Piękna rozłąka - Nao-Cola Yamazaki

Reflow text when sidebars are open.
Yumi Toyozaki
Na stronie japońskiego "Newsweeka" natknęłam się kiedyś na artykuł (z 18 października 2018 roku), w którym przytoczono wyniki badania przeprowadzonego w 31 krajach na 160 tysiącach osób. Wynikało z niego, że istnieje związek między liczbą książek posiadanych w wieku szesnastu lat a poziomem umiejętności czytania i pisania, podstawową wiedzą matematyczną oraz kompetencjami IT w wieku dorosłym. Pomyślałam wtedy, że niektóre dane potrafią działać jak klątwa. Są przecież dzieci, które mimo braku książek w domu czytają - pożyczają je z biblioteki czy od przyjaciół. Są też i takie, które choć mają ich w domu niezliczoną ilość, nigdy nie sięgają po żaden tytuł. Każde dziecko ma swoją historię i swój sposób kontaktu z książkami. Tego dane statystyczne jednak nie uwzględniają.
Ludzie snują narracje o przyczynach i skutkach, próbują znaleźć powiązania między nieszczęściem a jego źródłem, nie zdając sobie sprawy, że często kierują się stereotypami. Sięgam po powieści, będąc tego w pełni świadoma. Wybieram nie te banalne, oparte na powszechnym wyobrażeniu o świecie, lecz takie, które z uważnością opowiadają o niepowtarzalnych losach jednostki. Jedna z nich to właśnie Piękna rozłąka autorstwa Nao-Coli Yamazaki.
Narratorem jest mężczyzna po czterdziestce pracujący w dziale szkoleniowym firmy sprzedającej ubezpieczenia na życie. Ma żonę w tym samym wieku, z którą, jak pisze, "nie doczekali się dzieci, ale przeżyli razem piętnaście szczęśliwych lat". Gdy żona trafia do szpitala z diagnozą nowotworu w terminalnym stadium, mężczyzna zwraca się do firmy z prośbą o skrócenie wymiaru godzin pracy, by móc samodzielnie się nią opiekować. To właśnie z jego perspektywy śledzimy tę historię - pozornie typową opowieść o chorobie, która stopniowo zmienia się w zupełnie nową, osobistą narrację o życiu i śmierci.
- Jestem - mówię, odgarnąwszy zasłonkę, i unoszę dłoń.
- Jesteś - odpowiada uśmiechem i wykonuje ten sam gest.
Chciałby opiekować się nią jeszcze bardziej. Gdy zauważa, że nie domyła twarzy, "od razu ma ochotę jej pomóc, ale wie, że chce być samodzielna", i się powstrzymuje. Dobrze zna usposobienie swojej żony i nigdy nie działa wyłącznie według własnego uznania. Od dawna nosi ze sobą w teczce przybory do obcinania paznokci, ale zadanie pytania "Obciąć ci paznokcie?" okazuje się zaskakująco trudne. "Boję się, że przesadzę z troską i tylko się ośmieszę", mówi. To mężczyzna wrażliwy aż do bólu, przez co szczególnie dotkliwie odczuwa bezrefleksyjne słowa i zachowania innych ludzi wobec choroby żony.
Yamazaki z dużą uważnością ukazuje wewnętrzne poruszenie bohatera zderzającego się z wieloma stereotypowymi narracjami: lekarską diagnozą o czasie, jaki pozostał żonie; statystykami w stylu "X procent chorych dożywa Y lat", próbami doszukiwania się przyczyn ("przecież była młoda", "nie paliła") czy uproszczonymi założeniami pracowniczki opieki społecznej, wynikającymi z zawodowej rutyny. Nawet samo wyrażenie "walka z chorobą" okazuje się kliszą. Powieść pokazuje, że życie po diagnozie nie sprowadza się wyłącznie do walki.
Gdyby ktoś zapytał mnie, czy żałuję, odpowiedziałbym: tak, noszę w sercu żal. Ale w tej samej chwili miałbym ochotę sam sobie zaprzeczyć. Bo nawet jeśli nie była to najlepsza z dróg, to czy ktoś naprawdę wie, jaka byłaby ta najlepsza? Czy w ogóle istniała? A jeśli istniała, to czy to coś złego, że wybraliśmy własną, inną niż droga większości?
Powieść, pełna wrażliwości i niezwykłej dbałości o szczegóły, opowiada spokojnym, a zarazem poruszającym tonem o emocjach dobrze znanych tym, którzy doświadczyli straty bliskiej osoby w wyniku ciężkiej choroby. Jej ogromny atutem jest to, że nie zamyka opowieści o chorobie i śmierci wyłącznie w kręgu rodzinnym, lecz osadza ją w szerszym, społecznym kontekście.
Nie zamierzam zapominać o pracy aż do śmierci. A właściwie to nawet i po śmierci będę o niej myśleć. Nie wiem, dlaczego ludzie zakładają, że umierający myślą przede wszystkim o rodzinie. Albo takie duchy. Wszystkim się wydaje, że przodków obchodzi głównie los bliskich. Ale dlaczego zmarli nie mieliby myśleć o pracy?
Żona, która przez trzynaście lat prowadziła sklep z kanapkami, nawet na szpitalnym łóżku notuje pomysły na nowe produkty i z zaangażowaniem rozmawia o pracy z odwiedzającymi ją klientami i współpracownikami. Być może chce w ten sposób pozostać częścią społeczeństwa, mimo swojej choroby. Mąż to rozumie i dlatego uważa, że "w małżeństwie nie chodzi o wyłączność na drugą osobę, ale o zaufanie do jej otoczenia".
Podczas organizacji pogrzebu odrzuca propozycję pomocy ze strony swojej firmy i prosi o wsparcie znajomych żony. Dla niego zmarła nie jest po prostu "czyjąś córką" ani "czyjąś żoną". Jest kimś zupełnie unikalnym - partnerką, która od czasu studiów z oddaniem budowała swoje życie zawodowe. Podkreślenie jej niepowtarzalności jest dla niego szczególnie ważne.
Lubię fragment, w którym ten inteligentny i pełen empatii mężczyzna, zawsze tak uważnie wsłuchany w potrzeby żony, potrafiący starannie analizować i odrzucać narzucone przez społeczeństwo narracje, po raz pierwszy odsłania przed czytelnikiem odrobinę własnego ego:
Kiedy tak się nią zajmuję, wykonując te wszystkie drobne czynności, gdzieś głęboko, jakby w okolicy przepony, odczuwam radość. Dla niej może być to trudny, zawstydzający czas. Ale mnie wypełnia szczęście. Chciałbym, żeby te dni trwały jak najdłużej. Żebyśmy mogli tak zostać. Tu, w szpitalu. Na zawsze.
Podczas rozmowy z lekarką o intensywnej terapii, której żona odmówiła, czuje się niezrozumiany i w myślach buntuje się w słowach pełnych złości:
Nie zgadzam się z traktowaniem śmierci jako punktu kulminacyjnego. To nie ona jest najważniejsza. Nie przychodzę do szpitala, by czekać na jej nadejście, lecz po to, aby być z żoną tu i teraz, razem. Chciałbym móc to wykrzyczeć zarówno lekarzowi, jak i każdemu z osobna.
Trudno winić go za to, że marzy o byciu z żoną na zawsze.
Niektórzy czytelnicy mogą się zastanawiać, dlaczego ojciec - w przeciwieństwie do matki, która utrzymuje z córką bliską, przyjacielską relację - ani razu nie pojawia się w szpitalu. W moim odczuciu to właśnie jego milcząca nieobecność porusza najmocniej. Ojciec nie jest pozbawiony uczuć. Po prostu nie potrafi znieść widoku swojej jedynej córki, która z dnia na dzień powoli odchodzi. Córka, jakby zdając sobie z tego sprawę, zwraca się do matki: "Dzięki, że wpadłaś. Wiem, że masz dużo na głowie. Pozdrów ode mnie tatę". Przekazuje mu w ten sposób: "Ze mną wszystko dobrze". Dobra powieść nie składa się wyłącznie z tego, co napisano wprost. Jej prawdziwa siła tkwi również w tym, co zostało przemilczane.
Dystans pomiędzy małżonkami stopniowo malał od dnia, w którym się poznali. Nawet jeśli chwilami zdezorientowany mąż oddalał się nieco, nie wiedząc, jak najlepiej się żoną zaopiekować, wystarczyło, że zdobył się na odwagę, aby obciąć jej paznokcie, a odległość między nimi znów się zmniejszała.
Ciach, ciach. Ten dźwięk mnie pochłania. Zaczynam odczuwać dziwną radość. Co to za ekscytacja? Czy obcinanie paznokci ukochanej osobie zawsze było tak satysfakcjonujące?
Po jej śmierci zaczyna mieć wrażenie, że stała się kimś na kształt bóstwa. Jeszcze niedawno witali się zwykłym uniesieniem ręki, a teraz musi pochylać przed nią głowę i składać dłonie do modlitwy. Znów pojawił się dystans. Czuje, że coraz bardziej się od siebie oddalają. A jednak nie traci nadziei:
Może błędem jest zakładać że bliskość przynosi ukojenie, a rozłąka koniecznie oznacza smutek. Teraz jeszcze nie chcę się żegnać. Mam jednak przeczucie, że przyjdzie dzień, gdy to nie będzie już takie trudne. Spoglądam w stronę, z której nadchodzi to przeczucie - i dostrzegam nikłe światło.
Relacja między ludźmi nie kończy się wraz ze śmiercią jednej z osób. Trwa dalej i nieustannie się zmienia. To właśnie ta piękna rozłąka nas łączy. To ciągle zmieniająca się relacja jest prawdziwą miłością.
Aby zakończyć mój nieskładny komentarz, chciałabym przytoczyć jeszcze jeden fragment, który otworzył mi oczy:
Każdy kiedyś umrze. Ja też. Coraz częściej łapię się na tym, że chciałbym umrzeć na to samo co żona. Dzięki niej zacząłem postrzegać nowotwór jako chorobę, która daje czas na przygotowanie się do odejścia. Rak - to wcale nie taka zła śmierć.
Po lekturze Pięknej rozłąki wróciło do mnie wspomnienie przyjaciółki-redaktorki, która niemal do ostatniego oddechu nie wypuszczała z rąk korekty książki, mimo że rak zaatakował jej płuca. Kiedy o niej myślałam, pojawiała się jako ktoś, kto "dobrze przeżył swoje życie", ale teraz uświadomiłam sobie, że dystans, który w tym czasie powstał między nami, znów się zmniejszył. Poczułam radość. Dzięki tej powieści zrozumiałam, że nawet po śmierci relacja między ludźmi ulega zmianom. I że zaakceptowałam to, że mogę umrzeć na raka.
Jedną z największych zalet dobrej powieści jest to, że pozwala spojrzeć na świat inaczej niż przed lekturą. Piękna rozłąka to tego doskonały przykład. To poruszająca książka, która przemówi do każdego czytelnika, bo przecież wszyscy kiedyś staniemy wobec nieuchronności śmierci.
°
Ruch jest fascynujący. Kiedy skupiam się na ruchu, znika gdzieś wrażenie istnienia rzeczy. Rozmywają się kontury kotów czy pociągów. Wydaje mi się wtedy, że nie tyle istnieją, ile po prostu się poruszają. Ich granice zlewają się z otoczeniem, ustępując miejsca ruchowi.
W kawiarni na wiadukcie sączę przez czarną słomkę zielony sok podany w przezroczystej szklance i biorę kęs hot doga polanego musztardą. Spoglądam z góry na tłum ludzi wylewający się przez bramki biletowe ze stacji. Gdy koncentruję się na ruchu, ich zarys traci ostrość. Twarze i sylwetki rozmywają się jakby we mgle, a w powietrzu pozostaje jedynie wytworzone przez nie ciepło.
Chyba przyjechał specjalny pociąg pośpieszny. Ruch się nasila. Ludzie suną od bramek biletowych do miejsc spotkań, do firm i domów.
Trójkolorowy kot jednym susem wskakuje na mur.
Motyl bielinek kołysze się w powietrzu.
Płatki kwiatów wiśni powoli opadają na ziemię.
Poruszające się obiekty kreślą niezliczone linie. Patrzę na ich plątaninę w zamyśleniu i mam wrażenie, że mógłbym bez końca wodzić za nimi wzrokiem.
Gdy jednak spoglądam na zegarek, okazuje się, że jego wskazówki również się poruszają. Czuję upływ czasu. Autobus przyjedzie zgodnie z rozkładem. Dopijam więc sok jednym haustem, wkładam do ust resztę hot doga, oddaję naczynia i opuszczam kawiarnię.
Lekko i energicznie zbiegam po schodach, a mój krawat delikatnie się przy tym kołysze. Czterdziestokilkuletni mężczyzna zeskakujący ze stopni musi wyglądać dziwnie. Być może to za sprawą ciepłej, kwietniowej pogody, aż rwę się do ruchu. Ostatnio przestało mnie obchodzić zdanie innych. Co złego w tym, że dorosły facet sobie podskakuje? Kieruję się w stronę przystanku autobusowego, przeplatając kroki niepotrzebnymi podrygami.
-
Na terminalu wsiadam do autobusu, który odjeżdża z przystanku numer trzy w stronę szpitala Nitta. Zaczynam się zastanawiać nad słowami "terminal autobusowy" i "opieka terminalna". To ciekawe, że nazwa krańcowego przystanku i określenie końca życia brzmią identycznie. Rozumiem ich znaczenie, lecz wywołane przez nie skrajnie odmienne obrazy sprawiają, że kąciki moich ust unoszą się w lekkim uśmiechu.
Kołysany przez autobus, obserwuję miasto. Zostawiam w tyle szeroką aleję obsadzoną drzewami wiśni, przejeżdżam obok chramu, mijam bramy gimnazjum.
Tuż przed końcowym przystankiem po lewej stronie wyłania się pole rzepaku. Co za widok! Jeszcze dwa tygodnie temu było na nim tylko kilka żółtych plamek. Z dnia na dzień ich przybywało, aż w końcu całe pole zaczęło przypominać chirashi-zushi[1] posypane rozkruszonym żółtkiem jajka. Teraz to jednobarwny dywan kwiatów.
-
Przypominam sobie, że kiedy spotkałem żonę po raz pierwszy, miała na sobie granatową sukienkę w żółte kwiaty rzepaku. Była córką mojego ówczesnego przełożonego.
Choć teraz nasze zawodowe drogi już się rozeszły, to w tamtym czasie jej ojciec był moim bezpośrednim szefem i zarazem dyrektorem oddziału.
W firmie panowała atmosfera silnego braterstwa, do czego trudno było mi się przyzwyczaić. Sama praca w sprzedaży ubezpieczeń na życie ma w sobie coś z ducha drużyny sportowej, a dla kogoś, kto w liceum należał do mało popularnego kółka badającego baśnie i legendy ludowe, a potem studiował literaturę francuską, był to kompletnie nieznany świat.
Gdy pod koniec studiów rozpocząłem poszukiwania pracy, koncentrowałem się głównie na bankach, biurach maklerskich i firmach ubezpieczeniowych. Ciekawił mnie obrót pieniędzmi. Uważałem, że transakcje, podobnie jak wymiana zdań, łączą ludzi. I chociaż pieniądze sprowadzają się do liczb, nie oznacza to wcale, że praca z nimi nie wymaga umiejętności humanistycznych. Przeciwnie - to także forma komunikacji. W świecie finansów liczy się budowanie relacji, umiejętność rozmowy o pieniądzach i wyczucie chwili, w której warto je wprawić w ruch.
Być może osoby z wykształceniem ścisłym lepiej sprawdzają się przy opracowywaniu nowych produktów, a absolwenci ekonomii skuteczniej zarządzają majątkami. Jednak w kwestiach związanych z relacjami międzyludzkimi i strukturą społeczną większą wrażliwością zwykle wykazują się humaniści. Tak naprawdę większość kandydatów, którzy zostali przyjęci do tego samego oddziału co ja, ukończyła właśnie kierunki humanistyczne.
Niemniej jednak sprzedaż wymaga nie tylko biegłości w komunikacji, ale również wyjątkowo silnej psychiki. Moi koledzy, którzy na początku odzywali się cicho i niepewnie, szybko przesiąknęli firmową atmosferą - nabrali pewności w głosie i swobody w przybieraniu naturalnego uśmiechu. Tylko ja nie potrafiłem nadążyć. W ogłaszanych codziennie wynikach sprzedaży zawsze okupowałem ostatnie miejsce.
Po pięciu latach zacząłem myśleć o odejściu. Może przed trzydziestką mógłbym jeszcze całkowicie zmienić branżę? Przeglądając ogłoszenia o pracy, zastanawiałem się, co zrobić dalej ze swoim życiem. Wtedy właśnie pojawił się w oddziale nowy dyrektor. Był potężnie zbudowany, miał opaloną twarz i podobno grał w rugby. Jednak wbrew swojemu wyglądowi nie głosił haseł o "pielęgnowaniu więzi zespołowych" czy "rywalizacji, która prowadzi do rozwoju", tak jak robili to inni przełożeni i współpracownicy. Tamci próbowali podnosić morale poprzez klepanie po plecach czy lekkie poszturchiwania, a on nigdy nikogo nie dotykał. Tam, gdzie inni rezygnowali ze zwrotów grzecznościowych, on konsekwentnie zwracał się do podwładnych po nazwisku, poprzedzając je uprzejmym "pan" lub "pani"[2]. Nie zmuszał też nikogo do wygłupów na firmowych imprezach. Kiedy wyniki odbiegały od oczekiwań, zamiast wygłaszać podniosłe mowy motywacyjne, zadawał rzeczowe pytania.
- Rozumiem, że dla niektórych rywalizacja może być czymś nudnym. Hmm, może nie chodzi o to, aby porównywać się z innymi, ale o to, by praca przynosiła radość? - zapytał pewnego dnia pod koniec przerwy obiadowej, kupując mi w automacie puszkę kawy.
- Niedawno podziękował mi klient, który miał wypadek. Ale czy powinienem się z tego powodu cieszyć?
- Rzeczywiście, trudno przyjąć podziękowania w sytuacji, gdy klientowi przydarzyło się coś przykrego. Są zawody, które towarzyszą ludziom w szczęściu, ale i takie, które wymagają obecności w nieszczęściu - odpowiedział po chwili namysłu.
Wsłuchując się w jego wyważoną wypowiedź, dopiłem kawę, po czym wyruszyłem na spotkanie z klientem. W pociągu nie mogłem przestać myśleć o tym, co powiedział.
Wydawało mi się, że praca musi polegać na uszczęśliwianiu innych. W zamian za to, że przyczyniam się do czyjegoś szczęścia, zasługuję na swoje miejsce w społeczeństwie. Ale może to nie tak. Ludzie sami decydują, co ich uszczęśliwia, a co nie, i nikt nie ma prawa tego oceniać. Uświadomiłem sobie, jak niedorzeczne były moje próby zgadywania, co naprawdę kryje się za słowami dziękuję czy szczęście. Oczekiwałem jedynie szczerych podziękowań, by upajać się wizją siebie jako kogoś, kto przynosi pożytek społeczeństwu.
Już od czasu rozpoczęcia pracy uważałem, że rywalizacja jest czymś bezsensownym. Przecież są osoby, które nie generują widocznych korzyści finansowych, a mimo to przyczyniają się do działania firmy, tworząc jej atmosferę.
Równie bezsensowne było oczekiwanie szczerych podziękowań. Może wcale nie muszę oglądać się na innych, a zamiast tego powinienem skupić się na sobie.
Zacząłem wierzyć, że mogę kontynuować pracę w tym zawodzie. Zdobyłem certyfikat doradcy finansowego - początkowo robiłem to bez większego zaangażowania, ale odkryłem radość w podnoszeniu kwalifikacji. Następnie, mimo że nie miało to większego wpływu na moją ocenę w firmie, zacząłem się szkolić na specjalistę do spraw ubezpieczeń społecznych i prawa pracy.
-