Rodzice Liliany Skowrońskiej byli idealistami.
Matka Karolina wierzyła w prawdę i uczciwość. Nigdy nie złamałaby danego komuś słowa, nie zniżyłaby się do kłamstwa czy oszustwa. To były podstawy, na których budowała całe swoje życie i relacje z innymi.
Ojciec Romuald, lekarz okulista i profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, wierzył w postęp medycyny, dzięki któremu jaglica, a na tym schorzeniu skupiała się jego praca naukowo-badawcza, przestanie być plagą i stanie się chorobą przeszłości.
Przede wszystkim jednak pokładał nadzieję w zielonej gwieździe. To dzięki niej na świecie miały zapanować pokój i przyjaźń pomiędzy narodami. Im bardziej niepokojąca stawała się sytuacja w Europie, tym mocniej był przekonany, że zwolennicy verda stelo1 są zobowiązani do szerzenia ideałów braterstwa.
Jedyną twardo stąpającą po ziemi osobą w rodzinie Skowrońskich był brat Lili - Witold, o siedem lat od niej starszy. Po skończeniu Wyższego Studium Handlowego pracował jako komiwojażer w fabryce kosmetyków, dwa lata później został szefem działu sprzedaży. Witek nie kierował się ideałami, lecz bilansem zysków i strat oraz prawami rządzącymi rynkiem. Cechował go pragmatyzm, zdaniem jego ojca balansujący na granicy cynizmu. Być może to było głównym powodem wczesnej wyprowadzki Witolda z domu - pomiędzy nim a ojcem dochodziło nieraz do utarczek wynikających z odmiennej hierarchii wartości.
Lila lubiła starszego brata, podziwiała jego zaradność i smykałkę do interesów, lecz bliższe jej były przekonania rodziców. Dlatego też wybrała szkołę pielęgniarską. Chciała nieść pomoc chorym i szerzyć oświatę zdrowotną.
Był sierpień, krakowskie ulice rozpalało słońce. Liliana wysiadła z tramwaju i udała się w stronę modernistycznego budynku przy Placu Inwalidów, zamieszkałego przez profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Romuald Skowroński wraz z rodziną zajmował wygodny pięciopokojowy apartament na ostatnim, trzecim piętrze.
Dziewczyna minęła hol i weszła do windy. Uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, co ją czeka w domu - ojciec będzie opowiadał o tygodniu spędzonym w Warszawie, miał stamtąd wrócić porannym pociągiem.
Ale już w przedpokoju wyczuła, że się myliła, z góry zakładając przebieg popołudnia. Nie słyszała wprawdzie dobrze rozmowy prowadzonej w salonie, lecz jednego była pewna: nie toczyła się po polsku.
- Czyżby ojciec po powrocie z kongresu już nawet w domu mówił po esperancku? - spytała witającej ją w drzwiach służącej Madzi.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Pan profesor przywiózł ze sobą gościa. Wygląda na to, że ten pan na dłużej się zatrzyma. Pani profesorowa kazała mi przygotować pokój gościnny.
Lila nie była tym zachwycona. Wakacje lubiła najbardziej za to, że mogła je spędzać w domu, bez obcych osób. Nie uśmiechała jej się wizja gościa kręcącego się po mieszkaniu. Podczas roku szkolnego mieszkała w internacie. Ze względu na rozkład zajęć i dyżury szpitalne internat był dla uczennic Uniwersyteckiej Szkoły Pielęgniarek i Higienistek obowiązkowy, nawet dla mieszkających w Krakowie. Lili nie bardzo odpowiadało dzielenie pokoju ze współlokatorkami, nie rozumiała koleżanek, które się cieszyły, że wyrwały się z domu. Dla Lili dom rodzinny był oazą spokoju, ciepła i komfortu.
- A co to za gość? Z zagranicy? - próbowała się dowiedzieć.
- Tak, po polsku nawet "dzień dobry" nie powie.
- Starszy jegomość?
Madzia stłumiła śmiech wzbierający jej w gardle.
- Gdzie tam starszy! Sama się panienka przekona.
Człowiek, którego chwilę później przedstawiono Lilce, był od niej niewiele starszy. Miał czarne włosy i oczy, śniadą cerę oraz wyraziste rysy. Był typem mężczyzny, na którym niemal każda kobieta, młoda czy starsza, chętnie zatrzyma wzrok.
Parę minut wcześniej Liliana nie miała najmniejszej ochoty na towarzystwo nieznajomego, kimkolwiek miałby się okazać. Teraz z trudem próbowała ukryć, jakie na niej zrobił wrażenie.
- Pan Stelios Kyriakos jest lekarzem, niedawno skończył studia i pracuje w szpitalu w Atenach. Zamierza specjalizować się w chirurgii. - Ojciec przedstawił Lili młodzieńca w esperanto, ponieważ nie wypadało mówić o gościu w niezrozumiałym dla niego języku. - Poznaliśmy się na kongresie. Ojciec Steliosa, profesor Joanis Kyriakos, wykłada na Wydziale Medycznym w Atenach. Stelios od połowy września rozpocznie roczny staż w klinice w Wiedniu, a miesiąc, który mu pozostał, zamierza wykorzystać na bliższe poznanie Polski. Zaproponowałem mu, aby rozpoczął zwiedzanie od Krakowa.
Grek ukłonił się lekko.
- Słyszałem, i to nie tylko od pana profesora, że Kraków jest piękniejszy nawet od Warszawy.
- Zdecydowanie. - Lila z gracją poprawiła modnie obcięte, lekko falujące jasnobrązowe włosy.
- W takim razie mam nadzieję, że pokażesz mi swoje ulubione miejsca.
Drgnęła, gdy Kyriakos zwrócił się do niej tak bezpośrednio, lecz zaraz zdała sobie sprawę, że nie było to z jego strony ani niegrzeczne, ani nazbyt poufałe. Esperantyści używali zaimka vi, oznaczającego zarówno wy, jak i ty, w kontaktach z wszystkimi rozmówcami. Młody Grek zwracał się w ten sposób nawet do jej ojca, choć dzieliła ich spora różnica wieku.
Rozmowę przerwało wejście Madzi z podwieczorkiem. Matka zaczęła zachwalać sernik z cynamonem i rodzynkami, jak zakładała - w Grecji nieznany. Stelios wdał się z nią w rozmowę na tematy kulinarne, był w nich zaskakująco dobrze zorientowany. Opowiadał o tłustych i słodkich ciastach, za którymi przepadają jego rodacy. Tak tłustych, że gdy człowiek na ciasto naciśnie, wycieka z niego oliwa.
Lila odwróciła się do ojca i spytała po polsku:
- Kongres się udał? Wrócił tato zadowolony?
- Oczywiście! Te międzynarodowe zjazdy esperantystów są bardzo budujące, człowiek czuje, że nasz ruch ma sens i że naprawdę szerzymy idee pokoju i braterstwa. A warszawski kongres był w dodatku jubileuszowy, minęło pół wieku od powstania esperanto i dwadzieścia lat od śmierci naszego drogiego doktora Zamenhofa.
Lila się uśmiechnęła. Ojciec zawsze z nabożnym szacunkiem wymawiał nazwisko lekarza z Białegostoku, twórcy sztucznego międzynarodowego języka, i dumny był z tego, że tak samo jak on jest okulistą.
Stelios i Karolina wyczerpali tematy kuchenne i zaczęli się przysłuchiwać rozmowie Romualda z córką. Profesor przeszedł wobec tego z powrotem na esperanto.
- Dużo było pozytywnej energii na kongresie, prawda? - Spojrzał na Kyriakosa, oczekując potwierdzenia. - Chociaż trzeba przyznać, że podczas rozmów kuluarowych czuć było pewną nerwowość i zaniepokojenie sytuacją w Europie.
Grek zrobił ruch, jakby zaprzeczał. Kobiety spojrzały po sobie zdezorientowane. Profesor roześmiał się i wytłumaczył, że w Grecji kiwanie i kręcenie głową mają odwrotne znaczenie niż w Polsce.
- Właśnie się zastanawiam, jak będzie wyglądała sytuacja w Wiedniu. - Stelios nawiązał do słów Skowrońskiego o niepokojących zmianach w Europie. - Na razie widziałem z tego miasta tylko dworzec, kiedy przesiadałem się z Arlberg Orient Expressu do pociągu do Warszawy. Bądź co bądź Hitler pochodzi z Austrii. I rości sobie do niej prawo.
- To, niestety, prawda - zgodził się Romuald. - Wielka szkoda, że nasi niemieccy samideanoj2 nie przyjechali do Warszawy. Cóż, od początku było wiadomo, że się nie pojawią. Kiedy Hitler doszedł do władzy, zdelegalizował związek esperantystów, nie wolno im teraz prowadzić żadnej działalności, niszczone są esperanckie publikacje. Ten gagatek głosi, że esperanto jest narzędziem, za pomocą którego Żydzi chcą zapanować nad światem.
- Nastroje antyżydowskie czuć także u nas - zauważyła Karolina.
- Racja, antysemityzm narasta. Przed kongresem pojawiały się w prasie insynuacje podobne do tych głoszonych przez Hitlera: że esperanto to język służący międzynarodowej masonerii, i tak dalej. - Profesor skrzywił się z niechęcią. - Owszem, różne ruchy go wykorzystują, nikomu nie można zabronić, aby nauczył się języka i używał go do swoich celów. W każdym razie nam, prawdziwym esperantystom, antysemityzm jest obcy. Wszyscy uczestnicy kongresu udali się na Cmentarz Żydowski pokłonić się doktorowi Zamenhofowi. Później miałem okazję odbyć dłuższą rozmowę z jego synem Adamem, jest okulistą, po ojcu. Znamy się z zebrań Polskiego Towarzystwa Okulistycznego... Był zdegustowany pomówieniami krążącymi na temat kongresu.
- Czyli atmosfera nie była tak całkiem sympatyczna? - Lila trochę się w tym wszystkim pogubiła.
- Była. Nie możemy się przejmować pomówieniami - odpowiedział Stelios zamiast jej ojca. - A najlepszy był bal narodów. Niektórzy włożyli stroje narodowe, Japończyk miał na sobie kimono ze znakiem swojego rodu. Wspaniale się bawiliśmy.
Uśmiechnął się po kolei do profesora, jego żony i na koniec do Lili. Na jej twarzy dłużej zatrzymał wzrok.
- Kongres za nami. Teraz się cieszę, że jestem w miłym towarzystwie w Krakowie.
- Za godzinę-dwie, gdy upał zelżeje, przejdziemy się na Rynek - zaproponował Romuald. - Na początek pokażemy naszemu gościowi Kościół Mariacki, Barbakan i Sukiennice.