powie­działa do niego Helga, star­sza sio­stra, wska­zu­jąc na swoje kolana. -?I już się nie ruszaj.

Helga przy­ci­snęła chłopca mocno do sie­bie, aż w końcu ustą­pił: to jej ramiona znał naj­le­piej, to one dawały mu naj­więk­szą pocie­chę. Matka sia­dała przy nim każ­dej nocy przed zaśnię­ciem i opo­wia­dała mu bajki, ale oprócz ojca to wła­śnie dzie­się­cio­let­nia Helga zawsze brała go na ręce, kła­dła do łóżka, tuliła, gdy miał kosz­mary, besz­tała i kąpała. I to tam, w chro­nią­cych go przed zim­nem ramio­nach sio­stry, zasnął, koły­sany ryt­micz­nym chy­bo­ta­niem fur­manki i nie­koń­czącą się -?jak mu się zda­wało - podróżą do nie­zna­nego mu celu.

-?Doje­cha­li­śmy.

Helga potrzą­snęła nim. Arno otwo­rzył oczy i od razu oprzy­tom­niał. Wokół nich pano­wał ogromny gwar. Ni­gdy wcze­śniej nie widział tylu ludzi ani tylu wozów naraz. Matka dys­ku­to­wała z ojcem.

-?Jeśli zosta­wimy fur­mankę bez opieki, to nam ją ukradną.

-?Nie. Dziś nikt by się na to nie odwa­żył. Poza tym nie możemy już dalej jechać. Popatrz, wszy­scy robią tak samo.

Tego dnia do Kró­lewca przy­byli oko­liczni miesz­kańcy, a jego sze­ro­kie ulice nie były w sta­nie pomie­ścić wszyst­kich wozów. To był histo­ryczny dzień i nikt nie chciał go prze­ga­pić: na twa­rzach ludzi malo­wało się pod­nie­ce­nie. Wokół nich inni podróżni zosta­wiali swoje pojazdy poza murami mia­sta, tak bli­sko sie­bie, jak tylko pozwa­lały im na to konie. Zabie­rali ze sobą tylko kosze lub torby z pro­wian­tem na dal­szą drogę. Schip­pe­ro­wie zro­bili to samo, a Arno sie­dział na bar­kach ojca: "W tym tłu­mie zgu­bił­byś się doku­ment­nie, mein Sohn".

Arno cza­sem nie rozu­miał, dla­czego doro­śli mówią na jego widok: "Jaki ten chło­piec jest wysoki!", skoro był tylko małym, wyma­ga­ją­cym uwagi dziec­kiem. Prze­cież gdyby był wysoki, ozna­cza­łoby to, że jest już duży, star­szy. A w domu wszy­scy byli wyżsi od niego. Prze­cież gdyby był wysoki, to mógłby dosię­gnąć leżą­cego na regale masła. Gdyby był wysoki, to mógłby dosię­gnąć wyko­na­nego przez ojca drew­nia­nego konika za każ­dym razem, gdy Fritz mu go wyry­wał i szy­der­czo uno­sił ramię, tak by Arno nie mógł go odzy­skać. Gdyby był wysoki, to Fritz nie odwa­żyłby się na takie żarty.

Sie­dząc na ramio­nach ojca, po raz pierw­szy poczuł się naprawdę wysoki. Mógł obser­wo­wać wszystko: łyse głowy męż­czyzn, któ­rzy nie nosili kape­lu­szy, i pióra przy kape­lu­szach ele­ganc­kich dam; cie­szył się, że jego bra­cia są od niego dużo niżsi, bo tam, na górze, jako pierw­szy mógł usły­szeć gra­jącą na uli­cach i wita­jącą przy­by­szów muzykę. Wier­cił się na wszyst­kie strony, by nie prze­ga­pić żad­nego szcze­gółu, nie bacząc na upo­mnie­nia ojca: "Nie ruszaj się tak, Arno".

Nad­jeż­dżało coraz wię­cej wozów, więc chło­piec pomy­ślał z dumą, że jego dzielny tata wygrał dla nich ten wyścig, wespół ze swoim szyb­kim koniem.

Nieco dalej, już na prze­stron­nych uli­cach, miał wra­że­nie, jak gdyby wszystko było jed­nym wiel­kim murem: od ota­cza­ją­cych mia­sto for­ty­fi­ka­cji aż po naj­wyż­sze budynki, jakie kie­dy­kol­wiek widział. Zdu­miony, patrzył w górę. Wcze­śniej na takich wyso­ko­ściach obser­wo­wał jedy­nie gęsi prze­la­tu­jące nad domem, który przy miej­skich zabu­do­wa­niach wyda­wał mu się maleńki. Roz­dzia­wił usta w zachwy­cie, a wtedy ojciec powie­dział: "Zamknij buzię, Sohn, bo wleci ci mucha". Więc ją zamknął, ale ta była nad­zwy­czaj uparta i od czasu do czasu znów się otwie­rała, bo dzi­wiło go o wiele wię­cej niż tylko roz­miary budyn­ków i kościo­łów. Mia­sto zda­wało się być gotowe na praw­dziwe święto: gdzie­kol­wiek spoj­rzał, flagi -?te duże, te małe i te ogromne -?łopo­tały niczym czer­wono-czarne skrzy­dła, ula­tu­jąc ku niebu przy podmu­chach wia­tru.

Przed­się­bior­cze kobiety sprze­da­wały kwiaty i flagi w roz­mia­rze wprost ide­al­nym dla jego małych rączek. I zapra­gnął mieć jedną z nich.

-?Papa, ich möchte eine Flagge!

-?Nicht jetzt.

To były naj­bar­dziej fru­stru­jące słowa, jakie Arno kie­dy­kol­wiek poznał: "Teraz nie". Teraz nie możesz tego ciastka. Teraz nie możesz się bawić. Teraz nie krzycz. Nicht jetzt. Teraz nie jedz chleba. Teraz nie możesz mieć takiej ład­nej flagi, jak inni. Teraz nie, teraz nie. Po trzech latach życia te słowa zdą­żyły mu się już znu­dzić, ale wie­dział, że gdy wypo­wia­dali je rodzice, nie było na nie rady. Tak więc teraz nie, ale może póź­niej?

-?Ja. Zoba­czymy.

Ojciec nie chciał się zatrzy­mać, choć Arno mocno kop­nął go nogą, jak konia. Chyba się gdzieś spie­szyli. Szli tak szybko, jak tylko stan matki na to pozwa­lał.

Arno wie­dział, że nie wszyst­kie matki są takie jak jego. Znał na przy­kład grubą Frau Fili­pek, która zacho­dziła do nich raz w tygo­dniu, żeby kupić jajka, i pła­ciła za nie masłem i wędli­nami. Ona miała wię­cej dzieci i wię­cej ener­gii, a cza­sem razem z towa­rami na wymianę nio­sła w ramio­nach jedną z lato­ro­śli; do tego, oczy­wi­ście, musiała nieść swój wła­sny cię­żar.

Dzieci wyko­rzy­sty­wały każdą minutę na zabawę, pod­czas gdy pogrą­żone w roz­mo­wie matki prze­dłu­żały trans­ak­cję. Ale były kobie­tami zaję­tymi i prak­tycz­nymi, dla­tego prędko prze­ry­wały poga­wędkę: było wiele do zro­bie­nia, a Filip­ko­wie musieli iść dalej.

Po wymia­nie towaru zaru­mie­niona kobieta z zado­wo­le­niem pako­wała jajka do koszyka z taką samą ener­gią jak wcze­śniej, pod­czas gdy jego wychu­dzona i mil­cząca matka przy­glą­dała się z progu, jak sąsiadka odma­sze­ro­wuje żwa­wym kro­kiem, po czym na powrót sia­dała przy kuchen­nym stole, by odpo­cząć i nabrać tchu. Nawet nie pró­bo­wała wziąć swo­jego syna na ręce, i choć mu to tłu­ma­czyli, cza­sem nie rozu­miał, dla­czego matka tylko podaje mu rękę i ni­gdy go nie pod­nosi.

-?Pamię­tasz, jak kie­dyś obtar­łeś sobie kolano? Pamię­tasz, jak cię bolało? Mamę tak samo boli serce -?powie­dział mu kie­dyś ojciec.

-?Ale wyzdro­wieje?

-?Nie.

Dla­tego trzeba było o nią dbać. Bo ciężko się żyje z obtar­tym ser­cem. Ale Arno cza­sem o tym zapo­mi­nał.

Codzien­nie przed wyj­ściem do pracy ojciec mówił mu: "Uwa­żaj na mamę, bądź pomocny, nie spra­wiaj jej pro­ble­mów". I Arno zaczy­nał dzień z takim zamia­rem, ale prędko mu to umy­kało. Chciał się bawić i zapo­mi­nał o obtar­tym sercu matki. Chciał bie­gać i się wspi­nać, choć jego rodzeń­stwo wciąż jesz­cze było w szkole, a ojciec w pracy, i tylko osła­biona matka mogła się nim zaj­mo­wać.

Igno­ro­wał więc powzięte led­wie parę minut wcze­śniej posta­no­wie­nie, i prędko zapo­mi­nał o zło­żo­nych obiet­ni­cach; zapo­mi­nał, że powi­nien sie­dzieć w miej­scu, i zbli­żał się zbyt­nio do pale­ni­ska, cho­ciaż dobrze wie­dział, że mu nie wolno; i cho­dził obser­wo­wać krowę albo tarzać się w psze­nicy, choć matka mu tego zabra­niała. I przy­po­mi­nał sobie o swo­ich obiet­ni­cach i posta­no­wie­niach dopiero wtedy, gdy zauwa­żał bladą, wzbu­rzoną i pozba­wioną tchu matkę, pod­cho­dzącą do niego tak szybko, jak tylko mogła sobie na to pozwo­lić, aby go odcią­gnąć, ura­to­wać lub zbesz­tać.

A teraz, sie­dząc na bar­kach ojca, Arno czuł się wysoki i doj­rzały, jak wszy­scy wysocy ludzie, któ­rzy nie zapo­mi­nają o zło­żo­nych obiet­ni­cach, i od czasu do czasu spo­glą­dał na matkę, drobną kobietę idącą powol­nym, acz zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Posta­no­wił, że da znać ojcu, jak tylko zoba­czy, że poczuła się gorzej. Bo to aku­rat potra­fił: wyczuć dokładny moment, w któ­rym jej się pogar­szało. W tej dzie­dzi­nie był eks­per­tem, wszak doświad­czał tego od dnia swo­ich naro­dzin.

Schip­pe­ro­wie prędko wto­pili się w morze ludzi, któ­rzy naj­wy­raź­niej szli w tym samym kie­runku. I było tam coraz wię­cej flag, a począt­kowo ciche pie­śni zaczęły roz­brzmie­wać z coraz więk­szą mocą.

Arno ich nie znał. Były zupeł­nie inne od tych, które matka śpie­wała mu czule, kiedy star­czyło jej tchu, by pocią­gnąć melo­dię, ale też mu się podo­bały. Nie znał słów, ale je wymy­ślał, naj­pierw nie­śmiało, a póź­niej peł­nym gło­sem, by poczuć się czę­ścią coraz więk­szej i coraz bar­dziej hała­śli­wej grupy osób, stop­niowo zle­wa­ją­cej się w jed­no­rodną masę.

A z każdą nutą, z każ­dym odde­chem, ze wszyst­kich ust wydo­by­wały się deli­katne obłoczki pary, które zaczęły się łączyć, kłę­bić i powięk­szać. Ten nowo powstały obłok był coraz wyraź­niej­szy, zaczy­nał żyć wła­snym życiem, aż na koniec zamie­nił się w podmuch, a następ­nie falę mgły, która go otu­liła, dając wra­że­nie, że unosi się w powie­trzu.

I zda­wało mu się, że matka kro­czy z nieco więk­szą siłą i nabrała tro­chę koloru, a jego bra­cia uro­śli, ot tak, tylko dzięki tym pio­sen­kom. A obok szły inne dzieci, tak samo wyso­kie jak on, sie­dzące okra­kiem na bar­kach rodzi­ców i uno­szące ramiona, jak gdyby dowo­dziły mor­skimi stat­kami; chłopcy i dziew­czynki, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie widział, które patrzyły na sie­bie w mar­szu i roz­po­zna­wały swoje spoj­rze­nia, uśmie­chy i słowa pio­se­nek, ale pra­wie żadne nie potra­fiło wymó­wić ani nie rozu­miało ich sensu poza tym, że obie­cy­wano w nich chleb. A to im się podo­bało.

Die Straße frei den brau­nen Bata­il­lo­nen.

Die Straße frei dem Stur­mab­te­ilung­smann!

Es schau'n aufs Haken­kreuz voll Hof­f­nung schon Mil­lio­nen.

Der Tag für Fre­iheit und für Brot bricht an!

Ale po tak dłu­gim spa­ce­rze zaczęło mu się zda­wać, że z bar­ków ojca wyro­sły kolce, a ból poślad­ków odwiódł jego uwagę od pio­se­nek. Zachciało mu się pić, a głód był sil­niej­szy od chęci posia­da­nia flagi.

-?Papa: Ich bin hun­grig!

- Już nie­da­leko. Wytrzy­maj. Dosta­niesz jeść, gdy doj­dziemy na miej­sce.

Nie­stety tak jak wszy­scy wokół, nie dotarli na żadne kon­kretne miej­sce: jacyś żoł­nie­rze zatrzy­my­wali tłum, by roz­mie­ścić go po obu stro­nach sze­ro­kiej alei.

Schip­pe­ro­wie mieli szczę­ście: dzieci usia­dły na kra­węż­niku, a doro­słym nikt nie zasła­niał widoku parady, która miała się roz­po­cząć lada chwila, po ofi­cjal­nym powi­ta­niu na dworcu kole­jo­wym. Frau Schip­per dała każ­demu ze swo­ich dzieci por­cję chleba i kieł­basy.

-?Jedz powoli, Arno. Nie udław się.

Dzieci jadły na sie­dząco, a doro­śli na sto­jąco. Arno zmo­czył weł­niane skar­pety, wyle­wa­jąc na sie­bie kubek cie­płej her­baty, więc ojciec wziął go na chwilę w ramiona -?dopóki stopy mu nie prze­schły -?opa­tu­lił swoim płasz­czem i ogrzał.

Wciąż roz­brzmie­wały pie­śni, teraz już w akom­pa­nia­men­cie zespo­łów. Nie­które głosy wzno­siły się ponad inne -?te nale­żące do zwy­kłych śmier­tel­ni­ków -?przez mega­fony, naka­zu­jąc powta­rzać slo­gany, odpo­wia­dać uni­sono, uno­sić rękę i wspól­nie krzy­czeć raz po raz, aż do per­fek­cji: "Ha Hidla!". Wtedy Arno popro­sił ojca, by posta­wił go na ziemi, i sto­jąc na kra­wę­dzi ulicy, dołą­czył do tych gło­sów:

Cza­sem krzy­czał: "Zi hail! Zi hail!"; cza­sem zaś: "Ha Hidla! Ha Hidla!".

Robił to bez­myśl­nie, nie zasta­na­wia­jąc się, co ozna­czają te powta­rzane z taką werwą słowa, uno­sił też rękę nie­mal ku niebu, jak przy­stało na praw­dzi­wego członka tej masy. Ale prędko od tych okrzy­ków zaschło mu w gar­dle, a ręka zmę­czyła się od nie­ustan­nego pod­no­sze­nia i opusz­cza­nia.

Zabawa stra­ciła swój urok, nim jesz­cze na dobre się zaczęła.

Poczuł ucisk na pęcherz, co dopiero nie­dawno nauczył się odróż­niać na czas, by nie zmo­czyć ubrań, i pona­glał ojca tak długo, aż został zapro­wa­dzony na tyły budynku i wypróż­nił się cie­płym i paru­ją­cym stru­mie­niem.

Kiedy wró­cili na miej­sce, nic się nie zmie­niło. I Arno raz po raz to sia­dał, to wsta­wał. Tkwił tam z przy­musu, choć pra­gnął być gdzie indziej. Nie rozu­miał, dla­czego nie może wybiec na sam śro­dek pustej alei, która wzy­wała go bez ustanku. Prze­cież mógłby zagrać w zbi­jaka z innymi dziećmi w jego wieku, tak samo jak on znu­żo­nymi dłu­gim mar­szem, gło­śnymi okrzy­kami i bez­sen­sow­nym ocze­ki­wa­niem. Wszy­scy by się dobrze bawili. Ale nie: nie ruszaj się, Arno; nie schodź z chod­nika; nie zgub się; no już, śpie­waj. No i nie powi­nien dener­wo­wać matki. Pew­nie prędko by o tym zapo­mniał, gdyby dłoń ojca nie zaci­skała się mocno na jego ramie­niu za każ­dym razem, kiedy męż­czy­zna prze­czu­wał, że syn zaraz puści się bie­giem w poszu­ki­wa­niu wol­no­ści i prze­strzeni.

-?Nein, Arno.

Arno usiadł. Znowu. Musiał cze­kać. Znowu. Ale na co miał cze­kać? Tego nie wie­dział.

Pod koniec dnia, po wielu godzi­nach ocze­ki­wa­nia, cały ten plan, śpiewy i slo­gany stra­ciły swój urok, a nawet prawo do ist­nie­nia w jego umy­śle. Ze zmę­cze­nia zapo­mniał o uczu­ciu, jakiego doświad­czał na bar­kach ojca.

Z tam­tego dnia zapa­mię­tał na zawsze czer­wień flag, choć ni­gdy o tym nie wspo­mi­nał, nawet swo­jej żonie, gdy miesz­kali już daleko stam­tąd, bo zawsze był to dla niego nie­mal zaka­zany i bole­sny temat.

Ponadto co mógłby powie­dzieć o tym tak mgli­stym wspo­mnie­niu? Postrze­gał je raczej w kate­go­riach dozna­nia, i to tak nie­wy­raź­nego, że póź­niej było mu ciężko umie­ścić je na osi czasu. Było dla niego jedy­nie sze­re­giem obra­zów, nawie­dza­ją­cych go cza­sami w naj­głęb­szych snach, kiedy nocami opusz­czał gardę. Ale nie wie­dział, że to wła­śnie tam­tego dnia po raz pierw­szy był świad­kiem czer­wono-czar­nego lotu.

Bo w tam­tej chwili Arno pra­gnął jedy­nie wró­cić do swo­jego małego świata na gospo­dar­stwie i do codzien­nej rutyny; zasiąść do kola­cji, po czym poło­żyć się w cie­płym łóżku, i to przez nikogo nie­po­ga­niany. Sie­dząc na kra­węż­niku pomię­dzy sto­pami rodzi­ców, two­rzą­cymi wokół niego kokon ochra­nia­jący jego małe jeste­stwo przed zadep­ta­niem przez obcych i coraz bar­dziej tło­czą­cych się ludzi, prze­stał już nawet spo­glą­dać do tyłu czy w górę, aby pro­sić: "Chodźmy do domu, bitte", bo doro­śli i tak odpo­wia­dali mu: "Jesz­cze chwila, Sohn".

Więc Arno prze­stał pro­sić. Już nie chciał wbie­gać na śro­dek ulicy. Sie­dział w wyzna­czo­nym miej­scu, nie patrząc przed sie­bie, ani w górę, ani tym bar­dziej do tyłu, bo i tak widział jedy­nie nie­koń­czący się ciemny las nóg i kolan.

Chwilę wcze­śniej pró­bo­wał nawią­zać roz­mowę na migi z chłop­cem, który rów­nie dobrze mógłby być jego lustrza­nym odbi­ciem, bo sie­dział dokład­nie w takiej samej pozy­cji i z tak samo znu­żo­nym spoj­rze­niem u stóp swo­ich rodzi­ców, na brzegu prze­ciw­le­głego chod­nika. Ale nie potra­fili się poro­zu­mieć. Zmę­czony Arno zamknął się w swo­jej szczel­nej bańce, do któ­rej docho­dził jedy­nie mono­tonny szum ota­cza­ją­cej go ludz­kiej masy. Był tam bez­pieczny, ale bar­dzo się nudził, więc oparł brodę na kola­nach i za pomocą małego patyka pró­bo­wał napi­sać swoje imię w bło­cie. Helga uczyła go tego w domu, ale nie wycho­dziło mu to tak dobrze jak sio­strze. I już miał popro­sić ją o pomoc, gdy coś się zmie­niło: w jego małej bańce uci­chły głosy; nastała pełna ocze­ki­wa­nia cisza. Nawet trzy­la­tek, taki jak Arno, potra­fił ją roz­po­znać: wkrótce miało się zda­rzyć coś nie­zwy­kłego. Ale co?

-?Was ist los, Papa?

-?Chodź, Arno! Szybko!

Okrzyki i owa­cje wró­ciły ze zdwo­joną siłą, a ojciec znów wziął go na barki. Stam­tąd miał widok na począ­tek pochodu jeźdź­ców na ogrom­nych koniach; po nich przy­szedł czas na żoł­nie­rzy. Począt­kowo ryt­miczny i zgrany co do sekundy marsz wywarł na chłopcu ogromne wra­że­nie, ale było ich tak wielu, a ich kroki tak do sie­bie podobne, że aż hip­no­ty­zu­jące. A ludzie wokół pod­no­sili i opusz­czali prawą rękę, i krzy­czeli tak, jak ćwi­czyli to już od wielu godzin.

Ciało ojca drżało od krzy­ków, od dud­nie­nia wielu gło­sów naraz, od mega­fo­nów, a także od drga­nia sil­ni­ków pojaz­dów woj­sko­wych, które wła­śnie nad­je­chały. Pojaz­dów prze­róż­nych roz­mia­rów. Było ich wię­cej, niż Arno widział w całym swoim życiu, a wszyst­kie więk­sze, now­sze i bar­dziej impo­nu­jące, bez ani kro­pli kala­ją­cego je błota: jechały razem, wszyst­kie potężne, choć nie­które potęż­niej­sze od innych.

To dzięki nim Arno odna­lazł w sobie resztkę sił, by zapo­mnieć o zmę­cze­niu i nudzie, i odkrył nową pasję, która miała mu towa­rzy­szyć przez resztę życia, a która pozo­sta­wiła w jego pamięci pierw­szy trwały ślad, choć nie potra­fił się do tego przy­znać nawet wiele lat póź­niej, gdy spy­tała go o to uko­chana; musiałby bowiem zaak­cep­to­wać, że pierw­sza rzecz, jaką zapa­mię­tał w życiu, miała zwią­zek z wojną.

Nie mógł ode­rwać oczu od obra­ca­ją­cych się opon, od kół czołgu, które wpra­wiały w ruch ogniwa poru­sza­jące się po cią­głej elip­sie. Arno sta­rał się odróż­nić poszcze­gólne cykle tego łań­cu­cha, ale nie potra­fił. A wtedy jakiś czołg zaczął kiwać wieżą na boki w geście pozdro­wie­nia i kła­niać się armatą w górę i w dół, a Arno wstrzy­mał oddech.

Nie inte­re­so­wał go ich bojowy aspekt, bo wtedy jesz­cze nie rozu­miał, do czego służą. Postrze­gał je jako obiekty mecha­niczne: w jaki spo­sób się poru­szały?

-?Jak one dzia­łają, tato?

Ale ojciec mu nie odpo­wie­dział, bo był zajęty swoim wła­snym obiek­tem zain­te­re­so­wań -?który wła­śnie prze­jeż­dżał w jed­nym z samo­cho­dów -?a głos chłopca ginął pośród okrzy­ków, które roz­go­rzały z nową siłą.

-?Heil Hitler! Heil Hitler! -?wołali zgro­ma­dzeni.

Ale Arno nie naśla­do­wał już słów, które brzmiały dla niego jak "ha hidla", bo jego uwaga sku­piała się na czymś innym.

Wzru­szony ojciec mówił do niego: "Patrz, Arno", a on patrzył. Patrzył i patrzył. Przy­glą­dał się. Ana­li­zo­wał. Ale nie śle­dził wzro­kiem tego, na co wska­zy­wał ojciec, bo odkrył te wspa­niałe maszyny i nic nie było w sta­nie ode­rwać go od nich oraz od pytań, które huczały mu w gło­wie tak gło­śno, jak ryk sil­ni­ków i prze­kładni; pytań, któ­rych nie były w sta­nie zagłu­szyć żadne gro­madne okrzyki: Jak one dzia­łają? Jak się poru­szają?

A inten­syw­ność, z jaką pró­bo­wał roz­wią­zać tę zagadkę, spra­wiła, że w tym pierw­szym wspo­mnie­niu Arna Schip­pera wszystko inne się zatarło: od kolo­rów tych pojaz­dów aż po niskiego jego­mo­ścia, który stał wypro­sto­wany w prze­jeż­dża­ją­cym kabrio­le­cie i zda­wał się czuć jesz­cze wyż­szy niż Arno sie­dzący na bar­kach ojca.

I wła­śnie z tej wyso­ko­ści, któ­rej nikt nie odwa­żył się dorów­nać, a którą w przy­szło­ści nie­wielu pró­bo­wało umniej­szyć, jego­mość pozdra­wiał na prawo i lewo, niczym wieża jego czołgu. Ale w prze­ci­wień­stwie do niej ramię męż­czy­zny było cią­gle zwró­cone ku górze, ponie­waż ktoś taki jak on ni­gdy by się nie upo­ko­rzył, kła­nia­jąc się przed kim­kol­wiek. Nawet przed naro­dem, który swo­imi gło­sami i wiarą dał mu tak dużą prze­wagę w wyścigu o wła­dzę i który wyno­sił go na tak pożą­dany pie­de­stał.

Arno, roz­ko­ja­rzony wido­kiem prze­jeż­dża­ją­cych pojaz­dów, nie zwró­cił uwagi na całą świtę, a godzinę póź­niej, gdy na nowo popadł w apa­tię i pra­gnął być gdzieś indziej, nie słu­chał żywio­ło­wej prze­mowy jego­mo­ścia. A ta roz­brzmie­wała nie tylko przez gło­śniki, usta­wione wzdłuż ulicy dla tłumu, który -?choć nie zmie­ścił się na sta­dio­nie w Kró­lewcu -?przy­był, aby zoba­czyć jego prze­jazd, ale rów­nież w całej Rze­szy, dzięki trans­mi­sji radio­wej. To wła­śnie wtedy jego­mość ogło­sił Anschluss, czyli anek­sję Austrii -?na chwałę Rze­szy i prośbę Austria­ków -?która odbyła się bez ani jed­nego wystrzału.

W trak­cie prze­mó­wie­nia pano­wała cał­ko­wita cisza. Nikt się nie odzy­wał. Chciał o coś spy­tać, ale ojciec powie­dział: "Bądź cicho, Arno. Nie możemy uro­nić ani słowa". A on nie rozu­miał nic z tego, co mówił dobie­ga­jący z gło­śnika głos; poje­dyn­cze słowa zle­wały się ze sobą, a żadne z nich nie przy­bli­żało go do miej­sca, w któ­rym pra­gnął być: do jego domu. Ze zdzi­wie­niem zauwa­żył, że uśmiech­nięty ojciec pła­cze.

-?Jest ci smutno, Vater? -?spy­tał, mocząc palce w jego łzach.

-?Nie. To od zimna.

Po pię­ciu minu­tach oparł głowę na ramie­niu ojca. A gdy prze­mowa trwała już od jakichś dwu­dzie­stu minut, Arno drze­mał, nie­czuły na godną ilu­zjo­ni­sty cha­ry­zmę lidera, głu­chy na wydo­by­wa­jące się z jego ust i ujarz­mione prze­zeń słowa, obie­cu­jące pokój i opiekę nie­miec­kiego boga - o któ­rego ist­nie­niu więk­szość słu­cha­czy dowie­działa się dopiero tam­tego dnia -?które następ­nie mistrzow­sko zamknęły dys­kurs z odpo­wied­nią dozą dra­ma­ty­zmu i siły, jak zawsze w służ­bie swo­jego pana, jed­nego z naj­więk­szych mistrzów reto­ryki i per­swa­zji w histo­rii.

-?W toku moich bitew poli­tycz­nych zdo­by­łem wielką miłość ludu, ale gdy w ostat­nich dniach prze­kro­czy­łem dawną gra­nicę impe­rium, doświad­czy­łem wcze­śniej nie­spo­ty­ka­nego zalewu miło­ści. Nie przy­by­li­śmy jako tyrani, lecz jako wyzwo­li­ciele, a cały lud się ura­do­wał. Pod­po­rząd­ko­wał się naszej swa­styce bez bru­tal­nej prze­mocy. A gdy żoł­nie­rze kro­czyli ku Austrii, odżyły we mnie wspo­mnie­nia pew­nej pie­śni z mło­do­ści. I w ciągu tych ostat­nich dni z ogromną nadzieją śpie­wa­łem tę dumną bojową pieśń: Oto powstaje lud, oto nad­ciąga burza! Z wiarą w Rze­szę i w tę ideę miliony naszych pobra­tym­ców w tej nowej Mar­chii Wschod­niej nie opu­ściły swych flag i pozo­stali wierni Rze­szy i poczu­ciu przy­na­leż­no­ści do ludu nie­miec­kiego. Jeden naród, jedna Rze­sza. Niemcy!

"Sieg Heil! Niech żyją Niemcy! Heil Hitler! Heil Hitler!". Zarówno zgro­ma­dzeni, jak i cały naród nie­miecki, nie­za­leż­nie od tego, skąd wsłu­chi­wał się w te słowa Adolfa Hitlera, zaczął wzno­sić okrzyki z nową werwą, ale Arno zapa­mię­tał tę część dnia raczej jako pomi­niętą aneg­dotkę, bo w kolej­nych dniach, mie­sią­cach i latach jego rodzice i rodzeń­stwo pytali go z zasko­cze­niem: "Prze­cież prze­je­chał jakieś pięć metrów przed tobą, naprawdę nie pamię­tasz?". Nie. Nie pamię­tał, bo gdy Führer prze­jeż­dżał koło niego, Arno był wpa­trzony w prze­kład­nie, a kiedy prze­ma­wiał, to Arno zasnął w obję­ciach ojca, który gła­dził go po jasnych wło­sach, szep­cząc do ucha: "Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, synu".

Ilse i Hahlbrockowie. 25 marca 1940

Ilse i Hahl­broc­ko­wie

25 marca 1940

3. Wspomnienie słońca

Nożyce bar­dzo ją kusiły. Naprawdę chciała być grzeczną i dużą dziew­czynką, bo miała już prze­cież cztery lata, ale pokusa była wielka. Tak wielka, że cał­ko­wi­cie zapo­mniała o tym, że były jej potrzebne tylko do prze­cię­cia zawią­za­nej na supeł wstążki. Tak wielka, że pra­wie zapo­mniała o tym, co powie­działa jej matka, gdy tylko wyczy­tała zamiary w oczach córki.

-?Włosy nie odra­stają lal­kom, tak jak tobie. Jeśli je obe­tniesz, twoja lalka już zawsze będzie łysa i brzydka.

Matka poszła na górę wyszy­wać przy cichym akom­pa­nia­men­cie radia, by nie obu­dzić nowego dzi­dziu­sia, o któ­rego tak bar­dzo dbała i któ­rego tak bar­dzo kochała. I przez któ­rego była tak smutna. Ilse lubiła radio tylko wtedy, gdy pusz­czali w nim muzykę, i to nie każdą. Dla­tego zamiast jej towa­rzy­szyć, posta­no­wiła ucze­sać swoją lalkę. I pró­bo­wała zapew­nić tę por­ce­la­nową dziew­czynkę, że dobrze wykona swoją pracę. Ale fry­zura jej nie wycho­dziła, a wstążka zaplą­tała się we włosy i trzeba ją było prze­ciąć. To naj­lep­sze, co mogła zro­bić w tej sytu­acji.

Wie­działa, gdzie matka trzyma zaka­zane nożyce ("Bo się ska­le­czysz, Ilse"). Przy­su­nęła krze­sło, wspięła się na nie i otwo­rzyła szu­fladę. Leżały tam, błysz­czące, ostre i szpi­cza­ste. Kuszące. Zaka­zane. Na wycią­gnię­cie ręki.

Pró­bo­wała się powstrzy­mać, mówiła sobie, że jest rów­nie grzeczna jak jej zawsze posłuszna sio­stra, ale pokusa była sil­niej­sza. "Prze­cież jestem grzeczna", pomy­ślała, dzier­żąc nożyce w ręce. "Nie utnę wło­sów lalce, bo jej nie odro­sną; mama mówiła, że nie wolno uci­nać wło­sów lalce; lalce nie wolno; lalce nie wolno".

Więc sobie ucięła włosy.

Tylko troszkę. Tylko koniu­szek jed­nego z war­ko­czy, żeby nikt nie zauwa­żył.

A nie było to łatwe. Nożyce były ostre, ale war­kocz był gruby, dla­tego nie­wiele zdzia­łała jed­nym gestem swo­jej małej dłoni: musiała się wyka­zać swoją led­wie co odkrytą cier­pli­wo­ścią i raz po raz roz­wie­rać je i zwie­rać, by w końcu cał­ko­wi­cie oddzie­lić żywe włosy od tych mar­twych.

Przyj­rzała się uważ­nie odcię­temu kosmy­kowi i dopiero wtedy uświa­do­miła sobie, że wcze­śniej nie zasta­na­wiała się, czy będzie bolało. Bo gdyby bolało, to nie mia­łaby tego jak ukryć: dowie­dzia­łaby się o tym jej matka, chłopi, a nawet gęsi. Ale nie: jasno­kasz­ta­nowa kitka, maj­ta­jąca teraz w jej dłoni jak część ciała porzu­cona przez ucie­ka­jącą jasz­czurkę, nie bolała, tak samo jak koń­cówki wło­sów, które pozo­stały na gło­wie.

Ukryła dowód zbrodni pod świe­żymi obier­kami ziem­nia­ków. Ucie­kła stam­tąd w pośpie­chu, w oba­wie, że matka nakryje ją na grze­ba­niu w odpad­kach, ale prędko wró­ciła, gdy przy­po­mniała sobie, że razem z koniusz­kiem war­ko­cza wyrzu­ciła rów­nież opa­sa­jącą go wstążkę. Może włosy odro­słyby jej nawet na następny dzień -?wszak nie była lalką -?ale wstążki były naprawdę cenne i matka na pewno zauwa­ży­łaby zgubę.

Wycią­gnęła więc kosmyk, nieco obśli­zgły i śmier­dzący od soków, wydzie­la­nych przez stare i świeże odpadki. Potem upew­niła się, że jesz­cze raz dobrze zakryła obcięte i tym razem luźno wrzu­cone włosy. A jesz­cze potem naszły ją wąt­pli­wo­ści: nie była pewna, czy pro­siaki lubią obierki z dodat­kiem wło­sów. Czy to im może zaszko­dzić? Tak? Nie? Nie wie­działa. Nikt na ten temat nic nie mówił.

To się okaże jutro. Albo poju­trze.

Zado­wo­lona z tego, jak udało się jej zama­sko­wać włosy, zawią­zała wstążkę naj­le­piej, jak potra­fiła, na luź­nym końcu obcię­tego war­ko­cza, który pró­bo­wała zapleść bez więk­szego powo­dze­nia. Nie umiała wią­zać kokar­dek, ale to nie­ważne: pod wie­czór i tak zwy­kle zosta­wał z nich tylko supeł i zwi­sa­jące po bokach koń­cówki. Roz­wią­zała kokardkę z dru­giego war­ko­cza prze­ko­nana, że w ten spo­sób matka niczego nie zauważy. Ale wolała się upew­nić: ponow­nie przy­su­nęła krze­sło i wspięła się na nie, by przej­rzeć się w ele­ganc­kim owal­nym lusterku w zło­tej ramie, które -?wzo­rem nożyc - matka scho­wała wysoko, by Ilse nie mogła się w nim sama prze­glą­dać.

Czy po ścię­ciu wło­sów jej twarz się zmie­niła? Nie. Wciąż wyglą­dała tak samo jak w skrom­nym lustrze z pokoju rodzi­ców, w któ­rym prze­glą­dała się codzien­nie. Jasno­włosa dziew­czynka z dużymi oczami, ładna -?to aku­rat wie­działa, bo rodzice powta­rzali jej to każ­dego dnia -?choć jak zwy­kle nieco roz­czo­chrana, z ciemną plamką na policzku, która wzięła się nie wia­domo skąd, bo jesz­cze nawet nie wyszła się poba­wić do ogrodu. Wciąż była tą samą dziew­czynką, tak podobną do sio­stry i ojca.

Cho­ciaż nie: już nie były do sie­bie tak podobne, bo teraz Ilse bra­ko­wało spo­rego kawałka nie­zdar­nie zaple­cio­nego war­ko­cza. Nawet sztuczka ze wstąż­kami nie przy­nio­sła rezul­tatu. W oba­wie przed zde­ma­sko­wa­niem zaczęła popra­wiać wstążkę, spraw­dza­jąc, czy jeśli pocią­gnie ją nieco w dół, to uda się jej zaka­mu­flo­wać nie­równe włosy.

Ale to też nie przy­nio­sło rezul­tatu.

Unio­sła nieco bark, aby skró­cić odle­głość pomię­dzy ramie­niem a war­ko­czem, ale efekt się jej nie spodo­bał: wyglą­dała jak pokrzy­wiony i gar­baty syn skle­pi­ka­rza Lutza.

Póź­niej odwró­ciła się, by popa­trzyć na nożyce, które zosta­wiła na kuchen­nym stole. Leżały tam, błysz­czące, ostre, szpi­cza­ste, i rów­nie kuszące i dostępne jak poprzed­nio. A gdyby tak obcięła drugi war­kocz? Wie­działa już, że to nie jest trudne i ani tro­chę nie boli.

Ale w tym momen­cie coś odwró­ciło jej uwagę od kuszą­cych nożyc i obcię­tego war­ko­cza. Coś, co widziała chyba po raz pierw­szy w życiu: wpa­da­jący przez okno, jesz­cze bar­dziej nęcący niż nożyce, blask.

Pod­bie­gła, by mu się przyj­rzeć: świat na zewnątrz przy­bie­rał dotąd jej nie­znane, lśniące kolory, niczym powoli otwie­ra­jący się wachlarz, a sza­ro­ści, które defi­nio­wały całe jej dotych­cza­sowe życie, roz­pły­wały się.

To wszystko dzięki słońcu.

Dzięki słońcu, o któ­rego ist­nie­niu Ilse zdą­żyła już zapo­mnieć; nie­uchwyt­nemu słońcu, które -?jak jej się zda­wało -?ist­niało wyłącz­nie w jej wyobraźni. Ale ono naprawdę ist­niało i wyglą­dało zupeł­nie jak w baj­kach: błysz­czące, wabiące. Nie było tylko sła­bym i nie­śmia­łym punk­tem na nie­bie, każą­cym jej wąt­pić w prze­różne opo­wie­ści; uwa­żać je za coś na kształt legen­dar­nego Erdhenne, ducha, o któ­rym opo­wia­dały sobie dzieci, choć ni­gdy go nie widziały. W domach nie miesz­kają nie­wi­dzialne duchy. To jakieś wymy­sły. A doro­słym trzeba wie­rzyć na słowo.

Tak samo uwa­żała, że nie ist­nieje coś takiego jak zło­ci­ste i palące słońce. Ale teraz widziała na wła­sne oczy, że była w błę­dzie: że słońce jest praw­dziwe i widać je, bez chmur, bez fil­trów, bez żad­nych prze­szkód, i dzięki niemu kolory są takie, jakie być powinny, a nie wyłącz­nie znaną jej dotych­czas, smutną imi­ta­cją barw.

To nie tak, że w życiu Ilse ist­niała wyłącz­nie zima. To miała być jej czwarta wio­sna, jej czwarte lato. Ale ona pamię­tała wyraź­nie jedy­nie ostat­nie mie­siące: życie spo­wite mgłą, zimną skórę, wysu­sza­jące wszystko lodo­wate powie­trze i suchy bądź wil­gotny śnieg, który wdzie­rał się wszę­dzie, nie­pro­szony. I ciem­ność; przede wszyst­kim pamię­tała ciem­ność.

Sześć mie­sięcy w życiu dziew­czynki, która liczy sobie cztery lata i trzy mie­siące, może wyda­wać się wiecz­no­ścią, dla­tego Ilse myślała, że świat wyglą­dał tak zawsze; że to nor­malne, że dzień koń­czy się tak szybko i że cią­gle jest jej zimno, nawet w nocy, gdy leży pod grubą puchową koł­drą.

Nie pamię­tała, jak to jest wycho­dzić do ogrodu bez cięż­kiego płasz­cza - odzie­dzi­czo­nego po sio­strze -?raj­tuz i czapki; nie pamię­tała, jak to jest nosić krótki rękaw i bie­gać z gołymi nogami. Nie pamię­tała też uczu­cia świe­żej trawy na bosych sto­pach, choć poprzed­niego lata doświad­czała go naprawdę czę­sto.

Patrząc przez okno, Ilse zapo­mniała o krót­kich czy dłu­gich war­ko­czach; zapo­mniała o lalce, która cze­kała na nową fry­zurę; zapo­mniała o nudzie i dłu­gim ocze­ki­wa­niu. Zapo­mniała też o nęcą­cych noży­cach, ponie­waż teraz to słońce przy­zy­wało ją z całych sił.

Przy­sta­wiła krze­sło do drzwi, wspięła się na nie i prze­krę­ciła wysoko umiesz­czony zamek. Potem pchnęła je i wyszła w stronę inten­syw­nego świa­tła, by oto­czyć się kolo­rami i poczuć cie­pło na skó­rze. I to wła­śnie te tak silne emo­cje, zupeł­nie nagle i nie­spo­dzie­wa­nie, wyryły w jej pamięci pierw­sze trwałe wspo­mnie­nie.

Rzecz jasna, w tam­tym momen­cie dziew­czynka nie pomy­ślała: "To będzie moje pierw­sze wspo­mnie­nie". To tak nie działa, ale wiele lat póź­niej, gdy jej jedyny uko­chany ją o to spy­tał, ona odpo­wie­działa, że było nim słońce; cie­pło słońca na czole, pomimo zim­nego powie­trza. A wraz z tym wspo­mnie­niem zapa­mię­tała rów­nież kolory. I nie­od­partą chęć pusz­cze­nia się bie­giem w ślad za chmu­rami, które w końcu dało się od sie­bie odróż­nić i nie zle­wały się na nie­bie w masę gęstą jak kożuch.

W dniu tego pierw­szego wspo­mnie­nia, kiedy Ilse poznała kolory słońca, świat był już inny.

Niemcy upo­mnieli się o swoje za pomocą Blitz­kriegu, a histo­rycy mieli uznać w przy­szło­ści, że Rze­sza, odzy­sku­jąc ode­brane jej zie­mie, prze­mia­no­wane na kory­tarz pol­ski, zapo­cząt­ko­wała łań­cuch kolej­nych zda­rzeń.

Nową, drugą wojnę.

Może się mylili: może kości zostały już dawno rzu­cone, a pionki roz­sta­wione i gotowe do gry. Być może wszystko wykla­ro­wało się po zawar­ciu paktu mię­dzy Niem­cami a Wło­chami; albo paktu z Sowie­tami, na mocy któ­rego dwa kraje podzie­liły mię­dzy sie­bie tery­to­rium Pol­ski. Może wszystko zaczęło się wraz z nie­miecką inwa­zją w celu odzy­ska­nia Sude­tów albo z Anschlus­sem; albo wcze­śniej, wraz z powsta­niem Gestapo; albo jesz­cze wcze­śniej, gdy Hitler został mia­no­wany Führerem i dał dużą wła­dzę swoim "bru­nat­nym koszu­lom"; albo nawet wcze­śniej, gdy skró­cono mu karę wię­zie­nia, gdzie pozwo­lono mu napi­sać i wydać Mein Kampf; albo w obli­czu powszech­nego głodu i eks­tre­mal­nej powo­jen­nej biedy; albo po zawar­ciu trak­tatu wer­sal­skiego; albo przy oka­zji poprzed­niej wojny, która w oczach świata -?bar­dzo krót­ko­wzrocz­nego i wielce naiw­nego - miała zakoń­czyć wszel­kie kon­flikty raz na zawsze.

Nawet sama Ilse miała się nad tym zasta­na­wiać w przy­szło­ści. Ale to miało nastą­pić wiele lat póź­niej. Tam­tego sło­necz­nego dnia, dnia pierw­szych wspo­mnień, takie roz­wa­ża­nia nie przy­szły jej nawet do głowy i nie miała poję­cia, jak bar­dzo ten łań­cuch zda­rzeń wpły­nie na nią i na całą ludz­kość.

Dla­tego póź­niej, gdy była już doro­słą kobietą, z cał­ko­witą szcze­ro­ścią odpo­wie­działa swo­jemu uko­cha­nemu, który był cie­kaw pierw­szego wspo­mnie­nia tej nie­miec­kiej dziew­czynki -?tak samo jak on wcią­gnię­tej w bez­li­to­sne tryby naj­gor­szej wojny w histo­rii ludz­ko­ści -?że tym pierw­szym wspo­mnie­niem było wła­śnie słońce. A potem dodała:

-?I pamię­tam, że poszłam szu­kać Janu­sza.

Ilse była prze­ko­nana, że Janusz, tak samo jak zimowe ciem­no­ści, ist­niał od zawsze. Jak ona, jak wszystko, co znała. Nie pamię­tała, że jej drogi Janusz przy­był do nich, gdy słońce scho­wało się ostat­nim razem; że przy­był wraz z zim­nem i ciem­no­ścią po Blitz­kriegu, przy­wie­ziony nakryty grubą plan­deką, woj­skową cię­ża­rówką jako wię­zień, w towa­rzy­stwie Józefa, Rado­sza i Tade­usza.