Piękny drań - J.L. Beck & S. Rena

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Siân

Cho­lera, co mi się stało?

Kręci mi się w gło­wie i je­stem ja­kaś roz­bita. Chyba coś mnie bie­rze. Nie chcę jesz­cze wsta­wać. Może uda mi się na nowo za­snąć, za­nim roz­bu­dzę się na do­bre?

Kiedy prze­krę­cam głowę z jed­nej strony na drugą, bur­czy mi w brzu­chu. Boże, ale mnie mdli. Chyba zwy­mio­tuję. Nud­no­ści na­si­lają się przy każ­dym ru­chu głowy. Le­piej bę­dzie, je­śli prze­stanę się ru­szać. Co­kol­wiek mi jest, na pewno mi­nie, kiedy się wy­śpię.

Ale coś zde­cy­do­wa­nie jest nie tak. Nie mogę się po­zbyć wra­że­nia, że stało się coś złego. Nie daje mi to spo­koju. Po­win­nam jesz­cze chwilę się zdrzem­nąć, ale głowa nie po­zwala mi za­snąć. Wła­śnie za­czy­nają się włą­czać świa­tła. Blask do­ciera do mo­jego mó­zgu przez przy­mknięte po­wieki, zmu­sza­jąc mnie do wspo­mi­na­nia tego, o czym nie po­win­nam w ogóle my­śleć. Ale czuję coś jesz­cze.

W ustach mam su­cho, jak­bym po­łknęła pia­sek. Pró­buję je na­wil­żyć, ale bez­sku­tecz­nie. Na­dal mam za­mknięte oczy, jed­nak sły­szę coś, co przy­po­mina od­głos sil­nika. Nie rzuca mną i nie czuję, że­bym się prze­miesz­czała. Nie je­stem więc w sa­mo­cho­dzie. Ale je­stem w oto­cze­niu ja­kiejś ma­szy­ne­rii. Nie­prze­rwany zgrzyt wwierca się w moje uszy. Nic dziw­nego, że nie mogę za­snąć w tym ha­ła­sie.

O czym mam pa­mię­tać? Może Chri­stian mi po­wie, kiedy tylko zdo­łam na­wil­żyć gar­dło i go spy­tać.

W tej chwili do­ciera to do mnie z siłą bul­do­żera. Wy­star­czyło, że wspo­mnia­łam Chri­stiana. Od­twa­rzam w pa­mięci rysy jego twa­rzy. To on jest tym na­trę­tem. To on za­tru­wał mi ży­cie przez cały ten czas. I te­raz jest gdzieś w po­bliżu. Czuję jego obec­ność. Nie otwie­ram oczu, żeby się nie zo­rien­to­wał, że już nie śpię. Wiem, że jest bar­dzo bli­sko. Jak go znam, na­tych­miast za­uważy naj­mniej­sze drgnie­nie mo­ich po­wiek. Zbyt długo mnie ob­ser­wo­wał. Cho­ciaż serce bije mi mocno i cała drżę, opa­no­wuję się na tyle, żeby za­cho­wać spo­kój, i leżę nie­ru­chomo.

Przez cały ten czas mu ufa­łam. Wie­rzy­łam mu. Wpu­ści­łam go do swo­jego ży­cia. Oka­zał się zwy­rod­nia­łym, sa­dy­stycz­nym po­two­rem. Od sa­mego po­czątku wie­dział, co robi. Nie­ustan­nie ro­bił mi zdję­cia, jak te, które zna­la­złam w miesz­ka­niu. Fo­to­gra­fo­wał też Kylę. Ugry­złam się w ję­zyk, żeby się nie roz­pła­kać, my­śląc o niej. Ależ by­łam głu­pia, że jej nie wie­rzy­łam!

A te­raz nie mam po­ję­cia, czy żyje. Nie wiem, czy jesz­cze ją kie­dyś zo­ba­czę. Do­kąd on mnie za­biera? Te­raz, kiedy my­ślę ja­śniej, do­ciera do mnie, że jed­nak je­stem gdzieś prze­wo­żona. Ten dźwięk to z pew­no­ścią sil­nik. Może je­stem w sa­mo­lo­cie? Do­bry Boże, chyba tak. Do­kądś le­cimy. Jak ja stam­tąd wrócę?

Od­kry­łam też inne rze­czy. Na­bie­ram po­wie­trza do płuc i wstrzy­muję od­dech, li­cząc na to, że w ten spo­sób po­wstrzy­mam na­ra­sta­jące nud­no­ści. Żo­łą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła, po czym mogę wnio­sko­wać, że już nie śpię. Nie wolno mi zmru­żyć oka. Do tej pory po­dej­mo­wa­łam same złe de­cy­zje. Tym ra­zem po­stą­pię mą­drze. Mu­szę się kon­tro­lo­wać.

Mimo że ob­raz spinki do man­kietu Taja nie chce znik­nąć z mo­jej pa­mięci, tak jak zdję­cia mo­jej ro­dziny i wszystko, co Chri­stian na­zbie­rał przez ten czas, udaje mi się uspo­koić i wy­rów­nać od­dech.

- Pa­nie Russo, przy­nio­słam panu, coś do pod­pi­sa­nia. - Ła­godny głos do­biega z mo­jej le­wej, czyli on jest gdzieś tam. Nie sie­dzi więc tuż obok mnie. Pod pal­cami wy­czu­wam ściankę sa­mo­lotu. Po pra­wej mam okno. Czyżby on był po dru­giej stro­nie przej­ścia? Nie chcę otwie­rać oczu, żeby to spraw­dzić. Wszystko wy­daje mi się te­raz trudne i nie­bez­pieczne.

- Dzię­kuję.

Sły­szę sze­lest kar­tek i od­głos od­da­la­ją­cych się kro­ków. Wtedy Chri­stian od­zywa się po­now­nie, tro­chę pod­no­sząc głos:

- Wiem, że nie śpisz. Nie po­gry­waj so­bie, myszko.

Po­now­nie po­wstrzy­muję falę mdło­ści. Jego głos na­dal brzmi tak ła­god­nie, jakby kar­cił dziecko. Cią­gle mówi do mnie z czu­ło­ścią i cie­płem. Jak to moż­liwe?

- No, da­lej, Siân. Do­my­ślam się, że jest sporo spraw, które chcia­ła­byś omó­wić. Co cię po­wstrzy­muje? Je­ste­śmy sami. Nikt nas nie pod­słu­cha.

Zmu­szam się, żeby prze­krę­cić głowę w lewo i otwo­rzyć oczy. Chwilę zaj­muje mi przy­zwy­cza­je­nie się do ja­sno­ści pa­nu­ją­cej w ka­bi­nie, szcze­gól­nie że okno za ple­cami Chri­stiana nie jest osło­nięte. Nad jego głową po­wstała świetlna au­re­ola. Co za iro­nia. Da­leko mu do anioła. Być może jest dia­błem wcie­lo­nym.

Uśmie­cha się. Szcze­rze.

- Spa­łaś do­brych parę go­dzin. Nie­długo bę­dziemy w domu.

- To zna­czy gdzie? - py­tam ochry­ple.

- Sama zo­ba­czysz. - Marsz­czy czoło. - Za­schło ci w gar­dle. Pro­szę. Na­pij się wody. - Obok niego stoi ba­rek z usta­wio­nymi w rów­nych rzę­dach bu­te­lecz­kami z wodą i so­kami. Chri­stian sięga po jedną z nich i otwiera. Przyj­muję na­pój tylko dla­tego, że sły­sza­łam, jak pęka pla­sti­kowe za­bez­pie­cze­nie. Ina­czej mia­ła­bym obawy, że wrzu­cił do wody ja­kiś nar­ko­tyk. Nie do wiary, że mu­szę przy nim my­śleć o ta­kich rze­czach.

A za­wsze taki był. Tylko ja nie chcia­łam tego wi­dzieć. Te­raz już to do­strze­gam.

- Mo­żemy te­raz po­roz­ma­wiać. - Siada z po­wro­tem i na­chyla się, wspie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach. Jakby szy­ko­wał się do ne­go­cja­cji.

Do cho­lery, ja­sne, że po­roz­ma­wiamy, mimo że głos drży mi ze stra­chu.

- To ty za­bi­łeś Cyn­thię, prawda? Po­cie­sza­łeś mnie po­tem i uda­wa­łeś, że mnie wspie­rasz. Tym­cza­sem to ty do tego do­pro­wa­dzi­łeś. Ty pu­ści­łeś całą ma­chinę w ruch.

Im dłu­żej mó­wię, tym praw­dziw­sze się to staje. Bar­dziej sen­sowne. A ja czuję się co­raz głup­sza. Zi­gno­ro­wa­łam wszyst­kie znaki ostrze­gaw­cze. By­łam tak pewna tego, że go znam. Za­prze­cza­łam wszyst­kiemu, co Kyla i Taj mó­wili na jego te­mat. I pro­szę, do­kąd mnie to do­pro­wa­dziło. Je­stem uwię­ziona, jak ofiara, a oni... Boże, wolę nie my­śleć, co im zro­bił.

Tak mu wszystko uła­twi­łam. To chyba w tym naj­gor­sze. Na­wet te­raz czuję go na so­bie. Czuję jego za­pach. Od­da­łam się mu cała - da­łam mu ciało i du­szę. Na­wet wy­zna­łam mu mi­łość. Czuję się brudna i wy­ko­rzy­stana. Ża­łuję, że mnie nie za­bił. W ten spo­sób wy­wa­biłby mnie z mo­jego nie­szczę­ścia.

- Mu­simy za­czy­nać roz­mowę aku­rat od niej? Chcę po­ga­dać o nas.

- Nie ma żad­nych nas. Nie po tym, co zro­bi­łeś. Zresztą, ni­gdy nie było nas, bo od po­czątku mnie okła­my­wa­łeś. Nie je­steś tym, za kogo się po­da­wa­łeś.

- A ty tak bar­dzo chcia­łaś wie­rzyć w to, co ci pa­so­wało, prawda? Za­cho­wy­wa­łaś się do­kład­nie tak, jak tego chcia­łem. By­łaś grzeczną dziew­czynką.

- Je­steś ob­le­śny. Nie masz prawa tak do mnie mó­wić.

Szyb­kim, wręcz nad­na­tu­ral­nym ru­chem rzuca się w moją stronę. Jak wąż na ofiarę. W jed­nej chwili sie­dzi po dru­giej stro­nie przej­ścia, a w ko­lej­nej jest już przy mnie. Trzyma dło­nie po obu stro­nach mo­jej głowy. Wci­skam się w fo­tel, pewna, że nie uda mi się uwol­nić.

Jego twarz jest bar­dzo bli­sko mo­jej twa­rzy. Od­dy­chamy tym sa­mym po­wie­trzem. Wzdra­gam się z obrzy­dze­nia, a Chri­stian tylko się śmieje.

- Bo­isz się mnie? Nie kłam. Masz to wy­ma­lo­wane na twa­rzy.

- To po co py­tasz? - szep­czę.

- Bo chcę usły­szeć, jak to mó­wisz. Chcę, że­byś się przy­znała, że je­steś te­raz prze­ra­żona. Nic mnie tak nie pod­nieca jak twój lęk. Twoje prze­ra­że­nie roz­bu­dza we mnie in­stynkt opie­kuń­czy, a ty wy­da­jesz mi się jesz­cze cen­niej­sza.

Opusz­kami pal­ców wo­dzi po li­nii mo­jej szczęki. Z tru­dem po­wstrzy­muję się od jęk­nię­cia. Nie ma mowy, że­bym dała mu to, czego chce, tak szybko.

- Słodka Siân - szcze­bio­cze, omia­ta­jąc moją skórę cie­płym od­de­chem. - Nie mogę się do­cze­kać, kiedy bę­dziesz moja na za­wsze.

- Ni­gdy nie będę twoja. - Zmu­szam się, żeby spoj­rzeć mu w oczy, choć aż mnie od tego mdli. Jest mor­dercą. Jest po­two­rem. - Nie­na­wi­dzę cię i masz pie­przone uro­je­nia, je­żeli my­ślisz, że czeka nas ja­ka­kol­wiek wspólna przy­szłość.

- To ra­czej ty masz uro­je­nia. - Po­now­nie mnie do­tyka, tym ra­zem prze­su­wa­jąc dło­nią po mo­ich pier­siach.

Krzy­wię się z obrzy­dze­nia, co wy­wo­łuje u niego ko­lejny wy­buch śmie­chu.

- Nie uda­waj. Mo­żesz się krzy­wić, ile chcesz, ale twoje ciało wie le­piej. - Żeby udo­wod­nić swoje słowa, do­tyka mo­jego na­brzmia­łego sutka.

- Nie do­ty­kaj mnie. - Od­trą­cam jego rękę, ale on po­now­nie się śmieje. - Nie za­mie­rzam przez resztę ży­cia być twoją za­bawką. Wolę umrzeć niż na to po­zwo­lić.

- Tak ci się tylko zdaje.

Rany bo­skie, on na­prawdę w to wie­rzy. Jest pe­wien swo­ich słów bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. W końcu zdo­był się na szcze­rość. Na­resz­cie po­ka­zuje mi, kim tak na­prawdę jest.

Mu­szę od niego uciec. Naj­chęt­niej wy­sko­czy­ła­bym z sa­mo­lotu, ale po­nie­waż to nie­moż­liwe, po­sta­na­wiam scho­wać się w to­a­le­cie.

- Mu­szę siku.

Od­suwa się ode mnie, że­bym mo­gła wstać. Dziwi mnie, że bez dys­ku­sji mi na to po­zwo­lił. Nogi ugi­nają się pode mną, ale przy­trzy­mu­jąc się oparć fo­teli, do­cie­ram do to­a­lety. To cia­sne po­miesz­cze­nie, tak jak się spo­dzie­wa­łam, ale daje mi na­miastkę pry­wat­no­ści. Po­trze­buję jej te­raz. Mu­szę po­my­śleć.

Le­dwo zdążę zsu­nąć z sie­bie dżinsy, kiedy drzwi otwie­rają się gwał­tow­nie.

- Wy­łaź!

Usi­łuję na­cią­gnąć na sie­bie spodnie, a on wy­bu­cha śmie­chem. Brzmi jak sza­lony dzie­ciak znę­ca­jący się nad bez­bron­nym zwie­rząt­kiem.

- Co? My­śla­łaś, że jest choćby naj­mniej­sza część cie­bie, która do mnie nie na­leży? Je­śli mam ochotę pa­trzeć, jak si­kasz, to będę pa­trzył. - Od­chyla się nieco, a po­tem spo­gląda w lewo i prawo, po czym szyb­kimi ru­chami za­cią­gnął ko­tary wi­szące po obu stro­nach to­a­lety. W ten spo­sób za­sło­nił nas przed spoj­rze­niami osób, które lecą z nami. Co by zro­biły, gdy­bym za­częła krzy­czeć? Pew­nie nic, je­śli pra­cują dla niego. Szkoda mo­jej ener­gii.

Nikt go nie po­wstrzyma. Serce wali mi tak mocno, że aż boli. Ze­mdleję, je­śli nie wy­rów­nam od­de­chu.

- Prze­stań, pro­szę - szep­czę, nie przej­mu­jąc się tym, że oka­zuję sła­bość. - To nie jest za­bawne. Po­roz­ma­wiamy, jak skoń­czę.

Jesz­cze ni­kogo nie­na­wi­dzi­łam tak, jak jego w tej chwili. Po­ru­szam się ostroż­nie i zsu­wam spodnie, aby usiąść na me­ta­lo­wej to­a­le­cie, nie bru­dząc ich. Kiedy sły­szę mocz spły­wa­jący po wnę­trzu muszli, je­stem bli­ska pła­czu. Na szczę­ście udaje mi się opa­no­wać.

- Wi­dzisz? To nie ta­kie straszne. - Nie od­suwa się, kiedy koń­czę. Chwyta mnie za ręce, że­bym nie mo­gła za­piąć dżin­sów.

- Prze­stań - per­swa­duję ci­cho, usi­łu­jąc od­trą­cić jego ręce. Nie udaje mi się to.

Chri­stian przy­piera mnie do ściany i wsuwa dłoń mię­dzy moje uda.

- Na­prawdę my­ślisz, że nie będę cię rżnął przez resztę two­jego ży­cia? - Po­ciera moją cipkę, ci­cho się śmie­jąc. Nie jest de­li­katny. Jest tak nie­czuły, że spra­wia mi ból.

Za­my­kam oczy, ma­rząc o tym, żeby było już po wszyst­kim. Nie ma mnie tu­taj. Je­stem gdzie in­dziej, a to się nie dzieje.

- Prze­stań uda­wać - war­czy, a po­tem ca­łuje mnie w szyję. Drżę. Czy to wstręt, czy coś in­nego? - Oboje wiemy, że nikt nie po­trafi do­ty­kać cię tak, jak ja to ro­bię. Nikt nie daje ci ta­kich do­znań. Po­sia­dam twoje ciało. Całą cie­bie.

- Nie, nie po­sia­dasz. - W moim gło­sie nie ma ani krzty wa­lecz­no­ści, bo to, co mi robi, daje mi do­bre do­zna­nia. Ciało mnie zdra­dza. Pod­nie­cam się, gdy pie­ści moją łech­taczkę. Nie robi tego z fi­ne­zją. Nie jest też de­li­katny. Używa so­bie na mnie, a to wy­star­cza, że­bym zro­biła się jesz­cze bar­dziej wil­gotna.

- A nie mó­wi­łem? - Po­now­nie się śmieje i pa­trzy mi w oczy. Nie. Nie mogę na niego pa­trzeć, bo przy­po­mina mi o tym, że kie­dyś są­dzi­łam, że wszystko jest do­brze. Od­wra­cam głowę, jed­no­cze­śnie tłu­miąc jęk roz­ko­szy. Czemu on to robi? Co się ze mną dzieje? Za­biję go za to. Za­biję go za tak wiele prze­wi­nień.

Przy­wiera do mnie tak mocno, że bra­kuje mi tchu. Tym ra­zem wzdy­cham w unie­sie­niu. Niech go szlag. Niech bę­dzie prze­klęty za ten śmiech i udrękę, którą mi przy­nosi. - Siân, nie za­prze­czysz, że cię znam. Wiem wszystko, co po­wi­nie­nem wie­dzieć. Znam twój umysł, du­szę i ciało. Je szcze­gól­nie znam. W za­sa­dzie to je wy­szko­li­łem. - Przy­kłada czoło do mo­jego czoła.

- Nie­na­wi­dzę cię. Nie znasz mnie.

A jed­nak kiedy wsuwa we mnie pa­lec, po­now­nie drżę z pod­nie­ce­nia. Kusi mnie, żeby za­cząć po­ru­szać bio­drami i ujeż­dżać jego dłoń, da­jąc się mu sty­mu­lo­wać po ca­ło­ści, ale zwal­czam to pra­gnie­nie.

- Znam. Bę­dziesz moja na za­wsze.

- Ucieknę od cie­bie.

- Nie masz na to szans.

- Tak my­ślisz? - Dy­szę, bo wszyst­kie moje mię­śnie się na­pi­nają, za­raz dojdę. - Bez względu na to, co zro­bisz, ucieknę od cie­bie. Albo umrę, pró­bu­jąc.

- Już, już. - Nie wiem, czy się cie­szyć, czy ża­ło­wać, kiedy za­biera dłoń tuż przed moim or­ga­zmem. - To nie ma sensu. Ni­gdy ci się nie uda. Po co więc pró­bo­wać, skoro wia­domo, że na­le­żysz do mnie?

Zmu­szam się, żeby na niego spoj­rzeć. Ja­koś zniosę roz­ba­wie­nie w jego oczach. O to cho­dziło w tej szopce? Chciał mi po­ka­zać, że mnie po­siada czy coś? Szkoda, że po­twier­dzi­łam, że się nie myli.

- Wtedy miał­byś nade mną kon­trolę, a do tego nie do­pusz­czę. - Drżą mi palce, kiedy za­pi­nam roz­po­rek.

- Czyli za­mie­rzasz tra­cić ener­gię i czas na próby ucieczki? Bez względu na to, do­kąd cię za­biorę?

- Zga­dza się.

Pa­trzy na mnie groź­nie.

- Wiesz co? W su­mie to mam na­dzieję, że fak­tycz­nie bę­dziesz pró­bo­wała. Nie mogę się do­cze­kać - war­czy mi pro­sto w twarz, a po­tem się uśmie­cha.

Nie wiem, czemu, ale ten gry­mas jest dla mnie naj­strasz­niej­szy w tym wszyst­kim. Wy­gląda na szczę­śli­wego.

- Nie mogę się do­cze­kać, aż spro­wa­dzę cię z po­wro­tem, a ty bę­dziesz się bro­niła i krzy­czała. Im gło­śniej, tym le­piej - do­daje.

Roz­dział drugi

Chri­stian

Przez chwilę pa­trzę na nią, ob­ser­wu­jąc, jak unosi się jej klatka pier­siowa. Jej od­dech jest przy­spie­szony, usta lekko otwarte i cho­ciaż wal­czy ze sobą, aby nie za­mknąć oczu, jej po­wieki w końcu opa­dają. Uśmie­cham się nie­znacz­nie. Siân może so­bie uda­wać tak długo, jak chce. Może się upie­rać, że mnie nie­na­wi­dzi i że ją obrzy­dzam, ale jej ciało mówi prawdę.

Wy­su­wam z niej pa­lec i czuję ra­dość, pa­trząc na jej za­wie­dzioną minę. Siân drży, kiedy zli­zuję jej soki ze swo­jego palca. Zo­rien­to­wała się, że za­uwa­ży­łem jej roz­cza­ro­wa­nie, więc wy­pro­sto­wała się, wy­pięła pierś i mi­nąw­szy mnie, szybko wró­ciła na fo­tel.

Nie lubi się za to, że mój do­tyk spra­wia jej przy­jem­ność. Tak samo się czuła wtedy w tam­tej alejce, kiedy ob­cią­gała mi ku­tasa. Mnie się po­doba taka za­bawa, lu­bię za­dziorne ob­li­cze Siân. Dzięki temu, to, co so­bie we­zmę, bę­dzie miało słod­szy smak.

Wku­rzona Siân opada na fo­tel, krzy­żu­jąc ręce na piersi. Kiedy sia­dam obok, prze­suwa się naj­bli­żej okna, jak tylko może. Spięta, całą uwagę sku­pia na chmu­rach i po chwili cię­żar z jej ra­mion opada. Zu­peł­nie, jakby na chwilę cały jej świat prze­stał ist­nieć i li­czyły się tylko ona i pu­szy­ste chmury na nie­bie.

Z po­dzi­wem przy­glą­dam się jej ciału. Na­wet kiedy ma ubra­nie w nie­ła­dzie i roz­czo­chrane włosy, jest cho­ler­nie piękna. Naj­gor­sze jest to, że nie zdaje so­bie z tego sprawy. Ale nie szko­dzi. Mam za­miar wy­do­być z niej to, co naj­lep­sze i za­ra­zem naj­gor­sze. Po przy­lo­cie do Włoch, gdzie przy­na­le­żymy, szybko zaj­mie na­leżne jej miej­sce u mo­jego boku.

Nie­długo do­ceni to, co dla niej zro­bi­łem, i w końcu zro­zu­mie, że je­ste­śmy so­bie pi­sani. Nie spo­dzie­wam się, że podda się z ła­two­ścią, ale z cho­lerną przy­jem­no­ścią będę ją do tego przy­mu­szał.

Siân szybko za­pada w sen, a ja nie prze­staję się jej przy­glą­dać. Śpi spo­koj­nie, jakby nie miała żad­nych zmar­twień. Szkoda, że rze­czy­wi­stość, w którą wkro­czy po wy­lą­do­wa­niu, nie jest taka. Na samą myśl o tym za­ci­skam szczękę i po­pra­wiam fo­tel, wspo­mi­na­jąc krótką roz­mowę z oj­cem.

Po raz ko­lejny wy­mu­sił na mnie po­wrót do domu, krzy­żu­jąc mi plany. To przez niego będę mu­siał wy­my­ślić, jak po­now­nie prze­ko­nać Siân, żeby mi za­ufała. By­li­śmy ze sobą bli­sko i wszystko, co wcze­śniej zro­bi­łem, w końcu przy­nio­sło owoce. Wtedy oj­ciec wszystko znisz­czył, wy­wie­ra­jąc na mnie pre­sję. To wy­wo­łało za­wi­ro­wa­nia w mo­jej re­la­cji z Siân.

W do­datku ten stary dziad nie ra­czył mi po­dać żad­nych szcze­gó­łów tego, co było tak cho­ler­nie pilne. Jak za­wsze jest ta­jem­ni­czy i de­tale za­cho­wuje dla sie­bie. Do­my­ślam się jed­nak, że to ja­kieś straszne gówno. Żąda, abym był w kon­kret­nym miej­scu, tylko wtedy, kiedy cho­dzi o coś okrop­nego. Jak roz­pę­tuje się ko­lejna gów­no­bu­rza, to chce, że­bym ją ogar­nął.

Je­dy­nie w ta­kich sy­tu­acjach tak na­prawdę ze sobą roz­ma­wiamy. Je­śli sprawy nie mają związku z in­te­re­sami, nie mamy so­bie nic do po­wie­dze­nia. Usi­łuję so­bie przy­po­mnieć, czy oj­ciec kie­dy­kol­wiek trak­to­wał mnie ina­czej niż jak jesz­cze jed­nego członka swo­jej ar­mii, ale to bez­ce­lowe.

Dawno temu na­uczy­łem się, że mo­jemu ojcu za­leży tylko na ka­sie, wła­dzy i ma­ni­fe­sto­wa­niu prze­wagi, którą, jak się mu wy­daje, ma nad każ­dym. Ni­gdy nie by­li­śmy bli­sko. Przy­naj­mniej nie w ty­po­wym zna­cze­niu tego słowa. Inni chłopcy ko­pali z oj­cami piłkę i byli wy­cho­wy­wani na dżen­tel­me­nów, lecz nie ja. Nie czy­tano mi ba­jek na do­bra­noc, nie chwa­lono mnie. Ota­czały mnie tylko gniew i kpiny. Po­chwały otrzy­my­wa­łem tylko wtedy, kiedy oka­zy­wa­łem się przy­datny dla or­ga­ni­za­cji ojca.

Gdy mia­łem je­de­na­ście lat, moi ró­wie­śnicy upra­wiali sporty i uga­niali się za dziew­czy­nami, a ja uczy­łem się, jak roz­broić i zło­żyć do kupy ka­ra­bin G11 w cza­sie krót­szym niż mi­nuta. Kiedy mia­łem czter­na­ście lat, uczy­ni­łem swo­jego ojca dum­nym męż­czy­zną, bo po raz pierw­szy za­bi­łem czło­wieka. Nie żeby oj­ciec skie­ro­wał w moją stronę ja­kąś po­chwałę. Nie. On wy­na­gro­dził mi to cipką i pi­sto­le­tem, który do­sta­łem na wła­sność.

Krótko po­tem za­czą­łem otrzy­my­wać roz­kazy. Sprzą­ta­łem każ­dego, kto za­wa­dzał ojcu, i nie za­da­wa­łem żad­nych py­tań. Zresztą on ni­komu się ni­gdy nie tłu­ma­czył. Je­stem prze­ko­nany, że odzie­dzi­czy­łem to po nim. Obaj ro­bimy to, na co mamy ochotę, do­kład­nie wtedy, kiedy tego chcemy. I niech Bóg ma w swo­jej opiece tego, kto spró­buje nam to ode­brać.

Siân ma mnie za po­twora, ale jesz­cze nie po­znała męż­czy­zny, który mnie wy­cho­wał i który ka­zał za­bić jej ro­dzinę. I ją. Pa­trzę na nią, wstrzy­mu­jąc od­dech, kiedy my­ślę o tym, jak za­re­aguje oj­ciec na jej wi­dok. Cie­kawe też, jak Siân się za­chowa, gdy spo­tka czło­wieka od­po­wie­dzial­nego za całe zło, które spo­tkało ją w ży­ciu.

Pięt­na­ście lat temu po­wie­dzia­łem mu, że Siân umarła w po­ża­rze ra­zem z ro­dzi­cami. Tylko ja mo­głem to wie­dzieć, bo po­zba­wie­nie jej ży­cia było moim za­da­niem, tak jak za­bi­cie Marca Giu­lia­niego. Tyle że nie zro­bi­łem tego. Siân była mi pi­sana, a chci­wość mo­jego ojca nie mo­gła mi prze­szko­dzić w zdo­by­ciu jej.

- Bu­ona­sera, si­gnor Russo, za dwa­dzie­ścia mi­nut lą­du­jemy w Me­dio­la­nie - roz­legł się głos pi­lota w gło­śni­kach, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia.

Ciężko wzdy­cham i roz­pro­sto­wuję się w fo­telu, po czym po­chy­lam się nad moją myszką, żeby za­piąć jej pas. Przy oka­zji od­gar­niam jej włosy z twa­rzy i wą­cham je. Póź­niej za­pi­nam swój pas.

Tony wy­suwa głowę zza fo­tela.

- Sa­mo­chód już czeka. Oj­ciec chce cię zo­ba­czyć za­raz, kiedy tylko po­ja­wisz się w po­sia­dło­ści - rzuca do mnie, a po­tem pa­trzy na Siân.

Robi mi się go­rąco, ale po­wstrzy­muję się przed przy­wa­le­niem mu za to, że ośmie­lił się spoj­rzeć na moją ko­bietę.

- Co masz za­miar z nią zro­bić?

- Nie twoje zmar­twie­nie - od­po­wia­dam z ka­mienną twa­rzą, wwier­ca­jąc w niego ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

- Twój oj­ciec nie... - za­czyna Tony.

- Po­ra­dzę so­bie z wła­snym oj­cem - war­czę, prze­ry­wa­jąc mu.

Tony unosi rękę, re­zy­gnu­jąc z dal­szej roz­mowy, i ob­raca się do przodu. Nie po­wi­nie­nem był się uno­sić. Ow­szem, Tony pra­cuje dla ojca, ale jest mi bli­ski jak brat, któ­rego ni­gdy nie mia­łem. Sprze­czamy się cza­sem, ale za­wsze mnie wspiera. Dla­tego wiem, że nie kwe­stio­nuje mo­jej de­cy­zji zwią­za­nej z Siân przez zło­śli­wość. Nie ozna­cza to jed­nak, że kie­dy­kol­wiek po­zwolę, żeby on czy kto­kol­wiek inny pod­wa­żał moje zda­nie, jak o nią cho­dzi.

Siân na­leży do mnie. Jej bez­pie­czeń­stwo, szczę­ście i przy­jem­ność, a na­wet lęk, są moje i tylko moje. Tony, mój oj­ciec i wszy­scy inni będą o tym cho­ler­nie do­brze pa­mię­tać. Ła­two wy­bu­cham, a ogar­nięty zło­ścią, je­stem śmier­tel­nie nie­bez­pieczny. Ca­łymi mie­sią­cami ukry­wa­łem tę stronę swo­jej oso­bo­wo­ści przed Siân, a te­raz, kiedy już zna prawdę, nie mu­szę dłu­żej się ma­sko­wać.

Po­wi­nie­nem jed­nak po­ćwi­czyć cier­pli­wość. Mi­sja za­wsze jest ta sama, a zmie­niają się je­dy­nie oko­licz­no­ści i spo­soby zdo­by­wa­nia jej umy­słu, ciała i du­szy. Wszystko przyj­dzie z cza­sem. Siân jest prze­ko­nana, że jej się to nie po­doba, ale już wkrótce bę­dzie mnie bła­gała, żeby stać się czę­ścią tego świata.

Szarp­nęło sa­mo­lo­tem, kiedy pi­lot wy­su­nął koła z pod­wo­zia, przy­go­to­wu­jąc nas do lą­do­wa­nia. Zwal­niamy i za parę chwil do­tkniemy pasa star­to­wego na­szego pry­wat­nego lot­ni­ska. Pi­lot wci­ska ha­mu­lec i cała ka­bina się trzę­sie, aż w końcu sa­mo­lot się za­trzy­muje.

Kiedy włą­cza się górne świa­tło, roz­pi­nam swój pas, a po­tem pas Siân. Całe to po­ru­sze­nie roz­bu­dziło ją.

- Co ro­bisz? - Wtu­liła się w fo­tel, chcąc zwięk­szyć dy­stans mię­dzy nami.

- Wy­lą­do­wa­li­śmy - oznaj­miam, wy­cho­dząc z rzędu.

Siân ani drgnie. Roz­gląda się do­okoła, a po­tem wy­gląda przez okno.

- Gdzie mnie przy­wio­złeś? - pyta, na­dal nie wsta­jąc z fo­tela.

- Do domu - od­po­wia­dam i wy­cią­gam do niej rękę.

- Po­rwa­łeś mnie - rzuca oskar­ży­ciel­sko Siân.

Na­bie­ram po­wie­trza no­sem i w du­chu na­ka­zuję so­bie spo­kój. To dla niej nowa sy­tu­acja, a po­nie­waż do­piero po­znaje moje praw­dziwe ob­li­cze, od­pusz­czę jej te próby spraw­dza­nia mnie.

- Myszko. - Na­dal trzy­mam wy­cią­gniętą rękę i głową daję jej znak, żeby ją chwy­ciła.

Siân jed­nak od­trąca moją dłoń.

- Ni­g­dzie nie idę, po­pa­prańcu. Za­bi­łeś mo­ich przy­ja­ciół i Cyn­thię. Po­sta­ram się, że­byś zgnił w...

Nie daję jej do­koń­czyć tej pu­stej groźby. Rzu­cam się w jej stronę i kładę ręce po obu stro­nach jej głowy, wię­żąc ją na fo­telu.

- Nie te­stuj mnie, myszko - ce­dzę przez zęby.

Ani drgnie. Tylko jej klatka pier­siowa po­ru­sza się od przy­spie­szo­nego od­de­chu. Za­ci­ska szczękę i za­czyna szybko mru­gać. Chce być silna. Nie chce, że­bym wi­dział, jak bar­dzo się boi. Uśmie­cham się, bo jej za­cho­wa­nie wręcz mi schle­bia.

To nie­sa­mo­wite. Siân na­wet nie wie, jak bar­dzo mnie kusi, żeby pod­dać się tej grze. Moja sa­dy­styczna część de­spe­racko chce się ujaw­nić. Jesz­cze do niej nie do­tarło, że lu­bię po­lo­wać? Ta bra­wura, którą przede mną od­grywa, spra­wia, że mam ochotę ją zła­mać - po­ka­zać jej, kto tu tak na­prawdę rzą­dzi.

- Nie­sa­mo­wite, że są­dzisz, iż masz ja­kiś wy­bór. - Pod­su­wam pa­lec pod jej pod­bró­dek i od­chy­lam jej głowę tak, żeby spoj­rzała mi w oczy. - Nie masz i im prę­dzej to poj­miesz, tym le­piej. Dla cie­bie. Je­steś moja. - Pa­trzę na jej nie­za­do­wo­loną minę. Mój ku­tas się roz­bu­dza i na­piera na roz­po­rek, kiedy my­ślę o tym, jak je usta go ota­czają. - Jak mó­wię, że masz coś zro­bić, to ro­bisz to.

- A jak nie? - mówi wy­zy­wa­ją­cym to­nem.

Przy­su­wam się jesz­cze bli­żej. Siân od­suwa się ode mnie, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku, aż ude­rza głową w okno. Pry­cham.

- Jesz­cze nie wiem, ale z pew­no­ścią bę­dzie bo­lało.

- Nie­na­wi­dzę cię - wy­rzuca z sie­bie.

- Prze­cież wy­zna­łaś mi mi­łość, kiedy mnie ujeż­dża­łaś, myszko - dro­czę się z nią.

- Pieprz się! - wy­krzy­kuje.

- Już nie­ba­wem, a te­raz wsta­waj - roz­ka­zuję, pro­stu­jąc się.

Na­resz­cie robi to, co jej każę, ale na­dal się ci­ska. Szybko prze­cho­dzi obok mnie, od­su­wa­jąc się ode mnie tak, żeby na­sze ciała się nie ze­tknęły. Od czasu do czasu rzuca mi gniewne spoj­rze­nie. Do­cho­dzimy do drzwi, przy któ­rych roz­sta­wiono już me­ta­lowe schody. Ośle­pia mnie ja­sne słońce, a zna­jomy za­pach ro­dzin­nego kraju wy­peł­nia moje noz­drza.

Jak do­brze być w domu.

- Wi­taj po­now­nie we Wło­szech, myszko - mó­wię, sto­jąc tuż za nią.

Sły­sząc te słowa, Siân cała się spina. Ogar­nia ją prze­ra­że­nie. Wie­dzia­łem, że spro­wa­dze­nie jej tu­taj z po­wro­tem nie bę­dzie ła­twe, ale ja­koś się z tym oswoi. Siân przyj­muje taką po­stawę ciała, jakby miała rzu­cić się do biegu.

- Je­śli za­czniesz biec, to ja... - Le­dwo wy­po­wia­dam te słowa, a ona ru­sza przed sie­bie, dziko ma­cha­jąc rę­kami. Tony bie­gnie za nią, ale jest szyb­sza. Do­piero po chwili do­pada ją przy han­ga­rze. Siân pró­buje otwo­rzyć bramę, lecz jej wy­siłki na nic się nie zdają. Wali w nią rę­kami i wzywa po­mocy.

Wtedy Tony ła­pie ją za ra­miona i pro­wa­dzi w moją stronę. Wy­cho­dzę im na­prze­ciw. Tony pusz­cza Siân, gdy są tuż przede mną. Siân po­dej­muje ko­lejną próbę ucieczki, lecz je­stem od niej szyb­szy, chwy­tam ją za włosy i przy­cią­gam do sie­bie. Wy­ma­chuje rę­kami, usi­łu­jąc wy­rwać się z mo­jego uści­sku.

- Za­bie­raj te brudne łap­ska! - Sięga do mo­ich nad­garst­ków. - Za­biję cię za to, co zro­bi­łeś.

Zbli­żam wargi do jej ucha. Siân sztyw­nieje, kiedy się od­zy­wam:

- Kto by po­my­ślał, że z two­ich uste­czek wy­cho­dzą ta­kie brzyd­kie słowa, myszko. Tak trzy­maj, a chęt­nie je ze­rżnę.

Wzdryga się. Jej ra­miona się trzęsą, kiedy z tru­dem wy­dy­cha po­wie­trze. W ten spo­sób ją uci­szam. Ula­tuje z niej cała wola walki, którą miała jesz­cze przed chwilą. Mam przed sobą ko­bietę roz­dartą po­mię­dzy uczu­ciem nie­na­wi­ści a pra­gnie­niem, abym speł­nił to, co przed chwilą obie­ca­łem.

Roz­po­znaję ogar­nia­jące ją do­zna­nia i to fał­szywe umniej­sza­nie so­bie. Siân oszu­kuje sie­bie i in­nych, przyj­mu­jąc po­stawę skrom­nisi. Robi to, żeby wma­wiać so­bie, że nie po­doba się jej to, co się dzieje.

A z pew­no­ścią jest na od­wrót. Z ja­kiego in­nego po­wodu za­cho­wy­wała się tak, jak się za­cho­wy­wała, kiedy ją śle­dzi­łem? Do­piero te­raz wło­żyła więk­szy wy­si­łek w to, żeby się ra­to­wać, choć i tak zro­biła to ra­czej bez prze­ko­na­nia.

- Chcia­ła­byś tego, prawda? Chcesz, że­bym cię ze­rżnął w usta, tak jak wtedy w alejce? - Ku­tas mi sta­nął na samo wspo­mnie­nie Siân klę­czą­cej z moim fiu­tem w buzi w śmier­dzą­cym szczy­nami za­ułku.

Zro­biła wdech. Za­uwa­ży­łem, że za­drżała jej warga.

- Dla­czego to ro­bisz? My­śla­łam, że je­steś inny.

- Już ci mó­wi­łem, że je­steś moja. Tylko sie­bie mo­żesz wi­nić za to, że nie wi­dzia­łaś, kim tak na­prawdę je­stem.

- Nie zo­stanę z tobą - oznaj­mia z po­wagą i moc­niej staje na no­gach.

Zwal­niam uścisk na jej szyi i prze­rzu­cam ją so­bie przez ra­mię. Siân krzy­czy i okłada pię­ściami moje plecy. Daję jej więc moc­nego klapsa w ty­łek i taką roz­wrzesz­czaną za­no­szę do czar­nego SUV-a, który na nas czeka.

Rzu­cam ją na tylne sie­dze­nie. Po­czuł­bym się ura­żony, gdyby nie spró­bo­wała uciec przez dru­gie drzwi. Na szczę­ście kie­rowca ma re­fleks i blo­kuje zamki, do­kład­nie w chwili, w któ­rej Siân za­ci­ska swoje smu­kłe palce na klamce.

- Wy­puść mnie.

- A ja my­śla­łem, że chcesz się zo­ba­czyć ze swoją drogą Cyn­thią - stwier­dzam, sia­da­jąc obok niej.

To przy­kuwa jej uwagę. Prze­staje się rzu­cać i pa­trzy na mój pro­fil, cier­pli­wie cze­ka­jąc, aż dam znać kie­rowcy, aby ru­szał do domu. Tony sie­dzi z przodu, obok kie­rowcy, który w końcu od­pala sil­nik i od­jeż­dża z pasa star­to­wego.

Roz­dział trzeci

Siân

Mu­szę opra­co­wać nowy spo­sób ucieczki. Mu­szę mieć ja­kiś plan.

Ta myśl pul­suje mi w gło­wie przy każ­dym ude­rze­niu mo­jego serca. Każda se­kunda, która prze­mija, idzie na marne. Po­win­nam mieć wiele po­my­słów i ukła­dać plan. Musi tu być coś, co mi po­może w ucie­cze, prawda?

Ale ni­czego ta­kiego nie znaj­duję. Spraw­dza­łam już wiele razy. Mój po­kój jest tylko tro­chę wy­god­niej­szy niż po­nura cela. Znaj­duje się w nim wą­skie łóżko, mniej­sze, niż się wy­daje, bo stoi w ogrom­nym po­koju. Wy­so­kim, prze­stron­nym i wy­ło­żo­nym po­ły­sku­ją­cym par­kie­tem. Mo­gła­bym wspa­niale urzą­dzić taki po­kój, gdy­bym miała nie­li­mi­to­wany bu­dżet.

Po raz ko­lejny na­ci­skam klamkę. Czego się spo­dzie­wa­łam? Że drzwi się od­ry­glują? Czuję się tak, jak­bym stała przed otwartą lo­dówką i cze­kała, aż po­jawi się w niej ja­kiś nowy pro­dukt do zje­dze­nia. Przy­le­gła ła­zienka ma małe okno - zbyt małe, abym się przez nie prze­ci­snęła, gdy­bym w ogóle mo­gła je otwo­rzyć.

Zresztą wszyst­kie okna w po­koju są za­mknięte na stałe, ale wy­glą­da­jąc przez szybę, wi­dzę, że po­kój znaj­duje się dość wy­soko. To co naj­mniej trze­cie pię­tro. Nie do­sta­ła­bym się na dół, nie ła­miąc so­bie ni­czego. Mo­gła­bym na­wet skrę­cić kark.

W tej chwili nie brzmi to źle. Ale zna­jąc moje szczę­ście, zła­ma­ła­bym wszystko, tylko nie kark. W re­zul­ta­cie nie mia­ła­bym wy­boru i mu­sia­ła­bym dać się Chri­stia­nowi uży­wać tak, jak by so­bie tego ży­czył, choć on na­zy­wałby to spra­wo­wa­niem opieki. Tak działa jego chory umysł.

Na­wet nie ra­czył mi po­wie­dzieć, do­kąd się wy­biera. Oznaj­mił je­dy­nie, że ma coś do za­ła­twie­nia. Wie­dząc, do czego jest zdolny, za­drża­łam na myśl, co to mo­gło tak na­prawdę ozna­czać. Czy w ten spo­sób daje mi do zro­zu­mie­nia, że ma ko­goś za­bić? Albo po­rwać? Może i to, i to. Może wła­śnie to spo­tkało Cyn­thię.

Jak za­bu­rzo­nym trzeba być, żeby uda­wać, że udziela się ko­muś wspar­cia, gdy tak na­prawdę jest się źró­dłem ca­łego cier­pie­nia? Chri­stian nie przy­znał się do tego, że ode­grał ja­ką­kol­wiek rolę w znik­nię­ciu Cyn­thii. Nie mu­siał. Wi­dzia­łam to po jego mi­nie. Nie pró­bo­wał na­wet wy­pro­wa­dzić mnie z błędu, co nie? Za­miast tego fakt, że chcę się z nią zo­ba­czyć, wy­ko­rzy­stał prze­ciwko mnie.

Twier­dzi, że mnie zna. Ale ja też wiem o nim to i owo. Może nie aż tyle, ile bym chciała - ina­czej od po­czątku trzy­ma­ła­bym się od niego z da­leka - ale wy­star­cza­jąco dużo, że­bym nie miała wąt­pli­wo­ści, że ble­fuje.

Na wi­dok łóżka za­pra­gnę­łam od­po­cząć. Ale w tej chwili nie mo­gła­bym się tym cie­szyć, po­dob­nie jak nie cie­szy­łam się wol­no­ścią. Je­stem zbyt prze­stra­szona, żeby za­snąć, bo prze­cież wszystko może się zda­rzyć. Co, je­śli on za­krad­nie się tu­taj i coś mi zrobi? Nic, co zrobi, mnie nie zdziwi, szcze­gól­nie od­kąd wiem, jak po­krę­coną wi­zję na­szego związku so­bie stwo­rzył. Cie­szy go za­wsty­dza­nie, upo­ka­rza­nie i stra­sze­nie mnie.

A może mo­gła­bym zdjąć po­szewki z po­ścieli i zwią­zać je ze sobą i z prze­ście­ra­dłem? Czy to wy­star­czy­łoby, że­bym mo­gła uciec? Jesz­cze raz wyj­rza­łam przez okno i po­now­nie spró­bo­wa­łam je otwo­rzyć. Nic z tego. Mo­gła­bym roz­bić szybę. Spo­koj­nie bym wtedy prze­szła przez dziurę. Spoj­rza­łam w dół i na po­ściel. Nie wiem, czy zwią­zana w linę, bę­dzie wy­star­cza­jąco długa. Nie je­stem pewna, czy mam tyle siły w rę­kach, żeby opu­ścić się w dół. A z pew­no­ścią nie zejdę po ścia­nie jak pie­przony Spi­der-Man.

- Cho­lera ja­sna. - Ude­rzam w szybę otwartą dło­nią i ro­nię parę go­rą­cych łez, które wkrótce mogą się prze­mie­nić w hi­ste­ryczny płacz.

Może rze­czy­wi­ście po­trze­buję od­po­cząć. Za­dbać o sie­bie. Nie mogę dać się po­no­sić my­ślom. Je­śli mam sta­wić czoła Char­liemu, mu­szę za­cho­wać by­strość umy­słu.

Po­sta­na­wiam pójść do ła­zienki. Włą­czam świa­tło i roz­glą­dam się po po­miesz­cze­niu. Po­win­nam się zdzi­wić, że na bla­cie leżą ręcz­niki, my­dło i szam­pon? Obok nich uło­żone są spodnie z przy­jem­nego ma­te­riału i ko­szula do kom­pletu. W moim roz­mia­rze. Od jak dawna Chri­stian to pla­no­wał?

Za­ci­skam palce na mięk­kim ma­te­riale i cała drżę. Przez cały czas do tego zmie­rzał. I to było oczy­wi­ste.

Nie dam mu tego, czego chce. Nie sko­rzy­stam z rze­czy, które dla mnie zo­sta­wił. Ale czuję się nie­świeżo. Je­stem spo­cona i nie­do­brze mi od wła­snego za­pa­chu. Mo­gła­bym nic z tym nie ro­bić, li­cząc na to, że to go ode mnie od­stra­szy, ale coś mi mówi, że miałby to gdzieś. Albo zmu­siłby mnie do wspól­nej ką­pieli, co jest jesz­cze bar­dziej od­py­cha­jące.

Nie­ważne, co on po­my­śli. Ro­bię to, bo chcę. Tak so­bie wma­wiam, na­le­wa­jąc cie­płą wodę do wanny i zdej­mu­jąc brudne ubra­nia. My­dło i po­zo­stałe ak­ce­so­ria kładę na brzegu wanny, a po­tem za­nu­rzam się w wo­dzie. Moje mię­śnie na­tych­miast się roz­luź­niają. Po­zo­staje tylko ucisk w klatce pier­sio­wej, ale on tak ła­two nie mi­nie.

Za­nu­rzam głowę kilka razy i wma­so­wuję so­bie szam­pon we włosy, żeby wy­płu­kać z nich brud i se­bum. Po chwili wsa­dzam głowę pod kran i po­zby­wam się piany. Sia­dam w wan­nie i się­gam po myjkę oraz bu­te­leczkę pach­ną­cego my­dła. Bę­dzie mi się le­piej my­ślało, kiedy będę umyta i ubrana w czy­stą pi­żamę. Już te­raz, w ką­pieli, czuję się znacz­nie bar­dziej od­prę­żona, a to do­bry znak.

Ale ten stan trwa tylko do mo­mentu, w któ­rym drzwi od­dzie­la­jące ła­zienkę od po­koju się nie otwie­rają. Krzy­żuję ra­miona na pier­siach i pod­ku­łam ko­lana pod brodę. W po­miesz­cze­niu roz­lega się echo kro­ków Chri­stiana. Na­gle robi mi się zimno.

Nie od­zywa się ani sło­wem. Za to jego spoj­rze­nie mówi wiele. Naj­pierw pa­trzy na blat, a po­tem na mnie. Jest za­do­wo­lony, że sko­rzy­sta­łam z rze­czy, które dla mnie przy­go­to­wał. Dzięki temu pew­nie umac­nia się w prze­ko­na­niu, że za­wsze wie le­piej.

- Gdzie by­łeś? - py­tam. - Czemu nic mi nie mó­wisz? Dla­czego mnie za­mkną­łeś?

Sły­szę, jak od­dy­cha. Wstrzą­sają mną dresz­cze, ale nie dla­tego, że czuję chłód po­wie­trza na skó­rze. Co­kol­wiek po­wie, na­wet je­śli bę­dzie to coś obrzy­dli­wego i nie­mo­ral­nego, bę­dzie to lep­sze niż ta ci­sza. Nie­wie­dza, co się wy­da­rzy.

Pod­cho­dzi co­raz bli­żej, mie­rząc mnie wzro­kiem. Przy­gryza dolną wargę i od razu się do­my­ślam, co mu cho­dzi po gło­wie. Ale za­miast się ro­ze­brać i wejść do wanny czy też za­żą­dać, abym wstała i umyła się na jego oczach, przy­klęka na jedno ko­lano przed wanną. Sięga po myjkę, która unosi się na po­wierzchni wody, na­my­dla ją i za­czyna myć moje barki, po­woli prze­su­wa­jąc się wzdłuż ra­mion.

O co tu cho­dzi? Spy­ta­ła­bym, ale czuję, że i tak by mi nie od­po­wie­dział. A na pewno nie sen­sow­nie. Chwyta mnie za nad­gar­stek i unosi moją rękę, żeby umyć jej we­wnętrzną stroną. Nie robi tego za­bor­czo ani nie­de­li­kat­nie. Na­stęp­nie po­wta­rza tę czyn­ność z drugą ręką. Je­stem zbyt za­sko­czona, żeby ja­koś za­re­ago­wać.

Wtedy do­tyka mo­jego de­koltu i prze­suwa się do sut­ków, które ster­czą tuż nad wodą. Od­ru­chowo osła­niam się rę­kami, ale Chri­stian roz­plata je, nie ba­wiąc się już w sub­tel­no­ści. Na­dal nic nie mówi. Na­wet wtedy, gdy za­ci­skam nogi tak mocno, że aż drżą, kiedy na­my­dla mi łydki, kostki i stopy.

Nie mia­łam po­ję­cia, że jest tak silny. Nie, to nie­prawda. Pa­mię­tam, jak mnie zdo­mi­no­wał w tam­tej alejce i zmu­sił do tego, do czego zmu­sił. Na­dal trudno mi uwie­rzyć w to, że to ten sam męż­czy­zna, ale kiedy sta­now­czym ru­chem roz­suwa moje uda, aby umyć mnie mię­dzy no­gami, zmie­niam zda­nie.

- Nie mu­sisz tego ro­bić.

Igno­ruje moje słowa. Od­kłada myjkę i za­czyna prze­su­wać pal­cami po mo­jej cipce. Te­raz robi to sub­tel­niej niż wtedy w to­a­le­cie sa­mo­lotu. Mu­ska moją łech­taczkę.

Nie po­trzeba wiele czasu, aby moje ciało mnie zdra­dziło, tak jak po­przed­nio. Nie pa­nuję nad nim i wy­gi­nam plecy w łuk, po­ru­sza­jąc bio­drami w rytm jego piesz­czot. Chri­stian nie wy­po­wiada ani słowa, ale od­dy­cha szyb­ciej i głę­biej, aż brzmi jak zwie­rzę w rui, a ja za­tra­cam się w do­zna­niach.

Nie po­doba mi się to. To jest złe, ale mam na­dzieję, że nie prze­sta­nie. To ostat­nia świa­doma myśl, która się we mnie po­ja­wia przed or­ga­zmem. Od­chy­lam głowę i po­ru­szam bio­drami tak mocno, że roz­chla­puję wodę na pod­łogę.

Chri­stian nie prze­rywa piesz­czot. Na­dal robi mi pal­cówkę, na­wet wtedy, gdy pró­buję go od­trą­cić. Nie po­zwala mi na to. Prze­sta­nie, do­piero kiedy sam bę­dzie go­tów. Wstrząsa mną ko­lejna fala or­ga­zmu. Z tru­dem po­wstrzy­muję krzyk. Chyba za­cznę go bła­gać, żeby prze­stał, bo nie zniosę tego dłu­żej, ale na szczę­ście za­biera dłoń.

Kiedy otwie­ram oczy, jego już nie ma. Ale nie zo­sta­wił mnie sa­mej. Nie do końca. Sły­szę, że cho­dzi po pu­stej sy­pialni.

Nie mam wy­boru, mu­szę w końcu wyjść z wanny i się ubrać. Moja cipka na­dal pul­suje, nogi mi się trzęsą, ale ja­koś mu­szę wstać. Nie chcę być tak bez­bronna przy nim. Dla­czego tego nie prze­rwa­łam? I czemu do­szłam tak szybko i tak mocno? W ten spo­sób udo­wad­niam, że Chri­stian ma ra­cję, a nie może jej mieć. Wtedy roz­ochoci się jesz­cze bar­dziej. Jak mam się od niego uwol­nić, skoro nie po­tra­fię go znie­chę­cić? Je­stem słab­sza, niż są­dzi­łam.

Do­brze cho­ciaż, że pi­żama jest wy­godna. To je­dyna forma kom­fortu, na jaki te­raz mogę li­czyć. Do­dat­ko­wym jej plu­sem jest to, że do­brze mnie osła­nia. Im mniej ciała po­ka­zuję, tym mniej­sze szanse na to, że Chri­stian się pod­nieci.

Boso idę do sy­pialni, ale za­trzy­muję się osłu­piała w progu ła­zienki, bo Chri­stian wła­śnie zdej­muje z sie­bie T-shirt.

- Co ty ro­bisz?

- A na co ci to wy­gląda? - od­zywa się po raz pierw­szy, od­kąd tu przy­szedł.

- Czemu ro­bisz to tu­taj?

- Jak my­ślisz?

Otu­lam się rę­kami i cała się spi­nam.

- Ni­gdy mnie już nie do­tkniesz tak, jak ro­bi­łeś to przed chwilą. Mam na­dzieję, że o tym wiesz.

Chri­stian pry­cha, po czym zdej­muje spodnie.

- Daj spo­kój, robi się późno. Mu­sisz od­po­cząć.

- Nie po­łożę się w tym łóżku, je­śli ty za­mie­rzasz w nim spać.

Po­woli ob­raca się w moją stronę i pa­trzy mi w oczy.

- Albo sama do niego wej­dziesz, albo ja ci w tym po­mogę.

Przez chwilę za­sta­na­wiam się, co po­win­nam zro­bić, ale Chri­stian chyba czyta mi w my­ślach.

- Tylko nie mów, że nie wie­rzysz, że to zro­bię. - Uśmie­cha się, od­sła­nia­jąc zęby, które wy­dają się prze­raź­li­wie białe w bla­sku księ­życa, wpa­da­ją­cym przez okno. - Zrób to. Rzuć mi wy­zwa­nie. Śmiało. Z przy­jem­no­ścią po­każę ci, że się my­lisz i gdzie twoje miej­sce.

Co za bez­duszny drań. Idąc przez po­kój, rzu­cam mu wście­kłe spoj­rze­nie. Kładę się na łóżku ple­cami do ściany.

- Może być - stwier­dza i siada. - Mniej­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że mi się wy­mkniesz. Tak przy oka­zji, na­wet tego nie pró­buj.

Chri­stian roz­ciąga się na ma­te­racu, zaj­mu­jąc po­nad po­łowę jego po­wierzchni.

- Nie wyj­dziemy stąd, do­póki nie uznam, że nad­szedł czas.

Wiem, że tak bę­dzie. Nie mam siły się z nim wy­kłó­cać. Je­stem zbyt zmę­czona, zbyt smutna i za bar­dzo roz­cza­ro­wana samą sobą. Jak mam so­bie te­raz ufać, skoro przez cały ten czas by­łam ślepa na to, kim Chri­stian tak na­prawdę jest? A skoro znam już prawdę i to nie wy­star­cza, że­bym utrzy­mała go z da­leka od mo­jego ciała, to co może mi w tym po­móc?

Leży na ple­cach, jedną rękę ma pod głową, a drugą na brzu­chu. Poza bez­tro­skiego męż­czy­zny. Jak by to było za­bić go tu i te­raz? Nie za­sta­na­wiam się jed­nak nad tym dłu­żej, tylko py­tam go o to, co naj­bar­dziej mi ciąży.

- Gdzie jest Cyn­thia? Co jej zro­bi­łeś?

W sy­pialni pa­nuje pół­mrok, ale i tak wi­dzę, że Chri­stian otwiera oczy.

- Śpij już.

- Nie, do­póki się nie do­wiem. Nie dam ci za­snąć, więc le­piej mi po­wiedz, czy ją po­rwa­łeś. Prze­trzy­mu­jesz ją gdzieś? Czy może... - Te słowa nie przejdą mi przez gar­dło.

- Jest bez­pieczna. Żyje. Trzy­mam ją w ustron­nym miej­scu, ale jest w jed­nym ka­wałku. Mo­żesz być tego pewna. Za­ufaj mi.

- Za­ufać ci? Czy ty sam sie­bie sły­szysz?

Po­woli prze­krę­cił głowę, żeby na mnie spoj­rzeć.

- My­śla­łaś, że zro­bi­łem jej krzywdę? Albo że ją za­bi­łem? Za­da­łem jej tylko tro­chę bólu, po­ry­wa­jąc ją. Nic po­nadto. Wiem, ile ona dla cie­bie zna­czy. Przez te wszyst­kie lata dbała o twoje bez­pie­czeń­stwo. Nie za­po­mnę jej tego.

- Czemu w ta­kim ra­zie ją po­rwa­łeś?

- Bo mnie roz­po­znała. Nie mo­głem po­zwo­lić, żeby cho­dziła wolno, wie­dząc, kim je­stem. Zu­peł­nie nic jej nie jest. Nie mu­sisz się o nią mar­twić.

Prze­wra­cam oczami. Ja­sne. Bo z pew­no­ścią po­wie­dział mi prawdę. Prze­cież od po­czątku był ze mną szczery.

- Chcę ją zo­ba­czyć.

Chri­stian wpa­truje się w su­fit. Nie od­pusz­czę mu tego. Nie mogę.

- Chcę się prze­ko­nać na wła­sne oczy, że nic jej nie jest. Chcę też, żeby ona mnie zo­ba­czyła. Pew­nie tak samo jak ja od­cho­dzi od zmy­słów ze zmar­twie­nia.

Chri­stian wy­daje z sie­bie tylko po­mruk, co mnie zło­ści.

- Masz za­miar trzy­mać mnie pod klu­czem w tym po­koju? Chcesz, że­bym się do­brze za­cho­wy­wała? W ta­kim ra­zie chcę się spo­tkać z Cyn­thią. Sam po­wie­dzia­łeś, że wiesz, ile ona dla mnie zna­czy. Masz ra­cję i wła­śnie dla­tego chcę się z nią wi­dzieć.

- Bę­dziesz grzeczna?

Czemu na­gle mam wra­że­nie, że wła­śnie za­wie­ram pakt z dia­błem? No tak, bo prze­cież tak jest.

- Tak. Zro­bię wszystko, czego tylko ze­chcesz, pod wa­run­kiem że będę mo­gła się z nią zo­ba­czyć.

Za­pada ci­sza. Z każdą chwilą moje ciało co­raz bar­dziej się spina, po­wra­ca­jąc do stanu sprzed ką­pieli. Bę­dzie się ze mną dłu­żej dro­czył? Wy­obra­żam so­bie, że wła­śnie taki ma za­miar, a ja nie mogę zro­bić nic, aby go po­wstrzy­mać.

- Zgoda. Bądź grzeczna, a za­biorę cię do niej. Obie­cuję. - Za­myka oczy. - A te­raz idź spać, bo zmie­nię zda­nie.

Do­brze wiem, że da­ro­wa­nemu ko­niowi nie za­gląda się w zęby. Zresztą je­stem wy­czer­pana. Za­my­kam więc po­wieki. Szybko za­pa­dam w sen.

Roz­dział czwarty

Chri­stian

- No da­lej! - Ze snu wy­bu­dza mnie stę­ka­nie i po­sa­py­wa­nie Siân oraz od­głos szar­pa­nia za klamkę. - Otwórz­cie się, do cho­lery.

Prze­cie­ram za­spane oczy i naj­pierw spraw­dzam miej­sce obok sie­bie. Nie że­bym się spo­dzie­wał, że zo­ba­czę tam jej drobną syl­we­tkę. Już wiem, że jej tam nie ma. To tylko mój umysł po­trze­bo­wał po­twier­dze­nia tego, co oczy­wi­ste. Po­tem prze­no­szę uwagę na drugi ko­niec po­koju, gdzie Siân klę­czy przy drzwiach i pró­buje czymś pod­wa­żyć za­mek.

Ra­miona ma unie­sione wy­soko i jest tak skon­cen­tro­wana, że nie za­uważa, iż się jej przy­glą­dam. Nie dziwni mnie ani tro­chę, że pró­buje uciec. Je­śli mam być szczery, cie­szy mnie to. Sama daje mi po­wód, żeby wy­mie­rzyć jej karę.

Wstaję ci­cho z łóżka i sta­wiam stopy na dy­wa­nie. Ro­bię krok i boso staję na zim­nej drew­nia­nej pod­ło­dze. Prze­szywa mnie dreszcz. Siân na­dal jest sku­piona na swoim za­da­niu, ale już nie klę­czy. Po­now­nie szarp­nęła za klamkę, lecz w końcu się pod­dała. Zre­zy­gno­wana, wzdy­cha z iry­ta­cją.

Kiedy ką­tem oka za­uważa mnie, wstrzy­muje od­dech. Wi­dzę, że drżą jej usta. Pod­cho­dzę do niej i pa­trzę na nią z góry. Je­stem roz­darty po­mię­dzy tym, czy ją po­ca­ło­wać, czy może dać jej la­nie za to, że się bun­tuje.

- Skoń­czy­łaś? - py­tam, wy­cią­ga­jąc rękę, żeby po­gła­skać ją po po­liczku.

Siân od­wraca głowę tak, że­bym nie mógł jej do­tknąć, a kiedy pod­cho­dzę jesz­cze bli­żej, przy­wiera ple­cami do drzwi. Bez wąt­pie­nia ma­rzy o tym, aby znik­nąć albo w ma­giczny spo­sób prze­nik­nąć przez twardą po­wierzch­nię. Wo­la­łaby być wszę­dzie in­dziej, byle nie tu­taj. Przy­kro mi, myszko. To je­dyne miej­sce, które bę­dziesz oglą­dała.

- Tak - od­po­wiada na­bur­mu­szona, trzę­sąc się ze stra­chu.

Gła­dzę ją po de­kol­cie i od­gar­niam jej włosy z twa­rzy. Chcę na nią po­pa­trzeć, zo­ba­czyć od­ma­lo­wany na niej lęk. Cią­gle pró­buje się ode mnie od­su­nąć, ale chwy­tam ją za kark i unie­ru­cha­miam.

Siân robi, co może, żeby nie spoj­rzeć mi w oczy, jed­no­cze­śnie na­piera dło­nią na moją pierś, pró­bu­jąc za­cho­wać ja­kiś dy­stans mię­dzy nami. Po­cią­gam ją do przodu w stronę łóżka, cho­ciaż bar­dzo mi to utrud­nia. Siân upada, ale szybko ją pod­no­szę. Wtedy ona wbija mi pa­znok­cie w przed­ra­miona. Czuję w tych miej­scach szczy­pa­nie, ale igno­ruję je.

- Nie, Chri­stian. Pro­szę, nie. Już nie będę pró­bo­wała uciec.

Prze­krzy­wiam głowę i ci­cho się śmieję.

- Wi­dzisz, ja­koś ci nie wie­rzę. Obie­ca­łaś, że bę­dziesz grzeczna, ale okła­ma­łaś mnie.

- Ty cią­gle kła­miesz - za­uważa.

Nie­ru­cho­mieję, wbi­ja­jąc w nią wście­kłe spoj­rze­nie. Po­tem mocno przy­cią­gam ją do sie­bie.

- Nie­prawda. Ty po pro­stu nie by­łaś uważna.

Siân na­dal trzyma mnie za nad­garstki, ale ja nie zwal­niam uści­sku na jej karku. Do jej oczu na­pły­wają łzy, a piersi fa­lują w rytm rwa­nego od­de­chu. Pró­buje się nie roz­kleić. Przy­glą­dam się jej twa­rzy, wy­pa­tru­jąc choćby cie­nia stra­chu. Moje mil­cze­nie wpra­wia ją w za­kło­po­ta­nie. Czuję, że na­ra­sta w niej na­pię­cie. Na­gle do­strze­gam na jej twa­rzy kon­ster­na­cję, którą tak bar­dzo chciała ukryć.

Jej wy­siłki są bez­ce­lowe, bo za­wsze będę do­sta­wał to, czego chcę. Będę miał nad nią ten typ kon­troli, do­póki nie za­ak­cep­tuje mnie ta­kiego, jaki je­stem, i nie przyj­mie sie­bie praw­dzi­wej. Ro­zu­miem, że wi­dzi we mnie cho­ler­nego po­twora i niech tak bę­dzie. Je­stem z tego dumny, ale musi w końcu przej­rzeć na oczy i zro­zu­mieć, że nie róż­nimy się aż tak od sie­bie. Uro­dziła się po to, żeby iść obok mnie przez ból i roz­lew krwi.

- Czego ode mnie chcesz? - pyta, a po jej po­licz­kach płyną łzy.

- Wła­śnie tego, czym mnie ob­da­rzasz, myszko. Cie­bie. Two­ich łez...

- I lęku, tak? Coś już o tym mó­wi­łeś.

- W tej chwili chcę two­jego pła­czu - wy­znaję i z po­wro­tem cią­gnę ją w stronę łóżka.

Uru­cha­mia się w niej od­ruch ucieczki i walki. Robi za­mach w moją stronę. Ude­rza mnie w po­li­czek. Za­ci­skam zęby i nie­ru­cho­mieję. Siân prze­staje się mio­tać. Ką­tem oka wi­dzę, że ogar­nia ją pa­nika. Ze stra­chem wy­cze­kuje mo­jej re­ak­cji. Ugi­nają się pod nią nogi, ale utrzy­muję ją w pio­nie.

- Co zro­bisz? - pyta pi­skli­wie.

- Dam ci pie­przoną na­uczkę.

Po­py­cham Siân na łóżko. Za­ci­ska pię­ści na koł­drze. Szybko wsu­wam palce za gumkę jej spodni od pi­żamy i zdzie­ram je z niej. Mam przed sobą jej jędrną dup­cię. Nie­ska­zi­telna, oliw­kowa skóra aż się prosi o to, że­bym zo­sta­wił na niej ślady. Mój ku­tas re­aguje na wi­dok jej na­gich po­ślad­ków. Wkła­dam wiele wy­siłku w to, żeby nie ze­rżnąć jej od razu.

- Chri­stian, pro­szę, nie! - Wierci się, pró­bu­jąc się uwol­nić.

Chwy­tam ją za włosy i od­cią­gam jej głowę w tył. Przy­wie­ram do niej w ubra­niu, a mój wzwie­dziony fiut opiera się o jej dupę.

- Spró­buj ucieczki raz jesz­cze, a cię znisz­czę. Mó­wi­łem, że­byś mnie nie te­sto­wała. Mia­łaś być grzeczna, a tym­cza­sem nie mi­nęła na­wet doba na­szego no­wego wspól­nego ży­cia, a ty oka­zu­jesz nie­po­słu­szeń­stwo. To sta­nowi pe­wien pro­blem, dla­tego uka­rzę cię.

- Prze­pra­szam. Już ni­gdy nie zawa...

Urywa, kiedy daję jej klapsa w ty­łek. Pla­śnię­cie mo­jej dłoni o jej skórę od­bija się echem w pra­wie pu­stym po­koju. Ude­rze­nie pie­cze mnie tak samo jak ją. Siân się wzdryga. Jej krzyk tłumi koł­dra, w którą wtu­liła twarz.

Klaps.

Ude­rzam jej po­śladki po­now­nie. Tym ra­zem roz­cie­ram od­cisk dłoni, który po­zo­sta­wi­łem. Siân od­dy­cha nie­rów­no­mier­nie. Kon­ty­nu­uję la­nie. Z każ­dym cio­sem Siân ję­czy. Wi­dzę, że spra­wia jej to przy­jem­ność.

- Mmm - mru­czy tak ci­cho, że le­d­wie to sły­szę.

Kurwa, prze­kli­nam w my­ślach. Ona wy­eks­po­no­wana w ten spo­sób przede mną, jej ty­łek ze śla­dem mo­jej dłoni i jęki, które za wszelką cenę pró­buje po­wstrzy­mać, wy­star­czają, żeby do­pro­wa­dzić mnie do wrze­nia. Igno­ruję to, że mam erek­cję. Dziś mam inny cel. Mu­szę po­ka­zać jej, co ją spo­tka, kiedy spró­buje ode mnie uciec. Dam jej lek­cję, żeby wie­działa, iż jej czyny mają kon­se­kwen­cje.

Wra­cam do wy­mie­rza­nia kary. Uno­szę rękę, żeby po­now­nie dać jej klapsa w po­śladki, ale nie ro­bię tego, bo za­uwa­żam oznaki pod­nie­ce­nia po­mię­dzy jej no­gami. Przez chwilę pa­trzę na ści­śnięte ze sobą wargi jej pięk­nej cipki. Tak mocno po­łą­czyła uda.

- Myszko, nie prze­sta­jesz mnie za­ska­ki­wać - szep­czę.

Opuszką kciuka prze­bie­gam po tych war­gach, ście­ra­jąc z nich jej soki. Na­gle Siân pod­ska­kuje, cał­ko­wi­cie za­sko­czona zmianą piesz­czoty. Ob­li­zuję so­bie kciuk i pa­trzę na Siân, drugą rękę za­ci­ska­jąc so­bie na spodniach w kro­czu.

- Lu­bisz do­sta­wać klapsy, prawda?

Nie od­po­wiada, więc ude­rzam ją w ty­łek tak mono, że wzbu­dza to w niej re­ak­cję. Nie wer­balną. Jej ciało mówi za nią.

- Tak, lu­bisz to. Dla­tego tak kiep­sko po­szła ci ucieczka? Mia­łaś na­dzieję, że cię na­kryję.

- Pier­dol się - wy­ce­dza stłu­mio­nym przez koł­drę gło­sem.

Klaps.

Spo­dzie­wa­łem się, że za­cznie się wić, bę­dzie chciała ucie­kać albo krzy­czeć, ale nie robi tego. Za­ci­ska uda i tłumi jęk, który się jej ci­śnie na usta. Po­now­nie prze­bie­gam pal­cem po jej cipce i po­woli roz­su­wam jej wargi. Uważ­nie ob­ser­wuję jej twarz. Kiedy wzmac­niam do­tyk, ciało Siân drży. Wi­dzę, że jest bar­dzo pod­nie­cona.

Ale nie daję jej tego, czego pra­gnie. Za­miast wsu­nąć pa­lec w jej cipkę, zwil­żam go jej so­kami i prze­su­wam aż do tyłka. Na­stęp­nie wy­ko­nuję ko­li­ste ru­chy wo­kół jej od­bytu. Siân się na­pina, a mnie chce się śmiać.

- Na­stęp­nym ra­zem, jak ci po­wiem, że­byś cze­goś nie ro­biła, to po­słu­chaj. Ina­czej ko­lejną karę wy­mie­rzę ci w tę cia­sną dziurkę w twoim ma­łym ty­łeczku.

Sły­sząc tę groźbę, Siân spina się jesz­cze bar­dziej, ale robi roz­cza­ro­waną minę. Jest tak cho­ler­nie spra­gniona przy­jem­no­ści, choć po­winna mnie nie­na­wi­dzić. Od­su­wam się od niej, się­gam po T-shirt, który leży przy łóżku, i za­kła­dam go. Siân jesz­cze przez chwilę leży nie­ru­chomo, cze­ka­jąc, aż wy­równa się jej od­dech. Jest za­wsty­dzona. Za­łożę się, że li­czy na moje szyb­kie wyj­ście, bo nie chce mi spoj­rzeć w oczy.

Skar­bie, za­sta­nów się. Chcę wi­dzieć każdy prze­jaw lęku na two­jej twa­rzy. Chcę być przy tym, kiedy w końcu zro­zu­miesz, że reszta two­jego ży­cia jest w mo­ich rę­kach - po­my­śla­łem.

- Pora na śnia­da­nie.

- Nie je­stem głodna. - Siada i po­pra­wia pi­żamę. Nie pa­trzy na mnie. Nie jest w sta­nie. Ma za­ró­żo­wione po­liczki, jej skóra ma lekki od­cień czer­wieni.

- Mam ci po­now­nie dać la­nie? - py­tam, ale nie pa­trzę na nią.

Siân nie­ru­cho­mieje. Na jej twa­rzy ma­luje się dziwna mie­szanka emo­cji: nie­na­wiść, lęk i obrzy­dze­nie. Chce w ja­kiś spo­sób mi się prze­ciw­sta­wić, ale do­brze wie, że to kiep­ski po­mysł. Przy­znam, że nie przy­wy­kłem do tej jej wa­lecz­no­ści. Jak wy­nika z mo­ich ob­ser­wa­cji, przy Kyli i Taju była ra­czej po­py­cha­dłem.

Da­wała im wcho­dzić so­bie na głowę. Ni­gdy tego nie zro­zu­miem, bo prze­cież jest córką szefa ma­fii. Jego pa­no­wa­nie może i ustało pięt­na­ście lat temu, ale jego na­zwi­sko na­dal wiele zna­czy w Me­dio­la­nie. Marco był tak samo okrutny jak mój oj­ciec i roz­pra­wiał się z każ­dym, kto wszedł mu w drogę. By­łem wtedy gów­nia­rzem, ale sły­sza­łem różne hi­sto­rie i na wła­sne oczy wi­dzia­łem, jak na­sze ro­dziny szy­kują się na wojnę. Wi­dzia­łem też roz­lew krwi. Taka spu­ści­zna nie idzie w za­po­mnie­nie tak po pro­stu. Ona pły­nie w ży­łach có­rek i sy­nów przez wiele po­ko­leń. Drażni mnie to, że Siân po­zwa­lała, żeby nie­lo­jal­no­ści i zdrady ucho­dziły tym lu­dziom na su­cho.

Tak czy ina­czej Siân zo­sta­nie kró­lową, bo miała nią być od po­czątku. Na­wet je­śli mia­łoby to ozna­czać, że bę­dzie mnie nie­na­wi­dziła do końca na­szych wspól­nych dni. Lu­dzie mogą mó­wić, co chcą, ale prawda jest taka, że mię­dzy mi­ło­ścią a nie­na­wi­ścią prze­biega bar­dzo cienka gra­nica, a seks jest rów­nie wspa­niały w obu przy­pad­kach.

Po­nie­waż Siân ani drgnie, pod­cho­dzę bli­żej i siłą sta­wiam ją na nogi. Ner­wowo po­pra­wiam jej pi­żamę. Na­wet w nie­ła­dzie jest prze­piękna. No i jest uparta, a przy­naj­mniej na taką się kreuje.

Cią­gnę ją za rękę do za­mknię­tych drzwi. Pu­kam w nie trzy­krot­nie i po chwili roz­lega się szczęk prze­krę­ca­nego klu­cza. Po dru­giej stro­nie stoi Helga, na­sza go­spo­sia. Staje z boku, tak że­by­śmy z Siân mo­gli swo­bod­nie przejść przez próg. Ką­tem oka do­strze­gam, że Siân rzuca Hel­dze bła­galne spoj­rze­nie. To bez­sen­sowne. W tym domu nikt nie od­waży się po­stą­pić wbrew mo­jej woli. Dla­tego wszelka na­dzieja na ucieczkę, którą Siân żywi, jest płonna.

Siân za­czyna się ze mną szar­pać, li­cząc na to, że się wy­swo­bo­dzi, ale trzy­mam ją mocno. Do­cie­ramy do kuchni, gdzie wita nas za­pach śnia­da­nia. Spra­wia mi to wiele ra­do­ści, bo bar­dzo się stę­sk­ni­łem za wło­ską kuch­nią. W po­miesz­cze­niu jest tylko ku­charz, który prze­ciera blaty i sprząta po­bru­dzone na­czy­nia.

- Si­gnor Cri­stiano! - wita się ze mną męż­czy­zna, tak jak Helga, na­wet nie pa­trząc na Siân. -Dziś po­da­li­śmy śnia­da­nie na pa­tio.

- Gra­zie, Aldo. A mój oj­ciec?

- Zej­dzie na dół póź­niej. Ma ja­kieś spo­tka­nie.

Ki­wam głową i ru­szam w stronę prze­suw­nych drzwi, które pro­wa­dzą na pa­tio przy kuchni. Siân fuka i pry­cha, w du­chu prze­kli­na­jąc mnie za to, że musi tu być, i za wszyst­kie rze­czy, które zro­bi­łem. Bla, bla, bla.

Na pa­tio, przy stole od­su­wam krze­sło dla Siân i gwał­tow­nie ją na nim sa­dzam. Wzdryga się i marsz­czy czoło.

- To boli. - Wy­rywa rękę z mo­jego uści­sku i roz­ciera nad­gar­stek.

Zbli­żam twarz do jej twa­rzy i chwy­tam ją za pod­bró­dek. Chcę, żeby pa­trzyła mi w oczy.

- Myszko, to, co ci dziś zro­bi­łem, nie miało nic wspól­nego z bó­lem, który fak­tycz­nie po­tra­fię za­da­wać.

Siân gło­śno prze­łyka ślinę. Ści­skam jej pod­bró­dek moc­niej, ale nie aż tak mocno, żeby za­dać jej ból. Chcę je­dy­nie dać jej do zro­zu­mie­nia, że z ła­two­ścią mogę ją skrzyw­dzić. Przy­glą­dam się jej twa­rzy i po­woli prze­su­wam rękę z jej brody na gar­dło. Uśmie­cham się do sie­bie na wspo­mnie­nie tego, jak wspa­niale się czu­łem, po­su­wa­jąc ją w usta.

Ogar­nia ją nie­po­kój, ale ma na tyle od­wagi, żeby od­su­nąć się ode mnie. Uśmie­cham się do niej. Po­doba mi się to, jak ła­two jest ją po­bu­dzić. Za­po­wiada się do­bra za­bawa - na­sza oso­bi­sta za­bawa w kota i myszkę.

- Je­śli za­pra­gnę two­ich łez, do­stanę je. Je­śli nie prze­sta­niesz być nie­grzeczna, czeka cię kara znacz­nie gor­sza niż klapsy w ty­łek.

- Gdzie jest Cyn­thia? - pyta.

Wy­bu­cham śmie­chem.

- Za­po­mnij o tym - Sia­dam na krze­śle obok niej.

- Nie, obie­ca­łeś, że mnie do niej za­bie­rzesz - ma­ru­dzi.

- A ty obie­ca­łaś, że bę­dziesz grzeczna. Wy­ja­śnię ci, jak to działa. To jest twój dom. Na­le­żysz do mnie, a jak na­dal bę­dziesz nie­po­słuszna, to...

- Nie je­stem twoją pie­przoną wła­sno­ścią. Nie mo­żesz mnie tak po pro­stu so­bie ukraść...

- Ukraść cię nie mogę, bo nie mogę skraść tego, co pra­wo­wi­cie jest moje.

Siân po­trząsa głową.

- Czemu to ro­bisz? Czemu przez tyle lat mnie ob­ser­wo­wa­łeś? Czemu mnie drę­czy­łeś? Czemu za­bi­łeś naj­bliż­szych mi lu­dzi?

Wstrzy­muję od­dech, się­gam po dzba­nek z wodą i na­peł­niam szklanki, które stoją przed nami.

- Od­po­wiedz mi, do cho­lery! - żąda.

Z trza­skiem sta­wiam szklankę na stole, aż ta­le­rze szczę­kają, a Siân pod­ska­kuje na krze­śle.

- Siân, do ja­snej cho­lery, wszystko, co ro­bię, ro­bię dla cie­bie. Kie­dyś to w końcu zro­zu­miesz. A te­raz jedz.

- Nie je­stem głodna.

Uśmie­cham się z dumą, sły­sząc, że użyła na­szego ro­dzi­mego ję­zyka. Wy­ma­zała tę część swo­jej toż­sa­mo­ści, wy­parła się swo­ich ko­rzeni, a wszystko po to, żeby wieść z Cyn­thią to ży­cie pełne ułudy.

- Wszyst­kie te chore i po­rą­bane rze­czy nie były dla mnie, ty po­je­bie. Nie mo­żesz krzyw­dzić lu­dzi i twier­dzić, że to z mo­jego po­wodu. Zma­ni­pu­lo­wa­łeś mnie, okła­ma­łeś, wy­ko­rzy­sta­łeś. A ja mam my­śleć, że to dla­tego, że ci na mnie za­leży? Je­steś chory, Chri­stian. Uwol­nię się od cie­bie. Od­najdę Cyn­thię i spra­wię, że za­pła­cisz za to wszystko.

Na­dal mi się sprze­ci­wia. Cho­ciaż nie zno­szę, kiedy ktoś rzuca mi wy­zwa­nie czy kwe­stio­nuje moje dzia­ła­nia, od­czu­wam dumę. Na­resz­cie, po raz pierw­szy, od kiedy ją ob­ser­wuję, po­ka­zuje pa­zurki. Ze mną prze­gra każde star­cie, ale przy­naj­mniej się nie pod­daje. A to czyni za­bawę jesz­cze lep­szą. Siân tak na­prawdę nie wie, jak da­leko je­stem w sta­nie się po­su­nąć, żeby do­stać to, czego pra­gnę. Ale z pew­no­ścią się o tym prze­kona.

- My­ślisz, że mo­żesz mnie po­ko­nać, myszko? Masz za sobą całą ar­mię, co?

Nic nie mówi.

- Znasz mnie dłu­żej, niż przy­pusz­czasz.

- Co masz na my­śli? - pyta, marsz­cząc czoło.

Się­gam po frit­tatę i kładę ją na ta­le­rzu Siân.

- Po­myśl. Kiedy spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy? Dam ci małą pod­po­wiedź: to nie było w tam­tym pie­przo­nym ba­rze.

Siân od­dy­cha głę­boko i pa­trzy na mnie sko­ło­wana. Do­my­ślam się, że wy­sila te­raz mózg, żeby się do­my­ślić, o co mi cho­dzi.

- Tu cho­dzi o mo­jego ojca, prawda?

- Nie prze­słu­chuj mnie! Bierz się do je­dze­nia. - Na­kła­dam por­cję dla sie­bie. Mu­szę zmie­nić te­mat. To nie jest do­bry mo­ment, żeby o tym roz­ma­wiać, bo prawda wyj­dzie na jaw, a tego bym nie chciał. Jesz­cze nie te­raz. Do­piero kiedy bę­dzie cał­kiem moja.

Siân osten­ta­cyj­nie od­py­cha od sie­bie ta­lerz, tak że zgrzyta o blat. Rzu­cam wi­de­lec i na­bie­ram po­wie­trza do płuc.

- Za­czy­nają mnie wkur­wiać te twoje hu­morki, a wierz mi, nie chcesz mnie wi­dzieć roz­wście­czo­nego. Tak się sprawy mają. Po­jawi się tu mój oj­ciec, a ty zjesz to cho­lerne śnia­da­nie, jak na grzeczną dziew­czynkę przy­stało. Może wtedy za­biorę cię do Cyn­thii.

- Obie­caj. - Jej wa­leczny na­stój ustą­pił miej­sca de­ter­mi­na­cji.

Nie po­doba mi się to, ale nie przy­znam się do tego przed nią. Dla­tego po­sta­na­wiam po­wie­dzieć jej to, co we­dług mnie jest naj­waż­niej­sze.

- Ni­gdy nie zła­mię da­nego ci słowa, myszko. Prze­ni­gdy.

Przez bar­dzo krótką chwilę pa­trzymy so­bie w oczy, co prze­rywa na­dej­ście mo­jego ojca Sa­mu­ela Russo. Jest ubrany w gar­ni­tu­rowe spodnie i śnież­no­białą ko­szulę na gu­ziki. Bez wa­ha­nia zaj­muje miej­sce obok mnie.

Na­stęp­nie z miną po­zba­wioną wy­razu przy­gląda się Siân. Znam tę ma­skę zbyt do­brze. Na czole ojca za­uwa­żam żyły. To jedno zdra­dza jego emo­cje. Przez całe ży­cie mia­łem kło­pot z od­czy­ty­wa­niem jego na­stro­jów, a jego wy­bu­chy zło­ści były rów­nie nie­prze­wi­dy­walne jak moje. Na­uczy­łem się jed­nak, że kiedy po­pada w kon­ster­na­cję, to wy­łażą mu te żyły na skro­niach. Za­zwy­czaj ozna­cza to, że za­mie­rza mi zle­cić za­bi­cie ko­goś.

At­mos­fera przy stole się zmie­nia, kiedy ta dwójka się so­bie przy­gląda. Siân od­dy­cha szyb­ciej i spina się bar­dziej. Wy­gląda, jakby go roz­po­znała, ale nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, kiedy miała z nim do czy­nie­nia. Nie­świa­do­mie przy­suwa się do mnie bli­żej, nie od­ry­wa­jąc przy tym wzroku od mo­jego ojca. Po chwili kuli się w so­bie jak dzi­kie, prze­stra­szone zwie­rzątko.

Na­gle mam ogromną ochotę ochro­nić Siân i bez za­sta­no­wie­nia na­chy­lam się w jej stronę. Sa­mu­ele prze­nosi uwagę na mnie, uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie.

- Nie dość, że je­steś wrzo­dem na du­pie, to do tego kła­miesz - od­zywa się oj­ciec.

Za­ci­skam szczękę, ale nie z po­wodu słów, któ­rych użył. To dla niego ty­powy spo­sób ko­mu­ni­ko­wa­nia się. Mój oj­ciec nie jest ła­godny. Nie był taki, gdy by­łem dziec­kiem, i z pew­no­ścią nie jest taki te­raz. Dla­tego to nie jego słowa pod­no­szą mi ci­śnie­nie, lecz ukryte w nich zna­cze­nie.

Siân wy­rwa mnie z za­my­śle­nia, de­li­kat­nie do­ty­ka­jąc mo­jej ręki.

- Nie chcę tu być - szep­cze.

Kładę dłoń na jej dłoni, ale nie udaje mi się do­dać jej otu­chy.

- Mów gło­śniej, dziew­czyno. Nie bądź taka nie­śmiała - mówi oj­ciec z ostrym ak­cen­tem.

Siân dziw­nie wierci się na krze­śle. Boi się, ale szybko bie­rze się w garść. Mnie robi się go­rąco. Nie chcę, żeby bała się jego czy ko­go­kol­wiek in­nego. Mu­szę się uspo­koić, bo ina­czej wy­buchnę. Po­wstrzy­muję po­kusę, żeby ze­trzeć ojcu ten wredny uśmie­szek z twa­rzy. Za­zwy­czaj wi­dok prze­stra­szo­nej Siân mnie kręci, ale w tej chwili czuję tylko wkurw.

- Wiesz, praw­dziwa z cie­bie szczę­ściara, skoro prze­ży­łaś po­żar, w któ­rym zgi­nęła twoja ro­dzina. - Sa­mu­ele sięga po dzba­nek z wodą i na­lewa ją so­bie do szklanki.

- Zna­łeś mo­ich ro­dzi­ców? - Siân pro­stuje się na krze­śle.

Oj­ciec pije wodę, a po­tem śmieje się sar­ka­stycz­nie.

- Chri­stian ci nie po­wie­dział?

Siân pa­trzy raz na mnie, raz na niego. Jest cał­ko­wi­cie sko­ło­wana.

- Co miał mi po­wie­dzieć?

Wbi­jam w ojca mor­der­cze spoj­rze­nie. Ten drań i jego gierki. Chce ją zde­ner­wo­wać, a mnie za­leźć za skórę. To jego ko­nik. Każdy z nas ma coś ta­kiego. Ja lu­bię pa­trzeć, a oj­czu­lek uwiel­bia za­sie­wać ziarno nie­pew­no­ści. Dzięki temu do­tarł do miej­sca, w któ­rym obec­nie się znaj­duje. To je­dyny po­wód, dla któ­rego Marco po­niósł po­rażkę tam­tego wie­czoru.

- Nic ta­kiego - od­po­wia­dam oschle. - Zjedz coś i się zbie­ramy.

- Wła­śnie tym się zaj­mo­wa­łeś? Wy­da­wa­niem mo­ich pie­nię­dzy i za­so­bów w Ame­ryce na ja­kąś cipkę?

- Uwa­żaj na słowa - ri­po­stuję.

Sa­mu­ele unosi ręce, uda­jąc, że się pod­daje.

- Och, aleś ner­wowy.

Siân przy­gląda się na­szym re­ak­cjom i wy­raź­nie wi­dać, że jest co­raz bar­dziej sko­ło­wana. Do­my­ślam się, że choć nie po­słu­guje się wło­skim tak płyn­nie jak daw­niej, to z pew­no­ścią dużo ro­zu­mie.

- W po­rządku. Nim się nie mu­sisz przej­mo­wać - za­pew­niam ją, pa­trząc ojcu pro­sto w oczy.

- Nie skła­daj obiet­nic, któ­rych nie mo­żesz do­trzy­mać. Mógł­bym ją za­bić w tej chwili, tak dla za­bawy.

- Za­bić? Co? - Siân jest prze­ra­żona, kiedy wy­ła­puje ogólny sens na­szej roz­mowy.

- Chyba zgłu­pia­łeś, przy­pro­wa­dza­jąc tę sukę do mo­jego domu, szcze­gól­nie że po­do­bno nie żyje. Te­stu­jąc mnie, synu, ry­zy­ku­jesz, że ob­ciążę dziew­czynę dłu­giem jej ojca.

- Zo­sta­nie moją żoną i matką two­ich wnu­ków, więc le­piej do­brze się za­sta­nów, co jesz­cze po­wiesz.

Oj­ciec się śmieje.

- To o to tu cho­dzi? Przez tyle lat uga­nia­łeś się za nią wła­śnie po to?

Dzi­wię się, sły­sząc to.

- Tak, wiem o two­ich wy­ciecz­kach do Sta­nów. Ni­czego przede mną nie ukry­jesz. Po­zwa­la­łem ci na to, bo wy­ko­nu­jesz moje po­le­ce­nia, ale je­den błąd, Chri­stia­nie, a do­pil­nuję, żeby na­prawdę po­że­gnała się z ży­ciem.

Ta groźba mnie roz­wście­cza. Oj­ciec gapi się na mnie z uśmie­chem. Gdyby nie to, że Siân sie­dzi obok, rzu­cił­bym się na niego. Pod­dał­bym się swo­jemu tem­pe­ra­men­towi. Ale nie mogę tego zro­bić. Wiem, że Siân po­znała prawdę o mnie, ale mu­szę zdo­być jej za­ufa­nie i chcę spra­wić, żeby mnie po­ko­chała.

Wy­bie­ram więc mą­drzej­sze roz­wią­za­nie i nie oka­zuję przy ojcu siły uczuć, któ­rymi da­rzę Siân. Tyle że znam wła­snego ojca dość do­brze i wiem, że ta roz­mowa jest po­żywką dla jego po­krę­co­nego umy­słu i że z pew­no­ścią knuje ja­kiś straszny plan.

Roz­dział piąty

Siân

Nie wie­rzę w to, co sły­szę. Prze­cież się obu­dzi­łam rano i to nie jest dzi­waczny, po­krę­cony i nie­po­ko­jący sen. Czy człon­ko­wie ro­dziny na­prawdę roz­ma­wiają ze sobą w ten spo­sób?

I to przy oso­bach po­stron­nych, które za­pra­szają do wspól­nego stołu? W su­mie mo­głoby mnie tu nie być, tyle że oj­ciec Chri­stiana od czasu do czasu rzuca mi zło­wro­gie spoj­rze­nie.

Ale nie to jest naj­gor­sze. Mam być żoną Chri­stiana? Matką jego dzieci? Do­brze wiem, że Chri­stian tak na­prawdę tego nie chce. Mimo to brzmi, jakby po­stra­dał ro­zum. Jego żona? Chyba bym się za­bi­ła­bym przed ślu­bem.

Choć może wła­śnie o to mu cho­dzi. W sa­mo­lo­cie po­wie­dział, że nie może się do­cze­kać, aż będę jego. Czy coś rów­nie nie­do­rzecz­nego. Miał na my­śli to, że zo­stanę jego żoną. Skąd przy­szło mu to do głowy? Coś mi się wy­daje, że usi­ło­wa­nie zro­zu­mie­nia tego by­łoby je­dy­nie stratą czasu.

Kiedy w końcu Sa­mu­ele wstaje od stołu i zo­sta­wia nas we dwoje, na­resz­cie mogę ode­tchnąć. Chri­stian za­uważa, że się roz­luź­ni­łam.

- Do­brze się spi­sa­łaś.

- Słu­cham?

- Do­brze so­bie z nim po­ra­dzi­łaś. Nie stchó­rzy­łaś przy nim. - Chri­stian uśmie­cha się z go­ry­czą i sięga po szklankę. - Mo­żesz mi wie­rzyć, że naj­bar­dziej nie znosi oznak sła­bo­ści.

- Mam ci wie­rzyć? Czyżby drę­czył cię tak, że­byś nie był słaby?

Chri­stian ściąga brwi i przez chwilę wy­gląda tak, jakby miał się przede mną otwo­rzyć. Może opo­wie mi coś o so­bie, o praw­dzi­wym Chri­stia­nie, a nie o tej wy­kre­owa­nej per­so­nie, którą od­grywa przede mną od po­czątku. Mo­gła­bym tego użyć na swoją ko­rzyść.

- Zro­bił to? - do­cie­kam na tyle de­li­kat­nie, na ile to moż­liwe. Nie chcę być zbyt na­tar­czywa.

- A jak są­dzisz? - pyta.

Czuję się tak, jak­by­śmy tań­czyli bez mu­zyki. Albo grali w sza­chy. Ja wy­ko­nuję ja­kiś ruch, on wy­ko­nuje swój.

- Wy­daje mi się, że nie do­ga­du­je­cie się naj­le­piej.

Robi długi i gło­śny wy­dech no­sem. Za chwilę po­dzieli się ze mną czymś waż­nym. Może ufa mi nieco bar­dziej. Przy­gry­zam wnę­trze po­liczka, żeby opa­no­wać emo­cje. Wtedy on na­gle wstaje, prze­ciera usta ser­we­tką i rzuca ją na stół.

- Chodź. Po­je­dziemy na wy­cieczkę.

Nie na­dą­żam za gwał­tow­nymi zmia­nami w jego na­stroju.

- Do­kąd? - py­tam, też prze­cie­ra­jąc usta. Nie będę sta­wiała oporu. Po­jadę tam, gdzie on chce mnie za­brać. Może uda mi się za­cze­pić ko­goś i po­pro­sić o po­moc.

- Za­bie­ram cię do Cyn­thii.

Nie­sa­mo­wite, w tej chwili ode­chciało mi się ucie­kać.

- Na­prawdę? Te­raz?

- Jak bę­dziesz za­da­wała tyle py­tań, to się roz­my­ślę. - Po­now­nie mi grozi, jak dziecku, ale mam to gdzieś. Chcę zo­ba­czyć Cyn­thię. Nie do wiary, że wy­wiózł ją wła­śnie tu­taj. Tak da­leko ode mnie.

Chri­stian pro­wa­dzi mnie od sa­mo­chodu, otwiera przede mną drzwi, za­miast zo­sta­wić to kie­rowcy. Praw­dziwy dżen­tel­men. Ale je­śli spo­dziewa się po­dzię­ko­wań za ten gest, to niech za­po­mni. Bez słowa sia­dam na tyl­nym sie­dze­niu. Chri­stian po chwili wa­ha­nia do­łą­cza do mnie, ale trza­ska drzwiami zde­cy­do­wa­nie moc­niej, niż trzeba. Cie­kawe, jak czę­sto nie do­staje tego, czego chce. Przy­pusz­czam, że ra­czej się to nie zda­rza.

Przy­naj­mniej nie za­czyna roz­mowy o na­szej świe­tla­nej przy­szło­ści i nie opo­wiada mi o tym, jak bar­dzo bę­dzie szczę­śliwy, kiedy dam mu to, czego chce, i zo­stanę jego żoną. Na­wet te­raz, kiedy już nie ma przy nas jego ojca, na samą myśl robi mi się nie­do­brze. Chri­stian zo­sta­wia mnie w spo­koju. Sięga po ko­mórkę i tro­chę się ode mnie od­chyla, jakby chciał mnie od­su­nąć od swo­ich spraw.

- Ciao. Che cosa hai sen­tito? Si, sono tor­nato in cam­pa­gnai - mówi ci­cho, ale nie aż tak, żeby go nie usły­szała, choć to, że używa wło­skiego, utrud­nia mi od­biór. Wy­daje mi się, że spy­tał swo­jego roz­mówcę czy coś wię­cej sły­szał i że wró­ci­li­śmy na wieś. Cie­kawe, o czym ten ktoś miał sły­szeć.

Ko­lejne zda­nia wy­po­wiada zbyt szybko, że­bym mo­gła co­kol­wiek zro­zu­mieć. Szkoda, że mój wło­ski jest tak kiep­ski. To dla­tego, że kiedy z Cyn­thią do­tar­ły­śmy do Sta­nów, po­słu­gi­wa­ły­śmy się tylko an­giel­skim, żeby nie zdra­dzać swo­ich ko­rzeni. Z po­czątku nie było mi ła­two, ale z cza­sem co­raz płyn­niej mó­wi­łam po an­giel­sku, a wło­ski co­raz bar­dziej mi się za­cie­rał.

Te­raz ża­łuję, że nie znam le­piej tego ję­zyka. Wtedy Chri­stian nie mógłby ukry­wać przede mną aż tyle. Może z cza­sem przy­po­mnę so­bie ko­lejne słowa i zwroty. O rany, my­ślę o tym w dłuż­szej per­spek­ty­wie. Czyż­bym po­rzu­ciła na­dzieję na ucieczkę?

Może Cyn­thia pod­po­wie mi, jak mo­gła­bym to zro­bić. Chwila, kogo chcę oszu­kać? Wąt­pię, żeby po­zwo­lił nam zo­stać sam na sam. Ale na­dzieję mogę mieć. Mu­szę.

Je­ste­śmy w dro­dze od kil­ku­na­stu mi­nut, kiedy kie­rowca na­gle skręca w gę­sto za­le­siony te­ren. No tak, to oczy­wi­ste, że Chri­stian prze­trzy­muje Cyn­thię na ja­kimś od­lu­dziu. Jest na tyle nie­po­korna, że sko­rzy­sta­łaby z pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji do ucieczki i mo­głaby przy tym zgi­nąć. Je­stem prze­ko­nana, że roz­wa­żała wszel­kie za i prze­ciw wę­dro­wa­niu przez nie­znany gę­sty las.

Nie chcę my­śleć o tym, że Chri­stian wy­rzą­dził jej ja­kąś trwałą krzywdę. Mó­wił, że nic jej nie jest, ale po­dej­rze­wał, że ro­zu­miemy o ina­czej.

- S?, fac­ciamo in modo che ci? ac­cada. Come ora. Nes­suna scusa. Fammi sa­pere qu­ando ? fi­nito.

Zro­zu­mia­łam z tego tyle, że na­leży coś zro­bić już, i to bez wy­mó­wek, oraz żeby roz­mówca dał mu znać, jak bę­dzie już po. O czym roz­ma­wiali? Czy na pewno chcę wie­dzieć? A co, je­śli cho­dzi o mnie? Od­czu­wam co­raz sil­niej­szą obawę.

Chri­stian koń­czy roz­ma­wiać i wsuwa te­le­fon do kie­szeni w kurtce. Za­ci­ska zęby. Coś go wku­rzyło.

- O co cho­dziło? - py­tam. - Wy­glą­dasz na zde­ner­wo­wa­nego.

- Nie przej­muj się tym. - Od­wraca głowę i wy­gląda przez okno.

- Bez urazy, ale sam mnie wcią­gną­łeś do swo­jego ży­cia. To, co cię drę­czy, jest też moim zmar­twie­niem, szcze­gól­nie że mogę do­stać ry­ko­sze­tem.

Pry­cha i rzuca mi prze­lotne spoj­rze­nie.

- To tylko in­te­resy, nie mają nic wspól­nego z tobą.

- Ja­kie in­te­resy?

- Ta­kie, przez które lu­dzie do­stają kulkę w łeb, jak coś spi­tolą. - Tym ra­zem pa­trzy na mnie, wy­cze­ku­jąc mo­jej re­ak­cji. Do­tarło.

Długo pa­trzymy na sie­bie. To idio­tyczne, ale Chri­stian jest nie­do­rzecz­nie przy­stojny, a jego twarz i cie­pło bar­dzo mnie po­cią­gają. By­łam jak owieczka pro­wa­dzona na rzeź i na­dal nie poj­muję, czemu zo­rien­to­wa­nie się, co jest grane, za­jęło mi tak dużo czasu. W końcu od­ry­wam od niego wzrok i kie­ruję go na wi­doki za szybą, cho­ciaż nie re­je­struję ich. Jak w ogóle mo­głam my­śleć, że Chri­stin jest cie­pły i czuły? Wtedy nie po­tra­fi­łam so­bie wy­obra­zić, że ma też tę mro­czą stronę. Nie mo­głam albo nie chcia­łam.

- Wiesz, kogo mi przy­po­mi­nasz, kiedy mó­wisz w ten spo­sób? - od­zy­wam się, po­now­nie pa­trząc na niego, ale nie cze­kam na jego od­po­wiedź i do­daję: - Two­jego ojca. Je­steś wredny. Na Flo­ry­dzie taki nie by­łeś.

- Tak było kie­dyś, a te­raz jest ina­czej. - Wzdy­cha, jakby był znu­dzony.

- Ocze­ku­jesz, że będę z tobą szczę­śliwa, cho­ciaż za­cho­wu­jesz się jak on? Skoro tak bar­dzo go nie­na­wi­dzisz, czemu chcesz się do niego upodob­nić?

- Nie­na­wiść to mocne słowa - za­uważa.

- Wła­śnie to okre­śle­nie mi się na­suwa. Czemu tak jest mię­dzy wami?

- Nie mu­sisz wie­dzieć. - Po­now­nie wzdy­cha. - A je­śli cho­dzi o by­cie szczę­śliwą, to wszystko po two­jej stro­nie. Je­śli bę­dziesz się do­brze za­cho­wy­wać, nie będę miał po­wo­dów, żeby nie przy­zna­wać ci przy­wi­le­jów. Za­kupy, je­dze­nie na mie­ście, wy­cieczki. Wszystko, czego bę­dziesz chciała, o ile za­pra­cu­jesz so­bie na moje za­ufa­nie. Jak na ra­zie tylko się sta­wiasz, a do tego ob­wi­niasz mnie za to, że nie czu­jesz się szczę­śliwa.

Aż mnie korci, żeby go spo­licz­ko­wać, ale wolę użyć słów.

- Nie pro­si­łam się o to.

- Rzadko kiedy pro­simy o to, co otrzy­mu­jemy. - Ro­ze­śmiał się oschle i od­wró­cił ode mnie wzrok. - Mo­żemy tylko jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać to, co do­sta­li­śmy.

To ja­sne, że te­raz nic z niego nie wy­cią­gnę. Nie ma na­stroju roz­mowę. Co i tak jest bez zna­cze­nia, bo wła­śnie za­je­cha­li­śmy przed nie­wielką przy­tulną chatę po­śród gę­stwiny lasu. Drzewa ro­sną tu tak bli­sko jedno dru­giego, że do­okoła pa­nuje pół­mrok. Wy­sia­damy z sa­mo­chodu i pod­cho­dzimy do drzwi domku. Chri­stian otwiera, pewny sie­bie, jakby był wła­ści­cie­lem. I zresztą pew­nie nim jest.

Za drzwiami do­strze­gam dwóch krzep­kich męż­czyzn sie­dzą­cych przy sto­liku do gry w karty. Bu­telki po pi­wie i zwi­nięta w kulki fo­lia alu­mi­niowa mó­wią mi, że grali, za­ja­da­jąc al­ko­hol fast fo­odem. Kiedy wcho­dzimy, męż­czyźni na wi­dok Chri­stiana od­kła­dają karty, ale on daje im znak ręką, żeby się nie spi­nali. Ża­den z nich nic nie mówi. Chri­stian chwyta mnie za ra­mię i pro­wa­dzi przez nie­wielki sa­lon. Ner­wowo roz­glą­dam się do­okoła. Wnę­trze chaty jest przy­tulne i czy­ste. W kuchni na pół­kach pię­trzą się różne pro­dukty spo­żyw­cze.

Za­trzy­mu­jemy się przed ma­syw­nymi drew­nia­nymi drzwiami. Cyn­thia pew­nie jest za­mknięta za nimi. To zu­peł­nie tak, jakby była w wię­zie­niu.

- Przez cały czas będę z wami w po­koju, więc niech nic głu­piego nie przy­cho­dzi ci do głowy. - Chri­stian od­ry­glo­wuje za­mek i otwiera drzwi tak po­woli, że za­czy­nam się nie­cier­pli­wić. Serce chce mi wy­sko­czyć z piersi. Przy­się­gam, że je­śli coś jej się stało, to...

Nie koń­czę tej my­śli, bo w skrom­nej sy­pialni do­strze­gam Cyn­thię sie­dzącą na łóżku, które stoi na­prze­ciwko wej­ścia. To na­prawdę ona.

- Dzięki Bogu! - Pod­bie­gam do niej, pa­dam na ko­lana i biorę ją w ob­ję­cia. - My­śla­łam, że nie ży­jesz!

- Przez chwilę też tak my­śla­łam.

Cyn­thia schu­dła od ostat­niego razu, kiedy ją wi­dzia­łam. Pod oczami ma ciemne wory, a wo­kół ust przy­było jej zmarsz­czek. Mimo to na­dal jest sobą. W jej gło­sie sły­chać, ile ma sił, co do­daje mi od­wagi po­mimo obec­no­ści Chri­stiana tuż za mną.

- Jak cię trak­tują? - Gła­dzę ją po twa­rzy i wło­sach, do­ty­kam jej ra­mion i dłoni, jak­bym chciała się upew­nić, że na­prawdę tu jest.

- Kar­mią mnie i dają mi czy­ste ubra­nia, ful wy­pas. Nie po­le­ci­ła­bym tego miej­sca na Tri­pA­dvi­so­rze, ale wiesz, mo­gło być go­rzej.

- Nie mu­sisz się si­lić na żarty.

- Kto mówi, że żar­tuję? Na­prawdę, nic mi nie jest. Nie mu­sisz się o mnie mar­twić. - Te­raz to ona przy­gląda mi się ba­daw­czo. - A jak ty się masz?

- Na tyle do­brze, na ile mogę w tej sy­tu­acji. - Pró­buję dziar­sko się uśmiech­nąć, ale wy­cho­dzi mi ja­kiś nie­okre­ślony gry­mas. Do oczu na­pły­wają mi łzy, lecz nie udaje mi się ich po­wstrzy­mać.

- Bi­dulka. - Cyn­thia ca­łuje mnie w czoło.

- Chcia­ła­bym wie­dzieć, czemu to się dzieje - wy­znaję szep­tem, li­cząc na to, że Chri­stian nie sły­szy. Jak mo­głam go ko­chać? To straszne, co zro­bił Cyn­thii. Pew­nie my­śli, że jest do­brym fa­ce­tem, bo jej nie za­bił. Uważa, że oszczę­dza mi bólu, a tak na­prawdę jest jego głów­nym sprawcą.

- Pró­bo­wa­łam cię ostrzec, ale źle się do tego za­bra­łam - szep­cze Cyn­thia, trzy­ma­jąc usta na moim czole.

- Nie ro­zu­miem - od­po­wia­dam naj­ci­szej, jak po­tra­fię.

- Nie ufaj mu. Nie ufaj ni­komu z jego ro­dziny. To oni za­mor­do­wali two­ich ro­dzi­ców.

Za­nim zdążę za­re­ago­wać czy na­wet się ode­zwać, czuję, że coś mocno się za­ci­ska wo­kół mo­jej ta­lii. Mam ochotę krzyk­nąć "nie", kiedy Chri­stian pod­rywa mnie z pod­łogi, ale coś ści­ska mnie za gar­dło. Nie mam dość czasu.

- Nie! Jesz­cze chwila! - W końcu udaje mi się wy­do­być z sie­bie głos. Się­gam rę­kami w stronę Cyn­thii, na­sze palce pra­wie się sty­kają, lecz Chri­stian od­ciąga mnie od niej. Cyn­thia krzy­czy, prze­kli­na­jąc go, ale on igno­ruje ją tak, jak igno­ruje moje kop­niaki w ko­lana i go­le­nie.

Też krzy­czę, a w za­sa­dzie pisz­czę i za­wo­dzę. Wy­daje mi się, że tracę zmy­sły. W końcu coś we mnie pęk­nie. Prze­kro­czę ja­kąś gra­nicę, zza któ­rej nie bę­dzie po­wrotu. Już ni­gdy nie będę sobą. Ale tak się nie dzieje. Nie­ważne, jak bar­dzo się rzu­cam i jak gło­śno wrzesz­czę, Chri­stian nie zwal­nia uści­sku. Mocno przy­gar­nia mnie do swo­jej piersi, jak swoją wła­sność.

- To była przy­jem­ność, Cyn­thio, jak za­wsze - drwi.

Cyn­thia spluwa na pod­łogę i prze­klina po wło­sku, co tylko go roz­ba­wia. Chri­stian wy­pro­wa­dza mnie z po­koju. Wi­dzę jesz­cze tylko zbo­lałą minę Cyn­thii, a po­tem Chri­stian za­myka drzwi.

Od­twa­rzam w pa­mięci jej słowa - jego ro­dzina za­biła moją. Mam na­dzieję, że Chri­stian nie uka­rze Cyn­thii za to, co mi wy­znała.

Chri­stian wrzuca mnie na tylne sie­dze­nie SUV-a.

- Cho­lera ja­sna! Ten te­atrzyk był po­ni­żej two­jej god­no­ści. Jak mam ci wie­rzyć, że bę­dziesz się grzeczna, skoro za­cho­wu­jesz się jak dziecko?

- To prawda, że za­bi­li­ście mo­ich ro­dzi­ców? - Nie po­zwolę, żeby wy­wi­nął się z tego, pró­bu­jąc od­wró­cić kota ogo­nem.

- Tak. - Na­chyla się nade mną. Jego twarz znaj­duje się parę cen­ty­me­trów od mo­jej. - Mój oj­ciec zle­cił za­bi­cie two­ich ro­dzi­ców. Za­do­wo­lona?

Z jego oczu wy­czy­tuję, że mówi prawdę.

- Dla­czego? Czego od nich chciał?

- Wszyst­kiego, co miał twój oj­ciec. - Drżą mu po­liczki, za­ci­ska szczękę. Nie wiem, co po­wie­dzieć. - Żeby było ja­sne, chciał, że­byś ty też zgi­nęła. Nie zgo­dzi­łem się na to. Na­dal się temu sprze­ci­wiam. - Od­suwa się ode mnie.

- Czemu?

- Czy to ważne? Ochra­niam cię przed nim, a je­dyną rze­czą, która może za­gwa­ran­to­wać ci pełną ochronę, jest po­ślu­bie­nie mnie. Dla­tego zro­bisz to naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe.

Mam na­tłok my­śli i je­stem prze­ra­żona.

- Nie ma mowy. Nie wyjdę za cie­bie.

Jego oj­ciec chciał, żeby mnie za­bito. Moi ro­dzice zgi­nęli przeze mnie. Hu­czy mi w gło­wie, jakby roz­sza­lał się w niej hu­ra­gan.

- Tak ci się tylko wy­daje.

- Je­stem tego pewna. - Mam ochotę zwi­nąć się w kłę­bek i roz­pła­kać, żeby uwol­nić to na­pię­cie, które czuję. Nie zniosę tego. To zbyt wiele, ale nie mogę się przed nim upo­ko­rzyć. - Przy­zna­jesz, że za­bi­li­ście mo­ich ro­dzi­ców, i twier­dzisz, że się po­bie­rzemy? Czemu mia­ła­bym za cie­bie wyjść, po tym wszyst­kim, co zro­bi­łeś? Po tym, do czego się wła­śnie przy­zna­łeś?

- To, że cię chro­nię, nie jest wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem?

- Je­śli mogę po­zo­stać przy ży­ciu tylko, je­śli zo­stanę twoją żoną, to moje ży­cie nie jest wiele warte.

W jego oczach po­ja­wia się ja­kiś błysk i do­ciera do mnie, że wdep­nę­łam na minę. Do­my­ślam się, ja­kiego te­raz użyje ar­gu­mentu.

- A co z Cyn­thią? - pyta pra­wie szep­tem, a po­tem się uśmie­cha. To szczery uśmiech, który jest zde­cy­do­wa­nie bar­dziej prze­ra­ża­jący niż wy­ra­cho­wany, te­atralny gry­mas. - Jej ży­cie jest wię­cej warte? Bo je­śli nie wyj­dziesz za mnie, to ona po­nie­sie tego kon­se­kwen­cje, z tej szopki, którą od­sta­wi­łaś, wnio­skuję, że nie chcesz, aby Cyn­thia umarła przez twoje fa­talne wy­bory.

Za­ci­skam zęby ze zło­ści.

- Nie­na­wi­dzę cię. Mó­wię se­rio. Całą sobą cię nie­na­wi­dzę.

Chri­stian nie prze­staje się uśmie­chać.

- Nie­na­widź mnie do woli. I tak zo­sta­niesz moją żoną.

Roz­dział szó­sty

Chri­stian

Siân sie­dzi przy stole na wprost mnie. Ma skrzy­żo­wane przed sobą ra­miona i na­dą­saną minę. Nie­na­wi­dzi mnie, a w każ­dym ra­zie lubi uda­wać, że tak jest. Śmieję się w du­chu, bo znam prawdę.

Nie­ko­niecz­nie po­do­bają się jej te oko­licz­no­ści, ale już raz wy­znała, że mnie ko­cha. Coś mi mówi, że aby ura­to­wać wspa­niałą Cyn­thię, Siân zrobi wszystko, o co po­pro­szę. Wie­dzia­łem, że bę­dzie ciężko po wi­zy­cie u Cyn­thii, a zwłasz­cza po tym, jak Siân do­wie­działa się, że to przez nas stra­ciła ro­dzinę.

Tyle że jest moja pod każ­dym wzglę­dem. Nie za­cho­wuję się jak książę z bajki, ale Siân wiele dla mnie zna­czy. Czuję to od bar­dzo dawna i wła­śnie z tego po­wodu wo­la­łem ją ob­ser­wo­wać niż od razu wkro­czyć do ak­cji. Wie­dzia­łem, że kiedy mój oj­ciec się do­wie, że jej nie za­bi­łem, cho­ciaż wy­dał mi taki roz­kaz, to sam to zrobi. Albo, co gor­sze, Siân zna­la­złaby się na jego li­ście dziew­czyn do sprze­da­nia. Chory, za­bu­rzony drań.

Wtedy się tym nie prze­ją­łem. By­łaby to po pro­stu ko­lejna dziew­czyna sprze­dana kup­cowi, który za­pro­po­no­wał naj­wyż­szą cenę. Wiele dziew­cząt prze­cho­dziło przez ręce ojca w ten spo­sób. Z Siân nie by­łoby ina­czej. Oj­ciec użyłby jej jak to­waru, ale sprawy nie po­to­czyły się po jego my­śli. W tej hi­sto­rii kryło się coś jesz­cze. Wie­dzia­łem o tym, za­nim w ogóle zo­ba­czy­łem Siân. Może cho­dziło o to, że tak się mu spie­szyło z trans­ak­cją.

Wtedy zda­rzało mi się wi­dzieć Siân w prze­lo­cie. Jest cztery lata młod­sza ode mnie, więc do­strze­ga­łem w niej tylko nie­win­ność i nie­ska­zi­telną czy­stość, które mo­głyby zba­wić każdą prze­klętą du­szę. Ale kiedy usły­sza­łem, co do­ro­śli usta­lają mię­dzy sobą, coś się we mnie zmie­niło. Zde­cy­do­wano, że Siân bę­dzie na­sza - oj­ciec ją za­bie­rze od Marca, co za­koń­czy tę wojnę po­mię­dzy nimi.

Mój oj­ciec nie był zdolny do stwo­rze­nia trwa­łej re­la­cji. Od czasu do czasu prze­le­ciał ja­kąś ko­bietę. Zda­rzało się, że opusz­czała ona nasz dom w nieco na­ru­szo­nym sta­nie. Dla­tego zdzi­wi­łem się, że przy­stał na tamtą pro­po­zy­cję. Niby co miałby zro­bić z dziec­kiem? Chcia­łem zro­zu­mieć, czym się kie­ro­wał, przyj­mu­jąc ofertę matki Siân, ale jesz­cze bar­dziej za­sta­na­wiało mnie, jak matka mo­gła tak po­trak­to­wać córkę. Ani dla­czego Marco nie był obecny przy tych usta­le­niach.

Sprawy, w które an­ga­żuje się mój oj­ciec, nie są żadną ta­jem­nicą. Jest dumny z tego, jaką rolę ode­grał w ko­rum­po­wa­niu władz Me­dio­lanu i sia­niu w mie­ście za­mętu. W su­mie po czę­ści też czuję dumę. To, że je­stem jego sy­nem, na­wet znie­na­wi­dzo­nym, ma swoje ko­rzy­ści. Na­sze na­zwi­sko cie­szy się pewną es­tymą. Marco był taki sam. Zimny, wy­ra­cho­wany i okrutny. Miał na rę­kach wię­cej krwi niż rzeź­nik. Dla­tego to, że Marco chciał od­dać swoje je­dyne dziecko w ręce owia­nego złą sławą han­dla­rza ludźmi, nie miało sensu. Po­dej­rzane było też to, że nie do­bi­jał targu oso­bi­ście, jak na męż­czy­znę przy­stało.

To jego żona sie­działa w ga­bi­ne­cie mo­jego ojca i prze­ka­zała swoje dziecko sa­memu dia­błu. Ja­kie­kol­wiek miała utarczki z Mar­kiem, mu­siało to być coś bar­dzo oso­bi­stego. Kiedy po­zna­łem prawdę na te­mat ich usta­leń, po­sta­no­wi­łem je zmie­nić. Pa­trzy­łem, jak oj­ciec do­bija z tą ko­bietą targu. Kon­spi­ra­cja na ca­łego. Prawda jest jed­nak taka, że ona po­winna była chro­nić swoją córkę. Marco o ni­czym nie wie­dział.

Nie chcia­łem na to po­zwo­lić, dla­tego ukry­łem Siân przed moim oj­cem.

Wie­dzia­łem, że wcze­śniej czy póź­niej oj­ciec się do­my­śli, co zro­bi­łem. My­śla­łem, że je­śli uzbroję się w cier­pli­wość, po­zwolę, by Siân mnie po­znała, to sama zro­zu­mie, że je­ste­śmy so­bie prze­zna­czeni. Nie je­stem ty­pem ro­man­tyka. Je­stem cho­ler­nym zło­czyńcą i się tego nie wy­pie­ram, ale je­dyne, co ma dla mnie zna­cze­nie, to ona. Jej bez­pie­czeń­stwo i przy­jem­ność. A także jej łzy, ale tylko wtedy, kiedy ja je­stem ich po­wo­dem.

Nie­wiele bra­ko­wało, a na oczach Siân pal­nął­bym ojca w łeb za to, że pró­bo­wał ją za­stra­szyć. Ale nic do­brego by z tego nie wy­nik­nęło. Są sy­tu­acje, które po pro­stu trzeba znieść. Za­bi­cie wła­snego ojca nie uła­twi­łoby mi ży­cia. Za­pa­no­wałby straszny chaos, który mu­siał­bym ogar­niać, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc okieł­znać Siân. Poza tym to mój oj­ciec. Wy­cho­wał mnie i cho­ciaż mamy po­pie­przoną re­la­cję, to je­stem jego dziec­kiem i za­mie­rzam od­gry­wać rolę ko­cha­ją­cego i ho­no­ro­wego syna, bo tak się po­stę­puje w na­szej ro­dzi­nie.

Siân od­chrzą­kuje, co wy­rywa mnie z roz­my­ślań. Nie pa­trzy jed­nak na mnie, lecz na roz­le­gły traw­nik roz­po­ście­ra­jący się przed pa­tio, na któ­rym cze­kamy na śnia­da­nie. Tak jak wczo­raj Siân za­rzeka się, że nie jest głodna, ale nie ja­dła od pra­wie dwóch dni, a z pew­no­ścią od wczo­raj­szego po­ranka, kiedy do­siadł się do nas mój oj­ciec i ode­brał jej cały ape­tyt.

Nie chcę, żeby zmar­niała. Przy­naj­mniej nie przed tym, jak na­sycę się pie­prze­niem jej. Stwier­dzam na­gle, że o ile si­le­nie się na uprzej­mo­ści i pró­bo­wa­nie zjed­na­nia so­bie lu­dzi nie jest moją mocną stroną, o tyle dla Siân chcę tego spró­bo­wać.

W końcu prze­cież zo­sta­nie moją żoną, a szczę­śliwa żona za­pew­nia szczę­śliwe po­ży­cie. Mu­szę jej więc po­ka­zać, że mam w so­bie coś z tego Chri­stiana, w któ­rym się za­ko­chała. Mu­szę jej też udo­wod­nić, że po­mimo tych okrop­nych rze­czy, które zro­bi­łem, żeby ją zdo­być, tak na­prawdę ni­gdy jej nie skrzyw­dzę. Przede wszyst­kim jed­nak mu­szę spra­wić, żeby ufała mi tak bar­dzo, że nie za­pra­gnie ucie­kać, na­wet wie­dząc, że wtedy, lata temu, to ja po­cią­gną­łem za spust.

Ale nie ma moż­li­wo­ści, żeby ode mnie ucie­kła. Bę­dzie miała całą przy­szłość na to, żeby przy­wyk­nąć do no­wej rze­czy­wi­sto­ści.

Sły­szę od­głos roz­su­wa­nia drzwi na pa­tio. Uka­zuje się w nich Aldo. Siân pro­stuje się na krze­śle, za wszelką ceną pró­bu­jąc ukryć to, że tak na­prawdę jest głodna. Sły­szę na­wet, jak bur­czy jej w brzu­chu. Siân otula się rę­kami, jakby chciała stłu­mić te dźwięki.

- Bu­on­giorno, sin­gor Russo - wita się ze mną ku­charz, igno­ru­jąc Siân. Aldo zna za­sady. Słu­żący, sprzą­taczki i każdy, kto dla nas pra­cuje, do­stał za­kaz roz­ma­wia­nia z nią. Mają tylko dbać o to, żeby ni­czego jej nie za­bra­kło. Je­śli zła­mią tę za­sadę, po­niosą po­ważne kon­se­kwen­cje.

Aldo, jak zwy­kle, prze­szedł sa­mego sie­bie. Na ta­cach przy­niósł nam wę­dliny, sery i słod­ko­ści. Spo­dzie­wam się, że Siân na­dal bę­dzie uda­wać, że nie ma za­miaru jeść, ale ku mo­jemu za­sko­cze­niu sięga po kromkę chleba, prze­ła­muje ją na pół i wkłada so­bie do ust.

Na­kłada na ta­lerz sporo róż­no­ści. Jest tak po­chło­nięta śnia­da­niem, że nie od razu za­uważa pu­de­łeczko le­żące na jed­nej z tac. Do­piero kiedy sięga po go­fra, jej wzrok pada na czarną ak­sa­mitną szka­tułkę. Roz­dzia­wia usta i nie­prze­łknięty ka­wa­łek chleba wy­pada jej z ust.

Wi­dzę, że in­ten­syw­nie my­śli.

- Co to jest? - pyta, rzu­ca­jąc mi ostre spoj­rze­nie. Jest spięta.

- Twój pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy - od­po­wia­dam bez­na­mięt­nie.

Siân pa­trzy to na mnie, to na pu­de­łeczko. Jest sko­ło­wana.

- Chri­stia­nie, czemu to ro­bisz? Czemu chcesz mnie zmu­sić do ślubu? Nic z tego nie bę­dzie. Nie po­ko­cham cię. My­ślisz, że przy­wie­zie­nie mnie do tego eks­klu­zyw­nego domu po tych wszyst­kich okrop­nych rze­czach, które zro­bi­łeś, sprawi, że cię po­ko­cham? Cóż, tak się nie sta­nie.

- Za­bawne, że wy­daje ci się, że masz coś do po­wie­dze­nia w tej spra­wie. Już o tym roz­ma­wia­li­śmy i po­sta­wi­łem sprawy ja­sno. Na­le­żysz do mnie, za­wsze tak było.

- Cią­gle to po­wta­rzasz. Co to zna­czy, do cho­lery, że za­wsze tak było? O to się star­li­ście z oj­cem wczo­raj?

- Mów ci­szej, myszko. - Opie­ram łok­cie na po­rę­czach krze­sła, łą­czę dło­nie i zbli­żam je do pod­bródka.

W Siân się go­tuje i przy­znam, że jest to cho­ler­nie sek­sowny wi­dok.

- Nie, nie będę mó­wiła ci­szej. Dla­czego nie po­wiesz mi prawdy? Dla­czego twój oj­ciec za­bił mo­ich ro­dzi­ców? Dla­czego mnie po­rwa­łeś? Dla­czego zmu­szasz mnie, że­bym za cie­bie wy­szła? W tej hi­sto­rii kryje się coś wię­cej, a ty z ja­kie­goś po­wodu pró­bu­jesz to przede mną ukryć. - Milk­nie na chwilę, a po­tem do­rzuca: - Do tego wszyst­kiego bar­dzo źle mnie trak­tu­jesz.

- Siân, nasz ślub jest te­raz naj­waż­niej­szy. Nic in­nego się nie li­czy. Tłu­ma­czy­łem ci już, że mu­sisz mnie po­ślu­bić, bo ina­czej nie bę­dziesz bez­pieczna. Chyba że chcesz po­dzie­lić los swo­ich ro­dzi­ców. Chcesz, żeby coś złego spo­tkało Cyn­thię? Pro­po­nuję więc, że­byś przy­jęła ten pie­przony pier­ścio­nek i wresz­cie zja­dła śnia­da­nie.

Gdy koń­czę mó­wić, Siân zrywa się z krze­sła, które z hu­kiem się prze­wraca. Po­doba mi się ta zmiana w jej ener­gii. Rzadko kiedy wpada w taką złość i wal­czy o sie­bie. Ow­szem, od czasu do czasu bywa wo­bec mnie za­dziorna, ale to wtedy, gdy ze mną flir­tuje.

Ta re­ak­cja od­sła­nia jej praw­dziwą na­turę. Tak po­winna się za­cho­wy­wać. Choć w kon­tak­cie ze mną to bez zna­cze­nia, bo i tak za­wsze ko­niec koń­ców zrobi to, co jej każę. Tyle że nie po­winna się na to po­tul­nie zga­dzać. Nie po­winna go­dzić się na to, że­bym ja, czy kto­kol­wiek inny, po niej jeź­dził. Ale jej tego nie po­wiem. Jesz­cze nie te­raz. Po­trze­buję spę­dzić z nią wię­cej czasu i tro­chę bar­dziej jej do­piec, żeby zro­zu­miała, iż ma na tyle sił, aby stać u mo­jego boku jako wład­cza kró­lowa Włoch, pod wa­run­kiem że za­pra­cuje na swoją po­zy­cję. Musi też po­jąć, kto tu tak na­prawdę rzą­dzi.

Wstaję od stołu i szybko pod­cho­dzę do niej.

- Gdzie się wy­bie­rasz, do cho­lery? - Chwy­tam pu­de­łeczko z pier­ścion­kiem.

- Jak naj­da­lej od cie­bie - od­pa­ro­wuje i już ma odejść, kiedy chwy­tam ją za nad­gar­stek i za­trzy­muję. Siân chce się wy­rwać, ale jej się nie udaje. Na­gle sły­szę, że ktoś klasz­cze. Oboje z Siân pa­trzymy w stronę, z któ­rej do­bie­gły brawa. W na­szą stronę idzie Sa­mu­ele.

- No pro­szę, kło­poty w raju? - iro­ni­zuje.

Nie od­po­wia­dam mu, tylko sku­piam uwagę na Siân. Od razu wi­dzę, że jego obec­ność wy­wo­łała u niej dys­kom­fort. Ale nie oka­zuje stra­chu. Nie chce mu po­ka­zać, jak bar­dzo jego osoba ją drażni.

Mą­dra dziew­czynka. Wy­gląda na to, że jed­nak mnie słu­cha.

- Siân, za­czy­nasz mnie wku­rzać. Daj so­bie wło­żyć ten pie­przony pier­ścio­nek na pa­lec - żą­dam szep­tem, żeby oj­ciec mnie nie usły­szał.

Oka­zu­jąc nie­za­do­wo­le­nie, Siân wy­rywa mi z ręki pu­de­łeczko.

- Wiesz, co mo­żesz zro­bić z tym pie­przo­nym pier­ścion­kiem?! - wy­krzy­kuje i ci­ska pu­deł­kiem.

Pa­trzę za pier­ścion­kiem i ką­tem oka wi­dzę, że oj­ciec też śle­dzi kie­ru­nek jego lotu. Lą­duje na grząd­kach z kwiat­kami, które gówno mnie ob­cho­dzą, ale wi­docz­nie es­te­tyka wo­kół domu to dla ojca ważna sprawa.

Gro­mię Siân wzro­kiem. Ona ani drgnie. Stoi przede mną i na­wet nie mru­gnie. Kurde, ale mnie te­raz po­ciąga. Uwiel­biam ją w ta­kim wy­da­niu - nie­okrze­saną i pewną sie­bie. To, że po­trafi o sie­bie za­wal­czyć, coś mi robi. Mam ochotę po­zba­wić ją tej wa­lecz­no­ści, zła­mać ją i uświa­do­mić jej, że może się sta­wiać do woli, ale ja i tak zwy­ciężę.

- Siân, mam dość po­wta­rza­nia ci, że­byś mnie nie wy­sta­wiała na próbę.

Sa­mu­ele gwiż­dże i klasz­cze.

- Ogni­sta z niej ko­bieta.

- Nie wtrą­caj się. - Rzu­cam ojcu gniewne spoj­rze­nie.

- Ni­gdy nie po­zwo­lił­bym, żeby ja­kaś foczka tak się do mnie zwra­cała. Trzeba ją na­uczyć, czym jest sza­cu­nek - oznaj­mia oj­ciec.

- Uwa­żaj, co mó­wisz - war­czę w jego stronę, a w my­ślach karcę się za to, że da­łem się mu spro­wo­ko­wać.

Nie mogę mu po­ka­zać, że Siân jest moją sła­bo­ścią. Wy­ko­rzy­stałby to prze­ciwko mnie. Nie po­zwolę na to. Nie chcę, żeby mógł na mnie wy­wie­rać pre­sję. A Siân nie bę­dzie przy mnie cał­ko­wi­cie bez­pieczna, do­póki nie zo­sta­nie moją żoną.

Ale oj­ciec ma ra­cję. Trzeba ją usta­wić do pionu.

Chwy­tam Siân za ło­kieć i zmu­szam, żeby po­de­szła do miej­sca, w któ­rym upadł pier­ścio­nek. Pra­wie na­tych­miast do­strze­gam go po­mię­dzy kwia­tami. Siân usi­łuje wy­rwać się z mo­jego uchwytu, ale bez skutku. Nie ma na tyle siły i do­brze o tym wie, a jed­nak się szar­pie. Chyba za­wsze bę­dzie tak ro­bić, żeby nie pod­dać się po­czu­ciu po­rażki.

- Pod­nieś go - roz­ka­zuję jej.

Siân nic, tylko stoi z wy­pro­sto­wa­nymi ple­cami. Ma­skuje dys­kom­fort, o który przy­pra­wia ją mój do­tyk.

- Pier­dol się - ce­dzi przez zęby.

- Pod­nieś ten je­bany pier­ścio­nek albo do­sta­niesz za swoje.

- I tak nie zro­bisz mi nic gor­szego niż do tej pory. Mo­żesz mnie wię­zić, ale nie wyjdę za cie­bie.

Od­biera mi mowę. Wście­kły, schy­lam się po pu­dełko. Na szczę­ście pier­ścio­nek jest w środku. Wy­cią­gam go i od­rzu­cam pu­dełko na bok. Siân ani drgnie. Od­dy­cha za to bar­dzo głę­boko i szybko. Wie, że na­bro­iła, ale jest na tyle mą­dra, żeby nie od­pusz­czać.

W za­sa­dzie to je­stem z niej dumny. Sta­wia gra­nicę i się jej trzyma. Świet­nie. Część mnie uwiel­bia ją taką, ale inna część pra­gnie ją uka­rać.

Siân od­trąca moją rękę, kiedy pró­buję zła­pać jej dłoń. Przez chwilę się sza­mo­czemy, ale w końcu udaje mi się wy­krę­cić jej nad­gar­stek tak, że prze­staje się rzu­cać.

Siân się krzywi.

- Au, Chri­stian. Spra­wiasz mi ból.

Siłą wsu­wam jej pier­ścio­nek na pa­lec i za­uwa­żam, że na jej skó­rze zo­stał czer­wony ślad. Po­tem pod­no­szę ją z ziemi i prze­rzu­cam so­bie przez ra­mię. Prze­cho­dzę obok ojca w stronę drzwi na pa­tio. Siân ko­pie i krzy­czy, ale nie za­mie­rzam się za­trzy­mać, do­póki nie do­trzemy do po­koju, który ona na­zywa swoim wię­zie­niem.

Wy­cią­gam klucz z kie­szeni, prze­krę­cam go w zamku i kop­nię­ciem otwie­ram drzwi. Ude­rzają o ścianę, co prze­stra­sza Siân, ale na tyle, żeby prze­stała się wić. Po wej­ściu do po­koju po­zwa­lam jej sta­nąć na nogi. Pró­buje uciec, rzuca się w stronę drzwi, ale robi to zbyt wolno.

Chwy­tam ją za włosy i cią­gnę do tyłu, a wolną ręką za­trza­skuję drzwi. Siân ła­pie mnie za ręce, bo chce, że­bym zwol­nił uścisk. Ro­bię to. Pa­trzymy na sie­bie, dy­sząc. Mu­szę przy­znać, że po­do­bają mi się taka prze­py­chanka i lęk, który wi­dzę te­raz w oczach Siân.

Po­nie­waż nie ma gdzie uciec, od­ska­kuje w lewo. Ła­pię ją za gar­dło i przy­ci­skam do ściany. Ocie­ram się o jej ciało, pa­trząc, jak ogar­nia ją prze­ra­że­nie, kiedy uświa­da­mia so­bie, że jest w pu­łapce. Cał­ko­wi­cie zdana na moją ła­skę.

Pod dło­nią czuję, jak Siân prze­łyka ślinę. To cofa mnie wspo­mnie­niami do nocy w tam­tej alejce i tego sza­le­nie zmy­sło­wego do­świad­cze­nia, gdy mi ob­cią­gała. Miała mnie ca­łego w gar­dle. Cho­lera, po­wi­nie­nem jej te­raz ka­zać zro­bić to samo.

- Tego chcesz? - pyta stłu­mio­nym gło­sem. - Chcesz zro­bić mi krzywdę? Dać la­nie? Co jesz­cze wy­my­ślisz, żeby mnie zła­mać? Mo­żesz siłą wsu­nąć mi pier­ścio­nek na pa­lec, ale nie zmu­sisz mnie do mi­ło­ści.

Uważ­nie przy­glą­dam się jej wa­rzy, po­dzi­wia­jąc jej urodę. Gła­dzę ją po po­liczku pal­cami wol­nej ręki.

- Za­po­mi­nasz, że jak mnie ujeż­dża­łaś, to po­wie­dzia­łaś mi, że mnie ko­chasz.

- To nie­prawda. Nie po­wie­dzia­łam to­bie, że cię ko­cham. Wy­zna­łam to męż­czyź­nie, któ­rym my­śla­łam, że je­steś.

- To tylko tech­ni­ka­lia. Fak­tem jest, że na­le­żysz do mnie, że­bym mógł cię li­zać i rżnąć, a ty mnie ssać. Aż cię zmę­czę tak, że nie bę­dziesz miała sił. Będę brał to, co chcę, kiedy chcę. Spra­wię, że znie­na­wi­dzisz samą sie­bie, bo tak bę­dzie ci się to wszystko po­do­bało.

Siân pró­buje mnie ode­pchnąć.

- Zwa­rio­wa­łeś. Ni­gdy nie będę usa­tys­fak­cjo­no­wana tym, że je­stem z tobą.

- Na­prawdę w to wie­rzysz, co? - Uśmie­cham się z prze­ką­sem.

Siân nie od­po­wiada. Tylko pa­trzy na mnie ze ścią­gnię­tymi brwiami, wy­raź­nie zi­ry­to­wana.

- Nie­na­wi­dzę cię.

- Wy­daje mi się, że to nie­prawda. Lu­bisz, jak cię do­ty­kam. Za­łożę się, że je­steś te­raz wil­gotna. - Się­gam mię­dzy jej uda i przez spodnie ma­cam jej cipkę.

Pró­buje mnie po­wstrzy­mać, krzy­żu­jąc nogi, ale za­ci­skam dłoń na jej gar­dle moc­niej i Siân prze­staje się wzbra­niać. Ko­la­nem roz­su­wam jej uda sze­roko. Pod­nieca mnie cie­pło, któ­rym ema­nuje jej cipka.

- Chcesz wie­dzieć, jaką ci wy­mie­rzę karę? Tak?

Siân od­wraca głowę tak, żeby nie pa­trzeć na mnie, ale zmu­szam ją do tego. Po­tem roz­pi­nam klamrę jej pa­ska od spodni i roz­po­rek. Wtedy ona za­myka oczy.

- Do­pro­wa­dzę cię do or­ga­zmu i będę się roz­ko­szo­wał każdą chwilą tak długo, aż w końcu po­ża­łu­jesz, że mnie w ogóle po­zna­łaś - grożę jej, wsu­wa­jąc dłoń w jej dżinsy. - Będę pie­ścił twoją cia­sną cipkę pal­cami, aż od­le­cisz.

Czuję cie­pły od­dech Siân na swo­jej skó­rze. Jej wy­de­chy są co­raz krót­sze i częst­sze. Jej cipka jest już mo­kra, tak jak się tego spo­dzie­wa­łem, choć le­d­wie jej do­tkną­łem. Czuję tę wil­goć przez ma­te­riał jej maj­tek.

- Wy­gram, kiedy doj­dziesz, nie­na­wi­dząc sa­mej sie­bie za to, że tak bar­dzo ci się po­doba to, co ci ro­bię. Mnie mo­żesz nie­na­wi­dzić do woli, myszko. Pa­mię­taj tylko, że bę­dziesz to ro­bić do końca swo­jego cho­ler­nego ży­cia.

Na­stęp­nie wsu­wam dwa palce w jej szparkę, nie si­ląc się na piesz­cze­nie jej łech­taczki. Pe­ne­truję ją z ła­two­ścią. Siân stop­niowo roz­suwa nogi.

- Mmm - mru­czy, przy­gry­za­jąc wargę.

Uśmie­cham się, bo wiem, że mia­łem ra­cję. Wi­dzę, że jej nie­ska­zi­telna skóra po­krywa się ru­mień­cem. Siân też wie, że się nie my­li­łem, a do­piero co za­czą­łem pro­wa­dzić ją na szczyt.

- Nie­na­wi­dzę cię - ję­czy Siân.

- Świet­nie to oka­zu­jesz.

Po­tem już nic nie mó­wię, bo na­tra­fiam na jej punk G i przy­spie­szam ru­chy pal­cami tak, że Siân wbija mi pa­znok­cie w ra­miona, pra­gnąc za­spo­ko­je­nia. Na jej skro­niach po­ja­wiają się kro­pelki potu, opiera głowę o ścianę i jesz­cze sze­rzej roz­suwa uda. Nogi ma jak z waty i od­no­szę wra­że­nie, że trzyma się w pio­nie tylko dzięki temu, że jedną ręką pod­trzy­muję ją za gar­dło, a drugą wsu­wam w jej cipkę.

Pal­cuję ją tak, jakby świat miał się skoń­czyć. Nie zwra­cam uwagi na to, że mam wzwód, bo te­raz naj­waż­niej­sze jest to, abym do­trzy­mał da­nego jej słowa. Może mnie nie­na­wi­dzić do woli, pod wa­run­kiem że doj­dzie tak mocno jak ni­gdy wcze­śniej.

Czuję, jak jej mię­śnie za­ci­skają się na mo­ich pal­cach. In­stynk­tow­nie się do niej przy­su­wam.

- Mamy to.

- Nie. - Siân kręci głową i znowu chce za­ci­snąć uda, żeby za­ma­sko­wać to, jak jej ciało ją zdra­dza. - Nie.

Na­chy­lam się do niej i zbli­żam usta do jej ucha.

- Tak, myszko.

Na­dal kręci głową, jed­no­cze­śnie ję­cząc z roz­ko­szy. Wtedy ca­łuję ją w ucho i ssę jego pła­tek.

- Tak! - wy­krzy­kuje z głębi trzewi. O, co za słodki dźwięk.

Zmę­czona Siân opiera się o mnie, kiedy na­dal pe­ne­tru­jąc jej wil­gotną cipkę.

- Grzeczna dziew­czynka. Daj mi się tym na­cie­szyć. - Za­bie­ram rękę z jej gar­dła i po­zwa­lam, żeby oparła głowę o moje ra­mię. De­li­kat­nie gła­dzę ją po wło­sach, ob­ser­wu­jąc, jak jej ciało i mię­śnie cipki się roz­luź­niają.

Kiedy jej or­gazm mija, po raz ostatni po­cie­ram jej punkt G. Siân gwał­tow­nie za­dziera głowę. Chce mi się śmiać. Biorę ją na ręce i za­no­szę do łóżka. Kładę ją na środku ma­te­raca. Od­wró­cona do mnie ple­cami, Siân zwija się w kłę­bek.

Stoję pro­sto przy łóżku, trzy­ma­jąc dłoń na swoim wzwie­dzio­nym ku­ta­sie. Mam na­dzieję, że erek­cja za­raz opad­nie, bo nie mam te­raz czasu, żeby za­spo­koić swoją po­trzebę. Zro­bię to po spo­tka­niu z oj­cem.

- Jak jesz­cze raz będę mu­siał siłą wkła­dać ci ten pier­ścio­nek na pa­lec, to nie spodoba ci się to, co zro­bię po­tem. Ale je­śli bę­dziesz się do­brze za­cho­wy­wała, to po­zwolę ci spę­dzić tro­chę czasu z twoją uko­chaną opie­kunką - mó­wię i zo­sta­wiam ją, żeby się nad tym za­sta­no­wiła. Cie­szę się, że znam ją le­piej, niż jej się wy­daje.

Za­my­kam drzwi na klucz i idę do ga­bi­netu ojca. Na pal­cach na­dal mam za­pach Siân.

Oj­ciec z cy­ga­rem w ręce sie­dzi za ogrom­nym biur­kiem, które jest za­wa­lone ja­ki­miś pa­pie­rami. Kiedy po­do­cho­dzę bli­żej, uświa­da­miam so­bie, że są to zdję­cia, ale jesz­cze nie wiem, co przed­sta­wiają. Oj­ciec za­ciąga się cy­ga­rem. Jego twarz nie zdra­dza żad­nych emo­cji.

- Po­ru­cha­łeś so­bie już? Mo­żemy za­tem za­brać się do pracy? - pry­cha, pa­trząc na mnie lek­ce­wa­żąco.

- Czego chcesz? - py­tam, za­miast wy­rzu­cić z sie­bie słowa nie­na­wi­ści. Nie­na­wi­dzę go za to, jaki jest, i za to, jak po­trak­to­wał Siân.

Ale nie od­no­szę się do tego. Po pro­stu sia­dam na wprost niego. Oj­ciec pod­suwa mi zdję­cia.

- Zaj­mij się tym. - Po­now­nie za­ciąga się cy­ga­rem.

Biorę fo­to­gra­fie do ręki i z nie­wzru­szoną miną prze­glą­dam jedną po dru­giej. Ciała. Mar­twe i oka­le­czone. Rany po­strza­łowe, uszko­dzone koń­czyny, roz­darte brzu­chy. Nor­malka w na­szej co­dzien­no­ści. Nie­które osoby roz­po­znaję.

- Co to jest?

- Wła­śnie tego się masz do­wie­dzieć. Jak cię nie było, bo uga­nia­łeś się za tą suczką...

- Uwa­żaj na słowa.

- A jak nie, to co?

Przez chwilę wpa­truję się w niego, ale nie od­po­wia­dam.

- Jak się uga­nia­łeś za swoją przy­szłą żoną, tu się nie­źle od­je­bało. Ktoś krąży po Me­dio­la­nie i przy­le­głych miej­sco­wo­ściach i za­bija ro­dziny. Nie wiem, kto to robi. Mu­sisz się tego do­wie­dzieć.

Rzu­cam zdję­cia na biurko.

- Ci lu­dzie ze zdjęć na­leżą do grona, któ­rego dawno temu chcie­li­śmy się po­zbyć. Kto­kol­wiek to robi, wy­świad­cza nam przy­sługę. Dość nie­dbałe wy­ko­na­nie, ale dość do­bre.

- Chri­stia­nie, nie cho­dzi o styl pracy tego czło­wieka, tylko o to, że za­bija ro­dziny. A skoro wziął się za na­szych wro­gów, to skąd pew­ność, że nie przyj­dzie i po nas?

- Niech przyj­dzie.

- Po­go­dzi­li­ście się? - pyta oj­ciec, krę­cąc głową.

Rzu­cam mu gniewne spoj­rze­nie, a on unosi ręce prze­pra­sza­jąco.

- To, co się dzieje mię­dzy mną a Siân, to nie twoja sprawa. Martw się o ro­dzinę. Co chcesz zro­bić?

- Mu­simy wy­ba­dać, kto za tym stoi, i po­wstrzy­mać go, za­nim do­trze do nas.

- Jak do­trze, to so­bie z nim po­ra­dzimy. Wła­damy naj­więk­szą siatką lu­dzi w ca­łych cho­ler­nych Wło­szech. - Oj­ciec do­brze wie, co mam na my­śli. Do­sko­nale zdaje so­bie sprawę z tego, od czego za­częło się to całe za­mie­sza­nie. Chciał mieć to, co miał Marco, i rze­czy­wi­ście pół Me­dio­lanu jest w na­szych rę­kach. Każdy czło­nek or­ga­ni­za­cji Giu­lia­niego albo do­łą­czył do nas, albo spo­tkał się ze swoim by­łym sze­fem w pie­kle.

- Po­sta­ram się cze­goś do­wie­dzieć, ale przy­znam, że ktoś od­wala nie­zły ka­wa­łek ro­boty.

- Chri­stia­nie, do cho­lery! Mo­żesz prze­stać po­dzi­wiać tego pie­przo­nego dra­nia?

Ro­ze­śmia­łem się.

- Ja­sne. Po­dej­rze­wasz ko­goś?

- Be­si­tos.

- To nie w ich stylu. Może to Espo­si­tos? Choć do nich to także nie­po­do­bne. Na tych zdję­ciach są człon­ko­wie pra­wie każ­dej waż­niej­szej ro­dziny ma­fij­nej. Te­sla od dawna nie an­ga­żuje się w te sprawy, więc wąt­pię, żeby na­gle wziął się za za­bi­ja­nie lu­dzi ze swo­jej li­sty.

- Nie ob­cho­dzą mnie te dy­wa­ga­cje. Po pro­stu ogar­nij tę gów­nianą sy­tu­ację i już. Kto­kol­wiek to robi, musi mieć wtyki. Do tego zbliża się do nas i po­zbywa się na­szych żoł­nie­rzy.

- Nam nic nie zrobi. - Wstaję i ude­rzam dłońmi o blat. - Skon­tak­tuję się z To­nym. Ogar­niemy to.

- Nie za­wiedź mnie - rzuca oj­ciec, kiedy już stoję od­wró­cony do niego ple­cami.

Za­trzy­muję się przy drzwiach z ręką na klamce.

- Oj­cze, jesz­cze jedno. - Oglą­dam się przez ra­mię.

Sa­mu­ele wpa­truje się we mnie, trzy­ma­jąc cy­garo w jed­nej, a zdję­cia w dru­giej dłoni.

- Je­steś tu sze­fem, ale ni­gdy wię­cej nie ob­ra­żaj mo­jej ko­biety - rzu­cam, po czym wy­cho­dzę, nie cze­ka­jąc na jego re­ak­cję.

Pro­log

Chri­stian

Nie wolno pod­słu­chi­wać. Przy­naj­mniej tak twier­dzi mój oj­ciec, ale co in­nego mi po­zo­staje, skoro on nic mi nie mówi.

Cią­gle tylko ta­jem­nice. Roz­mowy szep­tem, prze­ry­wane, kiedy wcho­dzę do po­koju.

To je­dyny spo­sób, że­bym się do­wie­dział, co się dzieje do­okoła mnie. Przy­cza­jam się gdzieś w po­bliżu i przy­słu­chuję się każ­dej roz­mo­wie. Oj­ciec twier­dzi, że nie je­stem go­towy i że za­nim wta­jem­ni­czy mnie w różne sprawy, mu­szę udo­wod­nić, że udźwi­gnę to, z czym wiąże się przy­na­leż­ność do ro­dziny Russo. Cho­ciaż już dawno skoń­czy­łem czter­na­ście lat, na­dal trak­tuje mnie jak dzie­ciaka.

Nie je­stem dziec­kiem, do cho­lery. Któ­re­goś dnia mu to udo­wod­nię.

- Na pewno taką wła­śnie drogę chcesz obrać? - spy­tał mój oj­ciec po wło­sku, sia­da­jąc za biur­kiem.

Stoję w ko­ry­ta­rzu za drzwiami i ob­ser­wuję go przez szparę mię­dzy ścianą a za­wia­sami. Jest już późno i więk­szość pra­cow­ni­ków ro­ze­szła się do swo­ich kwa­ter. Po­ga­szono pra­wie wszyst­kie świa­tła. Te­ren po­se­sji oświe­tlają liczne la­tar­nie i blask księ­życa. Pod tym ką­tem nie wi­dzę, kto jest u ojca w ga­bi­ne­cie, ale po gło­sie po­znaję, że to ko­bieta.

- Marko się o to pro­sił - od­po­wiada ona, rów­nież po wło­sku. Po­chyla się lekko w prawo, dzięki czemu w końcu wi­dzę kto to.

Oj­ciec przez chwilę wpa­truje się w swoją roz­mów­czy­nię, roz­wa­ża­jąc jej słowa. Wi­dzę po jego mi­nie, że jest za­in­te­re­so­wany. Po­winno mnie to zdzi­wić, ale Sa­mu­ele Russo jest chciw­cem i od­kąd pa­mię­tam, to­czy­li­śmy wojnę z ro­dziną Gu­ilia­nich.

Nie sły­sza­łem ca­łej roz­mowy, tylko sam jej ko­niec, ale brzmiało to tak, jak­by­śmy mieli po­łą­czyć siły. Co to ozna­czało dla na­szych ro­dzin? Czemu nie było Marco przy tych usta­le­niach?

- Do­brze, ale chcę po­sta­wić sprawy ja­sno. - Sa­mu­ele się po­chyla, opiera łok­cie na bla­cie biurka i wbija wzrok w ko­bietę.

Jest zde­ner­wo­wana, na co wska­zują jej unie­sione i spięte ra­miona. Coś mi tu nie gra, ale nie po­tra­fię po­wie­dzieć co. Czemu te­raz, po tych wszyst­kich la­tach, mój oj­ciec roz­waża taką pro­po­zy­cję?

- Nie bę­dzie od tego od­wrotu. Przejmę całe jego te­ry­to­rium. Je­śli ktoś się prze­ciw­stawi, wszy­scy człon­ko­wie jej ro­dziny po­ża­łują, że się w ogóle uro­dzili.

- Nie mu­sisz się tym mar­twić, o ile się wy­wią­żesz ze swo­jej czę­ści umowy.

- A dziew­czynka? - pyta oj­ciec.

- To za­leży od cie­bie. - Ko­bieta sięga po to­rebkę sto­jącą na biurku i po­woli ru­sza do drzwi.

Oj­ciec wstaje z fo­tela i wy­cho­dzi zza biurka.

- Pani Giu­liani, in­te­resy z pa­nią to przy­jem­ność. Przy­szłaś z nią do mnie w od­po­wied­nim mo­men­cie.

- Le­piej późno niż wcale. Je­stem pewna, że mój mąż bę­dzie miał wiele do po­wie­dze­nia na ten te­mat.

Sa­mu­ele śmieje się zu­chwale. Jego do­no­śny śmiech nie­sie się po ko­ry­ta­rzu. Pod­cho­dzą bli­żej drzwi, więc ucie­kam, żeby mnie nie zo­ba­czyli. Zżera mnie cie­ka­wość. Chcę zro­zu­mieć całą tę sy­tu­ację.

Na­sze ro­dziny od wielu lat to­czą mię­dzy sobą walkę, a tym­cza­sem Marco przy­słał do nas swoją żonę w środku nocy. Po co? Żeby za­wrzeć ro­zejm?

Kiedy wy­cho­dzą z ga­bi­netu i ru­szają do drzwi fron­to­wych, sie­dzę za ro­giem i cze­kam, aż ko­bieta so­bie pój­dzie. Oj­ciec za­myka za nią wiel­kie pa­ła­cowe drzwi i staje do nich ple­cami. Sięga po te­le­fon. Bez wąt­pie­nia wy­biera czyjś nu­mer. Pew­nie dzwoni do Carla, swo­jej pra­wej ręki.

- Zwo­łaj wszyst­kich - przy­ka­zuje mu. - Mu­simy po­ga­dać. Za­nosi się na to, że przej­miemy in­te­resy Gu­ilia­nich.

***

Coś bar­dzo mnie za­in­try­go­wało w tej umo­wie. Od wi­zyty żony Marca w na­szej po­sia­dło­ści mi­nęło kilka dni, a ja na­dal roz­my­ślam o tym, co usły­sza­łem. Wiem, że oj­ciec nie ze­chciałby mnie wpro­wa­dzić w szcze­góły ich usta­leń. Zresztą nie mógł­bym go o to pro­sić, bo wtedy by się wy­dało, że pod­słu­chi­wa­łem.

Po­sta­no­wi­łem więc sa­mo­dziel­nie to roz­pra­co­wać. Oj­ciec uważa, że je­stem zbyt młody i na­iwny, żeby po­jąć ta­kie rze­czy, ale prawda jest taka, że wi­dzę i wiem o wiele wię­cej, niż mu się wy­daje. Po la­tach ob­ser­wo­wa­nia wszyst­kiego z dy­stansu znam na pa­mięć wszel­kie plany ataku i po­tra­fię wska­zać wady tych pla­nów, do któ­rych ojcu duma nie po­zwala się przy­znać.

Przez cały mi­niony ty­dzień wy­my­ka­łem się nocą i wy­kra­da­łem je­den z wielu sa­mo­cho­dów ojca. Pod­jeż­dża­łem na wzgó­rze znaj­du­jące się za­le­d­wie pa­rę­dzie­siąt me­trów od re­zy­den­cji Gu­ilia­nich. Ga­si­łem re­flek­tory, zo­sta­wia­łem sa­mo­chód w try­bie par­ko­wa­nia i wy­sia­da­łem, sta­ra­jąc się nie trza­skać przy tym drzwiami.

Krótka ścieżka wio­dąca w dół po­mię­dzy rzę­dami drzew jest dość wy­bo­ista. Mu­szę więc po­ru­szać się ostroż­nie, żeby się nie po­śli­zgnąć - jesz­cze bym spadł i się za­bił u pod­nóża pa­górka. Je­stem na tyle bli­sko nie­ru­cho­mo­ści, że sły­szę wszystko, co dzieje się we­wnątrz. Kąt na­chy­le­nia stoku jest ide­alny, co po­zwala mi zaj­rzeć do środka. Przez lor­netkę za­glą­dam do domu przez oszkloną na ca­łej dłu­go­ści ścianę od strony lasu i ob­ser­wuję, co się dzieje u Gu­ilia­nich.

Można by po­my­śleć, że czło­wiek o sta­tu­sie Gu­ilia­niego, oto­czony wro­gami, bę­dzie chciał mieć wię­cej pry­wat­no­ści, a tym­cza­sem on wy­sta­wił swoje ży­cie na po­kaz. Może tak to urzą­dził, bo nie przy­pusz­czał, że kto­kol­wiek od­waży się szpie­go­wać go od tej strony. Albo my­ślał, że las i góry osło­nią jego se­krety.

Ale tak to wła­śnie jest z ta­jem­ni­cami. Ni­czego tak na­prawdę nie da się ukryć. Bez względu na to, co ro­bisz i ilu lu­dzi za­bi­jesz, nie za­ta­isz tego. Sam się o tym dość szybko prze­ko­na­łem.

Wy­cią­gam lor­netkę z ple­caka, ku­cam na ziemi i zaj­muję swoje miej­sce. Prze­sia­dy­wane tu­taj stało się jed­nym z mo­ich naj­ulu­bień­szych za­jęć. Nie przez to, co się działo w tym domu, ale dla­tego, że wiem o tej ro­dzi­nie wszystko, co wie­dzieć można, a oni nie mają po­ję­cia o mo­jej obec­no­ści.

To uza­leż­nia­jące.

Usta­wiam ostrość i ska­nuję dom. Lu­dzie są in­te­re­su­jący, bo lu­bią ry­tu­ały. Ro­bią w kółko te same rze­czy po­mimo kon­se­kwen­cji swo­ich dzia­łań. My­ślę, że może to wy­ni­kać z wy­gody albo ego­izmu.

W jed­nym z po­koi za­uwa­żam ko­bietę, która od­wie­dziła mo­jego ojca. Sie­dzi na łóżku. Ma sze­roko roz­sta­wione nogi i trzyma mię­dzy nimi rękę. Moje ciało re­aguje na­tych­miast. Mój ku­tas tward­nieje, kiedy pa­trzę, jak ona się do­tyka.

Ob­ser­wuję ją przez chwilę, a po­tem prze­no­szę uwagę na po­zo­stałe po­miesz­cze­nia w domu. Pa­nuje w nim spo­kój. Ni­g­dzie in­dziej nie palą się świa­tła. Do­piero w po­ko­jach na dru­gim końcu bu­dynku do­strze­gam ko­lej­nych lu­dzi. O mały włos ich nie prze­oczy­łem.

W jed­nym z po­koi wi­dzę dwie osoby. To Marco i ja­kaś ko­bieta, która nie jest jego żoną. W po­koju dziew­czynka sie­dzi na ziemi i bawi się lal­kami, zu­peł­nie nie­świa­doma tego, co dzieje się wo­kół niej. Za ścianą jej oj­ciec zdra­dza jej matkę, pe­ne­tru­jąc cipkę jed­nej ze swo­ich pra­cow­nic.

Do­my­ślam się, że nie robi tego po raz pierw­szy. Woli być z tą ko­bietą niż z tą, którą po­ślu­bił. Od kiedy ich ob­ser­wuję, Marco po­su­nął żonę chyba tylko raz, a z tą drugą jest pra­wie każ­dej nocy. Cza­sem ro­bią to dwa, a na­wet trzy razy. Jest jego ulu­bie­nicą.

Kiedy to się wy­da­rza - kiedy do­ro­śli się zdra­dzają - dziew­czynka po­grąża się w swoim świe­cie. Taka nie­winna. Taka czy­sta. Pa­trze­nie na nią jest chyba w tym wszyst­kim naj­lep­sze. Ale nie w ob­le­śnym sen­sie. To tylko dziecko. Chyba wła­śnie to w niej lu­bię.

Przy­po­mina mi o tym, czego ja ni­gdy nie mia­łem: o ko­cha­ją­cym domu, gdzie mógł­bym być dzie­cia­kiem i ba­wić się za­baw­kami, póki oczy same by mi się nie za­my­kały. Mam wra­że­nie, że dzięki niej mogę po­śred­nio tego do­świad­czyć. Znowu staję się dziec­kiem, aż nad­cho­dzi pora, że­bym wró­cił do swo­jego świata. Każ­dej nocy na nowo uświa­da­miam so­bie, jak różne wie­dziemy ży­cie.

Ow­szem, że nasi oj­co­wie są bez­li­to­snymi, okrut­nymi kry­mi­na­li­stami, któ­rzy kła­mią, za­bi­jają i oszu­kują. Tyle że nic z tego nie wpływa na tę dziew­czynkę. Tak jak w tej chwili, jest cho­dzącą ra­do­ścią i na­wet nie wie, że wo­kół niej wszystko się wali.

Jest tym wszyst­kim, czym ja ni­gdy nie by­łem. Jest ko­chana. Jest szczę­śliwa. Dla­tego cała ta sy­tu­acja nie ma dla mnie sensu. Czemu Marco zgo­dził się od­dać mo­jemu ojcu wszystko, na co pra­co­wał? Miał to być ro­zejm, ale znam Sa­mu­ele le­piej niż kto­kol­wiek inny i wiem, że ni­gdy nie doj­dzie do za­wie­sze­nia broni. Kiedy mój oj­ciec do­sta­nie to, czego chce, z pew­no­ścią strzeli Marco mię­dzy oczy i świat do­brze znany tej wy­jąt­ko­wej dziew­czynce le­gnie w gru­zach.

Z za­my­śle­nia wy­rywa mnie od­głos pod­jeż­dża­ją­cego przed dom sa­mo­chodu. Wy­siada z niego męż­czy­zna, trza­ska drzwiami i pra­wie bie­gnie w stronę drzwi. Po chwili wi­dzę przez okna na par­te­rze, jak prze­cho­dzi przez ko­lejne po­miesz­cze­nia. Z jego ner­wo­wych ru­chów do­my­ślam się, że za chwilę coś się wy­da­rzy.

Prze­no­sze wzrok pię­tro wy­żej i za­uwa­żam, że Marco i jego ko­chanka już się nie pie­przą. Prze­ga­pi­łem ich fi­nisz, bo tak bar­dzo sku­pia­łem się na dziew­czynce. Marco pę­dzi ko­ry­ta­rzem i u szczytu scho­dów spo­tyka się z tam­tym męż­czy­zną. Słu­cha go uważ­nie, co­raz bar­dziej marsz­cząc czoło. Co­kol­wiek sły­szy, wku­rza go tak, że aż czer­wie­nieje na twa­rzy i za­ci­ska dło­nie w pię­ści. Nic nie ro­zu­miem z tej sy­tu­acji. Szkoda, że nie po­tra­fię czy­tać z ru­chu warg. W tej chwili taka umie­jęt­ność bar­dzo by mi się przy­dała.

W końcu Marco wy­bu­cha. Krzy­czy jak osza­lały. Ką­tem oka do­strze­gam dziew­czynkę. Stoi, trzy­ma­jąc w ręce Bar­bie. Obok niej po­ja­wia się ko­chanka ojca. Za­krywa dziew­czynce uszy dłońmi. Ko­lejny do­wód na to, jak róż­nie wy­glą­dały na­sze ży­cia. Dziew­czynka była osła­niana na­wet przed wy­bu­chami ojca. Była chro­niona.

Marco rzuca czymś o ścianę przy po­koju córki. Dziew­czynka i ko­bieta się wzdry­gają. Po chwili ko­chanka Marco przy­klęka przed dziew­czynką i coś do niej mówi. Ki­wała przy tym ener­gicz­nie głową i ła­god­nie gła­dzi dziew­czynkę po rę­kach. Pró­buje za­jąć czymś jej uwagę. Za­dzia­łało, bo dziew­czynka za­częła ryt­micz­nie po­ru­szać głową. Chyba coś śpie­wają. W końcu Marco i tam­ten fa­cet scho­dzą na dół i sy­tu­acja się uspo­kaja. Ko­bieta ca­łuje dziew­czynkę w czoło i mówi coś, co z ru­chu jej warg wy­gląda mi na an­dra tutto bene. Wszystko bę­dzie do­brze.

***

Wra­cam do domu i ci­cha­czem od­sta­wiam sa­mo­chód ojca do ga­rażu. Na na­szym pod­jeź­dzie roi się od aut. Mar­twi mnie to, bo wy­gląda na to, że ze­brali się tu wszy­scy człon­ko­wie or­ga­ni­za­cji ojca. W peł­nym gro­nie spo­ty­kają się tylko wtedy, kiedy pla­nują ja­kąś gów­no­bu­rzę.

Nikt mnie ani nie usły­szał, ani nie zo­ba­czył, kiedy wcho­dzi­łem do domu. Z holu ob­ser­wuję sy­tu­ację w sa­lo­nie. Mój oj­ciec stoi po­środku z pi­sto­le­tem w ręce. Jest roz­wście­czony. Carlo i po­zo­stali gro­ma­dzą się wo­kół niego. Nie­któ­rzy wbi­jają wzrok w pod­łogę, inni w ojca. Więk­szość twa­rzy nie zdra­dza żad­nych emo­cji.

- Skąd on się o tym do­wie­dział? - pyta oj­ciec.

- Pew­nie ta suka się wy­ga­dała - rzuca Carlo.

Sa­mu­ele kręci głową i ce­luje pi­sto­le­tem w stronę Carla. Za­dzi­wia mnie to, że męż­czy­zna w ogóle się tym nie przej­muje.

- Nikt nie może się mi sprze­ci­wiać. Mają zgi­nąć. Cała ro­dzina. Dzięki temu te­ren Marco bę­dzie mój.

- A co z dziew­czynką? - pyta Carlo.

Pro­stuję się i w na­pię­ciu wy­cze­kuje od­po­wie­dzi ojca.

- My­ślisz, że mnie to in­te­re­suje? Za­bij ją. Albo le­piej za­bierz. Ktoś z pew­no­ścią nie­źle za­płaci za córkę Marco Gu­ilia­niego. - Oj­ciec się śmieje, a po­zo­stali mu wtó­rują.

- Nie! - wy­krzy­kuję bez za­sta­no­wie­nia.

Grupa męż­czyzn roz­stę­puje się i oj­ciec w końcu pa­trzy na mnie.

- Spa­daj stąd, mały.

- Nie. Po­zwól mi to zro­bić.

Oj­ciec za­my­śla się.

- Na co mam ci po­zwo­lić?

Po­cho­dzę bli­żej z wy­piętą pier­sią i dum­nie unie­sioną głową.

- Cią­gle po­wta­rzasz, że po­wi­nie­nem się wy­ka­zać. Te­raz mam oka­zję.

Oj­ciec przez chwilę ba­daw­czo mi się przy­gląda. Wszy­scy męż­czyźni na mnie pa­trzą.

- Chcesz prze­jąć te­ren Marco. Spoko. Po­sta­ram się, żeby tak się stało, ale chcę coś w za­mian.

- Mów.

- Za­biję Marco dla cie­bie, ale prze­sta­niesz mnie trak­to­wać jak dzie­ciaka. Po­zwo­lisz mi pra­co­wać. Przy­dzie­lisz mi rolę w swoim biz­ne­sie.

- Nie je­steś go­towy.

- Je­stem i udo­wod­nię to. Ko­niec z ta­jem­ni­cami. Ale chcę cze­goś jesz­cze.

- Tak?

- Chcę dziew­czynkę. Jest moja. Nie skrzyw­dzimy jej.

- Czemu miał­bym się na to zgo­dzić? Co, do cho­lery, zro­bię z dzie­się­cio­latką?

- Może ją wy­cho­wy­wać nia­nia, a jak bę­dzie już od­po­wied­nio do­ro­sła, za­bie­rzemy ją - wy­rzu­cam z sie­bie, na­pom­po­wany ad­re­na­liną.

Sa­mu­ele pa­trzy to na mnie, to na Carla. Trwa to tak długo, że za­czy­nam się nie­po­koić. Je­stem prze­ko­nany, że się nie zgo­dzi, ale wtedy on się uśmie­cha.

- Bene. Za­bij Marca, po­każ, na co cię stać, a od­dam ci dziew­czynkę.

Nie spo­dzie­wa­łem się, że to się uda. A jed­nak. Oj­ciec się zgo­dził. Będę mógł się wy­ka­zać, co prze­cież chcia­łem zro­bić od dawna, przy oka­zji za­pew­nia­jąc ma­łej bez­pie­czeń­stwo.

- Znam plan jego dnia - rzu­cam.

- Jak to?

- Ob­ser­wo­wa­łem ich.

- No pro­szę. - Oj­ciec uśmie­cha się zna­cząco. - Je­stem pod wra­że­niem.

- Zro­bię to ju­tro wie­czo­rem. Po­wi­nien być w domu z ro­dziną, bez swo­ich lu­dzi.

- Bene. Niech bę­dzie ju­tro.

Ob­ra­cam się, żeby pójść do po­koju, kiedy oj­ciec po­now­nie się od­zywa:

- Chri­stian, spieprz to, a za­biję ją na two­ich oczach.

- Nie spie­przę. - Za­cho­wuję ka­mienną twarz i nic wię­cej nie mó­wiąc, idę do sie­bie.

Za­nim uda mi się po­rząd­nie od­da­lić, sły­szę, jak mój oj­ciec mówi:

- Jak bę­dzie za­bi­jał Marca, ty za­łatw ko­biety. Upew­nij się, że nie żyją. Zwłasz­cza dziew­czynka.

Za­mie­ram i wal­czę z po­kusą za­wró­ce­nia do sa­lonu. Opa­no­wuję jed­nak emo­cje i po­sta­na­wiam, że znajdę spo­sób na to, żeby za­dbać o bez­pie­czeń­stwo dziew­czynki.