Wstęp
Zaryzykuję twierdzenie, że ten temat istnieje od zarania ludzkości. Odkąd czujemy popęd seksualny, odkąd rodzą się dzieci, odkąd ludzie wiedzą, że na posiadanie potomstwa można wpływać, odtąd o aborcji i antykoncepcji się dyskutuje, choć nie zawsze tak się je nazywa. Tę dyskusję trafnie opisują słowa sprzed niemal stu lat:
Jest splotem mnóstwa rzeczy, obrosły ją całe warstwy pojęć i przesądów, gromadzących się na przestrzeni wieków. Względy prawne, etyczne, lekarskie, społeczne mają tu głos (...). A wszystko to pokrywa swoim płaszczem obłuda społeczna... przesłaniająca cały kompleks najbardziej żywotnych zjawisk.
Tak o dyskusji dotyczącej prawa do aborcji w 1929 roku pisał felietonista i działacz społeczny Tadeusz Boy-Żeleński, z wykształcenia lekarz. "Piekło kobiet" - hasło będące tytułem jego książki - od lat jest w Polsce tak popularne, że można by przypuszczać, iż powstało na potrzeby czarnych protestów, które odbywały się w 2016 roku. Wtedy pojawiało się na tysiącach transparentów. Wypowiadały je setki kobiet. Ale prawda jest taka, że jego aktualność sięga co najmniej wieku wstecz.
W latach 20. XIX wieku aborcja była w Polsce nielegalna i karana. W każdym przypadku. To prawne dziedzictwo, które pozostało nam po zaborcach. Była też faktem. Szacuje się, że rocznie przeprowadzano nawet trzysta tysięcy terminacji. W podziemiu. Setki albo tysiące z nich kończyły się śmiercią kobiet. Odzyskana niepodległość wiązała się z koniecznością uchwalenia nowego prawa, także reprodukcyjnego. Ostatecznie w kodeksie karnym z 1932 roku zapisano, że za aborcję czy raczej za "spędzenie płodu", jak to ówcześnie określano, kobiecie grożą trzy lata więzienia, a osobom, które jej pomagają, pięć. Dopuszczono dwa wyjątki: zagrożenie życia matki i ciąża, która jest wynikiem przestępstwa. Skąd my to znamy? Tadeusz Boy-Żeleński, walczący razem z Ireną Krzywicką (publicystką, feministką i pisarką) o dostęp do legalnej i bezpiecznej aborcji, tak opisywał działania Komisji Kodyfikacyjnej II Rzeczypospolitej, która pracowała nad stworzeniem nowego prawa:
Ot, schodzi się kilku poważnych - och, jak poważnych! - panów, którzy wchodząc do sali obrad, starają się pilnie zapomnieć o tym, że są ludźmi, że tam za oknami gabinetu huczy i pędzi życie, że to, co oni piszą na papierze, to jest pisane na ludzkiej skórze, że to, co dla nich jest przedmiotem kontrowersji prawniczej, jest dla innych nie raz kwestią życia i śmierci. I pichcą sobie od niechcenia te prawa, a to, co oni upichcą, w tym potem męczą się całe pokolenia.
Co było później? W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, a konkretnie w 1956 roku, prawo zliberalizowano. Uchwalono ustawę, która dopuszczała aborcję z powodów medycznych (wady płodu lub zagrożenie życia matki), gdy ciąża powstała w wyniku przestępstwa lub gdy potwierdzone zostały złe warunki socjalne rodziny. Po upadku żelaznej kurtyny - jak w dwudziestoleciu międzywojennym - trzeba było stworzyć nowe prawo. "Nasze", "polskie", "niekomunistyczne". Tym razem wyjątkowo silny w dyskusji o jego kształcie był głos Kościoła katolickiego, wokół którego kształtowała się antykomunistyczna tożsamość Polaków. Wypracowano "kompromis" na ponad dwadzieścia lat. Odstąpiono od karania kobiet za przerywanie ciąży i zezwolono na aborcje w trzech przypadkach: stwierdzonych wad płodu, zagrożenia życia matki i ciąży w wyniku przestępstwa. I wydawało się, że sprawa jest zamknięta. Pozornie była.
W Polsce 2016 roku - posługując się metaforą Boya-Żeleńskiego - prawo próbowano upichcić od nowa. Zaostrzyć. Przygotowywano składniki, kucharzy, badano grunt. Ostatecznie się nie udało. Kobiety masowo wyszły na ulice, by walczyć o swoje prawa. Plan powrócił pięć lat później i tym razem się powiódł. W Polsce 2021 roku sędziowie Trybunału Konstytucyjnego prawo zmienili. Czy pamiętali o tym, że za oknem huczy i pędzi życie?
O tym życiu jest ta książka. I o śmierci czasem też. Zapraszam Państwa do rzeczywistości po zmianie prawa aborcyjnego w Polsce. Rzeczywistości skrywanej. Rzeczywistości niewidzialnych dla systemu kobiet i ich rodzin. Rzeczywistości, w której prawo pisane na skórze zostawia niedające się usunąć blizny. Rzeczywistości, w której wielka potrzeba posiadania dziecka przeplata się z jeszcze większym bólem po stracie, co jedna z moich rozmówczyń opisuje tak: "Każde dziecko, które się straciło, to całe życie, którego nie będzie. To są te pierwsze kroki, których nie będzie, to są te pierwsze słowa, których nie będzie, to są te oczy, które się do ciebie nie zaśmieją".
To nie jest rzeczywistość tysiąca kobiet rocznie, które do tej pory legalnie przerywały ciążę ze względu na wady płodu, a teraz nie mogą tego robić. To rzeczywistość nas wszystkich; rzeczywistość, która bezpośrednio dotyka około dziewięciu milionów osób, bo tyle w populacji Polski stanowią kobiety w wieku rozrodczym. Dotyka też ich rodzin. To rzeczywistość, którą kształtują język, ramy, narracja, opowieść - nie tylko o aborcji, lecz także o wartościach, w które wierzymy, o Polsce, jakiej pragniemy.
Trudno znaleźć temat, który bardziej dzieli. Trudno znaleźć temat, w którym równie ciężko o porozumienie i spokój w dyskusji między konserwatystami a liberałami. Trudno znaleźć temat, po którym łatwiej określić przynależność do jednej z tych grup. Ten jest jak papierek lakmusowy.
Dziennikarz jest od pokazywania rzeczywistości. I to staram się w tej książce zrobić. Pokazać tę skrywaną, i to z różnych perspektyw. I jeszcze coś: to nie jest książka o aborcji w ogóle. O tej powstało wiele publikacji. To jest książka o granicy, która została postawiona przed tymi wszystkimi, którzy chcą mieć wybór, gdy słyszą okrutną diagnozę, i o ich bliskich. To książka, która potencjalnie jest o nas wszystkich.
Daria Górka
Warszawa, wiosna 2022 roku
Czarny Poniedziałek
Od uchwalenia 7 stycznia 1993 roku Ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży kilkukrotnie próbowano zmieniać prawo reprodukcyjne w Polsce; w 1996 roku je zliberalizowano i dodano zapis zezwalający na aborcję ze względu na trudne warunki życiowe lub sytuację osobistą kobiety. Rok później wrócono do stanu z 1993 roku, bo ówczesny Trybunał Konstytucyjny uznał, że tak zwana przesłanka społeczna jest niezgodna z obowiązującą wówczas Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej. Od tamtej pory (od maja 1997 roku) do opublikowania wyroku współczesnego Trybunału Konstytucyjnego (do stycznia roku 2021) w Polsce obowiązywał tak zwany kompromis aborcyjny.
Przerwanie ciąży było możliwe w trzech przypadkach:
gdy ciąża stanowiła zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety; gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazywały na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu; gdy zachodziło uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego.
Przez lata funkcjonowania "kompromisu" organizacje pro-life razem z Kościołem i skrajną prawicą oraz feministki i lewica nie raz wytaczali przeciwko sobie najcięższe działa, próbując wpłynąć na postrzeganie tej sprawy przez opinię publiczną. Organizowano akcje protestacyjne, próbowano zmieniać konstytucję i walczono o język. Były głośne sprawy i jeszcze głośniejsze wyroki Sądu Najwyższego i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Były zmiany w funkcjonowaniu klauzuli sumienia, na którą mogą powoływać się lekarze. Zwykle jednak aborcję uznawano za temat zastępczy, a kobiety robiły swoje.
"Kompromis", choć według wielu nieidealny, i często istniejący jedynie na papierze, jakoś funkcjonował. A jeżeli nie obowiązywał, kobiety brały sprawy w swoje ręce. Byle cicho. Ich historie od czasu do czasu przedstawiane były w książkach lub filmach.
W 2016 roku zrobiło się głośno. Kobiety masowo wyszły na ulice po tym, jak sejm w pierwszym czytaniu odrzucił obywatelski projekt "Ratujmy kobiety" proponujący liberalizację przepisów aborcyjnych, a do dalszych prac w komisjach skierował przepisy opracowane przez komitet "Stop aborcji". Radykalny projekt zakładał wprowadzenie całkowitego zakazu przerywania ciąży. Wizja zmiany prawa stała się realna. Przepisy oficjalnie poparli niektórzy politycy partii rządzącej. O potrzebie zmiany ówcześnie obowiązującego status quo zaczął mówić też Kościół. Od 25 września 2016 roku w całym kraju odbywały się czarne protesty kobiet sprzeciwiających się modyfikacji przepisów. 3 października doszło do Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, zwanego inaczej Czarnym Poniedziałkiem. Wiele kobiet nie poszło tego dnia do pracy, inne ubrały się na czarno. W kraju i poza jego granicami odbywały się demonstracje. W strajkach, według różnych szacunków, wzięło udział od dziewięćdziesięciu ośmiu do nawet dwustu tysięcy osób. Polacy swój sprzeciw manifestowali też w internecie.
O możliwości przerywania ciąży w określonych przypadkach zaczęto rozmawiać w tradycyjnych mediach. Polskie miasta zalały transparenty z napisami: "Nie będziemy umierać za wasze sumienia!", "Myślę, czuję, decyduję!", "Łapy precz od naszych ciał!". Hasła o wolności i prawie do decydowania o swoim życiu, które do tej pory były podnoszone przez feministki lub środowiska lewicowe, teraz stały się powszechnie dyskutowane i używane. Powstał niespotykany wcześniej, oddolny, wsparty przez media społecznościowe ruch kobiet, który głośno upominał się o swoje prawa. Trzy dni po Czarnym Poniedziałku, 6 października, sejm odrzucił restrykcyjny projekt.