Piękne odkupienie. Bracia Maddox. Tom 2 - Jamie McGuire

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Jedynie kontrola się liczyła. Nauczyłam się od najmłodszych lat, że dzięki planowaniu, kalkulacji i obserwacji można uniknąć najbardziej nieprzyjemnych rzeczy - niepotrzebnego ryzyka, rozczarowania i - co najważniejsze - cierpienia.

Planowanie, by uniknąć nieprzyjemności, nie zawsze jednak było łatwe. Ten fakt stał się rażąco oczywisty w przyćmionych światłach pubu Cutter's.

Jakiś tuzin neonowych napisów wiszących na ścianach i słabe szynowe oświetlenie u sufitu, wydobywające z półmroku butelki alkoholu za barem, były marnym pocieszeniem. Wszystko inne podkreślało, jak daleko jestem od domu.

Ściany zrobiono z drewna pozyskanego ze stodoły, a jasna sosna pociągnięta czarną bejcą miała nadać temu lokalowi w śródmieściu wygląd swojskiego, skromnego baru. Było jednak za czysto, farba nie przesiąkała dymem od jakichś stu lat. Ściany nie szeptały o Capone czy Dillingerze.

Siedziałam na tym samym stołku przez dwie godziny, odkąd przestałam rozpakowywać pudła w moim nowym mieszkaniu. Dopóki starczało mi sił, odkładałam na miejsce swoje rzeczy, które określały, kim byłam. O wiele bardziej pociągało mnie zwiedzanie nowej okolicy, zwłaszcza w niezwykle łagodnej wieczornej aurze, mimo że był to ostatni dzień lutego. Kosztowałam świeżo zdobytej niezależności wraz z dodatkową swobodą, jaką dawał fakt, że w domu nie czekał nikt, komu musiałabym się tłumaczyć, gdzie się podziewałam.

Stołek, który grzałam, wyściełany był pomarańczową sztuczną skórą. Po przepiciu znacznej części dodatku relokacyjnego, którym Federalne Biuro Śledcze tak szczodrze zasiliło moje konto tego popołudnia, trzymałam się nieźle na siedzisku i wciąż udawało mi się z niego nie spaść.

Resztka manhattana, piątego tego wieczora, spłynęła z wnętrza fantazyjnej szklanki do moich ust i zapiekła mnie w gardle. Bourbon i słodki wermut smakowały jak samotność. Dzięki temu przynajmniej poczułam się jak w domu. Dom jednak znajdował się tysiące kilometrów stąd i wydawał się tym dalszy, im dłużej siedziałam na jednym z dwunastu stołków wokół półokrągłego baru.

Nie byłam jednak zagubiona. Byłam uciekinierką. W moim nowym mieszkaniu na piątym piętrze leżały sterty pudeł, które pakowałam z entuzjazmem, podczas gdy mój były narzeczony, Jackson, sterczał nadąsany w kącie naszego malutkiego wspólnego mieszkania w Chicago.

Przeprowadzka była kluczem do pięcia się po szczeblach kariery w FBI, co szybko zaczęło mi świetnie wychodzić. Jackson nie przejął się, kiedy pierwszy raz mu powiedziałam, że przenoszą mnie do San Diego. Nawet na lotnisku, tuż przed odlotem, obiecał, że i tak nam się uda. Jacksonowi słabo szło godzenie się z rozstaniami. Zagroził, że będzie mnie zawsze kochał.

Zakołysałam przed sobą koktajlową szklanką z pełnym wyczekiwania uśmiechem. Barman pomógł mi postawić ją na drewnianym kontuarze, jak należy, po czym nalał mi następnego drinka. Skórka pomarańczy i wiśnia wirowały powoli gdzieś pomiędzy powierzchnią a dnem - podobnie jak ja.

- To twój ostatni, skarbie - powiedział, wycierając ladę po obu moich stronach.

- Przestań się tak wysilać. Nie daję aż tak dobrych napiwków.

- Jak wszyscy federalni - rzekł, ale bez uprzedzenia w głosie.

- Czy to aż tak oczywiste? - zapytałam.

- Wielu z was mieszka w pobliżu. Wszyscy gadacie tak samo i upijacie się pierwszej nocy z dala od domu. Nie przejmuj się. Aż tak tego po tobie nie widać.

- Dzięki Bogu - westchnęłam, unosząc szklankę. Nie mówiłam tego szczerze. Kochałam FBI i wszystko, co z nim związane. Kochałam nawet Jacksona, który również był agentem.

- Skąd się przeprowadziłaś? - spytał barman. Miał zbyt obcisłą czarną koszulkę w serek, wypielęgnowane skórki wokół paznokci i perfekcyjnie nażelowaną fryzurę, a jednak uśmiechał się kokieteryjnie.

- Z Chicago - odparłam.

Ściągnął i wykrzywił usta, aż trochę zaczął przypominać rybę, i zrobił wielkie oczy.

- Powinnaś świętować.

- Pewnie nie powinnam się martwić, chyba że skończą mi się miejsca, dokąd można uciec. - Pociągnęłam łyk i zlizałam z warg dymny, palący smak bourbona.

- Och. Uciekasz przed swoim byłym?

- W moim fachu nigdy tak naprawdę nie da się uciec.

- O cholera. On też jest federalnym? Nie sraj do swojego gniazda, skarbie.

Powiodłam palcami po brzegu szklanki.

- Prawdę mówiąc, nie szkolą nas do tego.

- Wiem. To się często zdarza. Cały czas to widzę - powiedział, potrząsając głową i myjąc coś w pełnym piany zlewie za barem. - Mieszkasz blisko?

Przyjrzałam mu się, nieufna wobec każdego, kto potrafił wywąchać agenta i mógł zadawać mu zbyt wiele pytań.

- Będziesz tu bywać? - uściślił.

Zrozumiawszy, dokąd zmierza jego dochodzenie, skinęłam głową.

- Pewnie tak.

- Nie przejmuj się napiwkami. Przeprowadzka jest kosztowna, tak jak i zapijanie tego, co się zostawiło. Możesz mi to wynagrodzić później.

Po tych słowach usta uniosły mi się w uśmiechu tak, jak nie zdarzało się im od miesięcy, chociaż zapewne nie zauważył tego nikt oprócz mnie.

- Jak masz na imię? - zapytałam.

- Anthony.

- Czy ktoś nazywa cię Tony?

- Nie, jeśli chce tu pić.

- Odnotowałam.

Anthony zajął się drugą klientką baru w ten późny poniedziałkowy wieczór - albo, jak niektórzy by powiedzieli, we wczesny wtorkowy poranek. Pulchna kobieta w średnim wieku z zapuchniętymi, zaczerwienionymi oczami miała na sobie czarną sukienkę. Kiedy Anthony ją obsługiwał, drzwi otworzyły się z rozmachem, a do środka wkroczył bezceremonialnie mężczyzna mniej więcej w moim wieku i usiadł dwa stołki dalej. Rozluźnił krawat i rozpiął górny guzik idealnie wyprasowanej białej koszuli. Zerknął w moim kierunku i w tej połowie sekundy jego orzechowozielone oczy dostrzegły we mnie wszystko, co chciał wiedzieć. Potem odwrócił wzrok.

W kieszeni żakietu zabrzęczała mi komórka. Wyciągnęłam ją i spojrzałam na wyświetlacz. Kolejny esemes od Jacksona. Oprócz jego imienia pomiędzy nawiasami tkwiła mała szóstka, wskazująca liczbę wiadomości, które wysłał. Ta usidlona jak w pułapce cyfra przypomniała mi, jak ostatni raz mnie dotykał - wtedy, gdy mnie ściskał i musiałam go prosić, żeby przestał.

Dzieliły nas prawie dwa tysiące kilometrów, a on nadal potrafił sprawić, że czułam się winna - ale nie wystarczająco winna. Kliknęłam w boczny przycisk na komórce, zaciemniając ekran. Nie odpowiedziałam na wiadomość. Przywołałam barmana uniesieniem palca, wypijając duszkiem resztę szóstej szklanki.

Znalazłam pub Cutter's tuż za rogiem mojego nowego domu w śródmieściu, dzielnicy San Diego utkwionej między lotniskiem międzynarodowym a zoo. Moi koledzy z Chicago nosili typowe dla FBI parki na kamizelkach kuloodpornych, podczas gdy ja rozkoszowałam się cieplejszą niż zazwyczaj w San Diego pogodą w obcisłym topie bez ramiączek, żakiecie i wąskich dżinsach. Czułam się nieco zbyt przesadnie wystrojona i odrobinę spocona. Jasne, to mógł być skutek ilości alkoholu w moim organizmie.

- Jesteś strasznie maleńka jak na takie miejsce - zauważył mężczyzna dwa stołki dalej.

- Jakie miejsce? - spytał Anthony, unosząc brew, z niemal całą pięścią utkwioną w szklance.

Mężczyzna go zignorował.

- Nie jestem maleńka - odparłam i się napiłam. - Jestem drobna.

- A to nie to samo?

- Mam też paralizator w torebce i świetny lewy sierpowy, więc nie porywaj się z motyką na słońce.

- Masz mocne kung-fu.

Nie zaszczyciłam nieznajomego swoją uwagą. Zamiast tego wpatrzyłam się przed siebie.

- Czy to spostrzeżenie nie było rasistowskie?

- Absolutnie nie. Wydajesz się po prostu nieco agresywna wobec mnie.

- Nie jestem agresywna - zaprzeczyłam, chociaż lepszym rozwiązaniem było wyjść na nudny, łatwy cel.

- Och, naprawdę? - Nie pytał. Podpuszczał mnie. - Właśnie ostatnio czytałem o nagrodach dla przywódczyń ruchu pokojowego z Azji. Domyślam się, że nie jesteś jedną z nich.

- Jestem w połowie Irlandką - burknęłam.

Zachichotał. Było coś w jego głosie - nie tylko ego, ale też coś więcej niż pewność siebie. Coś, co budziło we mnie chęć, by się obrócić i dobrze mu się przyjrzeć. Nie odrywałam jednak wzroku od szeregu butelek z alkoholami po drugiej stronie baru.

Gdy mężczyzna zdał sobie sprawę, że nie uzyska lepszej odpowiedzi, przeniósł się na pusty stołek obok mnie. Westchnęłam.

- Czego się napijesz? - zapytał.

Przewróciłam oczami, po czym zdecydowałam się spojrzeć na niego. Był równie piękny jak pogoda w południowej Kalifornii i zupełnie inny od Jacksona. Nawet gdy siedział, widać było, że jest wysoki - co najmniej metr dziewięćdziesiąt. Jego zielonkawe oczy jaśniały na tle plażowej opalenizny. Chociaż mógł onieśmielać przeciętnego faceta, ja nie miałam wrażenia, że jest niebezpieczny - przynajmniej nie dla mnie - chociaż był ode mnie dwa razy większy.

- Cokolwiek kupię - odparłam, nie starając się ukryć swojego najładniejszego zalotnego uśmiechu.

Rozluźnienie się przy pięknym nieznajomym na jakąś godzinę było uzasadnione, zwłaszcza po szóstej szklance. Poflirtujemy, zapomnę o resztkach poczucia winy i pójdę do domu. Możliwe, że nawet dostanę drinka za friko. To był godziwy plan.

Odwzajemnił uśmiech.

- Anthony - odezwał się, unosząc palec.

- To co zwykle? - spytał Anthony z końca baru.

Mężczyzna skinął głową. Był stałym gościem. Musiał mieszkać albo pracować w pobliżu.

Zmarszczyłam brwi, gdy Anthony zabrał moją szklankę, zamiast ją znów napełnić. Wzruszył ramionami, bynajmniej nieskruszony.

- Mówiłem ci, że to twój ostatni.

Nieznajomy paroma łykami wychylił tyle taniego piwa, że przynajmniej zbliżył się do mojego poziomu upojenia. Byłam zadowolona. Nie będę musiała udawać trzeźwej, a jego ulubiony trunek podpowiedział mi, że mój towarzysz nie jest wybredny ani nie stara się wywrzeć na mnie wrażenia. Albo może po prostu był spłukany.

- Powiedziałaś, że nie mogę ci postawić drinka, bo Anthony ci zabronił, czy dlatego, że naprawdę byś mi nie pozwoliła? - zapytał.

- Dlatego, że mogę sobie sama stawiać drinki - odrzekłam, aczkolwiek trochę bełkotliwie.

- Mieszkasz w pobliżu?

Zerknęłam na niego.

- Twoje prymitywne zdolności komunikacyjne rozczarowują mnie z każdą sekundą coraz bardziej.

Parsknął śmiechem, odrzucając głowę do tyłu.

- Chryste, kobieto. Skąd ty jesteś? Nie stąd.

- Z Chicago. Właśnie przyleciałam. W moim salonie wciąż stoi sterta pudeł.

- Wiem coś o tym - odparł, kiwając ze zrozumieniem głową i unosząc z szacunkiem swój trunek. - W ciągu ostatnich trzech lat przeprowadzałem się dwa razy z jednego końca kraju na drugi.

- Dokąd?

- Tutaj. Potem Waszyngton. A potem powrót.

- Jesteś jakimś politykiem albo lobbystą? - spytałam z wymownym uśmieszkiem.

- Żadnym z nich - odrzekł i skrzywił się z niesmakiem. Pociągnął łyk piwa. - Jak masz na imię?

- Niezainteresowana.

- To okropne imię.

Zrobiłam minę.

- To wyjaśnia przeprowadzkę - ciągnął. - Uciekasz od faceta.

Spojrzałam na niego gniewnie. Był piękny, ale też bezczelny - nawet jeśli miał rację.

- I nie szukam innego. Ani przelotnej przygody, ani seksu z zemsty, niczego. Nie trać więc czasu ani pieniędzy. Jestem pewna, że uda ci się znaleźć jakąś miłą dziewczynę z Zachodniego Wybrzeża, która z radością przyjmie od ciebie drinka.

- A gdzie w tym zabawa? - zapytał, nachylając się.

Mój Boże, nawet gdybym była trzeźwa, byłby upajający.

Zobaczyłam, jak dotyka ustami krawędzi szyjki butelki z piwem, i poczułam mrowienie między udami. Kłamałam i on o tym wiedział.

- Wkurzyłem cię? - spytał z najbardziej czarującym uśmiechem, jaki widziałam.

Ten gładko ogolony mężczyzna z krótkimi jasnobrązowymi włosami i tym swoim uśmiechem podejmował o wiele bardziej zniechęcające wyzwania niż ja.

- Próbujesz mnie wkurzyć? - spytałam.

- Może. Kiedy jesteś zła, układasz usta w taki... zajebisty sposób. Mógłbym zachowywać się wobec ciebie jak fiut przez całą noc, żeby tylko móc gapić się na twoje usta.

Przełknęłam ślinę.

Moja gierka dobiegła końca. Zwyciężył i o tym wiedział.

- Chcesz stąd wyjść? - zapytał.

Dałam znak Anthony'emu, ale mój towarzysz potrząsnął głową i położył na ladzie banknot o pokaźnym nominale. Drink za friko - przynajmniej ta część planu się powiodła. Mężczyzna podszedł do drzwi, zapraszając mnie gestem, bym wyszła pierwsza.

- Napiwek wart tygodnia pracy podpowiada, że nie da rady - powiedział Anthony na tyle głośno, żeby piękny nieznajomy go usłyszał.

- Do diabła z tym - mruknęłam, przechodząc szybko przez drzwi.

Minęłam mojego nowego znajomego i wyszłam na chodnik, a drzwi powoli się za mną zamknęły. Chwycił mnie za rękę, żartobliwie, lecz mocno, i przyciągnął do siebie.

- Anthony chyba myśli, że się wycofasz - powiedziałam, podnosząc na niego wzrok.

Był znacznie wyższy ode mnie. Stojąc tak blisko niego, czułam się, jakbym siedziała w pierwszym rzędzie kina. Musiałam unosić podbródek i odchylać się lekko do tyłu, by spojrzeć mu w oczy.

Pochyliłam się do przodu, rzucając mu wyzwanie, by mnie pocałował.

Zawahał się, lustrując moją twarz, a potem jego oczy złagodniały.

- Coś mi mówi, że tym razem się nie wycofam.

Nachylił się i coś, co zaczęło się jako niemal próbny, miękki pocałunek, nabrało żaru i zarazem romantyzmu. Jego usta smakowały moje, jakby je sobie przypominał, a nawet jakby tęsknił za ich dotykiem. Przeszył mnie jakiś dziwny prąd, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam, i roztopił moją tremę. Robiliśmy to tyle razy wcześniej - w fantazjach albo może we śnie. Był to najlepszy rodzaj déja vu.

Gdy się oderwał, jeszcze przez ułamek sekundy miał zamknięte oczy, jakby delektował się tą chwilą. Spuścił na mnie wzrok i potrząsnął głową.

- Stanowczo się nie wycofuję.

Skręciliśmy za róg, przeszliśmy szybko przez ulicę, a potem dotarliśmy na ganek mojego budynku. Znalazłam w torebce klucze, weszliśmy do środka i przywołaliśmy windę. Gładził moje palce swoimi, a gdy się splotły, pociągnął mnie ku sobie. Winda się otwarła i chwiejnie się do niej wtoczyliśmy.

Chwycił mnie za biodra i przyciągnął do siebie, podczas gdy ja opuszkami palców szukałam właściwego przycisku. Dotknął swoimi jedwabistymi wargami mojej szyi, a w moim ciele wszystko zaiskrzyło i zatańczyło. Drobne pocałunki, którymi obsypał moją brodę, przesuwając się od ucha do obojczyka, kryły w sobie pewność i doświadczenie. Jego ręce błagały mnie przy każdym dotyku o większą bliskość, jakby czekał na mnie przez całe życie. Chociaż miałam to samo irracjonalne wrażenie, wiedziałam, że ma to związek z zauroczeniem, ułudą, ale kiedy nieznajomy wyraźnie się powstrzymywał, żeby zbyt mocno nie szarpać mnie za ubranie, przez ciało przebiegały mi fale dreszczy.

Zanim dotarliśmy na piąte piętro, odgarnął mi włosy na bok i obnażył jedno ramię, muskając ustami moją skórę.

- Jesteś taka miękka - szepnął.

Jak na ironię, te słowa sprawiły, że moją skórę pokryła gęsta gęsia skórka.

Klucze podzwaniały, gdy szarpałam się z zamkiem. Mężczyzna przekręcił gałkę i niemal wpadliśmy do środka. Odchylił się ode mnie, pchnął drzwi plecami, aż się zamknęły, i przyciągnął mnie z powrotem. Pachniał piwem i wodą kolońską z nutą szafranu i drewna, jego usta nadal smakowały miętową pastą do zębów. Kiedy nasze wargi spotkały się znowu, ochoczo pozwoliłam jego językowi wślizgnąć się do środka i splotłam palce za jego karkiem.

Zsunął mi z ramion żakiet i upuścił go na podłogę. Potem rozluźnił krawat i ściągnął go przez głowę. Kiedy rozpinał koszulę, podciągnęłam mój obcisły top i zdjęłam go. Moje nagie piersi widać było tylko przez chwilę, bo zaraz przykryła je kaskada długich czarnych włosów.

Nieznajomy był już bez koszuli. Jego doskonale wyrzeźbiony tors zdradzał zarazem imponujące geny i kilka lat codziennych intensywnych ćwiczeń. Zrzuciłam szpilki, on zrobił to samo ze swoimi butami. Przebiegłam palcami po każdym z jego mięśni i kaloryferze na brzuchu. Jedną rękę położyłam na guziku jego spodni, a drugą chwyciłam twardą wypukłość pod nimi.

Co. Za. Gigantyczny. Kutas.

Przenikliwy świst rozsuwanego zamka u jego spodni sprawił, że ciepło między moimi nogami zaczęło pulsować, niemal błagając o pieszczotę. Wbiłam palce w jego ramiona, a on przestał całować moją szyję i przeszedł do barków, a potem piersi. Przez cały czas powoli zsuwał ze mnie dżinsy.

Wyprostował się i przerwał na chwilę, przyglądając się z lubością, jak stoję przed nim kompletnie naga. Wyglądał też na odrobinę zaskoczonego.

- Żadnych majtek?

- Nigdy. - Wzruszyłam ramionami.

- Nigdy? - powtórzył po mnie, błagając oczami, bym zaprzeczyła.

Uwielbiałam, jak na mnie patrzył - trochę ze zdumieniem, trochę z rozbawieniem, trochę z nieodpartym podnieceniem. Moje przyjaciółki w Chicago zawsze wychwalały jednonocne przygody bez zobowiązań. Ten facet wydawał się idealny, żeby z nim takiej spróbować.

Uniosłam brew, delektując się tym, jak seksownie czuję się przy tym całkowicie obcym mężczyźnie.

- Nie mam ani jednej pary - dodałam.

Podniósł mnie, a ja zaplotłam nogi za jego tyłkiem. Jedynym materiałem, który jeszcze między nami pozostał, były jego ciemnoszare bokserki. Pocałował mnie, niosąc na sofę, a potem delikatnie na niej ułożył.

- Wygodnie? - spytał niemal szeptem.

Skinęłam głową, a on mnie pocałował, po czym szybko się oddalił i wydobył z portfela kwadratową paczuszkę. Wrócił i rozdarł ją zębami. Cieszyłam się, że przyniósł własne kondomy. Chociaż myślałam o ich kupnie, nie byłabym na tyle przewidująca - czy raczej: optymistyczna - by nabyć jakieś w jego rozmiarze.

Szybko nasunął cienki lateks na całą swoją długość, a potem przytknął koniuszek do delikatnej różowej skóry między moimi nogami. Pochylił się, by szepnąć mi coś do ucha, ale jedynie wydał z siebie urywany oddech.

Sięgnęłam za niego, do jego sprężystego tyłka, i wbiłam mu palce w skórę, kierując nim, gdy wślizgiwał się we mnie. Teraz to ja wydałam z siebie westchnienie.

Jęknął i znów przycisnął usta do moich warg.

Po dziesięciu minutach manewrów na sofie spocony i czerwony na twarzy nieznajomy spojrzał na mnie z pełnym frustracji, przepraszającym uśmiechem.

- Gdzie twoja sypialnia?

Wskazałam na korytarz.

- Drugie drzwi po prawej.

Podniósł mnie, trzymając za uda, a ja zacisnęłam nogi wokół jego pasa. Cicho przeszedł przez korytarz na bosaka, mijając pudła i plastikowe torby oraz sterty talerzy i bielizny pościelowej. Nie miałam pojęcia, jak udało mu się nie potknąć w tym przyćmionym świetle obcego mieszkania, z ustami na moich wargach.

Kiedy szedł, wciąż będąc wewnątrz mnie, mimowolnie wykrzyknęłam jedyne imię, jakie zdołałam:

- Jezu!

Uśmiechnął się w moje wargi, otworzył drzwi pchnięciem, po czym opuścił mnie na materac.

Nie odrywał ode mnie oczu, układając się na mnie. Miał nieco szerzej rozstawione kolana, niż kiedy byliśmy na sofie, więc mógł wejść głębiej i poruszać biodrami z większą swobodą. Dotykał mnie w jakieś czułe miejsce, tak że kolana drżały mi za każdym jego pchnięciem. Znów opadł ustami na moje wargi, jakby czekanie go dobijało. Gdybym nie poznała go zaledwie pół godziny wcześniej, sposób, w jaki mnie dotykał, całował i poruszał się we mnie, pomyliłabym z miłością.

Przytknął policzek do mojego i wstrzymał oddech, koncentrując się i przygotowując na finał. Jednocześnie starał się przedłużyć to bezsensowne, głupie i nieodpowiedzialne, lecz niesamowite bzykanko. Jedną ręką oparł się o materac, a drugą przytrzymał mi kolano przy swoim barku.

Kurczowo ściskałam kołdrę, gdy wbijał się we mnie wciąż od nowa. Jackson nie mógł narzekać na rozmiar, ale nie było wątpliwości, że ten nieznajomy wypełniał mnie całkowicie. Za każdym razem, gdy się we mnie zatapiał, wywoływał przypływ cudownego bólu w całym moim ciele, a za każdym razem, gdy się wysuwał, niemal panikowałam, mając nadzieję, że to nie koniec.

Z oplecionymi wokół niego ramionami i nogami krzyknęłam znowu, dziesiąty raz, od kiedy znaleźliśmy się w moim mieszkaniu. Jego język w moich ustach był zaciekły i władczy - wiedziałam, że robił to już wielokrotnie. To ułatwiało sprawę. Nie obchodziłam go na tyle, by mnie później osądzał, więc też nie musiałam tego robić. Po tym, jak zobaczyłam ciało kryjące się pod tą koszulą, nie potrafiłabym tak naprawdę się obwiniać, nawet gdybym była trzeźwa.

Uderzył we mnie znowu, jego pot zmieszał się z moim, przez co nasze ciała jakby stapiały się ze sobą. Oczy niemal uciekły mi w tył głowy od tej druzgocącej mieszanki bólu i przyjemności przelewającej się przez moje ciało.

Wrócił ustami do moich ust, a ja szybko zatraciłam się w myślach o tym, jak spragnione, a jednak gładkie i cudowne ma wargi. Każdy ruch jego języka był przemyślany, wyćwiczony i jakby całkowicie nastawiony na dążenie do mojej przyjemności. Jackson nie całował szczególnie dobrze i chociaż dopiero co poznałam tego mężczyznę nade mną, będzie mi brakowało tych pożądliwych pocałunków, gdy tylko wymknie się z mojego mieszkania wczesnym rankiem - jeśli w ogóle poczeka tak długo.

Pieprząc mnie cudownie i bezlitośnie, chwycił jedną ręką moje udo, rozchylił mi szerzej nogi, a potem wsunął drugą rękę między nie i delikatnymi, kolistymi ruchami potarł moją nabrzmiałą, wrażliwą skórę.

Parę sekund później krzyczałam, unosząc biodra na spotkanie jego bioder, a potem ściskając go w pasie drżącymi kolanami. Nachylił się i zakrył moje usta swoimi, a ja dalej jęczałam. Wyczułam, że jego wargi unoszą się w uśmiechu.

Po paru powolnych pchnięciach i czułych pocałunkach jego powściągliwość znikła. Mięśnie mu się napięły, gdy wbijał się we mnie, za każdym razem silniej niż poprzednio. Ja już osiągnęłam imponujący orgazm, więc skupił się na sobie, uderzając we mnie mocno i bezlitośnie.

Stłumił jęk, a potem przycisnął policzek do mojego, unosząc się na fali orgazmu. Stopniowo nieruchomiał na mnie. Przez chwilę łapał oddech, a potem się odwrócił, żeby pocałować mnie w policzek, i przez moment nie odrywał od niego ust.

Nasze spotkanie w niecałą minutę ze spontanicznej przygody zmieniło się w nieznośnie krępujące milczenie.

Cisza i spokój w pokoju sprawiły, że alkohol wyparował i przytłoczyła mnie realność tego, co zrobiliśmy. Nie czułam się już seksowna i pożądana, tylko jak żenująco chętna, tania dziwka.

Nieznajomy pochylił się, by pocałować mnie w usta, ale ja zniżyłam brodę, co wydawało się śmieszne, bo on wciąż był we mnie.

- Ja... - zaczęłam. - Muszę być wcześnie w pracy.

Pocałował mnie, ignorując moją zawstydzoną minę. Jego język tańczył z moim, pieszcząc go, ucząc się go na pamięć. Mężczyzna odetchnął głęboko przez nos, w ogóle się nie śpiesząc, a potem cofnął się z uśmiechem.

Cholera, będzie mi brakowało jego ust. Nagle poczułam się przez to naprawdę żałosna. Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek znajdę kogoś, kto będzie potrafił mnie tak całować.

- Ja też. A tak w ogóle... jestem Thomas - powiedział cicho. Przetoczył się i położył luźno obok mnie, z głową wspartą na ręce. Nie wyglądał, jakby zamierzał się ubierać, tylko jakby chciał rozmawiać.

Moja niezależność ulatniała się z każdą sekundą, gdy nieznajomy stawał się kimś więcej. Przez głowę przelatywały mi niczym kanały telewizyjne myśli o tłumaczeniu się Jacksonowi z każdego mojego posunięcia. Nie pokonywałam tysięcy kilometrów po to, by wikłać się w kolejny związek.

Zacisnęłam usta.

- Jestem... - Powiedz to. Powiedz to, inaczej potem będziesz pluć sobie w brodę. - ...emocjonalnie niedostępna.

Thomas skinął głową, wstał, po czym poszedł do salonu i w milczeniu się ubrał. Stanął w drzwiach mojej sypialni z butami w jednej ręce i kluczami w drugiej, z krawatem zwisającym mu krzywo z szyi. Próbowałam się nie gapić, ale to robiłam, żeby napatrzeć się na niego, dokładnie go zapamiętać i móc fantazjować o nim przez resztę życia.

Spojrzał na mnie i zachichotał, nadal bez śladu osądzania na twarzy.

- Dzięki za wspaniałe i nieoczekiwane zakończenie gównianego poniedziałku. - Zaczął się odwracać.

Naciągnęłam na siebie koc i usiadłam.

- Nie chodzi o ciebie. Ty byłeś wspaniały.

Odwrócił się do mnie z uśmieszkiem na słabo widocznej w półmroku twarzy.

- Mną się nie przejmuj. Nie wyjdę stąd, wątpiąc w siebie. Uczciwie mnie ostrzegłaś. Nie oczekiwałem niczego więcej.

- Jeśli chwilkę poczekasz, to cię odprowadzę.

- Znam drogę. To mój budynek. Na pewno znów na siebie wpadniemy.

- Mieszkasz w tym budynku? - Pobladły mi policzki.

Spojrzał na sufit.

- Tuż nad tobą.

- Masz na myśli następne piętro? - Wskazałam do góry.

- Tak - rzekł z pełnym zażenowania uśmiechem - moje mieszkanie jest nad twoim. Choć rzadko bywam w domu.

Przerażona przełknęłam ślinę. I to by było na tyle, jeśli chodzi o niezobowiązującą, jednonocną przygodę. Zaczęłam obgryzać paznokieć kciuka, próbując wymyślić, co by tu teraz powiedzieć.

- Cóż... więc w takim razie chyba dobranoc?

Thomas rzucił mi arogancki, uwodzicielski uśmiech.

- Dobranoc.

Rozdział 2

Zapijanie związanego z Jacksonem poczucia winy tuż przed pierwszym dniem pracy w biurze terenowym w San Diego nie było moim najinteligentniejszym dokonaniem.

Przybyłam na miejsce jedynie z moją kamizelką kuloodporną, a kiedy tylko się zarejestrowałam, zaopatrzono mnie w broń, dokumenty i komórkę. Przydzielona do oddziału piątego, znalazłam jedyne wolne biurko, opuszczone przez ostatniego agenta, któremu nie było po drodze z niesławnym dowódcą okręgowym biura nazywanym przez nas po prostu dowódcą. Słyszałam o nim aż w Chicago, ale trzeba by więcej niż czyjegoś wybuchowego charakteru, żeby mnie odstraszyć od szansy na awans.

Tylko paru miejsc na blacie nie pokrywała warstewka kurzu, zapewne tam, gdzie stały czyjeś rzeczy i komputer. Obok mojego laptopa leżał futerał ze słuchawkami, a biurko bez zdjęć w ramkach czy rozmaitych ozdóbek prezentowało się raczej żałośnie w porównaniu z innymi w sali oddziału.

- To żałosne - rozległ się jakiś damski głos, aż zaczęłam się zastanawiać, czy wymówiłam swoje myśli na głos.

Jakaś kobieta, młoda, ale nieco onieśmielająca, stała ze skrzyżowanymi ramionami, opierając się o kant obitej materiałem ścianki oddzielającej mój boks od głównego korytarza, którym przechodziło się z jednego końca sali oddziału na drugi. Jej lśniące, choć poza tym zwyczajne brązowe włosy związane były w niski kok nad karkiem.

- Nie mogę się nie zgodzić - rzuciłam, wycierając kurz papierowym ręcznikiem.

Włożyłam już kamizelkę do szafki. Była to jedyna rzecz, którą przywiozłam z chicagowskiego biura. Przeprowadziłam się do San Diego, żeby zacząć od nowa, więc nie było sensu afiszować się z moim dawnym życiem.

- Nie miałam na myśli kurzu - odparła, obserwując mnie swoimi zielonymi oczami spod opadających powiek. Miała nieco pucołowate policzki, ale to tylko zdradzało jej młody wiek. Z pewnością odnalazłaby się w każdej innej pracy.

- Wiem.

- Jestem Val Taber. Nie nazywaj mnie agentką Taber albo nici z przyjaźni.

- A więc mam ci mówić "Val"?

Zrobiła minę.

- A jak inaczej miałabyś mi mówić?

- "Agentko Taber" - odezwał się przechodzący obok wysoki, szczupły mężczyzna. Uśmiechnął się wymownie, jakby wiedział, co zaraz nastąpi.

- Odpieprz się - powiedziała kobieta, wyrywając jakąś teczkę z jego rąk. Zerknęła na nią, a potem spojrzała znów na mnie. - Jesteś analityczką wywiadu? Lisa Lindy?

- Liis - uściśliłam, wzdrygając się. Nigdy się nie przyzwyczaiłam do poprawiania ludzi. - Jak "lis", tylko z dwoma "i".

- Liis. Przepraszam. Podobno dostałaś szybki awans. - Głos miała przesiąknięty sarkazmem. - Jak dla mnie to bzdura, ale to w gruncie rzeczy nie moja sprawa.

Miała rację. Przenosiny ułatwił mi fakt, że byłam federalną agentką specjalizującą się w językach obcych, ale poinstruowano mnie, żeby nie wspominać o mojej specjalizacji nikomu, chyba że dostanę zgodę od przełożonego.

Spojrzałam na biuro szefa. Było jeszcze bardziej opustoszałe niż moje biurko. Trudno byłoby uzyskać jakąkolwiek zgodę od pustego biura.

- Masz rację - powiedziałam, nie chcąc wchodzić w szczegóły.

Miałam wielkie szczęście, że oddział piąty potrzebował eksperta od języków akurat wtedy, gdy postanowiłam opuścić Chicago. Wymuszona dyskrecja wskazywała, że w FBI zapewne istniał jakiś problem, ale domysły nie pomogłyby w uzyskaniu przeniesienia, więc wypełniłam dokumenty i spakowałam bagaże.

- Świetnie. - Podała mi teczkę. - Tytuł Trzeci dla ciebie do spisania. Maddox chce też FD-trzysta dwa. Pierwszy mail w twojej skrzynce powinien być od komitetu powitalnego, a następnym powinien być plik audio od Maddoxa. Pozwoliłam sobie przynieść ci kopie formularzy FD-trzysta dwa oraz płytkę CD, póki nie przyzwyczaisz się do naszego systemu. Chce, żebyś zaczęła od razu.

- Dziękuję ci.

Tytuły Trzecie, znane Hollywood i ogółowi jako podsłuchy telefoniczne lub pluskwy, stanowiły sporą część moich zadań w Biurze. Tworzono nagrania, a ja je odsłuchiwałam, tłumaczyłam i pisałam raport, znany też jako niesławny FD-302. Jednak przydzielane mi zazwyczaj Tytuły Trzecie były w języku włoskim, hiszpańskim albo w moim ojczystym - japońskim. Jeśli nagrania były po angielsku, spisywało je biuro - sekretarka oddziału.

Val chyba uważała za coś dziwnego fakt, że Tytuł Trzeci tłumaczy analityczka, bo w jej oczach błyskała ciekawość - a może podejrzliwość? Nie zapytała jednak o nic, a ja nic nie powiedziałam. O ile wiedziałam, Maddox był jedynym agentem, który znał prawdziwy cel mojej pracy w San Diego.

- Już się do tego biorę - powiedziałam.

Mrugnęła do mnie z uśmiechem.

- Chcesz, żebym cię później oprowadziła i pokazała wszystko, co przegapiłaś podczas zwiedzania?

Namyślałam się tylko ułamek sekundy.

- Siłownia?

- Znam taką. Chodzę tam po pracy, zanim pójdę do baru - oznajmiła.

- Agentko Taber - odezwała się przechodząca obok kobieta z ciasnym kokiem.

- Odpieprz się - powtórzyła Val.

Uniosłam brew, a ona wzruszyła ramionami.

- Muszą to uwielbiać, inaczej by tak do mnie nie mówili.

Skrzywiłam się, próbując powstrzymać śmiech. Val Taber była jak świeży powiew wiatru.

- Z samego rana mamy zebranie oddziału. - Zastanawiała się przez chwilę. - Pokażę ci siłownię po lunchu. Jest tak jakby zakazana między jedenastą a południem. Szef lubi się skupiać. - Ostatnie zdanie wyszeptała, ostentacyjnie przykładając palce do kącika ust.

- Wpół do pierwszej. - Kiwnęłam głową.

- Przy moim biurku. - Val wskazała na boks obok. - Jesteśmy sąsiadkami.

- O co chodzi z tym pluszowym króliczkiem? - spytałam, mając na myśli siedzącego na rogu jej biurka niekształtnego białego królika z wyszytymi krzyżykami zamiast oczu.

Zmarszczyła lekko trójkątny nos.

- W zeszłym tygodniu były moje urodziny.

Nie odpowiedziałam, więc wykrzywiła z niesmakiem twarz.

- Odpieprz się. - Powoli rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu, a potem mrugnęła do mnie i obeszła róg ściany, wracając do swojego biurka. Usiadła na krześle i odwróciła się do mnie plecami, otwierając mail na laptopie.

Potrząsnęłam głową, po czym rozpięłam zamek futerału ze słuchawkami i nałożyłam je sobie na uszy. Podłączyłam je do laptopa, otworzyłam niepodpisany biały segregator i wyjęłam płytę z plastikowej osłonki, po czym wsunęłam ją do stacji dysków.

Gdy CD się ładowało, kliknęłam ikonkę "Nowy dokument". Serce zabiło mi szybciej, gdy zgięłam palce nad klawiaturą, gotowa do pisania. W nowym projekcie, w czystej stronie było coś, co dawało mi szczególną radość, jakiej nie mogło dać nic innego.

Akta wymieniały dwóch rozmówców, ich środowisko oraz przede wszystkim powód założenia podsłuchu. Oddział piąty w San Diego miał często do czynienia ze zorganizowaną przestępczością i chociaż to nie była moja ulubiona dziedzina poważnych przestępstw, to wystarczyło. Kiedy pragnie się odejść, każde drzwi się nadadzą.

Ze słuchawek popłynęły dwa głębokie głosy mówiące po włosku. Ściszyłam dźwięk. Jak na ironię, wewnątrz agencji rządowej, którą założono w celu odkrywania tajemnic, nieduże boksy nie sprzyjały ich zachowaniu.

Zaczęłam pisać. Tłumaczenie i spisywanie rozmowy były dopiero pierwszym krokiem. Potem następowała moja ulubiona część. To dzięki temu stałam się znana i to miało mnie zaprowadzić do Wirginii - analiza. Uwielbiałam się zajmować poważnymi przestępstwami, a Państwowe Centrum Analizy Przestępstw Dokonanych z Użyciem Przemocy w Quantico w Wirginii - znane też jako NCAVC - było miejscem, w którym chciałam się znaleźć.

Z początku dwaj mężczyźni z nagrania poprawiali sobie wzajemnie humor, rozmawiając o tym, jak wiele cipek każdy z nich zaliczył w weekend, ale rozmowa szybko nabrała powagi, gdy zaczęli dyskutować o jakimś mężczyźnie, który wydawał się ich szefem - o Bennym.

Zerknęłam na akta, które Val podrzuciła mi, kiedy pisałam, i tylko pobieżnie się zorientowałam, jak wiele punktów zdobyłby Benny w grze w mafię jako niezły macher w Las Vegas. Zastanawiałam się, jak San Diego natknęło się na tę sprawę, zastanawiałam się też, kto wykonuje prace przygotowawcze w Nevadzie. Chicago nie miało za wiele szczęścia, ilekroć musieliśmy wykonać telefon do tego biura. Czy to hazardziści, czy przestępcy, czy stróże prawa, w Vegas wszyscy zawsze byli bardzo zajęci.

Siedem stron później palce zaczęły mnie swędzieć, żeby zacząć raport, ale przesłuchałam nagranie jeszcze raz, by sprawdzić dokładność tłumaczenia. To było moje pierwsze zadanie w San Diego, a do tego dochodziła presja bycia znaną jako znakomita agentka w tej konkretnie dziedzinie. Raport musiał robić wrażenie - przynajmniej na mnie.

Straciłam poczucie czasu. Wydawało mi się, że minęło tylko pół godziny, gdy Val zaczęła się we mnie wpatrywać przez niskie przepierzenie między naszymi boksami, tym razem postukując paznokciami w jego krawędź.

Wymawiała bezgłośnie jakieś słowa, których nie mogłam dosłyszeć, więc zdjęłam słuchawki.

- Okazuje się, że nie jesteś zbyt dobrą przyjaciółką. Spóźniasz się na naszą pierwszą randkę przy lunchu - powiedziała.

Nie potrafiłam odgadnąć, czy żartuje, czy nie.

- Ja tylko... straciłam poczucie czasu. Przepraszam.

- "Przepraszam" nie napełni mi brzucha tłustym cheeseburgerem. Ruszajmy.

Poszłyśmy do windy i Val nacisnęła przycisk parteru. Gdy już znalazłyśmy się na podziemnym parkingu, podążyłam za nią do jej dwudrzwiowego czarnego lexusa i usadowiłam się, obserwując, jak naciska guzik "start". Fotel i kierownica dostosowały się do jej sylwetki.

- Niezłe - pochwaliłam. - Musiałaś zapłacić dużo więcej niż ja.

- Jest używany. Kupiłam go od brata. Jest kardiologiem. Dupek.

Zachichotałam, gdy wyjeżdżała z naszej siedziby. Minęłyśmy budynek obok bramy wejściowej, Val pomachała strażnikowi, a potem pojechała do najbliższej knajpki z burgerami.

- W biurze nie mają burgerów?

Skrzywiła się z niesmakiem.

- Mają, ale Fuzzy's Burgers są najlepsze.

- Fuzzy? "Mętne" burgery? Nie brzmi to zbyt apetycznie.

- Nie mętne burgery. Fuzzy's Burgers. Zaufaj mi - powiedziała, skręcając w prawo.

Potem skręciła w lewo i szarpnęła kierownicą, wjeżdżając na parking staroświeckiego lokaliku z szyldem domowej roboty.

- Val! - zawołał mężczyzna za ladą, gdy tylko weszłyśmy. - Przyszła Val! - wrzasnął.

- Przyszła Val! - powtórzyła jakaś kobieta.

Ledwie dotarłyśmy do kontuaru, a mężczyzna rzucił do stojącej za kasą kobiety w nieskazitelnie białym fartuchu coś małego i okrągłego zapakowanego w biały papier.

- Bekon z serem, musztardą i majonezem - oznajmiła kobieta z uśmiechem.

Val odwróciła się do mnie.

- Obrzydliwe, prawda?

- Wezmę to samo - powiedziałam.

Wzięłyśmy tace z jedzeniem i znalazłyśmy wolny stolik w rogu, blisko okna.

Przymknęłam oczy i pozwoliłam, by ogrzewały mnie promienie słońca.

- To dziwne, że pogoda jest taka piękna, choć dopiero marzec - odezwałam się.

- To nie dziwne, tylko cudowne. Temperatura jest wyższa niż zazwyczaj o tej porze roku, ale nawet gdy tak nie bywa, jest idealnie. Wszyscy byliby szczęśliwsi, gdyby na świecie była taka pogoda jak w San Diego. - Val zanurzyła swoją złotą, karbowaną frytkę w pojemniczku z keczupem. - Spróbuj frytek. Dobry Boże, spróbuj frytek. Są takie smaczne. Mam czasem na nie chętkę wieczorami, kiedy jestem sama, co zdarza się częściej, niż ci się zdaje.

- Nic mi się nie zdaje - odparłam, zanurzając frytkę w swoim pojemniczku. Włożyłam ją do ust.

Val miała rację. Szybko sięgnęłam po następną.

- Skoro już o tym mowa, masz jakiegoś faceta? Albo dziewczynę? Tak tylko pytam - zagadnęła.

Potrząsnęłam głową.

- A zdarzyło ci się to już kiedyś?

- Że pocałowałam dziewczynę?

- Nie! - Val zachichotała. - Byłaś w jakimś związku?

- Czemu pytasz?

- Och. To skomplikowane. Czaję.

- To właściwie wcale nie jest skomplikowane.

- Posłuchaj - powiedziała Val, żując pierwszy kęs burgera. - Jestem wspaniałą przyjaciółką, ale będziesz musiała bardziej się otworzyć. Nie mam ochoty zadawać się z nieznajomymi.

- Każdy z początku jest nieznajomy - zauważyłam, myśląc o moim nieznajomym.

- Nie, nie w FBI.

- Czemu po prostu nie zajrzysz do moich akt?

- To żadna zabawa! Daj spokój. Tylko podstawowe sprawy. Przeniosłaś się, żeby awansować czy żeby z czymś się pożegnać?

- I to, i to.

- Doskonale. Tak trzymaj. Twoi rodzice są do bani? - Zakryła usta. - A niech to. Żyją, prawda?

Wierciłam się na krześle.

- Eee... tak. Miałam normalne dzieciństwo. Rodzice kochają mnie i siebie nawzajem. Jestem jedynaczką.

- Bogu dzięki - westchnęła Val. - Mogę więc zadać następne niegrzeczne pytanie.

- Nie, nie byłam adoptowana - wycedziłam. - Lindy jest Irlandczykiem, a moja matka Japonką.

- Czy twój tato jest rudzielcem? - spytała z uśmieszkiem.

Spiorunowałam ją wzrokiem.

- Masz tylko dwa niegrzeczne pytania na pierwszy dzień.

- Mów dalej - ustąpiła.

- Skończyłam studia z wyróżnieniem. Chodziłam z pewnym facetem. Nie wyszło - powiedziałam, zmęczona własną opowieścią. - Żadnych dramatów. Nasze rozstanie było równie nudne jak nasz związek.

- Jak długo?

- Jak długo byłam z Jacksonem? Siedem lat.

- Siedem lat. I żadnego pierścionka?

- Tak jakby. - Skrzywiłam się.

- Ach. Jesteś poślubiona pracy. Pracuś.

- Tak jak on.

Val parsknęła śmiechem.

- Spotykałaś się z agentem?

- Tak. Był w brygadzie antyterrorystycznej.

- Jeszcze gorzej. Jak to się stało, że byłaś z nim tak długo? I jak on sobie tak długo radził z tym, że był na drugim miejscu?

- Kochał mnie. - Wzruszyłam ramionami.

- Ale oddałaś pierścionek. Nie kochałaś go?

Znów wzruszyłam ramionami i ugryzłam kęs.

- Powinnam coś wiedzieć o biurze? - zapytałam.

- Zmiana tematu. - Uśmiechnęła się wymownie. - Klasyka. Hmm... Co musisz wiedzieć o biurze? Nie wkurzaj Maddoxa. To dowódca okręgowy.

- Tak słyszałam - powiedziałam, pocierając ręce, żeby usunąć z nich sól.

- Aż w Chicago?

Skinęłam głową.

- To uzasadniona plotka. Jest wielkim, ogromnym, gigantycznym dupkiem. Zobaczysz jutro rano na zebraniu.

- Będzie tam? - zapytałam.

Kiwnęła twierdząco.

- Powie ci, że jesteś niewiele warta jako agentka, nawet jeśli jesteś najlepszą z najlepszych, tylko po to, żeby móc poobserwować, jak robisz z siebie przedstawienie, kiedy twoja pewność siebie legnie w gruzach.

- Potrafię sobie z tym poradzić. Co jeszcze?

- Agent Sawyer to pinda. Trzymaj się od niego z dala. Agentka Davies też. Jej też unikaj.

- Och - mruknęłam, przetrawiając jej słowa. - Nie wyobrażam sobie, żebym miała się angażować w biurowe związki po klapie z Jacksonem.

Val się uśmiechnęła.

- O obojgu mam wiedzę z pierwszej ręki... więc powinnaś się trzymać z dala również ode mnie.

- Czy jest ktoś, z kim bezpiecznie jest się zadawać? - Zmarszczyłam brwi.

- Maddox - odrzekła. - Ma problemy z mamusią i mocno się sparzył jakiś czas temu. Nie spojrzałby na twoje cycki, choćbyś go czarowała.

- A więc nienawidzi kobiet.

- Nie - zaprzeczyła, wyglądając na zatopioną w myślach. - On tylko z nich zrezygnował. Nie chce znów zostać zraniony, tak mi się zdaje.

- Nie obchodzi mnie, co z nim nie tak. Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, stanowczo nie chcę się z nim zadawać.

- Pójdzie ci świetnie. Wykonuj tylko swoją pracę i idź śmiało przez życie.

- Praca to moje życie - odparłam.

Val uniosła podbródek, nie starając się ukryć wrażenia, jakie zrobiła na niej moja odpowiedź.

- Jesteś już jedną z nas. Maddox jest upierdliwy, ale on też to dostrzeże.

- Jaka jest jego historia? - zapytałam.

Upiła łyk wody.

- Kiedy przyjechałam do San Diego, był skoncentrowany na pracy, ale tolerancyjny, jednak to się skończyło jakoś ponad rok temu. Tak jak mówiłam, przejechał się na jakiejś dziewczynie ze swojego rodzinnego miasta. Camille. - Wypowiedziała to imię, jakby miała truciznę w ustach. - Nie znam szczegółów. Nikt o tym nie rozmawia.

- Dziwne.

- Miałabyś później ochotę na drinka albo pięć? - spytała, zmieniając temat, skoro rozmowa nie skupiała się na moim życiu osobistym. - W śródmieściu jest fajny mały pub.

- Mieszkam w śródmieściu - wyjaśniłam, zastanawiając się, czy zobaczę znów mojego sąsiada.

- Ja też. - Wyszczerzyła się. - Tak jak wielu z nas. Możemy razem topić twoje smutki w alkoholu.

- Nie mam smutków. Tylko wspomnienia. Odejdą same.

Oczy Val znów rozbłysły zainteresowaniem, ale nie podobało mi się to przesłuchanie. Aż tak mi nie zależało na przyjaciołach. No dobrze, zależało, ale miałam pewne granice.

- A co z tobą? - zapytałam.

- To rozmowa na piątkowy wieczór, do opowiedzenia przy mocnych drinkach i głośnej muzyce. Czyli przyjechałaś tutaj, by odpocząć od mężczyzn? Chcesz odnaleźć siebie? - Zadała te pytania bez choćby krztyny powagi.

Gdyby to wszystko było prawdą, nie przyznałabym się do tego. Wyraźnie liczyła, że się ze mnie ponaśmiewa.

- Gdyby tak było, już poniosłam sromotną porażkę - powiedziałam, myśląc o poprzedniej nocy.

Val nachyliła się do przodu.

- Mówisz poważnie? Dopiero co tu przyjechałaś. To ktoś, kogo znasz? Dawny kolega z ogólniaka?

Potrząsnęłam głową, czując, że płoną mi policzki. Szybko dopadły mnie wspomnienia, a raczej ich przebłyski - orzechowozielone oczy Thomasa zerkające na mnie, kiedy usiadł przy barze, trzaśnięcie moich drzwi, gdy pchnął je plecami, to, jak łatwo się we mnie wsunął, i moje nogi uniesione wysoko, wstrząsane przy każdym cudownym pchnięciu. Ścisnęłam kolana.

Twarz Val rozpromienił szeroki uśmiech.

- Jednorazowa przygoda?

- To nie twoja sprawa, ale tak.

- Ktoś całkiem nieznajomy?

- Tak jakby. - Kiwnęłam głową. - Mieszka w moim budynku, ale dowiedziałam się o tym dopiero później.

Val wydała cichy okrzyk, po czym opadła na oparcie krzesła.

- Wiedziałam - powiedziała.

- Co wiedziałaś?

Pochyliła się nad stołem i skrzyżowała ramiona, opierając je na blacie.

- Że będziemy wspaniałymi przyjaciółkami.