Piękny wiek XIX - Jerzy W. Borejsza

Kup ebooka

104.00 zł
83.20 zł (64,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ADAMA MICKIEWICZA PRZYJAZD DO FRANCJI

Prefekt departamentu Bas-Rhin przejrzał ostatnie doniesienie dla ministra spraw wewnętrznych. Znowu polscy emigranci. Niejaki porucznik Ignacy Domeyko i obywatel ziemski Adam Mickiewicz wyjechali wczoraj, 17 lipca 1832 roku, rano ze Strasburga do Châlons nad Marną. I tak codziennie, mimo upału dochodzącego do 27 stopni Réaumura, musi powiadamiać Paryż o Polakach przybywających zza Renu bądź zwartymi kolumnami ­marszowymi, bądź też pojedynczo dyliżansem z Lauterbourga, Haguenau, ­Bischwiller lub też wprost z Karlsruhe.

Obywatel ziemski Adam Mickiewicz przyjechał do Francji "celem załatwienia swoich spraw osobistych". Niewielu jest takich. Sami porucznicy, kapitanowie. Sporo wyższych oficerów. Choćby ostatnio ten krągłolicy siwy generał o krwistej twarzy. Prefekt przerzucił kilka papierów z "teki polskiej". - Tak, Dwernicki. - Jemu właśnie zgotowano gorące przyjęcie w mieście. Jak zawsze: gwardia narodowa.

Każdy hołysz strasburski chce mieć swego Polaka. Przedwczoraj "Courrier du Bas-Rhin" nie szczędził ostrych wymówek rządowi, zarzucając mu brak gościnności wobec uchodźców z dalekiej Polski. Nowe kłopoty dla prefektury, która niedawno była zmuszona zamknąć opozycyjną ­"L'Alsacienne".

Kolega z departamentu Doubs i ministerstwo żądają dodatkowych informacji o kilku Polakach.

Prefekt otworzył okno i zaczął wertować kopie raportów z ubiegłych ­miesięcy.

Owa polska gorączka ogarnęła Strasburg przed dwoma laty, w pierwszych dniach grudnia 1830 roku. Pamięta jeszcze, jak przekazywał wówczas do Paryża depeszę z Monachium od ministra pełnomocnego przy dworze bawarskim, pana de Aumigny: "W nocy z 29 na 30 bardzo krwawa rewolucja wybuchła w Warszawie. Nieznane są bliższe dane o niej, lecz wiadomość jest jak najbardziej oficjalna"[49]. Od owego czasu nadreńska stolica czujnym uchem łowiła wieści znad Wisły. Obficie, choć w odmiennych, a czasem wręcz przeciwstawnych wersjach dostarczali ich kupcy przyjeżdżający z wielkiego księstwa badeńskiego i Bawarii.

W kwietniu gruchnęła wieść o polskich przewagach nad Rosjanami, o bitwie pod Wawrem. W piwiarniach staromiejskich i domach cechowych wrzało przez parę dni. Potem nastąpiły miesiące niepewności. Późną zaś jesienią 1831 roku wolni mieszczanie strasburscy ujrzeli pierwszych żołnierzy-uchodźców w polskich mundurach.

Witano ich jak bohaterów. Kiedy zapowiedziano przyjazd polskich generałów, połowa ludności miasta wyległa - jak stwierdza raport policyjny - wzdłuż Renu, aby ich oczekiwać. Wydobyto skądś polski sztandar, a nadjeżdżający dyliżans powitano pieśniami patriotycznymi i "La Varsovienne" Casimira Delavigne'a. Wyprzężono konie z dyliżansu - pospólstwo strasburskie ciągnęło go samo. Ktoś wzniósł okrzyk: - Precz z ministrami!

Ludzie opozycji korzystali z każdej sposobności, aby powitania Polaków przekształcać w demonstracje polityczne. Stąd też prefektura miała wiele kłopotów, szczególnie w pierwszych miesiącach 1832 roku. W styczniu oskarżono przez nieporozumienie właściciela jednej z oberż, że odmówił kwatery polskiemu oficerowi. Stało się to przyczyną starć ulicznych przed oberżą.

25 lutego - w rocznicę bitwy grochowskiej - nabożeństwo zgromadziło nie tylko stu Polaków, ale i wielu mieszkańców Strasburga, zwłaszcza członków gwardii narodowej. Policja z prawdziwym niepokojem śledziła przebieg nabożeństwa, które celebrowano w ogromnej katedrze gotyckiej w centrum miasta.

Około 1 lutego liczba Polaków, którzy czasowo zatrzymali się w Strasburgu, sięgała 400 osób. W ciągu pierwszych trzech miesięcy 1832 roku przez miasto w kolumnach wojskowych przemaszerowało ponad 1400 i przejechało około 300 Polaków podróżujących na własną rękę[50].

Prefekt, obserwując wędrówkę Polaków przez Strasburg, donosił pod koniec lutego 1832 roku ministrowi spraw wewnętrznych Francji: "Nie wiem, ile czasu będzie trwał ów nieustanny przemarsz Polaków, lecz nie mogę zataić przed Panem, Panie Ministrze, że będzie to stale ponawiającą się przyczyną niepokoju, ponieważ partia wroga obecnemu ustrojowi nie traci okazji, aby wykorzystać to zjawisko w swoich celach"[51].

DREZNO-STRASBURG

Długie miesiące oglądał Mickiewicz ów przemarsz żołnierzy-tułaczy, zanim zdecydował się pociągnąć ich śladem. Od wiosny 1832 roku mieszkał w Dreźnie. Był podówczas - jak pisze Domeyko - "w nader smutnym stanie boleści i drażliwości wewnętrznej: świeża klęska i ucisk kraju, zawiedzione nadzieje, widok ciągnących do Francji w nędzy i ubóstwie oficerów i żołnierzy naszych i zły obrót, jaki na ten czas brały sprawy na zachodzie, tak silny wpływ na niego wywierają, że była to dla niego epoka największego w życiu umartwienia"[52].

Od początku swego pobytu w Dreźnie Mickiewicz zdaje sobie sprawę, iż nie pozostanie tu długo. Środowisko uchodźców polskich, lubo niemałe, wiodło tu życie zamknięte, obce na ogół sprawom wewnętrznym Saksonii, a dalekie od owego centrum politycznego polskiej emigracji i kuźni nowych programów, jaką coraz bardziej stawał się Paryż. Bliskość Poznańskiego, znaki Orła i Pogoni - wspomnienie ubiegłego stulecia - jakie często można było spotkać na budowlach drezdeńskich, życzliwość ludności niemieckiej - wszystko to mogło koić nieco nostalgię wygnańców polskich, nie zmniejszało przecież poczucia nieprzydatności sprawie narodowej. Dlatego też wkrótce po przybyciu do stolicy Saksonii Mickiewicz pisze do Julii Rzewuskiej: "Zabawię tu w Dreźnie do maja, jeśli nas nie wypędzą. Potem sam nie wiem, gdzie się udam"[53].

Po napisaniu Dziadów Mickiewicz informował Lelewela: "Mam wygotowane do druku jedno poema i kilka drobnych ułamków; wszystko tyczy się mniej lub więcej naszej sprawy i nie może być ogłoszone, tylko w Paryżu". I dodawał, iż uważa je za "kontynuację wojny, którą teraz, kiedy miecze schowane, dalej trzeba piórami prowadzić". Powoli dojrzewa decyzja wyjazdu do Francji. Przyspiesza ją fakt, iż rząd saski, znajdujący się pod silną presją ambasady rosyjskiej, jest zmuszony zażądać od tych uchodźców polskich, którzy nie godzą się na przyjęcie amnestii carskiej, aby opuścili terytorium Saksonii.

19 czerwca Mickiewicz pisze do Józefa Grabowskiego: "Rugują stąd powoli naszych, grzecznie wypraszając i przykrząc się prośbami; mnie dotąd dają pokój, ale sam nie chcę czekać, nim na mnie kolej przyjdzie, i mam osobiste powody posunienia się ku Francji, bo moim dawnym opiekunom nie ufam, znając dobrze ich długie ręce". Dalej podawał jako przypuszczalną ­datę wyjazdu 22 czerwca. W liście do brata, wysłanym tego dnia, wyjaśniał, że aby nie jechać później samemu, wyjeżdża razem z Domeyką, którego wypędzają. "Udaję się do Paryża - pisał Mickiewicz - ale po drodze zabawię nieco tu i ówdzie w Niemczech". Wkrótce też z grupą rodaków opuścił Drezno.

"25-go wyjechaliśmy w 11" - pisze jeden z jego towarzyszy podróży, Nakwaski[54]. Najęto długi, trzęsący się powóz, w którym wszyscy mogli się pomieścić, i powoli, często popasając, zdążano ku granicom Francji. Podróżni jechali trasą, którą mieli wskazaną w paszportach, starając się zatrzymywać tam, gdzie znajdowały się komitety niemieckie, zajmujące się polskimi emigrantami. Mogli się obejść i bez tej pomocy, albowiem mieli ze sobą jeszcze sporo grosza. Mickiewicz wziął na drogę 200 talarów, które przysłał mu do Drezna Józef Grabowski. Jego towarzysze też nie byli pozbawieni funduszów. Jak wspominał Domeyko: "Nie była nudną Mickiewiczowi podróż do Francji - w ciągu podróży stary kościuszkowski żołnierz, ­legionista, więzień Konstantego, pułkownik Łagowski, opowiadał nam cuda o Maciejowicach, o legionach, o więzieniach i morzeniu głodem za rządów wielkiego księcia; major 4 pułku, Słubicki, o Grochowie, Dębie Wielkim etc.; kapitan z napoleońskiej służby, towarzysz Napoleona na Elbie, kapitan Puntner, o Borodynie, o Waterloo; wesoły poseł mazowiecki, Trzciński, adiutant za młodu Dąbrowskiego, szef I-go pułku Mazurów, rozweselał nas opowiadaniem pociesznych scen ze zjazdów, sejmików i hulanek szlacheckich; a w przerwach naczelnicy powstań, posłowie z ostatniego sejmu: Aleksander Jełowicki, Żarczyński i Nakwaski prowadzili niekiedy żarliwie dalszy ciąg długich dyskusji i interpelacji sejmowych"[55]. Oprócz nich w powozie siedzieli jeszcze syn Trzcińskiego - Leopold i wychowanek starego pułkownika Łagowskiego - służący Krzyś.

Droga wiodła początkowo przez Plauen-Hof-Münchberg-Bayreuth. Podróżni spotykali się niemal zawsze z przychylnością. To właśnie konstatował Domeyko: "To, co jest najbardziej pocieszające dla uchodźcy, to żywe zainteresowanie, jakie nasz los wzbudza wśród ludu. We wsiach i miasteczkach, gdzie przed dwoma laty nie wiedziano nawet o istnieniu narodu polskiego, który ocalił Europę od inwazji Turków i Tatarów, słyszy się dzisiaj okrzyki: niech żyje Polska! Niech żyją Polacy! i z tymi okrzykami łączą się życzenia całej Europy: niech żyje wolność!"[56].

Jeden dzień popasano w Bayreuth. Stamtąd podróżni udali się do Norymbergi. W Norymberdze spędzili dwa dni. W niedzielę - pierwszego lipca - udali się na nabożeństwo; później obejrzeli zamek, zwiedzili miejscowe muzeum, w którym znajdowały się obrazy Dürera, Holbeina, Cranacha. Mickiewicz próbował w Norymberdze dostać paszport do Tyrolu, aby odwiedzić księżnę Zeneidę Wołkońską, ale jak żalił się w liście do niej: "Polakom zabroniono zbaczać z wyznaczonej drogi".

4 lipca Mickiewicz, Domeyko i Słubicki zatrzymali się w Heilbronn, gdzie ich podejmowano bardzo gościnnie. Z Heilbronn towarzystwo pociągnęło do Heidelbergu, zamierzając przypuszczalnie wybrać drogę do Francji przez Metz. Plan ten nie powiódł się i podróżni zawrócili do Karlsruhe.

W Heidelbergu wydarzyła się Mickiewiczowi zabawna historia. Został mianowicie zaproszony na przyjęcie urządzone dla jednego z oddziałów polskich ciągnących za Ren, "usiadł skromnie na szarym końcu stołu, obok jakiegoś profesora uniwersytetu, z którym rozmowa przeszła do poezji ­łacińskich. Gdy wstano od stołu, profesor pospieszył zapytać drugiego swojego sąsiada, sierżanta, z kim to on rozmawiał. Sierżant, nie znając Mickiewicza, a widząc, że zajmował jedno z ostatnich miejsc, bo wyżsi oficerowie siedzieli wyżej, odpowiedział na chybił trafił: "To kapral". Profesor pobiegł do Mickiewicza i rzekł: "Dowiaduję się, panie, że jesteś prostym kapralem. Słyszałem, że język łaciński bardzo w Polsce rozpowszechniony, ale bez naszego zetknięcia się nigdy bym nie przypuścił, że wojskowi niższego stopnia tak gruntownie są obznajomieni z starożytnością". Mickiewicz przyznał mu się, że wykładał literaturę grecką i łacińską w Kownie, i śmiali się razem z tej pomyłki"[57].

Dobiegał końca dwutygodniowy wojaż jedenastu podróżnych, którzy w czerwcu opuścili razem Drezno. Posłowie sejmowi toczyli jeszcze zażarte spory o ostatniej rewolucji, projektach reform, wolności stowarzyszeń i zgromadzeń publicznych, lecz na nic nie było zgody. Zabierał głos w tych sporach i Mickiewicz. Jak notował sobie poseł Nakwaski: Mickiewicz wszystko "sądził patriarchalno-poetycko", i konkludował w związku z jakimś ­sporem z Mickiewiczem: "Niechaj poeci piszą, ale broń Boże niechaj nie rządzą".

Kończąc długie dyskursa, dojechano do Karlsruhe. Tu w bramie strażnik powitał ich znowu okrzykiem: "Niech żyje Polska". W Karlsruhe pozostano kilka dni, po czym towarzystwo podzieliło się: Nakwaski, Żarczyński i Jełowicki pojechali do Baden, reszta podróżnych do Strasburga.

Miłe wywoził wrażenia Mickiewicz z ziem niemieckich. W ostatnim większym mieście, Karlsruhe, książę panujący przysłał bilety do swego teatru i ­zapraszał do przechadzek po parku i pałacu. Mickiewicz i Domeyko zaprzyjaźnili się tam w ciągu parodniowego pobytu z rodziną naczelnika poczty i z żalem żegnani wyruszyli ku granicy. Tu zrazu strażnik po stronie niemieckiej żądał od nich opłaty celnej, ale gdy poznał, iż są to Polacy, skłonił się i odszedł. Przejechano most. Żołnierze francuscy powitali ich okrzykiem: niech żyją Polacy! "Duanierzy" przepuścili bez rewizji. Domeyce na widok munduru francuskiego zaszkliły się oczy. W odmiennym nieco nastroju wjeżdżał do Francji Mickiewicz.

W przeddzień przyjazdu swego do Strasburga, 10 lipca, Mickiewicz pisał z Karlsruhe do księżny Zeneidy Wołkońskiej: "Jadę do Francji, aby stamtąd udać się Bóg jeden wie dokąd, gdyż dla mnie pobyt w Paryżu jest nie do zniesienia; niestety, doniosłe dla mnie sprawy kierują mnie tam". Mickiewicz przyjeżdżał do Francji po raz drugi. Ze swego pierwszego pobytu latem 1831 roku wyniósł ujemne pojęcie o kraju, który miał stać się dlań schronieniem, i to na lat ponad dwadzieścia. Przyjeżdżał do Francji świeżo po zduszeniu przez rząd Ludwika Filipa czerwcowego powstania republikańskiego, co głęboko wzburzyło Mickiewicza. Łudził się jednak nadzieją, że monarchia lipcowa nie przetrwa długo. Nie liczył wszakże na pomoc francuską dla Polski nawet w razie zmian wewnętrznych we Francji. Pisał jeszcze z Drezna, w marcu 1832 roku, do Lelewela: "Jedni ufają rządowi francuskiemu, drudzy narodowi albo ludziom du mouvement; ja oba stronnictwa francuskie mam za zgraję egoistów zdemoralizowanych i nic na nich nie liczę. Francja podług mnie są to Ateny za czasów Demostenesa; będą wrzeszczeć, odmieniać mówców i wodzów, ale się nie uleczą, bo rak toczy im serca. Ja pokładam wielkie nadzieje w naszym narodzie i w biegu wypadków, nie przewidzianych żadną dyplomatyką".

"ŻADNYCH ZNAKÓW SZCZEGÓLNYCH"

Pełen tedy niewesołych myśli, ciepłym wieczorem w dniu 11 lipca wjechał Mickiewicz wraz z towarzyszami do Strasburga. Po równinie nadrzecznej i w samym mieście snuły się grupy rozbawionych żołnierzy i dziewcząt w strojach alzackich. Przed jedną z oberż podróżni natknęli się na grupę sześciu młodych ludzi, powracających widocznie z pojedynku.

Następnego dnia z rana Mickiewicz z Domeyką udali się do prefektury. Prefekt nie zezwolił im na zatrzymanie się w Strasburgu. Nie zgodził się także na wydanie paszportów do Metzu, o co prosili Mickiewicz i Domeyko. Liczyli oni, iż z Metzu łatwiej uda im się dotrzeć do Paryża. Zamiast tego prefekt kazał im jechać do "zakładów" na prowincji, gdzie rząd starał się skoszarować Polaków, izolując ich od społeczeństwa francuskiego. Po listopadowym powstaniu tkaczy lyońskich w 1831 roku, po powstaniu 5-6 czerwca w Paryżu i zamieszkach w Wandei rząd Ludwika Filipa obostrzył politykę wobec uchodźców polskich, widząc, że zasilają oni obóz republikański i że manifestacje ludności francuskiej na cześć nowych przybyszów z Polski mogą zapoczątkować jakieś rozruchy. Prefektura strasburska wykonywała znaczną część pracy przy nadzorze nad Polakami. Nie dziw więc, że jak pisał Domeyko: "cała służba od odźwiernego aż do prefekta zimnie i obojętnie nas przyjęła"[58].

Mickiewiczowi i Domeyce nie pozostawało nic innego, niż prosić o paszport do jakiejś miejscowości leżącej bliżej Paryża, z której mogliby się szybciej doń przedostać. Wybrali Châlons nad Marną, znajdujący się w dwustu kilometrach od Paryża.

13 lipca prefekt, zgodnie z ustalonym porządkiem, konsultował sprawę Mickiewicza i Domeyki u dowódcy wojskowego, generała dywizji Brayera:

"Panie Generale,

PP. Domeyko Ignacy, porucznik armii polskiej, i Mickiewicz Adam, obywatel ziemski, uciekinier polski, którzy przybyli tu 11 bieżącego miesiąca, zwrócili się do mnie z prośbą o paszporty, aby udać się do Châlons nad Marną, dodając, że zrzekają się zasiłków rządowych.

Byłbym zobowiązany, Panie Generale, gdyby Pan zechciał łaskawie powiedzieć mi, czy można zadośćuczynić tej prośbie"[59].

Chodziło o to, czy generał Brayer nie wydał już uprzednio w sprawie Mickiewicza i Domeyki jakichś rozporządzeń, które by mogły się znaleźć w kolizji z decyzją prefekta.

14 lipca generał Brayer odpowiadał prefektowi:

"Panie Prefekcie,

PP. Domeyko i Mickiewicz nie otrzymali ani marszruty, ani zapomogi. Nie widzę żadnej przeszkody, aby Pan skierował ich do jakiegoś miejsca przeznaczenia.

Zechce Pan przyjąć, Panie Prefekcie, zapewnienie o moim głębokim po­ważaniu".

W międzyczasie Mickiewicz zaznajamiał się z liczną Polonią strasburską. Zawarł między innymi znajomość z doktorem Edmundem Korabiewiczem i bawiącym czasowo w Strasburgu generałem Henrykiem Dembińskim. Rychło też dowiedział się o sporze toczącym się wokół osoby generała Wojciecha Chrzanowskiego, którego niektórzy rodacy w listach pisanych do "Courrier du Bas-Rhin" i rozmowach prywatnych nazywali zdrajcą. Za Chrzanowskim ujął się Dembiński. "Courrier du Bas-Rhin" w numerze z 11 lipca i w kilku następnych drukuje listy Polaków w tej sprawie. Była to dla Mickiewicza jedna z pierwszych próbek owych "potępieńczych swarów", które toczyły polską emigrację we Francji.

Obok sprawy Chrzanowskiego środowisko polskie zajmowało się gorąco dyskusjami o polityce rządu francuskiego, przeklinając Ludwika Filipa i jego ministrów. Świeżo rozeszła się właśnie wieść, przedrukowana 16 lipca w miejscowej gazecie, o tym, iż rząd zamierza wysłać do Algierii 400 polskich emigrantów, którzy wypłynęli do Francji na statkach z Gdańska.

Polacy i liberalnie usposobieni Francuzi mieszkający w Strasburgu okazują Mickiewiczowi wiele zainteresowania. "Podobał się w ogólności wszystkim - donosił w korespondencji ze Strasburga do lwowskich "Rozmaitości" jeden z Polaków - a przez tych, którzy o jego pismach cokolwiek słyszeli, był uważany ze szczególnym natężeniem. Przez czas pobytu swego był uprzejmy i zdawał się być spokojny. Kobiety tutejsze zrobiły mu słodkie rozrzewnienie. W salonie strasburskim, kiedy się ani spodziewał usłyszeć mowy polskiej, ozwały się razem przy fortepianie głosy kilku pięknych dziewcząt: "Wilija naszych strumieni rodzica" i łzy mu się potoczyły po licu"[60].

14 lipca Mickiewicz i Domeyko, nie rezygnując z zamiaru wspólnego wyjazdu do Paryża, złożyli na ręce prefekta dwa dość szczególnie sformułowane podania. Możliwe, że przy pisaniu ich szli za radą bardziej zadomowionych we Francji ­rodaków.

Mickiewicz, jak gdyby zmęczony, pisał dużymi literami, rozciągając ­słowa:

"Panie Prefekcie,

Przybywszy do Francji celem załatwienia moich spraw osobistych, mam zaszczyt Pana prosić o wydanie mi paszportu do Châlons nad Marną. Winienem nadmienić, że nie znajduję się w takim położeniu, abym ubiegał się o jakąkolwiek pomoc od rządu francuskiego.

Mam zaszczyt pozostać Panie Prefekcie Pańskim najpokorniejszym i najpowolniejszym sługą

Adam Mickiewicz obywatel ziemski, Polak

1832, 14 lipca, Strasburg"

Domeyko w liście podobnej treści podkreślał, iż rezygnuje z kariery wojskowej i zamierza odbyć własnym sumptem podróż w głąb Francji. Obaj przyjaciele starali się w sposób widoczny podkreślić, że są osobami majętnymi, zajmującymi się wyłącznie swymi sprawami prywatnymi i że nie mogą być zakwalifikowani do tej samej kategorii, co polscy oficerowie skoszarowani na prowincji. Doświadczenie ostatnich miesięcy potwierdzało, że była to jedyna szansa na przedostanie się do Paryża. Wystarczy powiedzieć, że w okresie od czerwca do października 1832 roku tylko trzem osobom władze francuskie w Strasburgu zezwoliły na wyjazd do Paryża (hrabiom: Władysławowi Zamoyskiemu, Tytusowi Działyńskiemu i generałowi Dwernickiemu) i dwunastu osobom do Châlons nad Marną[61].

Prefekt jeszcze 14 lipca skierował papiery Mickiewicza i Domeyki do mera miasta Strasburga, pisząc:

"Panie Merze,

Mam zaszczyt Pana upoważnić do wydania PP. (Mickiewiczowi i Domeyce) uciekinierom polskim paszportów tymczasowych z Châlons nad Marną jako miejsca przeznaczenia w zamian za paszporty, których są okazicielami i które Pan zechce łaskawie przesłać mi natychmiast; nadmienić należy, że wyraźnie zabrania im się udać do Paryża, chyba że otrzymają później zezwolenie.

Zechce Pan łaskawie powiadomić mnie o ich wyjeździe i przekazać mi kopię marszruty, która zostanie im przedtem wytyczona".

Mickiewicz i Domeyko, czekając na decyzję, spędzili zapewne niedzielę, 15 lipca, na zwiedzaniu miasta.

Nie wiemy, czy byli obecni w niedzielę na bankiecie patriotycznym wydanym z okazji 14 lipca w jednym z hoteli strasburskich. Z pewnością jednak słyszeli o toastach, jakie wzniesiono za Polskę, za "jej przyszłe odrodzenie". Szczeblowali się za to - jak wspomina Domeyko - na stukilkudziesięciometrową wieżę katedralną, podziwiając bogactwo ozdób i precyzję wykończenia drobnych nawet szczegółów. Tu też znaleźli przypomnienie ojczyzny.

Na wieży katedralnej na specjalnych tabliczkach uwieczniono nazwiska donatorów, wśród których było wielu Polaków: podróżników przejeżdżających przez Strasburg w XVIII wieku, żołnierzy Napoleona tułających się po Francji po 1815 roku, wreszcie rówieśników Mickiewicza - powstańców 1830 roku. M.in. pod datą 19 kwietnia 1832 roku upamiętnił się tu waleczny oficer kawaleryjski spod Stoczka - Roman Czarnomski (któż mógł przewidzieć, że w czterdzieści lat później, mimo głębokiej religijności, zostanie generałem Komuny Paryskiej?).

Mickiewicz z niecierpliwością czekał na wynik swoich starań. W Paryżu wiedziano już o jego przyjeździe do Francji. Pod datą 16 lipca Lelewel informował z Paryża jednego ze swoich korespondentów: "Za kilka dni przybędzie Adam Mickiewicz, już jest w Strasburgu"[62]. Tegoż dnia Słowacki, pilnie śledzący za itinerarium znakomitego Litwina, notował w liście do matki: ,,Mickiew[icz] blisko jest Paryża i o paszport się stara, bo tu nas do stolicy puszczać nie kazano"[63].

17 lipca jeden z urzędników merostwa w Strasburgu donosił prefektowi o udzieleniu obydwu Polakom zezwolenia na wyjazd do Châlons nad Marną:

"Panie Prefekcie,

Za Pańskim zezwoleniem z 14 lipca, którego przedmiotem było wydanie paszportów tymczasowych z Châlons nad Marną jako miejscem przeznaczenia i z wyraźnym zakazem udania się do Paryża pod jakimkolwiek pretekstem, chyba że za otrzymanym później zezwoleniem, zadośćuczyniłem prośbie PP. Domeyki i Mickiewicza, uciekinierów polskich, wymieniając ich pierwotne paszporty, które mam ­zaszczyt, Panie Prefekcie, wysłać w załączeniu wraz z notatką zawierającą ich rysopis i marszrutę, która im została wytyczona.

Wyrazili oni chęć wyjazdu dziś rano.

Raczy Pan przyjąć, Panie Prefekcie, wyrazy mego głębokiego szacunku.

Za nieobecnego mera (podpis nieczytelny)".

Po pięciodniowym pobycie w Strasburgu ruszyli przeto Mickiewicz i Domeyko w dalszą podróż, serdecznie żegnani przez pozostających w Strasburgu rodaków. Prefekt zaś departamentu Bas-Rhin 18 lipca 1832 roku donosił ministrowi spraw wewnętrznych Francji:

"Panie Ministrze,

Zgodnie z instrukcjami, mam zaszczyt Pana poinformować, że za moim zezwoleniem, PP. Domeyko Ignacy, polski porucznik, uciekinier, i Mickiewicz Adam, obywatel ziemski, polski uciekinier, którzy zrzekli się zasiłków rządowych, przybyli do Strasburga 11 bieżącego miesiąca, otrzymali właśnie paszporty tymczasowe z Châlons nad Marną jako miejscem przeznaczenia.

Cudzoziemcy ci złożyli paszporty wydane w Dreźnie 21 czerwca br. i wizowane w Poselstwie Francji w Saksonii; przesyłam w załączeniu te dokumenty, które Pan uzna bez wątpienia za stosowne przekazać mojemu koledze znad Marny.

Załączam także ich rysopis oraz kopię marszruty, którą im wytyczono.

Wyjechali wczoraj rano".

Prefekt rzucił okiem na załączony zapis z paszportów cudzoziemskich, na którym razem umieszczono Domeykę i Mickiewicza. O Mickiewiczu pisano: "lat - 33, bez zawodu, miejsce urodzenia Grodno, przybywa z Karlsruhe, udaje się do Châlons nad Marną przez Saverne, Lunéville, Nancy, Bar-le-Duc, Vitry, Châlons z wyraźnym zakazem udania się do Paryża"[64].

Notatka kończyła się podaniem rysopisu Mickiewicza[65]. Dokonał go jeden z urzędników merostwa 17 lipca 1832 roku. "Mickiewicz, wzrost 1 m 69 cm, włosy i brwi - czarne, czoło - zasłonięte, oczy - szaroniebieskie, nos - średni, usta - idem, broda - czarna, podbródek - okrągły, twarz - owalna, cera - zdrowa, żadnych znaków szczególnych".

(1960)

ŚNIĄC O POWROCIE DO OJCZYZNY

Ponad sto lat temu Grand Larousse Universel du XIX si?cle, wyjaśniając w tomie siódmym genezę pojęć "emigrant" i "emigracja" w języku francuskim, wiązał je wyłącznie z wychodźstwem rojalistycznym po roku 1789 i nadawał im zabarwienie zdecydowanie negatywne. Nie szczędzono emigrantom najmocniejszych epitetów: kolaboranci, spiskowcy, zdrajcy, działający na szkodę Francji w zmowie z jej wrogami. Przypomniano, że powrócili do kraju na cudzoziemskich bagnetach i wymogli w roku 1825 osławiony miliard odszkodowania.

Emigracja rojalistyczna była jedynym francuskim masowym wychodźstwem politycznym w szeroko pojętym europejskim wieku XIX, to znaczy w latach 1789-1914. Jedynym, które wycisnęło mocne piętno na losach swojego kraju, podejmując z zagranicy walkę z Rewolucją i Napoleonem i stanowiąc o obliczu odrodzonej Francji burbońskiej w latach 1815-1830. Toteż nawet współczesne nam słowniki języka francuskiego przy słowie émigré podają zazwyczaj rok 1791 i objaśniają: personne qui se réfugia hors de France sous la Révolution.

Liczebność emigracji francuskiej z lat 1789-1814 szacowana była od kilkudziesięciu do ponad stu tysięcy[20]. Za to uchodźcy z roku 1815 (nieprzejednani zwolennicy Napoleona oraz jakobini), 1830 (Burbonowie), 1848 (Ludwik Filip i jego przyboczni), 1870 (Napoleon III wraz z rodziną) tworzyli na wychodźstwie tylko niewielkie grupki ludzi, którzy nigdy już nie powrócili na proscenium polityczne. Ograniczona była rola wychodźstwa jakobińskiego za Cesarstwa i Restauracji oraz przedstawicieli skrajnej lewicy w latach 1830-1848. Jednostek na miarę Lazare'a Nicolasa Carnot było niewiele.

Dalecy jesteśmy od mechanicznego mierzenia wartości emigracji ­politycznych ilością jej uczestników, organizacji i czasopism. Głównymi ­kryteriami dla nas są, rzecz jasna, znaczenie wychodźstwa politycznego dla kraju, a także jego rola w życiu międzynarodowym, w dziejach "drugiej ojczyzny". Jak wykazał najbardziej jaskrawo przykład rosyjski, kilku czy kilkudziesięciu demokratów i socjalistów na emigracji niejednokrotnie znaczyło więcej niż tysięczne rzesze.

Jedyne bardziej liczne fale francuskich emigracji politycznych po rojalistach to republikanie różnych odcieni po zamachu stanu Ludwika Napoleona Bonapartego w roku 1851 i komunardzi w dwadzieścia lat później.

W gronie wychodźstwa po roku 1851 znalazło się, jak wiadomo, kilkudziesięciu deputowanych republikańskich, polityków i pisarzy, w tym znakomitości tej miary, co Wiktor Hugo, Edgar Quinet, Alexandre Ledru-Rollin, Félix Pyat czy Pierre-Joseph Proudhon. Francuzi udawali się do Belgii, Szwajcarii i Anglii. Wydawali tam pisma i zakładali organizacje uchodźcze. Ale cechą charakterystyczną tej fali emigracyjnej była jej krótkotrwałość[21]. Po kilku latach można było mówić już tylko o paruset czynnych politycznie wychodźcach, którzy nie powrócili do Francji. Rok 1860 - początek cesarstwa liberalnego - podciął mocno rację bytu emigracji republikańskiej. Tylko nieprzejednani, tacy jak Wiktor Hugo, czekali dziewiętnaście lat na obczyźnie na upadek Napoleona Małego. Wywierali pewien wpływ na radykalizację żądań stronnictwa republikańskiego w samej Francji, nie odgrywali jednak roli decydującej.

Emigranci francuscy w Belgii czy Szwajcarii łatwo się asymilowali dzięki wspólnocie językowej, a po części i kulturowej. Ujawniło się to bardzo mocno po Komunie Paryskiej. Około 3,5 tysiąca wychodźców, w znacznej części rzemieślników, robotników i ludzi wolnych zawodów, łatwo wtapiało się w życie szwajcarskie i belgijskie[22]. Różnili się tu znacznie od emigrantów z krajów słowiańskich, którzy w masie swojej mieli większe znacznie trudności asymilacyjne w strefie języka francuskiego. Ponadto losy rzucały Słowian po prostu dalej od kraju.

Francuscy uchodźcy z roku 1871 odegrali czołową rolę w rozwoju ruchu socjalistycznego we Francji, powracając dość tłumnie po uchwaleniu amnestii w roku 1880. Przypomnijmy, że wśród emigrantów znaleźli się ludzie tej miary, co Jules Vall?s, Charles Longuet, Gustave Lefrançais i dziesiątki innych czołowych osobistości francuskiego i międzynarodowego socjalizmu.

Czas zmienił znacznie konotacje, jakie republikańscy autorzy Grand Larousse Universel du XIX si?cle przydawali słowu "emigracja". Nie budzi ono dzisiaj tych emocji, co jeszcze w początkach Trzeciej Republiki. Francuzi mają poza sobą doświadczenie emigracji politycznej z czasów drugiej wojny światowej. Na pojęcie émigré nałożyło się réfugié (uchodźca), mające o wiele dawniejsze prawo obywatelstwa we francuszczyźnie. Określenie "emigrant polityczny" kojarzy się współczesnym Francuzom bardzo często z cudzoziemskimi emigracjami, które usadawiają się we Francji od czasów rewolucji 1789 roku i Napoleona.

Ciągłość i natężenie pewnych zabarwień pejoratywnych związanych z pojęciem emigracji politycznej nietrudno natomiast odnotować w języku niemieckim od XIX wieku po dzień dzisiejszy. Georg Herwegh czy Heinrich Heine, którzy całe ćwierćwiecze spędzili we Francji, nie zostali nigdy do końca zaakceptowani jako swoi przez ogół społeczeństwa. Bolesne spory o Heinego i jego miejsce w kulturze niemieckiej są jeszcze chyba żywe, o czym przypomniał w swoim przemówieniu w roku 1972 prezydent RFN Gustav Heinemann[23]. Radykalne wychodźstwo z krajów niemieckich z lat 1830-1840 oraz późniejszy przymusowy exodus socjaldemokratów na skutek bismarckowskich ustaw wyjątkowych 1878-1890 nosiły w oczach powszechnej opinii piętno emigracji partyjnej. Wychodźcom tym nieraz zarzucano wynoszenie spraw domowych na forum cudzoziemskie i nadmierne kumanie się z obcymi. Z tego podglebia wyrosło później w niektórych kręgach opinii niemieckiej potępienie dla emigracji antyfaszystowskiej, która nie dzieliła cierpień pozostałych w kraju, co więcej, bratała się z obcymi i walczyła wespół z Amerykanami, Anglikami, Rosjanami i Francuzami przeciwko państwu niemieckiemu[24]. Losy Tomasza Manna, który po powrocie z USA osiadł w Szwajcarii, a do Niemiec już nie powrócił, i Willy Brandta, którego po wielekroć nazywano zdrajcą narodu przede wszystkim w związku z jego udziałem w norweskim ruchu oporu, wymownie ilustrują, iż zabarwienie pojęcia "emigrant polityczny" różni się w zależności od tradycji narodowej.

W Niemczech przymiotnik "polityczny" przy słowie "emigrant" (Emigrant, Flüchtling, Auswanderer) jest nader istotny, albowiem kraje niemieckie, jak wiadomo, wcześnie i w masowym wymiarze poznały emigrację zarobkową. Polski znawca problematyki przypomina, iż "w samym tylko Paryżu na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych XIX wieku przebywało co najmniej 30 tysięcy zarobkujących tam Niemców"[25]. Jedynie niewielka część ­tego wychodźstwa zajmowała się bezpośrednio działalnością polityczną. Sławomir Kalembka zaznacza, iż ogólna liczba członków wszystkich ­lewicowych organizacji niemieckiej emigracji nie przekroczyła w jej pierwszym dziesięcioleciu (1833-1843) tysiąca ludzi[26]. Liczni jednak należeli do stowarzyszeń samopomocowych, oświatowych i kulturalnych zdominowanych przez emigrantów politycznych. Była to w latach 1830-1840 bądź co bądź w znacznej mierze emigracja przymusowa, złożona głównie z rzemieślników i studenterii, którym ówczesne ustawodawstwo w krajach niemieckich uniemożliwiało stowarzyszanie się i działalność oraz republikanie zwalczający systemy monarchiczne. Oceniając rolę dziewiętnastowiecznych nie­mieckich emigracji ­politycznych, można stwierdzić, iż od Młodych Niemiec poprzez Związek Sprawiedliwych i Związek Komunistów aż po socjaldemokrację niemiecką współdecydowały one tylko o rozwoju jednej tendencji politycznej na ziemiach ojczystych: ruchu socjalistycznego. Rola tych "emigracji partyjnych" kończy się w roku 1890. Godni zasygnalizowania jako wychodźstwo polityczne są jeszcze Niemcy bałtyccy, którzy po rewolucji 1905 tłumnie napłynęli do Drugiej Rzeszy i stąd podjęli działania organi­zacyjne i propagandowe w obronie elementu niemieckiego w imperium Romanowów.

Dzieje Włoch i Niemiec w XIX i XX wieku wykazują wiele analogii: podobieństwo procesu zjednoczeniowego zakończonego w roku 1870, spóźniony rozwój kapitalistyczny, wielomilionowa emigracja zarobkowa w latach 1870-1914 i wielotysięczne wychodźstwo polityczne w czasach faszyzmu.

Emigracja włoska z lat 1820-1861, od nieudanych powstań karbonarskich aż po ogłoszenie Królestwa Włoch, napływała wieloma falami do Francji, Szwajcarii, Anglii, Belgii, a także krajów Ameryki Łacińskiej. Wystarczy przypomnieć, że wielu czołowych myślicieli i organizatorów uwieńczonych zwycięstwem walk o zjednoczenie i niepodległość Włoch spędziło długi czas na wychodźstwie (Buonarroti, Gioberti, Mazzini, Garibaldi, Manin). Tam powstały dzieła teoretyczne o nowoczesnym narodzie włoskim. Włoskie wychodźstwo polityczne bodaj jako jedyne odegrało na forum międzynarodowym rolę porównywalną z polskimi kondotierami wolności, walcząc na barykadach kolejnych rewolucji francuskich i tworząc legiony na kontynencie amerykańskim.

Włoska emigracja polityczna w XIX wieku różni się dość znacznie od niemieckiej. Włosi podobnie jak Niemcy walczyli o zjednoczenie swojego kraju. Pierwsi czynili to jednak często z zagranicy, drudzy działali przeważnie na terenie krajów niemieckich, we własnej ojczyźnie. Włosi musieli stawić czoło nie tylko własnym królom i książętom, ale również austriackiemu zaborcy (północne Włochy) i władzy doczesnej papieża, wspieranego w Rzymie przez Napoleona III; zbliżało ich to znacznie do Węgrów i Polaków, którzy, w odróżnieniu od Niemców, Francuzów, Hiszpanów czy Rosjan, walczyli przede wszystkim nie o zmianę ustroju politycznego w ojczyźnie, lecz o niepodległość narodową. Podział na emigracje polityczne z krajów pod obcym jarzmem: polską, węgierską, irlandzką, rumuńską, bułgarską czy fińską, i wychodźstwo z państw niepodległych ma znaczenie pierwszorzędne. W tych układach Włosi zajmowali pozycję pośrednią.

Od bohaterskich czasów Risorgimenta pojęcie emigracji nabrało we Włoszech konotacji wyraźnie pozytywnych. Włoskie wychodźstwo zarobkowe z minionego stulecia związane ściśle z krajem, stało się ważnym składnikiem życia ogólnonarodowego. Wreszcie wielotysięczna emigracja antyfaszystowska w odróżnieniu od Niemiec szybko i stosunkowo łatwo została zaakceptowana przez ogół społeczeństwa i wydźwignięta do czołowych stanowisk. Odmienny stosunek Włochów i Niemców do własnych emigracji związany jest z dawnymi tradycjami, z całokształtem stosunku do obcych, z pojęciami swojskości, rodzimości i cudzoziemszczyzny w tych krajach.

O ile we włoskich emigracjach politycznych odnajdujemy przedstawicieli wszystkich niemal warstw społecznych i odcieni politycznych, to rosyjskie wychodźstwa polityczne nosiły charakter wyraźnie ograniczony. Samo słowo "emigrant" w języku rosyjskim miało już w XIX wieku zabarwienie eo ­ipso polityczne, co zaznacza czwarty tom klasycznego słownika Władimira Dala z roku 1882. Pojęcie "rosyjski emigrant" w XIX wieku kojarzy się przede wszystkim z postacią Aleksandra Hercena i Wolną Drukarnią Rosyjską w Londynie (założoną w roku 1853) i początkiem wydawania "Kołokoła" (1857). Za panowania Mikołaja I oficjalnie pozostało za granicą w charakterze emigrantów zaledwie kilku obywateli rosyjskich, skazanych sądownie na banicję za odmowę powrotu do kraju. Poza Hercenem i Bakuninem byli to Nikołaj Turgieniew, Władimir Pieczerin, Iwan Gagarin, Iwan Gołowin i Nikołaj Sazonow. Tym mało znanym poprzednikom Hercena poświęciła świetną monografię Wiktoria Śliwowska[27].

Demokratyczne i socjalistyczne rosyjskie grupy emigracyjne nie przekraczały kilkudziesięciu osób. Do emigrantów z wyboru od lat sześćdziesiątych dołączali ścigani za udział w tajnych organizacjach i za wystąpienia antyrządowe. Jako pierwszych można wymienić rosyjskich uczestników powstania styczniowego, członków "Ziemli i Woli", później "Narodnej Woli". Jednostki, potem dziesiątki, dopiero od rewolucji 1905 roku można mówić o setkach i tysiącach emigrantów politycznych. Ciągnęli oni do Niemiec, Austro-Węgier, Francji, Włoch i dalej[28]. W samym Mediolanie w lipcu 1906 roku znalazło się około 300 emigrantów rosyjskich[29]. Nieprzypadkowo posłużyliśmy się tym właśnie przykładem z monografii znanego historyka włoskiego, jednym z niewielu, jakimi można dysponować. Jak pisała znawczyni przedmiotu: "Poza artykułami i różnego rodzaju przyczynkami nie ukazała się dotąd żadna próba syntetycznego omówienia dziejów rosyjskiego wychodźstwa XIX i XX wieku"[30]. Sytuacja ta nie zmieniła się po dzień dzisiejszy.

Najtrudniejsza jest odpowiedź na pytanie, jak rozległe było promieniowanie rosyjskiej emigracji na ziemiach Imperium Romanowów, jak wyglądała recepcja literatury wychodźstwa politycznego. Hercenowski "Kołokoł" (1857-1870) czy "Iskra" (1900-1905) były wielkościami znaczącymi w życiu demokratycznej elity społeczeństwa rosyjskiego. Ale kto czytał inne pisma i pisemka wychodźcze, choćby dla przykładu "Wpieriod" i "Nabat" z lat siedemdziesiątych? Wiemy przecież, że nawet "Kołokoł" po roku 1863 miał znikome echo w Rosji[31]. W dwadzieścia bez mała lat po śmierci Hercena Lew Tołstoj ubolewał, jak ukryty przed młodzieżą rosyjską pozostaje dorobek tego "zdumiewającego pisarza". Powstaje więc dla nas, siłą rzeczy, pytanie, czy dzisiaj na skutek wyboru pewnych faktów z wieloznacznej przeszłości i przekształcenia ich w jednoznaczne wartości teraźniejszości, w związku z wyborem określonej tradycji, a więc uproszczonego rodzaju świadomości historycznej, nie wyolbrzymiamy znaczenia rosyjskiej emigracji rewolucyjnej w życiu imperium, czy nie widzimy przeszłości dziewiętnastowiecznej głównie przez pryzmat roku 1917.

Oddziaływanie wychodźców rosyjskich było niezmiernie skomplikowane na skutek dystansu, jaki ich dzielił z Londynu, Genewy czy Paryża od ojczyzny. Odległości utrudniały też przedostanie się za granicę; dekabryści nie zdołali ujść po klęsce, natomiast powstańcy listopadowi wymaszerowali z Królestwa Polskiego w zwartych wielotysięcznych kolumnach. W dodatku chyba aż po lata siedemdziesiąte rosyjska "opinia publiczna - i to nie tylko oficjalna - traktowała podjęcie decyzji pozostania za granicą jako akt wysoce niepatriotyczny, nieomal zdradę. Dopatrywano się w niej przejawu tchórzostwa, ucieczki przed trudnościami trapiącymi kraj"[32].

Iwan Turgieniew w Rudinie (1856) czy Stanisław Brzozowski w Płomieniach (1908), opisując Rosjan-rewolucjonistów ginących na barykadach Europy Zachodniej w latach 1848-1849 i w 1871 roku, znaleźli się na pograniczu fikcji i prawdy, podnosząc losy kilku jednostek typu Michała Bakunina do rangi literackiego symbolu. W przypadku Polaków nie było mowy o fikcjach: tysiące walczyły na niemal wszystkich europejskich polach bitew o niepodległość i barykadach Wiosny Ludów, około czterystu wzięło udział w Komunie Paryskiej[33]. Była bowiem polska emigracja polityczna realną instytucją narodową i międzynarodową w epoce polskich powstań (1794, 1830, 1846, 1848, 1863). Jeszcze dziewiętnastowieczni dziejopisowie, że wspomnimy Lubomira Gadona, nadali wychodźstwu polistopadowemu miano "Wielkiej Emigracji".

Sami emigranci z roku 1830 oświadczali o sobie: "Emigracja, tułacze, wygnańcy, a przecież truchleją na ich widok królowie, w narodach budzą zapał i wytrwałość. Na wielkim tedy stanowisku jesteśmy"[34]. Mieli jednak na ogół poczucie rzeczywistości i wiedzieli, iż swoją szczególną rolę zawdzięczają przede wszystkim bezwzględnemu uciskowi w ojczyźnie i swobodom, z jakich korzystają na Zachodzie. Leonard Niedźwiecki pisał w roku 1838 do przyjaciela: "Nazywając emigrację arsenałem kraju naszego, nie rozumiej, że myślę, iż Polska w wielkiej chwili oswobodzenia swego obejść się bez tego arsenału nie będzie mogła"[35].

Emigracja polska w latach 1830-1850 była jednak niezastąpionym arsenałem myśli politycznej. Stąd płynęły do kraju dziesiątki czasopism i setki książek, które nie mogły się ukazywać na ziemiach polskich, dzieła historyczne Lelewela i Mochnackiego, poezje Mickiewicza i Słowackiego, odezwy Towarzystwa Demokratycznego Polskiego i Hotelu Lambert. Stefan Kieniewicz stwierdza lapidarnie o Wielkiej Emigracji: "Żadne z polskich środowisk ­wychodźczych nie wywarło wcześniej ani potem tak potężnego wpływu na losy narodu"[36].

Chronologię dziejów polskiej emigracji politycznej w okresie rozbiorowym często zaczyna się od roku 1831, zapominając, iż tzw. Wielka Emigracja miała wcale niebagatelne poprzedniczki. Zapomniano w kraju szybko o pierwszym polskim wychodźstwie na większą skalę - o arianach. Janusz Tazbir we wstępie do klasycznej monografii pisze: "Z literackiego czy filozoficznego dorobku Braci Polskich, powstałego na emigracji, niewiele przeniknęło do kraju. Wywarła ona natomiast olbrzymi wpływ na umysłowość zachodnioeuropejską, współuczestnicząc aktywnie w rozwoju idei wczesnego Oświecenia"[37]. Natomiast dzieje wychodźców z konfederacji barskiej i przede wszystkim kolejnych fal emigracyjnych z lat dziewięćdziesiątych z Kołłątajem, Kościuszką, Henrykiem Dąbrowskim i dziesiątkami innych znakomitości, które przygotowały insurekcję 1794 r. czy powołały do życia legiony walczące u boku Napoleona, przyczyniły się do bardziej powszechnego w Polsce zrozumienia, że emigracje polityczne mogą odegrać wielką rolę i często stają się koniecznością dla zniewolonego kraju. I mimo iż w latach 1815-1830 nie istniały żadne większe skupiska polskiej emigracji, tradycje z nieodległej przeszłości były podówczas żywe. Wychodźstwo z roku 1831 podążało nieraz śladami ojców i dziadów do Francji, w dosłownym znaczeniu, a kult jego w kraju potęgowała pamięć o znaczeniu poprzedników.

Między rokiem 1831 a 1878 wyróżnić można kilka podokresów w działalności emigracji. Jej apogeum przypada na lata 1831-1849, które zazwyczaj określa się mianem Wielkiej Emigracji. "Wielką Emigrację" z roku 1831 wielokrotnie przeciwstawiano "małej emigracji" z 1863, starych - młodym. Nie doceniano jednak też, iż dzieje kilku pokoleń emigracyjnych od 1831 roku poprzez Wiosnę Ludów, lata wojny krymskiej aż po młodą emigrację z 1863 roku sprzęgły się w jedną, nierozerwalną całość. W insurekcji styczniowej obok młodych powstańców wzięło udział wielu dawnych Sybiraków i starych emigrantów przybyłych zza granicy. Razem musieli ujść później na Zachód, do Turcji i Rumunii, tworząc tzw. wychodźstwo postyczniowe[38]. Różne wiekiem pokolenia tułaczy połączyła wspólna geneza: powstania ­narodowe, wspólny cel: walka o niepodległość Polski. Wiązało je pokrewieństwo i wspólnota głównych postaci i idei, powtarzalność koncepcji organizacyjnych, wreszcie zasada szukania sojuszników w walce o Polskę wśród najbardziej postępowych sił na Zachodzie. Nawet Hotel Lambert, konserwatywny w Polsce, spełniał w Europie nieraz rolę rewolucyjną, albowiem nakazywała to logika walki o prawa polskie. Toteż dzieje emigracji w latach 1831-1878 rozpatrujemy jako jedną całość.

Po latach 1831-1849 przyszedł okres 1850-1863 - tracenia przez emigrację dominującej roli w życiu politycznym Polaków, rozpadu organizacyjnego, starzenia się i wymierania jej czołowych postaci (1855 - Mickiewicz, 1857 - Worcell, 1861 - Czartoryski i Lelewel). Krótkotrwały renesans wychodźstwa nastąpił po powstaniu styczniowym w latach 1864-1870. Liczebnie można je było przyrównać do emigracji z roku 1831 (8-10 tysięcy). Układ stosunków międzynarodowych oraz sytuacja na ziemiach polskich sprawiły, iż emigracja ta odegrała mniejszą rolę niż jej poprzednicy.

Zjednoczenie Włoch, Niemiec, utworzenie dualistycznej monarchii austro-węgierskiej spełniły w zasadzie hasła walki narodowowyzwoleńczej w Europie. Choć nie brak było nierozwiązanych konfliktów narodowościowych, Polacy utracili jednak najważniejszych sojuszników z epoki Wiosny Ludów. W Europie Zachodniej kończyły się czasy rewolucji burżuazyjno-demokratycznych. Dla mieszczaństwa francuskiego czy niemieckiego sprawa polska przestała odgrywać rolę hasła w walce o własną emancypację polityczną. Jednocześnie w kraju szerzyło się przekonanie, że odrodzenie Polski stało się sprawą odległą, iż należy zdobywać uprawnienia polityczne w ramach istniejących zaborów. W Galicji korzystano od końca lat sześćdziesiątych ze stosunkowo dużej swobody słowa i zebrań, co pozwoliło powoli przekształcać ją w polski Piemont. Po Sedanie i upadku Komuny Paryskiej następuje ostateczny rozpad emigracji popowstaniowej. Kilka ostatnich prób akcji dyplomatycznych i wojskowych, słabych zresztą i bez większego znaczenia, podejmuje ona w dobie wojny rosyjsko-tureckiej 1877-1878. Tak więc w tych latach zamyka się ostatni okres jej istnienia.

Później przychodzą fale emigracji partyjnych, przede wszystkim socjalistycznych z lat 1880-1890 oraz po rewolucji 1905 roku. W warunkach podzielonej Polski terenem swoistego uchodźstwa politycznego staje się od roku 1867 coraz bardziej Galicja, w której przed pierwszą wojną światową przebywa znaczna część działaczy politycznych z zaboru rosyjskiego[39]. Nie należy jednak zapominać, iż mimo dominującego znaczenia kraju w działaniach politycznych polska prasa socjalistyczna zrodziła się w Szwajcarii; tam i we Francji uformowała się grupa założycielska pierwszej partii robotniczej "Proletariat", z wychodźstwa postyczniowego wiedzie swój początek idea "skarbu narodowego" i Ligi Polskiej, zrealizowana również w Szwajcarii pod koniec lat osiemdziesiątych. Wreszcie, Polska Partia Socjalistyczna powstała, jak wiadomo, też na obczyźnie, w Paryżu w roku 1892, a ośrodki zachodnioeuropejskie odgrywały znaczną rolę w jej dziejach.

Emigranci polityczni od lat siedemdziesiątych mogli wesprzeć swoje działania na bardzo licznej emigracji zarobkowej i skupiskach studenterii polskiej. (Zaznaczmy nawiasem, iż granice między emigracją polityczną a zarobkową są niekiedy bardzo płynne). Na terenie Francji i USA zaowocowało to w sposób najbardziej spektakularny podczas pierwszej wojny światowej. Przejawiło się w masowym poparciu Polonii rozsianej po całym świecie dla sprawy niepodległości Polski w latach 1914-1919.

Określenie "Polonia" jest jednak bez porównania szersze niż pojęcie "emigracja polityczna". Pamiętać też musimy, iż z uwagi na wielonarodowościowy charakter Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej pojęcia "Polak-emigrant" i "emigrant z Polski" nie są tożsame. Historycy i politolodzy jako Polonię przedstawiają przeważnie nie tylko wychodźstwo polityczne i zarobkowe z Polski, nie tylko Polaków przebywających dłużej za granicą, ale i ludność cudzoziemską polskiego pochodzenia czy poczuwającą się do związków z Polską. Przy tego rodzaju definiowaniu wytłumaczalne stają się liczby Polonii podawane pod koniec ubiegłego stulecia dla lat trzydziestych - 8 200 000 osób, dla roku 1970 - 9 580 000[40]. Proporcja jednak czynnej emigracji po­litycznej do tak rozumianej Polonii miała się w poszczególnych okresach ­historycznych jak 1 : 10 czy nawet 1 : 50. Najbardziej udaną typologię rozróżniającą między emigrantami a członkami Polonii stworzył Tadeusz Łepkowski. Pisał on: "W moim przekonaniu członek Polonii to człowiek wywodzący się z Polski (bezpośrednio lub w pierwszej, znacznie rzadziej w następnych generacjach emigracyjnych), mający podwójną, subiektywnie "zrównoważoną" świadomość narodową, a więc Polak-Francuz lub Polak-Argentyńczyk (względnie Francuz-Polak i Argentyńczyk-Polak), u którego przeważa już wyraźnie lojalność państwowa wobec kraju, którego jest obywatelem, i więź z jego kulturą (materialną, społeczną, polityczną, obyczajową, artystyczną intelektualną)"[41].

Dziełem emigracji doby rozbiorowej było wywołanie powstań 1794 i 1846 oraz udział w przygotowaniach powstańczych 1848 i 1863. Wychodźstwo polityczne dwukrotnie przejęło na siebie część funkcji rządu i administracji państwowej: w latach 1790-1800 i 1830-1840. Na tę osobliwość polskiej emigracji zwracało uwagę wielu badaczy polskich i cudzoziemskich. Autor cennej monografii niemieckiej pisze, iż Wielka Emigracja nie tylko była podmiotem stosunków międzynarodowych, ale emigracyjna "polska propaganda miała liczne następstwa dla antyrosyjskiego nastawienia europejskiego liberalizmu. Propagandowe wysiłki Hotelu Lambert można porównać z tzw. "zewnętrzną polityką kulturalną" normalnych państw"[42].

Po wtóre, emigracja polityczna, zwłaszcza po roku 1830, wywarła ogromny wpływ na kształtowanie się myśli politycznej w kraju. Rolę decydującą spełniała przede wszystkim w swoim najbardziej twórczym okresie, w latach 1831-1849. Ale myśl polityczna Wielkiej Emigracji oddziaływała również po jej wygaśnięciu fizycznym, docierała do kraju nawrotnymi falami. Pisma Towarzystwa Demokratycznego Polskiego stanowiły ważną lekturę obozu demokratycznego w latach 1860-1900, a pierwsi socjaliści polscy (m.in. Szymon Diksztajn i Witold Jodko-Narkiewicz) studiowali i przyswajali szerszej publiczności manifesty "Ludu Polskiego". Koncepcje polityczne Adama Mickiewicza z "Tribune des Peuples", niezbyt popularne wśród wychodźstwa za jego życia, zostały rozpropagowane dopiero w XX wieku. Problem recepcji myśli emigracyjnej wymaga jeszcze długich badań i nigdy zapewne nie uzyskamy już jasnych odpowiedzi ilościowych. Ale na przykład w przypadku Mickiewicza możemy stwierdzić, iż nie tylko pamiętniki, jego własne relacje czy raporty policji potwierdzają popularność tej poezji politycznej w kraju. Badacze literatury zamują się chętnie odpisami i sztambuchami oraz kopiami odręcznymi, które w połowie XIX wieku krążyły po dworkach szlacheckich i domach mieszczańskich.

Po trzecie, emigracja polska walnie przyczyniła się do utrzymania pierwszoplanowej roli sprawy polskiej na forum europejskim aż po rok 1870. I mimo że sprawa polska, a wraz z nią polskie wychodźstwo polityczne utraciły po Sedanie swoje pierwszorzędne znaczenie w Europie, oczywiste stało się to dopiero z perspektywy czasu[43]. Istotne było nie tylko, czy Polacy ­mogli po roku 1863 zdobyć się na powstanie, ale i to, że Aleksander II, ­Bismarck czy Disraeli liczyli się z taką ewentualnością. Stąd też polska emigracja popowstaniowa jako mit czy straszak funkcjonowała jeszcze w latach 1870-1880. Dawne schematy europejskiego myślenia politycznego utrwalone przez niemal cały wiek XIX, głoszące, iż Polacy co lat kilkanaście urządzają powstanie i że iskrę do lontu przytyka emigracja, przetrwały niezależnie od rzeczywistych możliwości powstańczych.

Jeden z najbardziej zasłużonych badaczy dziejów wychodźstwa politycznego Adam Lewak pisał w okresie międzywojennym o Wielkiej Emigracji: "Podnoszeniem ciągłym sprawy polskiej w parlamentach Francji i Anglii, w pismach i poprzez bezpośrednią agitację ustną wpływają emigranci polscy na wytworzenie się i uznanie jako jednej z głównych wartości historycznych XIX wieku pierwiastka narodowego. Narodowość, w dużej mierze dzięki emigrantom polskim, stała się naczelnym hasłem 1848 roku. Emigracja polska na Zachodzie przyczyniła się do wyrobienia opinii, iż narodu nie można uważać za jedno z państwem, że nie wspólność językowa czy religijna, ale wspólność idei jest najważniejszym składnikiem narodu"[44].

Po czwarte, wychodźstwo polskie przenosiło do kraju kulturę i wiedzę z obcych krajów, głównie z Europy Zachodniej. Nie tylko myśl polityczną, ale dzieła literackie i osiągnięcia naukowe, przeciwdziałając prowincjonalizmowi, na jaki skazana była ojczyzna separowana przez zaborców od Europy. Na Zachodzie istniały całe polskie ośrodki naukowe[45]. Te szlaki przetarte w pierwszej połowie XIX wieku nie zarosły po dziś dzień.

Po piąte wreszcie, emigracja polska wpływała na kształtowanie się pojęć Europy Zachodniej, przede wszystkim francuskich, o Polsce, Rosji, a także Imperium Ottomańskim.

O pewnych cechach wyjątkowych polskich emigracji popowstaniowych w XIX wieku najmocniej wydawał się być przekonany dziejopis Wielkiej Emigracji Sławomir Kalembka. Pisze on: "Żadna z owych emigracji nie istniała nieprzerwanie tak długo, w tak licznym składzie, jak polska. Żadna nie miała równie bogatego życia organizacyjnego, obejmującego stowarzyszenia od skrajnej, socjalistyczno-utopijnej lewicy po umiarkowanych konserwatystów i ultramontanów, stowarzyszenia, z których trzy najważniejsze znacznie przekroczyły liczbę tysiąca członków. Żadna też inna emigracja nie prowadziła tak szeroko zakrojonych akcji politycznych i dyplomatycznych wśród obcych narodów. Żadna wreszcie nie liczyła między sobą tylu wy­bitnych indywidualności, zwłaszcza literackich, i nie miała tak bogatego ­dorobku kulturalnego, oświatowego i propagandowego. Przykładowo: w okresie trzydziestolecia 1832-1862 ukazywało się około 120 polskich czasopism i periodyków wychodźczych, w tym pół setki polityczno-społecznych, z których dziesiątek miał wieloletni żywot, podczas gdy dorobek drugiej z kolei, najczynniejszej w tej dziedzinie emigracji niemieckiej zamyka się liczbą około 40 tytułów wydawanych w krajach europejskich, z których tylko dwa ukazywały się dłużej niż przez dwa lata"[46].

Można podać w wątpliwość jedno przynajmniej z twierdzeń Kalembki. Irlandzka emigracja polityczna, o której tak niewiele wiemy w Polsce, była masowa, liczniejsza od polskiej. Wystarczy tu przypomnieć też, iż Bractwo Fenianów istniało wiele lat i z Anglii oraz USA wywierało przemożny wpływ na życie polityczne kraju w latach 1850-1860, podejmując próby powstańcze i czyniąc ze sprawy irlandzkiej problem międzynarodowy.

Sprawa polska jednak posiadała, jak wszyscy wiemy, w życiu Europy dziewiętnastowiecznej znaczenie bez porównania większe. Popierać sprawę polską znaczyło walczyć przeciwko dwóm najbardziej reakcyjnym imperiom w Europie pierwszej połowy XIX w.: przeciwko Rosji i Austrii. Polska emigracja działała w funkcji antyrosyjskiej, antyaustriackiej i okresowo antypruskiej. Sprzymierzone z nią wychodźstwa włoskie czy węgierskie były zainteresowane przede wszystkim w walce z Austrią.

Emigracja węgierska była bardziej krótkotrwała niż polska. Jej rozprzestrzenianie się w Europie przypadło na lata 1849-1867. Po zawarciu ugody austro-węgierskiej w roku 1867 dawni emigranci, korzystając z amnestii, tłumnie powrócili do kraju. W ciągu dwudziestolecia pobytu na obczyźnie byli oni instrumentem silnej presji na rząd wiedeński, podejmując w oparciu o Włochów w latach 1858-1866 cztery próby utworzenia legionów. ­Lajos Kossuth (1802-1894) należał do nielicznych, którzy, żądając całkowitej niepodległości, pozostali do śmierci we Włoszech. Do jego stanowiska można przyrównać postawę Kościuszki, który nie kwapił się do kompromisów ani z Napoleonem, ani z Aleksandrem I, czy nieprzejednanego republikanina Giuseppe Mazziniego, który zmarł wprawdzie w Genui w wolnych Włoszech, ale podczas nielegalnego pobytu krył się pod nazwiskiem angielskiego doktora Browna. Postawa Kościuszki, Mazziniego czy Kossutha miała nie tylko znaczenie symbolicznego przykładu; wiadomo, iż pod wpływem deklaracji Kossutha doszło po zawarciu ugody w roku 1867 do demonstracji niepodległościowych, a przykład samotnika z Turynu jeszcze przez dziesięciolecia utrudniał współpracę oficjalnego Budapesztu z Wiedniem.

Działalność Wielkiej Emigracji nałożyła się na epokę, w której wychodźstwa polityczne odgrywały czołową rolę w dziejach Europy. Poza wspomnianymi już przez nas działają w pierwszym trzydziestoleciu XIX wieku emigracyjne heterie greckie, nieco później rumuńska elita polityczna znajdzie się na uchodźstwie we Francji. Rumuńscy emigranci polityczni z lat 1848-1849 w niewiele lat później zajmą czołowe stanowiska w ­niepodległej Rumunii. Tylko tytułem przykładu wymienić tu można Iona Brătianu, który ponad dziesięć lat sprawował urząd premiera.

Niektóre emigracje polityczne żyły niemal wyłącznie własnymi sprawami, np. Bułgarzy, których główne ośrodki działalności znajdowały się w XIX wieku daleko od centrów życia emigracji: Paryża, Londynu, Genewy czy Rzymu. Emigracja bułgarska, walcząc przeciwko Imperium Ottomańskiemu przy pomocy carskiej, popadała nawet w kolizje z wychodźcami polskimi, służącymi w armii tureckiej. Zdarzyło się, że tzw. kozacy otomańscy Michała Czajkowskiego (Sadyka Paszy) rozbili w roku 1867 drobny oddział powstańców bułgarskich. Jednocześnie jednak Czajkowski odegrał pozytywną rolę jako pisarz-słowianofil i pomagał bezpośrednio Bułgarom m.in. w ich walce o autonomię kościelną[47]. W rozrachunku ostatecznym i polityka Hotelu Lambert na Bałkanach - również nie pozbawiona, jak wiadomo, pewnej dwoistości - odegrała istotną rolę w umocnieniu narodowych dążeń Słowian południowych[48]. Jeden z głównych patronów bułgarskiej emigracji politycznej, Georgi Rakowski, podobnie jak i wielki poeta Christo Botew, był związany z polskimi wychodźcami.

Ośrodkami bułgarskiej emigracji były Bukareszt, Odessa, Belgrad i Ateny, na terytorium zaś Cesarstwa Ottomańskiego Konstantynopol. Tu zresztą powstaje problem definicji: Bułgarzy - poddani sułtana czy Polacy - cara byli w pełnym tego słowa znaczeniu emigrantami dopiero poza podległym tym monarchom ­terytorium państwowym. Nie zajmujemy się też, siłą rzeczy, dziejami dziesiątek tysięcy Polaków deportowanych na Sybir. Istniały emigracje polityczne z wyboru - na znak protestu - i pod absolutnym przymusem. Do pierwszych zaliczyć można niektórych emigrantów francuskich czy rosyjskich. Do drugich należą w ogromnej większości Polacy. Przy­pomnijmy tylko, że na emigracji polistopadowej ciążyły wyroki carskiego Najwyższego Sądu Kryminalnego, które w pierwszej wersji skazywały Czartoryskiego i Lelewela na ścięcie toporem, dwustu kilkudziesięciu powstańców na karę śmierci przez powieszenie, masę zaś pozostałych na katorgę lub wcielenie do armii rosyjskiej.

Niezależnie od różnic między poszczególnymi emigracjami, w latach 1820-1860 bardzo wiele łączyło Polaków, Węgrów, Włochów, Rosjan: podobny skład społeczny, w znacznej części przekonania demokratyczne i republikańskie, często wspólni wrogowie (przede wszystkim monarchia habsburska). Jednoczyły ich podobne cele: odzyskanie niepodległości, zjednoczenie ziem ojczystych. Wydawało się, że tylko pospołu mogą to osiągnąć. Stąd w owej epoce rozwinęło się tyle organizacji o charakterze internacjonalnym, poczynając od karbonariuszy i Młodej Europy, poprzez Centralny Komitet Demokracji Europejskiej, a kończąc na Pierwszej Międzynarodówce. Wszędzie zaczynem byli emigranci.

Nie wydaje się, aby emigracje polityczne w czasach nam współczesnych różniły się w sposób bardzo zasadniczy od swoich dziewiętnastowiecznych poprzedników. Postęp nauki i nowe środki masowego przekazu, które przyniósł ze sobą wiek XX, nie zatarły pewnych cech ponadczasowych. W życiu Europy emigracje polityczne nadal pełnią istotną rolę. Oprócz wspomnianych już antyfaszystowskich emigracji niemieckiej i włoskiej, przypomnijmy masową białą emigrację rosyjską, którą wchłonęło wiele krajów nie tylko europejskich, masową emigrację hiszpańskich republikanów, którzy dopiero po zgonie Franco, po bez mała czterdziestu latach, powrócili do kraju, liczne emigracje polityczne z lat drugiej wojny światowej czy nawrotne fale wychodźstwa greckiego po roku 1945. Dla Polski przypomnijmy o falach emigracyjnych z 1968 i 1981 roku, dla migracji i emigracji z terenów byłej Jugosławii lata dziewięćdziesiąte. Od czasów, kiedy Publiusz Owidiusz Naso pisał swoje elegie i listy znad Morza Czarnego, śniąc o powrocie do ojczyzny, instytucja emigracji politycznej jest przez tysiące lat nieodłączną częścią życia narodów i kontynentów.

(1980)

W TĘCZY FRANKÓW

"P ropaganda nie śpi. "Kurier Poranny" donosi o propagandowym ­wyjeździe Boya. Boy objedzie prowincję francuską, ma być m.in. w Épernay, w Dijon i w Cognac. Boy w Cognacu - to zaiste coś nowego. Jak dotąd, widzieliśmy Cognac w Boyu. Ma to wszelkie cechy rewizyty". Tyle Antoni Słonimski[1].

Boy o swoich rewizytach we Francji w latach dwudziestych pisał obszerniej. Wspominał, jak owacyjnie witano go w Colmarze. Czerwony dywan ze schodów spływał aż na ulicę. Orkiestra grała "Z dymem pożarów", a wzruszony dostojnik miejscowy oświadczył Boyowi, iż przypomina sobie jego twarz jeszcze z lat studenckich. Jak się okazało: z jednego z kabaretów na Montmartrze.

W Aix-en-Provence starszy pan, któremu przedstawiono Boya, zawołał z pa­tosem:

Kocham Polskę, to naród męczenników.

Panie, czy ja wyglądam na męczennika? - odparł, śmiejąc się, Boy. Starszy pan stropił się; zabrakło mu już tematu do rozmowy. Wiedza przeciętnego Francuza o "Francuzach Północy", niezależnie od pozytywnego zabarwienia uczuciowego, była zawsze nader skąpa.

Co Francuzi podkładali pod pojęcie "Polak"? Jakie były i są polskie wyobrażenia o Francji, o wpływie cywilizacji francuskiej na Polskę?

Przysłowia są mądrością narodów. Proszę bardzo: najbardziej znane porzekadło o Polakach: Étre so?l comme un Polonais ("Pijany jak Polak" - najwyższy stopień nasycenia alkoholem). Petit Robert - podręczny słownik języka francuskiego - wspiera to dodatkowym cytatem z Emila Zoli: "Był pod drzwiami - podpity jak Polak". En Russie comme on doit, en Pologne comme on veut ("Musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce").

Polacy o Francuzach o wiele obficiej. Co nieco z klasycznej Księgi przysłów Samuela Adalberga: "Gdy Francyja ma katar, cała Europa kicha", "Żyje jak Pan Bóg we Francji", "Po francusku trzymaj język na łańcuszku", "Co Francuz wymyśli, Niemiec zrobi, Polak kupi", "Ustrojony jak Francuz".

Ze skojarzeń słownikowych: francuski, francuska, francuskie - wino (dawniej zwane po prostu francuzem), moda, romanse, ciasto, pasztet, kluski, choroba weneryczna (przestarzałe), piesek, walka zapaśnicza, klucz, Francuz, Francuzik, Francuzica, francuszczyzna, francuzić, francuzieć itd. Język polski na pierwszy rzut oka zdradza, o ile większe było nasze zainteresowanie Francuzami niż odwrotnie.

"Paryski", "Paryż" mają miejsce odrębne. Wprawdzie "i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu", ale nade wszystko Mickiewiczowskie:

Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.

Metryka tej miłości jest świeżej, mickiewiczowskiej daty. Czy uczucie trwa jeszcze? Ogarnęło ono szersze warstwy społeczeństwa polskiego dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. Język francuski, jak wiadomo, zaczął zajmować miejsce włoskiego w Polsce już w drugiej połowie XVII wieku, ale o Francuzach nie wyrażano się na ogół zbyt przychylnie.

Dopiero z perspektywy późniejszych stuleci zaczęto wyolbrzymiać stare tradycje polsko-francuskie, przypominać czasy Henryka Walezego, Francuzki, które królowały w Polsce - Marię Ludwikę i Marysieńkę Sobieską. Zasługi żony Jana Kazimierza dla szerzenia kultury francuskiej w Polsce były bezspornie duże. Królewska kariera jej dworki przyczyniła się do dalszego zacieśnienia więzów między chylącą się ku upadkowi Rzecząpospolitą Obojga Narodów a coraz bardziej górującym na kontynencie europejskim mocarstwem Ludwika XIV. Ale kiedy, podziwiając sukcesy Le Roi Soleil, Jan Sobieski pisał do Marysieńki: "nie masz narodu po naszym, w którym byśmy się bardziej kochać powinni, z siły przyczyn", dawał wyraz opinii, której ogół szlachecki bynajmniej nie podzielał.

Więcej było gotowych do powtórzenia za Wacławem Potockim:

W jeden zapach się kwiaty chrześcijańskie zgodzą.

Sami tylko Francuzi i kolą, i smrodzą.

Francuzi, jak wiadomo, też nie pozostawali dłużni. Philippe Desportes, znany poeta ze świty Henryka Walezego, pisał o Polsce:

Nienawidzę twoich równin.

W których nigdy śnieg nie taje.

Wstrętnym mi jest i twój naród,

I powietrze, i zwyczaje.

Desportes nie był odosobniony.

Dzieje cywilizacji francuskiej mogłyby bez trudu obejść się bez wzmianek o Polsce. W pękatej Historii kultury francuskiej Georges'a Duby i Roberta Mandrou (blisko siedemset stron, potężne nakłady we Francji i u nas) Polska wspomniana jest sześciokrotnie. Z tego tylko raz nie w "wyliczance", a nieco obszerniej. Oto ów pełny cytat: "Jedynym krajem w Europie, gdzie uczucie narodowe sprzyjało francuskiemu panowaniu, była Polska. Podzielona przez swoich sąsiadów w okresie pierwszych wojen rewolucyjnych, Polska księcia Józefa zostaje w Księstwie Warszawskim silnie ogarnięta nowymi ideami i będzie wierna Napoleonowi aż do Lipska"[2]. Ale w przetłumaczonej na język polski Historii Francji Lefebvre'a, Pouthasa i Baumonta tenże książę Józef Poniatowski nie zostaje nawet wymieniony. Z francuskiego bowiem punktu widzenia znaczenie polskiego marszałka Francji nie było porównywalne z rolą Davouta, Lannesa, Massény, Murata czy Neya. Mniejsza już o to, iż przytoczony powyżej cytat nie jest zbyt ścisły, jeśli chodzi o fakty historyczne.

Nawet widziane z Warszawy miejsce Polski w Historii Francji Jana Baszkiewicza jest niewielkie: paragrafy "Polacy w obronie tolerancji religijnej" (czasy Henryka Walezego), "Polska emigracja we Francji" (po 1830 roku), "Francja a niepodległa Polska", poszczególne fragmenty w rozdziałach książki poświęconych epoce Wielkiej Rewolucji i Napoleona. I to już niemal wszystko.

Dla Francuzów od stuleci Polska była i pozostaje - oczywiście w nieporównywalnie mniejszej dzisiaj mierze - krajem na swój sposób egzotycznym. Stereotyp Polaka z czasów swojej młodości celnie opisał Francuz Bernard Petit: "Mimo wszystko Polska była przecież krajem tak odległym [...] z mnóstwem śniegu zimą, pełnym mrocznych lasów zamieszkałych przez żubry, jak w Ameryce, i bagien [...]. A żyjący tam ludzie byli odważni, zdecydowani, mieli ogniste spojrzenia i wszyscy uprawiali muzykę [...]. Nosili długie wąsiska i dziwne futrzane czapy, na nogach mieli buty z cholewami, a w ręku trzymali kosy [...]. I wciąż przygotowywali powstania przeciwko obcym i okrutnym tyranom [...]. Od czasu do czasu gromadzili się w piwnicach miejskich domów, w głębi lasów czy kopalni soli, pełnych przedziwnych rzeźb, i chóralnie śpiewali tęskne pieśni zakazane przez tyrana. Ich kobiety odznaczały się również odwagą, były piękne i smutne. Śpiewały i świetnie grały na fortepianie. Piekły chleb, nędzny razowy chleb, dla mężczyzn idących w bój, których nazywano "kosynierami" albo "żniwiarzami nocy", co brzmiało jeszcze bardziej fantastycznie"[3]. Jak pół wieku temu pokutował ten stereotyp, mogłem się sam przekonać.

W 1963 roku pracowałem w archiwum słynnego niegdyś w XIX wieku "Revue des Deux Mondes". Jeden z redaktorów pisma zapytał mnie:

- Pan jest Polakiem? To może pan dla nas napisze coś o swoim kraju. Najlepiej chyba historię polskiej kawalerii.

Echo dziewiętnastowiecznego polonofilstwa francuskiego, utwierdzonego obiegowym stereotypem września 1939 roku.

Słynny założyciel "Revue des Deux Mondes", François Buloz, dopomógł Julianowi Klaczce w zrobieniu kariery publicysty na miarę europejską. Klaczko, ze swej strony, przysporzył piórem wiele chwały i abonentów francuskiemu pismu. Ale kiedy zakochał się w córce Buloza, ten oświadczył postronnym:

- Za mąż za Polaka jej nie wydam. To oznaczałoby skazać ją na męczeństwo, a może i śmierć.

Odwaga i męstwo, szaleństwo i rewolucjonizm, konie, szable, kosy, wódka, nostalgia słowiańska, głęboka religijność, Polak-katolik, Polak-szlachcic - to jeszcze stereotypy francuskie wieku XIX, potem: ludzie ciężkiej pracy, górnicy polscy, Nord i Pas-de-Calais. Na to nałożyła się walka i martyrologia czasów drugiej wojny światowej.

Historia Francji nie może istnieć bez historii Anglii, Niemiec, Włoch czy Hiszpanii. Obraz generalny niewiele się jednak zmienia, gdy nie staje w nim spraw polskich.

Historii Polski natomiast nie ma nie tylko bez dziejów ościennej Rosji i krajów niemieckich, bez Austrii i Czech (o czym zbyt często zapominamy), ale również bez Francji i cywilizacji francuskiej. I to z dwóch znanych wszystkim banalnych powodów: od stuleci Francja jest jednym z mocarstw stanowiących o losie kontynentu europejskiego, a cywilizacja francuska - jedną z tych wielkich, które wywarły wpływ bezpośredni na kształtowanie nowoczesnej historii wielkich, średnich i małych narodów europejskich.

Nasze stereotypy o Francuzach od końca XVIII wieku są bardzo rozbudowane, nieporównanie pełniejsze od francuskich wyobrażeń o nas. Francja dla Polaka to najpierw Napoleon, "Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami" - Mickiewiczowski chór, początek XIX wieku. "Fenomen geniuszu Napo­leona zawsze będzie działał na wyobraźnię ludzką, rozpalał namiętności, ­budził zaciekłe spory. I w dalszym ciągu, jak do tej pory, jedni uważać będą jego losy za przestrogę, uzasadniając, że obrał drogę zbrodni i klęski, a inni wywodzić będą, iż był prekursorem postępu, dobroczyńcą ludzkości, mę­czennikiem, człowiekiem wieku, wskrzesicielem Polski" - to historyk Andrzej Zahorski[4].

Trwanie i siła legendy napoleońskiej - kto wie, czy nie mocniejszej u nas niż we Francji - zmuszają do refleksji. Co w pędzącym z coraz większym przyspieszeniem w przyszłość świecie współczesnym skłania ludzi właśnie nad Bugiem, Wisłą czy Wartą do pietyzmu wobec postaci małego kaprala, cesarza Francuzów? Ze znanych mi hymnów tylko polski i korsykański nawiązują do epopei Napoleona. Każda książka związana z nim - beletrystyczna czy elitarnonaukowa - natychmiast znika z półek księgarskich. Tyle lat po Huraganie Wacława Gąsiorowskiego. Niezmiennie.

Niegdyś, w XIX wieku, odpowiadano: "Napoleon był echem wolności". Niezależnie od prawdy historycznej, nie tylko dla elity, ale i dla szerokich warstw społeczeństwa imię Napoleona łączyło się z nadziejami na odrodzenie Niepodległej i Wielkiej, z czasami świetności polskiego oręża, kiedy szwoleżerowie znad Wisły współdecydowali o losach Europy.

Ale legenda nie osłabła i w dwudziestoleciu międzywojennym. Nadaremnie historyk tej miary co Adam Skałkowski w popularnej broszurze Biblio­teki Szkoły Powszechnej zwracał podówczas uwagę, że "wszędzie Napoleon utracił władztwo dusz, a panowanie jego utrzymywało się tylko dzięki sile [...]. Nie liczył się z uczuciami narodowymi i zwrócił je przeciwko sobie"[5]. Przekonanie o doskonałości cesarza trwało. W roku 1931 "jeden z cenzorów wykreślił napis w filmie historycznym tyczący się pychy Napoleona Bonaparte. Według zdania tego cenzora, Napoleon był skromnym cesarzem, a polski interes państwowy nie pozwala na szerzenie takich opinii o cesarzu francuskim"[6].

"Dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy" - brzmi nieprzerwanie już trzecie stulecie.

Kto poza Napoleonem z polityków francuskich znalazł się w polskim Panteonie dla cudzoziemców? Może jeszcze Charles de Gaulle. I to już ­niemal wszyscy. Jak gdyby nie było pierwszej wojny światowej, jak gdyby Trzecia i Czwarta Republika nie miały wybitnych mężów stanu. Jaur?s, ­Clemenceau, Foch lub Herriot to postacie dzisiaj niemal zupełnie nie znane w Polsce.

Za czasów Napoleona kilkaset tysięcy Francuzów przewaliło się przez ziemie polskie, dziesiątki tysięcy Polaków stacjonowało we Francji. Zbliżenie z owych lat stało się źródłem pewnych pojęć nie tylko elitarnych, ale i powszechnych. Po "napoleońskich drogach, traktach i duktach" - tak żywych w ustnej tradycji wiejskiej - do polskiej świadomości ludowej prze­dostawał się obfity zasób pojęć o przybyszach znad Rodanu, Garonny i Sekwany.

Rok 1830 - "w tęczę Franków Orzeł Biały patrząc lot swój w niebo wzbił". Klęska powstania skierowała ku Francji potężny strumień emigracji narodowej, zasilany później nowymi dopływami po klęsce Wiosny Ludów i roku 1863. W okresie 1830-1871 przez Francję przewinęło się kilkadziesiąt tysięcy polskich emigrantów politycznych. W Paryżu na lat niemal czterdzieści - dopóki sztafety nie przejęła autonomiczna Galicja, znalazło się centrum polskiego życia politycznego i kulturalnego. Senatorowie i generałowie, profesorowie i poeci - najtęższe głowy, najlepsze pióra i szable narodowe. Oni to - Wielka Emigracja - nadając ton całemu życiu narodowemu, uczyli, iż należy kochać Francję - ostoję polskich nadziei niepodległościowych i centrum kulturalne świata. Oni to głównie zapoznawali ro­daków z francuską myślą polityczną, teatrem, literaturą, malarstwem, muzyką, architekturą i nauką. Stąd promieniowało liceum batiniolskie, korzystając z pomocy rządu francuskiego, i inne szkoły polskie, tu wokół Biblioteki Polskiej ogniskowało się długo polskie życie naukowe i kulturalne.

Lata 1807-1870 były apogeum francuskiego promieniowania na polską kulturę narodową. Aż po wojnę francusko-pruską Francja mogła być drapowana w togę obrończyni spraw polskich, a organizacje polskiego wychodźstwa miały tu względną swobodę działania.

Toteż gdy Francja zaczęła ponosić klęski, siedemdziesięcioletni Józef Bohdan Zaleski, dawny przyjaciel Chopina i Mickiewicza, modlił się:

Panie! za Francję z dawien tobie wierną.

Za Francję, siostrę miłą, miłosierną,

Gromadka polska, tułacza, bezdomna

W spółczuciu wielkim przed ołtarz się słania,

Z wyciągniętymi ku niebu rękoma...

W niewiele dni później przyszedł Sedan. "Pod Sedanem znalazła grób dynastia napoleońska, z nią też orientacja polsko-francuska. Sto lat dziejów polskich znalazło swe zamknięcie. [...] Polsce pozostały wspomnienia uniesień i bohaterstwa, które Francja dała była duchowi narodowemu pomimo woli, został odblask legendy, ślący w dalekie czasy odgłos pieśni: dał nam przykład Bonaparte"[7].

Francuzi i Francja od czasów Wielkiej Rewolucji byli dla nas jak i dla innych narodów przykładem walki o swobody demokratyczne, o wolność człowieka. Od polskich jakobinów po pepeesowców i komunistów. Ale czy Francja kiedykolwiek czynnie broniła niepodległości Polski?

"Polacy! Napoleon Wielki niezwyciężony wchodzi w trzykroć sto tysięcy wojska do Polski. Nie zgłębiajmy tajemnic zamysłów..." - głosiła jakże znana odezwa Józefa Wybickiego z 3 listopada 1806 roku. Od ponad dwóch wieków zgłębiamy te zamysły i nie ma zgody.

Jedno jest pewne: po klęsce Napoleona zarówno Burbonowie, jak i dynastia orleańska dali dowody swojej nieprzychylności Polsce. Kiedy przyszedł rok 1830, poeta Casimir Delavigne wołał w "Warszawiance" o pomoc dla walczących powstańców:

Pour nos braves fr?res d'armes,

Vous n'aurez que des larmes?

(O Francuzi! Czyż bez ceny rany nasze dla was są

Spod Marengo, Ulmu, Jeny, spod Austerlitz i Waterloo?...)

Odpowiadał mu inny Kazimierz, polityk premier Casimir Perier - tak oto oceniając powstanie listopadowe, które, jak wszyscy wiedzieli ówcześnie, ocaliło Francję przed zbrojną interwencją Mikołaja I: "Bunt jest zawsze zbrodnią. Francja nie pozwoli na to, aby jakikolwiek naród miał prawo zmuszać ją do walki o niego: skarb i krew francuska należą tylko do Francji".

To prawda, iż udzielono później azylu kilku tysiącom uczestników ­powstania listopadowego, że płacono im przez lat kilkadziesiąt niemałe zasiłki pieniężne. Umożliwiono im studia w uczelniach francuskich. Otrzymywali specjalne stypendia. Ale jednocześnie postarano się o to, by odosobnić ich w dépôts - prowincjonalnych zakładach (miejscach nadzorowanych typu koszar). Uważano ich - słusznie - za zarzewie zamieszek i rewolucji. Po ich stronie były sympatie mas. Francuzi na prowincji nie mieli tylu oporów, co Buloz w Paryżu. Powstało wiele mieszanych małżeństw polsko-francuskich. Polaków nie dopuszczano do Paryża. Trzeba było otrzymać specjalne zezwolenie na pobyt w stolicy francuskiej; nie uzyskał go początkowo nawet Adam Mickiewicz. W 1832 roku przyjechał do Paryża nielegalnie. Rząd ­Ludwika Filipa, aby przeszkodzić napływowi emigrantów do Francji, zabiegał o amnestię dla nich w Petersburgu. "Sprawa polska było to zagadnienie odległe, gra na dużą skalę, której na razie Francja podjąć nie mogła"[8].

Sam Ludwik Filip w rozmowie z nieśmiertelnym Talleyrandem wyrazić się miał pono dobitniej: "To nam, o wiele bardziej niż zwycięzcy spod Warszawy [Paskiewiczowi - przyp. JWB], powinien podziękować gabinet petersburski za zdławienie polskiego powstania".

Polacy byli dość systematycznie - wbrew wszelkim legendom - nadzo­rowani, wykorzystywani, a nieraz po prostu tępieni przez rządy Ludwika Filipa, republikanów z roku 1848, Drugiego Cesarstwa i Trzeciej Republiki. Natomiast popierała ich stale opozycja... dopóki nie zdobyła władzy. A więc Alfons de Lamartine jako przeciwnik monarchii lipcowej był polonofilem, za to jako minister spraw zagranicznych w roku 1848 gorliwie pozbywał się polskich emigrantów z Francji. Charles Floquet jako republikanin, opozycjonista, wsławił się w czerwcu 1867 demonstracją propolską, krzycząc w twarz carowi Aleksandrowi II: Vive la Pologne! Jako premier francuski pod koniec lat osiemdziesiątych uczynił wszystko, aby rosyjscy partnerzy zapomnieli o tym grzechu jego młodości i uwierzyli, iż sprawa polska w ogóle go nie obchodzi.

Jedynie socjaliści, od Armanda Barb?sa czy Auguste'a Blanqui poczynając, aż po Édouarda Vaillanta i Paula Lafargue'a oraz współczesnych, pozostali wierni sympatiom propolskim.

Klimat polonofilstwa panował i wśród katolików francuskich - od lewicy do prawicy. Nie oznaczało to jednak bynajmniej, że ultramontanie skupieni wokół cesarzowej Eugenii narzucali wojnę w obronie Polski. Od wyrazów sympatii i poparcia do chwycenia za broń droga była jeszcze daleka. Toteż jako symbol stosunku oficjalnej Francji do powstania 1863 roku przeszła do historii litografia przedstawiająca Polaka w krakusce siedzącego na drzewie i wyglądającego na próżno ponad ośnieżoną doliną pomocy Napoleona III.

Do roku 1870 Francja uchodzić mogła za protektora spraw polskich, za potencjalnego wybawiciela. Później nie było już nawet tego. W latach 1870-1917, od monarchistów po radykałów, francuscy politycy obstawili kartę ­rosyjską. Sojusz z carem oznaczał rezygnację nie tylko z poparcia, ale i z wszelkiego zain­teresowania sprawami polskimi po to, by w niczym nie drażnić najpierw potencjalnego, a później już rzeczywistego kontrahenta.

Kiedy na pierwszą audiencję do Aleksandra II przybył nowo mianowany ambasador Trzeciej Republiki generał Adolphe Le Flô, car, nawiązując do niedawnego udziału Polaków w Komunie Paryskiej, oświadczył: "Och, Polska - oto jeszcze jedna sprawa, która wywołała wiele wahań, wniosła wiele podejrzeń w nasze stosunki, która też wypaczyła ich naturę, zmuszając nas z obu stron do niepożądanego chłodu. Mam nadzieję, że sprawa ta jest tym razem skończona między nami"[9]. I została skończona.

Koła sterujące Trzecią Republiką interesowały się Polakami głównie jako kontyngentem bitnego żołnierza dla Rosji - sprzymierzeńca w walce z Drugą Rzeszą. Ziemie nad Wisłą rozpatrywano jako bazę militarną i gospodarczą do ofensywy na Berlin. Francuzi oddali rządowi carskiemu monopol na sprawy polskie również na terenie zaborów pruskiego i austriackiego. Tak więc, gdy w chwili napięcia między Paryżem a Berlinem w roku 1887 emigranci polscy zgłosili się z projektem wywołania powstania w zaborze pruskim, rząd francuski sprawę tę przekazał do decyzji ambasadzie rosyjskiej, która ją natychmiast utrąciła.

Kiedy w roku 1890 przewożono prochy Adama Mickiewicza z Montmorency do Krakowa, w redakcjach paryskich pytano Polaków: "Czy Wawel leży pod Warszawą?", "A któż to był ten Mickiewicz? Jenerał?" albo "Czy pisał po rosyjsku?".

W parę lat później Alfred Jarry zdobył rozgłos sztuką Ubu król, czyli Polacy. Polska występowała w niej jako kraj zgoła fikcyjny.

Nad Wisłą wiedziano o tym, iż Francuzi przestali być sojusznikami. Prasa warszawska starała się jak najmniej pisać o aliansie francusko-rosyjskim, zawartym w latach 1891-1894. Zdarzyło się nawet, że bojkotowano w tym czasie sztuki francuskie. W Warszawie doszło do wygwizdania orkiestry grającej "Marsyliankę". "Polacy ­okazują wybitny chłód wobec Francji i Francuzów" - pisał w roku 1892 konsul francuski[10]. W grudniu 1898 roku Francuzi uchylili się od oficjalnego udziału w odsłonięciu pomnika Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

Kiedy w roku 1907 Henryk Sienkiewicz ogłosił protest przeciwko prześladowaniu Polaków w Niemczech, jeden z kierowników francuskiej polityki zagranicznej Jules Cambon wzywał, aby "nie trwonić naszych sentymentów"[11].

W dobie pierwszej wojny światowej Francja jako jedna z ostatnich zajęła się sprawą odbudowania Polski niepodległej. Wprawdzie historyk Wacław Sobieski twierdził gołosłownie, że "spośród wszystkich państw zaczęła się najbardziej Francja krzątać koło odbudowy państwa polskiego", ale była to tylko legenda wygodna dla endecji[12].

Marian Kukiel zwracał uwagę na to, że "sprawie polskiej brakło jeszcze we Francji politycznego oparcia" i o losach "autonomicznej armii polskiej" stanowił pułkownik carski Ignatiew[13], a historycy francuscy tej miary co Pierre Renouvin przyznawali, że Francja dopiero po czternastu punktach Wilsona wyciągnęła rękę do Polaków, ale opinia polska chciała wierzyć w sojuszników - we Francję i Wielką Brytanię. Wchodziło to w skład nacjonalistycznych śnień o mocarstwowej Polsce - sojuszniku wielkiej Francji. Dla Francji Polska była tylko une alliée de remplacement - "sojusznikiem zastępczym" - jak to dobitnie określił ambasador francuski w Polsce, Jules Laroche.

W kraju, który nienawidził zaborców, w którym brak było zrozumienia dla zalet bratniego narodu czeskiego, głęboka była potrzeba wiary w jakiś naród sojuszniczy. Jako jedyne mocarstwo na kontynencie europejskim, co do którego można się było łudzić, a niekiedy i liczyć na nie, jawiła się Francja. Pod to imię podkładano nadzieje i zasługi najróżniejsze. Rachuby i orientacja na Paryż były wielokrotnie wyrazem antyrosyjskości, antyniemieckości i antysowietyzmu.

Mit sojusznika francuskiego runął wraz z "nie będziemy umierać za Gdańsk", z rozkazem generała Gamelin z 12 września 1939 roku, którym przerwał działania wojenne swojej armii, z osławioną i opłakaną w skutkach i dla Francji drôle de guerre. Choć rządy burżuazyjnej Francji nie były na ogół nastawione propolsko, nie sposób jednak podpisać się bez zastrzeżeń pod słowami Karola Marksa, że "Thiers, burżuazja, Drugie Cesarstwo ciągle tumanili Polaków głośnymi deklaracjami swej sympatii". Tumanili, z wyjątkiem Adolphe'a Thiersa. Stary francuski konserwatysta, pierwszy prezydent Trzeciej Republiki, nieraz powtarzał: "Nie łudźmy Polaków, nic dla nich nie zrobiliśmy".

Pod koniec wieku XIX wystarczyło być Polakiem, aby znaleźć się na listach podejrzanych przez policję francuską. Na przyjazd sojusznika cara Mikołaja II sporządzono listę osób do inwigilowania. Sąsiadowali na niej: Walery Wróblewski, Stefan Żeromski i Adolf Warszawski (Warski). Wspólny mianownik: Polacy.

Ale Polacy wiedzieli, iż miarą Francji są nie tylko jej rządy, lecz społeczeństwo i dorobek cywilizacyjny. Dlatego też tam jechało kształcić się pokolenie Marii Skłodowskiej. Tam nawet w najgorszych dla Polaków latach przebywała cała plejada pisarzy i malarzy, od Żeromskiego, Zapolskiej czy Aleksandra Gierymskiego poczynając.

Encyklopedia Orgelbranda głosiła w 1869 roku: "Francuska literatura więcej od wszystkich innych nowożytnych piśmiennictw dorosła znaczenia literatury świata, bo niezależnie od zewnętrznych przyczyn politycznych, więcej niż która bądź inna wypiętnowała w sobie wszystkie żywioły nowożytne"[14]. Zapatrzenie w literaturę Moliera i Racine'a, Balzaca i Chateaubrianda, Hugo i Flauberta, Zoli i Anatola France'a było długotrwałe. Oczywiście nie można porównywać zasięgu oddziaływania społecznego nowel i powieści Wiktora Hugo, czytanych przez robotników warszawskiej Pragi i Woli czy łódzkiego Widzewa (dowodem są tu choćby spisy załączników do rewizji dokony­wanych przez żandarmerię przed rokiem 1914) z recepcją społeczną poezji parnasistów.

Czy jakakolwiek inna literatura miała dotychczas tak wielu znakomitych tłumaczy i heroldów jak francuska? To nie tylko biblioteka Boya, to długa tradycja od Andrzeja Morsztyna, poprzez Miriama-Przesmyckiego, po Jerzego Lisowskiego.

Wpływy teatru francuskiego, repertuarowe i organizacyjne, były zawsze silne, zwłaszcza w dobie Oświecenia i Romantyzmu. Piotr Norblin, Andrzej Le Brun i rayonnement français w malarstwie i rzeźbie to rozdział osobny. Od dziewiętnastego wieku aż po czasy nam współczesne pozostał Paryż magnesem dla polskich malarzy. I nie tylko myślimy tu o wpływach na Pankiewicza, Ślewińskiego, Podkowińskiego, Boznańską, Makowskiego i tylu innych, ale również o tym, iż nieprzypadkowo po krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych do Francji udali się i przez nią zostali adoptowani Ludwik Markus, słynny Marcoussis, czy Mojżesz Kisling.

W mieście Łodzi, czterdzieści lat temu,

Pewien ojciec synowi małemu

Miasto Paryż rysował na stole.

To Tuwima wspomnienie o latach dziecinnych przed rokiem 1919. A wiele lat później Gałczyński:

Idę spać do Lamberta

przez Aleję Mozarta,

mosty, owszem, niczego

i Genowefa Landowskiego,

fontanny, luwry, kotki,

tryb życia nader słodki,

A Sekwana zielona.

Żadna inna stolica poza Warszawą i Krakowem nie doczekała się u nas takiej publicity. Polacy byli i pozostali o wiele bardziej "paryżanami" niż Czesi czy Węgrzy, dla których dużą siłę przyciągającą posiadał Wiedeń, a w niektórych okresach również Berlin czy Monachium.

Pamiętamy dobrze o przystankach sentymentalnych. O wiele gorzej o stacjach kolejowych. A przecież stosunkowo gęsta sieć kolei żelaznych nad Wisłą była ­budowana między innymi na żądanie francuskiego sztabu generalnego i przy wsparciu finansowym Trzeciej Republiki. Francuskie towarzystwa kolejowe zajmowały się budową mostów i dróg dla carskich ­sojuszników. Tak więc na przykład, wbrew początkowym planom jednego łącznego mostu, podjęto przy współudziale Société des Batignolles oddzielnie budowę mostu kolejowego i dla pieszych w Warszawie (most Poniatowskiego), albowiem, jak pisał francuski attaché wojskowy w Petersburgu, generał Moulin: "Most łączony wydał mi się nie spełniać warunków, które mogą zapewnić niezbędną przepustowość przy przemarszu piechoty i konnicy"[15]. Na Berlin.

W dziedzinie postępu technicznego na ziemiach polskich niegdyś przodowała Anglia, później Niemcy. Ale na drugim miejscu niezmiennie pozo­stawali Francuzi na czele z tymi, którzy na długo związali się z Polską, jak organizator naszego przemysłu włókienniczego, słynny inżynier-wynalazca Philippe de Girard, czy pozostali na zawsze, jak Fragetowie. Najpiękniejsze pomniki warszawskie - księcia Józefa i Kopernika - odlewali bracia Grégoire. Francuzi wprowadzili wiele innowacji technicznych w naszym hutnictwie, przemyśle węglowym i maszynowym. Piece martenowskie, piece konwertorowe, nowoczesne systemy wentylacyjne i windy transportowe w kopalniach, maszyny rolnicze.

Przy lekturze polskiego Who is who Stanisława Łozy z roku 1938 rzuca się w oczy, jak wielu wybitnych lekarzy studiowało we Francji. W dziedzinie medycyny, prawno-administracyjnej czy organizacji wojska wpływy francuskie odgrywały rolę pierwszoplanową.

Postępowi przychodzącemu znad Sekwany sprzyjał potężny snobizm na Francję. Narzucony ongiś przez polską arystokrację i ziemiaństwo, podtrzymywany przez znaczną część inteligencji, spełniał on aż po drugą wojnę światową funkcję szczególną.

Oto wydawca "Kuriera Warszawskiego", historyk literatury, Ferdynand Hoesick, na oficjalnym bankiecie francusko-polskim w Paryżu mówił w latach dwudziestych XX stulecia: "Wpływ Francji, pod której magnetycznym urokiem pozostawaliśmy zawsze [...] tak był silny, tak wgryzający się w naszą duszę, w nasz charakter narodowy, że aż zasłużyliśmy sobie w całej Europie na zaszczytny przydomek "Francuzów Północy", że język Corneil­le'a i Racine'a, tak kaleczony przez Anglików i Niemców, stał się niemal drugim naszym językiem ojczystym. Nawet zaczęliśmy grzeszyć przesadą w tym kierunku [...]; nie ma drugiego miasta na świecie, do którego Polacy jeździliby tak chętnie jak do Paryża [...], nie dosyć zdajemy sobie z tego sprawę, że Paryż nie tylko jest stolicą Francji, ale jednocześnie i stolicą Polski poniekąd, mianowicie Polski duchowej, intelektualnej"[16].

Z pojęciem "Francuza" w odczuciu polskim (zwłaszcza kręgów intelektualnych) długo wiązał się (czy jeszcze dzisiaj żywy?) świadomy lub nieświadomy kompleks niższości, potęgowany ze strony przeciwnej nierzadkim, mówiąc eufemistycznie, przekonaniem o własnej wyższości, francuskim etnocentryzmem.

Francuz w dawno wykutym stereotypie to wolność, inwencja, umiar i dostatek. Francja - bankier Europy po roku 1871, a zwłaszcza wierzyciel Rosji, to wywierało potężne wrażenie nad Wisłą, nad Niemnem. Francuzi to wino i kobiety (śpiew opinia powszechna wydzierżawiła Włochom), to wielki świat.

Z kręgów elitarnych, bezkrytycznych wielbicieli Francji, wywodzili się paplający lepiej po francusku niż po polsku, piętnowani tak mocno przez polskich pozytywistów, René de Pustogłowscy. Ich miejsce w XX wieku - o czym nie dość jeszcze wiemy - coraz częściej zajmowali René Kowalscy czy Louis Nowakowie: dzieci emigracji zarobkowej.

Od okresu międzywojennego polskie stereotypy o Francuzach zmieniają się pod wpływem licznego wychodźstwa za chlebem. Istotne było nie tylko to, iż Polonia francuska około roku 1930 liczyła pół miliona ludzi, ale również ruchy migracyjne Polska-Francja-Polska. Z emigracji zarobkowej powróciło do Polski w latach 1920-1939 około 300 tysięcy Polaków. Po roku 1945 liczbę Polaków-repatriantów z Francji, którzy, jak wiadomo, skupiali się głównie na Śląsku, szacowano na około 80 tysięcy.

Francja w oczach górników polskich jawiła się jako kraj dużo bogatszy. "Mimo niepowodzeń we Francji wiedziałem, że robotnik, który pracuje, może żyć lepiej jak w Polsce, a robotnikowi w Polsce w dodatku groziło stałe widmo bezrobocia, jeżeli nawet pracował"[17].

Polacy uczyli się od Francuzów "sztuki gotowania, prowadzenia ogródków i pielęgnowania drzew owocowych. Co było jednak najistotniejsze: uczyliśmy się od nich walki o swe prawa. Francuzi byli bardzo rozbici, jeśli chodzi o poglądy polityczne, ale bardzo solidarni, jeśli chodzi o obronę ich materialnych interesów. [...] Warto podkreślić aktywność kobiet francuskich w sprawach społecznych. Miało to pobudzający wpływ na nasze zahukane żony, zabobonne, bojaźliwe, uniżone w stosunku do urzędników"[18].

Francja była i dla polskiej postępowej inteligencji, i dla wielu robotników przykładem i wzorem demokratyzmu i tolerancji. Jeszcze Ludwik Krzywicki zwracał uwagę, iż w gazetach galicyjskich i królewiackich z roku 1871 można było wyczuć sporo sympatii dla walczących komunardów. Dzisiaj ­Komuna Paryska jest często dla uczniów czy studentów tylko nudnym i obowiązkowym tematem egzaminacyjnym. Pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat temu była jeszcze żywą i przyciągającą legendą z opowieści rodzinnych, z literatury. Pisali o niej: Włodzimierz Wolski (autor libretta do "Halki"), Stanisław Brzozowski w Płomieniach - będących biblią dla wielu polskich radykałów - czy Władysław Broniewski.

W polskiej propagandzie socjalistycznej, od partii "Proletariat" poczynając, Wielka Rewolucja Francuska i socjalizm francuski zajmowały miejsce bardzo poczesne: wystarczy tu przypomnieć książki, broszury, artykuły sygnowane przez Adama Próchnika, Stanisława Mendelsona, Bolesława Limanowskiego, Stanisława Posnera, Natalię Gąsiorowską i dziesiątki innych; wystarczy przekonać się, ile pieśni rewolucyjnych PPS i SDKPiL przywędrowało do nas wprost z Francji. Toteż w stereotypie ludowym od końca XVIII wieku robotnik i chłop francuski byli ­ludźmi wolnymi, ludźmi umiejącymi bronić swych praw ("Francuz kiedy świśnie, wolność nam zabłyśnie").

Co nam zostało z dawnych sentymentów? Czy tylko słowa z hymnu naro­dowego? Druga wojna światowa podcięła rację bytu tradycyjnego frankofilstwa polskiego.

W szkicu typu historyczno-literackiego trudno udzielić odpowiedzi na wiele pytań. Niezbędna byłaby tu pomoc socjologów, ankietowanie wielu tysięcy osób, aby zrozumieć, jak w polskiej świadomości narodowej przełamują się prawdy o tworzeniu, odrębności i oddziaływaniu kultury polskiej, o swojskości i cudzoziemszczyźnie, o mniejszościach narodowych, patriotyzmie i nacjonalizmie, o tym, jakie są drogi postępu w Polsce. "Albowiem - jak pół wieku temu pisał Stefan Żeromski - postęp nie może się zamknąć w żadnej doktrynie [...]. Nie może się zmieścić w szrankach żadnej politycznej czy społecznej partii [...]. Nie może się zamknąć w granicach jednej warstwy społecznej, jednej kasty i jakiegokolwiek zespołu, nie poprzestaje nawet na jednym narodzie"[19].

(1975)

PRZEDSŁOWIE

U początku mojej drogi historyka i publicysty Witold Kula, spotkawszy mnie przypadkowo w bramie Uniwersytetu Warszawskiego, powiedział: "nie lekceważ małych form, zbieraj swoje eseje". O tej zachęcie pamiętałem, składając teksty na tom, który nazwałem Piękny wiek XIX. Pierwsze wydanie ukazało się w roku 1984. Drugie - sześć lat później. Określenie "piękny wiek XIX" zyskało prawo obywatelstwa w języku polskim, stało się tytułem bryków studenckich do egzaminów, a nawet nazwą organizacyjną stowarzyszeń badawczych.

Określenie "piękny wiek XIX" wywołało też i protesty. Przypomniano klęskę głodu w Irlandii, dziki kapitalizm, masowy wyzysk pracy dzieci, ko­lonializm, wreszcie, że było to stulecie polskiej niewoli, Polaków bez ­państwa.

Wyjaśniam więc pochodzenie tytułu mojej książki. Równolegle do dziejów XIX wieku zajmuję się historią faszyzmów europejskich i stalinizmu. Wielokrotnie spotykałem się z ironią i pogardą, jaką ekstremiści różnych maści żywili do "wieku zgniłego liberalizmu", "czasu mrzonek demokratycznych", "wieku bezprawia", "przeklętego dziewiętnastego stulecia".

Autorzy takich określeń stworzyli faszyzm włoski, stalinizm i nazizm, stali się współtwórcami stulecia zagłady - wieku XX, niosącego codzienną groźbę unicestwienia cywilizacji na naszym globie.

Na tym tle wiek XIX jawi się jako stulecie nadziei ludzkości; demokraci wierzyli w upowszechnienie haseł Wielkiej Rewolucji Francuskiej: wolność - równość - braterstwo, socjaliści liczyli na rewolucyjne bądź pokojowe obalenie kapitalizmu i zaprowadzenie systemu powszechnej równości, zniesiono niewolnictwo w USA, likwidowano poddaństwo i pańszczyznę chłopów. Wierzono, że ogromny postęp techniki i medycyny zapewni cuda tworzenia, a nie zniszczenia. Głoszono prawo narodów do swobodnego, niezawisłego bytu. Piękny czas, kiedy w długim dziewiętnastym stuleciu aż po lato 1914 roku ludzie - przynajmniej na niektórych kontynentach - mogli wierzyć, że świat zmierza ku lepszemu.

Pół wieku temu, kiedy pisałem rozprawę doktorską o emigracji polskiej po 1863 roku, wiek XIX wydawał się nieodległy, bliski, niemal dotykalny. ­Byłem małym dzieckiem, gdy utkwiła mi w pamięci wielka siwa broda wybitnego działacza ruchu ludowego Tomasza Nocznickiego (rocznik 1862), mieszkającego przed 1939 rokiem obok nas na trzeciej kolonii WSM na Żoliborzu. Rodzice zostawili mnie kiedyś - trzyletniego brzdąca - na kilka godzin pod jego opieką. Jako uczeń szkoły podstawowej pamiętam jeszcze sylwetkę Stanisława Stempowskiego (rocznik 1870), jednego z przywódców wolnomularstwa polskiego i towarzysza życia Marii Dąbrowskiej. ­Stempowski po 1945 roku przychodził na ulicę Wiejską w Warszawie do Spółdzielni Wydawniczo-Oświatowej "Czytelnik", w jednym z domów której mieszkałem z rodzicami. Jego nazwisko parę razy przewija się na kartach tej książki.

Kiedy wymieniałem te nazwiska w nocie autorskiej do Pięknego wieku XIX dwadzieścia lat temu, nie musiałem jeszcze wyjaśniać, kim byli. Dzisiaj już wydaje się to konieczne.

Wiek XIX - Polska w niewoli, epopea napoleońska, powstania, romantyzm i pozytywizm - był długo główną skalą odniesienia dla myślących politycznie ­Polaków. Ale lata 1939-2010 przyniosły sumę doświadczeń tak nową i rozległą, rewolucja technologiczna oddaliła nas z takim przyspieszeniem od przeszłości, że zasadnie można dzisiaj zapytać, w jakiej mierze wiek XIX pozostał jeszcze tą skalą.

Ogromne przyspieszenie, w jakim żyjemy w początkach wieku XXI powoduje, że znajomość, zainteresowanie i badania nad wiekiem XIX ulegają szybkiemu zanikowi. Jednocześnie symbole dziewiętnastowieczne jeszcze zrozumiałe pięćdziesiąt lat temu, a oczywiste przed stuleciem (w latach 1960 czy 1910), nabierają innego znaczenia.

Niektóre ze szkiców zamieszczonych w tym tomie mogą służyć przykładem. Szkic W tęczy Franków ocenzurowano w roku 1975 w warszawskiej "Kulturze", skreślając cytat z Żeromskiego "postęp nie może się zamknąć w żadnej doktrynie". Obowiązywała jedna doktryna. Zakończenie dużego szkicu o komunardach z "Polityki" w stulecie roku 1871 potraktowano jako krytykę władzy tworzącej "fałszywe legendy rewolucyjne". Ale redakcja "Polityki" w tekst nie ingerowała.

Dylematy Aleksandra Wielopolskiego miały szczególną historię. Napisałem je dla "Polityki". Przysłano mi szczotki korektowe z numeru na Boże Narodzenie 1983. Potem nagle telefon: "Najwyższa władza przeczytała i nakazała tekst wycofać, bo w Moskwie mogą to odczytać jako postulaty zwiększenia marginesu polskiej niezależności". Przypominam, że "najwyższa władza" nosiła mundur generalski i było to zaledwie kilka miesięcy po zakończeniu stanu wojennego. Ten sam tekst oddałem więc w ręce redaktora naczel­nego "Tygodnika Powszechnego" Jerzego Turowicza. Odczekał i ogłosił go ­nieprzypadkowo 22 lipca 1984 roku na czterdziestolecie PRL jako jawne przypomnienie, że jesteśmy krajem zależnym od ZSRR. Wielopolski w ocenie ówczesnej rzeczywistości stawał się postacią metaforyczną.

Ja natomiast, jako historyk opiewający powstańców i rewolucjonistów polskich - wrogów caratu - postanowiłem w myśl zasady audiatur et altera pars zastanowić się w trudnych miesiącach polskich po 13 grudnia 1981 i nad racjami ugodowców. Tak powstał szkic o dylematach Aleksandra Wielopolskiego. Usiłowałem w nim odtworzyć nie tylko ujemne, znane strony działalności margrabiego, ale także jego potencjalne możliwości, rachuby i osiągnięcia. Natychmiast rozległ się głos moich kolegów z zepchniętej do podziemia ­"Solidarności" w obronie właściwego "rozłożenia akcentów", w imię zasady drogiej polskiej Irredencie: żadnego paktowania z zabor­cami, żadnych kompromisów, polski mąż stanu w XIX wieku musiał być nieprzejednany, twardo stać na gruncie odrodzenia Rzeczypospolitej w granicach z 1772 roku i cieszyć się poparciem społeczeństwa. Wielopolski poparcia nie miał, nie był więc mężem stanu. Nie upieram się nadmiernie przy określeniu "mąż stanu". Ale tym bardziej nie byli nimi antagoniści Wielopolskiego z obozu białych. Cóż zostało po Andrzeju Zamoyskim? Kto i kiedy liczył się z nim na arenie międzynarodowej? Polska ani w XIX, ani w XX wieku nie obrodziła w mężów stanu.

Zgoda, że mąż stanu powinien cieszyć się poparciem społeczeństwa. Ale nie zawsze, nie stale, nie od początku, nie każdy mąż stanu. Droga ­Józefa Piłsudskiego do zdobycia owego poparcia była, jak wiemy, długa i mozolna. To Piłsudski sam przyrównywał swój stosunek do postawy Wielopolskiego... O tyle niesłusznie, że Komendant i Marszałek, krytykując własne społeczeństwo, ba, pogardzając nim, uważał za konieczne pozyskanie ulicy, tłumów i manipulowanie nimi. Pół wieku wcześniej Wielopolski niewiele się o to troszczył.

W wieku XIX o narodzie polskim, o jego obliczu i losach decydowały jednostki i stosunkowo wąskie elity. To one wywoływały powstania, zaszczepiały kult walki o państwo niepodległe, zachęcały do długofalowej pracy organicznej.

Książka ta nie jest obiektywna. Szkice moje noszą niewątpliwie znamię po­lonocentryzmu. Jestem też stronniczy w ferowaniu wyroków. Patrzę nieraz na działalność rządów francuskiego czy angielskiego przez pryzmat polskiej, a nie francuskiej czy angielskiej racji stanu. Stronniczość moja płynie i stąd, iż często widzę Zachód oczyma polskich powstańców, emigrantów i zesłańców dziewiętnastowiecznych. Odtwarzam przeszłość, wcielając się niemal w moich bohaterów i rezygnując czasem z roli komentatora. Bez empatii nie ma jednak zawodu historyka.

Szkice odbijają też rzeczywiste orientacje geopolityczne polskiej myśli w dziewiętnastym stuleciu. Niejako automatycznie tak wiele miejsca ­poświęciłem Francji, ku której zwracały się przez niemal cały wiek XIX nadzieje Polaków. Ale i tu nie ma mowy o jakichkolwiek proporcjach w naświetlaniu stosunku rządów i społeczeństwa francuskiego do Polski. Nie starałem się powtarzać prawd znanych o Napoleonie I czy III, natomiast uwagę w znacznym stopniu skupiłem na czasach wojny francusko-pruskiej i Komuny Paryskiej, którą wiele zajmowałem się w związku ze stuleciem w 1971 roku.

Książka moja nie jest monografią określonego tematu, lecz zbiorem szkiców, w którego zestawieniu dużą rolę odegrały zarówno sentymenty, jak i przypadek. To przez przypadek dostałem kilka miesięcy temu od praprawnuczki adiutanta Józefa Bema zamieszczony w tym tomie po raz pierwszy list z roku 1850. Punktem wyjścia były dla mnie często nowe dokumenty, nieznane prawdy, nowo odkryte foliały archiwalne.

Moje zainteresowanie dziejami polskiej lewicy i socjalizmu, sympatie dla polskiej Irredenty są oczywiste. Nie sposób zapomnieć, że moje pokolenie historyków z trudem musiało dochodzić prawd o zapomnianych tradycjach lewicy, wydobywając różnorakie fakty z niepamięci, a jednocześnie walcząc z dziejów ­tejże lewicy fałszowaniem (tak częstym w PRL). Sam z okruchów odtwarzałem ­życiorysy Konstantego Bobczyńskiego, szlachcica z Sanoka zaprzyjaźnionego z ­Karolem Marksem, i paladyna Michała Bakunina Waleriana Mroczkowskiego czy nieoczekiwane związki Cypriana Kamila Norwida z rewolucjonistami rosyjskimi.

Dzisiaj, kiedy w Polsce zamarły badania nad dziejami naszego socjalizmu, kiedy znany senator centroprawicowej partii żąda zniesienia święta 1 maja, a młoda posłanka tegoż ugrupowania oświadcza, że nie ma o tym święcie pojęcia, może niektóre kartki o dziejach staroświeckiego socjalizmu z tego tomu okażą się pożytecznym przypomnieniem. To święto po raz pierwszy organizował na ziemiach polskich w roku 1890 potomek słynnej rodziny powstańców styczniowych - Stanisław Padlewski. W tym dniu przez dziesięciolecia demonstrowano nie tylko pod czerwonymi sztandarami obrony praw robotniczych, ale z hasłami niepodległości Polski i demokracji. Demonstrowali ludzie różnych orientacji: od Adolfa Warskiego po Józefa Piłsudskiego i Stanisława Wojciechowskiego.

Zamieszczone tu szkice ogłaszałem od roku 1958 w tygodnikach i miesięcznikach, między innymi w "Polityce", "Nowej Kulturze", "Kulturze", "Lite­raturze", "Tygodniku Powszechnym", "Odrze", "Gazecie Wyborczej", w czasopismach i publikacjach naukowych. W porównaniu z wydaniem drugim (1990) dodałem szesnaście nowych tekstów. Niektóre z nich zostały nieco zmienione w porównaniu z wersją drukowaną pierwotnie. Włączyłem między innymi dwa szkice o historykach nierozerwalnie związanych z XIX wiekiem (o Stefanie Kieniewiczu i Henryku Wereszyckim), a także o dziecięciu tego stulecia - tłumaczu i pisarzu Paulu Cazinie.

Eseje powstawały jako utwory odrębne. Stąd nieuniknione czasem powtórzenia. Czytelnik powinien zwrócić uwagę na datę powstania niektórych szkiców. Na przykład otwierający tom esej "W tęczy Franków" z roku 1975 odzwierciedla spojrzenie na Francuzów, które uległo zmianom w następnych dziesięcioleciach. Jest więc i dokumentem stanu świadomości w tamtych czasach.

Z uwagi na spójność wewnętrzną niekiedy eseje bliskie tematycznie szeregowałem obok siebie. Starałem się ograniczyć odnośniki i przypisy do niezbędnych. W kilku przypadkach, kiedy nie wprowadzałem ani nowych dokumentów, ani rzadkich cytatów źródłowych bądź streszczałem moje większe publikacje, pozwoliłem sobie pominąć aparat naukowy. Uwagi o pierwodrukach i źródłach tekstów czytelnik znajdzie na końcu tomu w nocie bibliograficznej.

maj 2010