Rozdział 3
Zamieszkali w sąsiadujących pokojach z widokiem na podwórze, na którym zaparkowali samochód. Hotel był całkiem przyzwoity. Obok lobby znajdowała się restauracja, której okna wychodziły na ulicę. Portier był elegancko ubrany w staromodnie stylizowany strój, nosił czarną kamizelkę i białą koszulę. Wszędzie na dole pachniało apetycznym jedzeniem. Thor widywał znacznie gorsze hotele. Kwaterowali już w odludnych gospodach w Jutlandii, gdzie serwowano nędzne dania, a lokalni goście w barze okazywali im wieczorami wrogie nastawienie. Egstrup było natomiast na tyle duże, że nikt się nad tym nie zastanawiał, czy byli z policji, co dawało im poczucie anonimowości i swobody.
Postawił na wąskim stoliku komputer i się rozpakował. Następnie położył się na łóżku, żeby wypróbować materac.
Zadzwonił do Axela Wendtnera i powiadomił go, że jest na miejscu i podjął czynności śledcze.
Wziął szybką kąpiel, zmienił koszulę i skarpety, po czym zszedł na dół, żeby coś zjeść.
Anita zeszła także i usiedli naprzeciwko siebie przy stole, który znajdował się przy oknie, skąd mieli widok na Hovedgaden. Dwoje zupełnie zwyczajnych śledczych w dżinsach, niczym się nie wyróżniali spośród pozostałych gości.
- Dzwoniła Clarissa? - zapytała.
- Jeszcze nie.
Kiwnęła głową, po czym wzięła talerz i udała się w kierunku długiego białego stołu bufetowego. Thor zaś pił wodę ze szklanki i się jej przyglądał. W ciągu pierwszych dni pobytu postanowiła zdobyć się na wysiłek zdrowego odżywiania, czyli wybierania najmniej kalorycznych produktów. Będzie patrzeć, jak on je parówki, sadzone jajka, smażoną rybę, i nie będzie tego komentować. A po kilku dniach zacznie jeść dokładnie to samo, mówiąc o szkodliwości jedzenia tłuszczu, soli i cukru. Będzie też powstrzymywać się od picia kawy, przynajmniej do czasu, aż nawał pracy nie uniemożliwi życia bez kofeiny.
Anita była młodsza od Thora o osiem lat.
A pracowali razem od pięciu. Trudno byłoby policzyć, ile wspólnie spraw prowadzili, ale rozwiązali wszystkie. Każda kończyła się wydaniem wyroku. Nie otrzymali żadnego upomnienia ani nawet najmniejszej uwagi ze strony zwierzchnictwa.
Pomiędzy śledztwami, gdy przygotowywali dokumentacje do rozpraw sądowych w Kopenhadze, nigdy prywatnie się nie widywali, aby nie znaleźli się koledzy, którym mogłoby przyjść do głowy nazwać ich "panią i panem Thorem" czy coś w tym stylu.
Spojrzał na jej talerz wypełniony czymś, co przypominało sałatkę fasolową, po czym wstał, żeby nałożyć jedzenie dla siebie. Uważał się za szczęściarza, bo miał dobrą partnerkę. Praca u boku Anity dawała mu sporo zadowolenia, ponieważ częściowo postrzegał ich wspólne wyjazdy jak wakacje spędzane w dobrym towarzystwie. Było to znacznie lepsze niż leżenie na jakiejś plaży, gdzie nie wiadomo co ze sobą począć.
- Jak dobrze znasz Wendtnera? - zapytała.
Gdy smarował swój rybny filet remuladą, na zmianę podnosiła i ściągała brwi.
- Dość dobrze.
Spojrzała na niego znad talerza, na którym miała sałatkę fasolową, jakiś pasztet polany oliwą i odrobinę surówki z buraków z orzeszkami piniowymi.
- A co to znaczy?
- Byliśmy na tym samym roku. Otrzymaliśmy to samo wykształcenie i wygłupialiśmy się w tych samych klasach.
- A który z was bardziej się wygłupiał?
- Axel.
- Tak uważasz?
- Takie są fakty.
Przez chwilę w milczeniu pochłaniała swój zielony pokarm.
- Został komendantem policji - powiedziała wreszcie.
- Zgadza się. A Lars Barfoed* jest jego naczelnym szefem.
- Innymi słowy znalazł sobie ciepłą posadkę.
- To twoja opinia. Nie widziałem się z nim ładnych parę lat.
- Ale wtedy pewnie nie był specjalnie bystry.
Roześmiał się.
- Zobaczysz, Anito, ludzie się rozwijają.
- Wiesz już, ilu lokalnych mamy do dyspozycji?
- Czterech.
- Czterech? Na samym początku sprawy?
- Tak, właśnie o tylu poprosiłem.
- I co odpowiedział?
- To, czego się po nim spodziewałem, a mianowicie: "Oczywiście, Thor".
- A więc albo może sobie na to pozwolić, albo to jakieś półgłówki, co mają nam nadskakiwać.
- Raczej to pierwsze. Myślę, że może sobie na to pozwolić, bo tutejsza policja działa bez zarzutu.
- Mówiłeś, że znalazł sobie ciepłą posadkę.
- Nie, to ty tak mówiłaś. Ja twierdzę, przynajmniej do czasu, aż wyjdzie na jaw coś przeciwnego, że Axel znalazł sobie miejsce, które do niego pasuje. Nie zauważyłaś tego?
- Czego?
Pomachał widelcem w stronę ulicy.
- Największą ambicją Axela jest bycie porządnym człowiekiem. Szukał posady szefa w miejscu, w którym nie można wpaść w tarapaty.
- I chce nam dać czterech ludzi?
- Tak powiedział. Traktuje tę sprawę bardzo poważnie. Na pewno nie będziemy musieli o nic walczyć. Zrobił, co mógł, żeby przekazać nam tę robotę, i jeśli okaże się, że jego ludzie są w porządku, to wszystko będzie się dobrze układać.
Spojrzał na zegarek.
- Rasmus Lelbo?
- Tak jest. - Kiwnęła głową.
Szpital w Egstrup położony był w południowo-wschodniej części miasta na końcu krótkiej alei. Składał się z dwóch budynków. Do starego, trzykondygnacyjnego, symetrycznego budynku z czerwonej cegły wieńczonego zieloną kopułą dobudowano gigantyczny kompleks z szarego betonu. Ten zabytkowy, pełen uroku prowincjonalny szpital wyglądał tak, jakby cierpiał na nieuleczalną chorobę - agresywny betonowy nowotwór.
- Gdybym była naukowcem, napisałabym rozprawę na temat postępu w medycynie odwrotnie proporcjonalnego do postępu w architekturze - powiedziała Anita, gdy się do niego zbliżali.
- Słucham? - zapytał Thor.
- Nic takiego - odparła.
- Nie wiem, dokąd mamy się udać.
- W szpitalach to standard. Nieważne, gdzie zostawimy samochód.
Z parkingu udali się do informacji zapytać, gdzie znajduje się Centrum Zdrowia Psychicznego. Z holu w starym budynku przez szklane drzwi przeszli do długiego korytarza w nowym kompleksie, na końcu którego stanęli w holu z windami. Drogę wskazywały różnokolorowe paski na podłodze. Wsiedli do windy i wjechali na trzecie piętro. Po wyjściu znaleźli się w dużym biurze z okienkiem, za którym znajdowało się pomieszczenie przypominające bibliotekę z kanapami, regałami i niewielkimi miejscami przeznaczonymi na pracę.
Za okienkiem siedział młody mężczyzna czytający jakieś czasopismo.
- Dzień dobry, mieliśmy spotkać się z Rasmusem Lelbo - oznajmił Thor.
- On słucha - powiedział mężczyzna.
- To pan? - zapytał Thor.
Pytany odpowiedział skinieniem głowy. Miał krótkie rude włosy.
- Jesteśmy z policji.
- Wiem.
- Mam na imię Thor, a to moja koleżanka, Anita.
Rasmus spojrzał na nią i powiedział:
- Dzień dobry, pani Anito.
Kiwnęła głową.
- Będziemy rozmawiać tutaj? - spytał Thor.
- Jeśli chodzi o mnie, to możemy. Prawie nikogo tu nie ma.
W głębi świetlicy siedziała tylko jedna tęga dziewczyna o kruczoczarnych włosach, z białymi słuchawkami na uszach.
- Wczoraj rano spotkało pana nieprzyjemne przeżycie przy Pawilonie Leśnym. Czy mógłby nam pan o nim opowiedzieć?
Rasmus Lelbo odchrząknął i zaczął mówić:
- Wstałem o siódmej i włożyłem strój do biegania. Dziesięć minut później wpisałem się na listę. Taki mamy obowiązek. Wybiegłem na drogę i jak zwykle podążyłem w kierunku starej alejki nad rzeczką Snadre. Przebiegłem trzy tysiące siedemset czterdzieści dwa metry aż do ulicy Ravneborgvej. Zajęło mi to osiemnaście minut. Albo... trochę mniej. Osiemnaście minut i piętnaście sekund. Zawsze mierzę czas, kiedy dobiegam do znaku z nazwą ulicy, i go dotykam.
- OK. Co było potem?
- Pobiegłem w kierunku północnym aż do Pawilonu Leśnego.
- Czy zawsze przemierza pan tę samą trasę? - zapytała Anita.
- Tak, tę samą, chociaż czasami zawracam już na Ravneborgvej. To moja krótka trasa, siedem tysięcy czterysta osiemdziesiąt cztery metry. A długa trasa prowadzi wokół pawilonu i stamtąd biegnę z powrotem.
Thor pokiwał głową.
- I co się wydarzyło?
Lelbo podrapał się w brodę.
- Nikogo nie widziałem. Dobiegłem do pawilonu i okrążyłem go. No i znalazłem... to.
- A dlaczego obiega pan pawilon? - zapytała Anita. - Tam jest grząsko.
- Bo taką mam trasę - odparł, patrząc na nią.
- OK.
- Co dokładnie pan zobaczył, obiegając pawilon?
- To, co zawsze. Jeden wielki syf. Ale wyglądało tak, jakby od dawna nikogo tam nie było, bo widziałem te same śmieci. Nagle na ziemi zobaczyłem czaszkę. Najpierw pomyślałem, że to pęknięta piłka nożna. Biała, zaokrąglona. Z bliska poznałem jednak, że to czaszka.
- I co wtedy pan zrobił?
- Zadzwoniłem do Michaela.
- A kto to?
- Mój opiekun.
- Co mu pan powiedział?
- Że za Pawilonem Leśnym znalazłem czaszkę. Dokładnie taką informację mu przekazałem.
- Naturalnie. A co Michael na to?
- Powiedział, żebym został na miejscu, a on powiadomi policję. Poszedłem na drugą stronę pawilonu, usiadłem na schodach i czekałem. Po dwunastu minutach przyjechali policjanci, a po jeszcze trzech Michael.
- Bał się pan? - spytała Anita.
Rasmus pokręcił głową i powiedział:
- Nie. Raczej byłem zaskoczony.
- A jak często pan biega? - zapytał Thor.
- Przedtem biegłem ósmego czerwca. To był poniedziałek.
- Wtedy czaszki jeszcze nie było?
- Nie.
- To dość dawno temu - stwierdził Thor. - Jak to możliwe, skoro tak bardzo lubi pan biegać?
- Byłem na wakacjach - odparł Rasmus, patrząc na niego.
- Wybrał się pan w podróż?
- Osiemnastego czerwca pojechałem z tatą do Maroka. Wróciliśmy drugiego sierpnia.
- O! Maroko, morskie plaże...
- Nie - zaprzeczył Rasmus. - Mój tata pisze książkę o rzymskim amfiteatrze na pustyni. Pomagałem mu.
- OK. A... wczoraj nikogo pan nie zauważył koło pawilonu?
- Ani żywej duszy.
Po chwili dodał jeszcze, uśmiechając się:
- Chyba że czaszka ma duszę.
W tej chwili podeszła do nich kobieta. Miała spięte brązowe włosy i czerwone okulary.
- Dzień dobry. Nazywam się Margit Andersen i jestem pedagożką Rasmusa. A państwo... są z policji?
Przedstawili się.
- Tak, to straszne, co wydarzyło się przy pawilonie - przyznała Margit. - Rasmus wszystko wam zrelacjonował?
- Tak - odparł Thor. - Jasno i precyzyjnie.
- To dobrze - powiedziała z uśmiechem.
Chwilę stali, a potem Thor zwrócił się do Rasmusa:
- Dziękujemy. Któregoś dnia będziemy musieli spisać zeznanie. Najpierw oczywiście zadzwonimy.
- Jeszcze jedna rzecz - wtrąciła Anita. - Zna pan to miejsce znacznie lepiej od nas. Czy ma pan może jakieś przypuszczenie, co mogło się tam wydarzyć?
- Wydaje mi się - oznajmił Rasmus Lelbo - że wiosną byli tam jacyś ludzie, bo za każdym razem, jak tam byłem, wyglądało inaczej. A potem tam jakby opustoszało. Trudno sobie jednak wyobrazić, co się z tą czaszką działo. Szczególnie jak nie wiadomo, do kogo należała.
- Racja - przyznała Anita.
- Z drugiej jednak strony - dodał - z czego pewnie jako policjanci zdajecie sobie sprawę, fakt, że czaszka została znaleziona właśnie tam, niekoniecznie musi mieć jakieś znaczenie dla sprawy.
Razem z Margit Andersen zeszli na parter.
- Nie chciałbym być wścibski - powiedział Thor - ale czy mogłaby pani nas oświecić, co dolega Rasmusowi? Wydaje się bardzo... normalny.
- Jego iloraz inteligencji wynosi sto siedemdziesiąt według starej skali - oznajmiła pedagożka. - Cierpi na delikatny wariant zespołu Aspergera. Potocznie nazywa się to autyzmem wysoko funkcjonującym.
- A co to znaczy?
- Rasmus jest nieprzeciętnie inteligentny. Przede wszystkim ma znakomitą pamięć. Jest zorganizowany i punktualny. Bardzo uprzejmy. Jest także wrażliwy, choć uważa się, że osoby z jego zespołem często cechuje brak empatii.
- Czegoś tu nie rozumiem - stwierdził Thor. - Nigdy bym nie pomyślał, że cechy, które przed chwilą pani wymieniła, mogą stanowić problem.
Spojrzała na niego.
- Owszem. Uprzejmość oraz takie bardzo drobiazgowe poczucie sprawiedliwości... to coś, czego wielu ludzi nie potrafi pojąć i różnie na to reaguje.
- A może - powiedział Thor, gdy ponownie znaleźli się w holu - wpadlibyśmy teraz do Clarissy Spetsas i zapytali ją, co udało się ustalić? Wykorzystajmy to, że tu jesteśmy.
W informacji otrzymali nowe wskazówki i ponownie udali się w głąb budynku. Tym razem podążyli ciemnobordową linią, która zaprowadziła ich do kilku wind. Weszli do jednej z nich i zjechali na dół.
Pod ziemią tego dużego szpitala panowała całkiem inna atmosfera. Betonowe ściany pomalowane były na biało, pod sufitem biegło mnóstwo rur, kabli i szybów wentylacyjnych. Oświetlenie było funkcjonalne, ale świecące na fioletowo rurki fluorescencyjne nadawały podziemnemu korytarzowi niepokojącą atmosferę. Wszędzie unosił się zapach kamfory i podobnych do niej specyfików.
Wszystkie drzwi były szerokie, z jednych z nich padało na korytarz światło. Udali się w tym kierunku.
Za szklanymi drzwiami widać było wykafelkowaną podłogę i pomalowane na biało ściany. Pomieszczenie oświetlały lampy halogenowe umieszczone na przenośnych statywach. Na środku stała Clarissa Spetsas z dwoma asystentami. Wszyscy mieli na sobie kombinezony ochronne i pochylali się nad dużym czarnym brezentem, na którym leżało coś, co przypominało kolumnę ze zwartej gliny.
- Przyszliśmy trochę za wcześnie - oświadczyła Anita.
- Tak - zgodził się z nią Thor. - Zostawmy ich w spokoju. Niewiele możemy teraz zrobić.
Ruszyli z powrotem, a kiedy ponownie znaleźli się w korytarzu, Thor usiadł na ławce, a Anita zatrzymała się i zaczęła się mu przyglądać.
- Co się stało? - zapytała.
- Nic - odparł.
Usiadła obok niego i chwyciła jego dłoń.
- Jesteś spocony - zauważyła. - Źle się czujesz?
Pokręcił głową.
- Zaraz mi przejdzie.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, po czym Anita zapytała:
- Thor... czy mogę coś powiedzieć?
Spojrzał na nią z lekko przymrużonymi oczami.
- Tak, oczywiście.
- Wiem, że to nie przez tę piwnicę.
- Co masz na myśli?
- To, że poczułeś się nieswojo, ale nie z powodu tego, że byliśmy w piwnicy.
- OK.
Znowu złapała go za dłoń.
- To to samo, co w pensjonacie Fjaltring Kro?
Spojrzał w dół i odpowiedział:
- Tak.
- Powinieneś mi o tym opowiedzieć. Naturalnie, jeśli potrafisz.
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, czy potrafię.
- Spróbuj.
- To z powodu... wieku, Anita.
- Wieku? Masz czterdzieści pięć lat, Thor. Jesteś chory?
Zaprzeczył, kręcąc głową.
- Nie, nie jestem chory. Nie o to chodzi.
- To o co?
Zamknął oczy, a po chwili znów je otworzył.
- Od wtedy, po pobycie w Lemvig, gdzie mieszkaliśmy w tym pensjonacie, zdarzyło mi się to już trzy razy.
- Co takiego?
- Wpadłem... wpadłem w jakąś niemoc. Czułem się, jakby nagle wszystko stanęło w miejscu, i zapominałem, gdzie byłem i po co. To straszne uczucie. Jakiś rodzaj lęku.
- Przed czym?
- Przed wszystkim.
- Wszystkim?
Kiwnął głową.
- To taka dziwna mieszanina doznań. Jakbym wiedział, co ma nastąpić, bo zawsze przecież jest tak samo. Z niewielkimi tylko różnicami. Zidentyfikowaliśmy Elsę Skov. Byliśmy w zasadzie pewni, że sprawcą jest jej syn, i następnego dnia mieliśmy z nim porozmawiać. A ja miałem uczucie, że to zdarzyło się już wcześniej.
Kiwnęła głową.
- Bo na pewno tak było. Opóźniony w rozwoju chłopak zabił swoją matkę, po czym wrzucił ją do starej studni. Coś takiego bez wątpienia wydarzyło się w historii co najmniej tysiąc razy, Thor.
- Ale nie o to mi chodzi. Czułem się tak, jakbym to właśnie ja badał tę sprawę wcześniej. Jakbym to ja... a właściwie my byśmy robili pewne rzeczy automatycznie, dzięki czemu wyjaśnilibyśmy także tę sprawę. Jakby świat po prostu taki był.
- No bo tak to już jest.
- Tak, ale... czułem, że nie byłem sobą. Dosłownie. Jakbym przypatrywał się sobie z zewnątrz. Kiedy uszczypnąłem się w rękę, to prawie niczego nie poczułem.
- Co wtedy zrobiłeś?
- Jak wróciliśmy, poprosiłem o skierowanie do psychiatry, Mii Nordenhoff. Byłem u niej trzy razy i zapisała mi leki.
- A co powiedziała?
- Że to początki zespołu stresu pourazowego i że powinienem o siebie zadbać. Przypuszczalnie nie tylko ja cierpię na coś takiego.
- Z powodu pracy?
Potaknął.
- Tak. Zbyt dużo trupów i rozmów z ludźmi, którym wyrządzane są krzywdy. Po prostu za dużo babrania się w gównie.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, które przerwała Anita:
- A nie zaproponowała ci, żebyś wziął urlop? Albo żebyś zajął się czymś innym?
- Nie. To rzeczywiście dość dziwne. Powiedziała, że jak lubię tę robotę, to dalej powinienem ją wykonywać. Dodała nawet, że gdybym robił coś innego, mogłoby być jeszcze gorzej i musiałbym pójść na rentę.
- Bo na poważnie byś zaczął cierpieć?
- Tak, coś w tym stylu.
- I przyjmujesz leki?
- Trochę.
- Postanowiłeś więc pozostać w zawodzie.
- Tak, Anito. - Spojrzał na nią. - Chciałem zostać. Jak się nosi ciężkie rzeczy, psuje się kręgosłup. Od siedzenia przed komputerem boli dupa, kark i ramiona. No i oczy.
- Zawsze czymś się płaci.
Roześmiał się.
- Tak, masz rację. Ale wiesz co? Gdybym przestał, wpadłbym w depresję. Poszedłem wyznaczoną ścieżką i muszę podążać nią dalej. Ty zresztą też.
- Owszem. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
- Mam nadzieję, że nie.
- Ale długo zwlekałeś z przyznaniem mi się do tego, że zaczynają się u ciebie pojawiać symptomy stresu pourazowego.
- Jedną z twoich dobrych cech jest to - powiedział - że nie zadajesz pytań.
Na chwilę zapanowała cisza, którą przerwała Anita:
- Chyba nie potrafiłabym współpracować z kimś innym niż ty, Thor.
Pocałowała go w policzek, po czym wstała i powiedziała:
- Chodź! Zabierzmy się do roboty!
Po raz pierwszy przekroczyli granicę pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym w pensjonacie Flaltring Kro. Anita nigdy tego nie żałowała. Zbliżyli się do siebie, lecz ich związek pozostał tajemnicą. Na początku była to relacja między młodą policjantką i doświadczonym śledczym, który był dla niej autorytetem. Imponował jej i chciała się od niego uczyć zawodu.
Trochę już o nim wiedziała. Był samotny, ale miał kiedyś żonę. Dzieci nie miał. W wydziale poważano go, ale krążyła o nim opinia upartego gliniarza, który lubił działać samodzielnie. W pracy nigdy nie szedł na kompromis i podążał za swoim instynktem. Sceptycznie podchodził do ingerencji zwierzchników w jego działania, dlatego dobrze się układała współpraca z Br?ssnerem, który dawał mu wolną rękę. Thor potrafił wyciągać wnioski, a następnie z żelazną wolą przechodził do działania, przy czym zawsze w dyplomatyczny sposób. Nigdy nie posługiwał się metodami niezgodnymi z prawem. Grał według reguł, z chęcią słuchał zdania innych, czy można było postąpić inaczej. Był po staroświecku skrupulatny i kierował się bardziej intuicją niż metodami naukowymi.
Czasami okazywał niecierpliwość, do której Anita musiała się przyzwyczaić. Bywał wówczas niesprawiedliwy i milczący.
To, co się wydarzyło w Fjaltring Kro, nie było skutkiem flirtu. Kiedy pierwszy raz poszli ze sobą do łóżka, oboje byli tym faktem zaskoczeni. Pracowali pod presją czasu, była zima i panowały ciężkie warunki. Zauważyła, że Thor nie jest w formie. Sprawa morderstwa, nad którą pracowali, denerwowała go. Mieli podejrzanego, ale żadnych dowodów. Utknęli. Wiedzieli, dokąd mają dotrzeć, ale nie znali drogi.
Thor się rozchorował. Złapała go grypa i bardzo się starał nie zarazić Anity, ale choroba i tak ją dopadła. Tamte dni spędzone w pensjonacie w Zachodniej Jutlandii pamiętała jak przez mgłę. Gdyby wykonywali jakąkolwiek inną pracę, poszliby na chorobowe. Ale im udało się wtedy zgromadzić dowody, dzięki którym podejrzany przyznał się do popełnienia morderstwa. Jednego dnia byli ze sprawą w głębokim lesie, a następnego wszystkie karty były odkryte. Tygodnie pracy przyniosły owoce w ciągu jednej godziny. Nagle było po wszystkim.
Ostatniego wieczoru w pensjonacie choroba rozłożyła ich na łopatki. Ale było coś jeszcze. Nikt poza nimi nie wiedział, że niewiele brakowało, a nie rozwikłaliby tej sprawy, więc ulga, jaką odczuli po pozornie tylko gładko idącym dochodzeniu, bardzo ich do siebie zbliżyła. Romans nie zniszczył jednak ich relacji zawodowych. Zresztą w ogóle o nich nie mówili. Anita dobrze zachowała w pamięci ich rozpalone ciała. Było im dobrze, ale oboje wiedzieli, że będą mogli ze sobą sypiać tylko pod warunkiem, że nikt się o tym nie dowie.
Ten związek znaczył dla niej coś zupełnie innego niż pozostałe. Thor był od niej starszy i widziała w nim mentora. W tym samym czasie miała chłopaka o imieniu Adam, swojego rówieśnika. Był ambitnym i zapatrzonym w siebie fotografem. Przez jakiś czas wydawało się jej, że mogłaby się z nim związać na stałe, a nawet mieć dzieci. Ale on nie miał takich planów. Fascynowała go jej praca i lubił robić jej zdjęcia. Była dla niego policyjną kochanką. Nie obchodziła go rzeczywista Anita, tylko jej obraz, który stworzył sobie w głowie. Ją natomiast męczyło to artystyczne fantazjowanie. Pewnego razu byli na wystawie fotografii Jacoba Holdta i zafascynowała go - a dość często coś go fascynowało - ich estetyka. Ale tam, gdzie Adam dostrzegał sztukę, ona widziała tylko cyniczną wystawę przedstawiającą ludzką niedolę. Odniosła wrażenie, że Adam żyje w innym świecie. Wystawa Amerykańskie fotografie kojarzyła się jej wyłącznie z biedą, brzydkim zapachem i lękami, natomiast on znajdował same słowa uznania dla umiejętności fotografa, który zdołał jego zdaniem zajrzeć do wnętrza biednych ludzi.
Dla Anity, która już wtedy dosłownie zdążyła zajrzeć do wnętrza niejednego człowieka, jego postawa była odrażająca.
Co Adam mógł wiedzieć o tym, co dzieje się we wnętrzu biedaków?
Co chciał tam znaleźć?
Wiedziała, że zastygłby jak słup soli, gdyby został skonfrontowany z jej rzeczywistością.
Oto dziecko, które zostało zamęczone na śmierć.
Zrób zdjęcie.
Postaraj się o artystyczne ujęcie.
Uczyń z tego sztukę.
Być może ułożyłaby sobie jakoś życie z Adamem, ale on ani nie chciał, ani nie potrafił.
Bo i po co?
Był zadowolony z tego, że fascynowała go artystyczna interpretacja cierpienia i bólu. To jednak nie była bajka Anity.
Jej bajką był Thor. Nie pociągały go zgrabnie formułowane idee na temat tego, co w tym świecie jest fascynujące. Thor Belling trzymał się realiów. Trzymał się jej. Był troskliwy, ale niezależny. Zawsze oddawał się temu, co robił. Nie miał czasu na czczą gadaninę, choć nie raz zaskoczył ją, gdy nawet w sytuacji z pozoru beznadziejnej potrafił powiedzieć coś zabawnego. Nie oszczędzał się. Nigdy nie wyręczał się innymi. Nie znała drugiego takiego człowieka, który miałby tak dużo szacunku do ludzi, nawet do najgorszych, najbardziej nieczułych typów spośród wielu tych, których schwytali. Thor nie miał z nikim osobistych zatargów, z każdym potrafił się dogadać.
Gdy zostali kochankami, wciąż jeszcze była z Adamem, a nigdy o nim Thorowi nie wspomniała. Zerwała z nim, krótko i kategorycznie, po powrocie z Zachodniej Jutlandii. Postrzegał ją jako twardego gliniarza. Trudno.
Nie wiedziała, czy Thor kiedykolwiek myślał o tym, czy ich związek będzie się rozwijał. Nigdy o tym nie rozmawiali. Po prostu gdy prowadzili razem jakąś sprawę, sypiali ze sobą. O wielu rzeczach nie rozmawiali. O przeszłości, rodzicach, młodości.
Od czasu do czasu chciałaby czegoś więcej, a nawet marzyła o tym.
Mimo wszystko cieszyła się z tego, co było.
Thor sprawiał wrażenie, jakby czuł to samo.
Trzymała się motta swojego ojca: nie naprawiaj tego, co nie jest zepsute.
Ach, ten seks, pomyślała sobie. Jak się ma dobrego partnera w łóżku, to ma się szczęście.
Wrócili do hotelu i każde z nich poszło do swojego pokoju. Thor rozebrał się i spojrzał na zegarek. Było dziesięć po piątej, ale słońca w nagrzanym pokoju już nie było. Zasłonił okno i w majtkach położył się na łóżku. Po chwili przyszła Anita. Miała na sobie ten sam szlafrok, co w pensjonacie Fjaltring Kro. Wtedy nie mówił zbyt dużo, ponieważ nie miał pewności, lecz tylko przeczucie tego, że coś w jego życiu się zmienia.
Położyła się obok niego i powiedziała:
- Pocałuj mnie.
- Skoro tego pragniesz.
- Niczego nie pragnę bardziej.
- Oprócz wyjaśnienia śledztwa.
- Jedno nie wyklucza drugiego. Kto wie, może właśnie to jest potrzebne do jego rozwiązania.
- To coś nowego - stwierdził, zbliżając usta do jej twarzy. - Seks koleżeński podwyższa procent wyjaśnionych spraw.
- Taką mam teorię - powiedziała i położyła dłoń na jego piersi.
- Przedyskutujemy ją czy wypróbujemy?
- Nawet nie wiem, czy mogą nas za to zwolnić - oświadczył. - Ty wiesz?
- Nikt przecież o nas nie wie.
Wpatrywał się w sufit.
- Czy pomyliłbym się, gdybym stwierdził, że i tak byśmy to zrobili, gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach?
- Nigdy byśmy się nie spotkali, gdybyśmy nie byli glinami - odparła.
- Wiesz, o co mi chodzi.
- A kogo to obchodzi? Br?ssnera? Nikt niczego nie docieka.
- Pewnie masz rację.
- Ja nie mam chłopaka, ty też z nikim nie jesteś. Jak jesteśmy w Kopenhadze, to nie spotykamy się prywatnie.
- Pomimo tego, że czasami któreś z nas ma na to ochotę.
- Właśnie to mam na myśli.
Leżeli z twarzami blisko siebie.
- Tak jest nam dobrze, Thor - powiedziała po chwili Anita. - Nie myśl o tym zbyt dużo. Ale powiedz mi, jak nie będziesz już tak chciał. Robimy rzeczy, na które nikt nie ma ochoty i o których większość ludzi nie ma pojęcia. Co złego w tym, że po pracy trochę się do siebie przytulamy?
- Tak naprawdę to kocham cię od zawsze, Anito. Nawet zanim cię poznałem, to cię kochałem.
Pocałowała go.
- Wiem, o co ci chodzi.
Wstała i wzdrygnęła się. Zauważyła, że spoglądał na jej tyłek, więc pokręciła nim trochę.
- Dobrze wiedzieć - dodała.
Gdy Anita była pod prysznicem, zadzwoniła komórka Thora.
- Mówi Axel - zgłosił się komendant. - Clarissa ma naprawdę paskudną robotę, Thor.
- Tak, byliśmy u niej niedawno, ale nie chcieliśmy przeszkadzać. Za chwilę znów tam pojedziemy.
- Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że to mężczyzna. Wysoki. Ponad metr dziewięćdziesiąt.
- OK. Podała może przyczynę zgonu?
- Nie.
Na chwilę zapanowała cisza, którą przerwał Thor:
- A więc mamy dryblasa.
- Tak. Być może nawet go zidentyfikowaliśmy.
- Ależ tempo - pochwalił Thor i usiadł.
- Tak, ale nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Dwa miesiące temu zaginął mężczyzna.
- Domyślam się, że był wysoki.
- Tak, metr dziewięćdziesiąt dwa.
- Nieźle - oznajmił Thor. - Sądzę...
- Jan Nielsen, lat czterdzieści siedem. Nauczyciel liceum. Zaginął jedenastego czerwca. Poszedł biegać i nie wrócił do domu.
- Będziemy za niecałą godzinę - oświadczył Thor.
Anita wyszła z łazienki.
- Wygląda na to, że twoja teoria się sprawdza - oznajmił.
Rzuciła na podłogę mokry ręcznik, dzięki czumu mógł spojrzeć na jej nagie ciało.
- Wiedziałam.
- Że się sprawdza?
Postawiła stopę na łóżku.
- Jak mówiłeś? Że kiedy tam będziemy?
- Za jakąś godzinę.
Przyglądała mu się.
- To może zdążymy jeszcze raz?
- Nie wiem, czy...
- Pomyśl - powiedziała, rzucając się na łóżko obok niego. - Jeśli teraz zrobimy to jeszcze raz, to może rozwiążą ten bajzel, zanim tam dojedziemy.
- Ale nie jestem pewien, czy...
- Za dużo myślisz o teorii. Liczy się praktyka.
- Aha, praktyka...
Położyła się tak blisko, by poczuł jej mokre piersi. Wypowiedziała kilka słów tuż przy jego twarzy i po chwili robili to jeszcze raz.
_______________
* Minister sprawiedliwości w Danii od 23.02.2010 do 3.10.2011.