Rozdział szósty
Christian
Siân siedzi przy stole na wprost mnie. Ma skrzyżowane przed sobą ramiona i nadąsaną minę. Nienawidzi mnie, a w każdym razie lubi udawać, że tak jest. Śmieję się w duchu, bo znam prawdę.
Niekoniecznie podobają się jej te okoliczności, ale już raz wyznała, że mnie kocha. Coś mi mówi, że aby uratować wspaniałą Cynthię, Siân zrobi wszystko, o co poproszę. Wiedziałem, że będzie ciężko po wizycie u Cynthii, a zwłaszcza po tym, jak Siân dowiedziała się, że to przez nas straciła rodzinę.
Tyle że jest moja pod każdym względem. Nie zachowuję się jak książę z bajki, ale Siân wiele dla mnie znaczy. Czuję to od bardzo dawna i właśnie z tego powodu wolałem ją obserwować niż od razu wkroczyć do akcji. Wiedziałem, że kiedy mój ojciec się dowie, że jej nie zabiłem, chociaż wydał mi taki rozkaz, to sam to zrobi. Albo, co gorsze, Siân znalazłaby się na jego liście dziewczyn do sprzedania. Chory, zaburzony drań.
Wtedy się tym nie przejąłem. Byłaby to po prostu kolejna dziewczyna sprzedana kupcowi, który zaproponował najwyższą cenę. Wiele dziewcząt przechodziło przez ręce ojca w ten sposób. Z Siân nie byłoby inaczej. Ojciec użyłby jej jak towaru, ale sprawy nie potoczyły się po jego myśli. W tej historii kryło się coś jeszcze. Wiedziałem o tym, zanim w ogóle zobaczyłem Siân. Może chodziło o to, że tak się mu spieszyło z transakcją.
Wtedy zdarzało mi się widzieć Siân w przelocie. Jest cztery lata młodsza ode mnie, więc dostrzegałem w niej tylko niewinność i nieskazitelną czystość, które mogłyby zbawić każdą przeklętą duszę. Ale kiedy usłyszałem, co dorośli ustalają między sobą, coś się we mnie zmieniło. Zdecydowano, że Siân będzie nasza - ojciec ją zabierze od Marca, co zakończy tę wojnę pomiędzy nimi.
Mój ojciec nie był zdolny do stworzenia trwałej relacji. Od czasu do czasu przeleciał jakąś kobietę. Zdarzało się, że opuszczała ona nasz dom w nieco naruszonym stanie. Dlatego zdziwiłem się, że przystał na tamtą propozycję. Niby co miałby zrobić z dzieckiem? Chciałem zrozumieć, czym się kierował, przyjmując ofertę matki Siân, ale jeszcze bardziej zastanawiało mnie, jak matka mogła tak potraktować córkę. Ani dlaczego Marco nie był obecny przy tych ustaleniach.
Sprawy, w które angażuje się mój ojciec, nie są żadną tajemnicą. Jest dumny z tego, jaką rolę odegrał w korumpowaniu władz Mediolanu i sianiu w mieście zamętu. W sumie po części też czuję dumę. To, że jestem jego synem, nawet znienawidzonym, ma swoje korzyści. Nasze nazwisko cieszy się pewną estymą. Marco był taki sam. Zimny, wyrachowany i okrutny. Miał na rękach więcej krwi niż rzeźnik. Dlatego to, że Marco chciał oddać swoje jedyne dziecko w ręce owianego złą sławą handlarza ludźmi, nie miało sensu. Podejrzane było też to, że nie dobijał targu osobiście, jak na mężczyznę przystało.
To jego żona siedziała w gabinecie mojego ojca i przekazała swoje dziecko samemu diabłu. Jakiekolwiek miała utarczki z Markiem, musiało to być coś bardzo osobistego. Kiedy poznałem prawdę na temat ich ustaleń, postanowiłem je zmienić. Patrzyłem, jak ojciec dobija z tą kobietą targu. Konspiracja na całego. Prawda jest jednak taka, że ona powinna była chronić swoją córkę. Marco o niczym nie wiedział.
Nie chciałem na to pozwolić, dlatego ukryłem Siân przed moim ojcem.
Wiedziałem, że wcześniej czy później ojciec się domyśli, co zrobiłem. Myślałem, że jeśli uzbroję się w cierpliwość, pozwolę, by Siân mnie poznała, to sama zrozumie, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Nie jestem typem romantyka. Jestem cholernym złoczyńcą i się tego nie wypieram, ale jedyne, co ma dla mnie znaczenie, to ona. Jej bezpieczeństwo i przyjemność. A także jej łzy, ale tylko wtedy, kiedy ja jestem ich powodem.
Niewiele brakowało, a na oczach Siân palnąłbym ojca w łeb za to, że próbował ją zastraszyć. Ale nic dobrego by z tego nie wyniknęło. Są sytuacje, które po prostu trzeba znieść. Zabicie własnego ojca nie ułatwiłoby mi życia. Zapanowałby straszny chaos, który musiałbym ogarniać, jednocześnie próbując okiełznać Siân. Poza tym to mój ojciec. Wychował mnie i chociaż mamy popieprzoną relację, to jestem jego dzieckiem i zamierzam odgrywać rolę kochającego i honorowego syna, bo tak się postępuje w naszej rodzinie.
Siân odchrząkuje, co wyrywa mnie z rozmyślań. Nie patrzy jednak na mnie, lecz na rozległy trawnik rozpościerający się przed patio, na którym czekamy na śniadanie. Tak jak wczoraj Siân zarzeka się, że nie jest głodna, ale nie jadła od prawie dwóch dni, a z pewnością od wczorajszego poranka, kiedy dosiadł się do nas mój ojciec i odebrał jej cały apetyt.
Nie chcę, żeby zmarniała. Przynajmniej nie przed tym, jak nasycę się pieprzeniem jej. Stwierdzam nagle, że o ile silenie się na uprzejmości i próbowanie zjednania sobie ludzi nie jest moją mocną stroną, o tyle dla Siân chcę tego spróbować.
W końcu przecież zostanie moją żoną, a szczęśliwa żona zapewnia szczęśliwe pożycie. Muszę jej więc pokazać, że mam w sobie coś z tego Christiana, w którym się zakochała. Muszę jej też udowodnić, że pomimo tych okropnych rzeczy, które zrobiłem, żeby ją zdobyć, tak naprawdę nigdy jej nie skrzywdzę. Przede wszystkim jednak muszę sprawić, żeby ufała mi tak bardzo, że nie zapragnie uciekać, nawet wiedząc, że wtedy, lata temu, to ja pociągnąłem za spust.
Ale nie ma możliwości, żeby ode mnie uciekła. Będzie miała całą przyszłość na to, żeby przywyknąć do nowej rzeczywistości.
Słyszę odgłos rozsuwania drzwi na patio. Ukazuje się w nich Aldo. Siân prostuje się na krześle, za wszelką ceną próbując ukryć to, że tak naprawdę jest głodna. Słyszę nawet, jak burczy jej w brzuchu. Siân otula się rękami, jakby chciała stłumić te dźwięki.
- Buongiorno, singor Russo - wita się ze mną kucharz, ignorując Siân. Aldo zna zasady. Służący, sprzątaczki i każdy, kto dla nas pracuje, dostał zakaz rozmawiania z nią. Mają tylko dbać o to, żeby niczego jej nie zabrakło. Jeśli złamią tę zasadę, poniosą poważne konsekwencje.
Aldo, jak zwykle, przeszedł samego siebie. Na tacach przyniósł nam wędliny, sery i słodkości. Spodziewam się, że Siân nadal będzie udawać, że nie ma zamiaru jeść, ale ku mojemu zaskoczeniu sięga po kromkę chleba, przełamuje ją na pół i wkłada sobie do ust.
Nakłada na talerz sporo różności. Jest tak pochłonięta śniadaniem, że nie od razu zauważa pudełeczko leżące na jednej z tac. Dopiero kiedy sięga po gofra, jej wzrok pada na czarną aksamitną szkatułkę. Rozdziawia usta i nieprzełknięty kawałek chleba wypada jej z ust.
Widzę, że intensywnie myśli.
- Co to jest? - pyta, rzucając mi ostre spojrzenie. Jest spięta.
- Twój pierścionek zaręczynowy - odpowiadam beznamiętnie.
Siân patrzy to na mnie, to na pudełeczko. Jest skołowana.
- Christianie, czemu to robisz? Czemu chcesz mnie zmusić do ślubu? Nic z tego nie będzie. Nie pokocham cię. Myślisz, że przywiezienie mnie do tego ekskluzywnego domu po tych wszystkich okropnych rzeczach, które zrobiłeś, sprawi, że cię pokocham? Cóż, tak się nie stanie.
- Zabawne, że wydaje ci się, że masz coś do powiedzenia w tej sprawie. Już o tym rozmawialiśmy i postawiłem sprawy jasno. Należysz do mnie, zawsze tak było.
- Ciągle to powtarzasz. Co to znaczy, do cholery, że zawsze tak było? O to się starliście z ojcem wczoraj?
- Mów ciszej, myszko. - Opieram łokcie na poręczach krzesła, łączę dłonie i zbliżam je do podbródka.
W Siân się gotuje i przyznam, że jest to cholernie seksowny widok.
- Nie, nie będę mówiła ciszej. Dlaczego nie powiesz mi prawdy? Dlaczego twój ojciec zabił moich rodziców? Dlaczego mnie porwałeś? Dlaczego zmuszasz mnie, żebym za ciebie wyszła? W tej historii kryje się coś więcej, a ty z jakiegoś powodu próbujesz to przede mną ukryć. - Milknie na chwilę, a potem dorzuca: - Do tego wszystkiego bardzo źle mnie traktujesz.
- Siân, nasz ślub jest teraz najważniejszy. Nic innego się nie liczy. Tłumaczyłem ci już, że musisz mnie poślubić, bo inaczej nie będziesz bezpieczna. Chyba że chcesz podzielić los swoich rodziców. Chcesz, żeby coś złego spotkało Cynthię? Proponuję więc, żebyś przyjęła ten pieprzony pierścionek i wreszcie zjadła śniadanie.
Gdy kończę mówić, Siân zrywa się z krzesła, które z hukiem się przewraca. Podoba mi się ta zmiana w jej energii. Rzadko kiedy wpada w taką złość i walczy o siebie. Owszem, od czasu do czasu bywa wobec mnie zadziorna, ale to wtedy, gdy ze mną flirtuje.
Ta reakcja odsłania jej prawdziwą naturę. Tak powinna się zachowywać. Choć w kontakcie ze mną to bez znaczenia, bo i tak zawsze koniec końców zrobi to, co jej każę. Tyle że nie powinna się na to potulnie zgadzać. Nie powinna godzić się na to, żebym ja, czy ktokolwiek inny, po niej jeździł. Ale jej tego nie powiem. Jeszcze nie teraz. Potrzebuję spędzić z nią więcej czasu i trochę bardziej jej dopiec, żeby zrozumiała, iż ma na tyle sił, aby stać u mojego boku jako władcza królowa Włoch, pod warunkiem że zapracuje na swoją pozycję. Musi też pojąć, kto tu tak naprawdę rządzi.
Wstaję od stołu i szybko podchodzę do niej.
- Gdzie się wybierasz, do cholery? - Chwytam pudełeczko z pierścionkiem.
- Jak najdalej od ciebie - odparowuje i już ma odejść, kiedy chwytam ją za nadgarstek i zatrzymuję. Siân chce się wyrwać, ale jej się nie udaje. Nagle słyszę, że ktoś klaszcze. Oboje z Siân patrzymy w stronę, z której dobiegły brawa. W naszą stronę idzie Samuele.
- No proszę, kłopoty w raju? - ironizuje.
Nie odpowiadam mu, tylko skupiam uwagę na Siân. Od razu widzę, że jego obecność wywołała u niej dyskomfort. Ale nie okazuje strachu. Nie chce mu pokazać, jak bardzo jego osoba ją drażni.
Mądra dziewczynka. Wygląda na to, że jednak mnie słucha.
- Siân, zaczynasz mnie wkurzać. Daj sobie włożyć ten pieprzony pierścionek na palec - żądam szeptem, żeby ojciec mnie nie usłyszał.
Okazując niezadowolenie, Siân wyrywa mi z ręki pudełeczko.
- Wiesz, co możesz zrobić z tym pieprzonym pierścionkiem?! - wykrzykuje i ciska pudełkiem.
Patrzę za pierścionkiem i kątem oka widzę, że ojciec też śledzi kierunek jego lotu. Ląduje na grządkach z kwiatkami, które gówno mnie obchodzą, ale widocznie estetyka wokół domu to dla ojca ważna sprawa.
Gromię Siân wzrokiem. Ona ani drgnie. Stoi przede mną i nawet nie mrugnie. Kurde, ale mnie teraz pociąga. Uwielbiam ją w takim wydaniu - nieokrzesaną i pewną siebie. To, że potrafi o siebie zawalczyć, coś mi robi. Mam ochotę pozbawić ją tej waleczności, złamać ją i uświadomić jej, że może się stawiać do woli, ale ja i tak zwyciężę.
- Siân, mam dość powtarzania ci, żebyś mnie nie wystawiała na próbę.
Samuele gwiżdże i klaszcze.
- Ognista z niej kobieta.
- Nie wtrącaj się. - Rzucam ojcu gniewne spojrzenie.
- Nigdy nie pozwoliłbym, żeby jakaś foczka tak się do mnie zwracała. Trzeba ją nauczyć, czym jest szacunek - oznajmia ojciec.
- Uważaj, co mówisz - warczę w jego stronę, a w myślach karcę się za to, że dałem się mu sprowokować.
Nie mogę mu pokazać, że Siân jest moją słabością. Wykorzystałby to przeciwko mnie. Nie pozwolę na to. Nie chcę, żeby mógł na mnie wywierać presję. A Siân nie będzie przy mnie całkowicie bezpieczna, dopóki nie zostanie moją żoną.
Ale ojciec ma rację. Trzeba ją ustawić do pionu.
Chwytam Siân za łokieć i zmuszam, żeby podeszła do miejsca, w którym upadł pierścionek. Prawie natychmiast dostrzegam go pomiędzy kwiatami. Siân usiłuje wyrwać się z mojego uchwytu, ale bez skutku. Nie ma na tyle siły i dobrze o tym wie, a jednak się szarpie. Chyba zawsze będzie tak robić, żeby nie poddać się poczuciu porażki.
- Podnieś go - rozkazuję jej.
Siân nic, tylko stoi z wyprostowanymi plecami. Maskuje dyskomfort, o który przyprawia ją mój dotyk.
- Pierdol się - cedzi przez zęby.
- Podnieś ten jebany pierścionek albo dostaniesz za swoje.
- I tak nie zrobisz mi nic gorszego niż do tej pory. Możesz mnie więzić, ale nie wyjdę za ciebie.
Odbiera mi mowę. Wściekły, schylam się po pudełko. Na szczęście pierścionek jest w środku. Wyciągam go i odrzucam pudełko na bok. Siân ani drgnie. Oddycha za to bardzo głęboko i szybko. Wie, że nabroiła, ale jest na tyle mądra, żeby nie odpuszczać.
W zasadzie to jestem z niej dumny. Stawia granicę i się jej trzyma. Świetnie. Część mnie uwielbia ją taką, ale inna część pragnie ją ukarać.
Siân odtrąca moją rękę, kiedy próbuję złapać jej dłoń. Przez chwilę się szamoczemy, ale w końcu udaje mi się wykręcić jej nadgarstek tak, że przestaje się rzucać.
Siân się krzywi.
- Au, Christian. Sprawiasz mi ból.
Siłą wsuwam jej pierścionek na palec i zauważam, że na jej skórze został czerwony ślad. Potem podnoszę ją z ziemi i przerzucam sobie przez ramię. Przechodzę obok ojca w stronę drzwi na patio. Siân kopie i krzyczy, ale nie zamierzam się zatrzymać, dopóki nie dotrzemy do pokoju, który ona nazywa swoim więzieniem.
Wyciągam klucz z kieszeni, przekręcam go w zamku i kopnięciem otwieram drzwi. Uderzają o ścianę, co przestrasza Siân, ale na tyle, żeby przestała się wić. Po wejściu do pokoju pozwalam jej stanąć na nogi. Próbuje uciec, rzuca się w stronę drzwi, ale robi to zbyt wolno.
Chwytam ją za włosy i ciągnę do tyłu, a wolną ręką zatrzaskuję drzwi. Siân łapie mnie za ręce, bo chce, żebym zwolnił uścisk. Robię to. Patrzymy na siebie, dysząc. Muszę przyznać, że podobają mi się taka przepychanka i lęk, który widzę teraz w oczach Siân.
Ponieważ nie ma gdzie uciec, odskakuje w lewo. Łapię ją za gardło i przyciskam do ściany. Ocieram się o jej ciało, patrząc, jak ogarnia ją przerażenie, kiedy uświadamia sobie, że jest w pułapce. Całkowicie zdana na moją łaskę.
Pod dłonią czuję, jak Siân przełyka ślinę. To cofa mnie wspomnieniami do nocy w tamtej alejce i tego szalenie zmysłowego doświadczenia, gdy mi obciągała. Miała mnie całego w gardle. Cholera, powinienem jej teraz kazać zrobić to samo.
- Tego chcesz? - pyta stłumionym głosem. - Chcesz zrobić mi krzywdę? Dać lanie? Co jeszcze wymyślisz, żeby mnie złamać? Możesz siłą wsunąć mi pierścionek na palec, ale nie zmusisz mnie do miłości.
Uważnie przyglądam się jej warzy, podziwiając jej urodę. Gładzę ją po policzku palcami wolnej ręki.
- Zapominasz, że jak mnie ujeżdżałaś, to powiedziałaś mi, że mnie kochasz.
- To nieprawda. Nie powiedziałam tobie, że cię kocham. Wyznałam to mężczyźnie, którym myślałam, że jesteś.
- To tylko technikalia. Faktem jest, że należysz do mnie, żebym mógł cię lizać i rżnąć, a ty mnie ssać. Aż cię zmęczę tak, że nie będziesz miała sił. Będę brał to, co chcę, kiedy chcę. Sprawię, że znienawidzisz samą siebie, bo tak będzie ci się to wszystko podobało.
Siân próbuje mnie odepchnąć.
- Zwariowałeś. Nigdy nie będę usatysfakcjonowana tym, że jestem z tobą.
- Naprawdę w to wierzysz, co? - Uśmiecham się z przekąsem.
Siân nie odpowiada. Tylko patrzy na mnie ze ściągniętymi brwiami, wyraźnie zirytowana.
- Nienawidzę cię.
- Wydaje mi się, że to nieprawda. Lubisz, jak cię dotykam. Założę się, że jesteś teraz wilgotna. - Sięgam między jej uda i przez spodnie macam jej cipkę.
Próbuje mnie powstrzymać, krzyżując nogi, ale zaciskam dłoń na jej gardle mocniej i Siân przestaje się wzbraniać. Kolanem rozsuwam jej uda szeroko. Podnieca mnie ciepło, którym emanuje jej cipka.
- Chcesz wiedzieć, jaką ci wymierzę karę? Tak?
Siân odwraca głowę tak, żeby nie patrzeć na mnie, ale zmuszam ją do tego. Potem rozpinam klamrę jej paska od spodni i rozporek. Wtedy ona zamyka oczy.
- Doprowadzę cię do orgazmu i będę się rozkoszował każdą chwilą tak długo, aż w końcu pożałujesz, że mnie w ogóle poznałaś - grożę jej, wsuwając dłoń w jej dżinsy. - Będę pieścił twoją ciasną cipkę palcami, aż odlecisz.
Czuję ciepły oddech Siân na swojej skórze. Jej wydechy są coraz krótsze i częstsze. Jej cipka jest już mokra, tak jak się tego spodziewałem, choć ledwie jej dotknąłem. Czuję tę wilgoć przez materiał jej majtek.
- Wygram, kiedy dojdziesz, nienawidząc samej siebie za to, że tak bardzo ci się podoba to, co ci robię. Mnie możesz nienawidzić do woli, myszko. Pamiętaj tylko, że będziesz to robić do końca swojego cholernego życia.
Następnie wsuwam dwa palce w jej szparkę, nie siląc się na pieszczenie jej łechtaczki. Penetruję ją z łatwością. Siân stopniowo rozsuwa nogi.
- Mmm - mruczy, przygryzając wargę.
Uśmiecham się, bo wiem, że miałem rację. Widzę, że jej nieskazitelna skóra pokrywa się rumieńcem. Siân też wie, że się nie myliłem, a dopiero co zacząłem prowadzić ją na szczyt.
- Nienawidzę cię - jęczy Siân.
- Świetnie to okazujesz.
Potem już nic nie mówię, bo natrafiam na jej punk G i przyspieszam ruchy palcami tak, że Siân wbija mi paznokcie w ramiona, pragnąc zaspokojenia. Na jej skroniach pojawiają się kropelki potu, opiera głowę o ścianę i jeszcze szerzej rozsuwa uda. Nogi ma jak z waty i odnoszę wrażenie, że trzyma się w pionie tylko dzięki temu, że jedną ręką podtrzymuję ją za gardło, a drugą wsuwam w jej cipkę.
Palcuję ją tak, jakby świat miał się skończyć. Nie zwracam uwagi na to, że mam wzwód, bo teraz najważniejsze jest to, abym dotrzymał danego jej słowa. Może mnie nienawidzić do woli, pod warunkiem że dojdzie tak mocno jak nigdy wcześniej.
Czuję, jak jej mięśnie zaciskają się na moich palcach. Instynktownie się do niej przysuwam.
- Mamy to.
- Nie. - Siân kręci głową i znowu chce zacisnąć uda, żeby zamaskować to, jak jej ciało ją zdradza. - Nie.
Nachylam się do niej i zbliżam usta do jej ucha.
- Tak, myszko.
Nadal kręci głową, jednocześnie jęcząc z rozkoszy. Wtedy całuję ją w ucho i ssę jego płatek.
- Tak! - wykrzykuje z głębi trzewi. O, co za słodki dźwięk.
Zmęczona Siân opiera się o mnie, kiedy nadal penetrując jej wilgotną cipkę.
- Grzeczna dziewczynka. Daj mi się tym nacieszyć. - Zabieram rękę z jej gardła i pozwalam, żeby oparła głowę o moje ramię. Delikatnie gładzę ją po włosach, obserwując, jak jej ciało i mięśnie cipki się rozluźniają.
Kiedy jej orgazm mija, po raz ostatni pocieram jej punkt G. Siân gwałtownie zadziera głowę. Chce mi się śmiać. Biorę ją na ręce i zanoszę do łóżka. Kładę ją na środku materaca. Odwrócona do mnie plecami, Siân zwija się w kłębek.
Stoję prosto przy łóżku, trzymając dłoń na swoim wzwiedzionym kutasie. Mam nadzieję, że erekcja zaraz opadnie, bo nie mam teraz czasu, żeby zaspokoić swoją potrzebę. Zrobię to po spotkaniu z ojcem.
- Jak jeszcze raz będę musiał siłą wkładać ci ten pierścionek na palec, to nie spodoba ci się to, co zrobię potem. Ale jeśli będziesz się dobrze zachowywała, to pozwolę ci spędzić trochę czasu z twoją ukochaną opiekunką - mówię i zostawiam ją, żeby się nad tym zastanowiła. Cieszę się, że znam ją lepiej, niż jej się wydaje.
Zamykam drzwi na klucz i idę do gabinetu ojca. Na palcach nadal mam zapach Siân.
Ojciec z cygarem w ręce siedzi za ogromnym biurkiem, które jest zawalone jakimiś papierami. Kiedy podochodzę bliżej, uświadamiam sobie, że są to zdjęcia, ale jeszcze nie wiem, co przedstawiają. Ojciec zaciąga się cygarem. Jego twarz nie zdradza żadnych emocji.
- Poruchałeś sobie już? Możemy zatem zabrać się do pracy? - prycha, patrząc na mnie lekceważąco.
- Czego chcesz? - pytam, zamiast wyrzucić z siebie słowa nienawiści. Nienawidzę go za to, jaki jest, i za to, jak potraktował Siân.
Ale nie odnoszę się do tego. Po prostu siadam na wprost niego. Ojciec podsuwa mi zdjęcia.
- Zajmij się tym. - Ponownie zaciąga się cygarem.
Biorę fotografie do ręki i z niewzruszoną miną przeglądam jedną po drugiej. Ciała. Martwe i okaleczone. Rany postrzałowe, uszkodzone kończyny, rozdarte brzuchy. Normalka w naszej codzienności. Niektóre osoby rozpoznaję.
- Co to jest?
- Właśnie tego się masz dowiedzieć. Jak cię nie było, bo uganiałeś się za tą suczką...
- Uważaj na słowa.
- A jak nie, to co?
Przez chwilę wpatruję się w niego, ale nie odpowiadam.
- Jak się uganiałeś za swoją przyszłą żoną, tu się nieźle odjebało. Ktoś krąży po Mediolanie i przyległych miejscowościach i zabija rodziny. Nie wiem, kto to robi. Musisz się tego dowiedzieć.
Rzucam zdjęcia na biurko.
- Ci ludzie ze zdjęć należą do grona, którego dawno temu chcieliśmy się pozbyć. Ktokolwiek to robi, wyświadcza nam przysługę. Dość niedbałe wykonanie, ale dość dobre.
- Christianie, nie chodzi o styl pracy tego człowieka, tylko o to, że zabija rodziny. A skoro wziął się za naszych wrogów, to skąd pewność, że nie przyjdzie i po nas?
- Niech przyjdzie.
- Pogodziliście się? - pyta ojciec, kręcąc głową.
Rzucam mu gniewne spojrzenie, a on unosi ręce przepraszająco.
- To, co się dzieje między mną a Siân, to nie twoja sprawa. Martw się o rodzinę. Co chcesz zrobić?
- Musimy wybadać, kto za tym stoi, i powstrzymać go, zanim dotrze do nas.
- Jak dotrze, to sobie z nim poradzimy. Władamy największą siatką ludzi w całych cholernych Włoszech. - Ojciec dobrze wie, co mam na myśli. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, od czego zaczęło się to całe zamieszanie. Chciał mieć to, co miał Marco, i rzeczywiście pół Mediolanu jest w naszych rękach. Każdy członek organizacji Giulianiego albo dołączył do nas, albo spotkał się ze swoim byłym szefem w piekle.
- Postaram się czegoś dowiedzieć, ale przyznam, że ktoś odwala niezły kawałek roboty.
- Christianie, do cholery! Możesz przestać podziwiać tego pieprzonego drania?
Roześmiałem się.
- Jasne. Podejrzewasz kogoś?
- Besitos.
- To nie w ich stylu. Może to Espositos? Choć do nich to także niepodobne. Na tych zdjęciach są członkowie prawie każdej ważniejszej rodziny mafijnej. Tesla od dawna nie angażuje się w te sprawy, więc wątpię, żeby nagle wziął się za zabijanie ludzi ze swojej listy.
- Nie obchodzą mnie te dywagacje. Po prostu ogarnij tę gównianą sytuację i już. Ktokolwiek to robi, musi mieć wtyki. Do tego zbliża się do nas i pozbywa się naszych żołnierzy.
- Nam nic nie zrobi. - Wstaję i uderzam dłońmi o blat. - Skontaktuję się z Tonym. Ogarniemy to.
- Nie zawiedź mnie - rzuca ojciec, kiedy już stoję odwrócony do niego plecami.
Zatrzymuję się przy drzwiach z ręką na klamce.
- Ojcze, jeszcze jedno. - Oglądam się przez ramię.
Samuele wpatruje się we mnie, trzymając cygaro w jednej, a zdjęcia w drugiej dłoni.
- Jesteś tu szefem, ale nigdy więcej nie obrażaj mojej kobiety - rzucam, po czym wychodzę, nie czekając na jego reakcję.