4
- Trudno mi zasnąć z zimnymi nogami - powiedziała Wysoka.
- Mnie też - przytaknęła Skórka.
- Jakby mi w brzuchu siedziała cegła.
Wiedziała już, w jakim sensie ojcowie i matki mylą się co do swoich dzieci. I odwrotnie.
- Zawsze wnosisz więcej do gry - stwierdziła Wysoka. - Dziewięć miesięcy do urodzenia dziecka, potem dwadzieścia lat na wychowanie. Lepiej nie pytaj, czy ludzie chcą tego od siebie.
Opowiedziała, że była z Włochem, który nosił owijacze.
- Myślisz, że jałówka w rzeźni może dziękować rzeźnikowi, że ją zarżnie?
Nie zmieniło to ani na jotę oceny, jaką w myślach wystawiła oberführerowi, który oczekiwał podziękowania za sterylizację.
Nie powinna miesiączkować, ale jakby co, musi mu to zgłosić.
- Nie będzie ze mnie stara krowa - rzekła.
- Niektórzy są jak pokrzywy, mogą parzyć - łagodziła Skórka.
- Albo jak trucizna - dodała Wysoka, zmieniając się po chwili w sędzię: - Niektóre dziewczyny nawet u siebie w domu nie miały żadnych zahamowań. Szły na całość.
Kilka razy zdzieliła Rudą po gębie. Nie wiadomo dlaczego.
Już jako piętnastolatka Ruda zadawała się z facetami, na których Wysoka by nie spojrzała, nawet trzeźwa. Ruda chełpiła się, że jak co drugi dzień była pijana, potrafiła zaliczyć trzech albo pięciu kochanków, co tam Niemcy. Na początku wojny naliczyła ich ponad pięćdziesięciu!
Madame płakała nie dlatego, że na podwórzu oberführer stłukł ją laską, którą się podpierał. Po trafieniu w łokieć nie mogła poruszać ręką, będzie więc masować majora tylko jedną. Rękawem otarła łzy zamarzające na policzkach. W szlochu pobrzmiewało echo wspomnień sześćdziesięcioletniego kochanka, którego miała w wieku czternastu lat. Nigdy jej nie uderzył. Przeklęła oberführera.
- Niczego nie żałuję. Nikogo nie przepraszam. Na nikogo i na nic się nie oglądam. Zapamiętajcie to sobie! - grzmiał oberführer Schimmelpfenig podczas apelu.
Nikt nie pisnął ani słowa.
Przed rozpoczęciem dniówki o szóstej rano szorowały podłogi kwater wartowników. Przyniosły esesmanom węgiel, umyły okna. Wyprały celulozową pościel z fabryki w Stuttgarcie. Czy koce były zrobione z włosów z Auschwitz-Birkenau? Długie kosmyki derek przypominały zwierzęcą sierść z postrzępionym ciemnozielonym włosiem. Czyściła okopcony klosz naftówki.
W ciszy pustkowia zerwał się wiatr. Pędził masy niezamarzniętych jeszcze płatków śniegu i tworzył zaspy. Ustał równie nagle, jak się zjawił. Przestały brzęczeć szyby. Słoneczny dzień pozwalał dojrzeć kamieniołom. Na horyzoncie pojawiły się wilki.
Czuła na sobie grube ciało sierżanta artylerii. Spytał ją o majora von K. Zna go? Zaprzeczyła.
Doktor Schimmelpfenig opatrzył siedemdziesięciodwuletniego sierżanta Fritza Handlera z Chemnitz, który po stosunku cierpiał na nagły zanik pamięci. Nie wiedział, z jakiej jednostki przyjechał i z kim był, zupełnie jakby oberwał w głowę. Sprytna potwierdziła, że się nie oszczędzał. Jej zdaniem dostał udaru.
Madame zawiadomiła oberführera.
- Co takiego? Stracił pamięć?
Zanim doszedł do siebie, sierżant Handler spędził w izbie chorych dwanaście godzin.
Oberführer Schimmelpfenig trzeci raz zerknął na zegarek. Dwie godziny temu ciężarówka z Wehrkreisu miała przywieźć dwie skrzynki margaryny, skrzynkę sztucznego miodu, trzy skrzynki amunicji do automatów wartowniczych i dwie nowe dziewczyny.
- Scheisse - zaklął. Wobec braku punktualności był nieprzejednany.
- Przywykłaś już do munduru? - spytała ją Estela, po czym dodała: - Pierwszego dnia tutaj widziałam, jak na śniegu wilki obgryzają nagie ciało. Czego one nie zżarły, to dokończyły psy.
- Ty dzisiaj nie - powiedziała Skórce madame.
Kazała jej się wykąpać, wyszykować i czekać. Przyjdzie oficer Hentschel, hauptmann Wehrmachtu. Na piecu niech ustawi garnek z wodą. Dostanie pachnidło, olej, nową sukienkę, bieliznę i buty. Będzie mieć dla niego tyle czasu, ile on zechce. A później swymi wszechwiedzącymi szarymi oczami posłała jej długie spojrzenie.
- Wciąż jesteś jak kot, który boi się nawet tego, kto go karmi. - I dodała: - Gdybyś nie była w lagrze, patrzyłabyś na Niemców jak na resztę. Od pasa w dół wszyscy są tacy sami.
- Nie masz tu za dużo światła, nie trzeba nawet gasić - powiedział Daniel Auguste Hentschel, hauptmann Wehrmachtu.
Zdawało się, że odrobinę utyka na lewą nogę. Gdy otworzył drzwi, płomyk świecy zachybotał w przeciągu, niemal zgasł. Nie zdejmując rękawicy, zasalutował, po czym zdjął czapkę. Patrzyła na niego z dołu. Oficer, pomyślała. Co to znaczy? Czuła napięcie, którego nie wolno jej było okazać. Miał pociągłą zapadłą twarz, orli nos, szeroko rozstawione jaskrawoniebieskie oczy i ciemnobrązowe włosy.
Wniósł do klitki chłód, zieleń podbitego futrem płaszcza i spodni oraz srebro lampasów. Stukot ciężkich butów. Przy drzwiach zostawił mokre ślady. W jego oddechu wyczuła zapach tytoniu i inne wonie.
Patrzyła na oficera tak samo jak podczas selekcji w obozie kobiecym Auschwitz-Birkenau. Z każdym mundurem wracało to do niej już od tygodnia.
- Słowo daję, jazda tutaj to piekło. Jakbyś po śniegu i lodzie sunęła w zaświaty.
Był bezceremonialny od pierwszej sekundy. Przekonany, że wszystkie prostytutki są z tej samej gliny, darował sobie formalności.
- W zeszłym tygodniu auto jadące przed moim horchem najechało na minę. Na wpół przytomny zobaczyłem pielęgniarkę. Pochylała się nade mną. Mogła być w twoim wieku. Umierałem z obrazem jej szyi i rowka między piersiami. A gdy doszedłem do siebie, schylała się nade mną okularnica starsza od mojej matki.
Hauptmann Hentschel mówił swobodnie, jak do znajomej, jakby kontynuował przerwaną wcześniej opowieść. Wciągnęła zapach ciemnozielonego płaszcza z owczą podszewką i gęstym futrzanym kołnierzem, mieszanki naftaliny, prochu, potu i wilgotnego śniegu. Wyobraziła sobie, jak na niej leży. Był barczysty, wysoki, masywny, świeżo ogolony. Ubrany bez zarzutu. Włosy krótko przystrzyżone, z jaśniejszymi końcówkami. Przypominał większość żołnierzy, jakich miała przez siedem ostatnich dni. Z każdym czuła się niczym zwierzę, które obwąchuje inne. Nie chciała się gapić na hauptmanna, jak to robiła Gruba, ani przed nim klękać, jak Ruda czy Maria z Poznania.
Był przemarznięty. Zgrabiałą ręką obrócił drewniany rygiel i zaczął ściągać rękawice. Pomyślała, że skoro dojechał w takiej zamieci, musi być dobrym szoferem. W kaburze przy pasie miał pistolet. Gdyby wiedział, z kim się zadaje, być może by go wyjął albo wykopał ją na korytarz. Potem by ją powiesili, umieszczając na piersi tabliczkę z napisem: "Zataiłam, że jestem Żydówką", jak robili to w Auschwitz-Birkenau. Trup trzy dni tkwił na krześle pośrodku lagru, żeby wszyscy zdążyli go zobaczyć. Tak samo postępowali z pojmanymi zbiegami, których ktoś zdradził. (Przez osiemdziesiąt dni w obozie kobiecym widziała to trzy razy).
Musisz zachować ostrożność, skarciła się. Nie miała w sobie kociej zmysłowości Rudej czy Marmoladowej Kotki, nie potrafiła zaoferować tego, co Ropucha, czyli Maria z Poznania. Chowała się za obojętnością. Patrzyła na niego. Czuła się jak zwierzę czekające na atak innego zwierzęcia. Albo jak służąca, której za chwilę pan nakaże, co ma zrobić. Czego zażąda? Za co ją pochwali albo zgani?
- Jak się masz? Dobrze? - rzekł hauptmann.
- Tak, dobrze. Jawohl.
- Wyglądasz na smutną. Dlaczego?
- Wydaje się panu.
- Mam nadzieję, że się zrozumiemy.
Stojąc przy piecu, rozcierał ręce. Wyczuwał jej bojaźń, chłód, powściągliwość i brak pożądania. Gdy zerknął na zegarek marki Junghans, przypomniała sobie poranek na rampie w Auschwitz-Birkenau. Swój pierwszy zegarek musiała zostawić w wagonie razem z przywiezionymi rzeczami. Przyjechali o czwartej, o wpół do piątej straciła zegarek, o ósmej brata. Oczy hauptmanna łzawiły od mrozu. Stanął w rozkroku i niezdarnie, niczym zmarznięty ptak, zaczął wymachiwać rękami. Oswajał się z szarością klitki. Wobec jego potężnej postury kabura z pistoletem zdawała się niewielka. Mimo że już na korytarzu strząsnął śnieg z butów, zostawiał ślady. Mógł mieć trzydzieści, trzydzieści pięć lat.
Wziąwszy ze skrzynki szmatę, wytarła ślady i małą kałużę, po czym wróciła na swoje miejsce przy łóżku. Na każdym skrawku skóry czuła badawcze spojrzenie hauptmanna. Czy to tylko ciekawość? Wszyscy ją taksowali zaraz po wejściu. Nie podniosła wzroku, bojąc się spotkania z jego spojrzeniem. Gardził nią? Podejrzewał ją? Przytłaczała ją ogromna sylwetka i to, że był niemieckim oficerem. Zorientowała się, jak bardzo jest pobudzony. Do czego pił, mówiąc, że ma nadzieję, że się zrozumieją?
Hauptmann Daniel Auguste Hentschel wierzył, że wojna zmieni kobietę w część mężczyzny, z którym ona akurat przebywa. Tę część, która pragnie go chronić, czuje bowiem, że ciało wojującego mężczyzny ma potrzebę zespolenia z jądrem kobiecej duszy, którą tworzą mięso i krew. I co mężczyznę podnieca i zadowala, nie wyłączając tego, czego mężczyźni boją się u kobiet. W takiej chwili w mężczyźnie nie ma nic odpychającego. Może przyjść przed walką albo po bitwie, ubłocony, spocony, brudny czy zakrwawiony. W osmalonym, porwanym ubraniu, w rozdartych butach, poszarpanym podkoszulku albo bez koszuli, zarośnięty, zapuszczony, rozczochrany, cuchnący kilkudniowym potem, prochem, krwią i szlamem, utytłany bebechami wroga. Wróci mu pewność siebie i siłę, da ukojenie, jakie tylko z nią może mu się przytrafić. Wyprostuje się, urośnie we własnych oczach, odzyskując to, co uważał za utracone. W takim momencie kobieta traktuje mężczyznę jak dziecko. Jest jak matka zdolna oddać za dziecko własne życie. Mężczyzna, który zabija ze świadomością, że sam może zostać zabity, z taką kobietą ma wrażenie, że urodzili się jedno dla drugiego.
Był przekonany, że mężczyzna narodził się po to, by walczyć i kopulować. Kobieta z kolei ma pocieszać, zadowalać i pobudzać mężczyznę. Dotyczyło to zarówno żon, jak i prostytutek polowych, wszystkich.
- Potrafisz sobie wyobrazić, co czuli tutaj pierwsi ludzie?
Na szybie osiadały puszyste płatki, okno stało się niemal nieprzejrzyste. Klitkę wypełniła biaława szarość. Bardzo chętnie zajęłaby miejsce pierwszych ludzi.
- Ładna z ciebie dziewczyna - powiedział.
Na jego rzęsach, brwiach, brodzie oraz pod nosem do połowy górnej wargi tkwiły resztki śniegu. Miał szkarłatne, osmagane wiatrem i mrozem policzki, wilgotne od roztopionego śniegu.
Wciągnęła zapach jego płaszcza, munduru, butów. Odpowiedź byłaby niestosownością. W klitce tańczyły cienie, padając na podłogę, ściany i belki pod sufitem, zakrzywione przez migotliwe światło świecy. Płomyk strzelał bardziej na boki niż w górę, chybotał naprzemiennie, chwilami biały, żółtawy, przy nasadzie knota niebieskawy. Wosk ściekał do talerzyka. Na ścianach były plamy, resztki po zamarzniętych chrząszczach, których nie zdążyły zjeść pająki, same już też zamarznięte wśród strzępków pajęczyn.
- Mam nadzieję, że nie jesteś niemową. A może dopiero uczysz się mówić? Nie mówisz?
Dobiegało tu wycie wilków, które podchodziły aż pod ściany majątku. Z kojców odpowiadało im ujadanie psów. Przez bramę nieustannie wjeżdżały i wyjeżdżały samochody, autobusy, ciężarówki.
- Dawniej wierzyłem w sny. Teraz się ich boję.
Nie był pierwszym, który mordował we śnie, co popadło. Bał się takich snów. Nie uważał siebie za mordercę. Wojował, bo musiał. Na swój sposób piękny był to przymus. Usiłował je zapomnieć. Śniło mu się także, że to jego zabili. Ale takich snów się nie bał, gdyż budził się żywy.
- Znasz okolicę?
- Najdalej byłam na stacji kolejowej.
- Nie znasz miasteczka?
- Nie.
- Byłaś kiedy w Festung Breslau?
- Nie. - Zastanawiała się, dlaczego to powiedział. Czyżby o Hotelu dla cudzoziemców w Festung Breslau wiedział to samo, co słyszały one? Czekała, kiedy spyta o Auschwitz-Birkenau.
Czy po siedmiu dniach służby, dzień w dzień dwunastu i raz piętnastu żołnierzy, madame Kulik chciała ułatwić jej życie, posyłając oficera? Znaczy to, że już nigdy nie przyjdzie nikt inny? A dzisiaj ominie ją kolejnych jedenaście ciał, twarzy, jedenaście par rąk i nóg? Włochatych piersi i brzuchów?
- Na jakie pytanie odpowiesz "tak"? - Rozciągnął w uśmiechu zziębnięte wargi.
- Nie wiem.
Chciał się też dowiedzieć, na jakie pytanie odpowie "nie"? Dlaczego pyta? Nie chce dostać tego samego co inni? Nie spieszył się. Przez okno dostrzegła jego horcha. Zaparkował wzorowo przy usypanej na śniegu linii piasku, prostując przednie i tylne koła, a przód auta ustawiając idealnie prostopadle do ściany.
Gdy tylko hauptmann Hentschel trochę się rozgrzał, czarna klitka z belkami sufitowymi oraz ścianami ze sczerniałym tynkiem zdała mu się bardziej przytulna. W długiej rurze buzował ogień. Już się przyjrzał nowej prostytutce. Podziwiał smukłą dziecinną szyję, jej łabędzią biel i rudawe włosy, które albo jeszcze nie odrosły po ostrzyżeniu na zero, albo były przycięte tak, by wyglądały jak szczecina lub hełm. Podobało mu się, że ma jaśniutką cerę. Przejście między szyją a ramionami niczym u kota. Zaczerwienione, nieco wystraszone oczy. Wygląda dobrze, jak na kurwę.
Zarezerwował ją sobie u madame Kulik i oberführera Schimmelpfeniga. Dla odmiany chciał najmłodszą prostytutkę w 232 Ost. Odchrząknął. Chciał się zabawić i miło pogadać. Nie zależało mu na dziwce, która się położy i rozstawi albo podniesie nogi. Ani na suce, która nawet nie szczeknie.
- Dobrze wyglądasz. Uwierzysz, że kiedy tutaj jechałem, był piękny świt? A teraz taka zawierucha. - Był pierwszym, który w ten sposób domagał się współczucia.
Była szczuplutka. Nie dziwota, dietę miały tu raczej skąpą. (Widział ich porcje na blaszanej misce jak dla psa: sałatka kartoflana z marchwią i kalarepą, plasterek kiełbasy i marmolada w ilości z grubsza trzech naparstków).
Tajał z każdą sekundą. Jest dobrze, pomyślał. Wpadło mu do głowy, że gdyby dziwkom zabrakło Erosa, powinien tu występować przynajmniej na plakatach.
W kościach czuł wichurę, którą teraz widział za oknem, podczas gdy on był już pod dachem i we względnie ciepłym miejscu.
- Wyglądasz na... nieletnią.
- Nie jestem nieletnia.
- Zobaczymy. - Usłyszał w swym głosie coś jakby kogucią czupurność, a ona coś innego.
Bała się, że okaże mu odrazę. Wiedziała, że to, po co przyszedł, jest nieodwołalne, ale lęk nie mijał. Kiedy zacznie? Czego zażąda? Jak będzie chciał?
Zaświtała mu myśl o uniwersalności kobiet. O tym, jak wszystkie są podobne do kurew: matki, żony, kochanki, siostry, przyjaciółki czy narzeczone. Uważał, że pod tym względem miał poukładane w głowie. Odrobina światła w mrokach wschodu. Przynależność jednej połowy ludzkości do klubu, którego członkiem jest druga połówka, oczywiście w tym jednym konkretnym sensie.
Uśmiechnął się. To dziewczyna ma się dostosować do niego, nie na odwrót. Tak jest łatwiej. W tym aspekcie wojna nic go nie zmieniła. Była młoda, wręcz za młoda, co wprawiło go w lekką konsternację. Ale co tam, przecież nie jesteśmy w Indiach czy w Japonii, na jakichś wyspach pacyficznych. Regionalny dowódca SS opowiadał o Kinderaktion, akcji "Dzieci", oczywiście z perspektywy SS. Spędzali dzieci do punktów zbiorczych, gdzie robili selekcję. Nie wszystkie czekał pomyślny los, skierowanie do niemieckich rodzin. Przechodziły przez rasowe sito ze wszystkimi konsekwencjami.
- Rodziłaś już?
Zaskoczył ją.
- Nie.
- A śmiejesz się czasem? - Zerknął w okno. Zamieć przybrała na sile. - Żywioły - dodał.
Oczekując od młodej prostytutki ciepłego słowa, był gotów nie skąpić jej życzliwości. Uważał się za poczciwca w srogiej masce.
Rozbawiła go myśl, że zbliżają się do siebie słownymi skokami (bardziej on niż ona), jak żołnierze brodzący w śniegu w pełnym rynsztunku.
Niewykluczone, że trafiła tu w ramach podobnej Kinderaktion. W kościach czuł tutejszą pogodę, pod dachem znośniejszą.
- A mówią: Morgenstunde hat Gold im Munde. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. - Milczała, więc dodał: - Spodziewałaś się kogoś innego?
- Nie.
- Kiedy ci o mnie powiedzieli?
- Rano.
Śnieg na jego rzęsach stopniał. Prowadził trzy godziny bez przerwy. Swego opancerzonego horcha z mocnym silnikiem i łańcuchami na wszystkich kołach, włącznie z zapasowym, zaparkował pod ścianą we wskazanym miejscu. Ojciec też miał horcha, jeden z pierwszych samochodów produkcji niemieckiej. Utrzymywał szofera. Należał do pokolenia, które zrosło się z końmi. Poczuł za kołnierzem wilgoć, przetarł twarz i szyję. Wielkie ręce przypominały węże. Wysunął brodę. Wyobraził ją sobie stojącą z obnażonymi ramionami: chuda, tyczkowata Wenus. W obcisłej sukience słabo rysowały się małe piersi. Czyli tam bez niespodzianek. Wyobraził sobie jej dziecinne łono.
Jeśli wojna nie okazuje się piękna na placu boju, upiększy ją kobieta. Zobaczymy, co da się wyłuskać - niczym jądro orzecha - z tej dziewczyny. Jeszcze nie czuł podniecenia, był zbyt zziębnięty.
Odszedł trochę od rozgrzanej kozy. Piecyk ciągnął dobrze. Wyobrażenie ognia i rzeczywiste ciepło wypełniały hauptmanna Hentschela zadowoleniem. Wiedział, że za chwilę zmieni się w otwartego i odprężonego mężczyznę, dzięki czemu to, co razem zrobią, będzie przyjemniejsze. Wyniósł to z większości zamtuzów. Nie umniejszał roli przyjaznego sposobu bycia, który skracał dystans, nie sprowadzając wszystkiego do zwykłej usługi: nic przedtem ani potem. Pewna prostytutka powiedziała mu, że ma hipnotyzujący głos. Inna, że nagi przypomina Adama z czternastowiecznego obrazu słynnego niemieckiego malarza. Zadawszy sobie trud, w dywizyjnej bibliotece wyszukał owego malarza w albumie poświęconym sztuce niemieckiej.
- Jesteś tu nowa?
- Ósmy dzień.
- Ktoś mi o tobie opowiadał, chyba oberführer albo madame. Jak na ciebie mówią?
- Jeszcze nie dostałam nowego imienia.
- Ale numer już ci wytatuowali.
- Tak. - Poczerwieniała.
- Wątpię, by cię tu przysłali bezimienną.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć.
- Podoba ci się tutaj? Jak przywykłaś?
- Po prostu przywykłam.
- Znaleźć dla ciebie imię?
- Jak pan chce.
- Jeszcze poczekam. Ty też.
Chyba nie był ciekaw jej prawdziwego imienia.
Zwiesiwszy głowę, dotknęła podbródkiem mostka. Była senna. Zmęczenie pojawiało się zawsze rano.
Z berlińskiego salonu Kitty, dokąd zgodnie z rodzinną tradycją chadzał zarówno jego ojciec, jak i ojciec ojca Ferdinand Otto Friedrich, hauptmann Hentschel wiedział, że przezwiska chronią tożsamość dziewcząt przed gośćmi i koleżankami. Przekonał się, że rywalizują między sobą o prestiż (jak żołnierze o Krzyże Żelazne, szarfy i medale), o pieniądze, ekskluzywne kolacje oraz o tych, którzy traktują je brutalnie. Uśmiechnął się w duchu.
Granica między lenistwem a odpoczynkiem była u nich płynna. Broniły jedna drugą, mimo że zarazem zdradzały się nawzajem, podstawiały sobie nogę, oszukiwały i kłamały. W salonie Kitty i gdzie indziej był też świadkiem bójek: szarpały się za włosy, broszki, okładały po twarzach. W jego obecności rozrywały sobie koronki, bluzki i koszule nocne, drapały niczym koty. Mogły przetrwać dopóty, dopóki się podobały i nadawały do użytku. Wolałby to widzieć ciut romantyczniej, ale było jak było. Tylko nieliczne miały to we krwi, większość wypędziła z domu nędza, marzenie o łatwiejszym życiu. Zaledwie niektóre były namiętne. Bały się, że ktoś je zrani, okaleczy lub zabije, że zajdą w ciążę, zachorują. Udawały, że bycie z klientem sprawia im przyjemność, a i to rzadko. Podobało mu się u prostytutek, że nie użalały się nad sobą albo tego nie okazywały. Były tu i już. Większość traktowała swój zawód serio, wierząc, że jest sztuką - jak malarstwo, taniec albo zapasy klasyczne na igrzyskach. Pojedynek lub wyścig na bieżni dwojga zawodników, mężczyzny i kobiety.
- Jestem twoim pierwszym oficerem?
Przytaknęła.
- Dzisiaj?
- W ogóle.
Nie poświęcała żołnierzom więcej uwagi, niż musiała. Jej pancerzem wobec nich stała się małomówność. Nie chcąc poczuć dotyku lodowatych rąk, cieszyła się, że oficer czeka, aż odtaje. Z tym, czego od niej zażąda, pogodziła się już wcześniej.
- Skąd znasz niemiecki?
- Uczyłam się.
- Na kursach wojskowych? W domu?
Nie zauważyła dwuznaczności pytania.
- W domu i w szkole.
- Szkoła jest wszędzie. Znasz niemieckie przysłowia?
- Nie wiem. Jakie?
- Unkraut verdirbt nicht. Złego diabli nie wezmą. Aller Anfang ist schwer. Pierwsze koty za płoty. Albo: Ende gut, alles gut. Wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Chyba je kiedyś słyszała. Ale nie byłoby lepiej, żeby rzucił się na nią, zamiast wypytywać?
- Najwięcej obcych słów przyswoiłem sobie w łóżku. A ty?
- Nie wiem.
- Gdzie się urodziłaś?
- W Pradze.
- Reden ist silber, Schweigen ist gold. Jak to będzie po twojemu?
- Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. - Czerwień z jej policzków znikała bardzo powoli.
- Znam jednego z twoich słynnych krajanów, Rilkego. Życie jest cięższe niż suma wszystkich rzeczy. Zostawiamy tylko to, co kochamy. W raportówce wożę ze sobą Na marmurowych skałach Jüngera.
Nie miała pojęcia, o czym mówi.
Przy piecu była skrzynka, pod ścianą łóżko i lustro, wieszak, emaliowana umywalka, wiadro i dwa krzesła. Majstrzy zamtuza nr 232 Ost dbali, żeby łóżko nie skrzypiało. W kącie stał sobie nocnik, tak po prostu.
- Stać cię na poranny uśmiech?
Nareszcie zaczął ściągać płaszcz. Na bluzie munduru ujrzała Krzyż Żelazny.
Wosk ściekał po świecy, zastygłe krople umacniały ją na talerzyku. Po ścianach oraz między sufitowymi belkami, broniąc się przed mrozem, pełzały na cienkich nóżkach chrząszcze i pająki.
Hauptmann w rozpiętej bluzie schylił się nad świeczką i zdmuchnął płomień.
- Wiesz dlaczego?
Nie wiedząc, milczała.
- Tak będzie przytulniej, będziemy sobie bliżsi. Chyba wolisz, żeby było lepiej niż gorzej?
W jego głosie brzmiała poufałość, przyjazna nuta, której źródło nie biło w wojsku.
Szarość zgęstniała, pociemniały cienie. Czekała, kiedy każe jej się rozebrać, położyć i dać mu to, po co przyszedł. Chciała to już mieć za sobą? Denerwował ją sam fakt, że jest oficerem?
Nie wiedząc dokładnie dlaczego, myślała często o ciałach topielców, które wyciągała z błota na Harmenzach za Auschwitz-Birkenau, aby nie psuły powietrza wdychanego przez Niemców. O dziewczętach w Terezinie, kłócących się, co nie przystoi dziewczynie w relacji z chłopakiem. O dziewczętach w Auschwitz-Birkenau, które przebierały się za mężczyzn, by móc przejść łańcuch straży i zobaczyć ojca, brata, męża czy kochanka, czasem tylko po to, żeby się przekonać, że jeszcze żyją. Na Harmenzach zazdrościła dzikim kaczkom. Podbierała mewom jajka dla esesmanów. Miały delikatną skorupkę i zdarzało się, że pękały w dłoni. Po kryjomu zjadła ich parę.
Wsłuchany w zamieć hauptmann wyławiał odgłosy kanonady.
- To nie moje oddziały.
Milczała.
- Czy tutaj zalatuje piżmem? - spytał.
- Przed dniówką madame Kulik spryskuje klitki pachnidłem.
Wpadło mu do głowy, że tu mogą być szczury.
- Może tak mi się tylko zdaje.
- Nie wiem.
- A tobie co się zdaje? Miewasz sny?
- Czasami.
- Opowiedz o nich.
- Już zapomniałam.
Dziś nad ranem śniła, że jest drzewem ze zdartą korą. Wiatr wyrywał ją razem z korzeniami ze zlodowaciałego śniegu. Soki wyciekały z niej niczym biała krew i natychmiast zamarzały. Pod koniec snu oślepła. Usiadła obok Esteli, wystraszona, że to nie sen. Potem przyśniła się jej matka. Biegła ulicą w płonącym futrze. Skórka popędziła za nią. Ni stąd, ni zowąd stała się naga, a zamiast piersi miała płytkie fioletowe dołki.
- Szkoda - powiedział hauptmann.
Przy krześle obok piecyka stała konew z wodą. Zlecił to oberführer Schimmelpfenig na wypadek, gdyby od rury zajęła się podłoga (za czasów madame raz spłonęła połowa majątku).
- W pobliżu podobno jest kasyno. I gorzelnia.
- Nie znam okolicy.
- Tak słyszałem.
- Nic o tym nie wiem.
- Przyjechałem tu z Festung Breslau. Po drodze widziałem mnóstwo małych obozów koncentracyjnych. Zatrzymałem się w największym, w Auschwitz, po odbiór płaszczy i kożuchów dla mojego batalionu. Buty, szaliki i rękawice, rzeczy na zimę. Przenocowałem tam.
Zacisnęła wargi, wbrew zaleceniom madame Kulik. (Wargi i uda zostawiać lekko rozchylone, słuchać jak gdyby nigdy nic). Przespał się w lagrze jak w hotelu? Nie przeszkadzało mu, że miał płaszcz stamtąd, a jego żołnierzy ogrzeją swetry, rękawice i skarpety po zamordowanych? Patrzył na jej sukienkę, dokładnie na wysokości piersi.
- Twój strój nie jest zbyt przewiewny.
- Nie wiem.
Im nie dawali odzieży, mimo że w Auschwitz-Birkenau, w komandzie zwanym Kanada było sześć ogromnych magazynów z milionami płaszczy, damskich i męskich ciuchów, galanterii, ze specjalną sekcją, gdzie pod najściślejszym nadzorem wszystko było rozpruwane w poszukiwaniu schowków na pieniądze czy biżuterię. Z nich ściągali odzież i bieliznę. Widziała w lagrze świetnie ubranych, obutych i najedzonych członków komanda Kanada. Eleganckich żołnierzy, podoficerów i oficerów SS. Dla niej, więźniarki obozu kobiecego, było to coś niepojętego. Codziennie wyjeżdżały stamtąd do Rzeszy pociągi wypełnione odzieżą, aby Pomoc Zimowa, wymyślona w Protektoracie Czech i Moraw przez generała Heydricha, mogła obdzielić rodziny, ofiary bombardowań. Chyba od samego początku były to naczynia połączone.
- Jest bardzo obcisły.
- W sam raz.
Mogła wyczytać z jego miny, jak ocenił jej piersi.
- Ile masz lat?
- Osiemnaście.
- Kiedy skończysz osiemnaście?
- Już skończyłam.
- A czemu nie trzydzieści albo sto dwadzieścia? Wyglądasz na piętnaście. - Uśmiechnął się.
Gdy zdjął bluzę, poczuła niemal ulgę. Nie będzie już o nic pytał? Na podwórzu nasilił się hałas, przyjechał oddział, kilka aut, a może autobusów. Hauptmann zapiął sprzączkę paska pistoletu i wraz z bluzą powiesił na haku przy drzwiach.
- Nie rozbierzesz się?
- Jak pan chce.
- Rozgość się. Chcę tu zostać długo, jeśli pozwolisz.
Zrobiła, co kazał. Czuła na sobie jego wzrok. W głosie i oczach wyczytała coś pomiędzy przychylnością, lekceważeniem i ciekawością. Dziewczyna jest dla nich butelką do zapełnienia. Nie chciała powtarzać sobie tego samego dzień w dzień dwanaście razy, a siedem dni wcześniej piętnaście. Wiedziała już, że niekiedy się uśmiecha, mimo że najchętniej splunęłaby albo zwymiotowała. Jej spojrzenie pełne obaw, dla hauptmanna niejasnych, sprawiało, że przypominała mu kota, który się boi, choć nie musi. Nie przyszedł tu, by ją skrzywdzić czy jej zagrozić. Zgodnie z własnymi wyobrażeniami przyszedł po swoje, chciał przyjemności, a dzielenie się należało do jego zasad.
- Nie chcę, żebyś była smutna albo w złym humorze. Przez to ludzie stają się sobie obcy.
Nie da się zaprzeczyć, ładnie powiedział. Ładne nie będzie to, co nastąpi, jak przez wszystkie siedem dni wcześniej. Ale nie dlatego, że ma piętnaście lat. Nie była w złym humorze. Lękała się biegunki. I żeby się nie zdradzić.
Czy szybko się rozbierając, poszła mu na rękę? Zdejmowana odzież oznaczała tylko utratę resztek prywatności. Jej wstyd był już inny, po każdym z siedmiu dni coraz mniejszy. Lecz nie zniknął. Powinna się cieszyć, że wolno jej być z niemieckim oficerem. Być może skądś z góry patrzą na jej poczynania brat, matka, ojciec. To był świat rzeczywisty, w którym żyła już ósmy dzień. Nie mogąc się z tym pogodzić, musiała się po prostu dostosować. Oznaczało to wstrząs identyczny z tym na rampie w Auschwitz-Birkenau dwudziestego ósmego września tego roku, który zbliżał się do końca. Czy wolno jej było myśleć, że czuwa nad nią jakaś siła wyższa, lecz nie jest to anioł? Żyła wbrew wszystkiemu i to musiał być cud. Powinna uwierzyć, że numer trzydzieści sześć jest dobry? Była trzydziesta szósta. Sądziła, że po Auschwitz-Birkenau zdoła znieść wszystko. Myliła się. Ani jeden dzień tutaj, jedna godzina czy minuta nie przygotowały jej na następne.
Nie patrząc na Daniela Auguste'a Hentschela, wyczuwała jego obecność. Rozebrała się. Stała ze zwieszoną głową niczym dopełnienie czternastowiecznego obrazu, do którego inna przyrównała hauptmanna, jak Ewa obok Adama, on z listkiem figowym, ona bez. Obserwowała czubki swych palców. Czy była czysta? Wykąpała się i wyszorowała mydłem w lodowatej wodzie. Wiedziała, że patrzy na nią tak, jak żołnierze na dziewczynę, z podziwem, pożądaniem i rzeczowo, a w tych spojrzeniach jest odrobina wyższości i pogardy. Nie znając jej, potępiali ją.
- Tak sobie myślę, dziewczynko, że dodajesz sobie lat. Zatajasz swój wiek? - Roześmiał się. - Za parę tygodni albo lat zechcesz uchodzić za młodszą.
- Nie zatajam.
- Na czyją korzyść mam to zapisać: twoją czy moją?
W ciągu trzech miesięcy przeszła przez potężną niemiecką maszynę do mielenia mięsa. Już ósmy dzień myślała o sobie jak o użytkowym kawałku ciała. O skórze między udami. Nigdy nie czuła się czysta. Nim się zużyje, zachoruje lub zjedzą ją wszy, szczury albo wilki. Lub zgnije. Zastanawiało ją, kiedy dojrzała. Nie było to kwestią czasu ani doświadczeń. Nie stało się przez jedną noc czy dzień albo z godziny na godzinę. Żołnierze byli dla niej źródłem żółtawej mazi, krochmalu między udami lub palcami. Ochoty i żądzy, którym nie mogła się przeciwstawić.
Nie czekając na odpowiedź, zaczął się rozbierać. Rzeczy na krześle układał w takiej kolejności, jakby już teraz myślał o wyjściu. Zmrużyła oczy. Słyszała znajomy dźwięk rozpinanej klamry paska spodni, szelest koszuli. Zdjął dwa ciepłe podkoszulki, biały i szary. Spodenki z tasiemką. Opuściła głowę. W takiej chwili czuła się zawsze niezręcznie, ale nie wstydziła się tylko za siebie. Widok rozbierających się żołnierzy z jakiegoś powodu przywoływał na myśl czterech kastrowanych chłopców w Auschwitz-Birkenau, których doktor Krueger operował w asyście dwóch żydowskich lekarzy. Cała ósemka wiedziała (doktorzy, ona i operowani), że tamci niebawem zmienią się w sadzę. Zbierała do kosza ich odzież, im już niepotrzebną. W garnku na piecyku od pewnego czasu bulgotała woda.
- To dla mnie? - spytał hauptmann.
- Nakazano nam podgrzewać wodę.
- Szczupła jesteś - powiedział. Myślał o sprężystości, świeżości i gibkości wszystkiego, co młode. Wiosenna trawka, jesienny wietrzyk, woń sosnowego lasu. Kłos zboża. Zerknął na jej łono, przyglądał się krzywiznom ciała.
Pragnęła mieć pancerz. Nie wiedzieć czemu czekała na uderzenie. Nie ciekawiło jej, jak i dlaczego starzeją się mężczyźni. I czy mają czegoś za mało, czy w nadmiarze, jak wspomniał hauptmann.
Obchodził się z nią jak aryjczyk z aryjką. Chciała uniknąć nieostrożności, nieznanych pułapek, ewentualnych błędów. Mimo że sobie tego nie nakazała, jej głos zaczął brzmieć życzliwiej. Hauptmann był już rozebrany. Usiłowała umknąć wzrokiem, by nie oglądać jego ciała, nóg, brzucha, torsu. Wszystko miał duże. Za chwilę zacznie ją obmacywać niczym ślepiec, badać, jak zwierzę bada i próbuje mięso, które wnet zedrze z kości. Widziała jego ogromną sylwetkę, wężowe ręce, jasno owłosiony tors, poczerwieniałe, niemal fioletowe łono.
- Lubisz szarość?
- Nie przeszkadza mi.
- Wszystko możesz zwalić na mnie - wychrypiał lekko.
W jego głosie usłyszała pragnienie, żądzę, to, co dorosłego mężczyznę zmienia w bezgłośnie piejącego koguta, który podnosząc albo szarpiąc łepek, okazuje swą kogucią pychę, małe coś, co budziło w niej wstręt, z konieczności skrywany.
- Rób ze mną, co z każdym.
Wlała do umywalki gorącą wodę. Cieszyło ją, że robi coś innego od tego, co nadejdzie. Dolała z konwi zimną i sprawdziła palcami, czy jest dobrze. Skupiła się na wodzie.
- Chce pan mydło?
- Myślisz, że powinienem?
- Nie wiem.
- Nie lubię u siebie potu, tłustych plam, kwaśnego zapachu, kiedy dwa-trzy dni nie zdejmuję munduru. Czystość to połowa zdrowia, nie uważasz?
Przytaknęła.
Chlupot wody. Dokładała starań, by uniknąć rozbryzgów. Powiedział, że czuje się jak w podrzędnym hotelu. Co miał na myśli? Obsługę? Czystość? Nigdy nie była w hotelu. Kiedyś tylko obiło jej się o uszy, czym są hotele.
- Jak to robiłaś z tym przede mną? Jak to lubisz? A jak on lubił?
Uśmiechnęła się bezradnie, unikając odpowiedzi. Potraktował to jako obietnicę?
Wewnętrzne impulsy doradziły jej w sprawach, o których nie miała pojęcia. Przyznała rację matce, która nie wiedziała tylko, kiedy skorzysta z jej rad. Namydliła go, obmyła i wytarła. Zmrużyła oczy, jakby chroniąc się przed mydłem. Wszystko, co robiła, znosił bez słowa. Jeszcze jej nie dotknął, pozwalając, by ona go dotykała. Skórę miał twardą, pod nią same mięśnie.
- Jesteś bardzo młoda. Masz delikatne dłonie i palce.
Wiedziała, że to nieprawda. Na rękach miała odciski, lecz nie mogła powiedzieć od czego. (Na Harmenzach za Auschwitz-Birkenau ciągnęła na sznurach łódki, a piaskiem, który zwoziła taczką, wysypywała dróżki do domków esesmanów).
Madame Kulik radziła, żeby nie lekceważyć pierwszego dotyku, tego, co dziewczyna robi dłońmi i palcami. Jeśli jest podenerwowana, ma dłoń spoconą i chłodną. Gadanina też przeszkadza. Trzeba wyczuć, kiedy się zamknąć.
Kąpiel zrobiła mu dobrze. Najpierw wytarła jego ręce, potem swoje.
- Ile masz wzrostu?
- Metr siedemdziesiąt cztery.
- To już coś. Wysoko śmignęłaś.
Milczała.
- Lubię długie nogi. Ma to dla mnie pewne znaczenie. Dłonie z długimi palcami też. - Otaksował ją z dołu do góry, kończąc na udach i łonie. Utwierdził się w czymś. Niespodziewanie zapytał znowu: - Gdzie chodziłaś do szkoły?
- W Pradze.
- A skończyłaś ją kiedy?
- Trzy lata temu.
- Siedziałaś w ostatniej ławce?
Droczył się z nią. Oczekiwał od niej tego samego? Czemu zwlekał? Musiała uważać na każde słowo, przeliczać lata, daty, gdzie i kiedy chodziła do szkoły.
- Ile klas zaliczyłaś?
- Osiem.
- Wykształcenie nie zawadzi.
Zerknął na łóżko.
- Nie usiądziesz?
- Skoro pan chce.
Usiadłszy na łóżku, skrzyżowała na piersiach ręce i założyła nogę na nogę. Nie zdołała zasłonić łona.
- Wstydzisz się mnie?
- Nie wstydzę.
- Ani trochę?
- Trochę tak.
Spąsowiała. Jeszcze się wstydzi, zabawne, pomyślał. W tym wstydzie było coś dziecinnego, a zarazem majestatycznego, co odróżniało ją od innych prostytutek. Niektóre z nich napełniały go niesmakiem. Były ograniczone, o czym świadczyła ich ordynarność. Ona nie. W jej lęku dostrzegł delikatność, ale równie dobrze mogły to być niepewność i niedoświadczenie. W klitce unosił się zapach wilgotnego węgla brunatnego. Płonął powoli. Furmanka przyjechała wczoraj z Wehrkreisu. W porównaniu z zamiecią i mrozem na zewnątrz było tu przyjemnie. Początkowo dokładała polana. Brzozowe miały zdartą korę, dąb zalatywał grzybami i pleśnią. Dusił je kopcący dym. Musiała oszczędnie gospodarować drewnem.
- Blada jesteś - powiedział.
- Jestem zdrowa.
- Mam nadzieję. Wypuszczają was na świeże powietrze?
- Odśnieżamy podwórko i okolicę bramy.
- Masz niemal przezroczystą skórę.
- Słońce rzadko tu zagląda.
Podszedł do niej. Sprawiał wrażenie olbrzyma. Podświadomie zmrużyła oczy.
- Za pozwoleniem - rzekł, po czym usiadł obok.
Siedzący hauptmann nie był już tak olbrzymi. Dotknął jej pośladka, gdzie miała ropiejącą, zaklejoną plastrem ranę od pejcza. Tej nocy, gdy eskortowali je z lagru do 232 Ost, smagnął ją esesman, bo nie spieszyła się z wsiadaniem do wagonu.
- Kto ci to zrobił? Boli?
- Już tylko trochę.
- Wygląda na uderzenie pejczem albo trzcinką. Nie patrzysz, czym cię biją?
Czy jego nastrój mógł się zmienić w ciągu sekundy? W głosie zabrzmiał jakiś nowy odcień niechęci, rozdrażnienie żołnierza, którego nie stać na to, by nie widzieć, kto do niego strzela.
Patrząc na nią, zastanawiał się, za ile by poszła, z własnej woli czy bez. I wtedy przypomniał sobie opowiadanie Arthura Schnitzlera o oficerze, który po stosunku z prostytutką uznał, że skoro wszystko jest na sprzedaż, w tym mięso, zwłaszcza kawałki mięsa, zatem jeśli nastaną okoliczności, które go do tego zmuszą, on też może się sprzedawać jak ona. Zrobiło mu się niedobrze, ale sekundę później wyrzucił to z głowy.
Każdy kontakt ze sprzedajną dziewczyną uzmysławiał mu, że sprzedajni są wszyscy i mniejsza, co kiedykolwiek o tym czytał. Między kupić a sprzedać czy najemcą a wynajmującym nie ma wielkiej różnicy. Była to refleksja na dnie wszystkich jego instynktów, które w kotłowaninie myśli nabierały niepodważalnego sensu.
Wojna była tu przykrywką; odsyłając do bliskiej przyszłości, zagłuszała przeszłość. Wojna jest jakoś dobra, spycha w niepamięć to, co by roztrząsał jak każdą obrzydliwość.
- Wojna jest wspaniała - rzekł.
Nie sądził, by dziewczyna spytała "dlaczego". Bez żadnego wyjaśnienia dodał, że wojna jest zdrowa, i się uśmiechnął. Także nie wiedziała dlaczego.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.