Piękny Jan - Lars Kjædegaard

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Stop­niowo do­cho­dził do sie­bie, od­czu­wa­jąc jed­nak ucisk na ca­łym ciele. Nie od­zy­skał jesz­cze w pełni świa­do­mo­ści. Wil­gotny, mocny za­pach ziemi prze­do­sta­wał się przez nos i usta, by się­gnąć do naj­głęb­szych my­śli. Był pod zie­mią, a wo­kół pa­no­wała cał­ko­wita ciem­ność i ci­sza.

Nie mógł się po­ru­szyć.

Gdzieś obrze­żami świa­do­mo­ści re­je­stro­wał in­for­ma­cje od oto­cze­nia, ale je­dy­nie jak nie­otwar­tego mejla. Wi­dział nadawcę, lecz nie treść.

Nadawca mu wy­star­czał.

Kiedy go zo­ba­czył, zro­zu­miał resztę, a wtedy całe ciało na­pięło się, by wy­ko­nać ja­kiś ruch, lecz nie­mal na­tych­miast dało za wy­graną.

Wie­dział, gdzie się znaj­duje.

Wie­dział też dla­czego.

Poj­mo­wał, że już po nim - no, może nie cał­kiem, bo po­zo­sta­wało mu jesz­cze parę go­dzin czy na­wet dni. Ale to ko­niec.

Chyba że...

Chyba że ktoś bę­dzie tędy prze­cho­dził.

Pró­bo­wał po­ru­szyć sto­pami. Mógł zgiąć palce, ale zie­mia na­ci­skała na całe ciało i szybko zro­zu­miał, że to nie ma sensu.

Po­dob­nie z pal­cami dłoni. Mógł nimi wpraw­dzie po­ru­szyć, ale tylko odro­binę, po­nie­waż ra­miona cia­sno przy­le­gały do ciała.

Tkwił po samą szyję w zim­nej, ubi­tej, gli­nia­stej ziemi.

Wie­dział gdzie.

Wie­dział dla­czego.

Zro­bili to.

Nie do­strzegł na czas za­gro­że­nia.

Za to te­raz wie­dział wszystko.

W pew­nym mo­men­cie, kiedy za­częło się prze­ja­śniać, usły­szał wła­sny śmiech, który na­si­lał się ra­zem z wy­obra­że­niem, jak te­raz wy­gląda z ze­wnątrz: wy­sta­jąca głowa z uśmie­chem na twa­rzy.

Bez więk­szego zna­cze­nia było to, jak głę­boko tkwiła w ziemi, bo i tak cho­dziło prze­cież o cen­ty­me­try.

Póź­niej w ciągu dnia za­czął krzy­czeć.

Gdy otwo­rzył oczy, było już ciemno.

Na­stęp­nego dnia, albo jesz­cze na­stęp­nego, albo jesz­cze na­stęp­nego, znowu krzy­czał, wie­dząc w głębi du­szy, że już trudno na­zwać to krzy­kiem. Wi­siały nad nim ko­rony drzew, ka­mienne i obo­jętne.

W końcu zre­zy­gno­wał z wszel­kich prób po­ru­sza­nia cia­łem. Prze­stał je czuć. Od­czu­wał na­to­miast peł­znący po krę­go­słu­pie chłód i to­wa­rzy­szące mu na­ra­sta­jące sztyw­nie­nie wszyst­kich mię­śni. Chłód się­gał tyłu głowy jak ma­lut­kie kroczki za­pra­co­wa­nych mró­wek. Coś śpie­wało mu w gło­wie, pod­czas gdy my­śli skła­dały się w słowa po­kor­nej, nie­skład­nej mo­dli­twy, żeby oka­zali mu ła­skę i wró­cili, koń­cząc jego ży­wot ło­patą.

Nikt jed­nak nie nad­szedł.

Po­ja­wiła się na­to­miast wie­wiórka i za­częła ob­ser­wo­wać jego głowę. Po­ru­szała się neu­ro­tycz­nymi, bły­ska­wicz­nymi sko­kami.

Wi­dział ją, poj­mo­wał na­wet czę­ściowo, że to wie­wiórka.

Ale krótko po­tem, gdy za­równo ona, jak i inne zwie­rzęta, na zmianę się do niego zbli­żały, był już mar­twy.

Roz­dział 1

Czer­wona lampka te­le­fonu w po­koju Thora za­mi­gała i jed­no­cze­śnie apa­rat za­czął wy­da­wać zdu­szone, pla­sti­kowe dźwięki.

Pod­niósł słu­chawkę.

- Słu­cham?

- Ko­men­dant z Eg­strup chce z tobą mó­wić - usły­szał głos se­kre­tarki Nete Han­sen.

- Axel Wen­dt­ner? - za­py­tał.

- Tak. Mam go prze­łą­czyć?

Thor wa­hał się przez kilka se­kund.

- Do­brze, prze­łącz.

Zna­jomy głos Nete za­stą­piony zo­stał ostrym, ob­cym.

- Thor? Mówi Axel Wen­dt­ner.

- Kopę lat.

- Tak, to prawda, dawno się nie wi­dzie­li­śmy.

Na­stą­piła krótka prze­rwa, po czym Thor za­py­tał:

- Co mogę dla cie­bie zro­bić, Axel?

- Mam mor­der­stwo.

- Tak?

- Rano zo­stały zna­le­zione zwłoki.

- Za­mie­niam się w słuch.

Znów za­pa­no­wała chwila ci­szy.

- Przy­znaję się, że od razu po­my­śla­łem o to­bie.

- A dla­czego?

- Bo... to coś... zu­peł­nie nie­ty­po­wego.

- Co masz na my­śli?

- Coś dzi­wacz­nego. Zwłoki za­ko­pane aż po szyję.

- Cie­kawe.

- Do­wie­dzia­łem się, że pra­cu­jesz ra­zem z Anitą Hvid.

- Kto ci o tym po­wie­dział?

- Br?s­sner.

- Br?s­sner? A kiedy z nim roz­ma­wia­łeś?

- Dzie­sięć mi­nut temu. Za­dzwo­ni­łem do niego, żeby po­pro­sić o po­moc. Naj­chęt­niej twoją i Anity. Mówi się o was same do­bre rze­czy.

- OK. Br?s­sner nie roz­ma­wiał o tym ze mną, ale skoro usta­li­łeś z nim...

- Nie, nic nie usta­li­łem. Po­wie­dział, że­bym do cie­bie za­dzwo­nił.

Thor wziął głę­boki od­dech.

- No cóż...

- Im prę­dzej, tym le­piej, Thor.

- Ru­sza­li­ście zwłoki?

- Nie. Od­gro­dzi­li­śmy tylko i przy­kry­li­śmy.

- A kon­tak­to­wa­łeś się z pa­to­lo­gami?

- Nie.

- Od­dział Me­dy­cyny Są­do­wej chyba za­mknęli.

- Ow­szem, a wiel­kie cen­trum Pa­to­Krim wciąż jesz­cze w bu­do­wie. Po­woli robi się z tego go­rący kar­to­fel. Co­raz wię­cej kosz­tuje, a końca nie wi­dać.

- I co z tego?

Za­uwa­żył, że Axel Wen­dt­ner tro­chę się przy­go­to­wał do roz­mowy.

- Jak to co? Po­upy­chali pa­to­lo­gów w róż­nych miej­scach. W na­szym szpi­talu re­jo­no­wym mamy Cla­rissę Spet­sas.

- A za­tem wszyst­kie sprawy tech­niczne można za­ła­twić u was na miej­scu?

- Tak. Mimo to po­trze­bu­jemy wspar­cia z ze­wnątrz, Thor.

- Nie ma pro­blemu, Axel. Po­ga­dam za­raz z Br?s­sne­rem, a po­tem przy­je­dziemy z Anitą tak szybko, jak się da.

- A co ja mogę zro­bić?

- Po­cze­kać. Mu­simy jak naj­szyb­ciej obej­rzeć miej­sce zbrodni, więc zja­wimy się jesz­cze dzi­siaj. Po­tem zwłoki tra­fią do Cla­rissy. Trzeba też po­roz­ma­wiać ze szczę­śli­wym zna­lazcą, naj­le­piej też jesz­cze dziś.

- Za­dzwoń, jak bę­dzie­cie w dro­dze. Po­in­for­muję Cla­rissę, a z fa­ce­tem, który zna­lazł zwłoki, mam stały kon­takt.

- To do­brze.

Po jesz­cze jed­nej prze­rwie w roz­mo­wie Wen­dt­ner do­dał:

- A poza tym wszystko w po­rządku? W końcu dawno się nie wi­dzie­li­śmy.

Thor na­ci­snął na przy­cisk na te­le­fo­nie i za­py­tał Nete:

- Gdzie jest Anita?

- Wi­dzia­łam, że przed chwilą roz­ma­wiała z Br?s­sne­rem. Na ko­ry­ta­rzu.

- Do­brze, dzię­kuję.

Odło­żył słu­chawkę i wstał.

Pod­szedł do wi­szą­cej na ścia­nie mapy, żeby od­szu­kać Eg­strup. Ze­lan­dia przed­sta­wiona była na ma­pie na zie­lono, biało, szaro i czarno. Przy­pa­try­wał się czar­nemu kre­sko­wa­niu oraz li­niom, przy któ­rych zna­lazł szu­kaną miej­sco­wość. Środ­kowo-za­chod­nia część wy­spy. Dzi­wił się tro­chę, że ni­gdy do­tąd tam nie był. Eg­strup było za­dzi­wia­jąco duże. To typ mia­sta, na które ra­czej nie zwraca się uwagi, choć nie na­leży do naj­mniej­szych. Ukryte było za szosą w za­le­sio­nej Ze­lan­dii Środ­ko­wej, na pół­noc od au­to­strady pro­wa­dzą­cej na most Sto­re­b?lt, a na po­łu­dnie od au­to­strady do Hol­b?k.

Od­wró­cił się od mapy.

Do po­koju we­szła Anita i po­pa­trzyła na niego wy­cze­ku­jąco.

- Gdzie by­łaś? - za­py­tał.

- Na ko­ry­ta­rzu.

- Mu­simy je­chać.

- Wiem. Br?s­sner wła­śnie mi po­wie­dział, że dzwo­nił ko­men­dant z Eg­strup i py­tał o nas. Do­dał, że to twój stary zna­jomy.

- Je­ste­śmy z tego sa­mego rocz­nika. Kiedy bę­dziesz go­towa do wy­jazdu?

Wzru­szyła ra­mio­nami i od­parła:

- Za go­dzinę.

Z apro­batą kiw­nął głową.

- Ja też mu­szę po­je­chać do domu po wa­lizkę - po­wie­dział. - Po­tem od­biorę sa­mo­chód i będę cze­kał na cie­bie na dole o pierw­szej.

Anita za­częła się przy­go­to­wy­wać. Jej wa­lizka stała już za drzwiami w po­koju. Sprawą ho­noru była dla niej go­to­wość do wy­jazdu w każ­dej chwili. Praca w po­li­cji spra­wiała jej przy­jem­ność, cie­szyła się, że wła­śnie tak po­to­czyło się jej ży­cie.

Zde­cy­do­wała się zo­stać po­li­cjantką już w wieku pięt­na­stu lat. Pa­mięta do­brze, kiedy ta am­bi­cja dała o so­bie znać. Była sama w domu i oglą­dała je­den z od­cin­ków se­rialu Po­ste­ru­nek przy Hill Street. Bar­dzo go lu­biła. Szcze­gól­nie po­do­bał jej się Frank Fu­rillo, który wzo­rowo pro­wa­dził swoją jed­nostkę i był au­ten­tycz­nym stró­żem prawa. Od­kryła wów­czas, że chcia­łaby na­le­żeć do ta­kiej jed­nostki. Na po­czątku było to dziew­częco na­iwne i ro­man­tyczne, ale ona do­strze­gała coś wię­cej. Po­cią­gała ją in­ten­syw­ność za­wodu, w któ­rym można było po­dą­żać ścieżką spra­wie­dli­wo­ści. Po­nadto cały czas li­czyła się w nim zdol­ność oceny sy­tu­acji oraz po­dej­mo­wa­nia szyb­kich de­cy­zji. Praw­dziwa praca.

Po skoń­cze­niu li­ceum wy­słała pa­piery do Szkoły Po­li­cyj­nej. Na świa­dec­twie miała do­bre stop­nie. W tym okre­sie jej mama już nie żyła, a tata na po­czątku był bar­dzo scep­tyczny co do wy­boru ścieżki za­wo­do­wej.

- Mo­żesz być, kim­kol­wiek chcesz - mó­wił. - Dla­czego aku­rat po­li­cjantką?

- Bo chcę. Przy­dam się w po­li­cji. To praca, która coś zna­czy.

Jej oj­ciec był ma­gi­strem bio­lo­gii i więk­szość czasu spę­dzał na pracy w uni­wer­sy­tec­kim la­bo­ra­to­rium na­uko­wym.

- Po­słu­chaj, Anita... Ta praca jest nie­bez­pieczna i słabo płatna.

Jesz­cze dziś sły­szy te roz­mowy. Sie­działa prze­waż­nie na jed­nym z ku­chen­nych krze­seł. Có­reczka ta­tu­sia. Wciąż miesz­kała w domu ro­dzin­nym. Mama nie żyła od dwóch lat, więc nie zdą­żyła zo­ba­czyć eg­za­minu doj­rza­ło­ści Anity. Ona wie­działa, że musi coś ze sobą zro­bić. Jej tata był miły i do­brze miesz­kało im się ra­zem. Może aż za do­brze, wsku­tek czego miała po­czu­cie bier­no­ści. Ka­riera na­ukowa zu­peł­nie jej nie po­cią­gała. Zda­wała so­bie sprawę z tego, że je­śli nie wy­pro­wa­dzi się z domu jako do­ro­sła dziew­czyna, to utknie w nim na do­bre. Nie było jej ła­two, ale czuła, że to je­dyna słuszna droga. Oj­ciec wciąż jed­nak miał kry­tycz­nie na­sta­wie­nie.

Mimo to uparła się, a gdy jej tata wresz­cie zro­zu­miał, że mó­wiła wszystko na po­waż­nie, za­ak­cep­to­wał jej wy­bór. A na­wet za­czął ją wspie­rać, za­równo fi­nan­sowo, jak i mo­ral­nie. Ko­chała go. On także ko­chał ją z ca­łych sił, ale nie za­wsze po­tra­fił to oka­zać.

Szkołę ukoń­czyła bez naj­mniej­szych pro­ble­mów. Stała się dzięki niej moc­niej­sza fi­zycz­nie i psy­chicz­nie. Miesz­kała w domu stu­denc­kim, gdzie więk­szość sta­no­wili męż­czyźni. Na­uczyła się tam in­nego ży­cia ani­żeli to, które wio­dła w swoim aka­de­mic­kim domu, peł­nym de­si­gner­skich me­bli i wy­obra­żeń, że więk­szość spo­łe­czeń­stwa ma się do­brze dzięki zna­ko­mi­tym wa­run­kom ży­cia.

W pew­nym stop­niu była to jed­nak prawda.

Ale czas spę­dzony w szkole otwo­rzył jej oczy na zu­peł­nie inne strony eg­zy­sten­cji. Długo jej za­jęło na przy­kład na­ucze­nie się, ile sama może zro­bić, a w ja­kich kwe­stiach po­trze­buje po­mocy in­nych. Miała duże zdol­no­ści em­pa­tyczne. Wy­glą­dało na to, że na­wet zbyt duże, po­nie­waż już pod ko­niec pierw­szego roku we­zwano ją na roz­mowę, która nie była by­naj­mniej zwy­czaj­nym spo­tka­niem. Sie­działa w po­koju ra­zem ze swoim opie­ku­nem roku i ja­kąś star­szą pa­nią, którą znała z wi­dze­nia, ale nie miała naj­mniej­szego po­ję­cia o jej funk­cji.

- Anito - za­czął opie­kun - za­pro­si­łem cię tu, po­nie­waż chcia­łem, że­byś po­znała Jonnę Karls­son.

Ko­bieta przy­po­mi­nała lekko prze­sa­dzoną wer­sję su­ro­wej dy­rek­torki z fil­mów o szkole. W każ­dym ra­zie w ogóle nie wy­glą­dała na po­li­cjantkę. Po pięć­dzie­siątce, w dłu­giej pli­so­wa­nej spód­nicy, w bu­tach ze skó­rza­nymi po­de­szwami i spinką we wło­sach.

Opie­kun, Helge Blom, był nie­gdyś ko­mi­sa­rzem w dziel­nicy Bel­la­h?j i przez sze­reg lat miał bli­skie kon­takty z uczel­nią.

- Jonna jest na­szą psy­cho­lożką - przed­sta­wił ją.

- Czyżby było coś ze mną nie tak?

Helge ro­ze­śmiał się.

- Wie­dzia­łem, że za­dasz ta­kie py­ta­nie, Anito. Nie, wszystko jest z tobą w po­rządku. Za­pro­si­li­śmy cię po pro­stu na małą po­ga­wędkę. Na pod­sta­wie two­ich pi­sem­nych prac oraz za­jęć prak­tycz­nych uwa­żam, że są rze­czy, któ­rych po­win­naś się wy­strze­gać.

- Ja­kie rze­czy?

Helge Blom spoj­rzał na psy­cho­lożkę i ski­nął głową.

- Jonna?

Ko­bieta spoj­rzała przez oku­lary do czy­ta­nia w swoje pa­piery, a po­tem życz­li­wie pod­nio­sła wzrok na Anitę.

- Czy znasz po­ję­cie com­pas­sion fa­ti­gue?

- Nie - od­parła po chwili za­sta­no­wie­nia.

- A czy by­ła­byś w sta­nie zgad­nąć, co ono może ozna­czać?

Czyli za­bawa w zga­dy­wankę. A więc przy­brała pozę na­uczy­ciela aka­de­mic­kiego i na­daje roz­mo­wie ton.

- Nie wiem, co to po­ję­cie ozna­cza - od­po­wie­działa. - Ale... com­pas­sion zna­czy współ­czu­cie, a fa­ti­gue zmę­cze­nie.

- Ta­aak... - po­wie­działa psy­cho­lożka i uśmiech­nęła się lekko. - I co da­lej?

- Można po­wie­dzieć, że to je­den z no­wych, spe­cy­ficz­nych syn­dro­mów PTSD.

Jonna Karls­son spoj­rzała krótko na sie­dzą­cego obok Hel­gego Bloma.

- Tak. Można tak po­wie­dzieć. To ro­dzaj ze­społu stresu po­ura­zo­wego. A na czym po­lega jego spe­cy­fika?

- Na przy­kład na tym, że ktoś, kto stara się roz­wią­zy­wać pro­blemy in­nych lu­dzi, w końcu się wy­pala.

- Tak.

- Prze­sadna em­pa­tia. Ktoś taki za­biera pro­blemy ze sobą do domu. Chce ura­to­wać cały świat i tak da­lej. To syn­drom stresu. Brak zdol­no­ści oceny wła­snych kom­pe­ten­cji i za­kresu od­po­wie­dzial­no­ści, co skut­kuje wy­cień­cze­niem.

Jonna Karls­son po­now­nie spoj­rzała na opie­kuna, który ro­ze­śmiał się i po­wie­dział:

- Można by po­my­śleć, że sama uku­łaś to po­ję­cie, Anito.

- My­śli­cie, że mi to do­lega? - za­py­tała.

- Nie - od­rze­kła psy­cho­lożka. - Jed­nak są­dzimy, że mo­żesz mieć pre­dys­po­zy­cje do ta­kiego za­cho­wa­nia, je­śli go so­bie nie uświa­do­misz.

- Dla­czego tak uwa­ża­cie?

- Anito - po­wie­dział Blom - Ame­ry­ka­nie na ta­kich jak ty mó­wią a smart co­okie, czyli by­stra dziew­czyna. Je­steś uzdol­niona, szybko my­ślisz, twoja zdol­ność oceny sy­tu­acji jest zna­ko­mita. Ale masz także bujną fan­ta­zję; po­tra­fisz wy­obra­zić so­bie wszel­kie moż­liwe rze­czy. Po pro­stu twoje my­śle­nie sięga da­lej niż u więk­szo­ści lu­dzi. To do­brze, lecz taka zdol­ność nie­sie za sobą rów­nież za­gro­że­nie.

- Com­pas­sion fa­ti­gue? - za­py­tała.

- Wła­śnie - od­parła Jonna Karls­son. - Ale Helge, na tym chyba już skoń­czymy, co? Anita do­brze o wszyst­kim wie. Wska­za­li­śmy na po­ten­cjalny pro­blem, a resztę po­zo­stawmy jej.

Roz­mowa ta dużo dla niej zna­czyła. Tym bar­dziej że Helge Blom od­pro­wa­dził ją i do­dał już na ko­ry­ta­rzu:

- To do­bra ce­cha, Anito.

- Do­prawdy?

- Daje duże moż­li­wo­ści roz­woju i awansu.

- Co masz na my­śli?

- Mo­żesz zo­stać śled­czą - od­parł. - Czyli praw­dziwą po­li­cjantką.

Te­raz zro­zu­miała. Wska­zu­jąc na ewen­tu­alną sła­bość jej psy­chiki, Blom oraz psy­cho­lożka uka­zali jej siłę, a wy­po­wie­dziane przez niego wiele lat temu słowa po­słu­żyły jej za pro­sty, lecz efek­tywny dro­go­wskaz. Zo­sta­nie śled­czą, może na­wet w wy­dziale za­bójstw.

Przez ład­nych parę lat ciężko nad sobą pra­co­wała. Nikt w po­li­cji duń­skiej nie może zaj­mo­wać się wy­ja­śnia­niem za­bójstw bez wy­ma­ga­nego wy­kształ­ce­nia i do­świad­cze­nia. Za­częła za­tem od sa­mego dołu, czyli od pa­tro­lo­wa­nia ulic, nie­ustan­nie ma­jąc przed oczyma swoje po­wo­ła­nie, za które uwa­żała pro­wa­dze­nie do­cho­dzeń w spra­wach o mor­der­stwo.

Na Thora Bel­linga zwró­ciła uwagę dużo wcze­śniej, ani­żeli on do­wie­dział się o jej ist­nie­niu. Ucho­dził za gwiazdę Wy­działu Za­bójstw, na co ab­so­lut­nie nie wy­glą­dał, bo był ra­czej zwy­czaj­nym męż­czy­zną: wy­soki, szczu­pły, o ciem­nych wło­sach. Kiedy jed­nak wbrew za­sa­dom me­to­dycz­nego po­ko­ny­wa­nia ko­lej­nych eta­pów ka­riery zło­żyła pa­piery o przy­ję­cie na sta­no­wi­sko ad­mi­ni­stra­cyjne w Wy­dziale Za­bójstw, miała wy­star­cza­jąco dużo czasu i spo­koju na to, żeby czy­tać jego ra­porty i na ich pod­sta­wie zdo­by­wać wie­dzę. Thor stał się za­tem jej men­to­rem, nie ma­jąc o tym zie­lo­nego po­ję­cia. Czy­tała je jak fik­cję i prędko uświa­do­miła so­bie, że nie my­śli wpraw­dzie tak jak on, lecz poj­muje jego spo­sób ro­zu­mo­wa­nia. Bel­ling miał wy­obraź­nię, a co wię­cej - nie­wy­czer­paną ener­gię, dzięki któ­rej dzia­łał bra­wu­rowo, lecz za­wsze zgod­nie z prze­pi­sami. W każ­dej spra­wie do­strze­gał wię­cej ele­men­tów niż więk­szość ko­le­gów, po­nie­waż oni mieli skłon­ność do zbyt nie­wol­ni­czego trzy­ma­nia się pro­ce­dur. Anita wie­działa, że wy­soka liczba wy­ja­śnio­nych spraw w wy­dziale jest jego za­sługą. Ra­porty Thora za­wie­rały za­wsze ja­kieś ory­gi­nalne po­my­sły, na które albo z braku po­lotu, albo z le­ni­stwa nie wpadłby ża­den prze­ciętny śled­czy. Mo­tyw nie był w jego oczach wy­łącz­nie mo­ty­wem. Ni­czego nie po­zo­sta­wiał przy­pad­kowi, a pro­wa­dzone przez niego śledz­twa skła­dały się czę­sto z nie­spo­dzie­wa­nych zwro­tów, które przy­no­siły za­dzi­wia­jące efekty. Thor Bel­ling był naj­zwy­czaj­niej bar­dzo, bar­dzo zdol­nym śled­czym.

Dużo się o nim do­wie­działa. Był roz­wie­dziony i bez­dzietny. Żył dla pracy, ale nie ide­ali­zo­wał jej. Po pro­stu się w nią an­ga­żo­wał.

Szansę na za­ist­nie­nie Anita do­stała przed pię­ciu laty. Była wtedy jesz­cze młoda, miała trzy­dzie­ści dwa lata, a Thor czter­dzie­ści. Wciąż pra­co­wała w biu­rze, zaj­mu­jąc się ra­por­tami oraz róż­nymi bie­żą­cymi spra­wami.

Bel­ling pro­wa­dził wtedy śledz­two, które spra­wiało mu nie­mało pro­ble­mów. Cho­dziło o za­bój­stwo z broni pal­nej. W nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści na pół­noc od Ko­pen­hagi w swoim ogródku za­strze­lony zo­stał pra­wi­cowy czło­nek par­la­mentu. Strzał padł z broni du­żego ka­li­bru, ale ba­da­nia ba­li­styczne nie przy­nio­sły spo­dzie­wa­nych re­zul­ta­tów. Nie można było usta­lić, skąd padł strzał od­dany naj­praw­do­po­dob­niej przez za­wo­dowca. Za­mor­do­wany po­li­tyk nie we wszyst­kich krę­gach był lu­biany. Za­możny, nieco przed czter­dziestką, zwo­len­nik zwięk­sze­nia na­kła­dów na prawo i po­rzą­dek, su­row­szych kar, za­trzy­ma­nia na­pływu uchodź­ców oraz zmniej­sze­nia wy­dat­ków na imi­gran­tów. Mó­wił otwar­cie, z po­gardą wy­ra­żał się o mu­zuł­ma­nach i był za­żar­tym zwo­len­ni­kiem wojny w Afga­ni­sta­nie.

Wielu lu­dzi mo­gło chcieć go za­bić.

Wie­działa, że Thor utknął i że Br?s­sner sie­dzi mu na karku. Mor­der­stwo członka par­la­mentu było sprawą prio­ry­te­tową. Ale Thor był te­raz wy­pa­lony. Wi­działa to po jego za­gu­bio­nym wy­ra­zie twa­rzy, kiedy mi­jali się na ko­ry­ta­rzu, a także wy­czy­tała to w jego ra­por­cie.

Czy­ta­jąc jego spra­woz­da­nia, po­sta­no­wiła coś uczy­nić, ażeby zwró­cić jego uwagę. W końcu po­pro­siła o roz­mowę.

Na po­czątku spra­wiał wra­że­nie, jakby zu­peł­nie nie wie­dział, o co jej cho­dzi. Anita nie na­le­żała do ze­społu pro­wa­dzą­cego śledz­two. Rów­nie do­brze re­cep­cjo­nistka z ho­telu Mar­riott mo­gła bez py­ta­nia udzie­lać rad me­ne­dże­rowi.

Krótko oświad­czyła, że gdy czy­tała jego ra­port, przy­szła jej do głowy pewna myśl, a kon­kret­nie kąt i to o nim chcia­łaby mu opo­wie­dzieć. Thor uniósł wy­soko brwi z nie­do­wie­rza­niem i znie­cier­pli­wie­niem.

- Jaki znowu kąt? - za­py­tał.

- Kąt, pod ja­kim od­dany zo­stał strzał.

- Nie da się go usta­lić, bo nie znamy po­zy­cji ofiary, w mo­men­cie gdy zo­stała tra­fiona. Przed upad­kiem cho­dziła po ta­ra­sie.

- Ow­szem - po­wie­działa - ale znamy kąt wlotu po­ci­sku. Nie wiemy, gdzie ofiara stała, ale znamy kąt strzału.

Wcią­gnął no­sem po­wie­trze.

- Jaki wnio­sek?

- Taki, że strzał od­dano z du­żej wy­so­ko­ści, je­śli za­ło­żymy, że ofiara stała albo sie­działa, kiedy zo­stała tra­fiona.

- To moż­liwe.

- Strzał zo­stał od­dany z du­żej od­le­gło­ści.

- Tak. I co?

Pa­mię­tała na­piętą at­mos­ferę pa­nu­jącą w jego po­koju, jakby to było w ubie­głym ty­go­dniu. Tę wy­raźną fru­stra­cję i iry­ta­cję Thora na nie­znaną mu ar­chi­wistkę, która przy­szła do niego z ja­kąś mgli­stą hi­po­tezą.

- Przyj­rza­łam się moż­li­wym miej­scom w oko­licy - oznaj­miła.

Roz­wi­nęła mapę i po­ło­żyła ją na biurku.

- Tu znaj­duje się dom ofiary. Ta­ras skie­ro­wany jest na po­łu­dniowy za­chód. Sie­dem­set trzy­dzie­ści pięć me­trów w tym kie­runku stoi ten oto bu­dy­nek.

Wska­zała pal­cem na dwu­na­sto­pię­trowy gmach cen­trum re­ha­bi­li­ta­cyj­nego przy ulicy Lyng­by­ve­jen.

Po chwili Bel­ling pod­niósł na nią wzrok.

- OK... Czy to nie ty na­zy­wasz się Hvid?

- Tak, Anita Hvid.

- W po­rządku, Anita. Opo­wiesz mi o two­jej hi­po­te­zie?

Uniósł rękę, wska­zu­jąc na krze­sło sto­jące obok biurka.

- Ofiara - po­wie­działa, sia­da­jąc - mo­gła zo­stać tra­fiona z da­chu cen­trum re­ha­bi­li­ta­cyj­nego.

- A kto miałby strze­lać?

- To był nie­zły strzał, nie?

- Ow­szem - od­parł, wpa­tru­jąc się w nią.

- A więc może żoł­nierz?

- Żoł­nierz? Skąd ta myśl?

- Chło­paki z cen­trum nie­jedno prze­szli. Być może je­den z nich uległ po­ku­sie od­da­nia pre­cy­zyj­nego strzału do po­li­tyka, który cho­dzi na po­grzeby żoł­nie­rzy, a jed­no­cze­śnie bije na alarm, że po­win­ni­śmy wy­sy­łać jesz­cze wię­cej woj­ska na wojnę.

- Snaj­per - po­wie­dział.

- Wła­śnie taki po­mysł przy­szedł mi do głowy.

Nie wi­działa się z nim przez na­stęp­nych kilka dni, ale kiedy spo­rzą­dzony zo­stał ra­port osta­teczny i Br?s­sner po­woli znów za­czy­nał się uśmie­chać, a za­tem mógł spo­tkać się z dzien­ni­ka­rzami, to zro­zu­miała, że miała ra­cję. Usto­sun­ko­wany, żar­liwy pa­triota zo­stał za­strze­lony przez we­te­rana z cen­trum re­ha­bi­li­ta­cyj­nego, dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niego męż­czy­znę, który nie miał nóg, lecz po­zo­stały mu zdrowe ręce i z da­chu wy­so­kiego bu­dynku od­dał śmier­telny strzał z ka­ra­binu, który do­star­czyli mu "to­wa­rzy­sze broni". Thor zna­lazł w po­koju we­te­rana ty­go­dnik z ar­ty­ku­łem na te­mat pry­wat­nego ży­cia ofiary. Pi­sano tam, że po­li­tyk mieszka w eks­klu­zyw­nej dziel­nicy po­ło­żo­nej o kilka prze­cznic od cen­trum re­ha­bi­li­ta­cyj­nego. Męż­czy­zna przy­znał się do po­peł­nio­nego czynu, ale nie zdra­dził, kto do­star­czył mu broń.

- Moje ży­cie i tak jest do dupy - oświad­czył. - A ich nie. Przy­naj­mniej nie cał­kiem.

Anita nie li­czyła na żadną re­ak­cję ze strony Thora Bel­linga, bo niby dla­czego by miała. Dała mu tylko wska­zówkę, a on wy­ja­śnił sprawę, więc za­szczyty spłyną na niego.

Dla­tego za­sko­czył ją fakt, że we­zwał ją do sie­bie parę dni póź­niej. Tym ra­zem za­pro­po­no­wał świeżo za­pa­rzoną kawę.

- Pro­szę, usiądź, Anito - po­wie­dział. - Nie­źle się spi­sa­łaś. To twoja za­sługa.

- Dzię­kuję.

Kiw­nął głową.

- Co ty u li­cha ro­bisz w ad­mi­ni­stra­cji? - spy­tał.

- Czy­tam ra­porty - od­parła. - Sta­ram się cze­goś na­uczyć.

Uśmiech­nął się, co do­tych­czas było dla niej rzad­kim wi­do­kiem.

- OK. A co byś po­wie­działa na na­ukę od dru­giej strony?

- Co masz na my­śli? - od­po­wie­działa py­ta­niem.

- Br?s­sner chce mi przy­dzie­lić part­nera.

- A dla­czego?

- Bo... uważa, że po­trze­buję ko­goś do po­mocy.

- A ty tak nie uwa­żasz?

Znowu na jego twa­rzy po­ja­wił się uśmiech.

- A niech cię, nie owi­jasz w ba­wełnę. To prawda, w za­sa­dzie tak nie uwa­żam. Ale to roz­kaz i mu­szę się pod­po­rząd­ko­wać.

Pa­trzyła na niego po­nad biur­kiem, pod­czas gdy on po­pi­jał kawę. To jest ten mo­ment, po­my­ślała so­bie. Zo­stała tu za­pro­szona z po­wodu swo­ich kom­pe­ten­cji, a Thor Bel­ling stał się jej Fran­kiem Fu­rillo.

- Wy­bie­rasz mnie?

- Je­śli się zga­dzasz.

Miał za­raź­liwy uśmiech. Wy­glą­dał, jakby już się cie­szył z po­zy­tyw­nego ob­rotu sprawy, więc po­wie­działa:

- OK. Zga­dzam się, ale je­śli na­sza współ­praca się nie ułoży...

- To trudno - prze­rwał jej, wsta­jąc. - Ja­koś to bę­dzie.

Anita też się pod­nio­sła.

- Świet­nie, dzię­kuję.

- Ja rów­nież. Po­szu­kajmy Br?s­snera.

Udało się i przez pięć lat do­brze się ukła­dało.

Roz­dział 2

Thor pro­wa­dził, a Anita roz­ma­wiała z dy­żur­nym z Eg­strup.

- O czter­na­stej trzy­dzie­ści. Do­brze. Tak, Pa­wi­lon Le­śny, ulica Ra­vne­bor­gvej.

Spoj­rzał, jak wpi­sy­wała dane do na­wi­ga­cji.

- To bę­dzie... gdzieś tu­taj. Mam. Do­trzemy na miej­sce za nie­całe pół­to­rej go­dziny.

Prze­rwała po­łą­cze­nie.

- Jest tam już lo­kalna po­li­cja. Cla­rissa Spet­sas też.

- A co z tym, który zna­lazł zwłoki?

- Ra­smus Lelbo, lat dwa­dzie­ścia trzy. Mieszka w ośrodku, który na­zywa się Cen­trum Zdro­wia Psy­chicz­nego. To część szpi­tala.

- Jest pa­cjen­tem?

- Chyba tak, ale nie je­stem pewna. Mo­żemy po­ga­dać z nim za­raz po obej­rze­niu miej­sca zbrodni. Przez cały czas prze­bywa w cen­trum.

- A jak z za­kwa­te­ro­wa­niem? - za­py­tał.

- To nie­praw­do­po­dobne, że wszystko musi spo­czy­wać na mo­ich bar­kach.

Od­wró­cił głowę w jej stronę i po­wie­dział:

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łem zgry­wać szefa.

Po­pa­trzył na jej scho­waną za oku­la­rami sło­necz­nymi twarz oraz ciem­no­brą­zowe włosy przy­cięte do wy­so­ko­ści li­nii żu­chwy.

- Za­re­zer­wo­wa­łam dwa po­koje w ho­telu Eg­strup.

- Dzię­kuję. Co to za ho­tel?

- Trzy­dzie­ści po­koi. Stoi przy głów­nej ulicy mia­sta, Ho­ved­ga­den. Na stro­nie wy­gląda jak ko­pen­ha­ski d'An­gle­terre. Zresztą więk­szość ho­teli tak się re­kla­muje. Piękne wej­ście, a przed nim duży, zdo­biony dy­wan. Gwa­ran­tuję, że w lobby pach­nie ryb­nymi fi­le­tami sma­żo­nymi w głę­bo­kim tłusz­czu.

- Aha.

- Po re­mon­cie. Po­koje przy­po­mi­nają ka­juty luk­su­so­wego promu. Kto tam może, do dia­bła, się za­trzy­my­wać?

- To dość duże mia­sto.

- Ale zu­peł­nie nie­znane.

- Nie. Aż do te­raz.

- Ja­kiś po­wód musi być - stwier­dziła.

Zje­chali z au­to­strady na szosę pro­wa­dzącą na po­łu­dniowy za­chód, w aleję sta­rych wiel­kich drzew. Było cie­pło jak na sier­pień. Pola miały barwę ty­to­niu, a zboże obie­cu­jąco fa­lo­wało na wie­trze. Po­wie­trze zde­cy­do­wa­nie róż­niło się od tego, któ­rym od­dy­cha się, ja­dąc au­to­stradą.

Po­tem wje­chali na równą jezd­nię, która przy­po­mi­nała starą, nie­miecką, pro­stą jak spod sznurka be­to­nową drogę. Po obu jej stro­nach cią­gnęły się po­ła­cie lasu. Raz na ja­kiś czas mi­jali inne sa­mo­chody.

- Rany bo­skie, co za pustka - po­wie­działa Anita.

- To prawda, jest coś szcze­gól­nego w be­to­no­wej dro­dze bie­gną­cej przez taki ro­dzaj lasu.

- Po­dobny te­ren jest wo­kół lot­ni­ska na pół­noc od Aal­borga.

- Czło­wiek spo­dziewa się, że za­raz zo­ba­czy ja­kieś bun­kry.

- Oto­czone dru­tem kol­cza­stym.

- I strze­żoną bramę. Z budką straż­ni­czą.

- Urzą­dze­nia o nie­ja­snym prze­zna­cze­niu.

- La­bo­ra­to­rium do­świad­czalne.

- Prze­pro­wa­dza­jące tajne ba­da­nia na­ukowe. A o wszyst­kim oczy­wi­ście ci­cho sza.

- Dok­tor Men­gele i ol­brzymi han­gar na zep­pe­liny.

Spoj­rzała na niego i po­wie­działa:

- No te­raz chyba tro­chę prze­sa­dzi­łeś.

W peł­nym słońcu je­chali przez bu­kowy las, co­raz mniej roz­ma­wiali. Mi­nęli sze­roki stru­mień, po któ­rym pły­wały alu­mi­niowe ka­jaki ze skąpo ubra­nymi ludźmi. Za mo­stem las się skoń­czył i uj­rzeli ta­blicę z na­zwą mia­sta.

- A to co!? - po­wie­dział Thor i zwol­nił. - Spójrz na ta­blicę.

Skła­dała się z dwóch brą­zo­wych la­tarni oraz su­rowo ocio­sa­nych de­sek. Na­pis two­rzyły białe ka­li­gra­fo­wane li­tery, które wy­glą­dały jak stare drze­wo­ryt­ni­cze dzieło:

WI­TAMY W EG­STRUP

a po­ni­żej mniej­szymi wy­ry­tymi li­te­rami wpi­sano zda­nie:

Po­nie­waż tu jest naj­pięk­niej!

- Wi­tamy w Eg­strup - prze­czy­tała Anita - po­nie­waż jest tu naj­pięk­niej?

Thor przy­spie­szył, a ona kon­ty­nu­owała:

- To zna­czy, że wi­tają tylko dla­tego, że jest u nich naj­pięk­niej?

Wje­chali do mia­sta. Na obrze­żach uj­rzeli wto­pione w zie­leń now­sze bloki miesz­kalne po­ma­lo­wane na pa­ste­lowe ko­lory: ja­sno­żółty, ja­sno­zie­lony i ja­sno­czer­wony. Da­lej po obu stro­nach za­czy­nały się róż­nego ro­dzaju sklepy. Z dy­wa­nami, far­bami, ale też ko­misy sa­mo­cho­dowe. Prze­je­chali po jesz­cze jed­nym mo­ście nad wą­ską rzeczką i oczom Thora uka­zała się czer­wona wieża ko­ścielna z mie­dzianą iglicą.

Im bli­żej cen­trum, tym wię­cej było trzy­kon­dy­gna­cyj­nych ka­mie­nic z czer­wo­nej ce­gły. Nie­które z nich miały na ro­gach wie­życzki, a okna ob­ra­mo­wane pia­skow­cem. Mi­nęli też parę do­mostw z muru pru­skiego, bar­dzo za­dba­nych, a w piw­nicy jed­nego z nich mie­ściła się re­stau­ra­cja o na­zwie Bef­sztyki z Eg­strup. Był też dom to­wa­rowy w stylu fun­kis, otyn­ko­wany na zie­lono, z za­okrą­glo­nym dasz­kiem nad wej­ściem, szkla­nymi drzwiami i wy­bla­kłymi li­te­rami na daszku two­rzą­cymi na­pis DOM HAN­DLOWY VE­STER­BERG. Prze­je­chali przez więk­szy plac z ka­mienną fon­tanną oraz rzeźbą z brązu przed­sta­wia­jącą pa­stuszka z cie­lacz­kiem.

Auto po­woli po­ru­szało się po bru­ko­wa­nej ulicy. Da­leko przed sobą, może na­wet w od­le­gło­ści kilku ki­lo­me­trów, wi­dzieli za­le­sione wznie­sie­nie.

Mi­nęli kino Eg­strup, duży sklep o na­zwie Out­do­ors ofe­ru­jący na­mioty i odzież spor­tową, McDo­nalda, Frito-Lay, różne su­per­mar­kety, duży sklep z ar­ty­ku­łami elek­trycz­nymi, wi­niar­nię i knajpki. Po­tem był ko­lejny ry­nek, na któ­rym Thor za­uwa­żył bu­dy­nek z czer­wo­nej ce­gły na­le­żący do lo­kal­nej ga­zety "Eg­strup Ti­dende", oraz biały, po­dłużny gmach z zie­lo­nym na­pi­sem "Po­li­cja" na fron­cie.

- Tam jest ho­tel - wska­zała pal­cem Anita.

Thor spoj­rzał w prawo, gdzie jego wzrok przy­cią­gnęły wy­so­kie la­kie­ro­wane drew­niane drzwi z fa­se­to­wa­nym szkłem. Le­żał przed nimi duży dy­wan z ho­te­lo­wym logo.

- Wi­tamy w Eg­strup - oznaj­mił.

- Po­nie­waż tu jest naj­pięk­niej.

- Nie­wy­klu­czone. Wy­gląda tu jak w fil­mie.

- Uro­cze mia­sto.

- A więk­szość duń­skich uczniów pew­nie na­wet nie wie, gdzie ono leży.

- Niech mnie ja­sny szlag trafi, je­śli to nie jest naj­pięk­niej­sze mia­sto w Da­nii - oświad­czyła.

- Chyba nie będę z tobą po­le­mi­zo­wał w tej kwe­stii.

Mu­sieli prze­je­chać całe mia­sto, żeby do­trzeć do Pa­wi­lonu Le­śnego. Da­lej droga wio­dła pod górę, a już ki­lo­metr za ostat­nimi za­bu­do­wa­niami za­czy­nał się las.

- Na na­stęp­nym skrzy­żo­wa­niu w lewo - po­wie­działa Anita.

Wkrótce uj­rzeli nie­dużą ta­blicę in­for­ma­cyjną z na­pi­sem "Pa­wi­lon Le­śny" ze strzałką w lewo. Thor zwol­nił. Na dro­dze skrę­ca­ją­cej w prawo as­falt le­żał tylko na po­czątku, po­tem wi­dać było już tylko żwir.

Skrę­cił w stronę pa­wi­lonu.

Po trzy­stu albo czte­ry­stu me­trach do­je­chali do po­lany - du­żego, przy­po­mi­na­ją­cego pole te­renu, któ­rego po­ziom ob­ni­żał się w kie­runku je­ziora z po­mo­stem. W prawo od niego, wśród drzew, zo­ba­czyli bu­dy­nek, który był ce­lem ich po­dróży.

- Wy­gląda jak stara sta­cja ko­le­jowa - stwier­dził Thor.

Zbu­do­wany był z drewna i po­ma­lo­wany na czer­wono-zie­lono. Krót­kie sze­ro­kie schody pro­wa­dziły na ob­szerny drew­niany ga­nek, przy­kryty da­chem, który pod­trzy­my­wały rzeź­bione drew­niane fi­lary.

- OK, wy­gląda to tro­chę ina­czej, niż so­bie wy­obra­ża­łam - oświad­czyła Anita.

- A jak to so­bie wy­obra­ża­łaś?

- Pa­wi­lon Le­śny. Spo­dzie­wa­łam się re­stau­ra­cji, a to bar­dziej przy­po­mina scenę ta­neczną. Z lo­dami i let­nimi im­pre­zami. W każ­dym ra­zie dość pry­mi­tywne miej­sce.

- No i bez­ludne - po­wie­dział i za­par­ko­wał. - Z ma­łymi wy­jąt­kami, gdy jest po­tań­cówka albo bal z mu­zyką z lat sześć­dzie­sią­tych.

- Czy też trac­tor pul­ling na tam­tym po­letku.

Wy­sie­dli z sa­mo­chodu, obok któ­rego stały dwa wozy pa­tro­lowe i ciem­no­szary van.

Było cie­pło.

- To gdzieś na ty­łach - po­wie­działa.

Obe­szli pa­wi­lon, a Thor obej­rzał się na je­zioro. Zna­leźli się do­kład­nie na dru­gim końcu mia­sta. Po­nad drze­wami można było do­strzec ko­ścielną wieżę i wy­soki ko­min.

- Mam tu po­czu­cie, jakby czas się za­trzy­mał - oznaj­miła Anita.

Tyły pa­wi­lonu cho­wały się w cie­niu. Tylne drzwi były za­mknięte. Czuć było chłód, śmier­działo dy­mem i uryną. Zie­mia bez­po­śred­nio za bu­dyn­kiem była naga i gli­nia­sta.

Od jed­nego rogu pa­wi­lonu do ro­sną­cych w nie­wiel­kim od­da­le­niu drzew lo­kalni po­li­cjanci roz­cią­gnęli żółtą ta­śmę, która po­ru­szana wia­trem przy­po­mi­nała ogon smoka. Da­lej po­mię­dzy drze­wami po­cią­gnęli ją rów­no­le­gle do pa­wi­lonu, a na końcu po­pro­wa­dzili do rogu z dru­giej strony. Pod la­sem stało dwóch tech­ni­ków w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach.

Na­to­miast mniej wię­cej na środku placu mie­ścił się biały pla­sti­kowy na­miot z otwar­tymi ścia­nami. Na gli­nia­stej ziemi pod bal­da­chi­mem stała na czwo­ra­kach Cla­rissa Spet­sas, ubrana w swój biały kom­bi­ne­zon ochronny. Wy­glą­dała jak miesz­kanka bazy księ­ży­co­wej Alfa z se­rialu Ko­smos 1999, od­pra­wia­jąca ja­kieś dzi­waczne ry­tu­ały.

- Cześć, Cla­risso - przy­wi­tał się gło­śno Thor.

- Cześć, Thor.

- Co to u li­cha jest?

Wy­pro­sto­wała się, po­zo­sta­jąc na klęcz­kach.

- To czaszka.

Wstała i zdjęła cze­pek, dzięki czemu jej kar­me­lowe włosy mo­gły swo­bod­nie opaść na ra­miona.

Się­gnęła do kie­szeni i wy­jęła pu­de­łeczko z cy­ga­ret­kami. Wło­żyła jedną do ust, nie za­pa­la­jąc jej.

- Dziwne - oznaj­miła. - Zwłoki stoją w środku jak pal wbity w dziurę.

- Głowa pod zie­mią?

- Tak.

- A jak z resztą ciała?

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Trudno po­wie­dzieć. Mu­simy je naj­pierw wy­do­stać na po­wierzch­nię. W każ­dym ra­zie wi­dać ko­ści czaszki.

- Dziwny tu za­pach - stwier­dziła Anita.

Pa­to­lożka kiw­nęła głową.

- Tro­chę czuć już roz­kła­da­jące się zwłoki. Ale to miej­sce też nie jest zbyt cie­kawe. Zna­leź­li­śmy ślady mo­czu i kału. Ludz­kiego. Poza tym spermę, pre­zer­wa­tywy, za­pal­niczki, strzy­kawki, fo­lię alu­mi­niową i krew. I stare wy­mio­ciny.

- Wi­tamy w Eg­strup - po­wie­dział Thor, ki­wa­jąc głową. - Po­nie­waż tu jest naj­pięk­niej.

Cla­rissa Spet­sas po­now­nie wzru­szyła ra­mio­nami.

- Wszę­dzie zna­leźć można ta­kie miej­sca, Thor.

- Co masz na my­śli?

Ro­zej­rzała się wo­koło.

- No wiesz, ta­kie, gdzie lu­dzie ro­bią chlew, chleją, srają, si­kają i pie­przą się. Roz­pa­lają ogni­ska i palą różne rze­czy. Ja­rają trawkę i wą­chają klej.

- Za­ple­cze Pa­wi­lonu Le­śnego.

- Samo ży­cie, Thor.

Wró­cili na drugą stronę i usie­dli w słońcu na scho­dach, gdzie Cla­rissa za­pa­liła cy­ga­retkę.

- No do­brze - za­czął Bel­ling. - Słu­chamy.

- Za wcze­śnie, żeby coś po­wie­dzieć.

- A co masz na tę chwilę?

- Zwłoki. Ciało w dziu­rze w obrzy­dli­wym miej­scu. Męż­czy­zna albo ko­bieta.

- Broń?

- Nie ma.

- Przy­czyna zgonu?

Spoj­rzała na niego.

- Nie mam zie­lo­nego po­ję­cia. Strzał, silny cios, za­strzyk. A może na­wet... za­ko­pa­nie żyw­cem.

- A jak długo one tam... stały? - za­py­tała Anita.

- Około dwóch mie­sięcy. Na pewno nie kró­cej. Czaszka jest pra­wie czy­sta, bo ob­ja­dły ją zwie­rzęta.

- Ja­kim do cho­lery cu­dem ludzka głowa mo­gła wy­sta­wać z ziemi przez całe lato za Pa­wi­lo­nem Le­śnym i nikt jej nie za­uwa­żył? Prze­cież mu­sieli cho­dzić tędy ja­cyś lu­dzie.

- Wy­daje mi się, że już nie - od­parła pa­to­lożka.

- Miej­sce wy­gląda na za­po­mniane - do­dała Anita.

- Nikt tu już nie przy­cho­dzi - przy­znała Cla­rissa. - Chyba że na ja­kieś wy­głupy, na dragi czy żeby za­pa­lić ogni­sko.

- To i tak po­winni za­uwa­żyć zwłoki.

Pa­to­lożka znów spoj­rzała na Thora.

- Tak, ktoś je wi­dział. Ba, na­wet je tu umie­ścił.

- Jaki masz plan? - za­py­tał Bel­ling.

- Za­mó­wi­łam już eks­trak­tor rdze­niowy.

- Co ta­kiego?!

- Tak to urzą­dze­nie się na­zywa. To taka wier­tarka, ale pu­sta w środku. Rura. Być może uda się wy­cią­gnąć zwłoki i przy­le­ga­jącą do nich zie­mię w jed­nym ka­wałku. Żeby się nie roz­pa­dły.

- OK. A co po­tem?

- Za­wie­ziemy je do szpi­tala i będę je ba­dać ka­wa­łek po ka­wałku.

Thor ski­nął krótko głową.

- Do­brej za­bawy - po­wie­dział. - Za­dzwoń, jak od­kry­jesz coś, na co bę­dziemy mo­gli po­pa­trzeć.

Cla­rissa zga­siła cy­ga­retkę, zgnia­ta­jąc żar.

- To mo­gła być ja­kaś durna za­bawa, która wy­mknęła się spod kon­troli. Ale oso­bi­ście uwa­żam, że to za­bój­stwo. Ktoś wy­ko­pał dziurę świ­drem ziem­nym, wci­snął tego ko­goś i za­dep­tał zie­mię wo­kół, żeby ofiara tam stała aż do śmierci. Ale to tylko ta­kie moje przy­pusz­cze­nie.

Thor po­ki­wał głową.

- OK. Za­dzwoń po­tem. Miesz­kamy w... Jak się na­zy­wał ten ho­tel, Anito?

- Eg­strup.

- Dzwoń na ko­mórkę. My już je­dziemy, żeby się za­mel­do­wać.

Spoj­rzał na Anitę i do­dał:

- Mu­simy też coś zjeść.

Pa­to­lożka wstała i po­wie­działa:

- Mają tam zna­ko­mity szwedzki stół.

Roz­dział 3

Za­miesz­kali w są­sia­du­ją­cych po­ko­jach z wi­do­kiem na po­dwó­rze, na któ­rym za­par­ko­wali sa­mo­chód. Ho­tel był cał­kiem przy­zwo­ity. Obok lobby znaj­do­wała się re­stau­ra­cja, któ­rej okna wy­cho­dziły na ulicę. Por­tier był ele­gancko ubrany w sta­ro­mod­nie sty­li­zo­wany strój, no­sił czarną ka­mi­zelkę i białą ko­szulę. Wszę­dzie na dole pach­niało ape­tycz­nym je­dze­niem. Thor wi­dy­wał znacz­nie gor­sze ho­tele. Kwa­te­ro­wali już w od­lud­nych go­spo­dach w Ju­tlan­dii, gdzie ser­wo­wano nędzne da­nia, a lo­kalni go­ście w ba­rze oka­zy­wali im wie­czo­rami wro­gie na­sta­wie­nie. Eg­strup było na­to­miast na tyle duże, że nikt się nad tym nie za­sta­na­wiał, czy byli z po­li­cji, co da­wało im po­czu­cie ano­ni­mo­wo­ści i swo­body.

Po­sta­wił na wą­skim sto­liku kom­pu­ter i się roz­pa­ko­wał. Na­stęp­nie po­ło­żył się na łóżku, żeby wy­pró­bo­wać ma­te­rac.

Za­dzwo­nił do Axela Wen­dt­nera i po­wia­do­mił go, że jest na miej­scu i pod­jął czyn­no­ści śled­cze.

Wziął szybką ką­piel, zmie­nił ko­szulę i skar­pety, po czym zszedł na dół, żeby coś zjeść.

Anita ze­szła także i usie­dli na­prze­ciwko sie­bie przy stole, który znaj­do­wał się przy oknie, skąd mieli wi­dok na Ho­ved­ga­den. Dwoje zu­peł­nie zwy­czaj­nych śled­czych w dżin­sach, ni­czym się nie wy­róż­niali spo­śród po­zo­sta­łych go­ści.

- Dzwo­niła Cla­rissa? - za­py­tała.

- Jesz­cze nie.

Kiw­nęła głową, po czym wzięła ta­lerz i udała się w kie­runku dłu­giego bia­łego stołu bu­fe­to­wego. Thor zaś pił wodę ze szklanki i się jej przy­glą­dał. W ciągu pierw­szych dni po­bytu po­sta­no­wiła zdo­być się na wy­si­łek zdro­wego od­ży­wia­nia, czyli wy­bie­ra­nia naj­mniej ka­lo­rycz­nych pro­duk­tów. Bę­dzie pa­trzeć, jak on je pa­rówki, sa­dzone jajka, sma­żoną rybę, i nie bę­dzie tego ko­men­to­wać. A po kilku dniach za­cznie jeść do­kład­nie to samo, mó­wiąc o szko­dli­wo­ści je­dze­nia tłusz­czu, soli i cu­kru. Bę­dzie też po­wstrzy­my­wać się od pi­cia kawy, przy­naj­mniej do czasu, aż na­wał pracy nie unie­moż­liwi ży­cia bez ko­fe­iny.

Anita była młod­sza od Thora o osiem lat.

A pra­co­wali ra­zem od pię­ciu. Trudno by­łoby po­li­czyć, ile wspól­nie spraw pro­wa­dzili, ale roz­wią­zali wszyst­kie. Każda koń­czyła się wy­da­niem wy­roku. Nie otrzy­mali żad­nego upo­mnie­nia ani na­wet naj­mniej­szej uwagi ze strony zwierzch­nic­twa.

Po­mię­dzy śledz­twami, gdy przy­go­to­wy­wali do­ku­men­ta­cje do roz­praw są­do­wych w Ko­pen­ha­dze, ni­gdy pry­wat­nie się nie wi­dy­wali, aby nie zna­leźli się ko­le­dzy, któ­rym mo­głoby przyjść do głowy na­zwać ich "pa­nią i pa­nem Tho­rem" czy coś w tym stylu.

Spoj­rzał na jej ta­lerz wy­peł­niony czymś, co przy­po­mi­nało sa­łatkę fa­so­lową, po czym wstał, żeby na­ło­żyć je­dze­nie dla sie­bie. Uwa­żał się za szczę­ścia­rza, bo miał do­brą part­nerkę. Praca u boku Anity da­wała mu sporo za­do­wo­le­nia, po­nie­waż czę­ściowo po­strze­gał ich wspólne wy­jazdy jak wa­ka­cje spę­dzane w do­brym to­wa­rzy­stwie. Było to znacz­nie lep­sze niż le­że­nie na ja­kiejś plaży, gdzie nie wia­domo co ze sobą po­cząć.

- Jak do­brze znasz Wen­dt­nera? - za­py­tała.

Gdy sma­ro­wał swój rybny fi­let re­mu­ladą, na zmianę pod­no­siła i ścią­gała brwi.

- Dość do­brze.

Spoj­rzała na niego znad ta­le­rza, na któ­rym miała sa­łatkę fa­so­lową, ja­kiś pasz­tet po­lany oliwą i odro­binę su­rówki z bu­ra­ków z orzesz­kami pi­nio­wymi.

- A co to zna­czy?

- By­li­śmy na tym sa­mym roku. Otrzy­ma­li­śmy to samo wy­kształ­ce­nie i wy­głu­pia­li­śmy się w tych sa­mych kla­sach.

- A który z was bar­dziej się wy­głu­piał?

- Axel.

- Tak uwa­żasz?

- Ta­kie są fakty.

Przez chwilę w mil­cze­niu po­chła­niała swój zie­lony po­karm.

- Zo­stał ko­men­dan­tem po­li­cji - po­wie­działa wresz­cie.

- Zga­dza się. A Lars Bar­foed* jest jego na­czel­nym sze­fem.

- In­nymi słowy zna­lazł so­bie cie­płą po­sadkę.

- To twoja opi­nia. Nie wi­dzia­łem się z nim ład­nych parę lat.

- Ale wtedy pew­nie nie był spe­cjal­nie by­stry.

Ro­ze­śmiał się.

- Zo­ba­czysz, Anito, lu­dzie się roz­wi­jają.

- Wiesz już, ilu lo­kal­nych mamy do dys­po­zy­cji?

- Czte­rech.

- Czte­rech? Na sa­mym po­czątku sprawy?

- Tak, wła­śnie o tylu po­pro­si­łem.

- I co od­po­wie­dział?

- To, czego się po nim spo­dzie­wa­łem, a mia­no­wi­cie: "Oczy­wi­ście, Thor".

- A więc albo może so­bie na to po­zwo­lić, albo to ja­kieś pół­główki, co mają nam nad­ska­ki­wać.

- Ra­czej to pierw­sze. My­ślę, że może so­bie na to po­zwo­lić, bo tu­tej­sza po­li­cja działa bez za­rzutu.

- Mó­wi­łeś, że zna­lazł so­bie cie­płą po­sadkę.

- Nie, to ty tak mó­wi­łaś. Ja twier­dzę, przy­naj­mniej do czasu, aż wyj­dzie na jaw coś prze­ciw­nego, że Axel zna­lazł so­bie miej­sce, które do niego pa­suje. Nie za­uwa­ży­łaś tego?

- Czego?

Po­ma­chał wi­del­cem w stronę ulicy.

- Naj­więk­szą am­bi­cją Axela jest by­cie po­rząd­nym czło­wie­kiem. Szu­kał po­sady szefa w miej­scu, w któ­rym nie można wpaść w ta­ra­paty.

- I chce nam dać czte­rech lu­dzi?

- Tak po­wie­dział. Trak­tuje tę sprawę bar­dzo po­waż­nie. Na pewno nie bę­dziemy mu­sieli o nic wal­czyć. Zro­bił, co mógł, żeby prze­ka­zać nam tę ro­botę, i je­śli okaże się, że jego lu­dzie są w po­rządku, to wszystko bę­dzie się do­brze ukła­dać.

Spoj­rzał na ze­ga­rek.

- Ra­smus Lelbo?

- Tak jest. - Kiw­nęła głową.

Szpi­tal w Eg­strup po­ło­żony był w po­łu­dniowo-wschod­niej czę­ści mia­sta na końcu krót­kiej alei. Skła­dał się z dwóch bu­dyn­ków. Do sta­rego, trzy­kon­dy­gna­cyj­nego, sy­me­trycz­nego bu­dynku z czer­wo­nej ce­gły wień­czo­nego zie­loną ko­pułą do­bu­do­wano gi­gan­tyczny kom­pleks z sza­rego be­tonu. Ten za­byt­kowy, pe­łen uroku pro­win­cjo­nalny szpi­tal wy­glą­dał tak, jakby cier­piał na nie­ule­czalną cho­robę - agre­sywny be­to­nowy no­wo­twór.

- Gdy­bym była na­ukow­cem, na­pi­sa­ła­bym roz­prawę na te­mat po­stępu w me­dy­cy­nie od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­nego do po­stępu w ar­chi­tek­tu­rze - po­wie­działa Anita, gdy się do niego zbli­żali.

- Słu­cham? - za­py­tał Thor.

- Nic ta­kiego - od­parła.

- Nie wiem, do­kąd mamy się udać.

- W szpi­ta­lach to stan­dard. Nie­ważne, gdzie zo­sta­wimy sa­mo­chód.

Z par­kingu udali się do in­for­ma­cji za­py­tać, gdzie znaj­duje się Cen­trum Zdro­wia Psy­chicz­nego. Z holu w sta­rym bu­dynku przez szklane drzwi prze­szli do dłu­giego ko­ry­ta­rza w no­wym kom­plek­sie, na końcu któ­rego sta­nęli w holu z win­dami. Drogę wska­zy­wały róż­no­ko­lo­rowe pa­ski na pod­ło­dze. Wsie­dli do windy i wje­chali na trze­cie pię­tro. Po wyj­ściu zna­leźli się w du­żym biu­rze z okien­kiem, za któ­rym znaj­do­wało się po­miesz­cze­nie przy­po­mi­na­jące bi­blio­tekę z ka­na­pami, re­ga­łami i nie­wiel­kimi miej­scami prze­zna­czo­nymi na pracę.

Za okien­kiem sie­dział młody męż­czy­zna czy­ta­jący ja­kieś cza­so­pi­smo.

- Dzień do­bry, mie­li­śmy spo­tkać się z Ra­smu­sem Lelbo - oznaj­mił Thor.

- On słu­cha - po­wie­dział męż­czy­zna.

- To pan? - za­py­tał Thor.

Py­tany od­po­wie­dział ski­nie­niem głowy. Miał krót­kie rude włosy.

- Je­ste­śmy z po­li­cji.

- Wiem.

- Mam na imię Thor, a to moja ko­le­żanka, Anita.

Ra­smus spoj­rzał na nią i po­wie­dział:

- Dzień do­bry, pani Anito.

Kiw­nęła głową.

- Bę­dziemy roz­ma­wiać tu­taj? - spy­tał Thor.

- Je­śli cho­dzi o mnie, to mo­żemy. Pra­wie ni­kogo tu nie ma.

W głębi świe­tlicy sie­działa tylko jedna tęga dziew­czyna o kru­czo­czar­nych wło­sach, z bia­łymi słu­chaw­kami na uszach.

- Wczo­raj rano spo­tkało pana nie­przy­jemne prze­ży­cie przy Pa­wi­lo­nie Le­śnym. Czy mógłby nam pan o nim opo­wie­dzieć?

Ra­smus Lelbo od­chrząk­nął i za­czął mó­wić:

- Wsta­łem o siód­mej i wło­ży­łem strój do bie­ga­nia. Dzie­sięć mi­nut póź­niej wpi­sa­łem się na li­stę. Taki mamy obo­wią­zek. Wy­bie­głem na drogę i jak zwy­kle po­dą­ży­łem w kie­runku sta­rej alejki nad rzeczką Sna­dre. Prze­bie­głem trzy ty­siące sie­dem­set czter­dzie­ści dwa me­try aż do ulicy Ra­vne­bor­gvej. Za­jęło mi to osiem­na­ście mi­nut. Albo... tro­chę mniej. Osiem­na­ście mi­nut i pięt­na­ście se­kund. Za­wsze mie­rzę czas, kiedy do­bie­gam do znaku z na­zwą ulicy, i go do­ty­kam.

- OK. Co było po­tem?

- Po­bie­głem w kie­runku pół­noc­nym aż do Pa­wi­lonu Le­śnego.

- Czy za­wsze prze­mie­rza pan tę samą trasę? - za­py­tała Anita.

- Tak, tę samą, cho­ciaż cza­sami za­wra­cam już na Ra­vne­bor­gvej. To moja krótka trasa, sie­dem ty­sięcy czte­ry­sta osiem­dzie­siąt cztery me­try. A długa trasa pro­wa­dzi wo­kół pa­wi­lonu i stam­tąd bie­gnę z po­wro­tem.

Thor po­ki­wał głową.

- I co się wy­da­rzyło?

Lelbo po­dra­pał się w brodę.

- Ni­kogo nie wi­dzia­łem. Do­bie­głem do pa­wi­lonu i okrą­ży­łem go. No i zna­la­złem... to.

- A dla­czego obiega pan pa­wi­lon? - za­py­tała Anita. - Tam jest grzą­sko.

- Bo taką mam trasę - od­parł, pa­trząc na nią.

- OK.

- Co do­kład­nie pan zo­ba­czył, obie­ga­jąc pa­wi­lon?

- To, co za­wsze. Je­den wielki syf. Ale wy­glą­dało tak, jakby od dawna ni­kogo tam nie było, bo wi­dzia­łem te same śmieci. Na­gle na ziemi zo­ba­czy­łem czaszkę. Naj­pierw po­my­śla­łem, że to pęk­nięta piłka nożna. Biała, za­okrą­glona. Z bli­ska po­zna­łem jed­nak, że to czaszka.

- I co wtedy pan zro­bił?

- Za­dzwo­ni­łem do Mi­cha­ela.

- A kto to?

- Mój opie­kun.

- Co mu pan po­wie­dział?

- Że za Pa­wi­lo­nem Le­śnym zna­la­złem czaszkę. Do­kład­nie taką in­for­ma­cję mu prze­ka­za­łem.

- Na­tu­ral­nie. A co Mi­chael na to?

- Po­wie­dział, że­bym zo­stał na miej­scu, a on po­wia­domi po­li­cję. Po­sze­dłem na drugą stronę pa­wi­lonu, usia­dłem na scho­dach i cze­ka­łem. Po dwu­na­stu mi­nu­tach przy­je­chali po­li­cjanci, a po jesz­cze trzech Mi­chael.

- Bał się pan? - spy­tała Anita.

Ra­smus po­krę­cił głową i po­wie­dział:

- Nie. Ra­czej by­łem za­sko­czony.

- A jak czę­sto pan biega? - za­py­tał Thor.

- Przed­tem bie­głem ósmego czerwca. To był po­nie­dzia­łek.

- Wtedy czaszki jesz­cze nie było?

- Nie.

- To dość dawno temu - stwier­dził Thor. - Jak to moż­liwe, skoro tak bar­dzo lubi pan bie­gać?

- By­łem na wa­ka­cjach - od­parł Ra­smus, pa­trząc na niego.

- Wy­brał się pan w po­dróż?

- Osiem­na­stego czerwca po­je­cha­łem z tatą do Ma­roka. Wró­ci­li­śmy dru­giego sierp­nia.

- O! Ma­roko, mor­skie plaże...

- Nie - za­prze­czył Ra­smus. - Mój tata pi­sze książkę o rzym­skim am­fi­te­atrze na pu­styni. Po­ma­ga­łem mu.

- OK. A... wczo­raj ni­kogo pan nie za­uwa­żył koło pa­wi­lonu?

- Ani ży­wej du­szy.

Po chwili do­dał jesz­cze, uśmie­cha­jąc się:

- Chyba że czaszka ma du­szę.

W tej chwili po­de­szła do nich ko­bieta. Miała spięte brą­zowe włosy i czer­wone oku­lary.

- Dzień do­bry. Na­zy­wam się Mar­git An­der­sen i je­stem pe­da­gożką Ra­smusa. A pań­stwo... są z po­li­cji?

Przed­sta­wili się.

- Tak, to straszne, co wy­da­rzyło się przy pa­wi­lo­nie - przy­znała Mar­git. - Ra­smus wszystko wam zre­la­cjo­no­wał?

- Tak - od­parł Thor. - Ja­sno i pre­cy­zyj­nie.

- To do­brze - po­wie­działa z uśmie­chem.

Chwilę stali, a po­tem Thor zwró­cił się do Ra­smusa:

- Dzię­ku­jemy. Któ­re­goś dnia bę­dziemy mu­sieli spi­sać ze­zna­nie. Naj­pierw oczy­wi­ście za­dzwo­nimy.

- Jesz­cze jedna rzecz - wtrą­ciła Anita. - Zna pan to miej­sce znacz­nie le­piej od nas. Czy ma pan może ja­kieś przy­pusz­cze­nie, co mo­gło się tam wy­da­rzyć?

- Wy­daje mi się - oznaj­mił Ra­smus Lelbo - że wio­sną byli tam ja­cyś lu­dzie, bo za każ­dym ra­zem, jak tam by­łem, wy­glą­dało ina­czej. A po­tem tam jakby opu­sto­szało. Trudno so­bie jed­nak wy­obra­zić, co się z tą czaszką działo. Szcze­gól­nie jak nie wia­domo, do kogo na­le­żała.

- Ra­cja - przy­znała Anita.

- Z dru­giej jed­nak strony - do­dał - z czego pew­nie jako po­li­cjanci zda­je­cie so­bie sprawę, fakt, że czaszka zo­stała zna­le­ziona wła­śnie tam, nie­ko­niecz­nie musi mieć ja­kieś zna­cze­nie dla sprawy.

Ra­zem z Mar­git An­der­sen ze­szli na par­ter.

- Nie chciał­bym być wścib­ski - po­wie­dział Thor - ale czy mo­głaby pani nas oświe­cić, co do­lega Ra­smu­sowi? Wy­daje się bar­dzo... nor­malny.

- Jego ilo­raz in­te­li­gen­cji wy­nosi sto sie­dem­dzie­siąt we­dług sta­rej skali - oznaj­miła pe­da­gożka. - Cierpi na de­li­katny wa­riant ze­społu Asper­gera. Po­tocz­nie na­zywa się to au­ty­zmem wy­soko funk­cjo­nu­ją­cym.

- A co to zna­czy?

- Ra­smus jest nie­prze­cięt­nie in­te­li­gentny. Przede wszyst­kim ma zna­ko­mitą pa­mięć. Jest zor­ga­ni­zo­wany i punk­tu­alny. Bar­dzo uprzejmy. Jest także wraż­liwy, choć uważa się, że osoby z jego ze­spo­łem czę­sto ce­chuje brak em­pa­tii.

- Cze­goś tu nie ro­zu­miem - stwier­dził Thor. - Ni­gdy bym nie po­my­ślał, że ce­chy, które przed chwilą pani wy­mie­niła, mogą sta­no­wić pro­blem.

Spoj­rzała na niego.

- Ow­szem. Uprzej­mość oraz ta­kie bar­dzo dro­bia­zgowe po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści... to coś, czego wielu lu­dzi nie po­trafi po­jąć i róż­nie na to re­aguje.

- A może - po­wie­dział Thor, gdy po­now­nie zna­leźli się w holu - wpa­dli­by­śmy te­raz do Cla­rissy Spet­sas i za­py­tali ją, co udało się usta­lić? Wy­ko­rzy­stajmy to, że tu je­ste­śmy.

W in­for­ma­cji otrzy­mali nowe wska­zówki i po­now­nie udali się w głąb bu­dynku. Tym ra­zem po­dą­żyli ciem­no­bor­dową li­nią, która za­pro­wa­dziła ich do kilku wind. We­szli do jed­nej z nich i zje­chali na dół.

Pod zie­mią tego du­żego szpi­tala pa­no­wała cał­kiem inna at­mos­fera. Be­to­nowe ściany po­ma­lo­wane były na biało, pod su­fi­tem bie­gło mnó­stwo rur, ka­bli i szy­bów wen­ty­la­cyj­nych. Oświe­tle­nie było funk­cjo­nalne, ale świe­cące na fio­le­towo rurki flu­ore­scen­cyjne nada­wały pod­ziem­nemu ko­ry­ta­rzowi nie­po­ko­jącą at­mos­ferę. Wszę­dzie uno­sił się za­pach kam­fory i po­dob­nych do niej spe­cy­fi­ków.

Wszyst­kie drzwi były sze­ro­kie, z jed­nych z nich pa­dało na ko­ry­tarz świa­tło. Udali się w tym kie­runku.

Za szkla­nymi drzwiami wi­dać było wy­ka­fel­ko­waną pod­łogę i po­ma­lo­wane na biało ściany. Po­miesz­cze­nie oświe­tlały lampy ha­lo­ge­nowe umiesz­czone na prze­no­śnych sta­ty­wach. Na środku stała Cla­rissa Spet­sas z dwoma asy­sten­tami. Wszy­scy mieli na so­bie kom­bi­ne­zony ochronne i po­chy­lali się nad du­żym czar­nym bre­zen­tem, na któ­rym le­żało coś, co przy­po­mi­nało ko­lumnę ze zwar­tej gliny.

- Przy­szli­śmy tro­chę za wcze­śnie - oświad­czyła Anita.

- Tak - zgo­dził się z nią Thor. - Zo­stawmy ich w spo­koju. Nie­wiele mo­żemy te­raz zro­bić.

Ru­szyli z po­wro­tem, a kiedy po­now­nie zna­leźli się w ko­ry­ta­rzu, Thor usiadł na ławce, a Anita za­trzy­mała się i za­częła się mu przy­glą­dać.

- Co się stało? - za­py­tała.

- Nic - od­parł.

Usia­dła obok niego i chwy­ciła jego dłoń.

- Je­steś spo­cony - za­uwa­żyła. - Źle się czu­jesz?

Po­krę­cił głową.

- Za­raz mi przej­dzie.

Przez chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu, po czym Anita za­py­tała:

- Thor... czy mogę coś po­wie­dzieć?

Spoj­rzał na nią z lekko przy­mru­żo­nymi oczami.

- Tak, oczy­wi­ście.

- Wiem, że to nie przez tę piw­nicę.

- Co masz na my­śli?

- To, że po­czu­łeś się nie­swojo, ale nie z po­wodu tego, że by­li­śmy w piw­nicy.

- OK.

Znowu zła­pała go za dłoń.

- To to samo, co w pen­sjo­na­cie Fjal­tring Kro?

Spoj­rzał w dół i od­po­wie­dział:

- Tak.

- Po­wi­nie­neś mi o tym opo­wie­dzieć. Na­tu­ral­nie, je­śli po­tra­fisz.

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie wiem, czy po­tra­fię.

- Spró­buj.

- To z po­wodu... wieku, Anita.

- Wieku? Masz czter­dzie­ści pięć lat, Thor. Je­steś chory?

Za­prze­czył, krę­cąc głową.

- Nie, nie je­stem chory. Nie o to cho­dzi.

- To o co?

Za­mknął oczy, a po chwili znów je otwo­rzył.

- Od wtedy, po po­by­cie w Le­mvig, gdzie miesz­ka­li­śmy w tym pen­sjo­na­cie, zda­rzyło mi się to już trzy razy.

- Co ta­kiego?

- Wpa­dłem... wpa­dłem w ja­kąś nie­moc. Czu­łem się, jakby na­gle wszystko sta­nęło w miej­scu, i za­po­mi­na­łem, gdzie by­łem i po co. To straszne uczu­cie. Ja­kiś ro­dzaj lęku.

- Przed czym?

- Przed wszyst­kim.

- Wszyst­kim?

Kiw­nął głową.

- To taka dziwna mie­sza­nina do­znań. Jak­bym wie­dział, co ma na­stą­pić, bo za­wsze prze­cież jest tak samo. Z nie­wiel­kimi tylko róż­ni­cami. Zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy Elsę Skov. By­li­śmy w za­sa­dzie pewni, że sprawcą jest jej syn, i na­stęp­nego dnia mie­li­śmy z nim po­roz­ma­wiać. A ja mia­łem uczu­cie, że to zda­rzyło się już wcze­śniej.

Kiw­nęła głową.

- Bo na pewno tak było. Opóź­niony w roz­woju chło­pak za­bił swoją matkę, po czym wrzu­cił ją do sta­rej studni. Coś ta­kiego bez wąt­pie­nia wy­da­rzyło się w hi­sto­rii co naj­mniej ty­siąc razy, Thor.

- Ale nie o to mi cho­dzi. Czu­łem się tak, jak­bym to wła­śnie ja ba­dał tę sprawę wcze­śniej. Jak­bym to ja... a wła­ści­wie my by­śmy ro­bili pewne rze­czy au­to­ma­tycz­nie, dzięki czemu wy­ja­śni­li­by­śmy także tę sprawę. Jakby świat po pro­stu taki był.

- No bo tak to już jest.

- Tak, ale... czu­łem, że nie by­łem sobą. Do­słow­nie. Jak­bym przy­pa­try­wał się so­bie z ze­wnątrz. Kiedy uszczyp­ną­łem się w rękę, to pra­wie ni­czego nie po­czu­łem.

- Co wtedy zro­bi­łeś?

- Jak wró­ci­li­śmy, po­pro­si­łem o skie­ro­wa­nie do psy­chia­try, Mii Nor­den­hoff. By­łem u niej trzy razy i za­pi­sała mi leki.

- A co po­wie­działa?

- Że to po­czątki ze­społu stresu po­ura­zo­wego i że po­wi­nie­nem o sie­bie za­dbać. Przy­pusz­czal­nie nie tylko ja cier­pię na coś ta­kiego.

- Z po­wodu pracy?

Po­tak­nął.

- Tak. Zbyt dużo tru­pów i roz­mów z ludźmi, któ­rym wy­rzą­dzane są krzywdy. Po pro­stu za dużo ba­bra­nia się w gów­nie.

Przez chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu, które prze­rwała Anita:

- A nie za­pro­po­no­wała ci, że­byś wziął urlop? Albo że­byś za­jął się czymś in­nym?

- Nie. To rze­czy­wi­ście dość dziwne. Po­wie­działa, że jak lu­bię tę ro­botę, to da­lej po­wi­nie­nem ją wy­ko­ny­wać. Do­dała na­wet, że gdy­bym ro­bił coś in­nego, mo­głoby być jesz­cze go­rzej i mu­siał­bym pójść na rentę.

- Bo na po­waż­nie byś za­czął cier­pieć?

- Tak, coś w tym stylu.

- I przyj­mu­jesz leki?

- Tro­chę.

- Po­sta­no­wi­łeś więc po­zo­stać w za­wo­dzie.

- Tak, Anito. - Spoj­rzał na nią. - Chcia­łem zo­stać. Jak się nosi cięż­kie rze­czy, psuje się krę­go­słup. Od sie­dze­nia przed kom­pu­te­rem boli dupa, kark i ra­miona. No i oczy.

- Za­wsze czymś się płaci.

Ro­ze­śmiał się.

- Tak, masz ra­cję. Ale wiesz co? Gdy­bym prze­stał, wpadł­bym w de­pre­sję. Po­sze­dłem wy­zna­czoną ścieżką i mu­szę po­dą­żać nią da­lej. Ty zresztą też.

- Ow­szem. Tak ła­two się mnie nie po­zbę­dziesz.

- Mam na­dzieję, że nie.

- Ale długo zwle­ka­łeś z przy­zna­niem mi się do tego, że za­czy­nają się u cie­bie po­ja­wiać symp­tomy stresu po­ura­zo­wego.

- Jedną z two­ich do­brych cech jest to - po­wie­dział - że nie za­da­jesz py­tań.

Na chwilę za­pa­no­wała ci­sza, którą prze­rwała Anita:

- Chyba nie po­tra­fi­ła­bym współ­pra­co­wać z kimś in­nym niż ty, Thor.

Po­ca­ło­wała go w po­li­czek, po czym wstała i po­wie­działa:

- Chodź! Za­bierzmy się do ro­boty!

Po raz pierw­szy prze­kro­czyli gra­nicę po­mię­dzy ży­ciem za­wo­do­wym i pry­wat­nym w pen­sjo­na­cie Flal­tring Kro. Anita ni­gdy tego nie ża­ło­wała. Zbli­żyli się do sie­bie, lecz ich zwią­zek po­zo­stał ta­jem­nicą. Na po­czątku była to re­la­cja mię­dzy młodą po­li­cjantką i do­świad­czo­nym śled­czym, który był dla niej au­to­ry­te­tem. Im­po­no­wał jej i chciała się od niego uczyć za­wodu.

Tro­chę już o nim wie­działa. Był sa­motny, ale miał kie­dyś żonę. Dzieci nie miał. W wy­dziale po­wa­żano go, ale krą­żyła o nim opi­nia upar­tego gli­nia­rza, który lu­bił dzia­łać sa­mo­dziel­nie. W pracy ni­gdy nie szedł na kom­pro­mis i po­dą­żał za swoim in­stynk­tem. Scep­tycz­nie pod­cho­dził do in­ge­ren­cji zwierzch­ni­ków w jego dzia­ła­nia, dla­tego do­brze się ukła­dała współ­praca z Br?s­sne­rem, który da­wał mu wolną rękę. Thor po­tra­fił wy­cią­gać wnio­ski, a na­stęp­nie z że­la­zną wolą prze­cho­dził do dzia­ła­nia, przy czym za­wsze w dy­plo­ma­tyczny spo­sób. Ni­gdy nie po­słu­gi­wał się me­to­dami nie­zgod­nymi z pra­wem. Grał we­dług re­guł, z chę­cią słu­chał zda­nia in­nych, czy można było po­stą­pić ina­czej. Był po sta­ro­świecku skru­pu­latny i kie­ro­wał się bar­dziej in­tu­icją niż me­to­dami na­uko­wymi.

Cza­sami oka­zy­wał nie­cier­pli­wość, do któ­rej Anita mu­siała się przy­zwy­czaić. By­wał wów­czas nie­spra­wie­dliwy i mil­czący.

To, co się wy­da­rzyło w Fjal­tring Kro, nie było skut­kiem flirtu. Kiedy pierw­szy raz po­szli ze sobą do łóżka, oboje byli tym fak­tem za­sko­czeni. Pra­co­wali pod pre­sją czasu, była zima i pa­no­wały cięż­kie wa­runki. Za­uwa­żyła, że Thor nie jest w for­mie. Sprawa mor­der­stwa, nad którą pra­co­wali, de­ner­wo­wała go. Mieli po­dej­rza­nego, ale żad­nych do­wo­dów. Utknęli. Wie­dzieli, do­kąd mają do­trzeć, ale nie znali drogi.

Thor się roz­cho­ro­wał. Zła­pała go grypa i bar­dzo się sta­rał nie za­ra­zić Anity, ale cho­roba i tak ją do­pa­dła. Tamte dni spę­dzone w pen­sjo­na­cie w Za­chod­niej Ju­tlan­dii pa­mię­tała jak przez mgłę. Gdyby wy­ko­ny­wali ja­ką­kol­wiek inną pracę, po­szliby na cho­ro­bowe. Ale im udało się wtedy zgro­ma­dzić do­wody, dzięki któ­rym po­dej­rzany przy­znał się do po­peł­nie­nia mor­der­stwa. Jed­nego dnia byli ze sprawą w głę­bo­kim le­sie, a na­stęp­nego wszyst­kie karty były od­kryte. Ty­go­dnie pracy przy­nio­sły owoce w ciągu jed­nej go­dziny. Na­gle było po wszyst­kim.

Ostat­niego wie­czoru w pen­sjo­na­cie cho­roba roz­ło­żyła ich na ło­patki. Ale było coś jesz­cze. Nikt poza nimi nie wie­dział, że nie­wiele bra­ko­wało, a nie roz­wi­kła­liby tej sprawy, więc ulga, jaką od­czuli po po­zor­nie tylko gładko idą­cym do­cho­dze­niu, bar­dzo ich do sie­bie zbli­żyła. Ro­mans nie znisz­czył jed­nak ich re­la­cji za­wo­do­wych. Zresztą w ogóle o nich nie mó­wili. Anita do­brze za­cho­wała w pa­mięci ich roz­pa­lone ciała. Było im do­brze, ale oboje wie­dzieli, że będą mo­gli ze sobą sy­piać tylko pod wa­run­kiem, że nikt się o tym nie do­wie.

Ten zwią­zek zna­czył dla niej coś zu­peł­nie in­nego niż po­zo­stałe. Thor był od niej star­szy i wi­działa w nim men­tora. W tym sa­mym cza­sie miała chło­paka o imie­niu Adam, swo­jego ró­wie­śnika. Był am­bit­nym i za­pa­trzo­nym w sie­bie fo­to­gra­fem. Przez ja­kiś czas wy­da­wało się jej, że mo­głaby się z nim zwią­zać na stałe, a na­wet mieć dzieci. Ale on nie miał ta­kich pla­nów. Fa­scy­no­wała go jej praca i lu­bił ro­bić jej zdję­cia. Była dla niego po­li­cyjną ko­chanką. Nie ob­cho­dziła go rze­czy­wi­sta Anita, tylko jej ob­raz, który stwo­rzył so­bie w gło­wie. Ją na­to­miast mę­czyło to ar­ty­styczne fan­ta­zjo­wa­nie. Pew­nego razu byli na wy­sta­wie fo­to­gra­fii Ja­coba Holdta i za­fa­scy­no­wała go - a dość czę­sto coś go fa­scy­no­wało - ich es­te­tyka. Ale tam, gdzie Adam do­strze­gał sztukę, ona wi­działa tylko cy­niczną wy­stawę przed­sta­wia­jącą ludzką nie­dolę. Od­nio­sła wra­że­nie, że Adam żyje w in­nym świe­cie. Wy­stawa Ame­ry­kań­skie fo­to­gra­fie ko­ja­rzyła się jej wy­łącz­nie z biedą, brzyd­kim za­pa­chem i lę­kami, na­to­miast on znaj­do­wał same słowa uzna­nia dla umie­jęt­no­ści fo­to­grafa, który zdo­łał jego zda­niem zaj­rzeć do wnę­trza bied­nych lu­dzi.

Dla Anity, która już wtedy do­słow­nie zdą­żyła zaj­rzeć do wnę­trza nie­jed­nego czło­wieka, jego po­stawa była od­ra­ża­jąca.

Co Adam mógł wie­dzieć o tym, co dzieje się we wnę­trzu bie­da­ków?

Co chciał tam zna­leźć?

Wie­działa, że za­stygłby jak słup soli, gdyby zo­stał skon­fron­to­wany z jej rze­czy­wi­sto­ścią.

Oto dziecko, które zo­stało za­mę­czone na śmierć.

Zrób zdję­cie.

Po­sta­raj się o ar­ty­styczne uję­cie.

Uczyń z tego sztukę.

Być może uło­ży­łaby so­bie ja­koś ży­cie z Ada­mem, ale on ani nie chciał, ani nie po­tra­fił.

Bo i po co?

Był za­do­wo­lony z tego, że fa­scy­no­wała go ar­ty­styczna in­ter­pre­ta­cja cier­pie­nia i bólu. To jed­nak nie była bajka Anity.

Jej bajką był Thor. Nie po­cią­gały go zgrab­nie for­mu­ło­wane idee na te­mat tego, co w tym świe­cie jest fa­scy­nu­jące. Thor Bel­ling trzy­mał się re­aliów. Trzy­mał się jej. Był tro­skliwy, ale nie­za­leżny. Za­wsze od­da­wał się temu, co ro­bił. Nie miał czasu na czczą ga­da­ninę, choć nie raz za­sko­czył ją, gdy na­wet w sy­tu­acji z po­zoru bez­na­dziej­nej po­tra­fił po­wie­dzieć coś za­baw­nego. Nie oszczę­dzał się. Ni­gdy nie wy­rę­czał się in­nymi. Nie znała dru­giego ta­kiego czło­wieka, który miałby tak dużo sza­cunku do lu­dzi, na­wet do naj­gor­szych, naj­bar­dziej nie­czu­łych ty­pów spo­śród wielu tych, któ­rych schwy­tali. Thor nie miał z ni­kim oso­bi­stych za­tar­gów, z każ­dym po­tra­fił się do­ga­dać.

Gdy zo­stali ko­chan­kami, wciąż jesz­cze była z Ada­mem, a ni­gdy o nim Tho­rowi nie wspo­mniała. Ze­rwała z nim, krótko i ka­te­go­rycz­nie, po po­wro­cie z Za­chod­niej Ju­tlan­dii. Po­strze­gał ją jako twar­dego gli­nia­rza. Trudno.

Nie wie­działa, czy Thor kie­dy­kol­wiek my­ślał o tym, czy ich zwią­zek bę­dzie się roz­wi­jał. Ni­gdy o tym nie roz­ma­wiali. Po pro­stu gdy pro­wa­dzili ra­zem ja­kąś sprawę, sy­piali ze sobą. O wielu rze­czach nie roz­ma­wiali. O prze­szło­ści, ro­dzi­cach, mło­do­ści.

Od czasu do czasu chcia­łaby cze­goś wię­cej, a na­wet ma­rzyła o tym.

Mimo wszystko cie­szyła się z tego, co było.

Thor spra­wiał wra­że­nie, jakby czuł to samo.

Trzy­mała się motta swo­jego ojca: nie na­pra­wiaj tego, co nie jest ze­psute.

Ach, ten seks, po­my­ślała so­bie. Jak się ma do­brego part­nera w łóżku, to ma się szczę­ście.

Wró­cili do ho­telu i każde z nich po­szło do swo­jego po­koju. Thor ro­ze­brał się i spoj­rzał na ze­ga­rek. Było dzie­sięć po pią­tej, ale słońca w na­grza­nym po­koju już nie było. Za­sło­nił okno i w majt­kach po­ło­żył się na łóżku. Po chwili przy­szła Anita. Miała na so­bie ten sam szla­frok, co w pen­sjo­na­cie Fjal­tring Kro. Wtedy nie mó­wił zbyt dużo, po­nie­waż nie miał pew­no­ści, lecz tylko prze­czu­cie tego, że coś w jego ży­ciu się zmie­nia.

Po­ło­żyła się obok niego i po­wie­działa:

- Po­ca­łuj mnie.

- Skoro tego pra­gniesz.

- Ni­czego nie pra­gnę bar­dziej.

- Oprócz wy­ja­śnie­nia śledz­twa.

- Jedno nie wy­klu­cza dru­giego. Kto wie, może wła­śnie to jest po­trzebne do jego roz­wią­za­nia.

- To coś no­wego - stwier­dził, zbli­ża­jąc usta do jej twa­rzy. - Seks ko­le­żeń­ski pod­wyż­sza pro­cent wy­ja­śnio­nych spraw.

- Taką mam teo­rię - po­wie­działa i po­ło­żyła dłoń na jego piersi.

- Prze­dys­ku­tu­jemy ją czy wy­pró­bu­jemy?

- Na­wet nie wiem, czy mogą nas za to zwol­nić - oświad­czył. - Ty wiesz?

- Nikt prze­cież o nas nie wie.

Wpa­try­wał się w su­fit.

- Czy po­my­lił­bym się, gdy­bym stwier­dził, że i tak by­śmy to zro­bili, gdy­by­śmy spo­tkali się w in­nych oko­licz­no­ściach?

- Ni­gdy by­śmy się nie spo­tkali, gdy­by­śmy nie byli gli­nami - od­parła.

- Wiesz, o co mi cho­dzi.

- A kogo to ob­cho­dzi? Br?s­snera? Nikt ni­czego nie do­cieka.

- Pew­nie masz ra­cję.

- Ja nie mam chło­paka, ty też z ni­kim nie je­steś. Jak je­ste­śmy w Ko­pen­ha­dze, to nie spo­ty­kamy się pry­wat­nie.

- Po­mimo tego, że cza­sami któ­reś z nas ma na to ochotę.

- Wła­śnie to mam na my­śli.

Le­żeli z twa­rzami bli­sko sie­bie.

- Tak jest nam do­brze, Thor - po­wie­działa po chwili Anita. - Nie myśl o tym zbyt dużo. Ale po­wiedz mi, jak nie bę­dziesz już tak chciał. Ro­bimy rze­czy, na które nikt nie ma ochoty i o któ­rych więk­szość lu­dzi nie ma po­ję­cia. Co złego w tym, że po pracy tro­chę się do sie­bie przy­tu­lamy?

- Tak na­prawdę to ko­cham cię od za­wsze, Anito. Na­wet za­nim cię po­zna­łem, to cię ko­cha­łem.

Po­ca­ło­wała go.

- Wiem, o co ci cho­dzi.

Wstała i wzdry­gnęła się. Za­uwa­żyła, że spo­glą­dał na jej ty­łek, więc po­krę­ciła nim tro­chę.

- Do­brze wie­dzieć - do­dała.

Gdy Anita była pod prysz­ni­cem, za­dzwo­niła ko­mórka Thora.

- Mówi Axel - zgło­sił się ko­men­dant. - Cla­rissa ma na­prawdę pa­skudną ro­botę, Thor.

- Tak, by­li­śmy u niej nie­dawno, ale nie chcie­li­śmy prze­szka­dzać. Za chwilę znów tam po­je­dziemy.

- Za­dzwo­niła do mnie i po­wie­działa, że to męż­czy­zna. Wy­soki. Po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt.

- OK. Po­dała może przy­czynę zgonu?

- Nie.

Na chwilę za­pa­no­wała ci­sza, którą prze­rwał Thor:

- A więc mamy dry­blasa.

- Tak. Być może na­wet go zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy.

- Ależ tempo - po­chwa­lił Thor i usiadł.

- Tak, ale nie ma w tym nic nad­zwy­czaj­nego. Dwa mie­siące temu za­gi­nął męż­czy­zna.

- Do­my­ślam się, że był wy­soki.

- Tak, metr dzie­więć­dzie­siąt dwa.

- Nie­źle - oznaj­mił Thor. - Są­dzę...

- Jan Nie­lsen, lat czter­dzie­ści sie­dem. Na­uczy­ciel li­ceum. Za­gi­nął je­de­na­stego czerwca. Po­szedł bie­gać i nie wró­cił do domu.

- Bę­dziemy za nie­całą go­dzinę - oświad­czył Thor.

Anita wy­szła z ła­zienki.

- Wy­gląda na to, że twoja teo­ria się spraw­dza - oznaj­mił.

Rzu­ciła na pod­łogę mo­kry ręcz­nik, dzięki czumu mógł spoj­rzeć na jej na­gie ciało.

- Wie­dzia­łam.

- Że się spraw­dza?

Po­sta­wiła stopę na łóżku.

- Jak mó­wi­łeś? Że kiedy tam bę­dziemy?

- Za ja­kąś go­dzinę.

Przy­glą­dała mu się.

- To może zdą­żymy jesz­cze raz?

- Nie wiem, czy...

- Po­myśl - po­wie­działa, rzu­ca­jąc się na łóżko obok niego. - Je­śli te­raz zro­bimy to jesz­cze raz, to może roz­wiążą ten baj­zel, za­nim tam do­je­dziemy.

- Ale nie je­stem pe­wien, czy...

- Za dużo my­ślisz o teo­rii. Li­czy się prak­tyka.

- Aha, prak­tyka...

Po­ło­żyła się tak bli­sko, by po­czuł jej mo­kre piersi. Wy­po­wie­działa kilka słów tuż przy jego twa­rzy i po chwili ro­bili to jesz­cze raz.

_______________

* Mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści w Da­nii od 23.02.2010 do 3.10.2011.

Roz­dział 4

- Ciężko było to wszystko po­od­dzie­lać od sie­bie - oświad­czyła Cla­rissa Spet­sas. - Zie­mia mocno do niego przy­le­gała. Chce­cie zo­ba­czyć?

Ro­zej­rzała się wo­kół. Sie­dzieli przy stole w po­miesz­cze­niu znaj­du­ją­cym się obok sali sek­cyj­nej, ko­men­dant, Thor i Anita.

- Nie, nie te­raz - od­po­wie­działa Anita. - Ale chcie­li­by­śmy usły­szeć twoje wnio­ski.

Pa­to­lożka kiw­nęła głową i zer­k­nęła do swo­ich no­ta­tek.

- Czaszka jest pra­wie cał­kiem ogo­ło­cona. Od szyi w dół ciało za­cho­wało się w sto­sun­kowo do­brym sta­nie. Na ra­zie nie wi­dać żad­nych śla­dów prze­mocy. Za­nim zaj­rzę do środka, mi­nie sporo czasu, a tok­sy­ko­lo­gia po­trwa jesz­cze dłu­żej. Męż­czy­zna, metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu. Ubrany w po­ma­rań­czowy T-shirt z ja­kiejś tka­niny prze­pusz­cza­ją­cej po­wie­trze, bok­serki, spodenki, skar­pety i szare buty do bie­ga­nia marki New Ba­lance.

Axel Wen­dt­ner spoj­rzał do swo­ich pa­pie­rów.

- To Jan Nie­lsen - oznaj­mił. - Wzrost pa­suje. Ubra­nie też. To on.

- Dzi­waczny spo­sób umiesz­cze­nia zwłok - wtrą­cił Thor.

- O ile były to zwłoki - po­wie­działa Cla­rissa.

- Co masz na my­śli?

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Je­śli bije się czło­wieka do nie­przy­tom­no­ści albo upija go w sztok, a po­tem wci­ska się go do dziury z ra­mio­nami przy ciele, ukle­puje się wo­kół niego zie­mię, żeby wy­sta­wała tylko głowa, to on kie­dyś i tak umrze, je­żeli nikt nie bę­dzie prze­cho­dził w po­bliżu i go nie wy­cią­gnie.

- Wła­śnie o to mi cho­dziło - po­wie­dział Thor. - Czy mo­gło tak być?

- Tak - po­twier­dziła. - Na ra­zie nic temu nie prze­czy.

- To do­prawdy nie­spo­ty­kane - sko­men­to­wał Thor, dra­piąc się w brodę.

- I pry­mi­tywne - do­dała Anita.

- Ale pro­ste - stwier­dziła Cla­rissa. - To w rze­czy­wi­sto­ści pew­nego ro­dzaju unie­ru­cho­mie­nie. Po­dobne tro­chę do za­mu­ro­wa­nia żyw­cem.

- Czy to jed­nak jest mor­der­stwo? - za­py­tał ko­men­dant. - To zna­czy, czy wiemy, że to mor­der­stwo?

- Nie. - Po­krę­ciła głową.

- A co in­nego mo­głoby to być?

- Nie­szczę­śliwy wy­pa­dek. Forma ja­kie­goś eks­pe­ry­mentu, który się nie po­wiódł. Za­kład. Żart.

- Pójdźmy da­lej - po­wie­działa Anita. - Nie­za­leż­nie od tego, co to było, skoń­czyło się wła­śnie tak. Axel?

Axel Wen­dt­ner prze­rzu­cił kartkę w le­żą­cej przed nim teczce.

- Jan Nie­lsen, lat czter­dzie­ści sie­dem, na­uczy­ciel w li­ceum w Eg­strup, żo­naty, bez­dzietny, za­miesz­kały na ulicy Fyr­re­bak­ken. Za­gi­nął je­de­na­stego czerwca póź­nym po­po­łu­dniem. We­dług ze­zna­nia żony opu­ścił dom tro­chę po go­dzi­nie sie­dem­na­stej, żeby po­biec tą samą co za­wsze trasą, naj­pierw w kie­runku lasu, na­stęp­nie wzdłuż wznie­sie­nia, po­tem naj­ni­żej po­ło­żoną ścieżką wzdłuż ulicy Bak­ke­dam­men, a stam­tąd do domu. Trasa ta two­rzy pro­sto­kąt, łącz­nie około czte­rech ki­lo­me­trów. Tym ra­zem nie wró­cił jed­nak do domu. Jego żona Su­sanne za­dzwo­niła do dy­żur­nego po­li­cjanta około dwu­dzie­stej trze­ciej w pią­tek wie­czo­rem. Przed­tem dzwo­niła do wszyst­kich, któ­rzy przy­szli jej do głowy. Wy­dzwa­niała też na ko­mórkę Jana, ale nie od­bie­rał.

Thor na­lał so­bie kawy ze sto­ją­cego na stole nie­bie­skiego ter­mosu.

- W so­botę - kon­ty­nu­ował ko­men­dant - wsz­częte zo­stały po­szu­ki­wa­nia. Je­den z jego ko­le­gów, Al­lan Hebs­dorf, ze­brał grupę po­szu­ki­waw­czą skła­da­jącą się z uczniów, ko­le­gów i ochot­ni­ków. Cho­dzili po obu stro­nach trasy Jana, ale ni­czego nie zna­leźli.

- Jaka jest od­le­głość od trasy do Pa­wi­lonu Le­śnego? - za­py­tała Anita.

Ko­men­dant po­now­nie prze­kart­ko­wał swoje no­tatki i wy­jął mapę.

- Nie jest zbyt wy­raźna - po­wie­dział, wska­zu­jąc pal­cem - ale daje ja­kieś wy­obra­że­nie. Jego trasa to pro­sto­kąt we wschod­niej czę­ści lasu. Jan bie­gał na pół­noc w kie­runku lasu, po­tem wzdłuż wznie­sie­nia na za­chód, gdzie do­bie­gał do ścieżki le­śnej pro­wa­dzą­cej na po­łu­dnie do ob­szaru, który na­zy­wamy Dol­nym Ko­łem Le­śnym, o tu­taj. Gdy do­bie­gał do tego Koła, skrę­cał za­zwy­czaj w lewo, czyli w kie­runku domu. Tu jest Fyr­re­bak­ken. Gdyby za­miast tego po­biegł w prawo, to przez Dolne Koło Le­śne do­tarłby do Ra­vne­bor­gvej. Po dru­giej stro­nie ulicy ścieżka zmie­nia się w drogę pro­wa­dzącą do Pa­wi­lonu Le­śnego.

- Tak, wi­dzie­li­śmy koń­czącą się ścieżkę, ja­dąc do pa­wi­lonu - po­wie­działa Anita.

- Ra­vne­bor­gvej dzieli las na dwie po­łowy - mó­wił da­lej Axel. - Po­szu­ki­wa­nia z uży­ciem psów ogra­ni­czały się do wschod­niej czę­ści lasu. Naj­bli­żej od trasy Jana do pa­wi­lonu jest miej­sce znaj­du­jące się tam, gdzie prze­sta­wał biec wzdłuż wznie­sie­nia. Od­le­głość wy­nosi tam około ki­lo­me­tra.

- To nie­da­leko - wtrą­cił Thor - ale być może nie ma to żad­nego zna­cze­nia. Ofiara za­gi­nęła póź­nym po­po­łu­dniem krótko przed nocą świę­to­jań­ską. Było ja­sno. Nie­za­leż­nie od tego, w jaki spo­sób zna­lazł się obok Pa­wi­lonu Le­śnego, mu­siał przed­tem być także w in­nych miej­scach.

- W jaki spo­sób pro­wa­dzi­li­ście po­szu­ki­wa­nia? - za­py­tała Anita.

- Psy, obrona cy­wilna, prze­słu­cha­nia. Ochot­nicy.

- Ja­kie mie­li­ście hi­po­tezy?

- Były trzy. Albo coś mu się stało pod­czas bie­ga­nia i upadł. Albo za­pla­no­wał znik­nię­cie. A ostat­nią moż­li­wo­ścią, jaką za­kła­da­li­śmy, było prze­stęp­stwo. Że ktoś na­padł go na tra­sie, upro­wa­dził, a po­tem gdzieś wy­wiózł. Po­szu­ki­wa­nia nie przy­nio­sły żad­nych re­zul­ta­tów. Zro­bi­łem wszystko, co było w mo­jej mocy, sam prze­ana­li­zo­wa­łem wszyst­kie ra­porty z prze­słu­chań. Ale nikt, kto znał Jana i jego żonę, nie po­wie­dział ni­czego, co choć tro­chę wska­zy­wa­łoby na to, że mo­gło dojść do prze­stęp­stwa.

- A po­nie­waż go nie zna­leź­li­ście, to za­ło­ży­li­ście, że za jego znik­nię­ciem nie stoi osoba trze­cia? - za­py­tał Thor.

Ko­men­dant po­tak­nął.

- Wiesz, że nie da się szu­kać w nie­skoń­czo­ność. Hebs­dorf nie da­wał za wy­graną, po­szu­ki­wał da­lej, sam albo z uczniami Jana. Ani po­szu­ki­wa­nia In­ter­polu, ani na­sze kra­jowe nie przy­nio­sły żad­nych re­zul­ta­tów. Te­raz wiemy dla­czego.

- Czy je­ste­śmy pewni na sto pro­cent, że iden­ty­fi­ka­cja jest wła­ściwa? - za­py­tała Anita.

- Ubiór i wzrost się zga­dzają - od­parła Cla­rissa.

- No cóż - wtrą­cił Thor. - Naj­pierw Anita i ja mu­simy po­roz­ma­wiać z żoną ofiary. Su­sanne, tak?

Axel kiw­nął głową.

- Jest gdzieś za­trud­niona?

- Ona także jest na­uczy­cielką, w tym sa­mym li­ceum zresztą.

- No to je­dziemy do niej - oznaj­mił Thor. - Może uda nam się ją prze­słu­chać jesz­cze dzi­siaj, a może nie. W każ­dym ra­zie ju­tro chcie­li­by­śmy spo­tkać się z ca­łym ze­spo­łem ko­mendy. Na­tu­ral­nie do­brze by było, gdyby wszy­scy za­zna­jo­mili się ze sprawą.

- Nie ma pro­blemu - po­wie­dział ko­men­dant. - Kiedy za­gi­nął Jan, wszy­scy brali udział w po­szu­ki­wa­niach.

- To świet­nie. Czy jest jesz­cze coś, o czym po­win­ni­śmy wie­dzieć?

- Może jedna rzecz. Jan Nie­lsen miał przy­do­mek. Na­zy­wano go Piękny Jan. Głów­nie w szkole, ale w mie­ście też. Gdy za­gi­nął, pi­sano tak o nim rów­nież w ga­ze­cie.

- Piękny Jan? - upew­niła się Anita. - Fak­tycz­nie był piękny?

Axel Wen­dt­ner wzru­szył ra­mio­nami.

- Ow­szem, był wy­so­kim, przy­stoj­nym fa­ce­tem.

- Ale Piękny Jan wcale nie jest jed­no­znacz­nym okre­śle­niem, Axel - za­uwa­żył Thor.

- Co masz na my­śli? - za­py­tał ko­men­dant.

- To, że ta­kie przy­domki czę­sto za­wie­rają w so­bie pewną dozę iro­nii czy dwu­znacz­no­ści.

Axel spoj­rzał na niego.

- Za­wsze od­no­si­łem wra­że­nie, że był kimś w ro­dzaju bo­ha­tera, ro­zu­miesz. Młody, po­pu­larny na­uczy­ciel.

- Idol mło­dzieży - do­dała Anita.

- Można tak po­wie­dzieć - po­twier­dził Axel, ki­wa­jąc głową.

- Te­raz wiemy jed­nak - wtrą­cił się Thor - że nie każdy miał o nim ta­kie zda­nie. Za­sta­na­wia­li­ście się może nad tym przy­dom­kiem, kiedy go szu­ka­li­ście?

- Nie wiem, po co mie­li­by­śmy się nad tym za­sta­na­wiać - od­parł ko­men­dant. - Po pro­stu mó­wili na niego Piękny Jan. Jak ja cho­dzi­łem do szkoły, to mie­li­śmy ta­kiego, któ­rego na­zy­wa­li­śmy Gruby Gorm. Bo był gruby i nikt się nad tym szcze­gól­nie nie za­sta­na­wiał. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie był Gru­bym Gor­mem.

Kiedy je­chali na ulicę Fyr­re­bak­ken na pół­nocno-wschod­nim przed­mie­ściu, niebo nad Eg­strup zro­biło się tur­ku­sowe.

- Jak to było z tym Ra­smu­sem Lelbo? - za­częła roz­mowę Anita. - Mar­git An­der­sen mó­wiła coś o jego IQ.

- Sto sie­dem­dzie­siąt - przy­po­mniał Thor. - Wy­soce in­te­li­gentny.

- Jak my­ślisz, czy Axel Wen­dt­ner zna­la­złby się gdzieś na tej skali?

- Zbyt wy­soko to pew­nie nie.

- Dia­bel­nie rzadko można spo­tkać ko­goś, kto ma współ­czyn­nik po­dobny do niego.

- Ja nie są­dzę, żeby Axel był głupi.

- To jak byś to na­zwał?

- Nie wiem. Bez wy­obraźni?

- Spra­wiał wra­że­nie, jakby kom­plet­nie so­bie nie ra­dził pod­czas po­szu­ki­wań, bo nie przy­nio­sły one żad­nych kon­struk­tyw­nych efek­tów. Nie od­krył żad­nego śladu i nie zdo­był żad­nej przy­dat­nej in­for­ma­cji.

- Spójrz na to od ja­śniej­szej strony, Anito. Ju­tro za­czy­namy od nowa. Być może lu­dzie Axela będą mieli coś wię­cej do po­wie­dze­nia.

- Jak po­zna­łam szefa, to nie spo­dzie­wam się zbyt wiele po resz­cie.

- A po­myśl o Br?s­sne­rze i o nas.

Za­sta­no­wiła się przez chwilę.

- No, OK - przy­znała.

Ulica Fyr­re­bak­ken wzno­siła się nieco w stronę lasu. Wy­sie­dli i uj­rzeli kon­tury drzew na wznie­sie­niu. Była to ci­cha, ślepa uliczka.

- Ja czy ty? - za­py­tała Anita.

- Ty. Chyba le­piej bę­dzie, jak ko­bieta po­roz­ma­wia z drugą ko­bietą.

- OK.

Prze­szli przez wjazd i po­pa­trzyli na ota­cza­jące dom drzewa. W jed­nym rogu po­se­sji stała beczka z wodą po­łą­czona z rynną. Na mu­rze obok drzwi wej­ścio­wych umo­co­wana była mie­dziana lampa.

Anita za­dzwo­niła i w przed­po­koju roz­le­gły się dźwięki Big Bena.

- Czyżby na­uczy­cielka an­giel­skiego? - sko­men­to­wał po ci­chu Thor.

Za ma­to­wymi szkla­nymi drzwiami za­pa­liło się świa­tło i otwo­rzyły się drzwi.

- Dzień do­bry, na­zy­wam się Anita Hvid, a to mój ko­lega Thor Bel­ling. Je­ste­śmy z po­li­cji. Czy pani Su­sanne Nie­lsen?

- Tak - po­twier­dziła sto­jąca w drzwiach ko­bieta.

- Mo­żemy wejść?

Drzwi zo­stały otwarte na oścież.

Już w przed­po­koju Anita za­częła się uspra­wie­dli­wiać:

- Prze­pra­szam, że przy­cho­dzimy bez uprze­dze­nia, ale przy­by­li­śmy, żeby po­wia­do­mić pa­nią, że dzi­siaj rano zna­le­zione zo­stały zwłoki pani męża Jana.

Thor przy­glą­dał się ko­bie­cie. Była ni­ska i nie miała żad­nych zna­ków szcze­gól­nych. Siwe włosy ścięte na pa­zia tro­chę ją od­mła­dzały i można było po­my­śleć, że Su­sanne Nie­lsen ni­gdy nie zmie­niła fry­zury. Spoj­rzała na nich i za­mru­gała kilka razy.

- A więc nie żyje.

- Tak.

- Jak? Gdzie zo­stał zna­le­ziony?

- Wła­śnie o tym chcie­li­by­śmy z pa­nią po­roz­ma­wiać, ale naj­le­piej by było, gdy­by­śmy gdzieś usie­dli.

Su­sanne za­pro­siła ich da­lej i we­szli do no­wo­cze­snego, wy­re­mon­to­wa­nego sa­lonu z wiel­kimi oknami wy­cho­dzą­cymi na ogród. Na pod­ło­dze le­żał par­kiet. Me­ble ku­chenne były nowe, a na bia­łym stole stał kom­pu­ter. Z wy­so­kiego su­fitu zwi­sała duża okrą­gła lampa.

Su­sanne Nie­lsen po­de­szła do szafki ku­chen­nej, wzięła dzba­nek elek­tryczny i na­peł­niła go wodą. Sta­wia­jąc go na pod­stawce, za­py­tała:

- Na­piją się pań­stwo her­baty?

Nie pła­kała. W sa­lo­nie pa­no­wała ci­sza. Na pa­ra­pe­cie pa­liły się świece. Wszę­dzie było po­sprzą­tane. Thor po­my­ślał so­bie o in­nych wi­zy­tach po­dob­nych do tej, kiedy wcho­dził do do­mów, w któ­rych nikt z do­mow­ni­ków nie miał sił na ro­bie­nie po­rząd­ków. Za­ba­ła­ga­nione po­koje dzie­cinne, nie­po­ście­lone łóżka, nie­po­myte na­czy­nia i brudne ubra­nia były ty­pową oznaką tego, że czło­nek ro­dziny prze­padł bez śladu lub zgi­nął na­głą śmier­cią. Tu­taj na­to­miast pa­no­wały ład i ci­sza. Wy­obra­ził so­bie, że wła­śnie prze­szko­dzili jej w spraw­dza­niu prac do­mo­wych uczniów.

Anita usia­dła przy stole i za­częła mó­wić:

- Wczo­raj rano pani mąż zo­stał zna­le­ziony przez bie­ga­cza. Był za­ko­pany za Pa­wi­lo­nem Le­śnym. Nie żył od dłuż­szego czasu, naj­praw­do­po­dob­niej zgon na­stą­pił krótko po tym, jak za­gi­nął.

- Przez bie­ga­cza - po­wtó­rzyła Su­sanne.

Pa­trzyła na nich. Thor zwró­cił uwagę na jej re­ak­cję na tę wia­do­mość. Pa­no­wała nad sobą. Była go­towa na od­po­wia­da­nie na py­ta­nia. Dla­tego po­wie­dział:

- Wiemy, na­tu­ral­nie, że ma pani za sobą cięż­kie mie­siące. Mu­szę jed­nak do­dać, że pani mąż zo­stał naj­praw­do­po­dob­niej za­mor­do­wany. Dla­tego mu­simy za­dać pani kilka py­tań. Do­brze by było, gdyby mo­gła nam pani na nie od­po­wie­dzieć.

Po­ki­wała lekko głową.

- Tak. Li­czy­łam się z tym, że Jan nie żyje. Dla­tego nie pła­czę.

Po­tak­nął ze zro­zu­mie­niem.

- Chcie­li­by­śmy się do­wie­dzieć, czy przy­cho­dzi pani może na myśl ktoś, kto mógłby go za­bić.

Wzięła głę­boki od­dech, za­gry­zła dolną wargę i wy­pu­ściła po­wie­trze.

- Dwa mie­siące - po­wie­działa. - Za­sta­na­wiam się nad tym od dwóch mie­sięcy.

- A więc rze­czy­wi­ście są­dziła pani, że mąż nie żyje? - upew­niała się Anita.

- Tak - od­parła, ki­wa­jąc głową.

- A dla­czego?

- Cho­dzi o spo­sób, w jaki za­gi­nął. Stał tam, w przed­po­koju, i po­wie­dział: "Idę po­bie­gać". Za­wsze tak mó­wił. Brzmiało to... tak zwy­czaj­nie. Po­zna­łam po jego gło­sie, że za­mie­rza wró­cić za ja­kieś pół go­dziny i pójść pod prysz­nic.

- OK.

- Ale nie wró­cił. Po­tem go szu­kali. Czy ra­czej my go szu­ka­li­śmy. Przez całe lato tam­tędy cho­dzi­łam. Wo­ła­łam go.

- A nie przy­szło pani do głowy, że chciał pa­nią opu­ścić, do­kądś wy­je­chać?

Za­prze­czyła ru­chem głowy.

- Nie... To zna­czy... gdyby już miał to zro­bić, to na pewno nie w taki spo­sób. Po­wie­działby mi, gdyby rze­czy­wi­ście chciał mnie zo­sta­wić.

- Od kiedy my­ślała pani, że mąż nie żyje? - za­py­tał Thor.

Upiła her­baty. Po­sta­wiła na stole trzy cien­kie nie­bie­skie fi­li­żanki bez spodków. Ostroż­nie od­sta­wiła swoją na biały blat.

- Jak tylko nie udało się go zna­leźć. Wy­szedł po pro­stu drzwiami, w czym nie było ni­czego dziw­nego. I za­gi­nął. Kiedy po­szu­ki­wa­nia... sta­wały się co­raz mniej in­ten­sywne, po­my­śla­łam, że nie żyje.

- A czy od razu są­dziła pani, że zo­stał za­mor­do­wany?

- Ow­szem - od­parła. - Wszystko na to wska­zy­wało. On nie... uciekł. Na pewno ni­g­dzie się nie prze­wró­cił. Nie po­zo­sta­wała żadna inna moż­li­wość.

Po­pa­trzyła na nich, a Thor po­czuł wtedy współ­czu­cie.

- Do­brze było wam ra­zem? - za­py­tała Anita.

Su­sanne wy­pro­sto­wała się, spoj­rzała na nią i od­po­wie­działa krótko:

- Tak...

- Przy­kro mi, że mu­szę py­tać o ta­kie rze­czy, ale czy pani mąż mógł mieć w ostat­nich la­tach zwią­zek z kimś in­nym?

- Nie...

Thor za­uwa­żył, że to py­ta­nie po­ru­szyło Su­sanne.

- Nie - od­parła. - Ow­szem, był lu­biany. Szcze­gól­nie w szkole. Za­równo wśród uczniów, jak i na­uczy­cieli. Ale do­brze było nam ra­zem. Wciąż jesz­cze... cho­dzi­li­śmy ze sobą do łóżka, je­śli o to panu cho­dzi.

- Wiem, że za­daję in­tymne py­ta­nia, ale mu­simy do­wie­dzieć się jak naj­wię­cej, je­żeli mamy zna­leźć za­bójcę pani męża.

- Tak, ro­zu­miem.

- A więc ni­kogo in­nego nie miał?

- Nie. - Po­trzą­snęła głową. - O ni­kim mi nie opo­wia­dał, a gdyby po­ta­jem­nie spo­ty­kał się z ja­kąś ko­bietą, to są­dzę, że za­uwa­ży­ła­bym to.

- Czy ktoś mógł chcieć go za­bić? - za­py­tała Anita.

Su­sanne za­śmiała się lekko i wy­pu­ściła no­sem po­wie­trze.

- Naj­wy­raź­niej ktoś mógł i to zro­bił. Co jed­nak dziwne... nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo się nad tym za­sta­na­wia­łam, to nikt kon­kretny nie przy­cho­dził mi do głowy. Jan miał tylko przy­ja­ciół. Tak są­dzi­łam.

Thor spo­strzegł, że dwa ostat­nie słowa spra­wiły jej ból i stra­ciła pa­no­wa­nie nad sobą.

Oparła dło­nie o stół i roz­pła­kała się.

Udało im się ją na­mó­wić, by za­dzwo­niła do jed­nej ze swo­ich ko­le­ża­nek, Mony Fribo, która obie­cała do niej do­łą­czyć za­raz po wyj­ściu po­li­cji. Dali jej nu­mery swo­ich ko­mó­rek i po­wie­dzieli, że od­wie­dzą ją po­now­nie.

Na ścia­nie obok przed­po­koju wi­siała ta­blica kor­kowa z przy­piętą dużą fo­to­gra­fią.

- Czy to pani mąż? - za­py­tał Thor.

- Tak, to ja i Jan - od­parła. - Ze­szłego lata.

Zdję­cie zo­stało zro­bione na traw­niku. Za parą wi­doczny były ka­jak le­żący na dwóch pla­sti­ko­wych skrzy­niach. Su­sanne miała na so­bie szorty i krótką ko­szulkę bez rę­ka­wów, a na twa­rzy oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Jan był co naj­mniej o głowę od niej wyż­szy, miał dość dłu­gie włosy. Ubrany był w po­gnie­cioną, białą ko­szulę. We­dług Thora przy­po­mi­nał po­dróż­nika i pi­sa­rza Tro­elsa Kl?ve­dala.

Gdy wra­cali do ho­telu, Anita po­wie­działa:

- Bez nie­spo­dzia­nek.

- To prawda.

- Ni­czego szcze­gól­nego nie za­uwa­ży­łam. Żad­nych dziw­nych re­ak­cji, żad­nych przy­go­to­wa­nych wcze­śniej od­po­wie­dzi, żad­nych uni­ków.

- Jan miał tylko przy­ja­ciół.

- A ty co za­uwa­ży­łeś? - za­py­tała.

- Pełna kon­trola. Opa­no­wa­nie. Za­dbany dom. Nie było wi­dać naj­mniej­szego śladu kry­zysu oso­bi­stego. Żad­nych oznak spo­ży­wa­nia al­ko­holu czy le­ków. Miła, ra­cjo­nal­nie my­śląca, ko­mu­ni­ka­tywna na­uczy­cielka. Nic po­dej­rza­nego w za­cho­wa­niu. Do­brze sy­tu­owana i wy­kształ­cona.

- Żona Pięk­nego Jana.

- Tak... po­my­śla­łem to samo.

- I co?

- Ist­nieje róż­nica po­mię­dzy mał­żeń­stwami, gdzie ko­bieta uzna­wana jest za piękną, i tymi, gdzie męż­czy­zna uwa­żany jest za przy­stoj­niaka.

- Jaka?

- Nie po­tra­fię do­kład­nie tego opi­sać. Ale za­sta­na­wia­łem się nad tym.

- Nie ro­zu­miem - po­wie­działa po chwili mil­cze­nia.

- Bo to jest nie­ja­sne, ale coś musi w tym być. Kiedy męż­czy­zna ma śliczną żonę, to jest to... OK. Ni­komu nie przyj­dzie do głowy, żeby po­wie­dzieć: "Szkoda, że masz ta­kiego brzyd­kiego męża".

Po­tak­nęła i kon­ty­nu­owała:

- Ale kiedy przy­stojny męż­czy­zna ma brzydką żonę, to nikt się nie zdziwi, je­śli ktoś po­wie: "Co ten fa­cet robi z taką nie­cie­kawą żoną?".

- Uwa­żasz, że jest brzydka?!

- Nie, nie o to mi cho­dziło. Ale to zdję­cie... gdy­bym nie wie­dział, kim byli, to za­sko­czy­łoby mnie to, że jego żoną była wła­śnie ona.

- Po­nie­waż Piękny Jan wy­glą­dał jak ktoś, kto mógł mieć każdą.

- Otóż to.