Piekło kobiet - Tadeusz Boy-Żeleński

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Największa zbrodnia prawa karnego

" Das grösste Verbrechen des Strafgesetzes - największą zbrodnią prawa karnego" nazwał jeden z niemieckich uczonych paragraf, obowiązujący we wszystkich prawie ustawodawstwach, a nakładający ciężkie kary za przerwanie ciąży. Kary te grożą zarówno matce, jak tym, którzy jej w przerwaniu ciąży pomagają. Równocześnie, większość kryminologów stwierdza, że prawo to nie ma żadnego wpływu, że liczba sztucznych poronień wzrasta. Życie zawsze było w tej mierze silniejsze od ustaw i od sankcyj karnych; tem bardziej okazuje się niem życie nowoczesne w tak zmienionych płynące warunkach. Toteż - stwierdzają to znowuż wszyscy - paragraf ów jest martwą literą; okoliczności, w których prawo przychodzi do głosu, są znikomo rzadkie w stosunku do olbrzymiej ilości wypadków spełnionego przestępstwa. Zatem - powiedziałby ktoś - paragraf ten jest obojętny: skoro istnieje na papierze ale się go nie stosuje, można go uważać za formę niewinnego protestu moralnego przeciw nagannym obyczajom? Niestety, tak nie jest; paragraf ten, nie mający siły aby coś pomóc, posiada olbrzymią moc aby szkodzić. Przychodzi do głosu jedynie prawie w wypadkach śmierci matki; wówczas sroży się i sądzi; ale, gdyby wejrzeć bliżej, ujrzałoby się, że najczęściej ta właśnie ustawa jest śmierci przyczyną. Bo ten paragraf, niezdolny zapobiec przerywaniu ciąży tam, gdzie imperatyw życia, mocniejszy niż wszystkie kodeksy, zmusza matkę do niego, ma wszakże na tyle siły, aby tę matkę pozbawić umiejętnej pomocy i pchnąć w ręce karygodnego - tu już naprawdę kary godnego - partactwa. Gdyby zestawić wypadki śmierci młodych kobiet, wypadki ciężkich i trwałych schorzeń, które z obecnego bezdusznie podtrzymywanego stanu rzeczy wynikają, zadrżeliby może ci, którzy w zaciszu wygodnego gabinetu układają swoje ustawy. A gdyby doliczyć inne, pośrednio wynikające z nich skutki: samobójstwa, dzieciobójstwa i inne klęski, wówczas zrozumielibyśmy, z jaką słusznością nazwano ten artykuł "największą zbrodnią prawa karnego". A nie jest to bynajmniej głos odosobniony. Przeciwnie, wszyscy, którzy mieli sposobność zetknąć się z tą sprawą, godzą się na jedno: na bezsilność paragrafu, i gorzej niż bezsilność, bo jego działanie w sensie ujemnym. Jakimż cudem tedy może on istnieć, może się ostać? Istnieje tem, że kwestja jest nader skomplikowana i trudna - tak iż, możnaby powiedzieć, poprostu "strach ją ruszać"; - że jest splotem mnóstwa spraw, że obrosły ją całe warstwy pojęć i przesądów, gromadzących się na przestrzeni wieków. Względy prawne, etyczne, lekarskie, społeczne, mają tu głos; stare kanony teologiczne spotykają się z nawykami militaryzmu, obliczającego na dziesiątki lat naprzód ilość bagnetów; niechęć do tknięcia jednej cegiełki z budowli, która okazałaby się może zmurszałą, rutyna myśli... A wszystko to pokrywa swoim płaszczem obłuda społeczna... Uczynić biedną dziewczynę matką, pozbawić ją pracy dlatego że się spodziewa macierzyństwa, kopnąć ją z pogardą, zrzucić na nią cały ciężar błędu i jego skutków, i zagrozić jej latami więzienia, jeżeli, oszalała rozpaczą, chce się od tego zbyt ciężkiego na jej siły brzemienia uwolnić, - oto filozofja praw, które, aż nadto znać, były przez mężczyzn pisane! Głosić wzniosłe teorje o "prawie płodu do życia", znów grozić matce więzieniem w imię praw tego płodu, ale równocześnie nie troszczyć się o to, aby nosicielka tego płodu miała co do ust włożyć... I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć pod mostem z zimna, gdy matka - którą jej "święte" macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem społeczeństwa - nie ma dachu nad głową. Ale nie trzeba szukać aż tak jaskrawych przykładów. Ileż zmieniło się w świecie od czasu gdy tworzyły się te pojęcia prawne! Kobieta stała się równowartościowym obywatelem, zajęła miejsce we wszystkich dziedzinach, u wszystkich warsztatów pracy; nieograniczone macierzyństwo nie jest już, nie może być ideałem. Zmieniły się warunki życia. Zmienił się i stan medycyny. Przerywanie ciąży stało się faktem potocznym wcale nietylko w wypadkach wyjątkowych życiowych katastrof; stało się faktem częstym w życiu małżeńskiem, praktykuje je niejedna pani sędzina, niejedna pani prokuratorowa... Ba, sam członek komisji kodyfikacyjnej, w tym samym dniu w którym uchwala straszliwe kary za przerwanie ciąży, po posiedzeniu odwiedzi może swoją magnifikę w lecznicy, gdzie odbyła z komfortem ten zabieg, aby oszczędzić płodnemu prawodawcy piątego maleństwa... I pan kodyfikator nie odczuwa żadnej rozterki duszy, żadnej sprzeczności... Bo, co do tych wypadków, to niema obawy, aby się dostały pod srogi miecz prawa! I w tem jeszcze ohyda paragrafu. Jak wszystkie paragrafy wspierające się na obłudzie społecznej, tak i ten godzi jedynie w biedaków. Jest nieetyczny, bo trafia w przypadkowe ofiary pośród dziesiątków tysięcy bezkarnych; jest niedemokratyczny, ponieważ zapewnia przywilej bezkarności tym, którzy i tak są uprzywilejowani. Toteż postawa społeczeństwa w tej kwestji jest zupełnie zdecydowana. Podczas gdy nasi prawodawcy traktują w swoim projekcie przerwanie ciąży na równi z dziecióbójstwem (!!), społeczeństwo - ubolewając nieraz nad jego koniecznością - absolutnie nie uważa go za występek. Wręcz przeciwnie, mimo frazesów o dostojeństwie macierzyństwa, tysiąc razy łatwiej przebaczy społeczeństwo matce przerwanie ciąży niż urodzenie nieślubnego dziecka. "Zastanówmy się - mówił jeden z prawników na ostatnim zjeździe, czy, gdyby który z nas wiedział, że jego siostra dopuściła się tego czynu, czy uważałby ją za zbrodniarkę?" - "W takim razie jesteśmy wszyscy przestępcami" - mówił znów na innem zebraniu do swoich kolegów pewien prokurator. Gdyby prawo zechciało działać, trzebaby dla samej Warszawy zbudować więzienie rozmiarów sporego miasta, aby tam corok pomieścić kilkadziesiąt tysięcy dobrowolnie roniących kobiet. Bo w praktyce społeczeństwo zajęło stanowisko równie zdecydowane: uważa prawo za nieistniejące. Niestety, jak wspomniałem, istnieje ono, ale tylko aby szkodzić. Bo to jedno jest pewne, że jakkolwiekby się ktoś zapatrywał na sprawę przerywania ciąży, nie należy ona do rzędu zagadnień, które załatwia się więzieniem, choćby i dożywotniem! Wniknąć w istotę tych stosunków, szukać na nie lekarstwa, oto zadanie prawodawcy. Zagadnienia tego nie można traktować odrębnie i mechanicznie; trzeba je rozważać i leczyć w całości. Jesteśmy w fazie tworzenia nowego kodeksu, nasza komisja kodyfikacyjna w pierwszym swoim projekcie wypowiedziała się w tej mierze. Jak, - o tem pomówimy; niech tu wystarczy stwierdzenie, że zajęła wówczas stanowisko bezduszne i formalistyczne. I oto w końcu września r. 1929 odbył się w Warszawie zjazd polskich prawników. Jako jeden z głównych punktów w sekcji prawa karnego, której przewodniczył p. Al. Lednicki, postawiono sprawę przerywania ciąży i jego karalności. I oto - fakt nieoczekiwany może dla samych uczestników kongresu - prawie wszyscy wypowiedzieli się w duchu wręcz przeciwnym stanowisku komisji kodyfikacyjnej, to znaczy przeciw karalności tego czynu. Wielkie wrażenie wywarło przemówienie b. prezesa sądu apelacyjnego p. Czerwińskiego, przeszło siedemdziesięcioletniego starca, który, na podstawie kilku dziesiątków lat swojej praktyki, żądał zupełnego zniesienia złowrogiego paragrafu; niemniejszą sensacją była opinja prezesa Sądu Najwyższego, p. Mogilnickiego, również za bezkarnością. Wnioski Tow. Kryminologicznego, stawiającego zasadę zupełnej niekaralności w pierwszych trzech miesiącach przerwania ciąży, reprezentowali prof. Grzywo-Dąbrowski, adwokat Rundo, dr. Battawia i in. Pani Wanda Grabińska, pierwszy sędzia dla nieletnich, podnosiła niemoralność wyodrębnienia tego zjawiska z całokształtu zjawisk społecznych, oraz daremność wysiłków, aby mechanicznie rozwiązywać je więzieniem. "Ci co żądają surowych kar za przerwanie ciąży, sprowadzają kobietę do rządu samicy", wołał adwokat Dwernicki. Najmniej liberalni żądali bodaj bezkarności samej matki i szerokiego uwzględnienia wskazań społecznych do przerwania ciąży, tak jak dziś się uwzględnia wskazania lekarskie. Sam referent, prof. Glaser, żądając w zasadzie utrzymania karalności, uznał wskazania prawne (np. gdy ciąża jest owocem zgwałcenia) i socjalne do przerywania ciąży. Wogóle trzeba zaznaczyć, że uczestnicy zjazdu szli w swoich żądaniach o wiele dalej niż pp. referenci; ta drażliwa kwestja ma to do siebie, że ktokolwiek zabiera w niej głos oficjalnie, natychmiast czuje się skrępowany naciskiem obyczajowej obłudy i traci odwagę publicznego bronienia zapatrywań, które nieraz wyznaje prywatnie. Bądź co bądź Wiadomości z II-go Zjazdu prawników notują, że "w dyskusji nad referatem i koreferatem o spędzaniu płodu wypowiedziano się przeważnie za bezkarnością tego czynu z modyfikacjami jego karalności w okresie przejściowym w szczególnie określonych przypadkach". (To stwierdził przewodniczący zjazdu, na zebraniu ogólnem dn. 2 października 1929). Zjazd - taka była przyjęta zasada - nie powziął żadnych uchwał, co mu gani w artykule swoim w Tygodniu adwokat Zygmunt Nagórski. Uchwała podjęta przez takie ciało miałaby swoje poważne znaczenie. Ale i tak, same obrady te były równoznaczne z wotum nieufności dla naszej komisji kodyfikacyjnej co do tego punktu. I nietylko u nas spotykamy ten objaw. Kwestja przerwania ciąży i jego karalności jest oddawna przedmiotem dyskusji w wielu krajach Europy. Jedynie u nas było o niej głucho, pomnażała ona liczny poczet kwestyj, "o których się nie mówi". A gdzież o niej mówić, jak nie u nas? Gdy gdzieindziej prawa się ulepsza lub konserwuje, u nas się je dziś tworzy. A jak się je tworzy? Ot, schodzi się kilku poważnych - och, jak poważnych! - panów, którzy, wchodząc do sali obrad, starają się pilnie zapomnieć o tem że są ludźmi, że tam, za oknami gabinetu, huczy i pędzi życie, że to co oni piszą na papierze, to jest pisane na ludzkiej skórze, że to co dla nich jest przedmiotem kontrowersji prawniczej, jest dla innych nieraz kwestją życia i śmierci. I pichcą sobie od niechcenia te prawa, a to co oni upichcą, w tem potem męczą się całe pokolenia. I jeszcze nie skończyli swego dzieła, a już grono najpoważniejszych kolegów - ba, prezes Mogilnicki sam jest członkiem komisji kodyfikacyjnej! - krzyczy im: "Przestańcie, bo się źle bawicie!" Zdaje mi się tedy, że najwyższy jest czas, aby przerwać to zbożne milczenie; aby wydobyć na światło dzienne kwestję tak złożoną, tak trudną, kwestję w której tyle zawodów ma coś do powiedzenia, w której wreszcie mają chyba prawo głosu ci, a zwłaszcza te, których to prawo dotyczy - kobiety. Postaramy się oświetlić kwestję, zebrać poglądy na nią ludzi co najświatlejszych; postaramy się uświadomić kobiety co do sposobu w jaki traktują ich najboleśniejsze sprawy panowie prawodawcy. Poprowadzimy, jeżeli będzie trzeba, przed sąd trzydzieści tysięcy kobiet, które oskarżą się same i powiedzą: "Prosimy, zamknijcie nas do więzienia, ale wszystkie!" Niech rzecz dojdzie do absurdu. Bo można niedorzeczne prawa jakiś czas cierpieć przez szacunek dla ich dawności, ale niema chyba racji od niedorzecznych praw zaczynać?

W jaskini lwów

Omówiliśmy istotę kwestji, oraz streściliśmy argumenty tych, którzy domagają się zmiany obecnego stanu ustaw w traktowaniu przerwania ciąży; mamy obecnie przedstawić stanowisko naszej komisji kodyfikacyjnej, przygotowującej projekt kodeksu karnego. Mam w ręku materjał drukowany, oraz informacje, których mi udzielili osobiście członkowie komisji, b. prezes Sądu Najwyższego p. Mogilnicki, prof. Makowski i prof. Rappaport. Z tego materjału, zwłaszcza oświetlonego ustnym komentarzem, można sobie wytworzyć pojęcie o ewolucji, jaką kwestja ta przechodziła w łonie komisji kodyfikacyjnej. Oby płód, jaki niebawem wyda to szacowne łono, nie był poroniony... Bo, gdyby sądzić jedynie z materjału dostępnego w druku, wrażenie prac komisji w tym przedmiocie byłoby niezmiernie przykre. Zważmy tylko. Polska znajduje się obecnie pod względem kodyfikacji w specjalnem położeniu. Zwykle prawa dziedziczy się z dobrodziejstwem inwentarza, prawa zaś odziedziczone mają twarde życie, nie łatwo jest usuwać je i zmieniać, zwłaszcza gdy taka zmiana łączy się z naruszeniem obyczajowych zabobonów. To też pokolenia całe żyją nieraz pod uciskiem prawa będącego tragicznym anachronizmem. W Polsce inaczej. Ma ona sobie stworzyć swój nowy kodeks, nie obciążony balastem przeszłości, bo dotąd u nas obowiązujące kodeksy b. państw zaborczych nie mogą w nikim budzić szczególnych sentymentów. Jesteśmy w tem wyjątkowem położeniu, że możemy sobie z całą świadomością sporządzić prawa na swoją miarę, dla swoich istotnych i współczesnych potrzeb, będących w harmonji zarówno z pojęciami obywateli jak z dobrem państwa. Wszystkie przeżytki, wszystkie nieużytki możemy cisnąć za płot. Czy komisja kodyfikacyjna zdawała sobie sprawę z tej swojej roli? Gdyby wnioskować z przebiegu jej posiedzeń w roku 1920 - odnośnie do tego punktu - możnaby myśleć, że niebardzo. Sprawa poronień i ich karalności! Sprawa, jak widzieliśmy, tak złożona, paląca, bolesna, dokoła której skupiło się tyle zabobonów, tyle fałszu, okrucieństwa, tyle nierówności, tyle frazesów! Kwestja, w której spotykają się dziedziny lekarza, społecznika, prawnika, moralisty; kwestja, co do której, w ostatnich czasach zwłaszcza, wyłoniło się tyle sprzecznych zdań, dokoła której rozgorzało wszędzie tyle namiętnych sporów. Punkt stanowiący unikat w kodeksie; kwestja w której poważni prawnicy, światli lekarze, zarzucają kodeksowi wręcz, że jego paragraf jest szkodnikiem, że działa morderczo; w której padło ciężkie słowo, określające paragraf ten jako największą zbrodnię prawa karnego. Mamy tedy prawo zapytać, czy znajdujemy oddźwięk tego wszystkiego w pracach komisji; czy zdawała ona sobie sprawę, do jak trudnego i odpowiedzialnego przystępuje zadania, decydując o tych artykułach? Ani trochę! Kiedy się czyta protokół komisji z r. 1920, zdawaćby się mogło, że idzie tu o rzecz dość błahą, a przedewszystkiem jasną i prostą, gdzie sama istota jest przesądzona, a chodzi jedynie o sformułowanie szczegółów, o precyzję łacińskiej nomenklatury i o odmierzenie lekką ręką dawek ciężkiego więzienia; pozatem, doprawdy, niema o czem mówić! Czytamy dość molierowskie rozróżnienia czy nasciturus pro nato habetur, czy płód, dopiero poczęty w żywocie matki, jest dobrem, którego chronienie etc. Widzimy wreszcie takie kwiatki, jak: "P. Krzymuski oświadcza się za karalnością matki ze względu na politykę populacyjną"!! Krótko, jasno i po ludzku. Ale czy nieboszczyk Krzymuski, Panie świeć nad jego duszą, zastanowił się, jak się odbija w życiu taki bezmyślny frazes, ilu trupów i nieszczęść, ilu samobójstw i dzieciobójstw stanie się przyczyną polityka populacyjna pana Krzymuskiego? I tak sobie wszystko załatwili; kilku panów w sile wieku rozstrzygnęło o losach miljonów kobiet i poszli, zadowoleni z siebie, na kolację. Ani słowa o tem co najistotniejsze, o prawach życia, które urąga w oczy tym artykułom kodeksu, o bezmiarze niedoli które z niego płyną, o tem że paragraf ten popiera zbrodnicze partactwo które rzekomo ma tępić, o tem że paragraf ten szkodzi zamiast pomagać, że znaczy się co rok tysiącami śmiertelnych wypadków! Nie pytano się lekarzy, nie pytano społeczników, nie pytano kobiet... Załatwiono od ręki. Na obronę ówczesnych panów kodyfikatorów możnaby przytoczyć jako okoliczność łagodzącą (niechże i oni raz korzystają z okoliczności łagodzących) nawał pracy, jaki się na nich zwalił z obowiązkiem sformowania całego kodeksu, oraz atmosfera owego roku 1920, kiedy istotnie ziemia paliła się pod stopami i kiedy nawet tak doniosła kwestja mogła nie przedstawiać się w całej ważności. Wrócili do niej w dziewięć lat potem. Znów od niechcenia, jak do czegoś, co w zasadzie jest załatwione, co odziedziczyli w spadku. I powstały artykuły, zamieszczone w Projekcie części szczegółowej kodeksu karnego (1929). Kobieta, która swój płód spędza lub pozwala na spędzenie przez inną osobę, ulega karze więzienia do lat 5... (Art. 141). Kto za zgodą kobiety ciężarnej płód jej spędza lub jej przytem udziela pomocy, ulega karze więzienia do lat 5. (Art. 142, § 1). Jeżeli sprawca spędzenia uprawia spędzanie płodu zawodowo, albo jeżeli ze spędzenia płodu wynikła śmierć kobiety ciężarnej, ulega karze więzienia do lat 15... (Art. 142, § 3). Ten sam członek komisji kodyfikacyjnej (ot, takie sobie przypuszczenie!), który, dla swojej przyjaciółeczki, wezwałby, w razie przykrego wypadeczku, najlepszego specjalistę w tym zakresie (tem samem uprawiającego swoją specjalność zawodowo); który ściskałby dłonie operatorowi, dziękując za pomyślną operację, kropi mu z lekkiem sercem 15 lat więzienia! Ale ani mu się śni o tem, aby te jego artykuły miały być wykonane; słowa zatraciły tutaj wszelki realny sens. Tak sobie uchwalili w roku 1929. To jest wszystko, co mieli w tej sprawie do powiedzenia. Porozdzielali lata kryminału: tej tyle, temu tyle, temu znów tyle, - śliczna zabawa. Jakie to proste być prawodawcą! A tymczasem dokoła tej kwestji wrzały już dyskusje, ujawniające jej bolesną złożoność i jej trudności. Debatowało nad tem warszawskie Towarzystwo ginekologiczne; daleko idące wnioski sformułowało Towarzystwo kryminologiczne; prof. Glaser wydał swoją broszurę, w której wprawdzie nie chciał wyciągnąć jasnych wniosków ze swoich przesłanek, ale gdzie, bądź co bądź, zestawił wszystkie druzgocące argumenty przeciw karalności. Wszędzie wyłania się kwestja conajmniej wskazań społecznych do przerwania ciąży, które domagają się w kodeksie takiego samego miejsca, jakie paragraf o prawie wyższej konieczności przyznaje wskazaniom lekarskim. Już po ogłoszeniu projektu komisji kodyfikacyjnej, prof. Grzywo-Dąbrowski w uwagach swoich nad tym projektem pisze wręcz, że "zdaniem naszem, należałoby się zdecydować znieść karalność przerwania ciąży". Wreszcie, wrześniowy Zjazd prawników (1929) ogromną większością oświadcza się w duchu niekaralności, wyrażając tem samem dotkliwą krytykę projektu komisji kodyfikacyjnej. Projekt ten nie jest coprawda projektem ostatecznym. Jest to dopiero pierwsze czytanie. Rzecz jest dalej przedmiotem dyskusji. Krytyka, z jaką spotykają się ich artykuły, wdziera się w zacisze gabinetu prawodawców. I w samem "łonie" Komisji kodyfikacyjnej są różnice poglądów. Piękna jej jednomyślność jest pozorem, za którym kryją się krańcowe rozbieżności. Niejeden członek Komisji zajmuje dziś w tej sprawie zgoła odmienne stanowisko niż przed kilku laty. Kwestja dojrzewa wreszcie do tego, aby ją zrozumiano. Komisja uświadamia sobie, że rzecz nie jest tak prosta, że więzienie nie goi wszystkich ran społecznych, nie załatwia wszystkich powikłań życia. Mówię wyraźnie, że komisja uświadamia sobie... Komisja jako ciało. Bo jej członkowie tego uświadomienia chyba nie potrzebowali. Byłoby nie do pomyślenia, aby rzecz, na którą ma jasny pogląd każdy prawnik, była obca jedynie tym, których, z pośród najświatlejszych, powołano do tworzenia praw. Nie, tego nie można przypuszczać. Każdy z nich, jako człowiek prywatny, wie co o tem myśleć; wie, że paragraf, który wprowadza, jest zarazem i bezsilny i morderczy; alejako kodyfikator zamyka oczy na to, co wie jako człowiek; staje się przedstawicielem obłudy i małoduszności społeczeństwa. Jeden z wybitnych adwokatów mówił mi wręcz: "Jako człowiek, jako prawnik i jako obywatel, jestem przeciw karalności; ale gdybym był prawodawcą, głosowałbym za utrzymaniem kary. Opinja nie dojrzała do tego liberalizmu. Toleruje i praktykuje czyn, ale nie chce sankcjonować go ustawą". Tak więc opinja oddziaływa na prawodawcę, prawodawca podtrzymuje opinję: Qui trompe-t-on? jak pyta Bazyljo w Cyruliku sewilskim. A życie idzie swoim trybem. Podobnie oświadczył mi jeden z członków komisji kodyfikacyjnej: "Nie jest naszą rolą wyprzedzać opinję, a opinja się w tej mierze nie wypowiedziała"; mówił zachęcając mnie do do przeprowadzenia dyskusji na ten temat w prasie. I tem się dzieje, że ci światli i uczciwi ludzie głosują za utrzymaniem paragrafu, co do którego wiedzą że jest bezsilny z jednej strony, a morderczy z drugiej. Dalej hołdu obłudzie posunąć chyba nie można! A jednak przesila się i tam coś w ostatnim czasie. Dzięki uprzejmości pana generalnego sekretarza Komisji kodyfikacyjnej, wtajemniczony jestem w ostatnie fazy obrad, których jeszcze nie ujawniono. Tyle można powiedzieć, że dziś, pod koniec roku 1929, większość komisji uważa artykuły sformowane przez siebie z początkiem roku... 1929 za przestarzałe (tak szybko biegnie dziś życie!) i nie dające się utrzymać w tej postaci. Uchwały komisji zapadają jednomyślnie (tylko co do karalności matki zaznaczony jest sprzeciw mniejszości), a oto jeden z jej członków oświadczył się wręcz na zjeździe prawników za absolutną niekaralnością, za skreśleniem poprostu tego paragrafu. Jak to pogodzić? Członkowie Komisji rządzą się bezwątpienia i pewnym praktycznym oportunizmem. Ustawa tak liberalna, tak rewolucyjna jak zupełne skasowanie paragrafu, nie ma widoków jednomyślności, nie ma (mówią) widoków aby przeszła w sejmie. Zdaje się, że paraliżuje także Komisję kodyfikacyjną oglądanie się na mityczną "Europę"; żadne państwo (powiadają) nie zniosło kar za przerwanie ciąży, Polska nie może być pierwsza... Na to możnaby odpowiedzieć, że przedewszystkiem inne państwa są w innem od nas położeniu: trudniej jest jakiś przestarzały paragraf usunąć, niż go poprostu nie wprowadzać. Możnaby dalej uspokoić naszych prawodawców, że tego rodzaju liberalizmem Polska wyprzedzała Europę nieraz; kompromitacja nie byłaby pierwsza: wszak Polska rzekomo nie paliła czarownic, nie znała Inkwizycji, nie prześladowała innowierców... Polska pierwsza przyznała kobietom pełne prawa obywatelskie i wyborcze. Świadczyłoby to conajwyżej wobec Europy, że w Polsce uznano poniżej godności kobiet tego rodzaju represje; że u nas nie potrzeba ich zmuszać groźbą więzienia do tego by spełniały zadania macierzyństwa; że wreszcie uznano za najwłaściwsze zostawić im, aby same stanowiły o tem, czy i kiedy zadania te mogą spełniać. To zresztą że paragraf ten będzie prędzej czy później wszędzie zniesiony, jest tak samo pewne, jak to że zniesiono tortury i niewolnictwo; wyprzedzić w tem Europę, byłoby raczej zaszczytne dla Polski i godne stanowiska jakie od chwili jej odbudowy zajęły w niej kobiety. Czyż zresztą takie względy etykiety i pierwszeństwa mogą odgrywać rolę, gdy chodzi o bezmiar ludzkiego nieszczęścia? Bądź co bądź, jednolity - z pozoru przynajmniej - front Komisji kodyfikacyjnej załamuje się. Tak jak dziś sprawa stoi, chcieliby kodyfikatorzy utrzymać karę - w zasadzie - ale czyniąc w niej klauzule i wyjątki, aby, o ile możności, złagodzić lub usunąć szkody płynące z tego paragrafu, który prześladuje jedynie ubogich, który pochłania tysiące ofiar, odbierając im możność pomocy lekarskiej. Jak to uczynić, to kwestja kazuistyki prawniczej. Kręcą też nasi prawodawcy skłopotanemi główkami, może co i wykręcą. Próbują przywołać na pomoc część ogólną kodeksu i jej artykuł o prawie wyższej konieczności, mimo że strasznie trzebaby go naciągać w obecnem brzmieniu ("nie ulega karze, kto działa dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa, grożącego dobru własnemu lub cudzemu, o ile niebezpieczeństwa nie może inaczej uniknąć"). To wązkie ucho igielne chcieliby rozszerzyć, tak aby mogły się przez nie przecisnąć wskazania społeczne przerwania ciąży. Przeszkadza w tem to słówko bezpośrednie, które trzebaby chyba wyrzucić... Dodajmy, że owo zapewnienie warunkowe, że "nie ulega karze, kto" etc., nie uśmiecha się lekarzom i że ci nie okazują zbytniej ochoty, aby podjąć brzemię obłudy społecznej, które chcieliby na nich przerzucić pp. prawnicy. Ale o lekarzach i ich stanowisku pomówimy następnym razem. Naogół rysują się w Komisji kodyfikacyjnej (o ile jestem w jej sekrety wtajemniczony), trzy tendencje. Jedna nieprzejednana: karać, więzić, straszyć. To stanowisko nie ma za sobą nawet aksjomatu pereat mundus fiat justitia, bo ta justitia jest doprawdy bardzo z pod ciemnej gwiazdy. Tutaj odgrywa niemałą rolę polityka populacyjna kleru: lepiej czworo dzieci ochrzcić i tych samych czworo dzieci rychło potem pochować, niż żeby żadne z nich się nie urodziło. To jest też polityka populacyjna... Ale to jest raczej "obrót" niż dochód... Podejrzewam, że ta polityka obrotowa naszego kleru jest również przyczyną jego żywiołowej niechęci do ruchu mającego za hasło zapobieganie niepożądanej ciąży. Naprzeciw - drugi radykalny punkt widzenia: zupełna niekaralność. To stanowisko reprezentuje w Komisji znikoma mniejszość, poza Komisją zaś olbrzymia większość najtęższych prawników. Na razie, jest to "muzyka przyszłości". Bardziej kompromisowa, tem samem więcej szans mająca, jest niekaralność matki, a karalność pomocników, mimo że taka różnica w traktowaniu jednego i tego samego czynu ma swoje poważne strony ujemne, do których jeszcze wrócimy. Bądź co bądź, zdaje się pewne, że Komisja kodyfikacyjna wyrzeka się karania matki. Zawsze to krok naprzód. Trzeci pogląd kompromisowy, to niekaralność matki i niekaralność lekarza; przyczem ocena wskazań - w najszerszym pojęciu - do przerwania ciąży byłaby zadaniem lekarza, rękojmią zaś byłaby poprostu jego ogólna przysięga lekarska. Mógłby więc ten lekarz rozstrzygać o wskazaniach zarówno lekarskich jak społecznych i eugenicznych. Wówczas możnaby szerzej stosować przerwanie ciąży w razie życiowej konieczności w szpitalach i kasach chorych. Karalność tyczyłaby tylko partactwa, które i tak podpada pod inne paragrafy karzące partactwo lekarskie i nieuprawnioną fuszerkę. Toby już było bardzo daleko idące posunięcie; chodzi tylko o to, jak patrzyliby lekarze na przerzucenie na ich barki tak szerokich atrybucyj? W każdym razie widzimy, że coś tam w Komisji kodyfikacyjnej świta, że członkowie jej zrozumieli nareszcie, nietylko jako ludzie (i może jako klienci?), ale jako prawodawcy, że rzecz jest trudna, ważna, i że zbyć jej kopjowaniem przestarzałych paragrafów nie wolno. Nie chce im przejść przez gardło skasowanie szkodliwego artykułu, ale chcą stworzyć stosunki, w których karalność pozostałaby fikcją, jaką jest ostatecznie i dziś, ale fikcją mniej morderczą. Jak z tego wybrną, dowiemy się; niebawem ma być projekt ustalony w ostatniem czytaniu. Czy te wszystkie kompromisowe kombinacje okażą się wykonalne czy nie, to życie rozstrzygnie. To pewna, że można to wszystko uważać tylko za stan przejściowy, za przygotowanie opinji społecznej; że, prędzej czy później, musi przyjść do skreślenia tego paragrafu, to, powtarzam, nie ulega wątpliwości. Na razie, nie mają nasi kodyfikatorzy odwagi tego zrobić, a szkoda: łatwiej niedorzecznego prawa nie wprowadzać, niż je potem usuwać. A już zaczynać, wbrew swemu ludzkiemu przekonaniu, od tworzenia praw nietylko niedorzecznych ale niewykonalnych i szkodliwych, byłoby naprawdę pokłonem oddanym obłudzie zbyt głębokim i niegodnym naszych światłych prawodawców.

Argumenty

W poprzednim feljetonie ośmieliłem się postawić kwestję, która bodaj nigdy dotąd publicznie w naszej prasie nie była poruszana. Trzeba teraz omówić ją bliżej. Zgóry przepraszam, że przyjdzie mi się powtarzać; ale rzecz tak obrosła obłudą i zabobonem, że trzeba ją gruntownie oskrobać. Przepraszam także, że nie będę zabawny, ale nie zawsze można być zabawnym; odbijemy to sobie innym razem. Dodam jeszcze, iż, jeżeli zdecydowałem się wszcząć tę kwestję, nie uczyniłem tego lekkomyślnie; pytałem wpierw wielu poważnych osób, prawników i innych, aż do samych członków komisji kodyfikacyjnej, czy uważają wytoczenie jej na forum publiczne za właściwe. Odpowiedzieli mi: "Bezwarunkowo. Nietylko za właściwe, ale za bardzo pożądane". W istocie, trzeba uświadomić sobie sytuację; wysłuchać zdań; policzyć i zważyć głosy. Kodyfikatorzy nie chcą - sami to mówią - wyprzedzać opinji, a opinja dotąd milczała. Ogół nie zdaje sobie sprawy ze stanu i powagi kwestji. Kiedy przejdziemy do szczegółowej ankiety, zdumienie wywoła, jak jednogłośnie luminarze prawa oświadczają się przeciw paragrafom karalności. Tylko nie trzeba tego fałszywie rozumieć. Przeciwnicy karalności uważają, tak samo jak inni, przerywanie ciąży za smutną ostateczność; ale sądzą, że nie na drodze sankcyj karnych należy przeciwdziałać temu zjawisku, że kodeks karny nie ma tu nic do gadania i że, mieszając się do sprawy, która przechodzi jego siły, - szkodzi zamiast pomagać. Pragnę tedy zestawić argumenty, na jakich opierają się przeciwnicy obecnego stanu rzeczy, to znaczy przeciwnicy represyj karnych; przyczem należy zaznaczyć, że gdy jedni - większość prawników - są poprostu za zniesieniem paragrafu, drudzy są za jego ograniczeniem przez dopuszczenie licznych wyjątków. Ci, co są za niekaralnością, wytaczają następujące argumenty: Paragraf naznaczający ciężkie kary za przerwanie ciąży jest martwy. Na setki tysięcy razy, ledwie w kilku lub kilkunastu wypadkach prawo przychodzi do głosu. I wówczas udowodnienie winy jest niezmiernie trudne, najczęściej prawo nie działa. Otóż ustawa, która jest bezsilna, która nie jest wykonywana, jest demoralizująca, uczy lekceważenia prawa, jest jego zaprzeczeniem. Czemu ustawa nie jest wykonywana? Przedewszystkiem olbrzymia większość wypadków jest nieznana. Następnie dlatego, że przestępstwo jest zbyt częste. W Niemczech np. obliczają roczną ilość przerwanych ciąży na 800,000 - inni mówią miljon, któż to policzy! - a wszelkie statystyki mogą tu być tylko przybliżone i niższe są pewno od rzeczywistości. Jak może prawo działać w tych warunkach? Ustawa nie może działać i dlatego, że nie ma za sobą moralnego poparcia społeczeństwa, bez którego paragraf będzie zawsze martwą literą. Sędzia, który ma ustawę wykonywać, wie że społeczeństwo nie jest tu w porządku. Nie istnieje opieka nad matką ani opieka nad dzieckiem; położenie niedoszłej matki było często bez wyjścia. Kodeks cywilny nie jest na wysokości zadania, nie uregulował kwestji alimentacji ani dochodzenia ojcostwa, które zresztą też nie rozwiązałoby tego zagadnienia. Jak można ścigać jedynie matkę, która i tak ponosi wszystkie ciężary? Czy jest wreszcie sędzia, nie znający w najbliższej rodzinie, w najbliższem otoczeniu, wypadków przerwania ciąży, które uważa za zupełnie naturalne, w których może współdziałał? Jak więc - o ile nie jest okrutnym obłudnikiem - ma karać jakąś nieszczęśliwą, godniejszą jeszcze usprawiedliwienia? Czemu ma ścigać jedną, gdy nie ściga tysięcy innych? Sędziowie nie chcą karać, prokuratorzy nie chcą oskarżać, lekarze nie chcą denuncjować: bo i to im prawo nakazuje! Ale, powiadają przeciwnicy karalności, gdyby nawet "miecz prawa" działał, nicby to nie pomogło. Kobieta, które chce przerwać ciążę, znajduje się zwykle w położeniu przymusowem, szansa ukrycia czynu jest bardzo znaczna; zawsze tedy przeważy obawa większego zła, jakiem jest dla niej ujawnienie ciąży i urodzenie dziecka. Prawo jest bezsilne. I oto najgorsze! Prawo jest bezsilne; nie może niczemu zapobiec; ale istnieniem swojem wyrządza wiele złego, nie jest obojętne. Bo, piętnując zabieg przerwania ciąży jako zbrodnię, wzbrania go lekarzom, którzy z kodeksem się liczą, ale nie przeszkadza go uprawiać wszelkiego rodzaju partaczom, a wreszcie i samym matkom nie przeszkadza doświadczać na sobie "domowych" środków. Nie przerwie lekarz ciąży (poza wskazaniami ściśle lekarskiemi) ani w szpitalu, ani w kasie chorych. Zatem, podczas gdy bogaci znajdą w takim wypadku pomoc lekarską, ubodzy są jej pozbawieni. Ileż z tego powodu wypadków śmierci, ileż ciężkich schorzeń? Prof. Grzywo-Dąbrowski oblicza ilość sekcyj, które wykonywa na zwłokach matek zmarłych w Warszawie na zakażenie krwi z tego powodu, na dwieście rocznie, a to jest z pewnością tylko cząstka. Otóż wszystkie te matki zabija - można powiedzieć - paragraf, broniący im pomocy lekarskiej, a niezdolny wzbronić im samego czynu. Bo zważmy tu jeszcze jedno. W dawnych czasach, kiedy pisano ustawy prawomocne dotąd, stan medycyny był inny niż dziś. Nie znano ani aseptyki, ani nowoczesnej chirurgji. Między przerwaniem ciąży dokonanem prawidłowo i umiejętnie, a zabiegiem spartaczonym nie było takiej jak dziś różnicy. Istnieje mało znana nowela Balzaka pod tytułem Poronienie, poruszająca ten temat. Lekarz, którego kobieta błaga aby jej przerwał ciążę, odpowiada: Namawia mnie pani do zbrodni, którą prawo karze śmiercią a panią samą skazanoby na karę straszliwszą niż moja... Ale gdyby prawo nie było tak srogie, i tak nie podjąłbym się podobnej operacji; jest ona prawie zawsze podwójnem morderstwem, bo rzadkie jest, aby matka nie zginęła także. Może pani obrać lepszą drogę... Czemuby pani nie miała uciec?... Niech pani jedzie zagranicę. - Byłabym shańbiona... Balzac w owej sprawie widział jedynie dramaty wyższych sfer społecznych. Dziś, tem trudniej byłoby poradzić wszystkim nieszczęśliwym ofiarom, aby... wyjechały za granicę.. Ale także dziś między sztuką lekarską a partactwem jest w tej mierze przepaść. A jeżeli są lekarze, którzy, nawet przy najbardziej umiejętnem wykonaniu, uważają zabieg ten za nie obojętny dla zdrowia a nawet niebezpieczny, o ileż bardziej staje się nim w rękach niepowołanych! I właśnie w te niepowołane ręce pcha dziesiątki i setki tysięcy kobiet bezduszny paragraf. Przeciwnicy karalności opierają się wreszcie na tem, że płód nie może być uważany za samodzielny organizm, ale za część matki, i że siłą rzeczy ona nim rozporządza. Nie może tu być mowy o zabójstwie. Płód nie jest, przynajmniej w pierwszych miesiącach, samoistnem życiem (sam Kościół czynił rozróżnienia między foetus animatus a inanimatus), dlatego też część zwolenników niekaralności pragnie ją ograniczyć do pierwszych trzech miesięcy. "Nie jest dzieciobójczynią ta, która sprowadza poronienie, zanim dusza wstąpi w ciało" (Non est homicida qui abortum procurat, antequam anima corpori sit infusa), powiada św. Augustyn. A teraz ważny wzgląd, wygrywany niejednokrotnie; kwestja przyrostu ludności, t. zw. polityka populacyjna. Argument efektowny napozór, ale złudny. Znała go już starożytność, ale, wedle potrzeb tej polityki, zabraniała, tolerowała, lub nakazywała przerywanie ciąży. Podłożem tego argumentu dziś jest powszechny militaryzm. Ale przyszła wojna, do której wszyscy mają nadzieję nie dopuścić, i tak nietyle polegałaby na ilości ludzi, ile na wynalazkach, na środkach technicznych, chemji etc. Przy ogólnej - teoretycznej bodaj - tendencji do rozbrojenia, czyż nie możnaby i w zakresie nadprodukcji ludzi uznać wspólnej demobilizacji? A wreszcie, czy istnieje związek między przyrostem ludności a przerywaniem ciąży? Wcale to nie jest udowodnione. W krajach, gdzie przerywanie ciąży jest najbardziej rozpowszechnione (Ameryka), przyrost ludności jest mimo to olbrzymi (prof. Glaser: Kilka uwag o spędzaniu płodu). Następnie: skoro prawo nie ma żadnego skutku, skoro nie działa, skoro wszyscy stwierdzają jego bezsilność, jak może ono wpływać tak czy owak na przyrost? A choćby nawet ciemnota lub apatja skłoniły, dajmy na to, biedną służącą lub wyrobnicę do urodzenia nieślubnego dziecka, co się z tem dzieckiem stanie? Statystyka dzieciobójstwa w tych warstwach daje na to straszliwą odpowiedź. Tym dzieciobójstwom też winien jest tępy paragraf. A dziecko, które ujdzie tego losu? Pójdzie do fabrykantki aniołków, pójdzie na garnuszek, gdzie przeważnie zginie. A te, co nie wyginęły, chowane w rynsztoku, powiększą element szumowin społecznych, pomnożą statystykę zbrodni. To można powiedzieć o dzieciach nieślubnych, bez ojca. A ślubne? Czytaliśmy niedawno w feljetonie Widza przerażającą statystykę mieszkań robotniczych. Czy przy gnieżdżeniu się rodzin - czasem paru - w jednej izbie lub kątem, może być mowa o nieograniczonem rozradzaniu się? A gdyby nawet się rodziły, czy ten nadmiar dzieci wyżyje? I co jest lepsze: czy rodzina, gdzie rodzi się, dajmy na to, siedmioro dzieci chowanych w głodzie i zaduchu, z których kilkoro umrze, a reszta będzie nędzna i chorowita, czy ograniczona ilość urodzeń a zdrowe wychowanie dzieci które przyjdą na świat? Cóż za trwonienie energji, to nieograniczone rodzenie jedynie dla śmierci! Wszak z punktu widzenia populacji nie ilość dzieci urodzonych rozstrzyga, ale ilość dzieci odchowanych i to zdrowo odchowanych. To łączy się z niezmiernie doniosłą sprawą t. zw. regulacji urodzeń, do której wrócimy. A wreszcie, gdy mowa o polityce populacyjnej, inna ona będzie w krajach mających niedobór ludności, a w tych, które nie wiedzą co począć ze swoim nadmiarem. U nas, ten nadmiar ludzi stale odpływał przez emigrację. I jakich ludzi: najtęższy, najbardziej rzutki i wartościowy materjał. Więc tracić przez emigrację tęgi materjał ludzki, a zastępować go dziećmi nędzy i choroby, to ma być polityka populacyjna? Słusznie też powiada niemiecki uczony: "Prawo nie może chronić korzyści, o której zgoła nie wiadomo czy istnieje". Nie jest rzeczą kodeksu karnego robić wątpliwą politykę populacyjną. A wreszcie czyż ta ilość matek, które utrupia lub wpędza w ciężkie choroby zakażenie krwi, czy to nie jest czynnik depopulacyjny? Wreszcie nie mniej ważki argument przeciwników karalności, to szczęście obywateli, które wszak jest celem państwa, a które ustawa ta jakże często niweczy dla rzekomych korzyści społecznych. Krzywdy i niedole są tu faktyczne i namacalne, - korzyści urojone. Bo jakież są kontrargumenty? Pomówimy jeszcze o nich. Prawie ich niema, a przynajmniej nie takie, któreby mogły przekonać. Mówi się o mętnej polityce populacyjnej, o rozluźnieniu moralności etc. Ale czy te problematyczne dedukcje przeważą wymowę trupów, które wyrzuca co rok stan obecny, liczbę nieszczęść i schorzeń, które się kryją w cieniu? Czy którykolwiek z ustawodawców ma złudzenie że ten paragraf zacznie działać? Ani trochę; chcą tylko aby był, po staremu, dla formy, na papierze. Dość wreszcie znamienny jest artykulik pewnego pisemka w odpowiedzi na mój poprzedni feljeton, gdzie podałem wnioski Zjazdu prawników. Czy wiecie, jak tam wytłumaczono stanowisko zajęte przez olbrzymią większość naszych prawników? To masoni, którym solą w oku jest przyrost naszej ludności i przewaga, jaką ma przez to Polska nad innemi krajami! Skoro wychodzi na plac słowo "masoni", można być pewnym, że bezmyślność i głupota są za węgłem. Streszczając całą rzecz, przeciwnicy karalności rozumują tak: skoro prawo karne jest bezsilne, skoro nie umie pomóc a umie szkodzić, nie powinno się w to mieszać. Zostawić sprawę matkom, licząc na ich instynkt macierzyński. Mało która matka przerwie ciążę bez ważnych pobudek. Starać się stworzyć na drodze ustawodawstwa cywilnego i opieki społecznej takie warunki, aby przerywać ciąży nie potrzebowała. Rozszerzyć bodaj prawo do przerwania ciąży na t. zw. wskazania społeczne. Uświadamiać ewentualnie co do sposobów zapobiegania niepożądanej ciąży; ale to jest osobny, jakże doniosły temat! I - wciąż to trzeba powtarzać - o ile się nie może pomóc, nie szkodzić. Medycyna ma swoje godło, które wypisane jest w salach klinicznych: primum non nocere, przedewszystkiem nie szkodzić. Czyż ta sama zasada nie powinna by obowiązywać i w prawie? - tak mówił w rozmowie ze mną o tej kwestji pewien wybitny prawnik.

Przedmowa do trzeciego wydania

Trzy lata upłynęły od chwili gdy oddałem do druku tę książeczkę. Przez ten czas obiegła ona całą Polskę, tytuł jej stał się utartym zwrotem. Obecnie, gdy okazała się potrzeba nowego wydania, jestem w kłopocie. Książka ta jest i przedawniona, i zarazem bardziej aktualna niż kiedykolwiek. Przedawniona o tyle, że pisana była w trakcie obrad Komisji kodyfikacyjnej i starała się oddziałać na jej stanowisko. Patrzyliśmy wówczas na prace Komisji z ufnością i nadzieją. Otóż, jak wiadomo, od tego czasu Komisja zadanie swoje ukończyła, ale dziesięcioletnią jej pracę - przynajmniej w zakresie spraw, o które tu nam chodzi - przekreślono jednem pociągnięciem ołówka, aby załatwić rzeczy po swojemu. Pogrzebano rzecz - na czas nieograniczony. Niewątpliwie przyczyniły się do tego wyniku nieprzygotowanie i bierność opinji. "Ustawa nie może być bardziej postępowa niż obywatele; nie może więcej dawać niż od niej żądają", - tak mówili członkowie Komisji kodyfikacyjnej, i to się w ostatecznym rezultacie sprawdziło. Obecnie, czeka nas dalsza walka o zmianę niedorzecznych i morderczych paragrafów; a raczej przygotowywanie gruntu dla ich rewizji, która prędzej czy później nastąpić musi. Skądinąd zaszły w danej dziedzinie nowe fakty. O ile sprawa piekła kobiet cofnęła się w kodeksie karnym, o tyle udało się ją pchnąć na nowe tory, popularyzując i realizując poniekąd ideę Świadomego macierzyństwa. Powstała pierwsza poradnia zapobiegania ciąży, za nią szereg innych. Stoją w tej mierze otworem najszersze możliwości. Wydając po raz trzeci Piekło kobiet, zachowałem jego pierwotną formę. Z jednej strony, spory i dyskusje toczone w porze obrad Komisji kodyfikacyjnej mogą być dla dalszej akcji pożytecznym dokumentem; z drugiej strony, fakty, argumenty i świadectwa nic nie straciły od tego czasu na aktualności i wymowie. Poprzestałem jedynie na skorygowaniu i uzupełnieniu w odsyłaczach tych szczegółów, w których stan rzeczy uległ zmianie; zarazem pomnożyłem dawny tekst o parę rozdziałów oświetlających nowowytworzoną sytuację. W tej formie Piekło kobiet może być nadal narzędziem walki przeciw ciemnocie i zabobonowi, przeciw rutynie i okrucieństwu; - narzędziem walki o nowe, lepsze jutro. Warszawa, w marcu 1933