Pielęgniarka - J.A. Corrigan

Reflow text when sidebars are open.
Queen's Hospital, Derbyshire, maj 2015 roku
W nowym miejscu jest zbyt cicho. Zero muzyki, żadnego gwaru w tle. Młody człowiek usiłuje otworzyć usta i poprosić kogoś, żeby włączył radio, ale mięśnie twarzy nie poddają się jego woli. Może oczywiście oddychać, dysponuje też słuchem, lecz nie jest w stanie się poruszać ani mówić. Nie daje też rady podnieść powiek. Czyjś męski głos, należący zapewne do lekarza, informuje go, że został wybudzony ze śpiączki farmakologicznej i przeniesiony z oddziału intensywnej opieki na oddział intensywnego nadzoru. Oprócz ciszy w tym nieznanym pomieszczeniu zalega także gęsta wilgoć. Chciałby, żeby pielęgniarka zsunęła prześcieradło.
Stara się przypomnieć sobie jakiś element dotychczasowego życia, cokolwiek, ale uniemożliwia mu to mgła spowijająca jego umysł. Podejmuje kolejną bezskuteczną próbę poruszenia kończynami. Wciąga nosem powietrze - i czuje znajomy zapach. "To pielęgniarka" - myśli. Pachnie cynamonem i zwykle rozmawia z nim, za co jest jej wdzięczny. Inni nigdy tego nie robią, w milczeniu wykonują swoje obowiązki i wychodzą.
Pielęgniarka zaczyna się krzątać przy łóżku, ale nic nie mówi. Dawno temu matka mężczyzny też pachniała cynamonem. Jego zmysły i podświadomość przenoszą się na inną płaszczyznę czasową. Powracają poszatkowane wspomnienia. Matka przyszła go odwiedzić - wcześniej, kiedy leżał na OIOM-ie - i powiedziała mu coś, czego, jak sądziła, i tak nie usłyszał. Uważała, że syn się nie wyliże.
Nadstawia uszu. Będzie wiedział, kto jest w sali, dopiero kiedy ta osoba się odezwie.
Jak brzmiały słowa matki? Na pewno zachowały się w pamięci i wkrótce do niego powrócą, jest o tym przekonany.
Rezygnuje z wysiłku umysłowego i zamiast tego poddaje się senności. Z ulgą przyjmuje ciężką kotarę, która jak zasłona w oknie powoli zaczyna się nasuwać na jego świadomość. Przed zaciągnięciem drugiej powstrzymuje go jedynie zapach cynamonu. Nagle rozlega się czyjś głos.
- Przepraszam.
Nie rozpoznaje tembru, nie potrafi zdecydować, kto mówił, mężczyzna czy kobieta, nabiera wątpliwości co do zapachu i czuje, jak narasta w nim panika. Coś jest bardzo nie w porządku.
Wszystkie chwile jego istnienia łączą się i zmieniają jak w kalejdoskopie. Widzi swoją żonę, widzi napiętą skórę na jej zaokrąglonym brzuchu i ciemną, półprzejrzystą ze szczęścia twarz, i gdy uchodzi z niego życie, uzmysławia sobie, że cały trud odkrywania prawdy był na próżno.
Pomiędzy zasuniętymi zasłonami nie ma nawet szpary, przez którą mogłoby zajrzeć światło.
Mężczyzna umiera.
19 marca 2016 roku
Trzy miesiące w więzieniu. Monotonia, rutyna i niejednoznacznie przyjemny brak wolności okazują się zaskakującymi zaletami życia w zakładzie karnym. Jest za to mnóstwo czasu na przemyślenia i rozrachunki. Terapeuta zachęca mnie do obu tych rzeczy, ale nasze sesje są męczące, ponieważ najwięcej energii wkładam w unikanie odpowiedzi na pytania. Wiem, jak bardzo go to irytuje. Wyczuwa - tak jak sędzia podczas posiedzenia - że nie mówię wszystkiego. Trudno, to pozostanie we mnie. Jestem tu, gdzie powinnam być. Gdzie chcę być. Trafiłam do miejsca, na które zasłużyłam.
Niespokojna wstaję i podchodzę do przeciwległej ściany niewielkiej celi.
Zza zamkniętych drzwi dolatuje do mnie szelest roznoszonej na moim piętrze poczty. Od kiedy się tu znalazłam, pisze do mnie wiele różnych ludzi pragnących korespondować z osobą odbywającą karę za morderstwo.
Szczęk zamka.
- Rose, list do ciebie - mówi strażnik.
- Dzięki.
Wręcza mi grubą kopertę. Kiedy zamyka drzwi i przekręca klucz, jak zwykle coś odrobinę ściska mnie w żołądku, mimo że jakaś część mnie - spora część - odczuwa ulgę, że przebywam w więzieniu.
Przysiadam na wąskim łóżku i otwieram list. Widzę pierwszą linijkę i myślę, że nie, nie będę tego dalej czytać. A jednak to robię.
Szanowna Pani Marlowe,
nazywam się Theo Hazel. Jestem powieściopisarzem oraz autorem książek z kategorii literatury faktu. Śledziłem Pani sprawę z wielkim zainteresowaniem i muszę przyznać, że bardzo mnie zaintrygowała.
Mam na koncie kilka niebeletrystycznych opowieści o kobietach, które zostały skazane za morderstwo i osadzone w zakładach karnych - między innymi dlatego zwróciłem uwagę na Pani sprawę.
Chętnie spotkałbym się z Panią i wysłuchał, co ma Pani do powiedzenia. Chciałbym po prostu - mówiąc zupełnie otwarcie - opisać Pani historię.
Na koniec Theo Hazel wymienia pięć swoich publikacji. Trzy z nich należą do literatury faktu. Tytuł jednej sprawia, że kąciki moich ust delikatnie się unoszą, chociaż dawno odwykłam od uśmiechu. Jestem zaciekawiona, ale pomimo instynktownej sympatii do tego człowieka nie ma mowy, żebym się z nim spotkała. To nie wchodzi w rachubę.
Jego list jest zajmujący, przyznaję, Theo Hazel to niewątpliwie erudyta. Wymienia wiele szczegółów ze swojego życia; wiem, że chodzi mu o zdobycie mojego zaufania. Pomiędzy przedostatnią a ostatnią stronę wsunął zdjęcie. Może to po prostu kolejny maniak?
Przyglądam się jego wizerunkowi. Ciemne, dosyć długie włosy muskające kołnierzyk kremowej koszuli. Zapięta czarna kurtka z logo North Face. Powiedziałabym, że jest mniej więcej w moim wieku, może trochę młodszy. Tak, nieco młodszy - uznaję po krótkim zastanowieniu. Jestem dobra w odgadywaniu tego, ile kto ma lat. Myślę, że to cecha wielu lekarzy; wyrabiamy ją w sobie, spoglądając na daty urodzenia pacjentów, a potem przenosząc wzrok na ich oblicza. Daję Hazelowi czterdzieści cztery, może czterdzieści pięć lat, a więc trzy-cztery lata mniej ode mnie.
Oliwkowa cera. Skądś znam tę twarz. Szukam w pamięci. Mężczyzna siedzący wśród publiczności tamtego dnia, kiedy ogłaszano wyrok.
To on. Jestem tego pewna.
Za jego plecami widać kościół, a w lewym dolnym rogu nagrobek. Bliżej krawędzi kadru znajduje się cyfrowy stempel z datą i godziną. Zdjęcie zrobiono w zeszłym tygodniu. Ponownie czytam cały list, tym razem mając przed oczami postać autora.
W ostatnim czasie zaczęłam uczyć podstaw biologii grupę więźniarek chętnych, by się dokształcić. Oprócz tego, że mogę przekazywać wiedzę - co bardzo mnie cieszy - mam okazję często bywać w więziennej bibliotece i korzystać ze stojącego tam komputera.
Postanawiam, że przy najbliższej sposobności wygugluję Theo Hazela.
22 marca 2016 roku
Siedzę na brzegu łóżka i myślę o liście Theo Hazela, ale umysł podsuwa mi obraz żony Abe'a i ich dziecka w sali rozpraw. Znam imię dziecka i usiłuję je zapomnieć. Czuję się, jakby ktoś walił młotem w mojej głowie.
Pochylam się do przodu i wbijam spojrzenie w niebieską podłogę celi. Nie będę potrafiła żyć z tym, co się wydarzyło. Ale jaki mam wybór? Nie żyć z tym? Brakuje mi do tego odwagi, mimo że przecież wiem, co się dzieje w moim wnętrzu.
Nie boję się śmierci, ale nie potrafiłabym jej na siebie sprowadzić.
Przytłacza mnie potworne poczucie winy. Po południu zawsze jest gorzej - wtedy chcę spać, wtedy nie chcę istnieć. To samo od lat, nie dopiero od śmierci Abe'a Duncana.
Abe zmarł o dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt. Ta godzina - jak zresztą w ogóle przebieg tamtego dnia - wyryła się w mojej duszy. Gdy Abe'a przywieziono na OIOM, miałam za sobą cztery lata pracy na oddziale, a mój mąż anestezjolog dwa razy tyle, z tym że w przeciwieństwie do mnie na pełnym etacie. Abe'a przyjęto akurat wtedy, kiedy byłam na jednodniowym urlopie, i gdy w końcu przyszłam na dyżur, trafiłam na jedne z nielicznych odwiedzin jego matki - nie wiem, która z nas była bardziej zaskoczona.
Wpatruję się w namalowany w połowie wysokości ściany i biegnący dokoła celi denerwujący czerwony pas, będący przedłużeniem wystroju więziennych korytarzy.
Mój pobyt tutaj jest karą za wszystko, nie tylko za Abe'a.
Kładę się na łóżku, wsuwam nogi pod cienką kołdrę i podciągam ją pod samą brodę. Zamykam oczy, obracam się na bok i przyjmuję pozycję embrionalną. Moje myśli wypełnia Abe. Umieszczam dłonie między udami, wbijam paznokcie w ciało i po chwili czuję pieczenie przebitej skóry. Słone łzy szczypią w policzki.
Rozlega się dźwięk dzwonka oznaczającego początek czasu wolnego. Będzie można wyjść z celi. Czekam na pukanie do drzwi. Otworzono je, zanim zabrzmiał sygnał. Nie przepadam za czasem wolnym, ale lubię, gdy zjawia się moja przyjaciółka Cathy. Widzę, że kręci się na korytarzu; musiałam ściągnąć ją myślami.
Co nas łączy poza tym, że obie odsiadujemy wyrok? Terapeuta uważa, że brak wyrzutów sumienia. Myli się, i to bardzo.
Kiedy studiowałam medycynę, a potem pracowałam jako pielęgniarka, nigdy nie pociągały mnie tajniki psychiatrii i dopiero po śmierci Abe'a zaczęłam intensywnie zgłębiać mechanizmy umysłu, zarówno własnego, jak i innych ludzi - choćby to, jak potrafi się wyłączyć lub sam siebie oszukiwać.
Albo uczynić z człowieka kogoś zupełnie innego.
- Cześć. - Cathy wchodzi do mojej celi. - Dzień kołdry?
Milczę, ale wiem, że w końcu będę musiała się odezwać.
Jej mina jest całkowicie obojętna, co jednak nie oznacza, że Cathy nic nie czuje. Po prostu Cathy i jej emocje są jak dwa osobne byty. Jakaś drobna część mojej przyjaciółki pojmuje, jakim złem było pozostawienie trójki dzieci w domu bez opieki i wyjazd na wakacje; do innej, znacznie większej części, kompletnie to nie dociera. Jakby istniały dwie różne Cathy.
Od pewnego czasu staram się zrozumieć, dlaczego odsłania przede mną ten aspekt swojej osobowości. Może uznała, że jesteśmy do siebie podobne, i zadziałało poczucie koleżeństwa - tak myślałam na początku, ale potem przekonałam się, że to nieprawda.
Zmuszam się do uśmiechu.
- Od razu lepiej - mówi Cathy i reaguje typowym dla siebie nieznacznym grymasem. - Jak będziesz cały czas leżała w łóżku, Don nafaszeruje cię pigułami szczęścia.
Podnoszę pękającą z bólu głowę i siadam. Nie dam rady się śmiać.
- Przynajmniej będzie miał spokój. - Naprawdę tak myślę. Odnoszę wrażenie, że mój terapeuta za mną nie przepada. Pewnie zgasła, otępiała od antydepresantów Rose byłaby mu bardziej na rękę.
Cathy poważnieje. Odpycha mnie delikatnie, żebym się przesunęła i żeby mogła położyć się obok. Taka zażyłość jest dla niej nietypowa, dlatego znów zaczynam się zastanawiać, czym właściwie ją przyciągam - i jak zwykle, nie podoba mi się odpowiedź.
Ale pomimo tego, kim naprawdę jest Cathy - a raczej czym jest większa część jej osobowości - lubię tę jej stronę, którą odsłania jedynie przede mną; albo którą tylko ja dostrzegam.
Jak na ironię moja przenikliwość objawiła się dopiero w więzieniu.
- Powinnaś porozmawiać raczej ze swoim mężem - mówi Cathy, moszcząc się pod kołdrą.
Łóżko jest o wiele za małe dla nas dwóch.
Pulsowanie w mojej głowie przechodzi w miarowo narastające i cichnące dudnienie.
Pełen poświęcenia mąż, dobry człowiek. Mężczyzna, który mnie uratował - i skazał.
Cathy w końcu wraca do swojej celi. Godzinę później otwiera się okienko w drzwiach.
- Rose, widzenie - odzywa się strażnik.
Zerkam na kalendarz - dziś nie wypada wizyta męża - i przypominam sobie, że zgodziłam się spotkać z matką. Zaskoczyła mnie swoją prośbą; nie widziałyśmy się od ponad dwudziestu lat.
- Nie słyszałaś? - mówi, obracając klucz w zamku. - Przyszła twoja matka, Marion Trahern.
- Idę.
Wstaję i wychodzę na świeżo odnowiony korytarz. Ruszam za strażnikiem, trzymając się krok za nim. Prowadzi mnie do pokoju widzeń - do matki.
W obszernym wnętrzu stoi około dwudziestu stolików - matka zajęła miejsce akurat przy tym, przy którym zwykle siada mój mąż, gdy mnie odwiedza. Przegląda się w lusterku w puderniczce i zauważa mnie, dopiero kiedy jestem dwa metry od niej. Podnosi wzrok i widzę na jej twarzy niszczące działanie czasu - bez wątpienia ona dostrzega to samo na mojej. Przychodzi mi do głowy niechciana refleksja o tym, jak bardzo jesteśmy do siebie podobne. Co ona tu robi? Może mój mąż ją poprosił, żeby przyszła? Nie, nie spodziewałabym się tego po nim.
- Witaj, Rose - mówi.
Przez chwilę mam wrażenie, że będzie chciała uścisnąć mi dłoń, i na moich ustach pojawia się kpiący uśmieszek. Minęło tak dużo czasu. Piąty lipca dziewięćdziesiątego drugiego. Nigdy nie zapomnę tej daty. W spontanicznym odruchu i na fali radości z planowanego ślubu postanowiłam mimo wszystko odwiedzić matkę, aby osobiście jej o tym powiedzieć. Otworzyła mi obca osoba. Dopiero po kilku telefonach udało mi się ustalić, że matka się wyprowadziła. Kiedy w końcu udałam się pod nowy adres, pod którym zamieszkała razem z moim bratem, przez dobre dziesięć minut stałam pod budynkiem i zachodziłam w głowę, jakim cudem było ją stać na dom w eleganckiej części West Bridgford. Spotkanie się nie udało; pokłóciłyśmy się, ale o co konkretnie - tego już nie pamiętam. Nadal czułam ból, a ona wciąż stanowczo twierdziła, że jestem wszystkiemu winna. Moja niezapowiedziana wizyta zakończyła się kompletnym fiaskiem, co zresztą od początku było do przewidzenia.
Łupie mnie w głowie. Odsuwam krzesło, siadam.
- Co za niespodzianka. - Zaczynam skubać skórkę przy paznokciu na kciuku.
Matka usiłuje nie patrzeć na moje dłonie.
- Nie bądź taka, Rose.
- Dobrze wyglądasz.
Nie odwzajemnia komplementu.
- Przepraszam, że przychodzę dopiero teraz.
- Nie było cię nawet na posiedzeniu sądu. - Splatam dłonie. Staram się uspokoić.
Wyciąga do mnie rękę. Nie reaguję, nie ruszam się.
- Nie powinni byli cię tu zamykać - mówi.
Zbieram się, żeby ją dotknąć, podjąć próbę pogodzenia się z nią, bo już nie mogę znieść tego nieustającego konfliktu wszystkiego ze wszystkim. Ale wtedy dodaje:
- Zawsze byłaś lekko niezrównoważona, Rose. Trzeba było pozwolić adwokatowi złożyć wniosek o uznanie cię za niepoczytalną.
Misja pokojowa kończy się niepowodzeniem. Moja dłoń wraca na kolano.
- Niezrównoważona? Lepiej popatrz na siebie.
Jej spojrzenie skacze po stolikach.
- Jak zawsze drażliwa. Ten twój charakterek...
- A niby jaka mam być? Nie widziałyśmy się ponad dwadzieścia lat.
- Czyja to wina? - Mówi ze wzrokiem utkwionym w ścianie.
- Nadal dla niego pracowałaś.
- Bo potrzebowałam pracy.
- Mogłaś się zatrudnić jako sprzątaczka, nie wiem, gdziekolwiek. - Przyglądam się płaszczowi, który przewiesiła przez oparcie krzesła. Jaeger. Od kiedy nosi tę markę? Pewnie zaczęła wtedy, kiedy przeprowadziła się do nowego domu.
- O co ci chodzi, Rose? Czuję się tak, jakbyś mnie osądzała. Przecież nie zrobiłam nic złego.
- Na pewno?
Odsuwa krzesło - płaszcz spada na podłogę - ale nie wstaje.
- To ty zerwałaś kontakt ze mną i ze swoim bratem.
- Nie odezwał się do mnie, od kiedy to się wydarzyło... zresztą wcześniej też milczał.
- Chciałaś powiedzieć: od kiedy odebrałaś życie niewinnemu człowiekowi? - Dopiero teraz wstaje. - Nie byłaś wtedy zdrowa na umyśle. - Wkłada płaszcz. - Wiedziałam, że ta rozmowa nic nie da. Przyjdę innego dnia, kiedy już się uspokoisz. - Milknie na chwilę. - Przykro mi, Rose.
- Z jakiego powodu? Że nie pomogłaś mi tamtej nocy? Że nie było cię przy mnie, gdy najbardziej cię potrzebowałam?
- Obwiniasz wszystkich poza sobą. - Nabiera powietrza. - Zabiłaś człowieka. Wciąż nie rozumiem, dlaczego to zrobiłaś.
Nie odpowiadam. Nie ma sensu. Patrzę za nią, jak szybkim krokiem zmierza do wyjścia, a potem zerkam na krwawiącą rankę po wyskubanej skórce przy paznokciu na lewym kciuku.
24 marca 2016 roku
Siedzę przy niewielkim biurku ustawionym pod boczną ścianą celi. Przede mną leży list od Belli Bliss. Bella studiuje filologię angielską na Uniwersytecie Manchesterskim i specjalizuje się w literaturze. Upatruję jakiegoś szczególnego znaczenia w fakcie, że odezwała się do mnie krótko po tym, jak nawiązał ze mną kontakt pisarz Theo Hazel. Tak to już jest w zamknięciu, że człowiek stara się dostrzegać współzależności tam, gdzie w gruncie rzeczy ich nie ma.
Moja zgoda na widzenie z Bellą Bliss wynika, jak sądzę, z poczucia samotności. Zapewne jest także próbą odreagowania zaskakującej - i zakończonej porażką, jak zresztą należało się spodziewać - wizyty matki przed dwoma dniami. Bella zbiera materiały do dysertacji na temat utworów beletrystycznych, których główne bohaterki są morderczyniami. W jej liście - tak jak wcześniej w liście Theo - nie znalazłam nic, co mogłoby wskazywać na podejrzany stan umysłu autorki, dlatego wiedziona własnym chwilowym obłędem przystałam na propozycję rozmowy. Jedyną osobą, która mnie odwiedza, jest mój mąż. Raz spotkała się ze mną para współlokatorów z czasów studiów - podziękowałam im za wysiłek, ale poprosiłam, żeby już więcej do mnie nie przyjeżdżali. Nie mogłam znieść ich litości i przerażenia.
Strażnik puka do drzwi celi i je otwiera.
- Zmiana planów - oznajmia. - Bella Bliss już tu jest. Ale oprócz niej przyszła komisarz.
- Komisarz?
- Alison Greenwood. Czeka na ciebie tam, gdzie spotykasz się z Donem.
Korci mnie, żeby zapytać, czy mam cokolwiek do powiedzenia na temat tego, komu wolno ze mną rozmawiać, ale to chyba nie najlepszy pomysł, dlatego nawet nie dociekam, o co chodzi.
Zamiast do pokoju widzeń idę więc najpierw do pokoju terapii Dona.
Przy niewielkim oknie stoi wysoka kobieta. Komisarz Alison Greenwood. Ma proste, krótko i idealnie równo obcięte jasnorude włosy - niewymagająca dużo zachodu i nieodwracająca uwagi od pracy fryzura. Komisarz wita mnie szerokim uśmiechem. Pomimo niespodziewanych okoliczności od razu czuję do niej sympatię. Ma uczciwą twarz.
- Pani Marlowe, dziękuję, że zgodziła się pani ze mną pomówić. Miło mi panią poznać.
Pomijam milczeniem fakt, że nie miałam wyboru; przecież dobrze o tym wie.
- Mnie też jest miło, pani komisarz.
Wyjmuje notes z kieszeni, zdejmuje płaszcz, wiesza go na oparciu krzesła i siada, gestem zachęcając mnie do tego samego.
- Pragnę zaznaczyć, że nasze spotkanie ma charakter nieformalny. Z dużym zaciekawieniem śledziłam pani sprawę. - Na chwilę zawiesza głos. - Nie będę owijała w bawełnę. Otóż doszły mnie słuchy, że na początku lat dziewięćdziesiątych była pani w związku z Danielem Deane'em, ojcem Abe'a Duncana. - Spogląda mi w oczy. - Nie przypominam sobie, aby była o tym mowa podczas posiedzenia sądu.
Odruchowo zaczynam skubać skórkę przy paznokciu na kciuku. Greenwood wzdryga się na widok kropelki krwi wypływającej z rany.
- To nie miało znaczenia dla sprawy.
- Jestem innego zdania.
- Po co pani przyszła, pani komisarz?
- Chcę się dowiedzieć, czym właściwie była Mount Clinic w Nottingham, z którą Daniel Deane był związany w latach dziewięćdziesiątych, a zatem w tym samym czasie, kiedy pracował jako dyrektor prywatnego szpitala Bluefields. Byłabym wdzięczna za wszelkie informacje na temat Mount Clinic oraz Daniela Deane'a z okresu, w którym... - przerywa na moment; jej mina świadczy o tym, jak bardzo jest to dla niej przykre - coś państwa łączyło.
Po wyrzuceniu tego z siebie sprawia wrażenie bardziej odprężonej. Rozsiada się wygodniej. Poprawia obcisłą brązową spódnicę; nie wygląda na kobietę gustującą w spódnicach - być może noszenie jej jest wyrazem buntu w zdominowanej przez mężczyzn policji.
- Nie słyszałam o Mount Clinic. - Przypatruję się harmonijnym rysom jej twarzy. - Obawiam się, że nie zdołam pani pomóc. Przykro mi.
Alison Greenwood usiłuje stłumić pełne rozdrażnienia westchnienie.
- Staram się odnaleźć dokumenty i notatki, które sporządzono, gdy w styczniu dziewięćdziesiątego drugiego przyjmowano panią do szpitala Bluefields. Powinna była pani wspomnieć o tym sędzi podczas posiedzenia. Albo przynajmniej podzielić się wiedzą ze swoim obrońcą. - Nabiera powietrza. - Niewykluczone, że te okoliczności wpłynęłyby łagodząco na wyrok.
Pochylam głowę.
- Domyślam się, że dokumenty zaginęły.
- Owszem, ale okazuje się, że w ogóle brakuje wielu papierów z tamtego okresu, nie tylko pani. W tamtym czasie studiowała pani medycynę; prosiła pani o wgląd w nie?
- Tak. Wszystko było w porządku.
Odchrząkuje.
- Czy przed pobytem, w jego trakcie lub po nim miała pani jakiekolwiek zastrzeżenia co do Bluefields?
- Nie. Oczywiście, że nie.
To niezupełnie prawda. Pod koniec miałam pewne obawy i wątpliwości, ale nie dotyczyły one samego szpitala.
- Proszę wybaczyć, pani komisarz, ale nie mam pani nic do powiedzenia.
Greenwood zamyka notes i przeczesuje palcami swoje starannie ułożone włosy.
- Odebrała pani życie niewinnemu człowiekowi. Dlaczego? - Wpatruje się we mnie bacznym wzrokiem.
Usiłuję zabarykadować się przed nią we własnym umyśle. Dobrze, że to nie ona prowadziła moją sprawę, bo ma intuicję, której z pewnością zabrakło śledczym. Myślę o Deane'ach i czuję, jak na całe moje ciało występuje zimny pot. Strasznie tu gorąco.
- Poznała pani matkę Abe'a, żonę Daniela Deane'a, dopiero kiedy przyszła w odwiedziny do leżącego w Queen's Hospital syna - mówi Greenwood. - Zgadza się?
Odruchowo kładę dłoń na brzuchu. Nadal czuję tępy ból.
- Tak. Nie spotkałyśmy się wcześniej.
Komisarz odsuwa krzesło i wstaje.
- Czy w okresie spędzonym z Danielem Deane'em poznała pani jego znajomych? Kogoś, z kim moglibyśmy się skontaktować w związku ze śledztwem?
Myślę o ludziach sprzed ponad dwudziestu lat. Nie mogę podać Greenwood ich nazwisk, ponieważ to wszystko powróci - we mnie i dokoła mnie. Myślę o mężu. Milczę.
Po chwili sama też wstaję.
- Nie, nikogo sobie nie przypominam. - Przyglądam się jej.
Nie wierzy mi.
Podchodzi do drzwi, otwiera je, ale się odwraca.
- Czy jest coś, co chciałaby mi pani powiedzieć w zaufaniu?
- Nie, ale dziękuję za życzliwość.
Odpowiada skinieniem głową i wychodzi, zamykając za sobą drzwi. Słyszę, jak strażnik przekręca klucz w zamku. Stuk obcasów pani komisarz odbija się echem w korytarzu. Osuwam się na krzesło, zerkam na wiszący na ścianie cyfrowy zegar i czekam, aż strażnik zaprowadzi mnie na spotkanie z Bellą Bliss.
Byłam roztrzęsiona po rozmowie z Alison Greenwood, zwłaszcza po tym, jak komisarz wspomniała o szpitalu w Nottingham, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Na szczęście strażnik wrócił po mnie dopiero po półgodzinie i mogłam wykorzystać ten czas, żeby się pozbierać. Kiedy przekręca klucz w zamku, otwiera drzwi i mówi, że przyszedł mnie zabrać do pokoju widzeń, jestem już znacznie spokojniejsza.
Prowadzi mnie do stolika, przy którym siedzi Bella Bliss. Ma bardzo lśniące ciemnobrązowe włosy i jest ubrana w bluzę z nazwą swojej uczelni na plecach. Niepotrzebnie zgodziłam się na tę rozmowę; Cathy mówiła to samo.
Podchodzę bliżej. Bella odwraca się i rozpoznaje mnie. Jej ujmująca buzia o alabastrowych policzkach rozświetla się różowością, a w uderzająco pięknych fioletowych oczach pojawia się błysk ożywienia. Mimo to widzę, że jest zdenerwowana. Postanawiam, że nie będę rzucała jej kłód pod nogi, chociaż jeszcze nie wiem, czego właściwie ode mnie chce. Przekonam się. Na stoliku leżą notatnik A4 i starannie uporządkowana lista pytań.
- Witaj, Bello - mówię, siadając. - Wybacz, że musiałaś czekać. Miałam pracowite popołudnie. - Uśmiecham się. - To trochę paradoksalne, zważywszy na moją sytuację, nie sądzisz? - Chcę przełamać lody, bo Bella naprawdę wygląda na przerażoną.
- Dziękuję, że zechciała się pani ze mną spotkać. - Niemal słyszę, jak oddycha z ulgą. - Bałam się, że pani odmówi.
Posyłam jej uprzejmy uśmiech. Dziewczyna jest młoda, ma mniej więcej tyle lat co ja, kiedy poznałam Daniela Deane'a. Przyglądam się jej twarzy.
- Nie ma sprawy. Choć nie wiem, na ile zdołam pomóc.
Po policzkach Belli rozlewa się rumieniec.
- W każdym razie postaram się - pocieszam ją.
Bella spogląda na swoją listę.
- Może na początek zapytasz po prostu o pierwszą rzecz, która przychodzi ci do głowy? Dla rozluźnienia atmosfery.
Podnosi na mnie wzrok.
- Pani Marlowe...
- Mówmy sobie po imieniu.
- Rose... Nie przyszłam w sprawie dysertacji.
- O. - Hm. Może to jednak wariatka. Zerkam na strażnika i wychwytuję jego spojrzenie.
Ignoruje mnie.
- W takim razie co cię tu sprowadza?
Wierci się na krześle.
- Coś innego. Ale nie chciałam pisać o tym w liście.
Widzę, że przeżywa katusze, i robi mi się jej szkoda bez względu na powód wizyty.
- Chodzi o mojego brata. Jest w związku z osobą, którą jak sądzę, możesz znać z dawnych lat.
Przyznam, że tego się nie spodziewałam.
- Kim jest ta osoba?
- Nazywa się Ed Madden.
Na chwilę robi mi się ciemno przed oczami. Jestem pewna, że gdybym spojrzała w dół, na jasnoniebieskiej podłodze pokoju widzeń zobaczyłabym swoje bijące serce. Nazwisko, które padło z ust Belli, nadal, po tylu latach, wytrąca mnie z równowagi. Nie odpowiadam. Nie jestem w stanie.
- Opowiedział mojemu bratu o... pewnej rzeczy. Mojego brata dobijała świadomość, że będzie musiał zachować to dla siebie, więc podzielił się tym ze mną. - Wpatruje się w notatnik. - Żałuję, że to zrobił. - Jej szczere oczy zachodzą łzami. - Chciałam, żebyś wiedziała.
- O czym? - Zżera mnie potworna ciekawość.
Bella znów zaczyna się wiercić. Po chwili odsuwa krzesło.
- Nie, proszę, nie idź jeszcze. - Pochylam się nad blatem i dotykam notatnika. - Jestem ci wdzięczna za to, że postanowiłaś się ze mną spotkać. To, o czym opowiedział ci brat, musi być ważne...
- Niepotrzebnie przychodziłam.
- Muszę wiedzieć, o co chodzi... Przyrzekam ci, że to zostanie między nami.
Bella zamyka notatnik i chowa go do plecaka, ale potem przysuwa krzesło i kładzie ręce tam, gdzie przed chwilą leżał zeszyt. Odzywa się tak cicho, że z trudem wychwytuję słowa:
- Twoja mama... - Urywa i gwałtownie nabiera powietrza. - Przepraszam, ale nie mogę nic więcej powiedzieć.
- Proszę.
Wstaje. Na jej twarzy stanowczość miesza się ze złością.
- Zrobiłaś coś strasznego. Ale musisz wiedzieć, że... że zrobiono... - Odwraca się, zbiera się do wyjścia.
Ta wizyta wiele ją kosztowała. Nie chcę, żeby miała kłopoty - jeżeli w nie wpadnie, to nie z mojego powodu.
- Możesz powiedzieć, komu chcesz. Jest mi to już obojętne. Brat i ja jakoś sobie poradzimy.
- Będę milczała - zapewniam i spoglądam jej w oczy. Widzę, że nie piśnie ani słowa więcej, ale nie musi: zdradziła wystarczająco dużo. - Moja matka coś wie?
Zakłada plecak na ramię.
- Tak mi się wydaje.
Powraca uczucie, które nie odstępowało mnie ostatniego dnia życia Abe'a. Mój żołądek kurczy się do rozmiarów orzecha.
Udało mi się wykręcić od spotkania z terapeutą; wymówiłam się migreną i nie skłamałam - rzeczywiście ją mam. Odwiedziny Belli, a wcześniej Alison Greenwood, wywołały we mnie poczucie głębokiego zaniepokojenia.
Zanim zobaczyłam się z Bellą, odpisałam Theo Hazelowi, że nie zgadzam się na widzenie z nim, ale teraz, po powrocie do celi, postanawiam cofnąć tę odmowę.
Próbuję się skupić na tym, jak to ująć w drugim liście. Zanim Theo zajął się pisarstwem, był dziennikarzem, i to chyba dosyć dobrym, jeśli sądzić po nieustępliwości, z jaką prowadzi dociekania w swoich niebeletrystycznych książkach. Z licznych recenzji wynika, że skrupulatnie gromadzi materiały i umiejętnie włada piórem. Udało mu się odkryć sporo nieznanych faktów na temat osób z przeszłości; jednym udowodnił ich zbrodnie, inne oczyścił z zarzutów. Boję się, że straciłam okazję porozmawiania z nim. Muszę sprawić, by jednak zechciał mnie odwiedzić, bo myślę, że mógłby mi pomóc. Wpatruję się w ścianę, odchylam się na krześle i dotykam prawej piersi. Po raz pierwszy od lat odnajduję w sobie determinację.
Przechodzi mi nawet przez myśl, żeby umówić się na wizytę u więziennego lekarza.
Jak zwabić Theo Hazela? Zależy mu na dobrym temacie. Chce ożywić swoją karierę. To właściwie wszystko, co o nim wiem.
Muszę go skusić swoją opowieścią, dać mu do zrozumienia, że jestem gotowa całkowicie się przed nim otworzyć. No, prawie całkowicie. Liczę, że pomoże mi odkryć, czy to, co usłyszałam od Belli, jest prawdą.
Zaczynam spisywać dla niego swoją historię.
Pierwsze spotkanie z Danielem Deane'em w restauracji w Nottingham.
Wiosna dziewięćdziesiątego pierwszego. Dzień, w którym zakochałam się po uszy.