NIEPRZYJEMNY INCYDENT LADY STUCKUP
Nie może nikogo znaleźć od czterech minut.
Lady Stuckup jeszcze nigdy nie musiała robić czegoś tak frustrującego na własną rękę i na własnych nogach, jak jakaś zagubiona turystka. Jedwabna sukienka opinająca jej chudą sylwetkę zaczyna wilgotnieć na ciepło pod pachami, a jej policzki - nabierają koloru. Ostatni raz napociła się tak dwadzieścia osiem lat temu, wypychając na świat tego niewdzięcznika.
Zakochał się w Irlandczyku i wymyślili sobie zielone wesele w Dublinie. Harry dobrze zrobił, że został w Anglii na czas przygotowań. Mogła iść jego śladami - chciała tak zrobić, ale zmieniła zdanie, gdy usłyszała, że ten absolutny kretyn Tim chce wynająć grupę dzieci przebraną za Leprechauny. Lady Stuckup jeszcze nigdy tak szybko nie wyrobiła się na samolot.
Ma swoje granice. Biały gej z wyższym wykształceniem je zamyka, strzegąc wejścia do strefy braku tolerancji, w której są infantylne przebieranki.
Kobieta maszeruje na chudych nogach jak kosarz w rogu kabiny prysznicowej. Po chwili dostrzega dwójkę młodych ludzi. Jest tam dziewczyna, wysoka Azjatka z koszulą wyłażącą ze spodni. Z ledwością pcha naładowany talerzami metalowy wózek. Wygląda, jakby dopiero zwlekła się z łóżka. Towarzyszy jej krępy, opalony chłopak z zaniedbanym zarostem. Trzyma wózek jedną dłonią, ale niespecjalnie pomaga przy jego transporcie. To pierwsze osoby, które Lady widzi od - o zgrozo - pięciu minut, ale nie jest aż tak zdesperowana, żeby zadawać pytania kelnerom, którzy pewnie nie umieją dobrze mówić po angielsku.
Z korytarza wędruje za nimi do jednej z sal weselnych. To złoto-zielony koszmar, który sprawia, że robi jej się jeszcze cieplej. Do dwójki pokrak dołącza trzecia, niska, biała dziewczyna z garnkiem czarnych włosów na głowie. Mówi do pozostałej dwójki coś, czego Lady nie jest w stanie dosłyszeć. Ich spojrzenia spotykają się na ułamek sekundy. Smarkula wcale nie wygląda, jakby chciała do niej podejść i zapytać, czy może pomóc. Wręcz przeciwnie - mierzy ją ponurym spojrzeniem, a potem ostentacyjnie odwraca wzrok.
(Te dwie spotkają się jeszcze jeden, jedyny raz - w formie plakatów z osobami poszukiwanymi, wywieszone na słupach telegraficznych w całym Dún Laoghaire.)
Ze złością kopiąc zielony balonik, który śmiał stanąć na jej drodze, Lady maszeruje przez całą długość pomieszczenia. Osiem długich stołów, dziesięć krzeseł przy każdym; za rozsuwaną ścianą kolejne dziesięć. Lady Stuckup jest w stanie powiedzieć coś niemiłego na temat każdego z gości, chociaż połowy jeszcze nie zna.
Benny i Margaret Farrel? Jemu ucieka oko, a ona zarabia na życie, robiąc żelowe paznokcie. Larry McDougel? Alkoholik z uszami jak Dumbo. I pewnie prawiczek. Ciotka Natalie? Stara histeryczka, zwłaszcza odkąd przypadkiem zdeptała chomika swojego wnuczka tak, że eksplodowały mu gałki oczne. Chomikowi, nie wnuczkowi. Wymyśliła sobie po tym jakąś terapię.
Ramiona Lady Stuckup się rozluźniają. Od obrażania ludzi w myślach trochę poprawia jej się nastrój. A fakt, że zaraz będzie mogła nakrzyczeć na paru menadżerów, poprawia jej go jeszcze bardziej. To dziwne, że nagle tak wszyscy poznikali.
(Podejrzane, myśli nawet Lady, ale to słowo nie przybiera w jej myślach takiej wagi, jaką powinno, aby zapewnić jej bezpieczeństwo).
Jest w czterogwiazdkowym, renomowanym hotelu, ulokowana w najnowocześniejszym pokoju z widokiem na port i wybrzeże. Na śniadaniu nie musi nawet mówić, że chce miękkie jajko w koszulce na szpinaku. Wszyscy zostali o tym poinstruowani i biegną grzać ten pieprzony szpinak i lać ocet do wody w momencie, w którym jej kościste nogi przekraczają progi śniadaniowej restauracji. Myśl o tym, że mogłoby stać się jej coś złego, nie jest nawet zalążkiem w głowie Lady Stuckup. Przyzwyczajona do przywilejów, pluszowych kapci i kawioru, nigdy nie miała okazji wyrobić w sobie kilku niezbędnych do przetrwania instynktów.
(A to niedobrze. Nikt nigdy nie jest całkiem bezpieczny. Ciemny zaułek, czterogwiazdkowy hotel, własne, pierdolone krzesło - groza nie wybrzydza. Lubi łapać za gardło wszędzie).
Lady Stuckup widzi przed sobą drzwi. To proste drzwi, nic pozłacanego, ale nikt jej nie zatrzymuje. Poza tym teraz, gdy zaszła tak daleko, wolałaby dać się złapać z siwymi odrostami, niż zawahać i jednak zapytać kelnerów o drogę. Otwiera drzwi i wchodzi w ciemny korytarz, chociaż od pierwszego wejrzenia wie, że to nie jest strefa dla gości.
(Duma jest jej zgubą).
Nie ma mowy, żeby teraz wróciła do sali weselnej. Jedyną opcją jest udawanie, że wtargnięcie do gabinetu któregoś z menadżerów było jej celem od samego początku.
Pięć minut!, trenuje Lady Stuckup w głowie. To nie do pomyślenia! Uśmiecha się sama do siebie. Cienkie, chanel-bordowe usta wykrzywiają się jak gąsienica. Wyobraża sobie każdego z poznanych menadżerów po kolei, przepraszających ją i oferujących benefity. Proszę o wybaczenie, Lady Stuckup, mówi grubas o czerwonej twarzy niemowlaka i dyszy ciężko, ścierając pot z czoła. Ma pani rację, to absolutnie niedopuszczalne, kiwa głową siwy gość w pasiastym garniturze i szczerzy przepraszająco białe zęby. Nic takiego mi się wcześniej nie przytrafiło, kaja się łysiejący pracoholik i kłania tak nisko, że Lady może się przyjrzeć swojemu zadowolonego obliczu w czubku jego głowy.
Lady, odzywa się głęboki głos. Kobiecie znów robi się gorąco, ale z zupełnie innych przyczyn. Lady, zwolnię, kogo tylko chcesz, mówi ten przystojny, młody dżentelmen, który witał ją w głównym hallu tydzień temu, gdy przyleciała. Jest wzrostu Lady i niemal tak smukły, jak ona, a jego włosy są płomienne i gęste. Wskaż palcem, Lady, a ja pozbędę się tych, którzy cię rozgniewali.
Buja w obłokach, więc schodzi z kursu. Z otwartego na kuchnię i bar korytarza przedostaje się na schody. Nie jest sama. Na tych, które prowadzą na górę, stoi dziewczyna z mopem. Nie ma na sobie stroju kelnerki, ale mop w jej ręku i żółte, gumowe rękawice sprawiają, że Lady bez zastanowienia schodzi na dół. Jeszcze czego. Będzie rozmawiała tylko z kimś, kto coś tu znaczy. Dziewczyna woła za nią, ale ona nie odpowiada. Tamta odprowadza ją wzrokiem.
(Duma popycha Lady przez całe jej życie - prosto w ramiona grozy).
Jak na razie grozą jest dla Lady stan korytarza, przez który maszeruje. Teraz maszeruje nieco wolniej, z prada-obcasami stuk-stukającymi o popękane linoleum i odbijającymi się echem od brudnych ścian, które kiedyś chyba były białe. To jedyny odgłos, nie licząc cichego, odległego wibrowania, i Lady traci ciut swojego polotu. Jest to wręcz niesamowite zrządzenie losu, że na swojej drodze przez hotelowe katakumby Lady nie spotyka zupełnie nikogo.
W swojej drodze przez życie natomiast czeka ją jeszcze jedno t?te-a-t?te. I jest tym bliżej, im głośniejsze robią się owe przytłumione wibracje. Jakaś maszyneria? Silniki? Lady nie przepracowała ani jednego dnia w swoim życiu, więc nie zna się na odgłosach pracy. A szkoda, bo mogłaby rozpoznać zasuwającą akumulatorową piłę do mięsa i kości, i być może zawróciłaby. Nie robi tego jednak. Wciąż, choć wolniej, kroczy przed siebie, a odgłos jest coraz bliższy.
Lady Stuckup wchodzi do drugiego skrzydła na samym końcu korytarza, a potem łapie za dyndającą klamkę i otwiera drzwi. Prowadzą do masarni.
(Masarnia w hotelu?)
Na ścianach wiszą haki, sterczące i powykręcane. Podłoga jest wyłożona kafelkami.
Kafelki i folia.
Wyschnięte, rdzawe zacieki.
Uderzający, słodki zapach.
Brudne, zakurzone płachty.
Metalowy wózek; taki sam widziała na górze! Na tym nie leżą czyste talerze. Na tym leży pokaźny kawał mięsa, razem z kością, a tuż przy nim - stoi wielki facet w stroju kucharza. Cały, calutki w folii.
Lady Stuckup jak zahipnotyzowana wpatruje się w hałasującą piłę w jego masywnej dłoni. Wygląda w niej jak zabawka. Wrzyna się w kawał mięcha jak w masło i bryzgając dramatycznie krwią, przecina go na pół. Noga, myśli Lady ze znawstwem. Może nie potrafi przyrządzać mięsa, ale jak pokażesz jej nogę, to wie co i jak. Po czym? To proste.
Po pantofelku.
Sekunda, w której Lady orientuje się, że patrzy na ludzką nogę, jest tą sekundą, w której wielki facet w stroju kucharza odwraca się w jej kierunku. Lady jeszcze nigdy nie widziała kogoś takiego. Kucharz wygląda jak Rzeźnik. Ponad dwa metry wzrostu, prawie tyle samo w barach, zdrowo zarumieniony i przygarbiony. Wyłącza piłę i wibracja cichnie; powoli, metodycznie, z zabawnym jękiem. Patrzy na Lady, a Lady patrzy na Rzeźnika i zgrabną nóżkę w błękitnym pantofelku. Milczą. W końcu jednak kobieta, nieprzyzwyczajona do siedzenia cicho, piskliwie przerywa ten niezręczny moment.
- Pięć minut!
Rzeźnik mruga. Jedno oko zamyka się o ułamek sekundy szybciej od drugiego.
- Eee... - Mrug, mrug. - Co?
Brzmi jak zwolnione nagranie. Folia na jego torsie i ramionach pokryta jest grubą warstwą krwi, która spływa sobie na kafelki. Lady wypycha chudą klatkę piersiową do przodu i zadziera nos do góry.
- To nie do pomyślenia! Czy nikt tutaj nie jest w stanie wskazać mi drogi do gabinetu głównego menadżera?
Rzeźnik oblizuje cienkie, blade usta. Ogromne łapska w jeszcze ogromniejszych rękawicach odkładają piłę na wózek, ostrożnie, tuż obok nogi. Wyciera się o folię, co tylko pogarsza sprawę. Jego ruchy są powolne i niezręczne.
- Do pana Ashtona? - mówi cicho, a potem rozgląda się po groteskowym pomieszczeniu. - Eee... Tak, proszę, niech pani wejdzie. Tutaj jest... Skrót.
Rzeźnik odsuwa się od błękitnego pantofelka i gestem wskazuje drugi koniec wypełnionej hakami masarni. Na jednym z haków wisi zamszowy płaszczyk. W rogu pomieszczenia miga psująca się żarówka.
- Tam? - pyta Lady.
Są to jej ostatnie słowa.
- Eee... Tak. - Rzeźnik wycofuje się, żeby zrobić jej miejsce. - Tak, tam jest przejście.
Lady nie należy do najbystrzejszych osób we wszechświecie, ale nawet ona wie, że ta sytuacja nie zapowiada niczego dobrego. Mimo to wchodzi do masarni. Dlaczego wchodzi do środka? Czy to dalej jej duma? Czy Lady myśli, że jest zbyt ważna, żeby wylądować na metalowym wózku? Czy uznaje, że noga, na której jest prada-obcas będzie smakować inaczej niż jakaś przeciętna noga? Nie, raczej nie. Lady Stuckup nie jest aż tak odcięta od rzeczywistości. Jest po prostu w stanie głębokiego szoku i nie myśli jasno o tym, co robi.
Przechodzi obok wózka, mija nogę, mija puste haki i zakurzone płachty. Odsuwa zamszowy płaszcz i patrzy na pokryte rdzawymi zaciekami kafelki.
- Eee... Przepraszam, proszę pani.
Rzeźnik jest tuż za nią, cichy i bardzo uprzejmy. Lady kładzie kościstą dłoń na kafelkach i przygląda się wszystkim swoim pierścieniom. W tym momencie drzwi, którymi weszła, otwierają się raz jeszcze.
(Przez cały czas patrzyła przed siebie. Nie widziała, że ktoś za nią idzie).
Zamiera. Nie potrafi się odwrócić, żeby zobaczyć, kto do nich dołączył, a Rzeźnik wzdycha.
- Pomyliło mi się, proszę pani - mówi. - Tutaj są tylko jedne drzwi.
TADEUSZ I JEGO BEZNADZIEJNE SZKŁO POWIĘKSZAJĄCE
Dół, jak to bywa, diametralnie różni się od góry.
Dywany i pozłacane klamki hallu Blue Coast zamieniają się w popękane kafelki i mętne żarówki jego podziemi. Joe O'Brien, biały mężczyzna o twarzy bobasa, nie komentuje tego przeskoku atmosfery. Dysząc gorzej niż rozklekotany pociąg, który dojeżdża z Dún Laoghaire do Bray, prowadzi Tadeusza wzdłuż budzącego niepokój korytarza. Tadeusz nie zdaje pytań, tak jak pytań nie zadawał na rozmowie o pracę, którą przechodzili niespełna tydzień wcześniej.
Joe O'Brien ma pod sobą departament bankietów i restauracyjny. I największe brzuszysko, jakie Tadeusz w życiu widział. Sam Joe O'Brien, raczej już po czterdziestce, funkcjonuje ze spoconym trudem, ale metodycznie. Jego garnitur jest idealnie skrojony, a buty wypastowane na błysk. Na lewym nadgarstku ma drogi zegarek, który co jakiś czas wydaje z siebie ponaglające piknięcie. Joe O'Brien zerka wtedy na ekran, a potem z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjmuje pudełeczko tabletek. Ostrożnymi ruchami otwiera je, wysypuje jedną na dłoń i popija wodą z plastikowej buteleczki. Mówi powoli, melodyjnym głosem z amerykańskim akcentem.
- Żeby się tu dostać, możesz też użyć windy. W głównym hallu są trzy. Na sam dół dojeżdża tylko jedna, środkowa. Dostaniesz kartę, dzięki której zjedziesz na minusowe piętra. W środku jest czytnik, do którego trzeba ją przyłożyć. Karta potrzebna jest też, jeśli chcesz wjechać na dach, ale wątpię, że kiedykolwiek zajdzie taka konieczność. Musisz pilnować tego, żeby winda była pusta, gdy zjeżdżasz do podziemi. Nie chcemy, żeby pałętali się tu goście, ale to chyba oczywiste.
Tadeusz uprzejmie milczy, chociaż w myślach całkowicie się z nim zgadza.
Mijają nieoznaczone drzwi numer jeden, nieoznaczone drzwi numer dwa, nieoznaczone drzwi numer trzy, nieoznaczone drzwi numer cztery i w tym momencie nawet Joe O'Brien wydaje się skołowany, gdy łapie za klamkę nieoznaczonych drzwi numer pięć i oznajmia, że to męska szatnia. A potem otwiera owe drzwi, a w Tadeusza uderza intensywny zapach alkoholowego potu i dymu.
W rzekomo męskiej szatni stoi dziewczyna. Na sobie ma tylko luźną koszulkę i majtki. Jej mina sugeruje, że negliż to najmniejsze z jej zmartwień. Wygląda, jakby dopiero wstała.
- 'Ello, Joe. Nie ta szatnia - mówi zachrypniętym głosem.
Joe O'Brien taktownie opuszcza wzrok.
- Dzień dobry, Philly - mówi. - Jesteś pewna?
Bardzo wczorajsza Philly z jedną nogą w nogawce spodni człapie w kierunku toalet. Uchyla drzwi do jednej z kabin. Joe O'Brien wciąż na nią nie patrzy, więc tylko Tadeusz przez ułamek sekundy widzi, bez najmniejszych wątpliwości, pisuar. Philly, z nowo pozyskaną energią, zatrzaskuje drzwi.
- Jak nic, Joe. Damska. Nie wyspałeś się?
Tadeusz milczy. Joe O'Brien mówi coś o tym, że muszą w końcu oznaczyć wszystkie drzwi, na co Philly odpowiada, że prędzej jej ojcu wyrosną nowe włosy na głowie, niż to w końcu zrobią. Mężczyzna patrzy na nią dopiero, gdy już ma na sobie spodnie.
- To jego pierwszy dzień - mówi, wskazując na Tadeusza. - Jest wpisany na bankiety, ale Henry ma dzisiaj wolne. Weź go ze sobą na bar, pokaż co i jak. Przyda mu się na przyszłość. Zrób spokojne szkolenie, ale nie w wersji Rory'ego. Chcę, żeby nowy zapamiętał coś oprócz tego, gdzie jest najlepszy zasięg, jak udawać, że się odkurza, i kogo o której godzinie można prosić o kanapki.
Philly salutuje. Joe O'Brien życzy mu powodzenia, a potem wychodzi, zatrzaskując za sobą nieoznaczone drzwi numer pięć. Tadeusz i jego nowa przewodniczka zostają w dusznej szatni całkiem sami. Dziewczyna, wciąż z tylko jedną nogą w nogawce, przez chwilę mu się przygląda.
- Daj mi sekundeczkę - mówi w końcu.
Z nadzieją, że zapach dymu i wczorajszego alkoholu nie przesiąknie mu przez ubrania, Tadeusz zajmuje się sobą. Zdejmuje i rozpina plecak. Biała, wyprasowana do perfekcji koszula leży na samym wierzchu. Nie musi patrzeć na Philly, żeby wiedzieć, że cisza nie potrwa długo.
- Ziomeczku, słuchaj - mówi dziewczyna gdzieś w tle, przeciągając słowa. - Jeśli masz problem z angielskim, to się nie stresuj. Będę mówić po-wo-li.
- Nie ma takiej potrzeby - odpowiada, zapinając ostatni guzik białej koszuli i poprawiając kołnierz. - Możesz mówić normalnie.
Odwraca się w jej kierunku. Już w pogiętej koszuli i z dezodorantem w dłoni, Philly wygląda na zaskoczoną. Szybko jednak się rozpromienia.
- O, jak dobrze. Już się bałam, że będziesz jednym z tych ćwoków, którzy znają trzy słowa na krzyż. Żeby nie było, totalnie bez mowy nienawiści, ale serio, dzisiaj jestem totalnie wyjebana i nie miałabym siły grać w kalambury.
Ten słowotok sprawia, że Tadeusz odrobinę żałuje tego, że się odkrył.
Znów nachyla się nad plecakiem i sięga do środka po pracownicze lakierki. Zapomina o reszcie jego zawartości. Jest to bardzo nierozsądne z jego strony i Tadeusz później zrzuci winę na stres związany z pierwszym dniem w pracy. Na razie po prostu patrzy na to, jak razem z jednym z butów na bure linoleum wypada wielkie, ciężkie szkło powiększające. Upada z głośnym hukiem.
Cisza, która nadchodzi potem, wydaje się komicznie grobowa. Tadeusz bez słowa pochyla się, podnosi szkło i chowa je z powrotem do plecaka. Na jego twarzy nie drga ani jeden mięsień. Tylko czubki uszu nieco mu różowieją. Dopiero gdy zatrzaskuje szafkę, Philly odwraca od niego wzrok.
- Nie zapytam, co to, do cholery, było, tylko dlatego, że mnie nie sprzedałeś, gdy zobaczyłeś pisuar - mówi i klepie go w ramię.
Wychodzą z nieoznaczonej szatni i idą w kierunku schodów. W drugą stronę korytarz podziemi wygląda tak samo żałośnie, jak w pierwszą. To przypomina Tadeuszowi o windzie. Pyta Philly, czy nie mogliby pojechać na górę.
- Nie ma takiej opcji. Zrzygałabym się w pół sekundy i miałbyś na maksa spierdolony pierwszy dzień - mówi. - Do końca życia Blue Coast kojarzyłby ci się z rzygami w windzie. Starczy, że mnie się z tym kojarzy. Uczę się na błędach. Masz długie nogi, Blondi, nie powinieneś bać się schodów.
Philly rozbudza się z każdą sekundą. Okazuje się bardzo entuzjastycznym, choć nieco chaotycznym przewodnikiem. Chociaż na pewno jest od niego o parę dobrych lat starsza, Tadeusz czuje się, jakby zabrało go na spacer duże, skacowane dziecko.
Docierają do wejścia do kuchni, którym są ogromne, obrotowe drzwi. Tadeusz zatrzymuje się na ich widok, a potem, niby od niechcenia, rozgląda po kątach korytarza. W zasięgu jego wzroku nie ma ani jednej kamery.
(Przynajmniej takiej, którą można zauważyć na pierwszy rzut oka).
Philly rusza w kierunku drzwi tak, jak zapewne robiła to już setki razy. W doskoku obraca się o sto osiemdziesiąt stopni i uderza w jedno ze skrzydeł plecami, a potem napiera. Tadeusz doskakuje, aby zmieścić się między jednym skrzydłem a drugim. Potem wpadają do kuchni. Pomieszczenie, które staje przed nim otworem, prędzej kojarzy się ze słowem fabryka - pozbawione okien, białe, przestronne, sztucznie jasne. Z jednej z maszyn para bucha aż po wysoki sufit.
Przechodzą przez całą długość skrzydła, mijają wiadra sztućców i skwierczące ryby. Gdy skręcają, wychodzą prosto na wydawkę, na której stygnie jedzenie. Jedna z kucharek, zaróżowiona na jasnej cerze, z warkoczem spiętym i ukrytym pod siatką, wali w dzwoneczek, który, jak Tadeusz podejrzewa, ma służyć jako sygnał dla kelnerów. W końcu chwyta za dzwoneczek i ciska nim w drzwi, które pewnie prowadzą do baru. Drzwi właśnie w tym momencie się otwierają.
Do kuchni wchodzi - a na pewno taki ma zamiar - młody, ciemnoskóry mężczyzna w marynarce. Łapie dzwoneczek tuż przed swoją twarzą z godnym podziwu refleksem. Przerzuca go z dłoni do dłoni i się uśmiecha.
- Cześć, Leila. Zły moment, żeby poprosić o kanapersy?
- Bywało gorzej - odpowiada Leila, podpierając dłonie na krągłych biodrach.
Odwraca się w kierunku reszty personelu i informuje ich, że jeśli w ciągu pięciu minut nie przygotują jej kanapersów dla Anthony'ego, to wrzuci ich wszystkich po kolei do rozgrzanej frytkownicy.
Tadeusz podejmuje decyzję o zachowaniu ostrożnego dystansu. Sekundę potem Philly chwyta go za nadgarstek i w podskokach rusza w ich kierunku, krzycząc, że też by coś zjadła.
Tamci milkną w pół słowa. Odwracają się w ich kierunku, jednocześnie. Ich spojrzenia są ostre i badawcze. Tadeusz przelotnie się zastanawia, czy nie będzie musiał robić uników przed kolejnymi dzwonkami. A potem kucharka wywraca oczami.
- Philly, ty gnoju - mówi. - Gdzie cię wczoraj poniosło?
- Miałam nadzieję, że ty mi powiesz - wzdycha Philly.
- Nie jestem twoją matką, mała.
- I dobrze, bo byłabym jeszcze bardziej spierdolona, niż jestem.
Jeden z kucharzy przynosi stos pokrojonych w trójkąty kanapek - równo ułożonych w krąg na talerzu, na którego środku wysypane są czipsy. Anthony zabiera talerz i zaczyna jeść swój lunch tam, gdzie stoi. Philly nieudolnie próbuje podkraść mu czipsa. Dopiero po chwili przypomina sobie o istnieniu Tadeusza.
- Blondi, zachowuj się, bo masz przed sobą naszą hotelową mamuśkę - mówi, wskazując w stronę kobiety. - Leila zastępuje szefa kuchni i jeśli będzie trzeba, to ci wpierdoli. A ten samolubny ćwok, którego rodzice nie nauczyli się dzielić, to Anthony. Pracuje na recepcji i puka najładniejszą kelnerkę w całym hotelu.
Anthony nie wygląda na zadowolonego tym opisem.
- Philly. Ja i Valentina jesteśmy małżeństwem.
Na jego palcu błyszczy złota obrączka. Tadeuszowi nie udaje się nawet otworzyć ust, żeby też się przedstawić, bo drzwi do kuchni otwierają się po raz kolejny. Do środka wkracza smukła dziewczyna o śniadej cerze i ostrych rysach. Ma na sobie marynarkę i żółte gumowe rękawice. Bije od niej spięta, nauczycielska aura. Pomimo parujących wokół garów Tadeusz czuje na karku powiew zimna. Czuje też intensywny zapach środków do dezynfekcji.
- Czy ktoś widział... - zaczyna dziewczyna.
Nie kończy. Zauważa Philly.
- 'Ello, Andrea. Coś się stało? - pyta Philly, nieprzejęta, przeżuwając czipsa.
(Moment. Kiedy udało jej się zabrać tego czipsa?)
Nowo przybyła - Andrea - nie spuszcza z niej wzroku. Ona i Philly wyglądają, jakby były w podobnym wieku - parę dobrych lat po dwudziestce - ale to jedyna rzecz, która zdaje się je łączyć. Jeżeli istnieje coś takiego jak spektrum rozluźnienia i generalnej przyjaznej aury, znajdują się na dwóch jego końcach.
- Czy coś się stało? - cedzi Andrea. - Rory skończył zmianę dwadzieścia minut temu. Za barem jest puściutko. Mamy protokoły, których musimy się trzymać, Philly.
Philly zarzuca ramię na szyję Tadeusza, zupełnie jakby już byli najlepszymi kumplami.
- Joe powierzył mi ważną misję. Zapoznaję nowe mięso z personelem, żeby czuło się jak część drużyny i takie tam pierdoły. Zresztą sama zobacz. - Philly wolną ręką wskazuje na dziewczynę w rękawicach. - Blondi, przedstawiam ci Andreę. To nasza ukochana kierowniczka zmiany i wierny pies na posyłki Joego O'Briena. Dzielnie wspina się po szczeblach kariery hotelarskiej, jedna wyczyszczona muszla klozetowa po drugiej.
Tadeusz mógłby przysiąc, że czarne oczy Andrei wędrują w kierunku kuchennego noża leżącego na blacie. Gdy odzywa się po raz kolejny, jej głos to płaska ciągła, jak zatrzymana akcja serca na monitorze.
- Nieszczęsny Angelo - mówi spokojnie. - Jest tak pracowity i sumienny. Zawsze trzyma się protokołów. To musi być okropne, budzić się codziennie rano z myślą, że ma się takie chodzące rozczarowanie za córkę. Czasem mam się ochotę zlitować i ukrócić jego cierpienia.
Odwraca się na pięcie i wychodzi. Nawet po jej zniknięciu temperatura powietrza zdaje się chłodniejsza niż wcześniej. Po raz kolejny tego dnia zapada grobowa cisza. Tadeusz dobrze wie, że rodzina to śliski temat. Lepiej na niego nie wkraczać, bo wystarczy omsknięcie się, a można skręcić kark. Komuś albo sobie.
Philly - w końcu - odkleja się od niego i wciska dłonie do kieszeni spodni.
- Mogę się założyć, że ktoś ze sprzątaczy zachlał wczoraj pałę i Rekinek kazał posprzątać Andrei wszystkie kible - mówi, a potem kradnie Anthony'emu ostatniego czipsa.
Krótko salutuje tamtej dwójce i natrętnie popycha Tadeusza w stronę drzwi wyjściowych z kuchni. Prześlizgują się do baru. To pomieszczenie utrzymane w barwach bordo, przyjemnie mroczne i luksusowe - i biorąc pod uwagę fakt, że ledwie wybiła dwunasta, wyludnione.
- Kim jest Rekinek? - pyta Tadeusz.
- To nasz główny menadżer - tłumaczy Philly. - Szef wszystkich szefów, sir Ryan Ashton. Ta ksywka funkcjonuje, odkąd tylko pamiętam. Gość jest wiecznie wkurwiony i drapieżny. Do wszystkiego się przypierdala. No i puka Andreę, którą właśnie poznałeś. Chyba. Nikt nie jest do końca pewny, ale plotki krążą od dawna. Gostek ma podgląd na wszystkie kamery od siebie z domu. Jak Anthony kichnie na recepcji, to do niego dzwoni, żeby sobie rękawem nie podcierał nosa.
(Chłopak nie słyszy drzwi otwierających się za jego plecami, tuż od strony kuchni).
- To ważne informacje - kontynuuje Philly. - Kluczowe. O wiele ważniejsze niż obsługa kasy albo wiedza na temat tego, jakie ziemniaczki podajemy z rybą, a jakie z kurczakiem. Blue Coast to dziwne miejsce pracy. Jeszcze się przekonasz, jeśli nie spękasz. 'Ello, Rory!
Tadeuszowi chwilę zajmuje zorientowanie się, że to powitanie nie jest częścią jej monologu.
- Uważaj, bo Andrea wszędzie cię szuka. - Wesoły głos z silnym irlandzkim akcentem zbliża się do nich od strony kuchni. - Nie jest w superhumorze. Rekinek kazał jej skrobać wszystkie kible na drugim piętrze.
Tadeusz patrzy w stronę chłopaka i zamiera na ułamek sekundy. Udaje mu się szybko otrząsnąć, więc umyka to uwadze tamtej dwójki.
Rory przygładza rękawy białej, poplamionej kawą koszuli. Jest wzrostu Philly i wygląda na jej rówieśnika. To Irlandczyk z krwi i kości, o wypłowiałych włosach i jasnej twarzy posianej piegami. Patrzy na Tadeusza z szerokim, przyjaznym uśmiechem.
Do baru zagląda jakiś hotelowy gość, ale pustki chyba go odstraszają, bo zaraz wychodzi. Philly głośno zastanawia się, czy uda się jej wcześniej skończyć zmianę. Rory - w jak najbardziej sympatyczny sposób - szybko rujnuje jej marzenia, przypominając, że jej ojciec prowadzi tego dnia zmianę menadżerską. Nawet Tadeusz wyczuwa ponury komizm tej sytuacji.
- No to chuj, kończymy punkt ósma - stwierdza Philly. - Wpadaj po mnie i lecimy do Forks. Idziesz z nami, Blondi? To taki nasz mały pracowniczy rytuał. Żadnych Andrei, sami spoko ludzie. Szybko wszystkich poznasz.
Przestrzeń między brwiami Tadeusza pulsuje spiętym bólem. Odkąd na sali pojawił się Rory, trudno mu zachować dotychczasowy spokój. Jednego jest pewien - spędzenie większej ilości czasu w otoczeniu tej dwójki to ostatnia rzecz, na jaką ma ochotę.
Bierze głęboki oddech, a potem uśmiecha się ciepło.
- Jasne. Czemu nie?
Philly odwzajemnia jego uśmiech.
- Super - mówi. - A teraz chodź, pokażę ci, jak robi się drinki. Nie chcemy, żeby Andy zagryzła mnie przed twoimi oczami już pierwszego dnia. Mogłoby cię to zniechęcić, a potrzebujemy ludzi, bo zbliża się sezon.
PIERWSZY ZGON PRACOWNICZY
Choć minęła dwudziesta, na dworze wciąż jest jasno i rześko. Po skończonej zmianie Tadeusz i Philly przebierają się w nieoznaczonej szatni numer pięć - on bierze szybki prysznic, a ona psika na siebie więcej dezodorantu - i wychodzą z Blue Coast tylnym wyjściem.
W pseudopalarni czeka na nich Rory. Pseudopalarnia to wnęka w marmurze, tuż pod jednym z hotelowych pomieszczeń. Stoją tam dwa popielniczko-śmietniki i cztery ławki. Kontrast z hotelowym przepychem jest trudny do przeoczenia. Rory dogasza papierosa i wstaje.
- Sytuacja wygląda następująco - mówi. - Leila i Tommy piją w Forks już od dwóch godzin, a Śniadaniowa Ekipa poszła tam jakieś pół godziny temu. Minąłem się z nimi.
Philly pali grube czerwone Marlboro. Oferuje jednego Tadeuszowi, ale on oczywiście odmawia. Potem dziewczyna pyta Rory'ego, jakim cudem, do cholery, Śniadaniowa Ekipa skończyła zmianę przed ósmą wieczorem - coś, nad czym Tadeusz też po cichu się zastanawiał. Rory uprzejmie informuje ją, że jej własny ojciec po śniadaniowej zmianie kazał polerować im lampki do wina i szampanówki. Podobno "przerobił tę dwójkę ze wszystkich stron", cokolwiek to znaczy - Tadeusz nie chce wnikać.
Ruszają w kierunku schodów prowadzących na deptak. Blue Coast znajduje się tuż przy klifach i porcie, miejscu rodem z pocztówki. W trakcie swoich dwóch bezrobotnych tygodni, zaraz po przeprowadzce, Tadeusz przyjeżdżał tutaj dwupiętrowym autobusem i krążył. Był w pastelowej lodziarni, w której obsypywali desery piankami, był w centrum handlowym, w tradycyjnym pubie z występami lokalnych artystów, na klifach i na deptakowych ławkach. W Forks umieszczonym na samym szczycie deptaka też już był.
Teraz jednak udaje, że jest tu po raz pierwszy. Philly nabiera się na jego aktorskie zagubienie, łapie go za łokieć i prowadzi przez marmurowo-drewniany parter. O tej porze zebrał się tam już niezły tłum gości. Gdy wchodzą na górne piętro, od razu rozlegają się gwizdy i nawoływania.
Tadeusz już na starcie widzi dwie znajome twarze. Przy jednym ze zsuniętych razem stolików siedzi Leila z wielkim kuflem Guinnessa w dłoni, a obok niej Anthony. Są też dwie nowe postaci - przy drugim stole pije drinka ciemnoskóra dziewczyna w długich, poprzeplatanych koralikami dredach. Towarzyszy jej przystojny chłopak o jasnej cerze i zaczesanych, czarnych włosach. Na oparciu jednego z wolnych krzeseł wisi przetarta, skórzana kurtka, ale właściciela nigdzie nie widać.
Philly wciska się pomiędzy dziewczynę w dredach i Leilę. Obok Tadeusza pojawia się Rory z dwoma krzesłami, które podwędził z jednego z wolnych stołów, po jednym dla każdego z nich.
- Masz, Tay - mówi, i w ten sposób Tadeusz zyskuje przezwisko, nie mając na ten temat zbyt wiele do gadania. - Idę zamówić piwo. Też chcesz?
- Poproszę wodę. Niegazowaną, z cytryną.
Tadeusz klepie się po kieszeniach w poszukiwaniu portfela, ale Rory zatrzymuje go niewymuszonym gestem, mówi, że najwyżej postawi następną kolejkę. Tadeusz przysiada się więc do reszty i udaje, że nie zauważa wbitych w siebie spojrzeń nieznajomej dwójki. Podejrzewa, że to właśnie ta Śniadaniowa Ekipa, o której wspominał wcześniej Rory - nieszczęśliwa dwójka "przerobiona" przez ojca Philly.
Przysłuchując się ich rozmowie, Tadeusz dowiaduje się, że dziewczyna w dredach ma na imię Zoey, a przystojny chłopak to Ji-hun. Tak jak podejrzewał, pracują na porannych zmianach w restauracji i pomimo tego, że ojciec Philly jest ich pracowniczym katem, cała trójka zdaje się przyjaźnić.
Skupiony na podsłuchiwaniu, zupełnie nie zauważa postaci, która zbliża się z jego prawej. Ktoś z hukiem stawia na stole szklankę whiskey, a potem chwyta za przykryte skórzaną kurtką oparcie krzesła i odsuwa je z głośnym szurnięciem. Do stołu przysiada się pokryty tatuażami ludzki brudnopis. Drugą szklankę z równie głośnym hukiem stawia tuż przed Philly. Gdy szczerzy zęby w wesołym uśmiechu, z przodu błyska sztuczna złota jedynka.
- Tommy Walsh - mówi Philly, unosząc szkło w krótkim toaście. - Chwała ci, zjebie.
- Żebyś wiedziała - odpowiada Tommy z ciężkim irlandzkim akcentem.
Chwilę po nim wraca Rory, standardowo uśmiechnięty. Zamiast szklanki wody z cytryną, której spodziewa się Tadeusz, stawia przed nim kufel. Jego zawartość jest złotawa i pachnie sfermentowanymi jabłkami. W całym swoim życiu Tadeusz był tylko na jednej domówce i przyniósł na nią własną butelkę wody. Odsuwa się od kufla i otwiera usta, ale potem się waha.
Jasne, mógłby użyć wymówki, która nawet nie byłaby kłamstwem - że trzyma się z dala od używek, bo jest lekkoatletą. Ale to jedna z tych rzeczy, o której ludzie czasem wspominają w luźnych rozmowach, a Tadeusz nie może o sobie za dużo powiedzieć. To nie byłoby ani mądre, ani bezpieczne. Sączy więc ponuro swój trunek - Rory informuje go, że to cydr - i słucha gadania reszty towarzystwa.
Zajmują się ożywioną rozmową na temat jedynej rzeczy, która zdaje się ich łączyć - pracy. Rozprawiają o tym, o czym Philly zdążyła mu już wspomnieć, czyli domniemanym romansie Andrei i Ryana Ashtona. Ta dwójka, zdecydowanie niedarzona choćby gramem sympatii, zostaje wzięta na celownik, bo żadne z nich nie pokazało się w Blue Coast po południu.
Tommy Walsh nachyla się nad blatem, zupełnie jakby chciał się podzielić jakimś ważnym sekretem. Parodniowy zarost na jego twarzy jest nierówny w okolicach szyi.
- Może - mówi przyciszonym głosem, a jego brwi unoszą się i opadają - wypolerowała te wszystkie kible, a potem poszła wypolerować Ashtonowi klamkę?
Tadeusz czuje, jak bąbelki cydru wychodzą mu nosem. Cała reszta, bez wyjątku, wybucha śmiechem.
Wykorzystując to chwilowe zamieszanie, Tadeusz może przyjrzeć się dokładniej niektórym z tatuaży Tommy'ego. Jego ramiona wyglądają jak zbiór nieudanych szkiców. Wyjący do księżyca wilkołak. Trumna. Dwa (bardzo krzywe) pistolety. Papuga. Jego wzrok nie jest chyba jednak wystarczająco ukradkowy, bo Tommy uśmiecha się na złoto i spogląda prosto na niego.
- A kto to taki? - pyta.
- Blondi - mówi Philly.
- Tay - odzywa się jednocześnie Rory. - Od Taylor Swift - dodaje, wyjaśniając genezę tej decyzji. - Gdybyś spróbował powiedzieć jego prawdziwe imię, odgryzłbyś sobie język, Tommy.
Jak można się spodziewać, Tadeusz zostaje zasypany pytaniami. Cierpliwie informuje wszystkich, że niedawno skończył osiemnaście lat i że jest z Polski. Żałuje tego przez następny kwadrans, słuchając zmasakrowanych wersji swojego imienia, które każdy próbuje po kolei wypowiedzieć. Wszyscy też dzielą się z nim znajomością polskich przekleństw, a on pije cydr i udaje, że bardzo go to bawi. Po kolejnych dziesięciu minutach język zaczyna drętwieć mu jak kołek, a myśli odbijające się od wnętrza czaszki odrobinę zwalniają.
Koszmarne żarty na temat języka polskiego w końcu się wyczerpują i rozmowa schodzi na inne tory. Śniadaniowa Ekipa wraz z Philly i Rorym wspomina ich zeszłoroczną wycieczkę do Paryża. Zmuszają Tadeusza do obejrzenia zdjęć, które zupełnie go nie interesują. Wśród chaosu rozmów i żartów dopija swój cydr, a gdy Philly próbuje wszystkich przekonać, że dwójka naukowców z Pacific Rim "totalnie się rucha, tyle że poza kadrem", on wykorzystuje zamieszanie i wymyka się do łazienki.
Już w drodze na drugą stronę baru czuje znaczną różnicę w swoim stanie fizycznym. Każdy krok wydaje się dziwnie lekki, a kolorowe wzory na rozłożonym pod stolikami dywanem wirują tak mocno, że musi odwrócić wzrok. Mija roześmianą grupę dziewczyn i wchodzi do łazienki.
W środku są wolne pisuary, ale Tadeusz chowa się do kabiny. W środku śmierdzi ściekami i tanim, kwiatowym psikadłem. Z trudem przełyka ślinę i koncentruje się na popisanych ścianach.
Nigdy nie był pijany. Alkohol w ustach miał jeden, jedyny raz - łyk szampana na swojej własnej osiemnastce, kilka miesięcy wcześniej. Napis na ścianie wyzywa go od małej suki i dopiero wtedy Tadeusz przypomina sobie, że przyszedł się tu nie tylko schować, lecz także skorzystać z toalety. Robi to, wkładając wiele starań w to, żeby nie wcelować strumieniem moczu w deskę. Sekundę po tym, gdy udaje mu się zapiąć rozporek, ktoś puka do drzwi jego kabiny.
- Żyjesz, koleżko? - odzywa się znajomy głos.
Tommy Walsh, ludzki brudnopis.
Tadeusz bierze głęboki oddech i wychodzi. Tommy chyba cieszy się, widząc go w pozycji stojącej, bo szczerzy zęby w uśmiechu, a Tadeusz, zwykle pod kontrolą takich odruchów, tym razem się nie powstrzymuje. Patrzy prosto na jego złoty ząb. Momentalnie zalewa go fala wstydu, gorąca jak rozżarzony metal.
- Nie chciałem... - zaczyna, ale myśli nie chcą ułożyć się w słowa, więc kończy się na sfrustrowanym westchnięciu. - Masz złoty ząb.
Tommy parska śmiechem.
- Klepnąłem pod O'Connel's nie ten tyłek, co trzeba, i dostałem po ryju. To była bardzo twarda torebka, ale tyłek też był twardy i totalnie tego wart - tłumaczy. - Jak się czujesz?
Tadeusz nie wie, co powiedzieć, więc wzrusza ramionami. Mija Tommy'ego i zabiera się do bardzo dokładnego mycia rąk.
Kątem oka widzi, że Tommy podchodzi do jednego z pisuarów. Wirujące myśli Tadeusza układają się w coś na kształt planu - a przynajmniej tak mu się w tym momencie wydaje. Wydaje mu się również, że łazienka wiruje, ale stara się na tym nie skupiać.
- Ten hotel jest okropnie dziwny - mówi.
Tommy kończy sikać i zerka na niego z ukosa.
- Praca tam to kupa gówna, ale najprzyjemniejsza, w jakiej musiałem pływać w całym swoim życiu.
Ich spojrzenia spotykają się w lustrze. Wyglądają jak duchy z innego wymiaru. Światło pada na ich twarze pod dziwnym kątem i tworzy nietypowe, niepokojące cienie.
- Tommy? - pyta Tadeusz, napędzany cydrem. - Pracowałeś w Blue Coast rok temu?
- Jestem tam już trzy lata - odpowiada tamten. Teraz patrzy na niego naprawdę, a nie w lustrze. - Prawie cztery. Można pomyśleć, że ze mnie masochista.
- Rok temu coś się stało - wtrąca Tadeusz. - W Blue Coast.
Te słowa brzmią grobowo poważnie w toaletowej ciszy. Tommy znów kładzie dłoń na jego ramieniu. Gdy się odzywa, mówi powoli i bez wcześniejszego rozbawienia.
- Może chcesz usiąść na zewnątrz, co? Świeże powietrze pomaga, gdy zachlejesz pałę.
- Nie zachlałem pały! - mówi Tadeusz obruszony i strząsa z ramienia jego dłoń. - Powiedz mi, co działo się w Blue Coast rok temu.
Tommy wzrusza ramionami w geście poddania.
- No dobra - wzdycha. - Ale rok temu w Blue Coast działo się w chuj dużo rzeczy. Wymieniali kafelki w łazienkach. Mieliśmy gniazdo szerszeni w jednym z pokojów. Philly zrzygała się do kosza z czystym praniem. No i wyparowała nam kelnerka.
Tadeusz otwiera usta, ale zamiast słów, wydobywa się z nich czknięcie.
- Jak... - znowu czka. - Jakim cudem nikt tego nie zauważył?
- Co, gniazda szerszeni? Było głęboko w ścianie. Te skurwiele siedziały cicho, pomyślałbyś? No, a potem ta biedna pokojówka...
- Czemu nikt nie wie, co się z nią stało?
Tommy milknie jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Tadeusz już nie patrzy na jego tatuaże. Wbija wzrok w zacieki na zlewie. Czuje gorąco napływające do oczu i musi zamrugać bardzo gwałtownie, żeby całkowicie się nie skompromitować. Bierze jeden głęboki oddech, drugi, a potem, po raz kolejny, czuje na ramieniu dłoń. Tym razem jej nie strząsa.
Cisza trwa kilka dziwnie długich sekund.
- Pójdziemy sobie klapnąć na dworze i trochę pogadamy, dobra? - mówi w końcu Tommy. - Myślę, że przydałaby ci się potem podwózka pod same drzwi, więc poproszę Anthony'ego, żeby z nami został. On i jego Merc.
Nie wracają do stolika. Tadeusz ochlapuje twarz zimną wodą, wychodzą z łazienki i kierują się schodami w dół, prosto do głównego wyjścia.
Pogoda na zewnątrz jest piękna, a wiatr pachnie morzem. Oczy Tadeusza, już suche, podążają za szczurem, który biega między głazami przy niewielkim klifie po drugiej stronie płotku. Szuka zagubionych resztek jedzenia. Tadeusz mógłby pożyczyć mu swoje szkło powiększające.
Tommy sadza go na ławce, a potem na moment znika z powrotem w Forks. Gdy wraca, w dłoni ma szklankę niegazowanej wody z cytryną.
- To, o czym wspomniałeś w łazience - mówi. - Rozwiniesz temat?