Co mogłam napisać na tej stronie? Nie wiem. A na tej poprzedniej? Wszystko wyblakło. Papier jak zwiędły kapuściany liść, przeżarty przez czas. Z jakiej mogiły pamięci uchodzą te odurzone listy? Z pamięci? Nie, nić, która tam wiedzie, już dawno została przerwana. Wspomnienie czegoś, o czym z pewnością kiedyś dawno pamiętałam; o czymś prawdziwym, żywym, co mnie spotkało, co jednak litościwe zapominanie odsuwało coraz dalej, a co wątłe, coraz bledsze żyje nadal jak te historie, które czasem opowiada się z przyzwyczajenia, a które już nic nas nie obchodzą. Te stare strony odszyfrowuje teraz obca osoba. Stary jest też jej niepokój, jej przerażenie.
Ja tylko przepisuję. Po dwóch podartych, nieczytelnych stronach zdanie, które jest początkiem bądź kontynuuje wcześniejsze:
- Zdechniecie - syknęła Słowaczka, szczerząc zęby. Ta zazwyczaj tak obojętna dziewczyna budzi się tylko po to, aby uderzyć. Ożywia ją to jak tenisistę, który po nudnym treningu wreszcie rzuca się w wir meczu. Jej broda wysunęła się do przodu, piękne, rozleniwione usta zacisnęły się w wąską kreskę. Przez chwilę nieruchomo obserwuje spod przymkniętych powiek swoją ofiarę. A potem na jej wargach pojawia się nieco rozmarzony lub łobuzerski uśmieszek. Pejcz odchyla się do tyłu, aby z pełną siłą świsnąć w dół. Cała gama słodkich doznań na tej zwykle nieistotnej twarzy.
Chwilowo jednak stoi uprzejmie i nieruchomo za Niemcami. Lalkowata Twarz chichocze. Jej ostry głos rozcina cichą noc. Oficer odwraca się do Słowaczki, coś do niej mówi, ona kiwa głową, zaczyna biec wzdłuż szeregów, wychodzi przez bramę. Umykającą postać wkrótce pochłania ciemność.
Dokąd ją wysłano? Po co?
To nie pierwsza noc, którą tak spędzamy, stojąc piątkami w szeregach, nie wiedząc, co nas czeka, czego się obawiamy. Stopy mi puchną, w piersi narasta ucisk. Niepokój... Czuję, jak wpełza w moje ciało; ciemne, śliskie i wielkie zwierzę.
Minuty mijają, potem słyszymy głos Słowaczki zza drutu kolczastego: Na lewo! Links, links, links und links1. Nowych jest widocznie dużo, tysiąc albo więcej. Po szeregach przeszedł pomruk ożywienia. Skąd to wiemy? To zagadka, ale wszystkie jesteśmy na bieżąco, ewakuują sąsiedni obóz. Ten ogromny transport ma zostać rozlokowany u nas. Widzimy, jak się zbliżają: tysiące pustych żołądków, tysiące prycz. Nasze dzikie spojrzenia napotykają błędne oczy. Kobiety są jeszcze bardziej wycieńczone, jeszcze chudsze od nas. Musiały już długo przebywać w Auschwitz; są w łachmanach.
Po kilku chwilach idzie w ruch obozowy telegraf (za pomocą minimum gestów bezgłośnie przekazuje dalej maksimum informacji).
- Skąd jesteś? - pytam dziewczynę, która zatrzymała się na chwilę na mojej wysokości.
- Oradea - szepcze, a jej zaszczuty wyraz twarzy wydaje mi się znajomy, nawet w bladym świetle reflektorów. Może z powodu nazwy miasta, mojego miasta. Już rusza ponownie. Jej opadające ramiona, ten lekko kołyszący chód... Judy! Moje usta poruszają się, ale gardło mam suche. Nie dobywa się z niego żaden dźwięk. Wbijam wzrok w dobrze mi znane plecy: "Odwróć się! Odwróć się! Odwróć się!". Ze wszystkich sił, całą swoją wolą patrzę w ślad za nią. Cud! Zatrzymuje się. Nie rozpoznaje mnie, przesuwa po mnie wzrokiem, obojętnie. Jednak po kilku krokach przystaje, odwraca się zdumiona - moja twarz, którą omiotła rozkojarzonym wzrokiem, musiała stać się konkretną postacią w jej głowie. Te okropne łachmany! Krzyczy niezrozumiałym, nieznanym głosem, może moje imię. Zamęt w głowie oszałamia mnie. Już jej nie widzę - tylko rytmiczny ruch pleców Słowaczki i, całkiem blisko mnie, pejcz, którym się zamierza. Bije Judy.
Nie ruszam się, widzę, jak te plecy pochylają się, znów prostują, jakby wszystko zależało od uwagi, z jaką śledzę jej najdrobniejsze ruchy.
- Co się dzieje? - pyta ktoś z ostatniego szeregu.
- Troszczy się o nowe.
Żadna głowa się nie odwraca.
Trzeba się z tym pogodzić, mówię sobie, że jest się niczym, nikim, cieniem z bezużyteczną pamięcią, jedną z piątki, jedną piątą.
Gdybym w napadzie szaleństwa zawołała: "Jestem ta i ta. A ta biczowana jest moją przyjaciółką, przewodniczącą kółka literackiego w gimnazjum, silny charakter, tylko trochę nerwowa", to bez wątpienia wywołałabym równie wielką wesołość, jak gdybym zaczęła szczekać. Są chwile, kiedy graniczącą ze śmiesznością niestosownością jest zdradzenie swoich myśli, choćby najmniejszej części swojej natury. Dlatego żyjemy wszystkie osnute naszymi kokonami. Pięcioosobowy szereg jest klatką i parawanem. Numer jest naszym przebraniem. Spotkanie masek. Tkwiący za każdą z nich człowiek ukrywa, jak tylko potrafi, to, co kiedyś z rozkoszą wystawiał na pokaz: swoją duszę. Tak powstaje pancerz, twardy i miłosierny.
*
Koszmar: zapodziałam gdzieś ołówek. Obudziłam się zesztywniała ze strachu i nie zważając na sapanie i chrapanie wokół siebie, przeszukałam siennik. Ołówek tam był. Teraz piszę. Piszę, że piszę. Chwała Bogu albo przypadkowi, obojętnie, że wśród tak wielu stóp, tylu kroków akurat moje się o niego potknęły. Ale czy naprawdę się potknęłam? Może po prostu zatrzymałam się przed czymś, czemu nikt inny nie poświęcił więcej uwagi niż zadeptanemu niedopałkowi? Ja tylko dokładnie w tym momencie przystanęłam dokładnie w tym miejscu. I to uratowane z błota, stoczone przez robaki coś oddaje mi w każdej chwili potajemnie to wszystko, co świat szaleńców próbuje mi wydrzeć: radość powiedzenia "gówno"!
*
Widziałam Judy. Jedynie przez krótką chwilę, ale bez wątpliwości. Nasze spojrzenia raz się spotkały. Jeden jedyny raz. Odwróciłyśmy się od siebie i, jak w milczącym porozumieniu, nigdy więcej nie próbowałyśmy się szukać.
Korowód nagich ciał pod czerwonym niebem i te wszystkie poruszające się cienie... jakbyśmy pochodziły z dawno minionych czasów, z jakiejś dzikiej bajki. Czy ten elegancki człowiek pośrodku jest wodzem plemienia? Tylko jego mundur wydaje się nie na miejscu. Zafałszowuje obraz. Gwiżdże. Wciąż powtarzającym się ruchem kciuka w każdej minucie wywołuje ciało z korowodu. Jego palec porusza się rytmicznie, w takim samym rytmie kurczy się korowód. Kręcimy się coraz szybciej... i jest nas coraz mniej. Po co? (Znów pytanie: czy ja się nigdy nie odzwyczaję?) Niemcy uczą nas tańczyć.
Dziwne! Podczas tego rytuału nie zadawałam sobie żadnych pytań. Niczemu się nie dziwiłam. Poruszałam się, kręciłam w kółko, jak gdyby bezcieleśnie, bez trudu, jak we śnie.
Ale nie o tym chciałam mówić. Judy! Kiedy było już po wszystkim, stanęłam, zataczając się, i wtedy ujrzałam szereg nagich ciał, który się oddalał. Strach mnie otrzeźwił. Jakbym z lekkomyślności lub tchórzostwa popełniła coś nienaprawialnego. Biegałam w ciemności, wykrzykując jej imię. Nie było jej wśród tych, które pozostały. I wtedy znalazła mnie Sofi.
Z niezwykłą dla niej werwą chwyciła mnie za ramię. (Kiedy teraz o tym myślę, chce mi się śmiać. Cóż może być bardziej groteskowego od dwóch ogolonych na łyso, obejmujących się nagich dziewczyn!)
- Co za szczęście, że je zabrano - powiedziała. - W baraku jest teraz więcej miejsca.
Milczałam. Wolałabym, aby to ją zabrano, a pozostawiono Judy.
*
O spaniu nie ma mowy. W baraku na szczęście nigdy nie jest całkiem ciemno, mogę pisać. Ale jak odcyfrować te hieroglify? Wszystko jedno! Najważniejsze, że mogę zrzucić ciężar nieznośnych myśli. Pozbyć się ich. W rzeczywistości chronię się tym ciężarem - przeskakuję kilka swoich myśli jak czarne dziury - choć być może wystarczyłoby upaść, dać się pokonać temu zniechęceniu. I tam, w głębi, gdzie nie można już spaść niżej, wreszcie zasnąć, bez strachu i bez snów. Ale do tego jeszcze daleka droga, wiem o tym. A tu jest ta bezkresna noc i Judy, i otaczająca ją tajemnica: dlaczego musiała się pojawić i zaraz zniknąć? Te dwa minione dni! Dwa razy po dwadzieścia cztery roztrwonione godziny. Dlaczego się nie szukałyśmy? A na koniec to tchórzliwe, upokarzające pożegnanie? Wstydziłyśmy się naszej nagości? Nie, to nie tylko to. Istnieją skromne, cierpliwe przyjaźnie na niepogodę. Nasza była niespokojna, burzliwa jak Judy, rozgorączkowana i nieśmiała jak ja. I jak my obie, bardzo zmienna.
Dlaczego cierpieć z powodu rzeczy, które się lubi? Razem się drapać, razem kaszleć, znosić zapachy, kolki i trzymać się przy tym za ręce? Dlaczego przywoływać kruchość obrazów? Dlaczego nie zachować obrazu Judy, jaką była: pulchnej, miękkiej, o bujnych kształtach, pełnej fantazji i humorów! Bogatej! Twierdziła, że ma to w nosie, i tak było, tyle że biedni rzadko miewają humory. Mawiała: "Teraz zrobimy to, teraz pójdziemy tam", nie dodając: "jeżeli chcesz". Bez namysłu, ale z ciężkim sercem odpowiadałam: "Nie".
Te afektowane troski! Ileż to innych miałam od tamtego czasu! Zależy mi jednak na tym, aby zachować te stare, dziecinne zmartwienia, ponieważ są jedynymi, jakich nie dzielę z moją piątką.
*
Mają się zgłosić wszystkie poniżej szesnastu lat. Poinformowano nas o tym właśnie podczas apelu. Zostaną przewiezione do innego obozu, gdzie czekają na nie starcy i dzieci. Wyśmienite warunki: chleb z masłem rano, własna prycza, własny koc, czysty talerz i codziennie kąpiel. Podobno ten obóz to ośrodek wypoczynkowy, coś w rodzaju sanatorium: na trawniku, w cieniu wielkich drzew starzy wyprowadzają wnuki na spacer. Fantasmagorie? Ktoś to widział. Tylko spokojnie. Tu zawsze jest ktoś, kto wszystko widział (na własne oczy), i ktoś, kto o tym zaświadcza. Ktoś widział już pszenny chleb, nowe ubrania, które na nas czekają, szczoteczki do zębów. Ktoś widział cywilów, na pewno dyplomatów, którzy na Lagerstraße2 rozmawiali z esesmanami po angielsku. Inni ręczą, że ten cyrk potrwa najwyżej jeszcze tydzień. Ale cyrk trwa, a w naszych szeregach niezmordowanie widzi się i zaświadcza dalej. Kto narzekałby na pszenny chleb czy angielskiego dyplomatę, skoro ktoś widział beczkę marmolady, która zostanie rozdzielona, skoro ktoś widział nad obozem amerykańskie spadochrony, a ktoś zaklinał się, że to prawda?
Czyż w swojej skrajnej bezradności nie jesteśmy jak dziecko, które zostało samo w ciemnościach, wzdryga się na każdy cień i widzi na ścianach tańczącego diabła? Jedno jest pewne: tu w obozie nie ma dzieci. Nie ma też starych ludzi. Gdzieś muszą przecież być. I dlaczego mieliby nie być razem? Mleko, chleb z masłem, własne łóżko: mrzonki. Ale gdyby choć jedna setna z tego była prawdą: że żyją...
*
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
1 We francuskim pierwodruku książki niektóre wyrażenia i zdania były zapisane w języku niemieckim. W przekładzie niemieckim zostały one wyróżnione kursywą. W polskim wydaniu zachowano ten zapis, z podaniem tłumaczenia części z nich w przypisach (wszystkie przypisy - o ile nie zaznaczono inaczej - pochodzą od tłumaczki).