Piękne zło - Annie Ward

-
Proszę czekać

MADDIE

Dwanaście tygodni wcześniej

"Czy powinnam iść na terapię?", wystukuję na klawiaturze.

Popularne wyszukiwanie w Google. Nie brakuje informacji na ten temat. Całe strony testów, które pomogą ocenić, czy podjęcie terapii to dobra decyzja. A jeśli tak, to jaka terapia? Psychiatryczna czy psychologiczna? Na jakie zaburzenia cierpisz? Jest w czym wybierać. Mogłabym siedzieć nad tym całą noc. Może i tak zrobię po wyjściu Iana.

Ian zbliża się w moją stronę, otwiera i zamyka kolejne szuflady.

- Widziałaś moją małą ładowarkę do telefonu? - pyta, marszcząc czoło. - Tę podróżną?

- Nie - odpowiadam. Trzymam palec tuż nad touchpadem, gotowa w każdej chwili ukryć kartę z wyszukiwaniem i przełączyć się na Facebooka, gdyby tylko podszedł za blisko.

Wychodzi.

Mogę przestać się kryć. Zaczynam przeglądać testy.

Niektóre są bardzo proste. Zaznacz "tak" albo "nie".

Wiele rzeczy wywołuje we mnie niepokój lub strach. No dobra, tak.

Boję się utraty kontroli, zdrowych zmysłów albo życia. Wszystkie trzy!

Czasem wydaje mi się, że coś przejęło panowanie nad moim umysłem. Lub ktoś. Eee, nie. Ale brzmi ciekawie.

Uważam, że z moim wyglądem jest coś nie tak. Nie mogę powstrzymać zduszonego chichotu. O matko. Powinni mnie zobaczyć.

Niektóre pytania zakrawają na całkowity absurd.

Czy czujesz się niezręcznie, gdy: 1) śpiewasz na trzeźwo w barze z karaoke? 2) tańczysz samotnie w słabo oświetlonym klubie? 3) dzwonisz do obcej osoby w zaciszu własnej sypialni, kiedy nikt nie może podsłuchiwać rozmowy?

Może nie jest ze mną jeszcze tak źle, jak myślałam. Trzeźwa nigdy nawet nie przekroczyłabym progu knajpy z karaoke.

Ian znowu wpada do pokoju, mrucząc pod nosem:

- Zegarek jest, telefon, paszport...

Patrzy na mnie przelotnie, choć myślami jest gdzie indziej. Próbuję się uśmiechnąć, ale się powstrzymuję. Za bardzo boli mnie przy tym oko. Palec znów zawisa czujnie, na wypadek gdyby Ian postanowił podejść i sprawdzić, co robię. Na wypadek gdybym musiała kliknąć na kartę z Facebookiem i pokazać mu słodki filmik z małymi koziołkami wskakującymi sobie na grzbiety, zamieszczony właśnie przez jednego ze znajomych.

Następne pytanie. Czy coś ukrywasz?

Takie proste. Takie bezpośrednie. Aż trudno uwierzyć. Jakby ktoś wiedział, że nie powinnam myśleć o tym, o czym teraz myślę.

Ian nic nie wie o moim planie poszukania pomocy.

Nie wyraziłby aprobaty. Powiedziałby: "Wiesz przecież, że to wszystko konowały. A poza tym nic ci nie jest. Nic nam nie jest. Wszystko jest idealnie".

Ale mógłby też powiedzieć to, co powiedział dwa tygodnie temu. Tuż przed tym, jak stała mi się krzywda.

"Ale z ciebie rozpuszczona rura".

DZIEŃ ZABÓJSTWA

Meadowlark było małym miasteczkiem oddalonym o półtorej godziny drogi na południe od Kansas City. Centrum powiadamiania ratunkowego znajdowało się na klaustrofobicznym zapleczu parterowego budynku z cegły, w którym mieścił się komisariat i który przypominał raczej toaletę przy autostradzie. Nick Cooper był sam, kiedy o dwudziestej drugiej przyjął zgłoszenie.

- Centrum ratunkowe, słu... - rzucił nonszalancko do mikrofonu połączonego ze słuchawkami, jednocześnie otwierając saszetkę z cukrem do kawy. Nie było mu dane dokończyć zdania.

Usłyszał dzikie wrzaski jakiegoś dziecka oraz szept kobiety:

- Wracaj na górę, skarbie, proszę. - Jej głos brzmiał ponaglająco. - Błagam! Idź! Zmykaj, już! - Potem nagle krzyknęła: - Chryste Panie!

- W czym mogę pomóc? - zapytał z naciskiem i rzucił się do komputera, przewracając kubek z kawą. Powtarzał sobie, że powinien zachować spokój, ale krzyki przerażonego dziecka w słuchawce wytrąciły go z równowagi. Dłonie tak mu się trzęsły, że do niczego się nie nadawały. Na ekranie komputera wyświetlił się adres. - Proszę pani, czy mogłaby pa...

- Szybciej! - wrzasnęła. - Pomóżcie nam! Szybko!

Po ośmiu sekundach rozmowy Nick stracił połączenie z telefonem z domu przy Lincoln Street 2240 - dzwoniąca gwałtownie nabrała powietrza i rozpaczliwie wrzasnęła "Nie!", a potem rozległ się odgłos, który Nick uznał za dźwięk telefonu spadającego na podłogę. Na linii zapadła głucha cisza. Próbował oddzwonić. Nic z tego.

Nick nadał sygnał alarmowy przez radio.

- Prawdopodobne włamanie lub awantura rodzinna w domu przy Lincoln Street 2240. - Mówił tak szybko, że słowa zlewały się w jeden ciąg. - Na miejscu kobieta i dziecko. Brak dodatkowych informacji. Połączenie przerwano. Nie zdołałem nawiązać kontaktu. Odbiór.

Funkcjonariuszka Diane Varga odpowiedziała po kilku sekundach:

- Centrala, tu 808. Już tam jadę.

Nick złapał telefon i wcisnął klawisz szybkiego wybierania przypisany do Barry'ego Shippsa. Wiedział, że z dwójki detektywów w Meadowlark to raczej Barry zareagowałby szybciej, chociaż nie był teraz na służbie i pewnie nie słuchał radia.

- Detektyw Shipps, słucham?

- Panie detektywie - powiedział Nick - tu centrala. Może być pan w gotowości na ewentualne wezwanie na Lincoln Street 2240?

- Mogę nawet więcej - odparł Shipps. - Właśnie tankuję auto przy Casey's, o rzut beretem stamtąd.

Chwilę później Shipps siedział już w samochodzie i zgłaszał się przez radio:

- Centrala, tu Shipps. Jestem w drodze.

W uchu Nicka znów odezwała się Diane:

- A ja skręcam z Victory na Lincoln. Zaraz będę na miejscu.

- Przyjąłem, 808. - Nick prawie dorzucił: "Uważaj na siebie", jednak się powstrzymał. Za każdym razem, gdy wpadał na Diane w mieście, łapał się na tym, że zaczyna gwizdać Brown Eyed Girl Vana Morrisona. Wziął głęboki oddech i splótł drżące dłonie.

* * *

W zamieszkanym głównie przez białą klasę robotniczą Meadowlark nie brakowało starych farm rozrzuconych po peryferiach. W miasteczku był jeden przyzwoity lokal, browar z ogródkiem piwnym Crooked Crow, który swym wiejskim urokiem przyciągał mieszczuchów w słoneczne weekendy. Poza tym znajdowały się tam jeszcze tylko dwie restauracje z prawdziwego zdarzenia: Wagon Wheel i Gambino's. Od biedy można było dorzucić jeszcze Subwaya w Walmarcie.

Na ozdobnym kamiennym murku wisiała tabliczka z nazwą - Sweet Water Creek. Diane Varga skręciła na skrzyżowaniu w stronę osiedla. Było dość nowe, budowę zaczęto zaledwie sześć lat wcześniej. Sprzedała się dopiero połowa działek, a w wielu domach jeszcze nikt nie mieszkał. Drewniane budynki w rozsądnych cenach, ale przy tym całkiem przestronne i na swój sposób przyjemne, stały rozsiane między dwoma małymi, nieciekawymi stawami oraz kilkoma imponującymi starymi wiązami.

Diane skręciła za róg i zauważyła na chodniku przewrócony trójkołowy rowerek. Srebrna kierownica lśniła w wesołym blasku lampy z ganku domu oddalonego o dwa numery od tego, pod który zmierzała.

Dom przy Lincoln Street 2240 był jednym z największych w okolicy. Rozpościerał się na rozległym, łagodnie opadającym trawniku w ogrodzie gustownie zaprojektowanym przez architekta krajobrazu, z terakotową fontanną wystającą zza kępy zaniedbanych krzewów różanych. Diane miała wrażenie, że w Sweet Water Creek wszystko jest w jak najlepszym porządku. Inaczej niż w jej własnym życiu. Kiedy wysiadła z samochodu i stanęła przed domem, intuicja nie podpowiadała jej: "Oto miejsce zbrodni".

- Centrala, już jestem - powiedziała do mikrofonu radia przyczepionego do kieszeni na piersi munduru.

Raźnym krokiem ruszyła chodnikiem do drzwi frontowych, przy których stały dwa smukłe iglaki. Trzy razy zapukała głośno do drzwi.

- Policja! - zawołała, ale nikt nie odpowiedział.

Gdzieś z bliska dobiegało nieustanne ujadanie rozdrażnionego psa. Czuła, że przyśpiesza jej tętno. To nie może być nic poważnego, pomyślała. To przecież Meadowlark. A jednak coś jej mówiło, że powinna się pośpieszyć. Zaczęła gorączkowo naciskać guzik dzwonka, waliła w niego jak szalona. Głuchy gong niósł się echem po wnętrzu domu. Żadnego odgłosu kroków na schodach. Cisza.

Po bokach drewnianych drzwi znajdowały się ozdobne okna. Diane zajrzała do środka, próbując przeniknąć wzrokiem teksturowane szyby. Pierwszym, co zauważyła, była para stojących tuż za progiem wysokich butów w stylu wojskowym. Jakoś nie pasowały do nowoczesnego domu, do ogromnej powierzchni wyłożonej posadzką z jasnego drewna. Cały parter zajmowało chyba tylko jedno pomieszczenie - otwarta przestrzeń, jak w wielkomiejskim lofcie. Zaraz przy drzwiach zaczynały się kręcone schody prowadzące na piętro. Plastikowe części roztrzaskanego urządzenia elektronicznego, być może słuchawki telefonu stacjonarnego, leżały na podłodze, obok najniższego stopnia. Diane przesunęła się nieco, żeby lepiej widzieć. Pod tym kątem obejmowała wzrokiem większy kawałek wnętrza.

Gwałtownie nabrała powietrza.

Ujrzała plamy na pięknych drewnianych deskach. Na środku pokoju rozlewała się czerwona kałuża. Serce zaczęło jej walić jak młotem. Wbrew jej oczekiwaniom zanosiło się na poważną sprawę. A Nick wspominał o jakimś dziecku...

- Centrala, zajrzałam przez okno i widzę coś, co wygląda na sporą kałużę świeżej krwi - powiedziała do mikrofonu głośniej, niż zamierzała. - Możliwa ofiara śmiertelna. Potrzebuję posiłków i pogotowia. - Z ledwie uświadomioną paniką niezgrabnie wygrzebała z kabury półautomatycznego glocka i uniosła go niepewnie w pozycji gotowej do strzału.

Jeszcze raz nacisnęła dzwonek.

- Policja! - krzyknęła znowu, tym razem jeszcze głośniej, dziko. Nacisnęła klamkę, mocno pchnęła drzwi barkiem. Były solidne i zamknięte na klucz.

Diane popędziła na zacienioną stronę domu w poszukiwaniu drugiego wejścia. W biegu usłyszała w radiu kolejny sygnał alarmowy nadany przez Nicka. Wzywał posiłki. Skręcając za róg, poślizgnęła się na błocie, ale w porę podparła się wolną ręką. Teraz wyraźnie słyszała, że obłąkańcze ujadanie psa dobiega z ogródka na tyłach posesji.

Na końcu rzędu krzewów znajdowało się ogrodzenie z kutego żelaza z furtką, wyłamaną, ale obwiązaną gumową linką. Diane zaczęła w amoku szarpać zardzewiałe ustrojstwo, próbując je otworzyć.

- No, puśćże - zaklinała szeptem, czując narastającą frustrację.

Furtka w końcu ustąpiła, zawiasy zapiszczały zgrzytliwie jak paznokcie przesuwane po tablicy. Diane zaczęła przemierzać ogródek. Dwoje funkcjonariuszy odpowiedziało na zgłoszenie, byli już w drodze.

- Kiedy będziesz, Shipps? - zapytała Diane.

- Za pięć minut. - Głos detektywa rozległ się w jej radiu.

- Przyjęłam.

Diane na coś nadepnęła i usłyszała głośny pisk.

- Szlag! - rzuciła pod nosem, spojrzała pod nogi i zobaczyła zdeptaną kaczuszkę, gumową zabawkę dla psa.

Wzrok stopniowo przyzwyczajał się do ciemności i Diane zauważyła sporo starych, nadgryzionych żółtych piłek tenisowych, które walały się na zapuszczonym, porośniętym chwastami trawniku. Przy krawędzi tarasu stała ogromna zielona plastikowa piaskownica w kształcie żółwia, a obok stolik wodny dla kilkulatka, przy którym dziecko mogło się pluskać i za pomocą różnokolorowych kubków wprawiać w ruch koło wodne. Przypomniała sobie czerwony rowerek leżący blisko ogródka sąsiadów i oczami wyobraźni zobaczyła zawzięcie pedałujące pulchne dziecięce nóżki. Mały trzykołowiec toczący się po chodniku, a potem porzucony bez żalu na rzecz nowej przygody.

Nick najwyraźniej się nie mylił. Diane nie miała już wątpliwości, że przede wszystkim musi uratować dziecko.

Przez szpary w okiennicach sączyło się światło. Diane przykucnęła i trzymając się blisko budynku, w takiej pozycji przemierzyła taras w kierunku tylnych drzwi. Zobaczyła ujadającego psa, a właściwie dwa psy: małe, czarno-białe boston terriery. Niespokojne, ale słodkie zwierzaki wyraźnie nie mogły zrozumieć, dlaczego nikt nie wpuszcza ich do domu. Miały mokre, szeroko otwarte oczy, ziajały i kręciły się w kółko, kompletnie zdezorientowane.

Diane przekręciła gałkę w drzwiach.

- Tylne wejście jest otwarte - powiedziała do mikrofonu.

- Pogotowie już wezwane - odpowiedział Nick. - Wiedzą, że czekasz na drugiego funkcjonariusza, żeby wejść do środka. Kazałem im podjechać na Lincoln 2218 i tam czekać na wieści.

- Przyjęłam - odparła Diane.

Nick znał procedury. Zgodnie z nimi pod żadnym pozorem nie wolno jej było wejść do domu, dopóki nie pojawi się drugi policjant. Gdyby weszła sama, złamałaby zasady. Wpakowałaby się w kłopoty. Diane obejrzała się przez ramię na piaskownicę i stolik wodny. Podjęła decyzję. Wolała stracić pracę niż czyjeś dziecko.

Pchnęła drzwi i nogą powstrzymała psy, które chciały wejść razem z nią. Delikatnie zamknęła drzwi. Sunąc powoli w głąb domu, zerknęła za siebie. Teriery opierały łapy o przeszklone drzwi, dobijały się błagalnie, próbowały ją skłonić, żeby zawróciła i wpuściła je do środka.

Tylne wejście znajdowało się w dalekim kącie przestrzeni na parterze, przy okrągłym stole śniadaniowym ze szklanym blatem i czterema krzesłami. Pusta butelka po winie leżała pod ścianą, prawdopodobnie przeturlała się po podłodze. Na stole stała druga butelka wina, a pod nim, na podłodze, elegancki szklany walec z wódką Stolichnaya Elit.

Diane nieszczególnie interesowała się sztuką kulinarną, ale nie miała wątpliwości, że nie chodziło tu o zwykłe spotkanie przy paluszkach i chipsach. Na środku stołu leżała gruba drewniana deska pełna oliwek, salami, krakersów, serów i winogron.

Choć starała się skupić na całościowej analizie miejsca zdarzenia, trudno było jej zignorować kałużę krwi. Za każdym razem, gdy podnosiła wzrok, widziała ją na drugim końcu pomieszczenia. Czerwona plama hipnotyzowała. Doprowadzała ją do mdłości.

Parter domu zbudowano co prawda na planie otwartym, ale umeblowano licznymi fotelami, kanapą, regałami na książki, stolikami i lampami. Wszędzie potencjalne kryjówki. Diane poruszała się ukradkiem, z pistoletem gotowym do strzału, omiatając wzrokiem każdy cichy kąt.

Kiedy dotarła do stołu śniadaniowego, musiała zacząć patrzeć pod nogi. Dookoła walały się okruchy potrzaskanych kieliszków, mniejsze i większe odłamki szkła. Jedno z czterech żółtych wyściełanych krzeseł wokół stołu było przewrócone, na innym widniała o ton ciemniejsza plama w miejscu, w którym coś się wylało. Obok przewróconego krzesła leżała mokra fotografia.

Diane pochyliła się i przyjrzała zdjęciu. Widniały na nim dwie brunetki. Tego jednego była pewna - wyraźnie było widać długie, rozwiane włosy. Kobiety stały przed jakimś nietypowym budynkiem. Wyglądał z lekka bliskowschodnio, prawie jak meczet, ale bez minaretu. Płyn rozlany na podłodze przesiąkł przez papier, więc rysy kobiet się rozmazały. Diane wyobraziła sobie, jak ktoś siedzący przy tym stole trzymał fotografię niedługo przed tym, jak spadła na ziemię. Jakieś wspominki? "A pamiętasz, jak...?", "Tak, poczekaj, przyniosę zdjęcie..."

Kuchnię od salonu oddzielała wyspa w kształcie półksiężyca. Wzdłuż blatu stało kilka wysokich stołków. Dopiero kiedy Diane minęła szklany stół, zobaczyła przestrzeń za kuchennym bufetem.

Kałuże różniły się rozmiarem, choć wszystkie były raczej małe i wyglądały jak coś, co zostaje na chodniku po ulewie. Tyle że były szkarłatne. Prowadząca od nich linia kropli przypominała naszyjnik z koralików, cienki sznur krwawych pereł.

Do rzezi doszło między lodówką a wewnętrzną stroną bufetu, gdzie znajdowały się zlew i zmywarka. Ściany i urządzenia wokół były zbryzgane krwią. Diane ścisnęło w gardle. Drzwi lodówki były zaklejone dziecięcymi obrazkami, teraz artystycznie skropionymi czerwonymi plamkami. Upiorny deszcz padający na urocze domki, trzyosobową rodzinę ludzików z kresek, puchate chmurki i uśmiechnięte słoneczko.

Szlak krwawych koralików prowadził od drobnych kałuż w kuchni do wielkiej plamy na środku pomieszczenia. Była rozmazana, jakby mopem czy ścierką, i Diane wyobraziła sobie, jak ktoś czołgał się na czworakach, zanim zdołał się podnieść na chwiejnych nogach, napędzany zdumiewającą wolą przetrwania. Czuła irracjonalną pokusę, żeby zacząć biegać po domu i wołać dziecko, ale pogwałciła już dziś jedną procedurę, wchodząc do środka.

Na przeciwległej ścianie wisiała owalna drewniana afrykańska maska z dziurami w miejscu oczu i ust, która gapiła się na nią z przerażoną miną.

Diane niespokojnie obejrzała się przez ramię na zastawiony stół - to miał być przyjemny wieczór ze znajomymi przy winie i serze. Potem znów spojrzała przed siebie na ślady koszmarnej jatki, które zdawały się ją zachęcać, żeby podeszła bliżej i sama się przekonała, do aktów jakiego okrucieństwa tu doszło.

MADDIE

Dziesięć tygodni wcześniej

Jej wzrok ciągle wraca w lewy górny róg mojej twarzy. Ucieka spojrzeniem w stronę okna, na sztuczny zalew, który widać z gabinetu (znajdującego się w jej domu), ale potem znów patrzy na miejsce, w którym pozszywano mnie z powrotem w całość.

Nie wiem, jak to ma wyglądać. Na stronie internetowej napisała, że jest "przede wszystkim wyrozumiałą, empatyczną i dyskretną psycholożką z doświadczeniem, stosującą terapię przez pisanie w walce ze stanami lękowymi". No to niech się, do kurwy nędzy, przestanie gapić. Powiedziałam jej, że jestem tutaj, bo chcę się mniej denerwować.

Uśmiecha się do mnie. No, teraz lepiej. Odzywa się melodyjnym głosem lektorki z reklamy społecznej:

- W ramach terapii przez pisanie wykorzystuje się wiele niezwykle pomocnych ćwiczeń. Najbardziej doceniam w niej fakt, że jedynym ograniczeniem są nasze indywidualne zahamowania i wyobraźnia. Spróbujemy rozmaitych metod i zobaczymy... - Przechyla głowę na bok ruchem, który jest ewidentnie przećwiczony, a jednocześnie dziwnie atrakcyjny. - Zobaczymy, która jest dla ciebie najlepsza.

Kiwam głową, tak że włosy, które mam zaczesane na lewą stronę twarzy, poruszają się. Udaje całkowitą obojętność, ale nie potrafi ukryć zaciekawienia. Wcale mnie to nie dziwi. Krwiak już się wchłonął, lecz miejsce urazu nadal wygląda dość przerażająco.

Czuję zniechęcenie. Chcę, żeby terapia zadziałała, potrzebuję tego, ale ta kobieta nie odpowiada moim wyobrażeniom. Bardzo mi zależało na terapii przez pisanie, tyle że wybór okazał się mocno ograniczony. Kiedy zdecydowałam się na wizytę u doktor Camilli Jones w prywatnym gabinecie w Overland Park, spodziewałam się poważnej kobiety w eleganckiej garsonce i rozsądnych pantoflach na płaskim obcasie. Kobiety o sympatycznych oczach i srebrnych włosach.

Natomiast ta kobieta, Camilla, powiedziała mi na wstępie, że jej imię rymuje się z "Pamela". Co? Nie chce, żebym się do niej zwracała per pani, mam jej mówić "Cami J.". Ma na sobie kwiecisty podkoszulek, luźny i opadający z ramion, spodnie do jogi i bejsbolówkę. Nie lubię się czepiać, ale muszę zauważyć, że na czapce ma diamenciki. Na całym przodzie. Wszędzie. Chyba równie trudno jest mnie się nie gapić na jej czapkę, co jej na moją twarz. Centralny element czapki stanowi gigantyczna lilijka ze świecących kamyczków. Nieswojo mi z tym. Babka musi być po sześćdziesiątce, chociaż trzyma się zajebiście. Ale serio, nie chcę terapeutki, która wygląda jak instruktorka zumby.

W końcu patrzy mi w oczy.

- Maddie?

- Tak? - Nie wiedzieć czemu zaczynam zaciskać pięści, potem je rozwieram, a potem znowu zaciskam. Cierpiałam dawniej na zespół cieśni nadgarstka, spowodowany intensywnym pisaniem, i to było jedno z ćwiczeń na złagodzenie bólu. Powstrzymuję się.

- Przejdźmy do meritum, zaczynając od czegoś prostego. Proszę, żebyś wypisała dwadzieścia rzeczy, które wywołują u ciebie stany lękowe. - Podaje mi długopis i kartkę z notatnika w linie. - Postaraj się zbyt długo nie zastanawiać. Chodzi o rzeczy, które budzą w tobie strach, smutek czy zdenerwowanie. Zapisuj pierwsze, co wpadnie ci do głowy, dobrze?

- Dobrze.

1. Kiedy Charlie płacze. Że stanie mu się coś złego.

2. Kiedy Ian pije wódkę w piwnicy. Albo kiedy nie mogę go dobudzić.

3. Kiedy ktoś strzela do dzieci w szkole, a właściwie zawsze, kiedy ktokolwiek strzela do przypadkowych ludzi, szczególnie do dzieci. Nie podoba mi się też, że mamy w domu broń.

4. Kiedy ktoś wjeżdża ogromną ciężarówką na promenadę nad morzem we Francji i przejeżdża wszystkich spacerowiczów.

5. ISIS.

6. To głupie, ale czuję strach, kiedy idę na jakieś spotkanie z nowymi ludźmi, a oni każą mi usiąść w kółku i opowiadać o sobie. Nie chodzę już na brunche dla matek z Meadowlark.

7. Kiedy jakiś facet z Bliskiego Wschodu na siłowni schodzi z bieżni i gdzieś sobie idzie, ale zostawia wielki plecak.

8. Kiedy wołam psy, a one nie przychodzą i nie mogę ich znaleźć. (Pewnie dlatego, że zdarzyło się to wczoraj wieczorem. Podkopały się pod płotem, ale nic ich nie przejechało. Załatałam ogrodzenie w miejscu, przez które uciekły).

9. Kiedy Charlie albo moi rodzice chorują. Nowe, śmiertelnie groźne szczepy grypy.

10. Kiedy Ian jeździ do pracy do niebezpiecznych krajów. Tam wszystko może pójść nie tak.

11. Pogrzeby. Szpitale i jeziora.

12. Kiedy Ian złości się na Charliego.

13. Że aligator mógł tak po prostu wyskoczyć z jeziorka w Disneylandzie i wyrwać małego chłopca ojcu, który trzymał go na rękach.

14. Kiedy serce zaczyna mi walić jak młotem i nie mogę tego opanować. Zdarza się to zwykle, kiedy zaczynam tęsknić za Joanną i myśleć, że prawdopodobnie nadal mnie nienawidzi.

15. Topienie się, zwłaszcza utopieni mali Syryjczycy wyrzucani na brzeg. Nie potrafię sobie z tym poradzić, czasem przez wiele dni śni mi się, że Charlie się topi, czasem się martwię, że psy się utopią. Tsunami.

16. Kiedy wyprowadzam Charliego do parku i nagle on gdzieś znika, a ja nie mogę go znaleźć.

17. Mrok czający się w niektórych ludziach. Jak u tego faceta z Niemiec, który zapłacił innemu facetowi, żeby ten odkrawał go po kawałeczku, gotował i zjadał.

18. Kiedy Charlie płacze.

19. Kiedy muszę zostawić Charliego z Ianem.

20. Że coś jest ze mną nie tak.

Podaję kartkę Cami J., a raczej "Cami Toe", jak mam ochotę nazywać ją w myślach ze względu na sposób, w jaki jej bardzo obcisłe spodnie do jogi w stylu dzwonów z lat siedemdziesiątych układają się w newralgicznym miejscu...

Zaczyna po cichu czytać listę.

- Chyba się powtórzyłam - mówię. - Zdaje się, że dwa razy napisałam o płaczu Charliego.

Kiwa głową, czytając w skupieniu.

- Powtórzenia bywają znaczące.

Po kilku minutach podnosi wzrok znad kartki i patrzy na mnie, tym razem już nawet nie próbując zachowywać pozorów. Jej oczy wędrują w górę i w dół wzdłuż krętej, poszarpanej drogi prowadzącej od mojej wargi do brwi.

- Boli jeszcze?

- Trochę, kiedy się uśmiecham.

- To dlatego się nie uśmiechasz?

- Jak to? Dałabym głowę, że się uśmiecham. - I uśmiecham się, żeby dowieść swojej racji.

- Oglądał cię jakiś chirurg plastyczny?

- Nie. Ale w końcu będę musiała się umówić.

Prawdę mówiąc, zawsze byłam, jak powiedziałaby moja babcia, jolie laide. Piękną brzydulą. Moje oczy są jasnoszare i osobliwe. Mam asymetryczny uśmiech, a kształt mojej twarzy przywodzi na myśl pysk lisa. Nigdy nie narzekałam na brak zainteresowania ze strony mężczyzn, ale zdaję sobie sprawę, że cały mój urok tkwi właśnie w tej dziwaczności. Jeszcze nie zdecydowałam, czy podoba mi się moja blizna, czy niekoniecznie. Czasem, kiedy patrzę w lustro, myślę sobie, że to zdecydowanie uczciwsza okładka dla mojej osobowości.

Cami J. kiwa głową, oczy ma wilgotne od matczynego współczucia. Stuka w moją listę.

- Masz tendencję do tak zwanego katastrofizowania.

- Nigdy nie słyszałam takiego określenia.

- To coraz powszechniejsze w dzisiejszych czasach, kiedy stale płyną do nas złe wieści z całego świata. Irracjonalny strach przed katastrofą. Nietrudno przeszacować prawdopodobieństwo, że jakaś niezwykle rzadka tragedia przytrafi się nam albo komuś nam bliskiemu.

Zastanawiam się, czy nie opowiedzieć jej o moich osobistych doświadczeniach z rzadkimi tragediami, ale w końcu odpuszczam.

- Wypadki chodzą po ludziach - mówię po prostu. - W każdej chwili może nam się coś przytrafić.

- Ale co? Aligatory? - Uśmiecha się, nachyla do przodu i puszcza do mnie oko. - Niemieccy kanibale?

Wzruszam ramionami i mimowolnie parskam śmiechem. Niemieccy kanibale.

- Ale zauważyłam tu też coś więcej - mówi. Luzacka instruktorka zumby znika bez śladu, a jej miejsce zajmuje śmiertelnie poważna terapeutka. - Chciałabyś powiedzieć mi coś więcej o związku z Ianem? To ojciec Charliego, tak?

Kiwam głową. Żeby było jasne: bardzo chciałabym jej opowiedzieć o Ianie. Naprawdę, to świetna historia. Ale z jakiegoś powodu nagle odbiera mi mowę i przytłacza mnie myśl o tym, co się stało z Ianem. Ogarnia mnie paraliż, język wypełnia mi usta jak oślizgła ryba, w nosie czuję bagienną wodę. Czasem mi się to dzieje. Pamiętam, jak byłam trzymana siłą, z twarzą zaledwie kilka centymetrów od powierzchni, oczy wychodziły mi z orbit, a powietrze zdawało się tak bliskie, tak zachęcające, że otworzyłam usta, żeby zrobić wdech...

A wtedy woda wdarła mi się do ust i gardła. Zalała mnie całą i już. Wszystko się zmieniło.

- Którędy do łazienki? - udaje mi się wydusić, gdy wstaję z fotela. - Niedobrze mi.

MADDIE

2001

Ojciec Charliego. Miłość mojego życia. Ian.

Zaraz. Muszę zacząć od początku.

Chciałam zbawić świat. Wielu moich znajomych też chciało zbawiać świat. W tamtym czasie mieszkałam w miejscu, o którym raczej nie wspominały przewodniki turystyczne. A jeśli już wspominały, to używały określeń w rodzaju: "zniszczenia wojenne", "nędza", "bezprawie". Mnie jednak takie opisy wyjątkowo pociągały. Podniecało mnie mieszkanie w miejscu określanym czasem "najciemniejszym, najbardziej zapomnianym zakątkiem Europy". Tak więc byłam akurat w środku swojej fazy zbawiania świata - uczyłam angielskiego biednych studentów w jednym z krajów powstałych po upadku bloku wschodniego, określanych zbiorczo jako Bałkany.

Ja trafiłam do Bułgarii, a moja najlepsza przyjaciółka Joanna mieszkała w sąsiednim państwie, mało znanym, ale bardzo zapalnym punkcie - w Macedonii.

Poznałam Iana na imprezie charytatywnej. Brzmi nudno, prawda? Ale on bynajmniej nie był nudny.

Przyjęcie odbywało się w Ochrydzie, popularnej wśród turystów miejscowości oddalonej o kilka godzin drogi na południe od Skopje, stolicy Macedonii, niedaleko granicy z Grecją. Miasteczko było całkiem malowniczo zapuszczone, kamienne domy piętrzyły się na wzgórzu nad taflą jeziora odbijającą słoneczne refleksy. Na szczycie, frontem skierowana ku Grecji, stała piękna jak z widokówki zwieńczona kopułą świątynia - trzynastowieczna cerkiew Świętego Jana Teologa, tak urocza i spokojna, że maskowała niezgodę panującą w wiosce, nad którą górowała. Gdyby nie wyraźnie wyczuwalne napięcie wśród mieszkańców mijających się w wąskich uliczkach i na placykach, Ochryda sprawiałaby wrażenie sielankowej mieściny. W rzeczywistości była wakacyjnym kurortem pełnym wyznawców dwóch skonfliktowanych religii i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że wszyscy patrzą na współmieszkańców z mieszaniną podejrzliwości i żądzy krwi. Kraj balansował na krawędzi wojny domowej.

Impreza na rzecz Czerwonego Krzyża, w formule "kolacja plus występ artystyczny", odbywała się w ruderowatej tawernie usytuowanej na przesiąkniętych wodą drewnianych belkach nad błotnistym brzegiem jeziora. Joanna pomagała kobietom i dzieciom z obozów dla uchodźców na terenie całej Macedonii. Jej szefowa Elaine z Waszyngtonu dała jej dwa zaproszenia na przyjęcie. Joanna ubłagała mnie, żebym przyjechała na weekend i poszła z nią jako osoba towarzysząca.

Jo miała zwyczaj zaplatać sobie warkocze, kiedy się nudziła albo stresowała. Teraz siedziała zgarbiona nad wódką z tonikiem, przebierała palcami we włosach i piwnymi oczami obserwowała grupkę myszowatych intelektualistów, którzy krążyli między stolikami, nie mogąc się zdecydować, gdzie usiąść.

- Pomyśleć tylko - powiedziała - że gdybyśmy poszły na ryby, emocje byłyby większe.

- Darmowe drinki - stwierdziłam. Było mi wszystko jedno.

- Może po prostu sobie stąd pójdziemy? - zapytała. Wyprostowała się z błyskiem w oku i nagłym przypływem entuzjazmu.

- Jeśli nie będziesz przez to miała kłopotów - odparłam, nie ukrywając, że pochwalam jej pomysł.

Straciła rezon.

- Mogę mieć. Ale jeśli pomożesz mi powłazić w dupę paru ważniakom, to za godzinę będziemy mogły się zmyć.

W tej chwili w sali pojawiło się trzech mężczyzn, z których jeden był bardzo wysoki i szokująco przystojny, przynajmniej z tej odległości.

- To jeden z tych ważniaków? - zapytałam szeptem. - Jeśli tak, to chętnie zgłoszę się na ochotniczkę.

Jo opadła na oparcie krzesła i wybuchnęła śmiechem.

- Nie. Gwarantuję, że nigdy w życiu nie widziałam tego człowieka.

- Czekaj - powiedziałam, bo zauważyłam towarzyszy przystojniaka. - Czy to nie jest przypadkiem Buck Wieśniak? Ten twój znajomy z ambasady amerykańskiej?

- Ja pierdolę, tak, to on - odparła Joanna, wstała i pomachała do trójki mężczyzn, zapraszając ich do naszego stolika.

Buckiem Wieśniakiem nazywałyśmy pana Bucka Snydera, wąsacza o króliczych zębach, amerykańskiego attaché wojskowego, z którym Joanna czasem omawiała przez telefon kwestie bezpieczeństwa w obozach dla uchodźców. Na miano Bucka Wieśniaka zapracował sobie pewnego wieczoru, kiedy to przy kolacji wygłosił długą pijacką tyradę, przechwalając się z tym swoim nosowym południowym akcentem: "Te wszystkie Bałkanki w ogóle nie wybrzydzają. Można im powiedzieć cokolwiek. Kurde, cokolwiek byś zrobił, to i tak zaruchasz, jeśli tylko masz niebieskie papiery". "Niebieskimi papierami" Buck Wieśniak określał swój amerykański paszport.

Udając, że wcale nie śledzimy każdego ich ruchu, zastanawiałyśmy się z Joanną, czy rzeczywiście do nas podejdą. Jo wyciągnęła rękę, dotknęła mojego ramienia i powiedziała:

- Dzięki, że przyjechałaś. Strasznie się cieszę, że nie muszę tu siedzieć sama.

Szczerze mówiąc, niezbyt chętnie wsiadłam do tamtego okropnego autobusu z Bułgarii. W Macedonii doszło do eskalacji konfliktu między chrześcijańską większością a rosnącą w siłę muzułmańską mniejszością i tak jak nad całym regionem również nad tutejszymi skromnymi wioskami w górach zawisły ciężkie, czarne chmury wściekłości i nienawiści. Nikt już nie był w tym kraju bezpieczny.

Zastrzegam, że Joanna wcale nie musiała mnie długo namawiać na przyjazd. Uwielbiałam ją odwiedzać i uważałam się za szczęściarę - obie po studiach magisterskich wylądowałyśmy w Europie Wschodniej. Jednak każda taka wizyta oznaczała dla mnie od pięciu do ośmiu godzin w podróży, w zależności od tego, jak długo staliśmy na granicy. Poza tym byłam zmęczona po całym tygodniu pracy.

Powoli kończyłam czternastomiesięczne stypendium Fulbrighta w Bułgarii, w ramach którego uczyłam angielskiego na Uniwersytecie Sofijskim oraz pracowałam nad książką reporterską. Dni upływały mi na pisaniu, podróżowaniu i uczeniu. Byłam raczej zadowolona z życia.

Z Joanną Jasinski poznałyśmy się jako licealistki na letniej wymianie w Hiszpanii. Miałyśmy wspólne zainteresowania: języki obce, całowanie się z młodymi Hiszpanami na dyskotekach, rosyjscy i niemieccy filozofowie oraz The Cure. W tamtym czasie obie chciałyśmy zostać tłumaczkami ustnymi, "kiedy dorośniemy", i często rozmawiałyśmy miszmaszem rozmaitych języków, których się uczyłyśmy, alienując się i irytując otoczenie. Przez długi czas nie miałyśmy żadnych przyjaciół poza sobą nawzajem.

Ona skończyła stosunki międzynarodowe i zaczęła pracować w organizacjach pomocowych, ja zaś zostałam dziennikarką. Z czasem obie trafiłyśmy do krajów dawnego bloku wschodniego, gdzie chciałyśmy pracować, kontynuować naukę i wykorzystać znajomość języków słowiańskich, a przez ostatni rok odwiedzałyśmy się co najmniej kilkanaście razy. W ten sposób udawało nam się odpędzić widmo samotności, które jednak zawsze majaczyło na horyzoncie.

Buck Wieśniak i towarzysze zatrzymali się jeszcze parę razy, żeby z kimś porozmawiać, po czym ruszyli w naszą stronę. Przy wejściu było ciemnawo, ale kiedy zaczęli przemierzać restaurację w kierunku naszego stolika, mogłam wreszcie porządnie się im przyjrzeć. Buck Wieśniak nigdy nie należał do najprzystojniejszych, a na tle tych dwóch wyglądał już zupełnie jak mały gryzoń. Obaj jego towarzysze byli wysocy, szerocy w barach i wąscy w biodrach. Jeden miał urodę aniołka: blond loki i błękitne oczy, wielkie jak u postaci z komiksu. Ale to ten drugi był tym, którego od razu zauważyłyśmy z Joanną. Miał niepospolitą aparycję, mocny podbródek z dołkiem i ramiona niczym pofalowane wzgórza. Nie odrywał wzroku od widoku jeziora za oknem, pogrążony w myślach, jakby był tu sam. Nieustraszony.

Brązowe włosy miał krótko obcięte po bokach i zmierzwione na górze, ubrany był w ciemne, porządnie wyprasowane dżinsy. Klatka piersiowa... Na chwilę zatrzymałam na niej wzrok. Co za klata! Robiła niesamowite wrażenie nawet pod tą paskudną morelową koszulą. W jego stroju było coś chłopięcego, jakby dzieciak próbował się elegancko ubrać na szkolną akademię. Jego klasyczne rysy bardziej pasowałyby do czarno-białego zdjęcia, na którym siedziałby z filiżanką espresso przy stoliku w ogródku francuskiej kawiarni. Młodzieńczy strój wyglądał na nim jakoś niewłaściwie, pomyślałam też sobie wtedy, że gdyby w takiej kreacji pokazał się w moim rodzinnym Meadowlark w stanie Kansas, to pierwsza napotkana osoba sprałaby go na kwaśne jabłko.

Po tym, jak Buck Wieśniak wylewnie i głośno nas powitał, domyśliłam się, że ma już mocno w czubie.

- Ian, Peter, pozwólcie, to jest Joanna i...

Zaczął pstrykać palcami w moim kierunku.

- Madeline - podpowiedziałam uprzejmie i na wszelki wypadek wskazałam na siebie palcem.

- Zgadza się. Już cię pamiętam. Ian i Peter pracują w ambasadzie brytyjskiej. W nowej jednostce odpowiedzialnej za bezpośrednią ochronę ambasadora. Dopiero co przyjechali.

Na drugim końcu restauracji zaczął nagle jazgotać podstarzały akordeonista w wyświechtanym garniturze. Joanna musiała podnieść głos, żeby przekrzyczeć hałas:

- Domyślam się, że wy też przyjechaliście na ten nudziarski spęd w dzień wolny od pracy tylko dlatego, że szefowie wam kazali?

Buck Wieśniak przytaknął z irytacją, ale blondasek Peter nachylił się do nas i zupełnie szczerze powiedział:

- Po kolacji ma być podobno pokaz tańców ludowych!

Joanna parsknęła głośno, twarz jej poróżowiała z uciechy.

- Ha! Czyli nikt cię nie uprzedził, na ilu pokazach tańców ludowych będziesz musiał wysiedzieć w tym kraju? Ale mam też dobrą wiadomość: wokal nie zawsze brzmi jak zarzynanie owiec.

Wyraźnie zbiła go z tropu. Peter był słodki. Postawny, ale uroczy. Potężny, ale uprzejmy. Nie za bystry.

- Usiądź koło mnie - powiedziała Joanna, kładąc mu rękę na ramieniu. - Bardzo cię polubiłam.

Raz po raz zerkałam ukradkiem na Iana, który zajął miejsce naprzeciwko mnie. Sprawiał wrażenie całkowicie pochłoniętego lekturą menu, zupełnie nie interesując się mną ani Joanną. Zaczytywał się w nim zapamiętale, jakby właśnie połknął truciznę, a w karcie wydrukowano recepturę antidotum. Dania w macedońskich tawernach rybnych nie bywają aż tak ciekawe.

Postanowiłam również zgrywać całkiem obojętną. Kilka minut później Ian zaśmiał się cicho pod nosem. Rozparł się wygodnie, zapalił papierosa i odłożył laminowane menu na obdrapany drewniany blat. (Na Bałkanach nikt nie miał nic przeciwko paleniu ani w restauracjach, ani nawet w szpitalach). Uniósł brew w zamyśleniu, po czym usiadł prosto i z czarującym brytyjskim akcentem oznajmił:

- No dobrze, to ja sobie chyba walnę konia.

Jo zareagowała błyskawicznie:

- W Stanach mówi się "zwalę konia", nie "walnę", a poza tym nie wiem jak u was, ale u nas raczej nie informuje się całego otoczenia o takich zamiarach.

- Dziękuję za informację! Miło z twojej strony, że wyjaśniłaś mi różnice językowe i kulturowe. Ale mnie - dodał Ian, wskazując na menu - chodziło o konia z Jeziora Ochrydzkiego. O, tego tutaj. Waham się między tym - ciągnął z absolutną powagą - a specjalnością zakładu, czyli plotkami, również z Jeziora Ochrydzkiego. - Nachylił się przez stół i wbił we mnie oczy brązowe jak kora drzewa. - A ty na co masz ochotę? Koń czy plotki?

Podsunął mi kartę dań. Od razu zauważyłam, że popełniono dość niefortunne literówki, tłumacząc "okonia" i "płotki" na potrzeby anglojęzycznych klientów.

- Nigdy nie pogardzę pikantną plotką - odparłam.

Ian wyglądał na przyjemnie zaskoczonego. Nagle zobaczyłam się jego oczami. Miałam na sobie konserwatywny beżowy sweter z golfem, włosy upięte w ciasny kok po zajęciach na uczelni, a na nosie okulary, które założyłam, żeby przeczytać menu. Zrozumiałam, że widział we mnie zaniedbaną szarą myszkę, stereotypową bibliotekarkę.

- Naprawdę? - zapytał. - Nigdy bym nie pomyślał. Wyglądasz na sympatyczną i dobrze wychowaną panienkę.

Fala gorąca zalała mi twarz. Uśmiechnął się z miną niewiniątka. Dostrzegłam w jego oczach, że sobie ze mnie drwi.

- Stylowa koszula - odgryzłam się z irytacją. Ten facet nic o mnie nie wiedział!

- Dziękuję - rzucił i szybko zlustrował swój strój.

A potem podniósł swoje krzesło i postawił je pod takim kątem, żeby zwracać się nie w moją stronę, a do Joanny. Ta, choć zajęta wysłuchiwaniem jednej z pasjonujących historii Bucka Wieśniaka, zarejestrowała zmianę ustawienia, zerknęła na Iana, a przez jej twarz przemknął cień uśmiechu.

Bezzębny osiemdziesięciolatek z akordeonem rzucił się nagle na nasz stół jak krwiożerczy nietoperz na stado krów, więc zaczęłam grzebać w portfelu w poszukiwaniu drobnych na datek.

Ian i Peter w końcu wyszli z Buckiem Wieśniakiem, który oświadczył, że chce iść do jakiegoś bardziej "cool" lokalu. My zostałyśmy w tawernie i godzinami tańczyłyśmy z niedomytym akordeonistą i jego równie zapyziałymi wnukami z kapeli, która grała jako następna.

Tak wtedy żyłyśmy.

MADDIE

2001

Po długim weekendzie z Joanną odbyłam podróż autobusową w drugą stronę: z Macedonii przez góry do Bułgarii. Zamykałam oczy, kiedy balansowaliśmy na krawędzi urwiska i toczyliśmy się wąskimi, krętymi drogami nad wysokimi skalnymi ścianami. Kierowca jak zwykle jechał za szybko, a nawierzchnia była w fatalnym stanie. A jednak, mimo choroby lokomocyjnej, mniej więcej w połowie jazdy zaczęłam się zastanawiać, czy i kiedy będę mogła wrócić.

Po przyjeździe do Sofii z ciężkim sercem poszłam poprowadzić ostatnie zajęcia na uniwersytecie. Mój czas w stolicy Bułgarii minął. Koniec stypendium, koniec popołudni ze studentami. Wkrótce będę musiała wracać do domu, a nie miałam na to najmniejszej ochoty.

Dominującym elementem położonego w centrum miasta kampusu uniwersyteckiego był ogromny budynek główny w stylu neobarokowym. Schody od frontu prowadziły do czterech majestatycznych kolumn rozdzielających strzeliste okna łukowe. Całość wieńczyła gigantyczna miedziana kopuła pokryta spektakularną szmaragdowozieloną patyną.

Wnętrze robiło jednak znacznie gorsze wrażenie. Mały dziedziniec, a dookoła niego sale dydaktyczne na kilku piętrach. Klatki schodowe były pokryte graffiti. W barku serwowano espresso w plastikowych kubeczkach, szeroki asortyment precelków oraz papierosy. Po wyjściu z barku można było tropem zużytych kubeczków i pustych opakowań po precelkach dotrzeć do dowolnie wybranego miejsca w budynku. Śmieci wysypywały się z kubłów. Nie było woźnych. Nie było papieru toaletowego. Nie było pieniędzy.

Było za to zimno. Prowadziłam zajęcia w sali na ostatnim piętrze. Przez większość zimy uczyłam w kurtce i rękawiczkach, patrząc z katedry na morze wełnianych czapek.

Rok spędzony w Europie Wschodniej był najbardziej magicznym okresem w moim życiu. Jednak gdyby tak po prostu przespacerować się ulicami Sofii, trudno byłoby zrozumieć moją fascynację mieszkańcami i kulturą tego nieszczęsnego kraju.

Gdziekolwiek się człowiek obejrzał, wszędzie widział duchy. Czarno-białe klepsydry ze zdjęciami niedawno zmarłych były wszechobecne w krajach bałkańskich - kartki wisiały przyczepione do słupów telefonicznych i drzew, obklejały przystanki autobusowe, tapetowały mury. Pod pustym spojrzeniem martwych, skserowanych oczu uganiały się niespokojne psy, czujnie obserwujące pijanych nastolatków zajadających się kebabami. Dwóch pomarszczonych dziadków w starych, poplamionych kapeluszach grało w tryktraka przy plastikowym stoliku z parasolem reklamującym piwo Zagorka przed walącą się kawiarnią z blaszanych paneli. Wdychałam zapachy Sofii. Grillowane mięso i papryka, tlące się śmieci, świeży aromat górskich drzew iglastych, słabo maskowany pot, bazarki z kwiatami i świeży popcorn. Mieszanka nie dla każdego, ale ja zadurzyłam się po uszy w tych wyludnionych, posępnych bałkańskich ulicach, a moje paskudnie wspaniałe miasto miało zostać mi wyrwane z kochających ramion. Dałabym wszystko, żeby zostać choć trochę dłużej.

Kiedy zaczęło się ściemniać, złapałam rozklekotany tramwaj i wróciłam do swojego mieszkania w centrum. Dosłownie chwilę po tym, jak rzuciłam klucze na stolik, rozległ się przeraźliwy terkot telefonu - przedpotopowego ustrojstwa z tarczą, które wyglądało jak wyjęte z filmu niemego albo muzeum techniki.

Dzwoniła Caroline, redaktorka z wydawnictwa turystycznego Fodor's, na której zlecenie tuż po studiach napisałam kilka rozdziałów do przewodnika o Hiszpanii.

- Wreszcie postanowiliśmy podzielić przewodnik po Europie Wschodniej na poszczególne kraje - powiedziała.

Nie mogła mi się trafić lepsza niespodzianka.

Zaproponowała mi, żebym napisała o Bułgarii do przewodnika, który miał zostać wydany w 2003 roku. W Stanach moje honorarium byłoby raczej marne, ale jak na standardy bułgarskie miałam żyć jak królowa i podróżować na koszt wydawnictwa do wszystkich zakątków mojej ukochanej przyszywanej ojczyzny. Był właśnie środek maja, a więc początek wspaniałego bałkańskiego lata. Bułgaria miała zarówno rozległe połacie dziewiczych plaż, jak i góry oferujące widoki zapierające dech w piersiach. Jo będzie mnie odwiedzała w weekendy, pojedziemy do Sozopola - ona sobie popływa, ja poczytam na plaży. Stoły piknikowe będą się uginały od półmisków wyładowanych soczystymi kotletami jagnięcymi, słonymi sałatkami z pomidorów i ogórków oraz chrupiącymi frytkami posypanymi kruchą fetą. Będziemy non stop chodziły na bosaka, skóra nam zbrązowieje, dostaniemy piegów i będziemy piły białe wino domowe w prastarych wioskach rybackich na końcu świata, gdzie nie docierają absolutnie żadni turyści.

Mogłam zostać. To było czyste szczęście. Czysta wolność. Zadzwoniłam do Joanny, żeby przekazać jej wieści.

- Okazało się, że wcale nie muszę wracać do domu po zakończeniu stypendium - powiedziałam. - Będę miała masę czasu, żeby cię odwiedzać. Mam laptopa, mogę pisać gdziekolwiek. Mamy jeszcze całe lato dla siebie do mojego wyjazdu.

- Hurra! - wrzasnęła w słuchawce. - Boże święty! To najbardziej zajebista wiadomość w historii. Gratuluję, kochana!

* * *

Następnego wieczoru stałam na chodniku przed domem z panem Miłowem, moim wiekowym sąsiadem o skórze pokrytej plamami wątrobowymi. Wciągnął mnie w niekończącą się rozmowę o oburzających cenach chleba i jogurtu. Zaczynałam właśnie nieznacznie przesuwać się do wejścia do budynku, kiedy zatrzymał się obok nas czarny mercedes.

Imponujące brwi pana Miłowa, przypominające nieco srebrne gąsienice, gwałtownie uniosły się w popłochu. Siedzący na fotelu pasażera mężczyzna w czapce i okularach słonecznych opuścił szybę i z silnym akcentem wschodnioeuropejskim powiedział:

- Pani Brandt? Proszę wsiąść do samochodu.

- Nie zamierzam nigdzie wsiadać - odpowiedziałam ze śmiechem. Potem jednak zauważyłam, że pan Miłow jest naprawdę przerażony i z trudem łapie powietrze.

Złapałam go za ramię, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, otworzyły się tylne drzwi i wysiadła Joanna z butelką szampana.

- Przepraszam! - zawołała, wyskakując z auta. - Nic mu nie jest? Dobrze się pan czuje? To miała być niespodzianka dla Maddie! Świętujemy, że nie musi jeszcze wracać do domu! Strasznie przepraszam. - Podniosła szampana i uśmiechnęła się zawstydzona, z poczuciem winy. - Iznenada! Niespodzianka!

Pan Miłow wziął się w garść i odszedł, trzymając się za serce, powłócząc nogami i coś mamrocząc.

* * *

Godzinę później siedziałyśmy z Jo przy stoliku w rogu restauracji w Sheratonie, pijąc bellini i zajadając się wołowym carpaccio i wędzonym łososiem.

- Byłam ci winna wizytę - powiedziała, nabijając kawałek łososia na widelec. - Ostatnio byłam taka zajęta... Ty mnie odwiedzałaś znacznie częściej. Nawet nie jechało się tak długo. Z pięć godzin. Bułka z masłem. I wiesz co? Cudownie się tutaj czuję, z dala od tych konfliktów i nienawiści, świetnie się z tobą bawię. A ten łosoś jest nieziemski.

Zaczęła na jednym wdechu nakreślać mi plan, zgodnie z którym miałyśmy pod koniec lata pojechać do Czarnogóry i spędzić tydzień na plaży w Budvie.

- Moja koleżanka Ana umówi nas ze swoim znajomym, gość wynajmuje swoje mieszkanie na całe lato, a sam przenosi się do wuja, który nie ma zębów i mieszka pod mostem czy coś w tym stylu. W każdym razie widok stamtąd jest przepiękny. Ana wysłała mi mejlem zdjęcie, pokażę ci, jak wrócimy do domu, ale serio, Maddie, jest tam super, a skoro zostajesz na wakacje, to nie muszę jechać sama! Urlop mam od szóstego sierpnia do...

Kiedy tak wesoło trajkotała, jej telefon zawibrował. Nie przerywała sobie, otworzyła klapkę komórki, ale kiedy zerknęła na ekran, twarz całkowicie jej się zmieniła. Na czole miała taką małą żyłkę, która zawsze zaczynała pulsować krwią, kiedy się denerwowała. Teraz pulsowała jak szalona, a Jo trzęsły się ręce.

- Ja pierdolę.

- Co?

Zamknęła telefon i zwiesiła głowę.

- Co się stało? - zapytałam.

Podniosła wzrok i westchnęła ciężko.

- Muszę, kurwa, wracać do jebanego Skopje.

- Jak to?!

- Czekaj. - Przedzwoniła szybko do kierowcy, a potem gestem poprosiła kelnera o rachunek. - Przepraszam. Jednak nie mogę zostać.

- Co się stało?

- Czekamy na transport pieluch i mleka w proszku dla niemowląt do obozu dla uchodźców w Stankovci, i właśnie nam go zatrzymali na granicy z Grecją.

- Ale przecież jest weekend. To nie może poczekać do poniedziałku?

- Jeśli ten transport przepadnie, to stracimy tysiące dolarów - powiedziała, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu portfela. - A z tego, co zrozumiałam, macedońska policja próbuje go skonfiskować. W takim wypadku nigdy już byśmy nie zobaczyli ładunku.

- Dlaczego to robią?

- Bo jakiś policjant na granicy wie, że jest taka nawiedzona Amerykanka, która im zapłaci za przepuszczenie transportu.

- Czyli ty?

- No raczej.

- Przekupisz policjanta?

- Tak jest - odparła nonszalancko, po czym wychyliła ostatni łyk drinka.

- Jezu Chryste - powiedziałam.

- "Jezu Chryste" - spapugowała mnie i wybuchnęła śmiechem. - To nic takiego, Maddie. To tylko sposób, żeby coś załatwić.

Złapałyśmy taksówkę i wróciłyśmy do mnie. Kiedy Jo była zajęta wrzucaniem rzeczy z powrotem do torby, ja też zaczęłam się pakować. Zauważyła to.

- Nie możesz ze mną jechać.

- Czemu nie?

- To nie jest najlepszy pomysł w obecnej sytuacji.

- Skończyłam zajęcia, a szczegóły zlecenia od Fodor's dostanę dopiero za dwa tygodnie. Do tego czasu nie mogę nawet zacząć pracować. Weź mnie ze sobą.

- W Macedonii jest coraz gorzej. Masakry. Bomby. Ambasada amerykańska wydała ostrzeżenie dla podróżnych, żeby tam nie jechali.

- Przecież ty tam mieszkasz!

- Bo muszę! Nie bądź głupia.

- Jadę z tobą.

Zawahała się na ułamek sekundy, po czym złapała mnie za rękę.

- Dziękuję.

* * *

Przez pierwszy odcinek drogi Joanna wisiała na telefonie, esemesowo omawiając sytuację ze współpracownikami. Kiedy minęliśmy granicę, zamyśliłam się. Rodzice będą wściekli, że przyjęłam ofertę Fodor's i zostaję w Europie. Podejrzewałam za to, że babcia Audrey raczej się ucieszy. Ona też odczuwała frustrację i marazm, kiedy sama dorastała w małym uniwersyteckim miasteczku na Środkowym Zachodzie Stanów, pełnym imigrantów i intelektualistów. Ale nauczyła się niemieckiego od dziadków, a francuskiego w szkole.

Kiedy miałam trzynaście lat, zabrała mnie na wycieczkę po Francji śladami architektury, z naciskiem na budowle projektu Le Corbusiera. Z kolei w każdą sobotę prowadziła mnie do muzeum Nelson-Atkins i kazała powtarzać: "Chociaż muzeum Nelson-Atkins w Kansas City słynie głównie z bogatej kolekcji sztuki azjatyckiej, ja osobiście przepadam zwłaszcza za wspaniałym skrzydłem wschodnim, pełnym dzieł europejskich mistrzów, takich jak Caravaggio, El Greco, Degas czy Monet".

To była jedna z wielu wyuczonych opinii, jakimi miałam się dzielić z obytymi w świecie ludźmi, którym przedstawiała mnie przy najróżniejszych okazjach. Pamiętam, jak siedziałam naprzeciwko niej nad lekkim obiadem po jednej z takich wycieczek do Nelson-Atkins. Udało nam się dostać jej ulubiony stolik w rogu eleganckiego Carriage Club. Sączyłam herbatę, udawałam, że nie zauważam koszyka z apetycznym pieczywem, i zjadałam małe kęsy sałatki, tak jak mnie nauczyła.

- Problem z Sarą - powiedziała, mając na myśli moją seksowną siostrę - polega na tym, że nikt jej jeszcze nigdy nie złamał serca. No a Julia... Cóż. Julia jest bardzo mądra. Ale to raczej wiedza książkowa, rozumiesz, o co mi chodzi. Za to ty, moja droga - ciągnęła, wbijając we mnie małe, szare oczy pełne żarliwej ambicji - jesteś bardziej podobna do mnie. Jesteśmy z tych, którzy chcą podbić świat. Tacy jak my nie przestrzegają zasad. Moi dziadkowie nazwaliby cię Übermensch. Jesteś nieprzeciętna.

Ujęłam w obie ręce żylastą dłoń babci, nachyliłam się ku niej przez stół i wymieniłyśmy porozumiewawcze uśmiechy. Może i byłam nieprzeciętna. Tak twierdziła, a ja nie miałam nic przeciwko, żeby to sprawdzić. W mojej przyszłości nie było miejsca na przeciętne Kansas. Moi rodzice nie mieli o tym jeszcze pojęcia, ale nie zamierzałam wracać w rodzinne strony już nigdy.

Częściowo z powodu tej rozmowy z babcią Audrey zaczęłam postrzegać reguły raczej jako sugestie, kpić sobie z zagrożenia i flirtować z niebezpieczeństwem. Lekkomyślnie podlatywałam zbyt blisko słońca, tak jak Ikar ze swoimi skrzydłami z piór i wosku. Powinien był wykazać się rozsądkiem. Skrzydła stopiły się i rozpadły. Runął z niebieskich przestworzy wprost we wzburzone fale i zginął.

Stojan, nasz kierowca, uchylił okno i zapalił papierosa. Trzymał tylko jedną rękę na kierownicy. Jechaliśmy teraz dawno nieremontowanym odcinkiem autostrady, ciemną, nierówną drogą. Z naprzeciwka pędziły ciężarówki, mijały nas, wzbudzając silne podmuchy wiatru.

Stojan zaczął wyprzedzać jadący wolno samochód, reflektory aut jadących w przeciwnym kierunku migotały złowróżbnie w oddali. Radio grało głośno.

Zerknęłam na Joannę. Uśmiechnęła się do mnie sennie i zamknęła oczy. Ja zrobiłam to samo.

Kiedy się obudziłyśmy, góry były już za nami.

MADDIE

Dziewięć tygodni wcześniej

Ian jest w Nigerii, ochrania grupkę strażaków z Boots & Coots, którzy mają ugasić gigantyczny pożar szybu naftowego pod Port Harcourt, gdzie w zeszłym miesiącu doszło do samobójczego zamachu bombowego. Zduszenie takiego pożaru może zająć wiele tygodni, a potem dochodzi jeszcze gruntowne sprzątanie. Powiedział mi, że wyjeżdża na trzy miesiące, ale tak naprawdę nie wiem, kiedy wróci.

Jestem w drodze do Cami J. i zastanawiam się, czy w ramach dzisiejszej sesji znów będę musiała wypisywać rzeczy, których się boję. Jeśli tak, to tym razem dorzucę do listy nigeryjskich dżihadystów z Boko Haram, z ich fanatycznym przywódcą na czele. Wczoraj przez chwilę pokazali go w telewizji... przewijałam ten fragment sześć razy... Ciamkał gumę i jakby nigdy nic oznajmił: "Wiecie co? Porwałem te dziewczyny!".

Oglądałam reportaż raz po raz i nie mogłam przestać myśleć o tych dwustu dziewczynkach, które oni tak po prostu zabrali ze szkoły. Taki jest teraz świat. Nie ma żadnych konsekwencji. I to tam właśnie Ian jest już od trzech miesięcy, tam będzie musiał tkwić, nie wiadomo jak długo.

Skoro Ian jest za granicą, a rodzice pojechali do St. Louis w odwiedziny do mojej siostry, muszę zostawić Charliego na dwie godziny w klubiku YMCA, żeby dojechać do Overland Park, odbyć sesję i wrócić. Nie mogę znaleźć jego bucików, a on nie może znaleźć superbohaterskiej bransoletki surwiwalowej, którą Ian zrobił specjalnie dla niego. Spóźnię się.

Jak szalona wyjeżdżam tyłem z podjazdu i niemalże potrącam Wayne'a Randalla, naszego sąsiada. Dawniej Wayne sprzedawał ciągniki i maszyny rolnicze, a od czasu przejścia na emeryturę całymi dniami sadzi drzewa, przycina żywopłoty, a teraz jeszcze rozstawia spektakularne dekoracje świąteczne w domu i ogrodzie... jakieś dwa miesiące przed czasem. Stoi centralnie za moim samochodem, więc muszę zahamować. Czterdzieści lat temu Wayne spędził trzy tygodnie nad morzem w Anglii, a poza tym jest fanem Monty Pythona. Dlatego przy każdej okazji, czy jestem z Ianem, czy sama, Wayne wita się ze mną serdecznie i zagaduje okropnym brytyjskim akcentem.

- Maddie! - woła zza okna, machając przy tym ręką w kółko, jak obłąkany, jakby przekręcał korbkę.

Charlie z zaciekawieniem wychyla się do przodu w foteliku. Wayne jest dla niego jak klaun.

Posłusznie opuszczam szybę. Sąsiad wtyka w szczelinę czerwoną twarz i krzyczy:

- Uszanowanie dla zacnej panienki! Musi kiedyś panienka wpaść na popołudniową herbatkę!

- Przepraszam, Wayne, ale teraz nie mam czasu - odpowiadam. - Jestem już spóźniona.

- Rozumiem - mówi, ale nie ustępuje. - A jak tam panicz Siusiumajtek? - Uśmiecha się do Charliego, szczerząc wielkie brązowe zęby.

Charlie chmurzy się i odpowiada:

- Nie mówimy już "siusiumajtek".

- Bo jesteś taki duży?

- Nie. Bo załatwiam się w ubikacji. Nie w majtki.

Wayne wali się po udzie, takie to zajebiście śmieszne.

- A to rezolutny kawaler!

- Mówię prawdę. - Charlie ponuro kiwa głową. Podnosi goły nadgarstek, żeby Wayne mógł zobaczyć, i dodaje: - Widzi pan? Zgubiłem bransoletkę.

- Chłopcy nie noszą bransoletek! - przekomarza się Wayne i puszcza do mnie oko.

Charlie siada wyprostowany, robi się czerwony na buzi.

- Właśnie że tak. Robi się je z linek od spadochronu i żołnierze je noszą, i mój tata też.

- Dobrze, spokojnie - mówi Wayne przepraszająco. - Tak sobie tylko...

- Tata sam ją dla mnie zrobił. A pan się na tym nie zna, bo nie jest pan żołnierzem.

- Hola, Charlie - strofuję. - Wystarczy.

Przez twarz Wayne'a przebiega cień, powieka drga mu w nerwowym tiku.

- Tak ci powiedział tata? Że Wayne Randall nie był na wojnie? Tak powiedział?

Wayne zaczyna coś mamrotać, jak to próbował się zaciągnąć do wojska, ale ja już nie mogę czekać ani chwili dłużej.

- Bardzo cię przepraszam, Wayne. Powinnam była od razu wyjaśnić, że śpieszymy się na wizytę u lekarza.

- W takim razie proszę o wybaczenie. Komu w drogę, temu czas! - mówi, wycofując się rakiem.

Wyjeżdżam na ulicę i w lusterku wstecznym widzę, że łypie na mnie spode łba. Ręce wiszą mu bezwładnie po bokach. Trochę mi głupio, ale jak bardzo bym się starała, nie poświęcę emerytowanemu sąsiadowi tyle uwagi, ile by chciał. Musielibyśmy z Charliem przesiadywać od rana do nocy w jego garażu i patrzeć, jak buduje domki dla ptaków.

Odwożę Charliego i pędzę na złamanie karku przez pola autostradą łączącą Meadowlark z wysuniętymi najbardziej na południe przedmieściami Kansas City - wyspą zamożności Overland Park. Z każdą minutą zbutwiałe szopy ze sklejki, obory, słoneczniki i sterty rupieci ustępują miejsca rozległym, wypielęgnowanym trawnikom otoczonym świeżo malowanymi, bielutkimi płotkami.

Osiedle Cami J. jest elegantsze niż nasze. Ian też chciał tu kupić dom, ale przekonałam go, że Meadowlark to bezpieczniejsza inwestycja. Nie chciałam ładować wszystkich pieniędzy w nieruchomość. Chciałam, żeby zostało nam dosyć na wyjazdy, kolacje w restauracjach i nocne wyjścia na miasto. Pięć minut później zaszłam w ciążę. To by było na tyle, jeśli chodzi o rozrywki. Ale Charlie... słodki, lepki Charlie, te jego policzki jak jabłuszka, maślane uściski i zaślinione buziaki są warte każdego poświęcenia.

Z zaledwie dwuminutowym opóźnieniem pokonuję schodki prowadzące do ganku Cami J. Otwiera drzwi, wygląda dziś jak skrzyżowanie Davida Lee Rotha z motylem: rozwichrzone loki a la lata siedemdziesiąte, spodnie dzwony i półprzeźroczyste kolorowe szaliki. Czekała na mnie.

- Umówiłyśmy się na dwunastą - mówi, a ja chowam twarz w dłoniach. Jestem w rozsypce.

- Ostatnio ciągle coś mi się myli - tłumaczę. - To żenujące. Schowałam bekon do szafki. Postawiłam czajnik elektryczny na kuchence i teraz w całym domu śmierdzi paloną gumą, i...

- Ćśśś - uspokaja i obejmuje mnie ramieniem. - W końcu doznałaś poważnego urazu mózgu. Odpuść sobie trochę. Mnie zdarza się robić takie rzeczy przez zwykłe roztargnienie. Wszystko z tobą w porządku, Maddie, ciągle ci się poprawia. Sama opiekujesz się trzylatkiem, a to nie jest łatwe. Wejdź, zaparzę ci herbatę.

Rzadko płaczę, ale jeśli już mi się zdarza, to zwykle dlatego, że ktoś jest dla mnie miły. Płaczę, kiedy Cami J. robi mi herbatę, i czuję się potem znacznie lepiej. Dochodzę do wniosku, że bezwarunkowo kocham moją zumbowo-hipisowską psycholożkę z czapką w brylanciki i wrzynającymi się w krocze spodniami - wyraźnym camel toe. Czuję, jak zalewają mnie fale ciepłych uczuć w stosunku do niej, i jestem niemal pewna, że kiedy na mnie patrzy, widzi właśnie mnie. Mnie, Maddie, a nie moją zmasakrowaną twarz.

- Czyli zapomniałaś zdjęć - mówi, kiedy już siedzimy w gabinecie z kubkami herbaty.

- Wyjęłam je, ale potem zostawiłam na stole w kuchni. Charlie nie mógł znaleźć butów... zrobiło się późno... no i tak, zapomniałam.

- W porządku - mówi. - Nie przejmuj się. Chciałam dziś zacząć od ćwiczenia ze zdjęciami, ale mam też inną metodę, którą możemy wypróbować. Do niej potrzeba tylko długopisu i zeszytu. - Patrzy na mnie z wyczekiwaniem, a ja skręcam się ze wstydu. - Zapomniałaś, że miałaś zacząć przynosić zeszyt i długopis?

- Zapomniałam.

- A do domu trafisz - pyta z przekąsem.

- Mam nadzieję, że trafię. I że nie zapomnę odebrać Charliego.

Po moich słowach zapada cisza, ale po chwili obie odzywamy się jednocześnie:

- To nie jest śmieszne.

Wybucham serdecznym śmiechem i chociaż nadal mnie boli, to czuję się wspaniale. Ona wstaje i podchodzi do regału, na którym leży sterta kołonotatników. Przegląda je, po czym odwraca się do mnie z psotnym uśmieszkiem. Na okładce notatnika, który dla mnie wybrała, widnieje zdjęcie wesołego kotka z przednimi łapkami o różnym umaszczeniu. Podpis głosi: "Życie jest zbyt krótkie, żeby dobierać skarpetki do pary".

- Proszę - mówi radośnie. - Podpisz się. Będziesz używała tego zeszytu u mnie w gabinecie. Jest twój, ale będę go tu trzymała, żeby zawsze był na miejscu. Będę robiła kserówki twoich wpisów, żebyś mogła zabierać je do domu i przeglądać, kiedy będziesz chciała. Dobrze?

- Dziękuję, Cami J. - Biorę od niej zeszyt.

- A teraz proszę, żebyś napisała list. Adresatem może być osoba żyjąca albo zmarła. Możesz napisać do swojej babci. Może do Charliego. Albo do Iana. Najważniejsze, żebyś czuła, że możesz się swobodnie tej osobie zwierzyć. To musi być ktoś, kto cię zrozumie. Ale adresat nie jest dla mnie tak istotny jak temat listu. Chcę, żebyś napisała o problemach, z którymi się zmagasz, a zwłaszcza o problemie, który skłonił cię do tego, żeby zgłosić się do mnie. Opowiedz tej osobie, co się dzieje, dobrze? Ten list nigdy nie trafi do adresata, o ile sama tak nie zdecydujesz. Nikt oprócz mnie go nie zobaczy, więc możesz pozwolić sobie na brutalną szczerość.

- Brzmi znacznie trudniej niż poprzednie zadanie.

- Jest trochę trudniejsze, ale niewiele.

Zamykam oczy i zaczynam intensywnie myśleć. Mama. Tata. Julia. Sara. Nie. Ian? Nie. Ktoś, kto mnie zrozumie, tak powiedziała.

Przysuwam sobie zeszyt, pochylam się i zaczynam pisać.

Droga Jo!

No tak, oczywiście nie ma Cię na Facebooku, jesteś ponad to. Nie mam zielonego pojęcia, co się z Tobą działo przez ostatnie cztery lata. Cztery lata... To wtedy ostatnio rozmawiałyśmy.

Zabolało mnie to. Zadzwoniłam powiedzieć Ci, że jestem w ciąży. Chciałam, żebyś nas odwiedziła. Chciałam, żebyśmy o wszystkim zapomniały i znowu były przyjaciółkami.

A Ty się rozłączyłaś.

Wiem, jakie masz zdanie na temat Iana i wszystkich "okropnych rzeczy", jakie według Ciebie zrobił. Jego wersja zdarzeń jest inna, ale, szczerze mówiąc, już mnie to nie obchodzi. Przeszłość to przeszłość. Powinnaś była do mnie przyjechać. Ja bym to dla Ciebie zrobiła. Przyjechałabym. Bo jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek miałam, i wiem, że już nigdy nie będę miała kogoś tak bliskiego.

To właśnie dlatego piszę do Ciebie, osoby, która zawsze mnie rozumiała. No dobrze. Wszystko zaczęło się po moim wypadku. Przewróciłam się. Pewnie Cię to nie zdziwi, nieraz zdarzało nam się razem wywalić, LOL. Tym razem przewróciłam się i rozbiłam sobie głowę, kiedy byliśmy z Ianem na biwaku w Kolorado. Poszłam się załatwić, ale nie wzięłam czołówki i nie widziałam, co mam pod nogami. Wcześniej piłam, jak pewne się domyślasz. Potem pamiętam wszystko jak przez mgłę. Ian musiał mi pomóc odtworzyć przebieg wydarzeń.

Wróciłam do namiotu cała zakrwawiona, Ian znalazł apteczkę. Zamierzał mnie posklejać, ale kiedy zobaczył ranę, okazało się, że jest zbyt poważna. Miałam szczęście, że nie wybiłam sobie oka. Ian uznał, że sam sobie z tym nie poradzi, więc wezwał karetkę.

Nie chcę Cię zanudzać szczegółową relacją, więc w skrócie: Ian nie mógł pojechać ze mną karetką, bo Charlie spał w namiocie, a nie chcieliśmy go straszyć. W szpitalu było pełno pielęgniarek i lekarz, który mnie pozszywał. Kazał mi od razu po powrocie zgłosić się do chirurga plastycznego. Powiedział też, że policja chce ze mną porozmawiać.

Dwóch policjantów zaczęło mnie wypytywać o przeszłość zawodową Iana, o służbę w wojsku i pracę w ochronie. Pytali, czy się pokłóciliśmy. Czy Ian pije i jak dużo. Twierdzili, że rana nie wygląda na odniesioną wskutek upadku, że ktoś musiał mnie zdzielić kamieniem albo gałęzią. Mówiłam, że nie mają racji. W końcu zapytali, czy "takiej wersji zamierzam się trzymać". Potwierdziłam.

Nie zgodziłam się na tomografię komputerową, bo mamy beznadziejne ubezpieczenie i wiedziałam, że pewnie i bez tego będzie nas to kosztować ładnych parę tysięcy dolarów. Dostałam receptę na antybiotyk i hydrokodon, wezwali mi taksówkę. W drodze do domu zrobiłam sobie zdjęcie telefonem. Jestem w szoku, że wypuścili mnie z tego pogotowia w wiejskim szpitalu o trzeciej nad ranem, chociaż pół twarzy miałam zmasakrowane i spuchnięte, a od czoła przez powiekę i w dół policzka biegły dwadzieścia dwa szwy. Jestem w szoku, że nikt nie zaprotestował, kiedy recepcjonista odsyłał mnie rozklekotaną taksówką z nerwowym kierowcą na biwak na kompletnym wygwizdowie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki