Rozdział trzeci
Instytut
"Z pozoru świetny, nowy, nęcący tęczami
Świat, gościnnie rozwarte marzenia podwoje -
Ale naprawdę troski, bóle, niepokoje".
- Matthew Arnold, Wybrzeże w Dover (Przełożył Stanisław Barańczak)
We śnie Tessa znowu leżała przywiązana do wąskiego mosiężnego łóżka w Mrocznym Domu. Pani Black i pani Dark pochylały się nad nią - dziewczyna słyszała szczękanie długich drutów do wełny i ostry, głośny śmiech sióstr. Po chwili ich postacie się zmieniły, oczy zagłębiły się w czaszki, włosy zaczęły wypadać, na ustach pojawiły się szwy. Tessa krzyknęła bezgłośnie, ale Siostry najwyraźniej jej nie usłyszały.
Potem zniknęły, a nad Tessą pojawiła się ciotka Harriet z twarzą płonącą od gorączki, jak w czasie tamtej strasznej choroby, która ją zabiła. Patrząc na nią z wielkim smutkiem, powiedziała: "Starałam się. Próbowałam cię kochać. Ale nie jest łatwo pokochać dziecko, które nie jest człowiekiem...".
- Nie jest człowiekiem? - rozległ się nieznajomy kobiecy głos. - Cóż, jeśli nie człowiekiem, Enochu, to kim ona jest? - Ton stał się ostrzejszy. - Co mam na myśli? Wszyscy są kimś. Ta dziewczyna nie może być nikim...
***
Tessa zbudziła się z krzykiem, otworzyła oczy i zobaczyła, że otacza ją gęsta ciemność. Ogarnięta paniką, słyszała zaledwie szmer głosów. Usiadła z trudem, rozkopując pościel. Poczuła, że koc jest gruby i ciężki, a nie cienki, rzadko tkany jak w Mrocznym Domu.
Tak jak we śnie, leżała w łóżku w wielkim kamiennym pokoju, w którym prawie nie było światła. Słyszała własny chrapliwy oddech i krzyk, który wyrwał się z jej gardła, kiedy odwróciła głowę. W ciemności przed nią wisiała twarz z koszmaru: wielka i biała jak księżyc. Wygolona czaszka lśniła niczym marmur. Zamiast oczu były w niej same wgłębienia... nie tak, jakby oczy zostały wyłupane, tylko jakby w ogóle nie wyrosły. Wargi były zespolone czarnymi szwami, twarz pokryta czarnymi znakami takimi samymi jak na skórze Willa, z tym że te wyglądały, jakby wycięto je nożem.
Tessa krzyknęła ponownie i tak mocno szarpnęła się do tyłu, że spadła z łóżka. Uderzyła o zimną kamienną posadzkę. Koszula nocna, którą miała na sobie, biała i obca - ktoś musiał ją w nią ubrać, podczas gdy ona była nieprzytomna - podarła się na rąbku, kiedy Tessa gramoliła się na kolana.
- Panno Gray.
Ktoś wypowiedział jej nazwisko, ale ona, ogarnięta paniką, stwierdziła tylko, że ów głos jest jej nieznany. Mówiącym nie był potwór, który stał przy łóżku i wpatrywał się w nią z beznamiętną twarzą poznaczoną bliznami. Nie poruszył się, kiedy wstała z podłogi, i choć najwyraźniej nie zamierzał jej dopaść, zaczęła cofać się ostrożnie, macając za sobą rękami w poszukiwaniu drzwi. W pomieszczeniu panował mrok. Tessa widziała tylko, że pokój jest owalny, a ściany i podłoga są z kamienia. Sufit ginął wysoko w czarnych cieniach, wysokie okna były łukowate jak w kościele. Przesączało się przez nie bardzo niewiele światła. Wyglądało na to, że na zewnątrz jest noc.
- Thereso Gray...
W końcu trafiła na drzwi, wyczuła metalową klamkę. Odwróciła się z ulgą, chwyciła ją i pociągnęła. I nic. W jej gardle wezbrał szloch.
- Panno Gray! - Nagle pokój zalało światło, ostre, srebrnobiałe, znajome. - Panno Gray, przepraszam. Nie zamierzaliśmy pani przestraszyć. - Głos należał do kobiety, młodej i zatroskanej. - Panno Gray, proszę.
Tessa odwróciła się powoli i przywarła plecami do drzwi. Teraz wszystko ujrzała wyraźnie. Znajdowała się w kamiennym pokoju, którego centralny punkt stanowiło duże łoże z baldachimem. Aksamitna narzuta była skotłowana i na pół ściągnięta z materaca, kotary rozsunięte, na podłodze leżał elegancki dywan. Poza tym pomieszczenie było niemal puste. Żadnych obrazów ani zdjęć na ścianach, żadnych ozdób na meblach z ciemnego drewna. Przy łóżku stały naprzeciwko siebie dwa krzesła, a między nimi mały stolik do kawy. Chiński parawan rozstawiony w kącie prawdopodobnie zasłaniał wannę i umywalkę.
Obok łóżka stał wysoki mężczyzna w szacie podobnej do mnisiej - długiej, z szorstkiej tkaniny o barwie pergaminu. Jej mankiety i rąbek zdobiły czerwono-brązowe runy. Nieznajomy trzymał w ręce srebrną laskę z aniołem wyrzeźbionym na gałce i runami na całej długości. Zsunięty kaptur odsłaniał białą twarz ślepca pokrytą bliznami.
Przy nim stała bardzo niska kobieta, niemal wzrostu dziecka, o gęstych kasztanowych włosach związanych na karku, drobnej twarzy i bystrych świetlistych ciemnych oczach jak u ptaka. Nie była właściwie ładna, ale jej spokój i łagodność podziałały na Tessę kojąco, choć nie umiała powiedzieć, dlaczego. Kobieta trzymała w ręce jarzący się biały kamień. Jego blask przeświecał między palcami, rozjaśniając pokój.
- Thereso Gray - przemówiła kobieta - jestem Charlotte Branwell, szefowa Londyńskiego Instytutu, a to Brat Enoch...
- Co to za potwór? - wyszeptała Tessa.
Brat Enoch milczał. Jego twarz pozostawała całkowicie bez wyrazu.
- Wiem, że na ziemi są potwory - ciągnęła Tessa. - Nie wmówicie mi, że jest inaczej. Sama je widziałam.
- Nie zamierzamy niczego pani wmawiać - zapewniła pani Branwell. - Gdyby świat nie roił się od potworów, nie byliby potrzebni Nocni Łowcy.
Nocny Łowca. Tak Mroczne Siostry nazwały Willa Herondale'a. Will.
- Ja byłam... z Willem w piwnicach - dodała drżącym głosem Tessa. - Will powiedział... - Urwała i skarciła się w duchu. Nie powinna mówić o nim, używając jego imienia. To sugerowało nieistniejącą zażyłość między nimi. - Gdzie jest pan Herondale?
- Tutaj - odparła spokojnie pani Branwell. - W Instytucie.
- Mnie też tutaj przyprowadził? - zapytała szeptem Tessa.
Pani Branwell skinęła głową.
- Tak, ale nie powinna pani czuć się zdradzona, panno Gray. Bardzo mocno uderzyła się pani w głowę i Will się o panią martwił. Brat Enoch, choć jego wygląd może przerażać, jest zdolnym medykiem. Stwierdził, że uraz jest lekki, a głównie ucierpiała pani na skutek szoku i strachu. Prawdę mówiąc, byłoby lepiej, gdyby pani usiadła. Stojąc na bosaka w drzwiach, może się pani tylko przeziębić.
- Chodzi o to, że nie mogę stąd odejść - domyśliła się Tessa. Oblizała suche wargi.
- Jeśli zechce pani odejść, pozwolę na to, kiedy porozmawiamy - uspokoiła ją pani Branwell. - Nefilim nie więżą Podziemnych. Zabraniają tego Porozumienia.
- Nie wiem, o czym pani mówi.
Pani Branwell zawahała się, a następnie odwróciła do brata Enocha i powiedziała coś do niego ściszonym głosem. Ku uldze Tessy mężczyzna nasunął na twarz kaptur pergaminowej szaty. Jednakże chwilę później ruszył w jej stronę. Tessa pośpiesznie odsunęła się od drzwi, a mężczyzna otworzył je i zatrzymał się w progu.
I przemówił do Tessy. Choć słowo "przemówił" nie było właściwym określeniem. W jej głowie rozbrzmiał głos miękki jak futerko kota.
"Jesteś eidolonem, Thereso Gray. Zmiennokształtną. Ale z rodzaju, który nie jest mi znany. Nie nosisz znaku demona".
Zmiennokształtna. Ten człowiek wiedział, kim ona jest. Tessa patrzyła na niego z bijącym sercem, kiedy wychodził z pokoju i zamykał za sobą drzwi. Czuła, że gdyby do nich podbiegła i chwyciła za klamkę, okazałyby się zamknięte, ale i tak opuściła ją już chęć ucieczki. Kolana miała jak z waty. Osunęła się na jedno z dużych krzeseł stojących przy łóżku.
- O co chodzi? - zapytała pani Branwell, siadając naprzeciwko Tessy. Jej suknia była tak luźna, że trudno było stwierdzić, czy nosi pod nią gorset. Kości nadgarstków miała drobne jak u dziecka. - Co pani powiedział Brat Enoch?
Tessa pokręciła głową i splotła dłonie na podołku, żeby pani Branwell nie zobaczyła, jak mocno drżą.
Kobieta zmierzyła ją uważnym spojrzeniem.
- Po pierwsze, proszę mi mówić Charlotte, panno Gray. Jak wszyscy w Instytucie.
Gdy odchyliła się lekko w tył na krześle, Tessa z zaskoczeniem zobaczyła, że ona też ma ciemne tatuaże... Kobieta z tatuażami! Znaki takie same jak u Willa: na nadgarstkach pod ciasnymi mankietami sukni i jeden w kształcie oka na wierzchu lewej dłoni.
- Po drugie, pozwól, że powiem, co już wiem na pani temat, Thereso. - Jej ton był spokojny, ale spojrzenie, choć nadal łagodne, przeszywało Tessę na wskroś. - Jest pani Amerykanką. Przybyła pani tutaj z Nowego Jorku, w ślad za bratem, który wysłał pani bilet na parowiec. Ma na imię Nathaniel.
Tessa zamarła.
- Skąd pani to wszystko wie?
- Wiem, że Will znalazł panią w domu Mrocznych Sióstr - ciągnęła Charlotte. - Oświadczyła pani, że wkrótce przyjdzie po panią ktoś zwany Mistrzem, ale nie ma pani pojęcia, kim on jest. W walce z Mrocznymi Siostrami straciła pani przytomność i została przyniesiona tutaj.
Słowa pani Branwell były jak klucz otwierający drzwi. Nagle Tessa wszystko sobie przypomniała - jak biegła z Willem korytarzem; metalowe drzwi i pokój pełen krwi; panią Black z uciętą głową; Willa rzucającego nożem...
- Pani Black - wyszeptała.
- Nie żyje - oznajmiła Charlotte. - Z całą pewnością. - Oparła się. Wyglądała jak dziecko siedzące na krześle rodziców.
- A pani Dark?
- Zniknęła. Przeszukaliśmy cały dom i jego okolice, ale jej nie znaleźliśmy.
- Cały dom? - Głos Tessy drżał lekko. - I nikogo w nim nie było? Nikogo żywego albo... martwego?
- Nie znaleźliśmy pani brata, panno Gray - powiedziała Charlotte łagodnym tonem. - Ani w domu, ani w żadnym z okolicznych budynków.
- Szukaliście go? - zdziwiła się Tessa.
- Nie znaleźliśmy go - powtórzyła Charlotte. - Ale znaleźliśmy pani listy.
- Moje listy?
- Listy, które pisała pani do brata, ale nigdy ich nie wysłała. Leżały schowane pod pani materacem.
- Przeczytaliście je?
- Musieliśmy przeczytać - odrzekła Charlotte tym samym łagodnym tonem. - Przepraszam. Nieczęsto do Instytutu trafia Podziemny albo ktoś, kto nie jest Nocnym Łowcą. To dla nas zawsze poważne zagrożenie. Musieliśmy się upewnić, że nie jest pani niebezpieczna.
Tessa odwróciła głowę w bok. Nie podobało się jej wcale, że ta obca kobieta przeczytała jej najskrytsze myśli, marzenia i obawy, które zapisywała, nie sądząc, że ktoś je kiedykolwiek zobaczy. Poczuła pieczenie w oczach, ale odpędziła łzy, wściekła na siebie, na wszystko.
- Stara się pani nie rozpłakać - stwierdziła Charlotte. - Mnie w takich sytuacjach czasami pomaga spojrzenie prosto w jasny blask. Niech pani spróbuje z magicznym światłem.
Tessa przesunęła wzrok na kamień w ręce pani Branwell. Gdy na niego spojrzała, zajaśniał jak wybuchające słońce.
- Więc uznaliście, że nie stanowię zagrożenia? - spytała mimo ściskania w gardle.
- Chyba że tylko dla siebie - odparła Charlotte. - Taka moc jak pani, moc zmieniania kształtu... Nic dziwnego, że Mroczne Siostry chciały dostać panią w swoje ręce. Inni też będą próbowali.
- Na przykład wy? - rzuciła chłodnym tonem Tessa. - Czy zamierzacie udawać, że wpuściliście mnie do swojego cennego Instytutu z litości?
Wyraz twarzy Charlotty świadczył o tym, że zrobiło jej się przykro. Szybko zniknął, ale był tak prawdziwy, że przekonał Tessę bardziej niż wszelkie zapewnienia.
- To nie litość, tylko nasza praca. Nasze powołanie.
Tessa spojrzała na nią pustym wzrokiem.
- Może będzie lepiej, jeśli pani wyjaśnię, kim jesteśmy i co robimy - rzekła Charlotte.
- Jesteście Nefilim - powiedziała Tessa. - Tak Mroczne Siostry nazwały pana Herondale'a. - Wskazała na czarne tatuaże na ręce Charlotte. - Pani też jest jedną z nich, prawda? To dlatego nosicie te... znaki?
Pani Branwell skinęła głową.
- Należę do Nefilim, Nocnych Łowców. Stanowimy... rasę ludzi o szczególnych zdolnościach. Jesteśmy silniejsi i szybsi niż większość zwykłych śmiertelników. Potrafimy ukrywać się pod czarami. A szczególnie zręczni jesteśmy w zabijaniu demonów.
- Demonów? Z piekła?
- Istnieją różne teorie co do pochodzenia demonów. Na pewno wiemy tylko to, że są złymi istotami. Z bardzo daleka przybywają na ten świat, żeby siać zniszczenie. Spustoszyłyby go doszczętnie i zabiły jego mieszkańców, gdybyśmy temu nie zapobiegali. - W głosie pani Branwell brzmiało napięcie. - Tak jak zadaniem policji jest chronić obywateli tego miasta przed sobą nawzajem, tak nasza praca polega na bronieniu ich przed demonami i innymi nadnaturalnymi niebezpieczeństwami. Kiedy są popełniane zbrodnie, które wpływają na Świat Cieni, kiedy łamane jest nasze prawo, musimy przeprowadzić śledztwo. Jesteśmy do tego zobowiązani, nawet jeśli usłyszymy tylko pogłoski o łamaniu Prawa Przymierza. Will opowiadał pani o dziewczynce zamordowanej w zaułku. Znaleziono tylko to jedno ciało, ale były inne zaginięcia, plotki o przyziemnych chłopcach i dziewczętach znikających z biedniejszych ulic miasta. Używanie magii do zabijania ludzi jest wbrew Prawu i dlatego podlega naszej jurysdykcji.
- Pan Herondale wydaje się bardzo młody jak na kogoś w rodzaju policjanta.
- Nocni Łowcy szybko dorastają, a Will nie prowadzi śledztw sam. - Charlotte nie wydawała się skłonna do rozwijana tematu. - Ale to nie wszystko, co robimy. Strzeżemy również Przymierza i Porozumień, od których zależy pokój w Podziemnym Świecie.
Will też użył tego określenia.
- Podziemny Świat? Co to za miejsce?
- Podziemni to istoty... osoby, których pochodzenie jest w części nadnaturalne. Wampiry, wilkołaki, faerie, czarownicy... oni wszyscy należą do Podziemnego Świata.
Tessa osłupiała. Skrzaty występują w bajkach dla dzieci, a wampiry w tanich powieściach grozy.
- Te stworzenia istnieją naprawdę?
- Pani też jest Podziemną - stwierdziła Charlotte. - Brat Enoch to potwierdził. Tylko nie wiemy, jakiego gatunku. Rodzaj magii, którą pani uprawia, nie jest czymś, co potrafiłby zrobić zwykły człowiek. Ani nikt z nas, Nocnych Łowców. Will sądzi, że najprawdopodobniej jest pani czarownicą, ja też tak uważam, ale wszyscy czarownicy mają pewne cechy, które ich wyróżniają spośród innych Podziemnych. Skrzydła, kopyta, błona między palcami albo, jak w przypadku pani Black, szpony. Ale pani z wyglądu jest człowiekiem. I z pani listów jasno wynika, że oboje pani rodzice byli ludźmi.
Tessa wytrzeszczyła oczy.
- Dlaczego mieliby nie być ludźmi?
Zanim Charlotte zdążyła odpowiedzieć, drzwi się otworzyły i do pokoju weszła smukła ciemnowłosa dziewczyna w białym czepku i fartuchu, niosąca tacę z herbatą. Postawiła ją na stoliku między nimi.
- Dziękuję, Sophie - powiedziała Charlotte z wyraźną ulgą w głosie. - To jest panna Gray. Będzie dziś wieczorem naszym gościem.
Pokojówka odwróciła się do Tessy i dygnęła.
- Proszę pani.
Tessa nie zdążyła się zdziwić z powodu tego "proszę pani", bo w tym momencie dziewczyna uniosła głowę i jej twarz stała się wyraźnie widoczna. Byłaby bardzo ładna - błyszczące orzechowe oczy, gładka skóra, usta miękkie, o delikatnym kształcie - gdyby nie gruba, srebrzysta blizna, która przecinała lewy policzek od kącika ust do skroni, zniekształcając rysy. Tessa próbowała ukryć wstrząs, ale najwyraźniej bez powodzenia, gdyż oczy służącej pociemniały.
- Sophie, przyniosłaś tę ciemnoczerwoną suknię, tak jak cię prosiłam? - spytała pani Branwell. - Możesz ją wyczyścić i przygotować dla Theresy?
Kiedy służąca kiwnęła głową i poszła do garderoby, Charlotte zwróciła się do Tessy:
- Pozwoliłam sobie wybrać dla pani jedną ze starych sukien naszej Jessamine. Ubranie, które miała pani na sobie, jest kompletnie zniszczone.
- Dziękuję - odparła sztywno Tessa. Nienawidziła być wdzięczna. Siostry przez cały czas twierdziły, że oddają jej przysługę, a co się okazało?
- Panno Gray. - Charlotte spojrzała na nią z powagą. - Nocni Łowcy i Podziemni nie są wrogami. Panująca między nami zgoda może nie jest łatwa, ale uważam, że Podziemnym można ufać, że od nich również zależy nasze ostateczne zwycięstwo w walce z królestwem demonów. Czy mogę jakoś panią przekonać, że nie zamierzamy pani wykorzystać?
- Ja... - Tessa wzięła głęboki wdech. - Kiedy Mroczne Siostry pierwszy raz powiedziały mi o mojej mocy, uznałam, że są szalone. Oświadczyłam, że coś takiego nie istnieje. Później wydawało mi się, że utknęłam w jakimś koszmarze razem z nimi. A potem zjawił się pan Herondale ze świecącym kamieniem i znał magię. Wtedy pomyślałam, że to jest ktoś, kto może mi pomóc. - Spojrzała na panią Branwell. - Ale wy najwyraźniej nie wiecie, dlaczego taka jestem ani nawet, kim jestem. A skoro nawet wy...
- Rzeczywiście nie jest łatwo dowiedzieć się, jak ten świat naprawdę wygląda, zobaczyć go w prawdziwej postaci - przyznała Charlotte. - Większość ludzi nigdy nie poznaje prawdy. Większość nie potrafiłaby jej znieść. Ale ja czytałam pani listy. Wiem, że jest pani silna, panno Gray. Wytrzymała pani to, co zabiłoby inną młodą dziewczynę.
- Nie miałam wyboru. Zrobiłam to dla brata. Inaczej by go zabili.
- Niewiele osób by się na to zdobyło - stwierdziła pani Branwell. - Ale ja wiem z listów, że pani nigdy nawet nie rozważała takiej możliwości. - Pochyliła się. - Wywnioskowałam z nich również, że nie zna pani w Londynie nikogo, że oprócz brata nie ma pani żadnej rodziny.
Kiedy Tessa milczała, Charlotte dodała:
- Ma pani jakieś pojęcie, gdzie może być pani brat? Sądzi pani, że nie żyje?
Tessa wciągnęła z sykiem powietrze.
- Pani Branwell! - wykrzyknęła z naganą Sophie, podnosząc wzrok znad sukni koloru wina, którą czyściła szczotką.
Tessa osłupiała. Z książek, które w życiu przeczytała, wynikało jasno, że nie jest to kraj, gdzie służba karci pracodawców.
Tyle że Charlotte wcale się nie rozgniewała.
- Sophie to mój dobry anioł - powiedziała. - Prawdą jest, że czasami bywam zbyt bezpośrednia. Sądziłam, że może pani wie coś, co pomogłoby nam ustalić miejsce jego pobytu.
Tessa pokręciła głową.
- Mroczne Siostry powiedziały mi tylko, że jest zamknięty w bezpiecznym miejscu. Przypuszczam, że nadal tam przebywa, ale nie mam pojęcia, jak go znaleźć.
- Może zdołamy pani pomóc.
- Nie chcę waszej łaski ani nie oczekuję, że pozwolicie mi tutaj zostać - oświadczyła Tessa, zdając sobie sprawę, że to kłamstwo. - Mogę znaleźć sobie inne lokum.
- To nie byłaby żadna łaska. Prawo zobowiązuje nas do pomagania Podziemnym. Zostawienie pani na pastwę losu byłoby naruszeniem Porozumień, których bezwzględnie musimy przestrzegać. - Wzrok Charlotte był spokojny.
- I nie prosilibyście o nic w zamian? - W głosie Tessy brzmiała gorycz. - Nie wymagalibyście, żebym się zmieniała?
- Jeśli nie będzie pani chciała użyć swojej mocy, nie zmusimy pani do tego - zapewniła ją Charlotte. - Choć uważam, że umiejętność jej właściwego wykorzystania mogłaby się pani przydać...
- Nie! - Tessa krzyknęła tak głośno, że Sophie aż poskoczyła i upuściła szczotkę.
- Jak sobie pani życzy, panno Gray - oświadczyła Charlotte. - Mogłaby nam pani pomóc również w inny sposób. Z pewnością wie pani dużo o rzeczach, o których nie było mowy w listach. A my w zamian pomoglibyśmy pani w poszukiwaniach brata.
Tessa uniosła głowę.
- Naprawdę?
- Ma pani moje słowo. - Charlotte wstała z krzesła. Żadna z nich nie tknęła herbaty. - Sophie, pomożesz pannie Gray się ubrać i przyprowadzić ją na kolację?
- Kolację? - Po rewelacjach na temat Nefilim, Podziemnego Świata, wróżek, wampirów i demonów zaproszenie do stołu wydawało się niemal szokująco zwyczajną rzeczą.
- Oczywiście. Dochodzi siódma. Willa pani już zna. Teraz pozna pani innych. Może pani się przekona, że można nam ufać.
Ukłoniwszy się krótko, Charlotte wyszła z pokoju. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Tessa potrząsnęła głową. Ciotka Harriet była władcza, ale w porównaniu z panią Branwell...
- Jest surowa, ale naprawdę bardzo dobra - odezwała się Sophie, kładąc na łóżku wyczyszczoną suknię. - Nie znam nikogo o lepszym sercu.
Tessa dotknęła czubkiem palca rękawa z ciemnoczerwonej satyny. Jeszcze nigdy nie miała na sobie równie ładnej rzeczy. Suknia była w pasie i wzdłuż brzegu ozdobiona wstążką z czarnej mory.
- Chce pani, żebym pomogła jej się ubrać do kolacji? - zapytała Sophie.
Tessa przypomniała sobie słowa ciotki Harriet, że człowieka poznaje się nie po tym, co mówią o nim jego przyjaciele, ale po tym, jak traktuje służących. Skoro pokojówka uważała, że Charlotte ma dobre serce, pewnie tak było.
Uniosła głowę.
- Będę ci wdzięczna, Sophie.
***
Do tej pory Tessie pomagała przy ubieraniu tylko ciotka. Suknia najwyraźniej została uszyta dla drobniejszej dziewczyny, bo choć Tessa była szczupła, Sophie musiała mocno zasznurować jej gorset, żeby na nią pasowała. Robiąc to, cmokała cicho.
- Pani Branwell nie uznaje ciasnego sznurowania - wyjaśniła. - Mówi, że to powoduje bóle głowy i osłabienie, a Nocny Łowca nie może sobie pozwolić na słabość. Ale panna Jessamine lubi dopasowane suknie.
- Cóż, ja nie jestem Nocnym Łowcą - odparła Tessa, z trudem łapiąc oddech.
- Właśnie - zgodziła się Sophie, sprawnie posługując się małym haczykiem do zapinania guzików. - Gotowe. I co pani o tym sądzi?
Tessa spojrzała na swoje odbicie w lustrze i osłupiała. Suknia była wyraźnie na nią za ciasna, skrojona tak, żeby przylegać do ciała. Za bardzo opinała jej figurę od skromnego biustu aż do bioder, a tam pęczniała w fałdy udrapowane z tyłu. Odwinięte rękawy były przy mankietach ozdobione koronkami. Tessa stwierdziła, że w tym stroju wygląda... na starszą i trochę obcą, ale przynajmniej nie jak tragiczny strach na wróble, którego widywała w lustrze w Mrocznym Domu. A jeśli po którejś Zmianie nie wróciłam całkowicie do swojej postaci? Jeśli to nie jest moja prawdziwa twarz? Omal nie zemdlała na tę myśl.
- Jest pani trochę blada - stwierdziła Sophie, taksując wzrokiem jej odbicie w lustrze. Ale przynajmniej nie uznała, że suknia jest zbyt obcisła. - Może pani uszczypnąć się w policzki, żeby odzyskać kolory. Tak robi panna Jessamine.
Tessa skorzystała z tej rady, podziękowała Sophie i wyszła z sypialni na długi kamienny korytarz. Charlotte, która tam na nią czekała, szybkim krokiem ruszyła przed siebie, a Tessa podążyła za nią, lekko utykając. Mimo niskich obcasów czarne jedwabne buciki nie okazały się łaskawe dla jej obolałych stóp.
Instytut trochę przypominał zamek: sufit ginął w mroku, na ścianach wisiały gobeliny. Albo przynajmniej tak Tessa wyobrażała sobie wnętrze pałacu. Na arrasach powtarzały się motywy gwiazd, mieczy oraz takie same wzory, jakie widziała na skórze Willa i Charlotte. Najczęściej jednak pojawiał się na nich jeden obraz: anioła wstającego z jeziora, z mieczem w jednej dłoni i kielichem w drugiej.
- To był kiedyś kościół - wyjaśniła Charlotte, odpowiadając na niezadane pytanie Tessy. - Spłonął w czasie wielkiego pożaru Londynu. Potem my przejęliśmy ten teren i na ruinach starego kościoła zbudowaliśmy Instytut. Uświęcona ziemia jest bardzo ważna dla naszej działalności.
- Ludzie nie uważają za dziwne, że zbudowaliście sobie siedzibę na miejscu spalonej świątyni? - zapytała Tessa, starając się dotrzymać kroku gospodyni.
- Nie wiedzą o tym - odparła Charlotte. - Przyziemni, jak nazywamy zwykłych ludzi, nie są świadomi naszej obecności. Dla nich to miejsce wygląda jak pusta parcela. Poza tym, Przyziemni nie interesują się zbytnio tym, co ich bezpośrednio nie dotyczy.
Po tych słowach odsunęła się i przepuściła ją w drzwiach dużego, jasno oświetlonego pokoju.
Tessa zamrugała oślepiona. Pokój był tak duży, że mieścił się w nim stół na dwadzieścia osób. Ogromny żyrandol zalewał pomieszczenie żółtawym blaskiem. Nad kredensem zastawionym kosztowną porcelaną wisiało lustro w złoconych ramach, biegnące przez całą długość jadalni. Środek stołu zdobiła niska szklana czara z białymi kwiatami. Wszystko było gustowne i bardzo zwyczajne. Nic w tym pokoju nie zdradzało, kim są mieszkańcy domu.
Choć cały stół był nakryty białym obrusem, tylko jeden jego koniec zajmowała zastawa dla pięciu osób. Siedzieli przy nim Herondale i jasnowłosa dziewczyna mniej więcej w wieku Tessy, w lśniącej wydekoltowanej sukni. Ci dwoje starannie ignorowali się nawzajem. Kiedy Charlotte i Tessa weszły do jadalni, Will z wyraźną ulgą podniósł na nie wzrok.
- Will, pamiętasz pannę Gray? - spytała pani Branwell.
- Moje wspomnienia są bardzo żywe - odparł Will. Już nie miał na sobie dziwnego czarnego stroju, który nosił dzień wcześniej, tylko zwykłe spodnie i szarą marynarkę z czarnym aksamitnym kołnierzem, przy której jego oczy wydawały się jeszcze bardziej niebieskie. Uśmiechnął się szeroko, a Tessa zarumieniła się i szybko uciekła wzrokiem.
- A Jessamine... Jessie, spójrz, to jest panna Theresa Gray. Panno Gray, oto panna Jessamine Lovelace.
- Miło mi poznać - wymamrotała dziewczyna.
Tessa nie mogła oderwać od niej oczu. Panna Lovelace była wyjątkowo ładna. W powieściach takie osoby nazywano angielskimi różami: jasne włosy o srebrzystym połysku, piwne oczy i mleczna cera. Miała na sobie błękitną suknię i pierścionki na prawie wszystkich palcach. Nawet jeśli jej skórę znaczyły takie same tatuaże jak u Willa i pani Branwell, nie było ich widać.
Herondale zmierzył dziewczynę nienawistnym spojrzeniem i zwrócił się do Charlotte.
- Gdzie twój nawiedzony mąż?
Charlotte usiadła i wskazała Tessie miejsce naprzeciwko siebie, obok Willa.
- Henry jest w pracowni. Posłałam po niego Thomasa. Będzie za chwilę.
- A Jem?
Pani Branwell rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie i odparła krótko, że Jem nie czuje się dobrze.
- Ma jeden z tych swoich dni.
- On zawsze ma jeden z tych swoich dni - skomentowała z niechęcią panna Lovelace.
Tessa już miała zapytać, kim jest Jem, kiedy do jadalni weszła Sophie, a za nią pulchna kobieta w średnim wieku, z siwymi włosami wymykającymi się z koka. Obie zaczęły serwować potrawy stojące na kredensie: pieczone prosię, ziemniaki, pikantną zupę i świeże rogaliki z żółtym śmietankowym masłem. Tessie nagle zakręciło się w głowie, gdy uświadomiła sobie, jaka jest głodna. Łapczywie ugryzła rogalik, ale zmieszała się, widząc, że panna Lovelace na nią patrzy.
- Chyba nigdy wcześniej nie widziałam jedzącego czarownika - stwierdziła wyniośle dziewczyna. - Pewnie nie musi pani nawet dbać o linię? Może pani użyć magii, żeby pozostać szczupłą.
- Nie wiemy na pewno, czy ona jest czarownikiem, Jessie - odezwał się Will.
Panna Lovelace go zignorowała i nachyliła się do Tessy.
- To chyba okropne być takim złym? Boi się pani, że pójdzie do piekła? Jaki jest diabeł, pani zdaniem?
Tessa odłożyła widelec.
- Chciałaby go pani poznać? Mogę go wezwać w każdej chwili, jeśli pani chce.
Will parsknął śmiechem, Jessamine zmrużyła oczy.
- Nie ma potrzeby być nieuprzejmym... - zaczęła, ale urwała w pół zdania, kiedy Charlotte wyprostowała się na krześle i krzyknęła ze zdumieniem:
- Henry!
W łukowatych drzwiach jadalni stał znajomy, wysoki mężczyzna z szopą rudych włosów i orzechowymi oczami. Miał na sobie skórzany roboczy fartuch narzucony na koszulę i jaskrawą kamizelkę w paski. Jego spodnie były ubrudzone czymś, co wyglądało na pył węglowy. Ale nie z tego powodu pani Branwell krzyknęła. Z lewej ręki jej męża unosiły się smużki czarnego dymu, małe płomyki lizały rękaw powyżej łokcia.
- Charlotte, kochanie - powiedział Henry do żony, która wpatrywała się w niego z przerażeniem. Siedząca obok niej Jessamine też miała wytrzeszczone oczy. - Przepraszam za spóźnienie. Wiesz, chyba udało mi się uruchomić Sensor...
- Henry, ty płoniesz - przerwał mu Will. - Wiesz o tym, prawda?
- O, tak - z entuzjazmem potwierdził pan Branwell. Płomienie sięgały teraz jego barku. - Pracowałem jak opętany przez cały dzień. Charlotte, słyszałaś, co powiedziałem o Sensorze?
Jego żona odjęła dłoń od ust.
- Henry! - wrzasnęła. - Twoje ramię!
Pan Branwell spojrzał na swoją rękę i osłupiał.
- Cholera jasna! - Tylko tyle zdążył wykrztusić, bo Will, wykazując się przytomnością umysłu, zerwał się z krzesła, chwycił ze stołu wazon i chlusnął jego zawartością na Henry'ego.
Płomienie zgasły z cichym sykiem protestu. Branwell stał przemoczony w progu, z osmalonym rękawem marynarki i tuzinem mokrych białych kwiatów u stóp.
Po chwili uśmiechnął się szeroko i poklepał nadpalony materiał z wyrazem zadowolenia na twarzy.
- Wiecie, co to oznacza?
Will odstawił wazon na stół.
- Że się podpaliłeś i nawet tego nie zauważyłeś?
- Że niepalna mikstura, którą opracowałem w zeszłym tygodniu, działa! - oznajmił z dumą Henry. - Ten rękaw musiał płonąć od dobrych dziesięciu minut, a nawet nie przepalił się na wylot! - Zerknął na swoje ramię. - Może powinienem podpalić drugi, żeby zobaczyć, jak długo...
- Henry - odezwała się jego żona, która już zdążyła otrząsnąć się z szoku - jeśli z premedytacją się podpalisz, wystąpię o rozwód. Siadaj i jedz kolację. Ale najpierw przywitaj się z naszym gościem.
Henry usiadł posłusznie i spojrzał przez stół na Tessę. Zamrugał zdziwiony.
- Znam panią - stwierdził. - To pani mnie ugryzła! - Wyglądał na uradowanego, jakby przywołał miłe wspomnienie.
Charlotte posłała mężowi zrozpaczone spojrzenie.
- Pytałaś pannę Gray o Klub Pandemonium? - odezwał się Will.
Klub Pandemonium.
- Znam tę nazwę - oznajmiła Tessa. - Widziałam ją na boku powozu pani Dark.
- To organizacja - wyjaśniła Charlotte. - Stara organizacja Przyziemnych, którzy interesują się sztukami magicznymi. Na swoich spotkaniach próbują rzucać czary, wzywać demony i duchy. - Westchnęła ciężko.
Jessamine prychnęła.
- Zupełnie ich nie rozumiem - stwierdziła. - Bawią się w rzucanie czarów, noszą szaty z kapturami i wzniecają małe pożary. To śmieszne.
- O, robią dużo więcej rzeczy - rzekł Will. - Są w Podziemnym Świecie potężniejsi, niż sądzisz. Wiele bogatych i ważnych osobistości przyziemnego społeczeństwa to członkowie...
- Tym głupsze jest to wszystko - przerwała mu Jessamine, potrząsając głową. - Mają pieniądze i władzę. Po co bawią się magią?
- Dobre pytanie - poparła ją Charlotte. - Przyziemni angażujący się w sprawy, o których nie mają pojęcia, mogą bardzo źle skończyć.
Will wzruszył ramionami.
- Kiedy próbowałem wytropić źródło symbolu wyrytego na nożu, który znaleźliśmy z Jemem w zaułku, skierowano mnie do Klubu Pandemonium. Jego członkowie z kolei skierowali mnie do Mrocznych Sióstr. To ich symbol, dwa węże. Siostry nadzorują sieć tajnych domów gry odwiedzanych przez Podziemnych. Szulernie zwabiały Przyziemnych, a kiedy ci tracili pieniądze w magicznych grach i wpadali w długi, Mroczne Siostry wymuszały ich zwrot w zabójczych ratach. - Will spojrzał na Charlotte. - Prowadzą też inne, bardzo podejrzane interesy. Dom, w którym przetrzymywały Tessę, to burdel Podziemnych obsługujący Przyziemnych o nietypowych upodobaniach.
- Will, nie jestem pewna... - zaczęła pani Branwell.
- Hmm - mruknęła Jessamine. - Nic dziwnego, że tak się paliłeś, żeby tam pójść, Williamie.
Jeśli chciała zirytować Herondale'a, ta sztuka jej się nie udała. Równie dobrze mogła się nie odzywać, bo Will w ogóle nie zwrócił na nią uwagi. Patrzył przez stół na Tessę, lekko unosząc brwi.
- Obraziłem panią, panno Gray? Przypuszczam, że po tym, co pani widziała, nie jest łatwo panią wstrząsnąć.
- Nie jestem obrażona, panie Herondale. - Na przekór tym słowom Tessa poczuła, że jej twarz płonie. Dobrze wychowane młode damy nie wiedziały, co to jest burdel, a z pewnością nie wymawiały tego słowa w mieszanym towarzystwie. Morderstwo to jedna rzecz, ale coś takiego... - Ja... hm, nie rozumiem, jak to możliwe - powiedziała, siląc się na obojętny ton. - Nie widziałam, żeby ktoś tam przychodził. Nikt również tam nie mieszkał oprócz służącej i woźnicy.
- Rzeczywiście, dom był opuszczony - przyznał Will. - Najwyraźniej postanowili zawiesić interes, może po to, żeby panią odizolować. - Zerknął na Charlotte. - Myślisz, że brat panny Gray ma tę samą zdolność? Może dlatego Mroczne Siostry go porwały?
Tessa z ulgą przyjęła zmianę tematu.
- Mój brat nigdy nie wykazywał tego rodzaju uzdolnień... ale z drugiej strony, ja też nie, dopóki nie odnalazły mnie Mroczne Siostry.
- Jaki ma pani talent? - zainteresowała się panna Lovelace. - Charlotte nie chciała mi powiedzieć.
- Jessamine! - skarciła ją pani Branwell.
- Nie sądzę, żeby miała jakieś szczególne zdolności - ciągnęła dziewczyna. - Myślę, że po prostu jest zwykłą oszustką, która wie, że jeśli jej uwierzymy, będziemy musieli traktować ją dobrze ze względu na Porozumienia.
Tessa zacisnęła zęby i wspomniała słowa ciotki Harriet: "Nie trać opanowania i nie kłóć się z bratem tylko dlatego, że on się z tobą drażni". Ale teraz wszyscy na nią patrzyli: Henry z zaciekawieniem w orzechowych oczach, Charlotte spojrzeniem ostrym jak szkło, Jessamine z ledwo skrywaną pogardą, a Will z chłodnym rozbawieniem. A jeśli oni naprawdę myśleli tak samo jak panna Lovelace... nawet Charlotte? Jeśli sądzili, że żebrze o litość? Ciotka Harriet nie tylko nie pochwalała wybuchów gniewu, ale nigdy nie przyjęłaby jałmużny.
To Will odezwał się pierwszy, patrząc na nią z uwagą.
- Może pani zachować to w sekrecie - powiedział miękko. - Ale tajemnice bywają dużym ciężarem.
Tessa uniosła głowę.
- Nie chcę niczego ukrywać - oświadczyła. - Byłoby mi jednak łatwiej pokazać, co potrafię, niż o tym mówić.
- Doskonale! - ucieszył się Henry. - Lubię pokazy. Jeśli czegoś pani potrzebuje, na przykład, lampę duchów albo...
- To nie jest seans, Henry - powiedziała ze znużeniem Charlotte i zwróciła się do gościa. - Nie musi pani tego robić, jeśli pani nie chce, panno Gray.
Tessa nie zareagowała na jej słowa, tylko spojrzała na Jessamine.
- Właściwie... czegoś potrzebuję. Poproszę o jakiś drobiazg należący do pani. Pierścionek, chusteczkę...
Panna Lovelace zmarszczyła nos.
- Czyżby pani specjalnością były kradzieże kieszonkowe?
Will łypnął na nią z irytacją i warknął:
- Daj pierścionek pannie Gray, Jessie. Masz ich dość.
Jessamine buntowniczo zadarła brodę.
- A może ty jej coś daj.
- Nie, to musi być rzecz należąca do pani - oświadczyła twardo Tessa. - Ze wszystkich tu obecnych, pani jest najbardziej do mnie zbliżona posturą. Gdybym przemieniła się w Charlotte, ubranie po prostu by ze mnie spadło.
- Dobrze. - Jessamine z rozdrażnieniem zdjęła z małego palca pierścionek z czerwonym kamieniem i przesunęła go po stole w stronę Tessy. - Lepiej, żeby było warto.
Z pewnością będzie. Tessa położyła pierścionek na lewej dłoni, zacisnęła wokół niego palce i zamknęła oczy.
Jak zwykle najpierw nic się nie działo, a potem w głębi jej umysłu coś rozbłysło, jakby zapaliła się świeca w ciemnym pokoju. Po omacku ruszyła w stronę blasku, tak jak nauczyły ją Mroczne Siostry. Trudno było opanować strach i nieśmiałość, ale robiła to już tyle razy, że wiedziała, czego się spodziewać: zbliżanie się do światła pośród ciemności, wrażenie ciepła, jakby naciągała na siebie ciężki gruby koc, zakrywając każdy skrawek skóry. Później jasność otaczała ją zewsząd, a ona znajdowała się w cudzym ciele. W cudzym umyśle.
W umyśle Jessamine.
Była zaledwie na jego skraju, jej myśli ślizgały się po powierzchni myśli Jessamine jak palce po powierzchni wody. Mimo to zaparło jej dech. Przelotnie ujrzała obraz cukierka z czymś ciemnym w środku, jakby robakiem w jabłku. Poczuła urazę, gorzką nienawiść, gniew, straszliwą, gwałtowną tęsknotę...
Otworzyła oczy. Siedziała przy, stole ściskając w dłoni pierścionek Jessamine. Jak zwykle przy transformacjach skóra piekła ją od ostrych ukłuć dziesiątków szpilek. Czuła ciężar innego ciała, muskanie delikatnych włosów na ramionach - zbyt gęste, żeby przytrzymała je spinka Tessy, opadały na jej kark jasną kaskadą.
- Na Anioła! - wyszeptała Charlotte.
Tessa rozejrzała się wokół stołu. Wszyscy się w nią wpatrywali. Charlotte i Henry z otwartymi ustami, Will oniemiały, ze szklanką wody przytkniętą do warg. A Jessamine... patrzyła na nią z przerażeniem, jakby zobaczyła własnego ducha. Tessę ogarnęło poczucie winy.
Ale tylko na chwilę, bo pobladła Jessamine wolno odjęła rękę od ust i wykrzyknęła ze zgrozą:
- O, rany, mój nos jest ogromny! Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?