Człowiek, który kochał kontrabas
Mówi się, że wszyscy artyści są po trosze szaleni. Szaleństwo jest do pewnego stopnia mitem autokreacyjnym, służącym utrzymaniu ogółu na dystans od ściśle zamkniętej społeczności twórców. Ale ci spośród artystów, którzy są ekscentryczni świadomie, zawsze czują wielki respekt i podziw dla tych, którzy mają odwagę być choć w niewielkim stopniu autentycznie szaleni.
Tak właśnie patrzono na Johnny'ego Jamesona, kontrabasistę - z respektem i podziwem; nikt bowiem nie wątpił, że Jameson ma naprawdę nie po kolei w głowie.
No więc muzycy się nim opiekowali. Dbali, żeby nigdy nie został bez pracy czy dachu nad głową, czy paczki papierosów, czy piwa, kiedy akurat miał ochotę się napić. Zawsze znalazł się ktoś, kto ogarniał sprawy, których on sam jakoś nigdy ogarnąć nie mógł. No i trzeba wspomnieć, że Jameson był wyjątkowo dobrym basistą.
W tym zresztą leżało sedno jego problemów. Bo to kontrabas, ten wielki, lśniący, zmysłowy kontrabas, był mu matką, ojcem, żoną, dzieckiem i kochanką, a on darzył go uczuciem głębokim i namiętnym.
Jameson był człowiekiem niewysokim, cichym, już łysiejącym i nosił wielkie, ciężkie okulary, skrywające jego łagodne, krótkowzroczne oczy. Niemal wszędzie pojawiał się ze swoim basem, który bez wysiłku nosił na plecach, tak jak Indianki noszą dzieci. Choć dla kogoś o tak drobnej posturze dziecko to miało dość spore gabaryty.
Kontrabas Jamesona nazwano Lolą. Lola była najpiękniejszym kontrabasem na świecie. Miała kobiece kształty, pełne piersi i pełne biodra, czym przypominała niektóre pierwotne wizerunki Bogini Matki i prezentowała wspaniałą esencję kobiecości, pozbawioną tak nieistotnych elementów jak głowa czy kończyny.
Jameson potrafił godzinami polerować jej czerwonawe drewno, by ciepła, kasztanowa barwa nabrała jeszcze głębszego, bogatszego odcienia. W trasie, podczas podróży autobusem, inni muzycy pili, sprzeczali się i grali w karty, on jeden siedział cichutko, wyjmował Lolę z czarnego pudła i drżącymi z emocji rękami rozwijał otulające ją gałganki. Potem brał specjalną mięciutką, jedwabną szmatkę i zabierał się do polerowania, uśmiechając się przy tym do siebie i mrużąc krótkowzroczne oczy niczym szczęśliwy kot.
Lolę zawsze traktowano jak damę. Zespół zaczął dla żartu kupować jej kawę albo herbatę. Potem to już przestał być żart, a zrobił się obyczaj. Nieodmiennie muzycy zamawiali dodatkową filiżankę, stawiali ją przed Lolą, a kiedy wychodzili, napój zostawał na stole, wystudzony i nietknięty.
Jameson zawsze zabierał Lolę do kawiarni, ale nie do barów: wszak była damą. Jeśli ktoś pił z Jamesonem, to tylko w dobrym lokalu, a Loli kupował sok ananasowy, choć czasami, przy szczególnych okazjach, na przykład na Boże Narodzenie albo gdy ktoś miał urodziny, albo czyjaś żona akurat urodziła, można ją było namówić na kieliszek sherry.
Jednak Jameson był zazdrosny, gdy ktoś za bardzo interesował się Lolą, i umiał zabić wzrokiem faceta, który na zbyt wiele sobie wobec niej pozwalał, na przykład poklepywał po pudle lub dowcipkował na jej temat.
Do rękoczynu doszło podobno tylko raz, kiedy to Jameson złamał nos pozbawionemu wyczucia pijanemu pianiście, który w jego obecności rzucił jakąś grubiańską uwagę na temat Loli. Odtąd przy Jamesonie z Loli nie żartowano.
Tymczasem niewinni młodzi muzycy bywali potwornie zażenowani, kiedy przyszło im w trasie dzielić z Jamesonem pokój. Dlatego Jameson i Lola na ogół dostawali osobną sypialnię. Kiedy Jamesona nie było w pobliżu, trębacz Geoff Clarke mawiał, że Jameson jest prawdziwie poślubiony swej sztuce i być może w którymś hotelu należałoby kiedyś zarezerwować tej parze apartament małżeński.
Niemniej jednak Clarke zapewnił Jamesonowi dobrą fuchę w swojej orkiestrze działającej jako West End Syncopators. Lekceważąc obecny w tej nazwie posmak dostojeństwa, na scenę wychodzili ubrani w szare cylindry i fraki, a podrasowana przez nich wersja West End Blues (z nowym wokalem) dotarła nawet na niższe pozycje listy Top Twenty.
W tych cylindrach wyglądali idiotycznie, najbardziej zresztą Jameson; ale czesali kasę.
Czesanie kasy oznaczało jednak spędzanie dnia za dniem w przerobionym autokarze, podróże z miasta do miasta na jednorazowe występy. Oznaczało koncerty w remizach, ratuszach, ciemnych salkach na tyłach pubów. Oznaczało permanentne przemęczenie i permanentną gotówkę lub przelewy, a zespół to uwielbiał. Razem rzucili się w ten radosny wir.
- Boom na jazz tradycyjny nie będzie trwał wiecznie, więc korzystajmy, póki czas! - stwierdził Len Nelson, klarnecista.
Len był niepoprawnym cudzołożnikiem, a jego sposób na korzystanie z boomu na jazz tradycyjny polegał na wabieniu nastoletnich fanek z prowincjonalnych klubów do hotelowych pokoi w celu odbycia stosunku płciowego po występie. Len uwielbiał smak sukcesu. Pozostali, choć być może w nieco mniejszym stopniu, także byli zachwyceni.
Z wyjątkiem, rzecz jasna, Jamesona, który w istocie nawet nie zauważał, że trwa boom na jazz tradycyjny. Po prostu grał to, co miał grać. Tak naprawdę nigdy mu do końca nie zależało, co gra, byle jakość dźwięku, który wytwarzał, nie była obraźliwa dla Loli.
Pewnego listopadowego wieczoru zespół miał wystąpić w niewielkim miasteczku na pustkowiach Fenland we wschodniej Anglii. Wraz z popołudniem nadciągnęła ciemność, wlekąc za sobą mgły, które osiadały w wąwozach i otulały rosochate wierzby. Autobus orkiestry jechał prostą drogą, bez jednego zakrętu czy górki, aż dotarł do pubu, w którym mieścił się klub jazzowy, gdzie mieli tego wieczoru grać, a kiedy wygramolili się z pojazdu, mrok opadł im na ramiona niczym przemoczony na deszczu koc.
- Czy ktoś się tu nas w ogóle spodziewa? - zapytał niespokojnie Dave Jennings, perkusista. W pubie nie świeciła się ani jedna lampa.
Postrzępiony plakat przypięty do zamkniętych drzwi oznajmiał ich przybycie. Ale nieustający fenlandzki deszcz tak rozmiękczył papier, że napis "W piątek wieczór będzie się działo - szalone przeboje zagrają dla was ostro West End Syncopators!" był właściwie nieczytelny.
- Chyba jeszcze zamknięte - odezwał się pocieszająco Len Nelson.
- Tym gorzej - burknął Jennings.
- Oczywiście, że się nas spodziewają - stwierdził zdecydowanie Geoff. - Umówili się dobrych parę miesięcy temu, jeszcze przed płytą. Tylko dlatego zgodziliśmy się na występ w tej zabitej dechami dziurze, co nie, Simeon?
Menadżerem był perypatetyczny Żyd o nazwisku Simeon Price, niedoszły saksofonista tenorowy, który jeździł z zespołem powodowany nostalgią za erą swingu. Simeon wbił w drzwi lokalu jasny, przerażony wzrok.
- Nie podoba mi się tu - powiedział i zadrżał. - Coś wisi w powietrzu.
- Tony wody - burknął Nelson. - Założę się, że dziewczyny tu mają błonę między palcami u nóg.
- Tylko nam nie wyjeżdżaj z mistycznym Wschodem - odezwał się do Simeona Geoff.
Simeon pokręcił niespokojnie głową i zadrżał, choć miał na sobie obszerny kaszmirowy płaszcz z wysoko postawionym kołnierzem. Zawsze ubierał się jak Żyd z teatralnej sceny. Kwestię rasy traktował jako chwyt i mówił z silnym akcentem jidysz, choć jego rodzina od niemal stu pięćdziesięciu lat należała do szacownego manchesterskiego mieszczaństwa.
Zaraz jednak pojawił się właściciel oraz dwóch licealistów, którzy prowadzili klub, pojawiły się też piwo i pogawędka, ciepło i śmiech. Jameson strasznie się martwił, czy wilgoć nie zaszkodzi Loli, czy jej nie wypaczy, czy struny nie zardzewieją. Od razu się zgodził, żeby jeden z tych licealistów, którego natychmiast nazwali Boy David, postawił jej dla zdrowotności rum z pomarańczą. Nelson i Jennings musieli zawołać zdumionego Boy Davida do łazienki i po cichu wyjaśnić mu, o co chodzi z Lolą.
Wąski, lekko szpiczasty nos Simeona niemal drżał z niepokoju, węsząc tu coś trefnego, jakieś nieszczęście wiszące w tym mokrym powietrzu. Wschodnioangielska aura nie służyła jego słabym płucom. Tymczasem Boy David opowiadał o klubie.
- Tak naprawdę to raczej staromodna publiczność, ale mamy też ludzi z kompletnie innego świata, nawet paru studentów malarstwa i trochę ostrej młodzieży, i paru w skórach, którzy przyjeżdżają z dość daleka na motorach. Ale miejscowi, no cóż, noszą jeszcze bokobrody i marynarki z aksamitnym kołnierzem.
Rozległ się chórek wesołego niedowierzania, a chłopak od razu się zawstydził i żeby pokryć zmieszanie, poszedł po następną kolejkę. Zespół miał nocować w pubie, który za niepozorną fasadą skrywał kilka pokoi. Simeon wymknął się, by pomacać pościel. Wilgotna. W gardle natychmiast poczuł współczujące drapanie.
Jameson z Lolą na plecach także się oddalił do salki z tyłu, gdzie miały się odbywać tańce. Rozpakował instrument, pochylił się nad nim i zaczął go pieścić jedwabną szmatką. Pomieszczenie czekało, aż klub się otworzy, czekały krzesła w nierównych rzędach, czekał niewielki podest dla zespołu.
Ale ten wieczór był przeniknięty niepokojem. Muzycy wyczuwali to, ich śmiechy brzmiały jakoś arogancko, jak gdyby chcieli za pomocą wesołości odegnać ogarniające ich obawy. Bez powodzenia. Milkliwa, przygnębiająca infekcja przeszła też na młodych gospodarzy, więc w końcu wszyscy po prostu siedzieli i z braku innego zajęcia - pili. Za to Jameson był szczęśliwy; był sam, z dala od nich, trzymał Lolę między kolanami.
Wreszcie zespół ustawił się na ciasnym podeście, zaczęli się pojawiać pierwsi goście, przystawali tu i tam, z pierwszymi kuflami piwa w rękach. Rozległa się muzyka; wszyscy czekali biernie na jakąś ekstrawertyczną parę, która rozpocznie tańce.
To byli goście przewidywalnego typu. Chłopcy w luźnych, wyblakłych swetrach, z jedwabnymi apaszkami w tureckie wzorki, swobodnie włożonymi w wycięcie w serek, oraz dziewczyny wystrojone w pseudobigbitowym stylu, w czarnych albo ażurowych pończochach i luźnych sukienkach z obfitymi frędzlami. To były dzieci miejscowych lekarzy, prawników, nauczycieli, emerytowanych wojskowych, pewnie uczniowie ostatnich klas. Nosili budrysówki zapinane na drewniane kołeczki, jeździli wysłużonymi samochodami i mieli tendencję do kolekcjonowania porcelanowych popielniczek ze starymi autami.
Tuż przed pierwszą przerwą czarnonoga dziewczyna w krótkiej plisowanej spódniczce i młodzieniec w beżowych spodniach z diagonalu, chichocząc, ruszyli na parkiet; byli tak niesłychanie zażenowani, że muzycy aż wymienili mrugnięcia i uśmieszki. Salka stopniowo się wypełniła. Studenci malarstwa z sąsiedniego miasta, podśmiewający się z naśladujących ich burżujów; grupka nowoczesnych z podciętymi włosami, którzy także przyjechali z dość daleka. Nowocześni mieli ostre, spiczaste nosy i włoskie garnitury. Ich dziewczyny ubrane były z wystudiowaną elegancją, miały stylowo pomalowane twarze - blade policzki i usta, mocno podkreślone oczy - i nieskazitelne fryzury, aż sztywne od lakieru.
Nowocześni pokpiwali z Simeona, który usytuował się obok kasy, bo prowadzący ją chłopcy byli tak młodzi, że im nie ufał. Nowocześni żartowali z szarych cylindrów i prążkowanych spodni, z wyższością wypowiadali się o West End Blues i w ogóle o całej aranżacji; dawali do zrozumienia, że zjawili się tu wyłącznie z braku lepszej oferty. Simeon jako profesjonalista uśmiechał się ciepło, rozważając, czy może zaryzykować i wymknąć się na chwilę, żeby wypłukać gardło.
Ale oczy zwęziły mu się podejrzliwie, kiedy zobaczył kolejną grupkę młodzieży, podjeżdżającą przed pub na motocyklach - widział ją przez otwarte drzwi. Młodzi zdejmowali kaski i kładli je pod motorami, skąd połyskiwały biało, niczym grzyby albo świeżo zniesione jajka. Weszli, poskrzypując plastikowymi kurtkami. Simeon osobiście ściągnął z nich te kurtki i z niepokojem patrzył, jak przy barze kłócą się o ciemne piwo.
- Ci chłopcy tak naprawdę są potencjalnie dużo mniej groźni od tych nowoczesnych, z którymi się zaprzyjaźniłeś - poinformował go Boy David. Simeon westchnął.
- Nie masz przypadkiem czegoś takiego jak aspiryna? A może dałoby się załatwić szklankę gorącego mleka?
W sali klubowej gęsta chmura dymu przesłoniła i tak już słabe oświetlenie, panował w niej półmrok. Ręce i nogi młóciły powietrze, piwo bryzgało. Muzyka była tak głośna, że tworzyła niemal namacalną mosiężną ścianę. West End Syncopators docierali właśnie do półmetka kolejnego udanego występu.
Skórzane kurtki trzymały się z daleka od rozbawionego tłumu: okupowały jeden kąt sali, nie tańczyły, stały tylko z piwem w rękach, śmiejąc się i krzywiąc.
Chłopcy z zespołu grali, spływali potem, a w przerwach między zwrotkami wlewali w siebie odżywcze kufelki. Rozpięli już jedwabne kamizelki, rozluźnili czarne krawaty i rozcierali na czołach czerwone pręgi od cylindrów. Było jak zawsze.
Było jak zawsze... do momentu, gdy jeden z tych skórzanych chlusnął piwem na oliwkowozielony tyłek chudej dziewczyny w prostej sukience, która tańczyła tuż obok niego. Odwróciła się wściekła. Przeprosił ją z przesadą, z wyraźną ironią, a to ją jeszcze bardziej rozsierdziło. Poskarżyła się swojemu kanciastemu partnerowi w krótkiej marynarce, na co skórzane kurtki ustawiły się wokoło, łypiąc na nich.
- Nie masz zamiaru powiedzieć tej młodej damie, że ci przykro, koleś? - Partner tancerki starał się przekrzyczeć muzykę.
Skórzane kurtki nagle zwarły szyki, jak otwarty gwałtownie sprężynowy nóż. Identyczne blade gęby o luźnych szczękach uśmiechnęły się jednocześnie.
- A co, jeśli mi nie jest jakoś szczególnie przykro? Straciłem całe piwo, i tyle z tego mam.
Grupka Włochów porzuciła swoje partnerki i zgromadziła się wokół obrońcy oliwkowej. No i się zaczęło. Awantura zawrzała niczym gęsty gulasz z krzyków, wrzasków i ciosów, a mroczne wnętrze zawirowało od biorących zamach ramion i trzaskających butelek - żarliwi młodzieńcy starli się ze sobą. Jakaś flaszka trafiła pomalowaną na czerwono żarówkę, jedyne źródło światła w tym pomieszczeniu, i zapanowała koszmarna ciemność. W ogólnym zamieszaniu dwie skórzane kurtki zaatakowały muzyków, którzy krzyczeli w przerażeniu, usiłując zapalać maleńkie płomyczki zapałek i dojrzeć cokolwiek na tym polu bitwy.
- Że też coś takiego się nam przytrafiło, kiedy akurat weszliśmy do Top Twenty! - dyszał Simeon.
Młodzi konserwatyści przemykali chyłkiem, wyprowadzając przerażone Susanny, Brendy i Angele. Ale przy drzwiach, w bezpiecznej odległości, zgromadzili się rozchichotani studenci malarstwa. Rockandrollówki w obcisłych spódniczkach zrezygnowały z pozy bierności i niczym walkirie podsycały wir walki, zagrzewając swoich rycerzy do boju. Podniecone twarze migały w świetle sączącym się od strony baru.
Wtedy muzycy porzucili cylindry, instrumenty i neutralność. Simeon ujrzał, jak Len Nelson - w migoczącym świetle rozedrgany i nieuchwytny niczym postać z niemego filmu - zeskakuje z podestu, chwyta jakiegoś Włocha za wąskie i nieskalane klapy i z wyciem trzęsie nim, trzęsie, trzęsie, aż gęba chłopaka otwiera się na całą szerokość.
- Nigdy jeszcze nic takiego nie miało tu miejsca! - wykrzykiwał w kółko rozszalały Boy David, próbując przepraszać. Rozległy się trzaski i odgłosy pękania, pojawił się roztrzęsiony właściciel. Simeon wziął go na bok do baru i zaczął pocieszać za pomocą jego własnej whisky.
- Jak za dawnych czasów, zanim zrobiliśmy się sławni! - dyszał Nelson, broniąc mikrofonu.
I zaraz, bardzo szybko, było już po wszystkim, wystarczyło, że ktoś krzyknął coś o policji, a sala opustoszała jak wanna, z której wyciągnięto korek. Ciężkie oddechy muzyków, okrzyki triumfu i westchnienia były teraz jedynymi dźwiękami.
- Czy macie mnie za takiego idiotę, żebym wzywał policję? - zapytał Simeon retorycznie. Wszyscy się roześmieli i poszli na jednego.
- Słuchajcie - odezwał się ktoś po pewnym czasie. - Czy ktoś widział Jamesona?
- Odkąd światła zgasły, to nie.
- Zresztą, jakie to ma znaczenie? Ja idę spać - oświadczył Simeon. - Czuję w kościach, że mnie bierze przeziębienie. Oj, czuję. Nie żeby pójście do łóżka mogło mi wiele pomóc; pościel jest mokra, nadaje się do wyżymania...
I tak znowu zapomnieli o Jamesonie, aż do czasu, kiedy znacznie później Geoff i Nelson też zaczęli się zbierać na górę. Geoff i Nelson, zupełnie z siebie zadowoleni, postanowili przejść jeszcze raz przez salę taneczną i ocenić zniszczenia. Wzięli z baru żarówkę i wkręcili ją na miejsce rozbitej czerwonej. Natychmiast roztoczył się przed nimi widok potłuczonego szkła, połamanych krzeseł i brązowych kałuż piwa na podłodze.
Geoff w jednej chwili wytrzeźwiał, wspiął się na podest i zaczął niespokojnie grzebać wśród pozostawionych tam instrumentów. Kocioł i to, co wokół niego cudem ocalało - z westchnieniem ulgi stwierdził, że na scenie raczej nie ma strat. I wtedy to zobaczył. W miejscu, gdzie siedział Jameson z Lolą, na podłodze leżał stosik nadających się na podpałkę szczapek z kasztanowego drewna.
- O Chryste - jęknął. Zdumiony Nelson na dźwięk jego głosu podniósł głowę. - Jameson, jak my to powiemy Jamesonowi, Len? Jego bas...
Obaj stali i gapili się na żałosne pogruchotane szczątki Loli. Obaj poczuli się, jakby ich dotknął zimny palec trwogi i przerażenia, i zabobonnego smutku; ta dama, która nie przekroczyłaby progu byle baru, teraz była tylko kupką nieforemnych kawałków drewna.
- Myślisz, że on wie? - wyszeptał Nelson. Jakby nagle nie wypadało rozmawiać na głos.
- Nie widziałem go od początku tej rozróby.
- Nawet jeśli wie, to trzeba do niego iść, posiedzieć przy nim, w takiej chwili będzie potrzebował przyjaciół...
- Może jest u siebie na górze...
Od właściciela dowiedzieli się, że Jamesona ulokowano wysoko na stryszku, na samym szczycie tego labiryntu nor i zakamarków. Fenlandzka mgła wpełzła do pubu i zatarła kontury wszystkich sprzętów, kiedy Geoff i Nelson piętro po piętrze pięli się w górę. Było późno, było zimno, lodowata wilgoć przenikała ich do szpiku kości. Nagle, bez ostrzeżenia, zgasły wszystkie światła. Nelson jak porażony chwycił Geoffa.
- Len, w porządku, nie panikuj. To pewnie korki albo coś takiego, a może coś w kablach... Muszą być nieźle przegniłe w takim starym domu.
Geoff sam jednak był mocno spietrany. Obaj wyczuwali w ciemności coś dziwnego, jakąś niemal uchwytną obcość, ich twarze oblepiły wilgotne pocałunki przesyconego mgłą powietrza.
- Światło, Geoff, ale już!
Geoff pstryknął zapalniczką. Maleńki płomyczek tylko pogłębił otaczającą ich ciemność. Dotarli na najwyższy podest schodów.
- Jesteśmy.
Otwarte drzwi kołysały się. Geoff wysoko uniósł zapalniczkę. Najpierw dostrzegli na podłodze przewrócone krzesło. Potem - puste, otwarte pudło kontrabasu ułożone na taniej atłasowej kapie łóżka. Wyglądało stuprocentowo jak trumna. Ale choć należała do Loli, nie Lola miała w niej spocząć.
W nieruchomym kręgu światła tam i z powrotem, tam i z powrotem delikatnie kołysały się nogi... Geoff uniósł zapalniczkę nad głowę i wtedy zobaczyli Jamesona, wisiał na nieużywanym gazowym kinkiecie, jego łagodna twarz pociemniała i wykrzywiła się. Głęboko w szyję wpił mu się lśniący jedwabny gałganek, którym miał zwyczaj polerować kontrabas. Na podłodze pod nim coś zalśniło - okulary, spadły, stłukły się.
Mokry podmuch wiatru zza okna zdmuchnął wątły płomyczek. Znów otoczyła ich kompletna ciemność, bezdźwięczna, jeśli nie liczyć powolnego skrzyp, skrzyp, skrzyp. Mężczyźni chwycili się za ręce jak wystraszone dzieci.
Do pokoju pod nimi przez nieszczelne okno wpadł ten sam podmuch wiatru i podrażnił gardło Simeona Price'a, który zakasłał i niespokojnie poruszył się przez sen.