Rozdział 1
Bóg - fantomowy przywódca
Osho,
Alan Watts opisał kiedyś wszechświat w następujący sposób: "To tak,
jakby Bóg grał w grę". Ale jeżeli nie ma Boga, to kto gra i co to w ogóle jest za gra?
Alan Watts był miłym facetem, ale to
stwierdzenie zostało zaczerpnięte z hinduskiej mitologii. Korzystał z niej przez całe swoje życie, choć na Zachodzie uważano, że są to jego
oryginalne opinie.
Odebrał on wykształcenie jako chrześcijański ksiądz, a co za tym idzie,
zdobył pewną wiedzę na temat religii - po to tylko, żeby udowadniać, iż
chrześcijaństwo jest najlepszą, najwyższą i najprawdziwszą spośród nich.
Jednakże zapoznawszy się z hinduizmem, nie był już w stanie twierdzić,
że religia chrześcijańska jest najlepsza na świecie. Dlatego uważam, że
był miłym facetem. Był po prostu uczciwy.
Odrzucił kapłaństwo i żył na pograniczu ubóstwa. Pozostawał pod ogromnym
wrażeniem religii Wschodu i wyobrażał sobie hinduską ideę Boga
prowadzącego grę. W hinduizmie nazywają to leela. Wszystkie pozostałe
religie wierzą, że Bóg stwarza świat i że jest to poważny,
odpowiedzialny proces. Jedynie hinduizm nie traktuje tego z taką powagą,
twierdząc, że jest to zabawa w chowanego. Bóg jest tym, który się chowa,
Bóg jest tym, który szuka. To Bóg kryje się w mężczyźnie, to Bóg kryje
się w kobiecie. Według hinduizmu egzystencja składa się z tego, co
nazywamy Bogiem; nie zachodzi tu proces tworzenia, który kojarzy się z chrześcijaństwem, judaizmem czy islamem; i te religie mają problem z wyjaśnieniem go.
Przede wszystkim powstaje pytanie: dlaczego Bóg powinien tworzyć? Czy ma
taką potrzebę? Tworzymy coś, ponieważ jest nam to potrzebne. Budujesz
dom, ponieważ potrzebujesz schronienia. Tworzysz, ponieważ masz jakieś
pragnienie, które chcesz spełnić. Czy Bóg ma pragnienia? Jeśli tak, to
jaka jest różnica pomiędzy człowiekiem a Bogiem? Czy Bóg czegoś
potrzebuje? Jeżeli nawet Bóg realizuje jakieś swoje potrzeby, to tym
bardziej nikt z was nie będzie w stanie się od nich uwolnić. Potrzeby
będą podążać za wami jak cienie, dokądkolwiek się udacie. Nigdy się od
nich nie uwolnicie! Dopóki nie pozbędziecie się potrzeb, pragnień,
pożądania, jesteście niewolnikami i nimi pozostaniecie. Bóg, który ma
potrzebę tworzenia, także jest niewolnikiem.
Bardzo ważne są tego skutki. Czy tworzenie było dla Boga obowiązkowe czy
opcjonalne? Bo jeśli było obowiązkowe, to Bóg nie jest wszechmocny. Ktoś
ponad nim wydał mu polecenie, aby zaczął tworzyć. Nie miał wyboru,
musiał to zrobić. Jeśli zaś twierdzić, że było opcjonalne, to zastanówmy
się, dlaczego zdecydował się stworzyć świat, jeśli mógł go nie tworzyć?
Musi być jakiś powód, dla którego dokonał takiego, a nie innego wyboru.
Jaki powód mógł mieć Bóg, żeby wybrać stworzenie? Bo taki powód staje
się ważniejszy niż sam Bóg. Jeśli nawet Bóg musi zachowywać się
racjonalnie, to po co sobie nim zawracać głowę? Powinieneś pomyśleć o byciu racjonalnym, o podążaniu za racją, której nawet Bóg nie może
odrzucić.
Dlaczego Bóg zdecydował się stworzyć świat w konkretnej chwili, w określonym czasie? Co robił wcześniej? Przez całą wieczność był
bezrobotny. Co robił przez cały ten czas? Spał? Był nieprzytomny? A może
pijany? I nagle pewnego dnia zaczął tworzyć. Nie ma żadnego powodu
podawanego przez teologię chrześcijańską, religię muzułmańską czy
judaizm, dla którego Bóg doznał nagłej potrzeby tworzenia. Dodajmy też,
że potrzeba tworzenia ma podłoże biologiczne, seksualne. Tak, tak,
energia seksualna w tobie jest energią kreatywną.
Kobiety nie są wielkimi artystkami, poetkami, nie tworzą wiekopomnych
dzieł malarskich ani rzeźbiarskich. Ich potrzeba tworzenia spełniona
jest dzięki przynoszeniu na świat dzieci. Jeśli urodzisz dziecko, żywe,
promienne - co może się z tym równać? Jeśli namalujesz obraz, jakkolwiek
piękny, nadal pozostaje on rzeczą martwą. Możesz stworzyć muzykę, możesz
napisać piosenkę. Nie da się jednak ich przyrównać do dzieła, jakim jest
dziecko.
Wystarczy, że popatrzysz w oczy dziecka, i wszystkie malowidła świata
tracą znaczenie. Dziecko się uśmiechnie i nagle wszystkie znane ci
piosenki stają się nudne. Dziecko zaczyna chodzić, a ty patrzysz na
radość wypływającą z jego wysiłku i zapominasz o nauce, o sztuce. Nic
nie może równać się z faktem, że dziecko zrobiło pierwszy krok. A czy
przypominasz sobie tę ogromną radość, kiedy wypowiedziało swoje pierwsze
słowo?
Matka obserwuje dziecko od pierwszych chwil, wyczuwa jego pierwsze
ruchy. Matka doświadczona, która urodziła już jedno dziecko lub dwoje,
jest nawet w stanie określić, czy nosi w łonie chłopca czy dziewczynkę.
Dziewczynki zachowują się spokojnie, chłopcy zaś bardzo wcześnie
zaczynają kopać - spieszą się na ten świat. I ta tendencja trwa przez
całe życie.
Kobieta ma w sobie poczucie stabilizacji, ugruntowania, wyśrodkowania,
którego nie posiada mężczyzna. On się ciągle spieszy i nawet na urlopie
nie może wysiedzieć spokojnie. Zaczyna reperować zegar, który chodził
prawidłowo. Rozbiera go na części. Zegar nie był zepsuty, zepsuty jest
mężczyzna! Nie jest w stanie usiedzieć na miejscu. Otwiera maskę swojego
samochodu, zaczyna coś majstrować i robi straszny bałagan. A po takim
urlopie będzie bardziej zmęczony niż w ciągu tygodnia pracy. Tak bardzo
męczy go siedzenie w jednym miejscu.
Usłyszałem...
Kobieta zatrudniła pielęgniarkę, która miała opiekować się kilkorgiem
jej dzieci. Powiedziała do niej: "Dzisiaj wrócę do domu późno. Dzieci na
pewno będą sprawiały sporo kłopotów, ale nic na to nie poradzę. Muszę
pójść na pogrzeb. Umarł bliski krewny. Proszę uzbroić się w cierpliwość
i spróbować je wszystkie ułożyć do snu".
Kiedy kobieta wróciła późnym wieczorem, zapytała, czy wszystkie dzieci
już śpią. Pielęgniarka odpowiedziała jej, że wszystkie już śpią. I dodała, że były grzeczne i tylko jedno sprawiało tak dużo kłopotów, że
musiała je zbić.
Kobieta zapytała, które z dzieci było tak niegrzeczne, a kiedy
pielęgniarka wskazała, stało się jasne, że chodzi o męża, ojca dzieci.
Pielęgniarka tłumaczyła się: "Proszę mi wierzyć, że naprawdę był
niegrzeczny. Cały czas robił, co chciał. Udało mi się jakoś upilnować
pozostałe dzieci, ale z tym dużym nie dawałam sobie rady. Najpierw
pomyślałam, że nie rozumie naszego języka. Dałam mu kilka klapsów i na
siłę położyłam do łóżka. On jednak ciągle siadał i próbował uciekać".
Tak, mężczyzna jest niezmordowany.
Matka bardzo wcześnie wyczuwa, czy nosi w łonie chłopca czy dziewczynkę.
Jest szczęśliwa, że urodzi dziecko, że będzie pomagała mu dorastać, i dlatego nie potrzebuje innych przejawów kreatywności. Jej pragnienie
bycia kreatywną spełnia się w macierzyństwie.
Tymczasem mężczyzna ma problem: nie może urodzić dziecka, nie może nosić
dziecka w swoim łonie. Musi znaleźć jakiś substytut, żeby nie czuć się
gorzej niż kobieta. W głębi duszy odczuwa bowiem, że jest gorszy. I z powodu tego poczucia niższości próbuje tworzyć - obrazy, posągi,
dramaty, pisze wiersze, powieści, poznaje cały naukowy świat
kreatywności.
Stanowi to jego wysiłek, poprzez który mówi kobiecie, że jest twórcą.
Kobieta zaś jest jedynie instrumentem w rękach biologii. Dziecko nie
jest jej wytworem. Każda kobieta może zostać matką, ale nie każdy
mężczyzna może stać się kimś takim jak Picasso, Niżyński, Nietzsche czy
Dostojewski. To oni byli naprawdę kreatywni.
W taki właśnie sposób mężczyzna kompensuje i przykrywa swój kompleks
niższości. Robił to przez tysiące lat i stopniowo przekonał sam siebie,
a także kobietę, że jest kimś lepszym od niej. Nie pozwala kobiecie na
swobodę w tworzeniu, ponieważ dobrze wie, że dorównałaby mu bez trudu.
Każda kobieta może tworzyć jak Picasso, Dostojewski, Bernard Shaw czy
Russell; nie ma żadnego problemu. Jedyne, co będzie musiała zrobić, to
zrezygnować z bycia matką, bo to właśnie jest najtrudniejsze - bycie
matką i Bertrandem Russellem jednocześnie. Tkwi w tym konflikt
interesów. Bardzo trudno byłoby kobiecie być matką i Picassem
jednocześnie - malarstwo wymagało jego pełnej uwagi; obrazy pochłaniały
cały jego czas. Kobieta, niestety, nie może pozwolić sobie na taką
monopolizację swego czasu.
Kiedy rodzi się pierwsze dziecko, między kobietą a jej mężem pojawia się
szczelina. Kobieta zaczyna być monopolizowana przez dziecko; ojciec
schodzi na dalszy plan. Od chwili narodzin potomka nie będzie już nigdy
na pierwszym miejscu, nie będzie priorytetem. Oczywiście natura wspiera
dziecko, ponieważ ono ma przed sobą przyszłość, a ojciec wcześniej czy
później umrze.
Natura zawsze sprzyja temu, co nowe, temu, co pozostaje w fazie rozwoju.
Natura preferuje wschód słońca, nie zachód - i to jest logiczne. Co
twórczego jest w zachodzie słońca?
Dlaczego Bóg musi tworzyć? Być może Bóg nie jest mężczyzną, ale kobietą,
a cały wszechświat jest jego łonem. Wtedy jednak Boga sprowadzono by do
poziomu biologii, właściwego także ludziom i zwierzętom.
Być może więc Bóg jest mężczyzną, ale ma kompleks niższości wobec
jakiejś kobiety, o której nic nie wie. Z kim usiłuje konkurować? Musi
być kobieta w jego życiu, wobec której czuje się niekompetentny, gorszy.
A stwarzając cały ten świat, udowadnia jej, że jest wspaniałym twórcą.
Niestety, w takiej sytuacji przestaje być Bogiem i schodzi do rangi
człowieka, albo i zwierzęcia. Teorii stworzenia nie da się obronić.
Jaki to zresztą rodzaj twórczości? Jeśli jest poważny, a proces
tworzenia wymaga jednak powagi, to życie, w którym jest tyle nędzy, bólu
i które kończy się śmiercią i ciemnością, nie ma żadnego sensu. Jeśli
Bóg chciał tworzyć, to niepotrzebnie stworzył tak nędzną egzystencję,
pełną udręki i cierpienia - egzystencję, która jest przekleństwem, nie
zaś błogosławieństwem.
Bracia Karamazow Dostojewskiego to chyba najwspanialsza powieść, jaka
została napisana w historii. Jeden z trzech braci wypowiada się mniej
więcej w taki sposób: "Jeśli kiedykolwiek spotkam Boga, to jedyne, czego
od niego będę chciał, to żeby zabrał z powrotem swój bilet i wskazał mi
wyjście. Wszędzie dokoła widzę same wejścia, ale gdzie jest wyjście? Kim
on jest, żeby bez mojej zgody tworzyć mnie? Jakim prawem? Nikt mnie nie
zapytał, czy chcę zostać stworzony. Nie dano mi wyboru".
To pachnie totalitaryzmem i dyktaturą. Bóg wydaje się jakimś wielkim
Adolfem Hitlerem albo Józefem Stalinem. Nikt cię nie pytał o zdanie, a teraz na dodatek musisz cierpieć. Bez uzgodnienia otrzymałeś instynkty,
z powodu których będziesz cierpiał tu i w następnym życiu. I jeszcze
teolodzy, księża nakazują ci zniszczyć te swoje instynkty, które
przecież otrzymałeś od Boga. To on ponosi odpowiedzialność. Jeśli ktoś
ma za to pójść do piekła, to tylko on - nikt inny nie jest za to
odpowiedzialny.
Morderca ma w sobie instynkt mordowania. Gwałciciel rodzi się z instynktem gwałcenia. Kto jest za to wszystko odpowiedzialny? Wszystkie
religie mówią ci, że ty. Bóg jest stwórcą, a ty jesteś odpowiedzialny?
Nikt nawet nie zapytał cię, jakie wybierasz sobie instynkty. Gdybyś
wybrał instynkt gwałciciela, mordercy, to oczywiście byłbyś
odpowiedzialny i musiałbyś ponosić konsekwencje. Ty jednak rodzisz się z wbudowanym programem, za który odpowiedzialny jest wyłącznie
programista.
Alan Watts rozumiał doskonale, że nie znajdzie odpowiedzi na to pytanie,
które na Wschodzie zadawano sobie przez całe tysiąclecia. Hinduizm tę
odpowiedź znalazł, chociaż być może tylko pozornie. Na pewno jest ona
lepsza niż idea mówiąca o stworzeniu, ale także niesatysfakcjonująca.
Alan Watts nie zdawał sobie z tego sprawy, ponieważ nie poznał Wschodu
wystarczająco dogłębnie, toteż interpretacja życia jako zabawy, jako
leela, wydała mu się dużo lepsza. Życie nie ma w sobie nic poważnego;
jest jedynie grą, igraszką, przedstawieniem.
W przedstawieniu możesz grać rolę złodzieja, co nie znaczy, że masz stać
się złodziejem - to jedynie twoja rola. W przedstawieniu możesz grać
wcielenie Boga, Ramy, Kriszny, co nie oznacza, że masz stać się
wcieleniem Boga. Ale na scenie, przed publicznością, twoja gra jest
ogólnie akceptowana i podawanie jej w wątpliwość byłoby głupotą -
wszyscy wiedzą, że każdy z nas gra jakąś rolę.
Hinduizm twierdzi, że cała egzystencja jest jedynie przedstawieniem, a Bóg gra swoją rolę. Słowo leela, oznaczające zabawę, wyklucza powagę i wszelkie jej zastosowania. Rodzi jednak nowe pytanie. Dlaczego Bóg nie
może siedzieć spokojnie? Ludzie, którzy nauczają, że Bóg prowadzi grę,
nauczają też, że powinieneś siedzieć spokojnie i medytować. Dlaczego Bóg
nie miałby siedzieć spokojnie, medytować i porzucić całego tego
nonsensu?
Alan Watts nie miał odwagi zadać takiego pytania. Zapewne nigdy nie
zdawał sobie nawet z niego sprawy, ale dla mnie jest to ważne pytanie:
po co cały ten nonsens? Wszyscy mędrcy hinduscy uczą cię, żebyś siedział
spokojnie, w ciszy, bez żadnych myśli, a dopiero wtedy poznasz smak
religii. Wygląda na to, że Bóg nigdy nie spróbował religii, skoro
nieustannie się bawi.
W procesie stwarzania po upływie sześciu dni wszystko zostało
zakończone. Siódmego dnia, w niedzielę, Bóg odpoczywał i nie wiemy, co
działo się z nim później. Jednak hinduski Bóg nieustannie się bawi. A przecież jest czas zabawy i czas nauki, a także - o czym wiedzą
wszystkie dzieci - czas na sen.
Jednak ten obłąkany hinduski Bóg nie ma czasu na sen, nie ma czasu na
naukę, nie ma czasu na nic innego jak tylko zabawa, zabawa i zabawa.
Wydaje się mieć na tym punkcie obsesję. To musi być naprawdę wieczna,
nieskończona zabawa! Dlaczego on się ciągle bawi? Czy nie jest zmęczony?
I czy nie nudzi go ciągle ta sama gra?
Miałem w swojej wiosce przyjaciela, którego ojciec codziennie chodził
oglądać filmy. Przez sześć albo siedem dni pokazywano zwykle ten sam
film, ale dla niego nie miało to znaczenia. Oglądał go codziennie.
Zapytałem go, czy to nie jest dziwne, że przez kilka dni ogląda ciągle
to samo. Odpowiedział mi: "A któż zajmowałby się oglądaniem filmu? Ja
śpię! Co jakiś czas się budzę i dzięki temu w ciągu tygodnia jestem w stanie zobaczyć cały film. Czasami obejrzę początek, czasami koniec,
czasami środek. A jeśli któregoś dnia mam dobry nastrój, łączę sobie te
wszystkie części i rozumiem, o czym był film".
Zapytałem go, dlaczego nie miałby obejrzeć całego filmu w ciągu jednego
dnia. I wtedy wyjaśnił mi, że gdyby tak zrobił, to nie wiedziałby, co
robić z pozostałymi sześcioma dniami. W tej małej wiosce jedyną rozrywką
było kino. Dokąd miałby pójść? Wtedy dopiero zrozumiałem, na czym polega
jego problem.
Ale na czym polega problem Boga? Dlaczego gra ciągle w tę samą grę? Czy
nadal go to bawi? Zachowuje się jak jakiś idiota. Jeśli tak ma wyglądać
rozrywka, to po pewnym czasie znudzi się nią nawet idiota. Pozostając
ciągle z tymi samymi ludźmi, mając ciągle takie same relacje, te same
dzieci, w końcu zaczniesz odczuwać nudę. Ciągle te same rozmowy,
prowadzone w tym samym gronie, to samo koło, to samo towarzystwo.
Nie martwi mnie koło, ale człowiek, który nieustannie się w nim kręci.
Jaki ma w tym cel? Oczywiście nie możesz zapytać hinduisty o jego cel,
ponieważ wie on doskonale, że jest to tylko zabawa. Ja jednak nadal
twierdzę, że choć dobrze jest się bawić, jak można robić to przez całą
wieczność? Wygląda na to, że jesteśmy w rękach szalonego Boga.
Jednocześnie ci sami hinduscy mędrcy uważają, że będziesz ponosił
konsekwencję swoich czynów. To bardzo dziwne - Bóg się bawi, a my
będziemy musieli cierpieć z powodu naszych czynów, które są w rękach
Boga. Jeśli chce on, żebym grał rolę złodzieja, to mogę ją grać, ale
dlaczego miałbym ponosić tego skutki? Ci sami mędrcy twierdzą przecież,
że to wszystko jest jedynie Boską zabawą. Wspaniale! Zgadzam się, ale co
stanie się z ludźmi? Powinni zostać zwolnieni z ponoszenia jakichkolwiek
konsekwencji. Przecież to Boskie igrzyska. Kiedy grasz w karty, zdarza
ci się wygrać lub przegrać. Czy król, dama albo joker ponoszą z tego
tytułu jakąś odpowiedzialność? Nie ma dla nich znaczenia, kto wygra, a kto przegra; są jedynie kartami w grze. My także jesteśmy królami,
damami lub jokerami - najczęściej jokerami. Dlaczego więc mielibyśmy z tego powodu cierpieć?
Obie te rzeczy nie występują w hinduizmie obok siebie. Na tym polegał
mój główny spór z hinduskimi mędrcami, shankaracharya, pundytami -
jeśli egzystencja ma być zabawą, to nie powinniśmy być za to wrzucani do
piekła. Jeśli tę grę prowadzi ktoś inny, dlaczego my mamy za nią
cierpieć? Odpowiedzialność za tę zabawę powinien ponosić Bóg. Te dwie
koncepcje są wobec siebie całkowicie przeciwstawne. W żaden sposób nie
da się ich ze sobą połączyć. Próbowałem, ale nigdy mi się to nie udało.
Jeśli grę prowadzi Bóg, to on powinien ponosić wszelkie konsekwencje;
jesteśmy jedynie marionetkami w jego rękach. W takim przypadku prawo
karmy można wyrzucić na śmietnik. Jeśli Bóg jest taki rozrywkowy, to na
czym miałoby polegać sławienie go? Nie możesz być w tym poważny - jeśli
Bóg się bawi, ty także musisz się bawić.
Ramakriszna miał rację...
Rani Rasmani była kobietą z niskiej kasty w Kalkucie, ale także była
królową. Na brzegu rzeki Ganges wybudowała jedną z najpiękniejszych
świątyń. Była bardzo bogata, ale wywodziła się z kasty nietykalnych i dlatego żaden bramin nie chciał modlić się w jej świątyni. Świątynia
stała się nietykalna, Bóg w niej zamieszkujący stał się nietykalny, a ci
bramini nadal twierdzą, że to wszystko jest zabawa!? Nawet Bóg stał się
nietykalny, ponieważ jego posąg do świątyni został zakupiony za
pieniądze nietykalnych.
Rani Rasmani nigdy nie weszła do tej świątyni, wiedząc, że gdyby to
zrobiła, nigdy nie znalazłaby wśród braminów żadnego kapłana, który
chciałby tam wejść. Nigdy nie dotknęła niczego w świątyni. Podchodziła
jedynie do jej progu i tam się modliła. A przecież była to jej
świątynia; świątynia, którą wzniosła za miliony rupii. Mimo wszystko
żaden bramin nie chciał do niej wejść.
Ramakriszna był biednym, niewykształconym braminem. Jego imię pierwotnie
brzmiało Gadadhar. Został nazwany Ramakriszną, ponieważ jego uczniowie
odczuwali, że łączy on w sobie dwa bóstwa: Ramę i Krisznę. Kształcenie
zakończył na drugiej klasie, w związku z czym nie wiedział, jakie miałby
znaleźć sobie zajęcie. Jego ojciec zmarł, a on musiał zaopiekować się
matką i resztą rodziny. Był w tak trudnej sytuacji, że zgodził się
zostać kapłanem w świątyni Dakszineszwar.
Wszyscy bramini ostrzegali go, że jeśli zostanie kapłanem u Rani
Rasmani, będą go bojkotować, wyrzucą go z kasty braminów.
Odpowiedział im na to: "Nie obchodzi mnie to i nie ma to dla mnie
żadnego znaczenia. Będę modlił się do Boga i nie jest to moja sprawa,
kto kupił posąg i kto wybudował świątynię".
Został kapłanem, ale wkrótce zaczęły napływać skargi na niego. Rani
Rasmani nie wiedziała, co w takiej sytuacji ma zrobić. Gdyby go
zwolniła, gdzie znalazłaby innego bramina? Po latach oczekiwania pojawił
się w końcu odważny młody człowiek, a teraz były z nim same problemy.
Pojawiały się coraz to nowe skargi... i to bardzo dziwne, dotyczyły jednak
praw, których łamania absolutnie nie można było zaakceptować: kiedy
Ramakriszna przynosił dary Bogu, najpierw sam ich próbował, a dopiero
potem kładł je u stóp Boskiego posągu. Najpierw próbował słodyczy, a potem ofiarowywał je Bogu!? Było to coś absolutnie niespotykanego.
Choć nie byłoby to dziwne na Zachodzie. Wciąż widzę ludzi, którzy zanim
rzucą kwiaty na maskę samochodu, w zachodnim stylu, najpierw je wąchają.
Na Wschodzie byłoby to niemożliwe; to, co robią, pozbawione jest miłości
i szacunku, co do tego nie ma żadnych wątpliwości - wąchają róże, całują
je, a następnie kładą je na masce samochodu.
To właśnie robił Ramakriszna w Indiach. Jednakże w Indiach, kiedy
powąchasz kwiat, nie możesz go już ofiarować Bogu. Pocałować kwiat i złożyć go w ofierze Bogu!? Nie do pomyślenia! A on robił coś jeszcze
gorszego: próbował składanego w ofierze jedzenia. Zjadał połowę ciastka,
a połowę składał przed Bogiem!
Rasmani wezwała do siebie Ramakrisznę i zapytała go: "Czy nie rozumiesz
najprostszej rzeczy - że najpierw musisz złożyć jedzenie Bogu?
Nadgryzasz to, co chcesz złożyć w ofierze, i dopiero wtedy składasz to
Bogu? Nie zaproponowalibyśmy czegoś takiego nawet swojemu gościowi, a co
dopiero Bogu!".
Ramakriszna jej odpowiedział: "Zwykle robiła tak moja matka. Nie dawała
mi niczego, zanim sama nie spróbowała. Wyjaśniała mi, że jeśli nie
będzie to smaczne, to nie każe mi tego jeść. Skoro robiła to moja matka,
wydawało mi się, że to bardzo dobrze spróbować coś, zanim się to
ofiaruje Bogu. Czasem nie powinno to być ofiarą - jest zbyt słodkie, za
mało słodkie albo ma dziwny smak. Czy chcesz, żebym dawał Bogu
niesprawdzone pokarmy? Nie mogę tego zrobić. Mogę zrezygnować z pracy w tym miejscu, ale nie mogę zaakceptować składania Bogu w ofierze
pokarmów, których nie spróbowałem. Co stałoby się, gdyby któryś z nich
był zatruty? Jedzenie pochodzi z rynku, więc nigdy nie wiadomo. Muszę
być absolutnie pewny, że Bóg dostaje wszystko, co najlepsze".
Rasmani była kobietą, która posiadała dar wielkiego zrozumienia.
Odpowiedziała więc Ramakrisznie, że jako kobieta doskonale rozumie jego
matkę oraz opiekę, jaką go otaczała. I zgodziła się, żeby kontynuował
składanie ofiar w ten sam sposób. W końcu była to jej świątynia, a żaden
inny bramin nie zamierzał w niej być kapłanem. Ponadto podwoiła jego
wynagrodzenie.
Wkrótce okazało się, że pojawił się kolejny problem. Od czasu do czasu
Ramakriszna wcale nie otwierał drzwi do świątyni - przez cały dzień były
one zamknięte i nikt nie mógł wejść, żeby się pomodlić. W inne zaś dni
modlitwy trwały przez cały dzień - ludzie przychodzili i wychodzili, a on od rana do wieczora tańczył i śpiewał.
Rasmani znów udała się do Ramakriszny i rzekła: "Mamy nowy problem. Co
ty wyprawiasz? Modlitwy muszą się odbywać codziennie, ale też nie
potrzeba, byś odprawiał je od świtu do nocy. Czy usiłujesz jednego dnia
odprawić wiele modlitw hurtowo, tak żeby następnego dnia trzymać drzwi
do świątyni zamknięte?".
Ramakriszna wytłumaczył: "Nie o to chodzi. Czasami zezłoszczę się na
Boga. Mówię mu wtedy, że przyjdę sprawdzić jego nastrój następnego dnia.
Kiedy następnego dnia przychodzę sprawdzić i widzę, że nic się nie
zmieniło, trzymam go w zamknięciu. Zwykle po trzech lub czterech dniach
zaczyna zachowywać się przyzwoicie i wtedy otwieram dla niego
świątynię".
Rasmani nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Czyżby Ramakriszna karał
Boga?
Kapłan odpowiedział jej: "Oczywiście, muszę ukarać Boga, jeśli nie
zachowuje się właściwie. Zdarza się, na przykład, że modlę się
godzinami, a on nie daje mi żadnej odpowiedzi. Nie będę tego tolerował.
Jeśli po wielogodzinnej modlitwie Bóg pozostaje głuchy, muszę dać mu
nauczkę: żadnej modlitwy przez trzy czy cztery dni, żadnego jedzenia,
drzwi do świątyni zamknięte. Po jakimś czasie wraca mu zdrowy rozsądek.
Kiedy piątego dnia otwieram drzwi, on natychmiast zaczyna się uśmiechać,
wita mnie i w ciągu kilku minut udziela mi wszystkich odpowiedzi".
Rasmani odparła: "Niełatwo jest z tobą wytrzymać, ale jesteś właściwym
człowiekiem na właściwym miejscu, bo skoro Bóg prowadzi grę z całym
światem, ty masz prawo grać z nim. Wracaj do świątyni. Znów podwajam ci
wynagrodzenie".
Powoli, powoli sława Ramakriszny rozprzestrzeniała się coraz bardziej.
Mówiono, że jest dziwnym kapłanem, że nikt nie jest w stanie go
powstrzymać, ponieważ świątynia należy do Rasmani. Bramini nie mieli
nawet możliwości wejść tam i sprawdzić, co się dzieje. Skręcali się z ciekawości! Wynagrodzenie Ramakriszny było coraz wyższe - czterokrotnie
wyższe niż na początku. Zaczynał od dwudziestu rupii na miesiąc, a teraz
otrzymywał już osiemdziesiąt.
W tamtych czasach jedna rupia miała wartość siedemset razy wyższą niż
dzisiaj. Osiemdziesiąt rupii mogło wystarczyć na cały rok: na ubrania,
dobre jedzenie, wygodny dom. Osiemdziesiąt rupii mogło wystarczyć na
cały rok, a on otrzymywał tyle za jeden miesiąc! Bramini stawali się
coraz bardziej zazdrośni, bo nawet w najlepszych świątyniach otrzymywali
zwykle dwie rupie miesięcznie, maksymalnie pięć. Na dodatek Ramakriszna
robił wiele dziwnych rzeczy.
W końcu wysłali do Rasmani swojego przedstawiciela, który nie był
braminem. Zażądał on, żeby wyrzuciła Ramakrisznę ze świątyni, ponieważ
jest on niepoważny.
Rasmani odpowiedziała mu na to: "Cała filozofia hinduska mówi, że
egzystencja jest zabawą. Czemu powinien być poważny? Ja także jestem
niepoważna. Z tego właśnie powodu im więcej słyszę skarg na Ramakrisznę,
tym bardziej podnoszę jego wynagrodzenie. Ta metoda powstrzymała napływ
skarg, ponieważ wszyscy wiedzą, że dzięki kolejnej skardze jego
wynagrodzenie znów się zwiększy. Chciałam powstrzymać wasze narzekania i udało mi się. Nikt już nie składa żadnych skarg. Od czasu do czasu pytam
ludzi, czy mają jakieś zastrzeżenia wobec Ramakriszny, ale wszyscy
twierdzą, że jest on właściwym człowiekiem na tym miejscu. Jednocześnie
wiemy przecież, że trudno znaleźć gorszego kapłana niż on. Nie zna
sanskrytu, mówi po bengalsku. A od kiedy Bóg zna język bengalski? On
jednak nalega, żeby Bóg odpowiadał mu po bengalsku, bo nie zna żadnego
innego języka".
Teraz wydaje się to bardzo zabawne. Hindusi z jednej strony twierdzą, że
wszystko jest Boską zabawą, ale z drugiej strony starają się być bardzo
poważni. Mogą ci zarzucić wiele nieprawidłowości, jednocześnie
twierdząc, że Bóg lubi się bawić. Nie pozwalają na to, by człowiek mógł
się zabawić. Z kim w takim razie bawi się Bóg? Jeśli się bawi, powinien
móc się bawić z kimś. Czyżby grał w piłkę nożną sam ze sobą? Zapewne
wbiłby miliony goli, co jednak nie stanowiłoby żadnego problemu, bo nikt
przecież inny nie biegałby po murawie. To wszystko brzmi po prostu
głupio. Dlatego uważam, że nie ma żadnego Boga.
Ucinam ten problem u samej podstawy, żeby nie powstawały pytania
dotyczące stworzenia czy zabawy.
Alan Watts zapożyczył pomysł leela z hinduizmu. Dla chrześcijan było
to szokujące, ale na mnie nie robi żadnego wrażenia; jest to po prostu
kolejny rodzaj teologii. Dla niego było to nowe i niezwykle odkrywcze,
moim zdaniem nie ma w tym jednak niczego odkrywczego. Znam te wszystkie
teologie. Być może dają one odmienne odpowiedzi, ale podstawowe pytania
są zawsze takie same. Jeśli możesz zapytać, dlaczego Bóg stworzył świat,
możesz także zapytać, dlaczego musi się bawić? Czy nie mógłby odpocząć?
Nalać sobie gorącej wody do wanny, wejść do niej i się odprężyć? Tak
wielu ludzi cierpi z powodu jego zabaw. Czy komory gazowe Adolfa Hitlera
są częścią rozrywek Boga? Zapewne tak, ponieważ - jak twierdzą hinduiści
- bez woli Boga nawet liść nie zadrży. Jak Adolf Hitler mógłby umieścić
miliony Żydów w komorach gazowych bez wsparcia Boga? Być może lubi się
tak bawić. Ale wtedy jego gry stają się bardziej poważne niż proces
tworzenia.
W ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat zginęły miliony Sowietów. Nikt nie
jest w stanie dowiedzieć się, jaki był ich los, ponieważ Stalin nigdy
nie tracił czasu na ludzi, którzy sprzeciwiali się komunizmowi.
Wystarczyło jedno podejrzenie i człowiek znikał. Przychodzono po niego w środku nocy i nikt już więcej o nim nie słyszał.
Stalin nie był zwolennikiem zamykania ludzi w więzieniach, bo wcześniej
czy później trzeba było ich uwolnić. No a jak wiele osób można zamknąć w więzieniach? Ile więzień trzeba by zbudować? Z ekonomicznego punktu
widzenia byłoby to niekorzystne, ponieważ więźniów trzeba karmić,
zapewnić im ubrania, leczyć w przypadku choroby. Skąd na to brać
pieniądze? A kiedy ich wypuścisz, stają się jeszcze większymi wrogami.
Lepiej byłoby ich wcale nie zamykać. Być może kiedy zamykano więźnia,
wcale nie był on przeciwny komunizmowi, ale potem, już po wyjściu na
wolność, na pewno stawał się wrogiem tego systemu. Stalin wolał stosować
proste rozwiązania - obcinanie głów, natychmiastowe mordowanie i zakopywanie ciał w nieoznaczonych mogiłach. Było to rozwiązanie szybkie,
ekonomiczne i niestwarzające zagrożeń w przyszłości.
Czy to na tym mają polegać Boskie zabawy? Hindusi umierali z głodu,
niedostatku, z powodu powodzi, trzęsień ziemi - i wszystkie te
kataklizmy wciąż zdarzają się w Indiach. Myślę, że żaden kraj w tej
dziedzinie nie może z nimi konkurować; co roku coś się wydarza. Kraj
cały się trzęsie. Czy na tym ma polegać Boska zabawa? Na trzęsieniach
ziemi?
W Bhopalu wybuchł gaz. Czy to była zabawa Boga? Życie, w strasznych
męczarniach, straciły trzy tysiące ludzi. Widziałem film dokumentalny o tym wydarzeniu. To był jeden wielki horror. Ci ludzie byli jak ryby
rzucone w gorący piasek. Nie mieli możliwości ucieczki. Gaz niszczył ich
ciała od środka. Umierali najgorszą śmiercią, jaką tylko można sobie
wyobrazić. Sto tysięcy ludzi nadal umiera z tego powodu w szpitalach.
Czy to jest Boska zabawa? Nie. Bo jeśli to byłaby zabawa, to czym
miałaby być zbrodnia? Czym byłby grzech? Odrzucam ideę istnienia Boga,
bo został on po prostu wymyślony przez idiotów, którzy myślą, że to on
rozwiąże ich problemy. Tymczasem to Bóg stał się jedynym problemem,
którego nie można rozwiązać. Bez względu na to, co chcesz zrobić, on
pozostaje niepotrzebnie znakiem zapytania.
Chcę po prostu uciąć całą sprawę, wyrwać z korzeniami - nie ma Boga. Nie
ma stworzenia. Nie ma zabawy. Egzystencja wystarcza sama sobie i nie
potrzebuje żadnego zewnętrznego agenta. Ma własną energię, własną
inteligencję, swoje życie. Egzystencja nie potrzebuje hipotetycznego
Boga. A i Bóg w niczym nie pomaga. Zapamiętaj podstawową zasadę zdrowego
rozsądku: nie twórz hipotez, które nie pomagają w rozwiązaniu żadnego
problemu. A przecież z powodu tej hipotezy pojawiają się tysiące
problemów. Hipotezę tworzymy po to, żeby rozwiązywać problemy, a nie po
to, żeby je tworzyć.
Bóg jest jedną z najbardziej bezużytecznych hipotez postawionych przez
człowieka. Z jego powodu i w jego imieniu organizowano wyprawy krzyżowe,
zabijano tak wielu ludzi, gwałcono tak wiele kobiet. Zapomnij o istnieniu Boga, wyrzuć go na śmietnik.
Egzystencja wystarcza sama sobie. Tego właśnie nauczam. Nie można
przerzucać odpowiedzialności na nikogo innego, na żadnego Boga; cała
odpowiedzialność spoczywa na nas. Pragnę, żeby tak właśnie było.
Dlaczego wyrzucam Boga na śmietnik? Bo chcę, żeby ludzie zrozumieli, że
sami są odpowiedzialni. Człowiek posiada najwyżej rozwiniętą świadomość
w całej egzystencji i dlatego powinien przyjąć na siebie najwyższą
odpowiedzialność. Gwiazdy, drzewa, zwierzęta są o wiele niżej niż ty,
więc nie możesz zrzucać odpowiedzialności na nie.
Bycie świadomym oznacza osiągnięcie takiej dojrzałości, która pozwala ci
przejąć odpowiedzialność za siebie i całą otaczającą cię rzeczywistość.
W takiej sytuacji za wybuch w fabryce gazu w Bhopalu odpowiedzialność
ponosimy my sami. Spowodowali go jacyś głupcy, którzy nie zachowali
ostrożności. I nie chcę, żeby ci ludzie byli ukarani piekłem. Bo nie ma
żadnego piekła! Powinni zostać ukarani tu i teraz, aby taki wypadek
nigdy więcej się nie powtórzył. Na świecie zbudowano tysiące podobnych
fabryk. Jeśli taka katastrofa zdarzyła się w jednej z nich, może także
zdarzyć się gdzie indziej. To był jedynie trujący gaz. Teraz mamy
elektrownie jądrowe. Przez nieuwagę jednego człowieka może ucierpieć
cały świat...
Stworzyliście bardzo niebezpieczne rzeczy, ale nie poszło za tym
stworzenie na tyle wysokiego poziomu świadomości, żeby ludzie zachowali
pełną ostrożność. Jeśli tworzysz broń nuklearną... I nie, nie jestem temu
przeciwny, ponieważ broń nuklearna może okazać się niezwykle kreatywna.
Wszystko, co ma siłę niszczenia, ma także siłę tworzenia - zależy, jak
tego użyjesz. Miecz w twojej dłoni może kogoś zabić, ale może także
kogoś uratować. Miecz jest neutralny - od ciebie zależy, jak go użyjesz.
Nie jestem przeciwny broni jądrowej ani żadnemu innemu uzbrojeniu.
Wiemy, że stanowi to niebezpieczeństwo w rękach człowieka, ale nie
możemy się z tego wycofać. Nie jesteśmy w stanie rozbroić wszystkich
ładunków nuklearnych. Jest to niemożliwe, ponieważ nie jesteśmy w stanie
się cofnąć - możemy tylko iść do przodu. Co w takim razie powinniśmy
zrobić? Politycy, inteligencja, organizacje humanitarne uważają, że
powinno się zakazać produkcji kolejnego uzbrojenia. Jednak nikt nie jest
w stanie tego powstrzymać, a proponowane przez nich rozwiązanie nie ma
racji bytu. Nie zgadzam się z nim.
Ja twierdzę, że należy rozwijać ludzką świadomość do takiego samego
poziomu, do jakiego rozwinęliśmy wyścig zbrojeń. Wtedy problem rozwiąże
się sam. Nie wkładaj miecza w dłoń dziecka - pozwól dziecku bawić się
drewnianym mieczem. Niech dojrzeje, niech stanie się bardziej uważne.
Ale jestem przeciwny odebraniu mu miecza. Byłoby to sprzeczne z naturą
rzeczy.
Czy w całej historii ludzkości zaistniał jakikolwiek precedens
polegający na tym, że ludzkość zrobiła krok w tył? Byłoby to wbrew
wszelkim zasadom życia. Nie wal więc głową w ścianę. Zrób coś innego:
rozwijaj ludzką świadomość, ludzką uważność.
Pewien książę został wysłany do mistrza zen, aby nauczyć się fechtunku.
To dość niezwykłe, ale w Japonii zakorzeniło się w tradycji, że mistrz o ogromnej świadomości, który naucza medytacji, naucza także fechtunku.
Jest to, moim zdaniem, bardzo ważne, wręcz konieczne.
Książę podszedł do mistrza i powiedział: "Przysłał mnie ojciec. Jest
stary i nie pożyje już długo - może rok, może dwa. Wysłał mnie do ciebie
z pilną prośbą, żebyś mnie przygotował, zanim on umrze. Chce, żebym
wrócił do niego do domu, dopiero kiedy potwierdzisz, że jestem gotowy.
Jeśli bowiem nie będę gotowy, mój ojciec nie będzie mógł odejść w spokoju. Jestem przygotowany w wielu różnych dziedzinach. Nauczyłem się
łucznictwa, fechtunku i innych technik walki, które mogą się przydać w czasie wojny. Osiągnąłem w nich mistrzostwo. Po ukończeniu studiów
wróciłem do ojca, by powiedzieć, że zdobyłem wszystkie potrzebne
świadectwa, certyfikaty i medale; że jestem gotowy. On jednak twierdzi,
że nie. Uważa, że brak mi czegoś, co stanowi podstawę wszystkiego.
Powiedział mi: "Wszystko, co przyniosłeś, ma swoją wartość i być może
pewnego dnia się przyda. Najpierw jednak pójdź do tego mistrza i naucz
się jeszcze medytacji. Dopóki medytacja nie wspiera wojownika w tobie,
jesteś jedynie zwykłym niebezpiecznym żołnierzem. Nie mogę oddać
królestwa w twoje ręce. Musiałbym poszukać kogoś innego. Udaj się więc
jak najszybciej i szybko się ucz". Toteż jeśli chodzi o mnie, mistrzu,
jestem w pełni gotowy. Zrobię wszystko, co każesz. Proszę, żebyś nauczył
mnie jak najszybciej".
Mistrz odpowiedział: "Zacznijmy od tego, że nie będę cię uczył pod
presją czasu. Nie potrafię przewidzieć, ile to nam zabierze - rok, dwa
lata, dziesięć czy może pięćdziesiąt. Tego się nie da określić. To
zależy od tego, jak szybko będziesz się uczył. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, bo sam też już jestem stary i nie mam zbyt wiele czasu. Nie
planowałem już przyjmować żadnego ucznia, ale skoro przysyła cię król,
mój stary przyjaciel, z którym mieliśmy tego samego nauczyciela
medytacji, nie mogę odmówić. Twoja nauka zaczyna się od tej chwili".
Książę zapytał mistrza, co miałby robić, a ten odpowiedział mu: "Nie
musisz robić nic konkretnego poza zwykłymi czynnościami, jak sprzątanie,
gotowanie, wyciąganie wody ze studni, rąbanie drewna. Pamiętaj tylko o jednym - musisz zachować uważność, bo będę cię atakował znienacka. Rób,
co chcesz, ale zachowaj uważność".
Zdziwiło to księcia, ale pomyślał sobie, że jego ojciec na pewno
wiedział, co czyni, przysyłając go tutaj. Początkowo mistrz uderzał go
co chwila. Stąpał bezszelestnie i nagle wyskakiwał, zadając bolesny
cios.
Po upływie piętnastu dni książę był cały poobijany. Nie mógł spać ani na
jednym, ani na drugim boku; bolało go całe ciało. Jednak z dnia na dzień
stawał się coraz bardziej zadowolony z siebie, bo coraz częściej udawało
mu się zawczasu usłyszeć kroki mistrza. Jego uważność wyostrzała się
coraz bardziej.
Wcześniej nie był taki świadomy, toteż nie zauważał, że mistrz się
zbliża; odgłos jego kroków był tak cichy, że książę nie był w stanie go
usłyszeć. Teraz jednak, pod wpływem ciosów mistrza, jego świadomość
rozwijała się coraz bardziej. Musiał zachowywać nieustanną uważność;
cokolwiek robił, wiedział, że mistrz gdzieś się czai. Kiedy rąbał
drewno, jego uwagę zaprzątała tylko jedna myśl: z której strony mistrz
się pojawi i jak się bronić przed uderzeniem jego kija?
Staruszek próbował uderzyć księcia, ale ten coraz częściej chwytał jego
bambusowy kij, aż w końcu, po upływie trzech miesięcy, nie udało mu się
zadać już ani jednego ciosu w ciągu całego dnia. Książę bardzo się z tego ucieszył. To był dla niego naprawdę wspaniały dzień. Na dodatek
ciało przestało go boleć - po otrzymaniu tylu uderzeń kijem wydawało się
twarde jak stal. Zdał sobie sprawę, że posiadł moc, której nigdy
wcześniej w sobie nie miał.
Teraz, gdy jego ręka trzymała miecz, czuł, że ona także jest ze stali.
Cieszył się, że jego ciało stało się takie mocne pod wpływem razów
mistrza. Cieszył się także z tego, że stał się tak bardzo uważny;
potrafił wyczuć obecność mistrza z dużej odległości, kiedy ten przebywał
w innym pomieszczeniu. Krzyczał wtedy ze swojego pokoju: "Nawet nie
próbuj - zachowuję uważność!".
Mistrz przychodził zawsze ze swojego pokoju. Któregoś dnia książę
wyczuwał jego kroki za każdym razem i przez dwadzieścia cztery godziny
mistrz nie był w stanie wejść niezauważony. Następnego dnia wezwał
księcia do siebie. Obaj byli bardzo zadowoleni. Mistrz powiedział: "Od
teraz zaczynamy drugi etap nauki. Do tej pory biłem cię bambusem. Od
jutra będę używał prawdziwego miecza".
Książę pomyślał: "Prawdziwy miecz! Kij bambusowy to jedno - jakoś mi się
udało zachować uważność - ale teraz staje się to niebezpieczne.
Wystarczy, że zagapię się jeden raz, i będzie po mnie. A ten stary
człowiek zadawał mi tak mocne razy kijem, że całe moje ciało jest teraz
twarde jak stal. Co się stanie, gdy uderzy mnie mieczem?".
Mistrz wyciągnął swój miecz i powiedział: "Oto mój miecz. Przyjrzyj mu
się i nie spuszczaj go z oka. Od tej chwili będzie na ciebie czyhał
przez cały czas".
Świadomość księcia urosła niczym kolumna światła. Czuł ją cały czas,
wiedząc, że w każdej chwili może stracić życie. To nie były żarty.
Starzec usiłował przez trzy miesiące uderzyć księcia z zaskoczenia, ale
nie udało mu się ani razu. Uważność jego ucznia rozwijała się z dnia na
dzień coraz bardziej. Był w stanie obronić się w każdej chwili.
Wykonywał różne prace, a mistrz usiłował zakraść się z tyłu, próbując go
uderzyć. Siadał do medytacji z zamkniętymi oczami, a kiedy mistrz robił
zamach mieczem, zawsze uchylał się od ciosu, ratując swoje życie.
Mistrz wezwał księcia i powiedział mu, że jest z niego zadowolony i drugi etap nauki uważa za zakończony. Książę odrzekł: "Jestem ogromnie
wdzięczny i szczęśliwy. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że będę w stanie rozwinąć w sobie taką uważność. Nawet najdelikatniejszy podmuch
bryzy nie może pozostać przeze mnie niezauważony. Nie zrodzi się we mnie
żadna myśl, której bym nie zauważył. Cieszę się, że wciąż istnieje coś,
czego mógłbym się jeszcze nauczyć. Początkowo byłem pełen wątpliwości,
oporu, niechęci; przyszedłem tu, bo ojciec mi kazał. Teraz chcę tutaj
być i to nie za sprawą ojca, królestwa ani czegokolwiek innego. Myślę
jedynie o tym, jak podnieść swoją świadomość na możliwie najwyższy
poziom, albowiem sprawia mi to radość, jakiej nigdy wcześniej nie
zaznałem, o jakiej nawet nie marzyłem. Rozpoczynajmy więc trzeci etap".
Mistrz objaśnił więc, że od teraz będzie próbował go uderzyć mieczem
podczas snu. Młodzieniec bez lęku odparł: "To doskonale. Jestem gotowy.
Kiedyś bałem się bambusowego kija. Teraz nie boję się nawet twojego
miecza, choćby miał mnie uderzać we śnie. Od pewnego czasu obserwuję
siebie podczas snu. Kiedy przewracam się z boku na bok, mam świadomość,
że to robię. Kiedy nadchodzi sen, obserwuję, jak powoli mnie ogarnia.
Wiem, kiedy zasypiam, bo czuję w sobie płomień, który zawsze czuwa".
Mistrz przez trzy miesiące usiłował zaskoczyć księcia nocą, ale za
każdym razem, gdy wchodził do jego pokoju, książę się budził. Ani razu
nie udało mu się zadać mu ciosu mieczem. W końcu podarował mu ten miecz,
mówiąc: "Twój ojciec będzie wiedział, dlaczego ci go dałem. Otrzymałem
go od swojego mistrza. Teraz ty możesz go przejąć, bo osiągnąłeś wysoki
poziom świadomości. Potrzeba posiadania miecza stała się sprawą
drugorzędną".
To właśnie trzeba robić, ponieważ odpowiedzialność leży po stronie
człowieka. Hipoteza o istnieniu Boga jest bardzo niebezpieczna -
zdejmuje z ciebie jakąkolwiek odpowiedzialność. Bóg jest odpowiedzialny
za wszystko, a ty za nic. On wszystko stworzył, on wszystko zniszczy.
Przysyła swojego syna, by cię uratował. A ty jesteś tylko marionetką -
można cię stworzyć, można cię zniszczyć. I na dodatek jeszcze stworzył
cię z błota! Jakie to upokarzające!
Może stało się to tutaj, na Wielkim Błotnistym Ranchu, Big Muddy? Bo
gdzie indziej można znaleźć tyle błota? Nie na darmo ma taką nazwę.
Zapewne tutaj Bóg stworzył człowieka. Człowieka z błota. Nie mógł okazać
nieco więcej szacunku? Mógłby cię stworzyć z czegoś cenniejszego - ze
złota albo z platyny. Jeśli mógł z błota tworzyć, mógł także ze złota!
Ale ten stary żydowski sknera stworzył cię z czegoś o konsystencji
humusu. To zapewne stąd wzięła się łacińska nazwa ludzkości,
humanitas. Imię Adam po hebrajsku oznacza błoto, glebę. Jesteś po
prostu zabawką w rękach Boga. Bez względu na to, czy stworzył cię na
poważnie czy na żarty, jedno jest pewne - to on rządzi w tym spektaklu.
I gdzie tu jest miejsce na twoją odpowiedzialność? Jeśli Bóg istnieje,
ty nie ponosisz żadnej odpowiedzialności.
Jeśli ludzkość stała się nieodpowiedzialna, jest to wina Boga, a nie
żadna zasługa. To wszystko przez niego i przez to, że każda religia
twierdzi, że Bóg stworzył świat, że jest współczujący i dobry. Cóż to za
bzdury? Wcale go nie ma. Jaka dobroć? Jakie współczucie? Jest on
wytworem cwanego kleru, jest hipotezą konieczną do tego, by
wykorzystywać ludzkość.
Odrzuć ideę Boga, a nagle poczujesz wolność, przestrzeń, rozwój i wielką
odpowiedzialność. Nikt nad tobą nie stoi. Jesteś najwspanialszym dziełem
stworzenia, egzystencji, życia. Nikt tobą nie rządzi. Dzięki temu
pojawia się w tobie ogromna odpowiedzialność. Moim zdaniem to właśnie
czyni ludzi religijnymi.
Zaczynasz odczuwać odpowiedzialność za wszystkie zwierzęta. Jak mógłbyś
je dręczyć? Jak mógłbyś jeść mięso? To niemożliwe. Jesteś na najwyższym
poziomie świadomości i robisz to tym biednym zwierzętom? Nie możesz
sobie na to pozwolić. Twoja odpowiedzialność obudziła twoje
człowieczeństwo. Po raz pierwszy możesz podnieść głowę i stanąć prosto.
Wolność i odpowiedzialność idą w parze. Moment, w którym radość z wolności i radość z odpowiedzialności spotykają się, jest tak wspaniały,
że nazywam go ekstazą. Czujesz w sobie taką błogość, że możesz
błogosławić całą egzystencję.
Już sama twoja istota jest błogosławieństwem, nieustannym
błogosławieństwem wszystkich, którzy są blisko i daleko - ludzi i zwierząt. Nie zachowasz się arogancko nawet w stosunku do skały.
Będziesz pełen szacunku bez względu na to, z kim masz do czynienia. Twój
szacunek będzie w tobie i nie będzie skierowany do nikogo konkretnego.
Będziesz wdzięczny, bo zrodziło się w tobie tak wiele wolności,
odpowiedzialności, radości, tyle ekstazy - jak mógłbyś nie czuć za to
wdzięczności?
Ludzie pytają mnie, gdzie będzie miejsce modlitw, poświęcenia w mojej
religii, bo myślą, że modlitwy i oddanie nie są możliwe, jeśli nie
istnieje Bóg. Ja twierdzę, że one są niemożliwe wtedy, kiedy Bóg
istnieje. Cała idea istnienia Boga jest tak obrzydliwa, że taka
idiotyczna hipoteza nie pozwala mi czuć oddania. Nie mogę się modlić do
Boga, bo nie widzę żadnego powodu, żeby to robić.
Według mnie oddanie jest wyrafinowaną formą miłości. I nie ma znaczenia,
do kogo czujesz tę miłość: do Jahwe, Boga, Jezusa, Buddy. Nie chodzi o adresata, ale o tę wartość, którą rozwijasz w sercu. Czujesz ogromny
podziw dla wszystkiego, co cię otacza. Czujesz wielką miłość do
wszystkiego i nie zastanawiasz się, czy ktoś jest tego wart, czy nie -
miłość to nie biznes. Nie chodzi o to, czy ktoś na nią zasługuje, ale o to, czy twoje serce przepełnione jest miłością, czy nie. Jeśli
przepełnia je miłość, dosięgnie ona tych, którzy są jej warci, i tych,
którzy na nią nie zasługują. Nie będzie nikogo wybierać ani odrzucać.
Chmura napełniła się i musi spaść deszcz. Czy będzie padał tylko na
ludzi prawych, a omijał niegodziwych? Będzie padał tylko na dobrych
chrześcijan, dobrych hinduistów, dobrych żydów, a ominie ateistów? Pada
deszcz, bo przepełniła się chmura. Oddanie jest jak deszcz miłości.
Miłość jest zazwyczaj skierowana do kogoś. To prosta, niewyrafinowana
forma miłości. Potrzebuje ona obiektu i występuje w bardzo niewielkiej
ilości. Stąd bierze się zazdrość kochanków. Nie zdają sobie oni sprawy z tego, jaki jest jej powód. Być może czują, że zazdrość nie jest niczym
dobrym, i oczywiście mają rację, tyle że nie wiedzą dlaczego. Myślą, że
to sama zazdrość jest niedobra, ale to akurat nieprawda. Po prostu
niedobrze jest mieć w sobie tak mało energii miłości - to wtedy rodzi
się zazdrość.
Kobieta może się obawiać, że jej ukochany ma inną kobietę - posiada on w sobie tak mało miłości, że kobieta nie może pozwolić sobie na to, by się
nią z kimś dzielić. Jeśli mężczyzna będzie spotykał się z jeszcze jedną
kobietą, to tej miłości zabraknie. Już teraz jej nie wystarcza. A czując
niedosyt, kobieta nie ma zamiaru dzielić się z kimś jeszcze.
Mężczyzna tak się tego boi, że nawet jeśli jego żona jedynie rozmawia i śmieje się z sąsiadem, zaczyna się denerwować; wie, że żona niezbyt
często się śmieje. Jeśli te nieliczne chwile radości spędza z sąsiadem,
to co zostanie dla męża? Miło spędza czas z sąsiadami - uśmiecha się,
śmieje, opowiada ploteczki - a kiedy mąż wraca do domu, ona leży z bólem
głowy. Jakimś dziwnym trafem, gdy w okolicy pojawia się mąż, żona
natychmiast skarży się na ból głowy. Jeszcze chwilę temu śmiała się z sąsiadem, ale na samą myśl o powrocie męża rozbolała ją głowa - bo zaraz
pojawi się ten stary dziad.
Sedno problemu leży w tym, że oboje mają w sobie bardzo niewiele miłości
i oboje zdają sobie z tego sprawę. Wiadomo, że jeśli jakąś część swej
miłości żona przeleje na kogoś innego, ty nie dostaniesz prawie nic.
Niby dzielicie wspólny dach nad głową, ale ty stałeś się właściwie
bezdomny; ktoś zajął twoje miejsce.
Oddanie to nic innego jak tylko nadmiar miłości. Nawet jeśli nie
przelewasz jej na drugiego człowieka, obdarzasz nią przedmioty, stoły,
krzesła, ściany. Masz jej w nadmiarze i nie zastanawiasz się, komu ją
przekazać. W mojej religii podstawową zasadą, którą należy zrozumieć,
jest to, że jeśli świadomość wzrasta, razem z nią wzrasta miłość. Nie
istnieją one oddzielnie i rozwijają się wspólnie.
Jeśli rozwijasz swoją miłość, wzrasta twoja świadomość; jeśli rośnie
twoja świadomość, twoja miłość także wzrasta.
Łatwiej jest rozwijać świadomość, ponieważ jest na to kilka metod
potwierdzonych naukowo. Jeśli chodzi o miłość, sprawa jest trudniejsza,
ponieważ miłość jest niewymierna, łatwo może wymknąć się z rąk.
Świadomość możesz bez trudu utrzymać w swoich rękach. Ale nie martw się
- jeśli rozwijasz świadomość, twoja miłość zawsze dotrzyma jej kroku.
Doświadczałem tego wielokrotnie.
Nigdy nie mówię o rzeczach, których nie znałbym z własnego
doświadczenia. Nigdy nie dostrzegłem w sobie nawet cienia różnicy
pomiędzy świadomością a miłością. Wystarczy, że pozwolisz swojej
świadomości wznieść się wyżej, miłość zaraz osiągnie ten sam poziom.
Obie zawsze są na tym samym poziomie.
Kiedy świadomość osiągnie swój szczyt, miłość zaczyna się z ciebie
wylewać; taka wypływająca miłość jest niczym innym jak oddaniem. Jeżeli
miłość i świadomość rozwijają się w tobie, czy zamierzasz siedzieć
spokojnie i nic nie robić? Być może od czasu do czasu zdarzy się
człowiek, który nic z tym nie zrobi, jednak większość ludzi
najprawdopodobniej podejmie jakieś działanie - coś z tym zrobi. I to
"coś" będzie wynikiem rozwiniętej świadomości i miłości. Nazywam to
uwielbieniem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki