Pięknie jest żyć dwa razy - Sharon Stone

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Mojej matce

 
 
 

Nie mogłam się zatrzymać przed Śmiercią -

Więc On z uprzejmości -

Swój powóz zatrzymał tylko dla Nas -

I Nieśmiertelności.

 

Jechaliśmy powoli -

On nie znał Pośpiechu

Odłożyłam pracę i zabawę

Dla jego Uśmiechu -

 

Emily Dickinson

Nie mogłam się zatrzymać przed Śmiercią

 

Przeł. Krystyna Lenkowska

 
 
Ze śmiercią mi do twarzy

Otworzyłam oczy, a on pochylał się nade mną, tuż przy mojej twarzy. Jego spojrzenie było tak łagodne, że pomyślałam: zaraz umrę. Nieznajomy gładził mnie po głowie, po włosach, o Boże, był taki przystojny. Wolałabym, żeby to był mój kochanek, a nie ktoś, kto właśnie powiedział: "Doszło u pani do krwawienia w mózgu".

Delikatnie dotykał mojej głowy, a ja leżałam i myślałam, że w tym pokoju nie ma nikogo, kto by mnie kochał. W głębi duszy wiedziałam, że oto niespodziewanie zaczęło się nowe, sparaliżowane życie. Mój krwawiący mózg wciąż sobie tego nie uświadamiał. Był koniec września 2001 roku. Leżałam na ostrym dyżurze w California Pacific Medical Center w San Francisco.

Spytałam Doktora Przystojnego, czy stracę zdolność mówienia. Powiedział, że to możliwe. Poprosiłam o telefon. Musiałam zadzwonić do mamy i do siostry. Chciałam, żeby usłyszały to ode mnie, póki jeszcze mogłam im powiedzieć. Lekarz uścisnął moją dłoń. Zrozumiałam, że robi, co może, żeby dać mi odrobinę szczególnej miłości, która przychodzi, kiedy ktoś usiłuje sprostać swojemu powołaniu. Nawet jeśli powołanie ujawnia się tylko w takich momentach jak ten. Wiele się wtedy od niego nauczyłam.

Najpierw zadzwoniłam do Kelly, mojej siostry. Zachowała się tak jak zawsze, jak najwspanialsza z osób, które znam - wyrozumialsza dla innych niż dla siebie, aż naiwna w swojej łagodności. Następnie zadzwoniłam do mamy. Przyszło mi to o wiele trudniej, bo sądziłam wtedy, że za mną nie przepada. Odebrała, pracowała w swoim ogrodzie na szczycie jednego z pensylwańskich wzgórz. Poryczała się, kiedy jej powiedziałam.

Warto zaznaczyć, że Dot potrafi poryczeć się nawet przy reklamach w radiu, więc czekałam. Wiedziałam, że zaraz się pozbiera. Pomimo odległości pojawili się z ojcem w niecałe dwadzieścia cztery godziny. Mama wbiegła do szpitala w roboczych spodenkach, umazana ziemią, z brudem pod paznokciami i strachem na twarzy. Lata niepewności i nieporozumień, które nas dzieliły, zniknęły za jednym spojrzeniem. Leżałam na szpitalnym posłaniu, świadoma, że mogę umrzeć w każdej chwili, a ona zaczęła gładzić moją twarz zakurzoną dłonią. Wtedy poczułam, że matka mnie kocha, to uczucie rosło i rosło.

Ojciec stał obok niej jak byk szykujący się do ataku.

Zadzwoniłam do Mimi, przyjaźnimy się od ponad dwudziestu lat. Powiedziałam jej to, co zawsze, kiedy któraś z nas ma nadzwyczajnie dobrą lub złą nowinę: "Lepiej usiądź". Usłyszałam, jak Mimi gwałtownie nabiera powietrza, i oznajmiłam: "Być może niedługo umrę, a ty jesteś jedyną osobą, z którą mogę być szczera. Mówię ci to, bo ktoś musi się zaopiekować wszystkimi, a tym razem nie będę to ja. Mam jakieś krwawienie w mózgu. Nie wiedzą dlaczego".

Odpowiedziała: "O cholera", a ja na to, że spotkałam tu jednego takiego bardzo przystojnego doktora i niestety nie mogę z nim poflirtować. Mimi próbowała się nie rozpłakać. "Och, skarbie - szepnęła - wsiadam w samolot". Wiedziałam, że nie zawiedzie.

Potem znów nastała cisza. Słyszałam tylko echo odbijające się od kafelków na SOR-ze i bicie własnego świeżo złamanego serca. Pamiętam, że czułam coś pomiędzy strachem a fascynacją: nikt nie biegał, krzycząc: "Na OIOM z nią!", jak w telewizji. Zdumiewały mnie bezruch i brak pośpiechu. Lekarz (tak, właśnie ten) poinformował mnie, że niedługo przyjedzie po mnie karetka i przewiozą mnie do innego szpitala, do Moffitt-Long, który specjalizuje się w chorobach neurologicznych. Powiedział, że tam dobrze się mną zaopiekują.

O rety, od razu poczułam się gorzej. To był ten moment, kiedy obietnica, że ktoś się tobą dobrze zaopiekuje, może co najwyżej przygnębić. Nie chodziło ani o miejsca w pierwszym rzędzie na meczu Lakersów, ani o stolik przy oknie w ulubionej restauracji. Nie chodziło o przywileje ani o sławę. Jasna cholera.

Właśnie wtedy poczułam, że wszystko zaczyna się dziwnie poruszać, jakby taśma, na której nagrano moje życie, przewijała się w kamerze do tyłu. Szybko. Wydawało mi się, że spadam, a potem poczułam, jakby ktoś mnie w siebie zagarniał, razem z ciałem i duszą. Wreszcie nastąpiło coś wspaniałego: uskrzydlającego i oświecającego. Wypchnięto mnie z mojego ciała i umieszczono w innym, równocześnie zdumiewającym i swojskim. To ciało składało się jakby tylko... ze świadomości? Światło wokół było jasne i przenikliwe. Poczułam się... mistycznie. Chciałam to lepiej zrozumieć. Chciałam się w tym zanurzyć. Widziałam znajome twarze, były takie pozaziemskie. Niektóre z nich odeszły niedawno. O niektóre troszczyłam się aż do końca. Były tam moje najbliższe przyjaciółki i przyjaciele: Caroline, Tony Duquette, Manuel. Tak bardzo mi ich brakowało. W sali, z której przyszłam, było mi tak zimno, a te osoby były ciepłe i szczęśliwe. Zapraszały mnie do siebie. Nie padło ani jedno słowo, ale rozumiałam wszystko: że nie musimy się bać i że jesteśmy bezpieczne, bo otoczono nas miłością. Że jesteśmy miłością.

Wtedy poczułam, jakby muł kopnął mnie w sam środek klatki piersiowej. Uderzenie było potężne i ze zdumieniem zobaczyłam, że jestem znowu na oddziale ratunkowym - obudzona. Dokonałam wyboru. Wzięłam głęboki oddech, jak wtedy, kiedy wynurzasz się po zbyt długim pobycie pod wodą. Usiadłam, światło było oślepiające. Mogłam dostrzec jedynie Doktora Przystojnego, który zrobił krok do tyłu i mi się przyglądał.

Bardzo chciało mi się siku, ale kiedy obróciłam się, żeby wstać z łóżka, zobaczyłam, że do podłogi jest strasznie daleko. Poczułam się jak Alicja w Krainie Czarów z Bieli i Stali Nierdzewnej. Lekarz zapytał, czego potrzebuję. "Łazienki", odpowiedziałam. Wskazał mi drzwi.

Zsunęłam się z posłania i postawiłam stopy daleko, daleko na zimnych kafelkach. Czułam, jakbym płynęła w kierunku łazienki. Długo siedziałam na sedesie, po czym ruszyłam w podróż powrotną. Lekarz podsadził mnie na łóżko, lekko niczym piórko, którym widocznie się stałam.

*

Kilka lat przed krwotokiem, przez całe późne lata dziewięćdziesiąte, goniłam za miłością. Miłością, o której myślałam, że mi się należy, choć się nie należała. Goniłam w bardzo dosłownym sensie - porzuciłam Hollywood i przeprowadziłam się na północ Kalifornii - ale też w przenośni i duchowo: zawsze próbowałam być kimś więcej, mieć coś, co zbliży mnie do zrozumienia, jak lepiej żyć, jak lepiej kochać i być kochaną. Nieustannie przyglądałam się własnemu życiu, a ono niespodziewanie uciekło mi sprzed nosa.

Pewnego pięknego popołudnia bez żadnej zapowiedzi otrzymałam odpowiedź na wszystkie pytania, które w sobie nosiłam. Bez niedomówień, podtekstów i pozorów: wszystkie moje wysiłki poszły na marne. Takie były fakty: nikt mnie nie kochał i nie chciał, byłam więc niepełna.

Nie udało mi się ziścić głębokiego, szczerego pragnienia, aby być kimś więcej niż dotąd, kimś prawdziwszym. Zrobiłam wszystko, co tylko przyszło mi do głowy, ale nic nie było właściwe, skuteczne. W tamtych czasach sądziłam, że jeśli tylko będę wytrwała, pełna duchowej harmonii, to coś się przede mną otworzy. Nie otworzyło się. Dokonywałam złych wyborów. Wyborów opartych na niedostatecznej wiedzy. Wyborów ubogich duchowo. W pogoni za pełnią utraciłam swój rdzeń. Sądziłam, że ja sama nie wystarczam. Nie mogłam uwolnić się od takiego myślenia.

Nie zdawałam sobie sprawy, w jak złym miejscu tkwię i że mogę odejść, ponieważ zawsze chciałam być we wszystkim najlepsza. Zawsze dotrzymywać słowa. Nawet jeśli popełniałam błąd, nie chciałam odpuścić, wierzyłam, że jakoś sobie poradzę. W końcu posunęłam się za daleko. Chciałam zbyt dużo i zgodziłam się na rzeczy, na które nie powinnam. Umawiałam się ze sobą na kolejne, starając się jednocześnie zrozumieć, dlaczego poświęciłam tak dużo w zamian za tak niewiele.

Byłam tylko kobietą, której się powiodło. Właśnie z tego powodu większość ludzi nie doceniała moich osiągnięć. Łatwo było je zbagatelizować. No bo w końcu kim ja tam byłam? Aktorką? Społeczniczką? Czy naprawdę trzeba było się ze mną liczyć? Czy te osiągnięcia były faktycznie moje? I przecież nie byłam tyle samo warta co mężczyzna o podobnych dokonaniach?

Dorastałam w domu, w którym rodzice bardziej kochali siebie nawzajem niż swoje dzieci. Dzieci niespecjalnie ich interesowały. Kiedy wracaliśmy z podwórka, zdarzało nam się zastać matkę i ojca w trakcie pieszczot na kanapie. Wychowali mnie rodzice, którzy po pięćdziesięciu latach małżeństwa wciąż tańczyli ze sobą na tarasie, jakby nikt inny się nie liczył. Nie wiedziałam, że istnieją ludzie, którzy zwyczajnie nie kochają swoich mężów i żon. Wierzyłam, że nawet ci, którzy zdecydowali się na rozwód, długo wcześniej o siebie walczyli. Tonęłam w ruchomych piaskach, pozbawiona punktu oparcia. Powiem ci: kiedy pewnego dnia poniosłam porażkę w sprawie, dla której poświęciłam wszystko - widziałam przecież, jak powoli rośnie, jak rozwija się prawdziwa miłość - nie zostało we mnie nic, co pozwoliłoby mi odnaleźć samą siebie.

Przygnieciona nowinami i porażką, szłam korytarzem do salonu. Przeszłam obok kanapy w kierunku okna. Chciałam wyjrzeć do ogrodu, gdzie pochowałam zdjęcia z USG. Zdjęcia dzieci, które poroniłam. Były zakopane pod sadzonkami magnolii, takich, co kwitną bez zapachu. I naraz wszystko wydarzyło się bez ostrzeżenia. Jakby sam Zeus cisnął gromem w tył mojej głowy, trochę na prawo. Poszybowałam na kanapę, obijając się po drodze o stolik kawowy, rozrzucając telefony, tablety, pióra, dokumenty i poduszki. Wreszcie także sofa zeszła mi z drogi, a głowa uderzyła o podłogę, biorąc na siebie impet całego upadku.

Leżałam na podłodze, pojawiały się dręczące wspomnienia. Sądziłam, że mija mnóstwo czasu, pochłaniały mnie sploty dywanu i zastanawiający brak kolorów w pokoju. Byłam nawet wdzięczna za chwilę samotności. Wydaje mi się, że zasnęłam albo straciłam przytomność.

Na szczęście miałam w San Francisco trzy irlandzkie nianie, które mieszkały w okolicy. Przychodziły na zmianę, aby pomagać mi w opiece nad Roanem, którego dopiero co adoptowałam. Był jeszcze niemowlęciem. Rozpierało mnie szczęście, bo choć straciłam trzy ciąże (za każdym razem w połowie szóstego miesiąca), wreszcie zostałam matką. Miałam jednak czterdzieści parę lat, byłam dość stara jak na świeżo upieczoną mamę, i zupełnie nic nie wiedziałam o byciu rodzicką.

Przez kilka kolejnych dni nie mogłam się w niczym połapać. W końcu wsiadłam do kabrioletu i pojechałam do szpitala. Po drodze zupełnie straciłam orientację, uświadomiłam sobie, że stoję przed znakiem stopu, prawa stopa kompletnie mi zdrętwiała i to uczucie zaczyna obejmować całą nogę. Patrzyłam na drzewa, słyszałam słowa dobiegające z radia i pomyślałam, że zatrułam się wąglikiem. Było to raptem dwa tygodnie po jedenastym września. Czułam, jak łzy spływają mi po twarzy. Miałam szczęście, że jakaś osoba się zatrzymała, eskortowała mnie aż do domu i zaprowadziła pod same drzwi. Usiadłam przy stole w jadalni i powiedziałam niani, że straszliwie boli mnie głowa. Poradziła, żebym wzięła aspirynę i być może właśnie to uratowało mi życie.

Następnego ranka zaczęła mi spadać temperatura. Wyszłam do ogrodu owinięta w kołdrę. Chciałam poczuć trochę słońca, ale nie mogłam się rozgrzać. Wróciłam do środka i poszłam do łazienki na piętrze. Położyłam się na ogrzewanej podłodze. Zadzwonił telefon, ktoś ostrożnie nade mną przeszedł. Trzymałam kawałek powietrza nad głową, bo wydawało mi się, że to jest miejsce, które mnie boli. Mówiłam do siebie, płakałam i jęczałam.

Na szczęście zestaw głośnomówiący w telefonie był włączony. Dzwoniła Mimi. Próbowałam krzyknąć, ale tylko zachrypiałam: "Mimi, pomocy".

Mimi zadzwoniła po karetkę, ale ktoś na linii połączył ją z moim ginekologiem. Niektórzy pewnie myślą, że jeśli kobieta źle się czuje, to na pewno przez "sprawy kobiece".

Moja ginekolożka usłyszała, jak jęczę, i poleciła, żeby mi zmierzyć ciśnienie i się nie rozłączać. Mieliśmy w domu ciśnieniomierz, a nawet defibrylator, do dzisiaj wszyscy moi domownicy, nie wyłączając dzieci, oraz wszystkie osoby, które zatrudniam do pomocy, regularnie przechodzą szkolenia z pierwszej pomocy i resuscytacji. Ciśnienie okazało się niebotycznie wysokie, obie wartości wynosiły grubo ponad setkę. Lekarka powiedziała, że mamy kilka minut, żeby dowieźć mnie do szpitala. Znajdował się przy tej samej ulicy. Doktorka obiecała, że będzie czekała przed wejściem. Prowadziła moje ciąże, towarzyszyła mi przy poronieniach, znała moją kruchość.

Zapakowano mnie na przednie siedzenie samochodu, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Bezsilnie osunęłam się na drzwi i tak zostałam, dopóki nie dowieziono mnie do California Pacific Medical Center. Krzepki pielęgniarz otworzył drzwi, a ja wypadłam z nich do góry nogami i tyłem prosto w jego ciepłe, silne ramiona. Zemdlałam. Dałam radę. Mogłam odpuścić. Trzymałam się jakimś cudem do chwili, kiedy wylądowałam w bezpiecznym uścisku.

Pośpiesznie zatargano mnie do środka i położono na szpitalnym łóżku. Natychmiast zlecono tomografię, maszyna była tak głośna, że czułam się, jakby ktoś od środka uderzał mi młotkiem w mózg.

*

Kiedy się przebudziłam, Doktor Przystojny oznajmił, że karetka mająca przewieźć mnie do innego szpitala już jest. "Mają tam wszystko, czego będzie pani potrzebować", powiedział i uśmiechnął się krzepiąco. Dwóch młodych mężczyzn przełożyło mnie na ruchome łóżko. Znowu zemdlałam. Kiedy wkładano mnie do karetki, kółko od noszy stuknęło i mnie wybudziło. Otworzyłam oczy. W jasnym dziennym świetle zobaczyłam ratownika otoczonego aureolą. Kiedy znowu traciłam świadomość, nie byłam wcale pewna, czy wciąż żyję.

Ocknęłam się na intensywnej terapii, na oddziale neurologicznym szpitala Moffitt-Long. Nie było tu osobnych sal, tylko stanowisko pielęgniarek pośrodku i łóżka ustawione wokół niego w koło. Każde stało na wadze sprawdzającej wagę pacjentki. Posłania były oddzielone parawanami. Poza tym mnóstwo maszyn i rurek - jak w filmie Fritza Langa. Wciąż pamiętam dźwięki i światła wszystkich urządzeń. Splatają się we wspomnieniach z telewizorem zwisającym z sufitu, który bez końca pokazywał zdjęcia samolotów wbijających się w wieże World Trade Center i w Pentagon. To już ze mną zostanie.

Następnego dnia ocknęłam się, kiedy młody sanitariusz wiózł mnie dokądś korytarzem. Zapytałam, dokąd mnie zabiera. "Na salę operacyjną". Zapytałam po co i zaczęłam panikować. Panika powoli stawała się moim etatowym zajęciem. "Będzie pani miała diagnostyczną operację mózgu". "Ale przecież nikt o tym ze mną nie rozmawiał", odparłam. "A, no tak, wszystkie dokumenty są już podpisane, jest w porządku". Poprosiłam go, żeby się na moment zatrzymał. Potrzebowałam chwili na przyswojenie tych wszystkich informacji. Odpowiedział, że nie mamy czasu, bo przepadnie nam kolejka. Nie mogłam go skłonić, żeby się zatrzymał ani żeby wezwał lekarkę. Zrobiłam więc to, co w tej sytuacji mogłam. Zebrałam się w sobie i stanęłam na łóżku. Wymagało to wszystkich sił, jakie jeszcze mi pozostały.

Przybiegły pielęgniarki i inne osoby z personelu. "Ta pani nie chce na salę operacyjną", oznajmił sanitariusz. Oświadczyłam pielęgniarce, że zgodzono się na diagnostyczną operację mózgu bez mojej wiedzy, zgody i bez rozmowy, co to może dla mnie oznaczać. Kobieta sprowadziła lekarza.

Mężczyzna przybiegł, łopocząc fartuchem, kazał mi się położyć i robić, co mi się każe. Miłe powitanie, nie ma co. Zwracając się do wszystkich, oznajmił, że ktoś już podpisał dokumenty i procedura ruszyła. Dumnie zaprezentował nam faks otrzymany z czasopisma People. Oznajmił, że już z nimi rozmawiał, poinformował o całej sytuacji i że doskonale wie, co robi (okazało się potem, że przekazał im błędną diagnozę, którą puścili w świat). Trzymał kartkę jak talizman, jakby to, że coś jest napisane, znaczyło, że jest prawdziwe. A przecież nie było. Ach, gdyby tylko miał wtedy rację!

Spojrzałam na pielęgniarkę, a ona na mnie. Połączyło nas niedowierzanie, że lekarz może być takim bucem. Uświadomiłam sobie, że nieważne, czy mózg mi krwawi, czy nie, to jest bałagan, z którym muszę się uporać natychmiast.

Wciąż stojąc na łóżku, w szpitalnej koszuli i z tyłkiem na wierzchu, nie zamierzałam kapitulować. "Zwalniam cię", oświadczyłam lekarzowi. "Co? Nie może mnie pani zwolnić", odpowiedział. Pielęgniarka zaś na to: "Panie doktorze, obawiam się, że ta pani już to zrobiła", i poleciła sanitariuszowi odwieźć mnie z powrotem do mojego boksu.

Szybka reakcja bystrej pielęgniarki uratowała mi życie. Była ładną, pięćdziesięciokilkuletnią blondynką, dużo później zrozumiałam, że przypominała osobę, którą i ja w końcu się stałam. Była wobec mnie i w mojej sprawie szczera i nieulękła. Świadoma swojej wiedzy i autorytetu, z dużym poczuciem godności.

*

W międzyczasie cała moja rodzina w pośpiechu dotarła na oddział: matka, ojciec, siostra i bracia Mike oraz Patrick. Byli zdezorientowani i zszokowani, ponieważ powiedziano im, że "śpię i nie należy mi przeszkadzać", a nie, że bez absolutnie żadnej konsultacji zaordynowano mi diagnostyczną operację mózgu. Mój pokój zamienił się w pole bitwy. Emocje wymknęły się spod kontroli. Świeżo zwolniony doktor wciąż trzymał w ręku faks z czasopisma People. Mój starszy brat Mike chciał się koniecznie z kimś bić. Kelly, która była pielęgniarką, domagała się danych medycznych. Moje przyjaciółki, które również przybyły, pełniły funkcję wartowniczek: wyprowadzały osoby niepożądane, a wpuszczały te właściwe.

Była wśród nich też Donna Chavous. Z Chavous łączył mnie kawał życia, najpotworniejsze przygody, włączając w to dzień, kiedy stałam się sławna. Tamtego dnia poszłyśmy do kina i kiedy wyszłyśmy z seansu, napotkałyśmy tłum ludzi stojących przed wejściem. Bynajmniej nie zamierzali się rozchodzić. Powoli zdawałyśmy sobie sprawę, że patrzą właśnie na nas. Chavous szepnęła do mnie: "W nogi!". Biegłyśmy jak włamywaczki nocą i tak, owszem, tamci biegli za nami. Pędziłyśmy, przecinając kolejne pełne samochodów ulice, aż w końcu wpadłyśmy do restauracji, do kuchni i wśliznęłyśmy się pod stół. Właściciel zamknął za nami drzwi wejściowe, pochylił się i zapytał, czym może służyć. Chavous wzięła tequilę, a ja martini. Właściciel zrozumiał, co się stało, lepiej niż my same. Zapytał, gdzie zostawiłyśmy samochód, i posłał po niego jednego z kelnerów. Pomógł nam wymknąć się z tej obłędnej sytuacji i wrócić do domu. Chavous była ponadto moją partnerką w sztukach walki, robiłyśmy sobie wyścigi samochodowe przed treningami, rozmawiając równocześnie na głośnomówiącym, docierałyśmy do dojo spóźnione i musiałyśmy robić pompki na knykciach, żeby pozwolono nam wejść. O tak, zawsze dawałyśmy gaz do dechy i świetnie się bawiłyśmy. Zawsze też troszczyłyśmy się o siebie nawzajem.

Chavous była ze mną w szpitalu cały czas, dniem i nocą, zasypiała na siedzeniu przy oknie. Chciała być pewna, że wszystko w porządku.

Moja matka zapewniała, że nikt nie będzie... cóż, tak się wtedy wyraziła... "próbował spieprzyć mojego dziecka". Nie patyczkowała się, bo miała tego "cholernie dość". Bała się. Bała się tak, że aż drętwiała ze strachu, ten strach ją przerastał, przerastał jej poczucie humoru i odbierał mowę. Siadła więc za parawanem wydzielającym moją prywatną przestrzeń. Ale jak siadła! Torebka na kolanach, usta zaciśnięte. Była wściekła i nieporuszona. Silna i krucha równocześnie. Pilnowała swojego miejsca i nikt, ale to nikt, nie miał prawa się do mnie zbliżyć bez mojej wiedzy i zgody.

Poprosiłam zwolnionego doktora w łopoczącym fartuchu, żeby wyjaśnił mi kolejne etapy ewentualnej operacji mózgu. Czuł się skrajnie obrażony, ciągle wymachiwał faksem, swoimi pięcioma minutami sławy. Uważał, że nie mamy czasu, i sądził, że naprawdę nie muszę tego wiedzieć. Ja uważałam, że owszem, muszę. Sądziłam, że zasługuję na informację o tym, co taka potencjalna operacja mózgu może dla mnie oznaczać. Sama się domyśl.

"Ogolicie mi głowę i przetniecie warstwę skóry. Czy zwiniecie ją na bok czy całkiem odetniecie? Potem kość, usuniecie ją? Gdzie ją odłożycie? Żyjemy w kraju, w którym są trzęsienia ziemi, czy położycie ją na tacce, czy ułożycie w sterylnym pudełku? A co potem? Jak duży fragment mojej głowy otworzycie? Czy będziecie przecinać nerwy?". Zawsze zadaję dużo szczegółowych pytań. Tamtego dnia prowadziłam dochodzenie w stanie nieśpiesznej, rozważnej paniki i ten stan wydawał mi się rozsądny. Lekarz był niecierpliwy, zirytowany i uważał moje pytania za trywialne. Sądził, że to strata czasu. Byłam innego zdania. Dociekanie, co się stanie z moim mózgiem w trakcie i po operacji było rozsądne. Doktor był przekonany, że go zadręczam. Zdałam sobie sprawę, że zwolniłam właściwą osobę.

Ostatecznie szpital przypisał do mojego przypadku zespół klinicystek i klinicystów z oddziału neurologicznego, grupę niezwykłych osób, które wytłumaczyły mi, jakie możliwości mam do wyboru i co one znaczą. Poinformowano mnie też, że jest jeszcze jeden neurochirurg, którego tamtego dnia nie było na oddziale. Zapytałam, czy możemy do niego zadzwonić. Zadzwoniliśmy. Lider zespołu, doktor Michael Lawton, wytłumaczył mi, że jeśli zdecyduję się, żeby operował mnie właśnie ten neurochirurg, będę musiała poczekać kolejny dzień, bo lekarz musi przylecieć z powrotem do miasta. Starałam się skłonić lekarzy i lekarki do rozmowy o procentach, o tym, jakie mam szanse. Co może się stać? Jak wiele krwi wypłynie jeszcze w moim mózgu, jeśli zdecyduję się poczekać dobę? Jakie szkody to może poczynić? Czy mogę umrzeć, czy jedynie stracić część zmysłów? Jeśli tak, to jakich? Czy da się to potem naprawić? Wciąż tak mało wiemy o tych sprawach, że odpowiedzi były w najlepszym wypadku niejednoznaczne. Ostatecznie zdecydowałam się poczekać.

Następnego ranka w moim życiu pojawił się wspaniały neurochirurg. Porozmawiał ze mną i z moją rodziną o stosunkowo nowym rodzaju zabiegu z wykorzystaniem kamery. Urządzenie zostałoby wprowadzone do tętnicy udowej w górnej części nogi z przodu miednicy. Kamera miała przebyć całą drogę przez moje ciało aż do głowy i tam się rozejrzeć. Brzmiało to dużo lepiej niż wizja połowy głowy na tacy, więc właśnie to zrobiliśmy. Niestety, nie ustalono tak przyczyny krwawienia.

*

Nie było to pierwsze nieszczęście, z którym musiałam się zmierzyć. Jakiś czas temu, zanim mój mózg zaczął krwawić, przeszłam badanie piersi. Lekarz zadzwonił i powiedział, że wpadnie do mnie do domu, że musimy porozmawiać.

To nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. Przez cały dzień szykowałam się na spektakularne zderzenie ze ścianą. I oczywiście, powiedział, że mam guza, sporego, sądził, że jest złośliwy. Uważał, że trzeba go usunąć, przyjrzeć mu się i zdecydować, co jeszcze musiałoby zostać wycięte. Odpowiedziałam ze spokojem, który ćwiczyłam przez cały dzień: "No cóż, skoro to rak, wycinajcie obie". Powinnam za to dostać Oscara.

Lekarz odpowiedział, że gdyby miał więcej takich pacjentek, więcej by nadal żyło.

Na szczęście guz, choć był gigantyczny, większy niż pierś, okazał się niezłośliwy. Na nieszczęście miałam takie guzy w obu piersiach i wymagało to poważnej operacji i zabiegów rekonstrukcyjnych.

Wciąż dochodziłam po nich do siebie. Kiedy leżałam na boku, mniej mnie bolało, ale niestety ani ja, ani nikt inny nie pomyślał, aby o tym wspomnieć przed rozpoczęciem zabiegu z kamerą. Nie zrobiono mi też szczegółowego wywiadu. Okazało się zaś, że leżenie w tej pozycji spowodowało, że krew gromadziła się po jednej stronie mojej głowy, a to zmyliło lekarzy i lekarki szukających źródła krwawienia.

Doszli do wniosku, że być może był to niewielki tętniak, który pękł, a następnie się zasklepił. Właśnie coś takiego Doktor Buc powiedział wcześniej prasie. Ból był jednak wciąż potwornie intensywny, więc przepisano mi całodobowo dożylny dilaudid, rodzaj syntetycznej heroiny. Na przemian traciłam i odzyskiwałam świadomość. Nie wiem, czy winny był sen, narkotyki czy omdlenia, ale słyszałam stale piosenkę Bridge Over Troubled Water i przelatywałam przez coś, co wyglądało jak stosy kolorowych tkanin. Czasem wyświetlały mi się przed oczami fragmenty filmu Kino Paradiso, a czasem słyszałam miły i kojący głos mojej hollywoodzkiej agentki Pat Kingsley.

Dotrwaliśmy tak do piątego dnia krwotoku w moim mózgu, a ja to odpływałam, to odzyskiwałam świadomość. Więcej "spałam", niż żyłam na jawie. Od wypadku nic nie jadłam. Przy każdym przebudzeniu telewizor atakował mnie spod sufitu obrazami rozbijanych samolotów i alarmów terrorystycznych. Pamiętacie tamte kolory? Nie byłam wówczas pewna, co dzieje się na jawie, a co wydarza się jedynie w moich koszmarach. Wszędzie wokół było mnóstwo cierpienia. Leżałam przecież w kole intensywnej terapii. Każde z nas walczyło o życie. Wszystkie osoby wokół mnie, z każdej strony, płakały, jęczały, skamlały, modliły się i krzyczały.

Minęło kilka kolejnych dni. Wciąż nie mogłam się podnieść, wstać, jasno myśleć. Według wagi, na której stało moje łóżko, straciłam osiemnaście procent masy ciała. Wydaje mi się, że część personelu i tak sądziła, że udaję. W końcu byłam aktorką i takie tam. OK, wiem, taki mam zawód, mieli prawo. Niektórzy wyobrażają sobie, że skoro umiesz grać w filmach, to grasz także w normalnym życiu. Zapominają, że kiedy pracujesz, odgrywasz tylko to, co inni ci napisali, i musisz zrobić kilka dubli, zanim ktoś powie: "Mamy to". Byłam zbyt wyczerpana i zdezorientowana, żeby tłumaczyć to po raz kolejny. Patrzenie i słuchanie przychodziło mi z coraz większą trudnością. Ale i tak uważano, że powinnam przestać udawać i pójść sobie do domu.

Jedna z pielęgniarek przyszła mnie wtedy wykąpać i umyć mi włosy. Jej życzliwy gest był dla mnie bardzo ważny, bo wszyscy z wyjątkiem mojej przyjaciółki Stefanie Pleet przestali mnie dotykać. Tylko Stefanie przychodziła potrzymać mnie za rękę i dotknąć mojej twarzy. Wiedziała, że tego potrzebuję. Wszyscy inni myśleli, że jestem na to zbyt delikatna, tak mi się wydaje.

Uwaga, teraz będzie moment, w którym robi się dziwnie i mam pewne opory, żeby się tym podzielić, ale z drugiej strony chciałabym, żebyś uwierzyła w siebie i dała się przekonać, żeby zawsze iść za instynktem, niezależnie, co podpowiada. Więc tak...

Budzę się pewnej nocy i dostrzegam, że przy moim łóżku, przy nogach stoi babcia Lela. Brzmi zwyczajnie, wiem, tyle że moja babcia nie żyła już od trzydziestu lat. Wyglądała pięknie i pachniała pięknie: jak zawsze perfumami Shalimar od Guerlaina. W doskonałej formie, w swoim ulubionym kostiumie i kapeluszu. Powiedziała: "Nie wiemy tak naprawdę, co ci jest, ale pracujemy nad tym. Cokolwiek by się działo, nie ruszaj szyją". I zniknęła.

Wzięłam misia, którego przyniósł mi tata, zwinęłam go, wepchnęłam pod szyję i NIE RUSZAŁAM SIĘ. Cokolwiek by się działo, zamierzałam pozostać nieruchoma. Nie przewracałam się nawet na boki.

Do szpitala przyjechała Mimi, która w międzyczasie zajmowała się moim domem, opiekowała synem i całą resztą rodziny. Myślała, że będą mnie wypisywać. Szepnęłam do niej: "Umieram! Zmuś ich, żeby coś zrobili! Umieram! Mimi, proszę, pomóż mi!".

Spojrzała mi w oczy i zrozumiałam, że to trudna prośba. Mimi jest nawet bardziej nieśmiała ode mnie, a to naprawdę coś, bo kiedy nie pochłania mnie odgrywanie tej Sharon Stone, jestem naprawdę nieśmiała. Mimi wiedziała jednak, że sprawa jest poważna i że nie żartuję. Porozmawiała ze wszystkimi, z rodziną, przyjaciółkami i personelem. Opowiadała mi później, że gdy odstawiła "stuprocentową Shirley MacLaine" przy stanowisku pielęgniarek, wszyscy zgodzili się na kolejną angiografię, podczas której po raz kolejny miano wprowadzić kamerę do mojej tętnicy udowej, tym razem po drugiej stronie. Urządzenie miało przebyć podobną drogę przez całe ciało i raz jeszcze zajrzeć do mózgu.

Zakomunikowano mi, że zabieg będzie trwał od trzydziestu do czterdziestu minut. Personel zachowywał się, jakby znalazł sposób, żeby pozbyć się wreszcie tej pokręconej gwiazdy i swobodnie odetchnąć. Niestety, zabieg pokazał, że moja prawa tętnica kręgowa, która łączy głowę z kręgosłupem i plecami, była postrzępiona, a ja krwawiłam do mózgu, do głowy, do twarzy i do kręgosłupa. Miałam rozległy wylew. Był to już dziewiąty dzień krwawienia.

Nie było szans, żeby wybudzać mnie i pytać o zgodę. Sprawy zaszły za daleko. Moja rodzina musiała wziąć na siebie naprawdę trudne decyzje. Postawiono ich przed niemożliwym do ogarnięcia medycznym i etycznym wyborem. Powiedziano, że każda z ich decyzji może kosztować mnie życie. Tętnica mogła w każdym momencie przerwać się zupełnie, mogła też pęknąć i stworzyć zakrzep. Operacja miała na celu wprowadzenie cewników do uszkodzonych części tętnicy, co prawdopodobnie by mnie uratowało, ale istniało ryzyko, że sam zabieg okaże się śmiertelny. Przez cały ten czas krew wylewała mi się do mózgu, do kręgosłupa i do zatok, coraz szybciej i szybciej. Każdy ze scenariuszy dawał mi jakiś jeden procent szans na przeżycie.

Bliscy spisali się na medal. Wspierali się wzajemnie, jak zawsze, kiedy to naprawdę potrzebne. Ojciec nauczył nas tego bardzo wcześnie. Powiedział kiedyś: "Rodzina jest jak dłoń: jeśli utnie się jeden palec, cała ręka krwawi". To zdanie pomogło nam wiele razy. Po dziewięciu godzinach opuściłam salę operacyjną z dwudziestotrzyczęściowym platynowym implantem zamiast tętnicy kręgowej.

Obudziłam się w swoim boksie przekonana, że to babcia uratowała mi życie. Otoczyła opieką mnie i całą rodzinę, przeprowadziła nas przez ten trudny czas. Matka strzegła mnie jak lwica, choć ani razu nie weszła na blok operacyjny. Moja siostra myślała także moim sercem i podejmowała w moim imieniu trudne, odważne decyzje. Ojciec doglądał każdego kąta i opiekował się pozostałymi tak, jak tylko ojciec potrafi. Mimi pokonała nieśmiałość i zrobiła wszystko, co było w jej mocy. Zdumiewająca miłość i wytrwałość moich przyjaciółek i przyjaciół, solidnych niczym skała, zatrzymały mnie na tym świecie.

Wcześniej, kiedy leżałam na tym pierwszym oddziale ratunkowym i ogarnęło mnie białe światło, zobaczyłam wiele osób, które już przekroczyły granicę. Opowiedziały mi, jak to będzie. Czułam się bezpieczna i nieskończenie spokojna, a teraz przywrócono mnie do tego życia i tej rzeczywistości. Było to dezorientujące i trudne doświadczenie, ale dzięki temu wiem, że oba światy są tak blisko. Oni są tak blisko. Nie tracimy ich miłości. Jesteśmy miłością.

Osoby, dla których i dzięki którym wróciłam, wiele mnie nauczyły, są moimi mistrzyniami i przewodniczkami. Nie chodzi tylko o ludzi, z którymi łatwo się dogaduję. Wszyscy, dla których mogę teraz żyć, tworzą świat pełen miłości i światła. Jesteście dla mnie celem i powodem. Wy wszyscy, którzy pojawiliście się w moim życiu z podobnymi historiami, nadajecie sens mojemu światu. Sądziłam, że nie ma dla mnie miłości, a okazało się, że jest. Była tylko inna, niż sobie wyobrażałam, nie taka jak w historii, którą wielu z nas opowiadano miliony razy. To nie była miłość, przy której wszystko inne wydaje się małe.

Odnalazłam miłość, która była czymś więcej. Prawdziwą miłość. Rzeczywistą. Nie, nie podarowano mi życia jak z bajki. Dostałam prawdziwe życie.

 

[...]

Tytuł oryginału: The Beauty of Living Twice

Redakcja: Ewa Wieczorek

Korekta: Agata Nastula

Projekt graficzny okładki: John Gall

Zdjęcie na okładce: ? Peter Lindbergh. Courtesy Peter Lindbergh Foundation

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? 2021 by Sharon Stone

This translation published by arrangement with Alfred A. Knopf, an imprint of The Knopf Doubleday Group, a division of Penguin Random House, LLC

Copyright ? Agora SA, 2022

Copyright ? for Polish translation by Michał Rogalski 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2022

 

ISBN: 978-83-268-3934-4

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej