Piekielne opowieści - Izabela Alicja Stasiak

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

W piekielnej wiosce zawrzało. Krzyk króla diabłów słychać było wszędzie. Echem odbijały się jego wrzaski, a wszystkie podrzędne diabły, diablice i diablątka zaczęły rozpalać ogniska przed domami, by król poczuł się jak u siebie.

Wszak przez nich musiał siedzieć w tej marnej wiosce na ziemi. Przez nich pod wulkanem co bucha dymem i żarem stworzył nowy świat z dala od ludzi i ich wścibskich oczu.

Oj król piekieł nienawidził ludzi, on szczerze ich nie cierpiał. Zresztą taka była jego rola, on miał ich nienawidzić. Miał ich skłaniać do złego, miał wyzwalać w nich to, co najgorsze. Miał ich sprawdzać, kusić.

O tak- on kochał swoją pracę, bo to była jego praca. Wiadomo, kto mu tę rolę przydzielił. Ten na samej górze, stwórca.

On doskonale znał ludzką rasę. Dostali wszystko w darze i o nic nie dbają, za nic nie dziękuję. Żyją sobie jak pączki w maśle i tyle.

Kiedyś było inaczej. Często wspominają w piekle cudne czasy, gdy wystarczyła mała plaga, by wszyscy obok ze strachu poprawiali się. Wszyscy wtedy nagle zaczęli wiedzieć po co żyją. Dziś huragany, ulewy, makabryczności i nic, mówią wypadek i tyle.

Wioska powstała, diabły miały dość podziemi. Chcieli żyć, po ludzku, choć byli okropnymi diabłami. Pracę swą wykonywali należycie i sumiennie. Doceniali, dbali, byli posłuszni, więc król piekieł postanowił stworzyć im iście diabelski raj, a w podziemiach zostawić więzienie dla dusz- złych dusz, co mają karę. Ale w piekielnej wiosce byli też inni, całkiem niepozorni, czorty? Dusze? - nie wiadomo. Tak czy siak żyli tam wszyscy z dala od ogni piekielnych.

Władca miał piękną diabelską żonę, o kruczoczarnych włosach i trupiej bladej cerze. Była boska, stonowana, spokojna i praktycznie nic nie mówiła. Odzywała się tylko czasem, gdy coś tłumaczyła i zazwyczaj potrafiła wszystko wyjaśnić w jednym, bądź kilku zdaniach. Potem milknęła znów i tylko wszystko obserwowała swoimi czarnymi jak węgle oczami.

Synów pięciu mieli. Dorodne już diabły to były, książęta podziemi, nastolatkowie podobni do matki, bo gdyby ojca skórę przyodziali, to strach by było spojrzeć.

Dusze ojca mieli, on je namalował, ale tu nie o tym, bo was głowa rozboli.

Każdy z synów miał dar inny. Kuszenie, namawianie do złego, odwracanie kota ogonem... cel mieli jeden władać z ojcem, bo on sam rady nie dawał, mimo że oddziałów piekielnych było sporo, bo i potrzeby takie. Ludzi złych na pęczki, a takich co wszystko mają za nic jeszcze więcej, to i piekło się kurczyło, tyle dusz tam trafiało.

Najmłodszy syn był totalnie inny. Gdy się urodził, wyglądał jak ojciec, nawet miał cztery ręce i kopyta, a rogi miał tak symetryczne, że gdy jego matka go ujrzała, krzyknęła tylko:

- Idealny, po stokroć idealny, zakochałam się znów-idealne diabelskie dziecię!!!

Ojciec też był dumny, no kropka w kropkę on. Syn idealny. Starsi bracia już rośli byli to i zazdrości w nich nie było jeno zachwyt wielki, że tak dostojny brat im się trafił. Dali mu na imię Nestor.

- Jeno mi go nie zbrudź mężu-zażądała Hekate, matka wszystkich diabłów.

- Jak to nie zbrudź?

- Nie maluj mi go na moje podobieństwo, jam zbyt ludzka, sobą ma zostać, jest idealny. Jużeśmy starszych pomalował na ludzką zwierzynę.

- Toż po ziemi mają chadzać, obok nich żyć, w oczy patrzeć, dusze czytać, wychwycić złych. Praca, zrozum, praca!

- Dobrze więc niech tamci praca żyją i chadzają z ludkami, Tego mnie zostaw, takiego, jaki jest. Czuje, że on co innego nam przyniesie. Coś, czego nam trzeba. Nestor nie opuści nigdy piekielnej wioski. Zostaw go w tej postaci!

- Jak sobie życzysz moja pani. Co Hekate każe tak też i będzie-odparł i długo patrzył na rogate dziecię, z kopytkami i czterema rękoma. Zachwycali się nim długo. Każdego dnia się nim zachwycali. Bo musicie wiedzieć, że nawet najgorsze diabły na świecie po stokroć i z całego serca i duszy kochają swoje dzieci.

Nestor rósł bardzo szybko. Był niesamowitym diabłem innym niż bracia, innym niż cała reszta. On wszystko czuł po stokroć. Stale imał się innych zajęć. Łapał za skrzypce, flet, lutnie. Pisał poezję, fraszki, opowiadania cudne. Malował obrazy tak piękne i żywe, że wszystko na nich zdawało się żyć i być prawdziwe. Aż tak prawdziwe, że chciało się do nich wskoczyć. A w nocy śpiewał cicho, nim zamknął oczy. W księżyc patrzył często i mówił do niego. Witał się z nim co noc-dzień dobry kolego. Gdzie się nie pojawił, tam wierszem gadali i teraz im my tak będziemy opowiadali!

Zaczynamy płynąć, tak mawia się w piekle. Szybko, trochę z rymem i wychodzi pięknie.