Piękna ujarzmia bestię - Eloisa James

Reflow text when sidebars are open.
Strona redakcyjna
Redakcja stylistyczna
Barbara Nowak
Korekta
Hanna Lachowska
Halina Lisińska
Projekt graficzny okładki
Małgorzata Cebo-Foniok
Ilustracja na okładce
Copyright ? Jim Griffin
Tytuł oryginału
When Beauty Tamed the Beast
Copyright ? 2011 by Eloisa James
All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright ? 2012 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 978-83-241-4553-9
Warszawa 2012. Wydanie I
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63
tel. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Publikację elektroniczną przygotował
1
1
Pewnego razu, nie tak bardzo dawno temu...
W bajkach znajdziecie więcej pięknych dziewcząt niż kamyków na plaży. Mleczarki o cerze jak kwiat magnolii stoją ramię w ramię z gwiaździstookimi księżniczkami. Szczerze mówiąc, gdyby zliczyć każdą parę oczu lśniących jak gwiazdy w tych wszystkich uroczych twarzyczkach, pewnie powstałaby z tego cała galaktyka.
Jednak nie zmienia to, niestety, faktu, że prawdziwe kobiety rzadko kiedy przypominają baśniowe księżniczki. Mają pożółkłe zęby albo krosty na twarzy. Cień wąsika nad wargą albo nos tak wielki, że myszy mogłyby sobie zrobić z niego skocznię narciarską.
Naturalnie, są też i ładne kobiety. Ale nawet one ulegają "owym tysięcznym właściwym naszej naturze wstrząśnieniom", na które narzekał już dobry książę Hamlet[1].
Krótko mówiąc, mało która kobieta swą urodą zaćmiewa słońce. Nie będziemy więc opiewać ząbków jak perełki, słowiczego głosu i twarzyczki tak pięknej, że na jej widok anioły skręcałyby się z zazdrości.
Linnet Berry Thrynne miała wszystkie te atuty, może tylko z wyjątkiem słowiczego głosu. Brzmiał przyjemnie i nic ponadto, ale zapewniano ją, że jej śmiech przypomina melodyjny dźwięk złotych dzwoneczków. Choć, jak się rzekło, słowiczy głos nie wchodził w grę, nie raz wspominano o słodkich ptasich trelach.
Nie musiała zaglądać do lusterka, żeby się przekonać, że jej włosy lśnią, oczy błyszczą, a zęby... no, te może specjalnie nie lśniły, ale przynajmniej były białe.
Była jedną z tych dziewcząt, których uroda popchnęłaby każdego stajennego do bohaterskich czynów, a księcia do mniej dramatycznych - ale jednak - posunięć, takich jak przedarcie się przez jeżynowy gąszcz tylko po to, by skraść jej całusa. Niestety, nie zmieniało to pewnego podstawowego faktu.
Po tym, co zdarzyło się wczoraj, nikt już jej nie zechce za żonę.
Klęska ta miała wiele wspólnego z naturą i charakterem pocałunków i z tym, do czego pocałunki zazwyczaj prowadzą. Choć może jeszcze więcej z naturą i charakterem książąt. Konkretnie, księcia Sussex, Augusta Fryderyka.
Całował się z Linnet nie raz. Prawdę mówiąc, całował się z nią bardzo wiele razy i za każdym razem wyznawał jej gorącą miłość. Nie wspominając o tym, że kiedyś późną nocą nawrzucał jej truskawek do sypialni przez okno. Oczywiście, narobił tym okropnego nieporządku i doprowadził do szału ogrodnika.
Nie zrobił tylko jednego - nie przyrzekł jej małżeństwa.
- Fatalnie się składa, że nie mogę się z tobą ożenić - powiedział przepraszającym tonem wczoraj, kiedy wybuchł skandal. - Jesteśmy książętami krwi, no i wiesz... w związku z tym nie zawsze mogę robić to, co chcę. Mój ojciec jest nieco przewrażliwiony na tym punkcie. Naprawdę, wielki pech. Na pewno słyszałaś o moim pierwszym małżeństwie. Anulowano je, bo Augusta nie była dość dobra dla Windsorów jako córka hrabiego.
Linnet nie była córką hrabiego; jej ojciec był zaledwie wicehrabią i w dodatku nie miał najlepszych koneksji. Co gorsza, nic nie słyszała o pierwszym małżeństwie księcia. Jakoś tak się złożyło, że wszyscy plotkarze obserwujący jej flirt przez kilka minionych miesięcy zupełnie zapomnieli wspomnieć, że jej wybranek ma pożałowania godny zwyczaj zalecania się do dziewcząt, z którymi nie może - albo nie powinien - brać ślubu.
Książę skłonił się zamaszyście, odwrócił i opuścił salę balową, by oddalić się do zamku Windsor - albo w jakieś paskudne miejsce, gdzie kryją się szczury, które uciekły z tonącego okrętu.
Linnet została zupełnie sama, nie licząc skwaszonej przyzwoitki i tłumu eleganckich gości. Niebawem też przekonała się, jak wiele londyńskich panien i matron natychmiast, z niekłamaną radością, uznało ją za wszetecznicę najgorszego gatunku.
W sekundę po odejściu księcia zaczęto unikać jej wzrokiem. Gdziekolwiek spojrzała, napotykała odwrócone plecy. Gwar podnieconych, arystokratycznych głosów przypominał gęganie stada gęsi gotowych do odlotu na północ. Choć, oczywiście, to ona musiała zerwać się do odlotu - na północ, na południe... nieważne gdzie, byle prędzej opuścić miejsce porażki.
Niesprawiedliwość losu spotkała ją tym większa, że Linnet bynajmniej nie była łatwą dziewczyną. Nie bardziej niż jakakolwiek inna panna uwodzona przez księcia.
Z radością zgarnęła główną nagrodę w salonowej grze - jasnowłosego, czarującego arystokratę. Szczerze mówiąc, nie robiła sobie nadziei na zamążpójście. Zdecydowanie nie oddałaby mu swego dziewictwa bez zaręczynowego pierścionka i akceptacji króla.
Poza wszystkim innym uważała Augusta za przyjaciela, więc tym boleśniej była zawiedziona, gdy nie złożył jej wizyty następnego dnia po tym upokarzającym wydarzeniu. Nie on jeden. Linnet na próżno wypatrywała gości przez okno swojego londyńskiego domu i powoli dochodziła do wniosku, że już nikt się u niej nie zjawi z wizytą. Nikt. Ani jedna żywa dusza.
Od jej debiutu w towarzystwie kilka miesięcy temu drzwi tego domu były jak brama wiodąca do Złotego Runa, czyli do jej uroczej osóbki, obdarzonej przy tym pokaźnym posagiem. Młodzi mężczyźni zbiegali się w podskokach, pląsach i wygibasach, obsypując ją prezentami i kwiatami, nie zapomniawszy też o zostawianiu kart wizytowych. Nawet książę zniżył się do tego, by odwiedzić ją aż cztery razy, co było niesłychanym wręcz komplementem. A teraz... bruk ulicy lśnił w słońcu, a wokół panowała cisza.
- Nie mogę uwierzyć, że doszło do tego ot tak, bez żadnego powodu! - stwierdził ojciec. On też już zszedł do salonu.
- Książę mnie pocałował - odparła sucho Linnet. - I nie byłby to żaden powód do niesławy, gdyby nie baronowa Buggin, która to widziała.
- Pocałunki! Też mi coś! Pocałunki to nic takiego. Chciałbym raczej wiedzieć, dlaczego powiadają, że spodziewasz się dziecka. Z księciem! - Wicehrabia Sundon podszedł do córki i popatrzył na pustą ulicę.
- Z dwóch powodów. Żaden z nich nie ma nic wspólnego z dziećmi, co powinno cię zadowolić.
- Mianowicie?
- Zjadłam nieświeżą krewetkę na poranku muzycznym, który lady Brimmer wydała w zeszły czwartek.
- I co z tego?
- Źle się poczułam. Nie zdążyłam nawet dobiec do toalety. Zwymiotowałam do donicy, pod pomarańczowe drzewko. - Wzdrygnęła się na samo wspomnienie tej chwili.
- Tego nie sposób opanować - przyznał wicehrabia. Nienawidził fizjologii. - Rozumiem, że uznano to za objaw porodu?
- Nie porodu, tato, tylko stanu, który go poprzedza.
- Naturalnie. Pamiętasz, jak pani Underfoot zwymiotowała w sali tronowej i o mało co nie trafiła w jego wysokość króla Norwegii? Nie przez krewetkę ani nie przez dziecko. Wszyscy wiedzieli, że dama była w sztok pijana. Moglibyśmy twoją niedyspozycję złożyć na karb nietrzeźwości.
- Czy to by mi w czymś pomogło? Mało kto chciałby poślubić pijaczkę. Poza tym nie chodziło tylko o krewetkę. Doszła jeszcze ta moja suknia.
- A cóż takiego znowu z twoją suknią?
- Włożyłam tego wieczoru nową suknię balową i moja sylwetka z profilu prawdopodobnie zasugerowała niektórym, że jestem w odmiennym stanie.
Ojciec obrócił ją i przyjrzał się jej talii.
- Według mnie wyglądasz normalnie. Poza tym, że niewątpliwie trzęsiesz się z zimna. Naprawdę musisz tak odsłaniać dekolt?
- Muszę, bo w przeciwnym razie będę wyglądała jak opasła matrona - odparła ze zniecierpliwieniem.
- W tym problem - odparł lord Sundon. - Stroisz się jak wiejska dziewczyna na jarmark Bartłomieja. Do diaska. Poleciłem twojej przyzwoitce, kładąc na to szczególny nacisk, że masz wyglądać najskromniej ze wszystkich panien na sali. Czy ja wszystkiego muszę sam doglądać? Czy nikt tu nie potrafi wykonać najprostszych poleceń?
- Moja suknia była skromna - próbowała wyjaśnić Linnet, ale ojciec nie słuchał.
- Bóg jeden wie, jak bardzo się starałem! Opóźniłem twój debiut w nadziei, że dojrzałość przyda ci powagi na tyle, by socjeta mogła cię zaakceptować i zapomnieć o reputacji twojej matki. Ale cóż z tego, skoro twój dekolt mówi wszystkim, jaką jesteś wietrznicą.
Linnet wzięła głęboki oddech.
- Ta afera nie miała nic wspólnego z dekoltami. Suknia, którą miałam wczoraj na sobie, była...
- Affaire! - wykrzyknął ojciec. - Romans! Wychowałem cię według najsurowszych zasad...
- Nie chodzi mi o affaire w rozumieniu Francuzów - przerwała. - Miałam na myśli to, że suknia była przyczyną wczorajszej katastrofy. Widzisz, ona ma dwie ozdobne halki i...
- Pokaż mi ją - zażądał lord Sundon, z kolei przerywając córce. - Idź i włóż ją na siebie!
- Nie mogę włożyć balowej sukni z samego rana!
- Natychmiast. I przyprowadź mi tu tę twoją przyzwoitkę. Chcę usłyszeć, co pani Hutchins ma na swoją obronę. Zatrudniłem ją właśnie po to, by uniknąć takich kłopotów. Zachowywała się jak prawdziwa purytanka, więc jej zaufałem!
Linnet poszła włożyć suknię balową.
Tkanina ciasno obejmowała jej piersi, a fałdy spódnicy upięto na boki, by odsłaniały drugą spódnicę z pięknej, belgijskiej koronki. Ta z kolei odsłaniała trzecią warstwę z białego jedwabiu. Model cudownie wyglądał na kartach sklepowego katalogu madame Desmartins, a kiedy Linnet włożyła ją wczorajszego wieczoru, efekt uznała za zachwycający.
Ale teraz, gdy panna służąca skończyła drapować wszystkie tkaniny pod czujnym okiem pani Hutchins, Linnet przyjrzała się krytycznie swojej talii.
- Wielki Boże - powiedziała niepewnie. - Naprawdę wyglądam jak w ciąży. - Odwróciła się do lustra bokiem. - Popatrzcie tylko, jak to się układa. Wszystko przez tę falbanę pod samymi piersiami. Zupełnie, jakbym się spodziewała bliźniąt.
Pokojówka Eliza nie odezwała się ani słowem, ale przyzwoitka nie okazała skrępowania.
- Moim zdaniem, to nie halki, tylko twoje piersi - stwierdziła oskarżycielskim tonem, jakby to Linnet ponosiła winę za rozmiar biustu.
Zdaniem Linnet ta kobieta miała twarz jak gargulec. Jej postać przywodziła na myśl średniowieczne katedry z całym ich kamiennym religijnym zaangażowaniem. Wicehrabia zatrudnił ją, oczywiście, właśnie dlatego.
Linnet odwróciła się do lustra. Suknia rzeczywiście miała głęboki dekolt i, szczerze mówiąc, bardzo jej się to podobało, jako że większość mężczyzn, zwłaszcza młodych, z wysiłkiem podnosiła wzrok, by spojrzeć wyżej. Byli tak tym zajęci, że Linnet mogła się wtedy przenosić myślą poza mury balowej sali.
- Jesteś zbyt bogato wyposażona w tym miejscu - ciągnęła pani Hutchins. - Za dużo ciała u góry. A dodatkowo suknia jest tak udrapowana w talii, że rzeczywiście wyglądasz, jakbyś oczekiwała szczęśliwego rozwiązania.
- Kto tu mówi o szczęściu - westchnęła Linnet.
- Nie w twojej sytuacji - zgodziła się przyzwoitka i odchrząknęła. Robiła to w nieprawdopodobnie irytujący sposób, jak nikt inny. W ciągu ostatnich miesięcy Linnet przekonała się, że chrząkanie pani Hutchins zawsze poprzedza jakiś nieprzyjemny komentarz.
- Dlaczego, do licha, żadna z nas tego nie zauważyła? - wykrzyknęła z rozpaczą, zanim pani Hutchins zaczęła wygłaszać krytyczne uwagi. - To takie niesprawiedliwe, że straciłam reputację, a być może nawet szanse na zamążpójście, tylko dlatego, że moja suknia ma za dużo falban i halek!
- Zawiniły też twoje maniery - odparła pani Hutchins. - Przykład twojej własnej matki powinien cię nauczyć, że jeśli będziesz zachowywać się jak kokota, ludzie natychmiast zaczną cię odpowiednio traktować. Przez tych kilka miesięcy starałam się wytłumaczyć ci, co jest właściwe, a co nie, ale nie słuchałaś mnie wcale. Teraz musisz zebrać to, co zasiałaś.
- Moje maniery nie mają nic wspólnego z tą suknią i z tym, jak ona się układa na mojej figurze - stwierdziła Linnet. Rzadko przeglądała się w lustrze. Gdyby choć raz spojrzała uważnie, gdyby odwróciła się bokiem...
- To przez ten dekolt - upierała się pani Hutchins. - Wyglądasz jak dojna krowa, za pozwoleniem.
Linnet mało obchodziły jej słowa. Dlaczego nikt jej nie ostrzegł? Dlaczego nikt nie powiedział, że dama powinna zawsze oglądać się z profilu, przymierzając nową suknię, bo może się okazać, że cały Londyn zacznie plotkować na temat jej ciąży?
- Wiem, że nie jesteś enceinte - wywodziła dalej pani Hutchins z taką miną, jakby jej było przykro z tego powodu. - Ale patrząc na ciebie, z trudem bym w to uwierzyła.
Znowu odchrząknęła.
- Jeśli chcesz rady, na twoim miejscu zasłoniłabym nieco ten dekolt. Jest wręcz nieprzyzwoity. Próbowałam ci o tym powiedzieć kilka razy w ciągu minionych dwóch miesięcy i dwudziestu trzech dni, od których mieszkam w tym domu.
Linnet policzyła do pięciu, a potem powiedziała z kamienną twarzą:
- Mam tylko taki biust, pani Hutchins, i taką samą suknię, jakie noszą wszystkie. Dekolt w niej niczym się nie różni od innych.
- Wyglądasz jak fregata - odparła przyzwoitka.
- Słucham?
- Jak fregata. Jak kobieta lekkich obyczajów!
- Ale fregata to przecież statek!
- Taki, co bywa w niejednym porcie.
- Nie do wiary! To chyba pierwszy dowcip, który od pani usłyszałam. Już się martwiłam, że nie ma pani poczucia humoru - odparła Linnet.
Kąciki ust przyzwoitki opadły w dół i pani Hutchins zamilkła, urażona. Nie chciała słyszeć o tym, by zejść z Linnet do salonu.
- Nie mam nic wspólnego z tym, co ci się przytrafiło - stwierdziła. - To wola nieba i możesz powtórzyć ojcu moje słowa. Zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby wbić ci do głowy jakieś zasady, ale było już za późno.
- To niesprawiedliwe - zauważyła Linnet. - Każda młoda, niedoświadczona fregata powinna mieć możliwość zakotwiczenia chociaż w jednym porcie, zanim ją zatopią.
Pani Hutchins aż się zatchnęła.
- Jeszcze masz czelność żartować. Brak ci poczucia przyzwoitości! Wszyscy wiemy, kto za to ponosi winę!
- Szczerze mówiąc, uważam, że więcej wiem o przyzwoitości i nieprzyzwoitości niż większość ludzi. W końcu to ja dorastałam u boku mojej matki, a nie pani.
- I stąd się biorą twoje problemy - zasyczała przyzwoitka z ponurym uśmiechem. - Twoja matka nie była jakąś tam córką folusznika, która zwiała z wędrownym kotlarzem. Skradała się jak złoczyńca we mgle, na oczach wszystkich. Nie była dyskretna. Cały świat widział jej zepsucie!
- Złoczyńca we mgle - powtórzyła Linnet. To brzmi jak cytat z Biblii, prawda, pani Hutchins?
Przyzwoitka zasznurowała wargi i wyszła z pokoju.
Koniec wersji demonstracyjnej