Piekielne maszyny. (#1). Mechaniczny anioł - Cassandra Clare

Kup ebooka

36.94 zł
31.03 zł (31,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Prolog

 

Londyn, kwiecień 1878

Demon eksplodował fontanną posoki i wnętrzności.

William Herondale błyskawicznie wyszarpnął sztylet, ale było już za późno. Żrący kwas krwi demona zaczął trawić lśniące ostrze. William zaklął i odrzucił broń; wylądowała w brudnej kałuży i zaczęła dymić jak zgaszona zapałka. Sam demon oczywiście zniknął; wrócił do piekielnego świata, z którego przybył, ale zostawił za sobą bałagan.

- Jem! - krzyknął Will, odwracając się. - Gdzie jesteś? Widziałeś to? Zabity jednym ciosem! Nieźle, co?

Nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Z całą pewnością jeszcze kilka minut wcześniej partner od polowania stał za nim na mokrej, krętej ulicy i strzegł jego pleców. Teraz Will był sam w mroku. Z irytacją zmarszczył brwi. Co to za zabawa, skoro nie ma przed kim się popisać? Will obejrzał się za siebie. Ulica zwężała się i trochę dalej zmieniała w wąskie przejście, które prowadziło do czarnych, wezbranych wód Tamizy. W oddali majaczył las masztów, niczym bezlistny sad, i ciemne zarysy przycumowanych statków. Ale po Jemie nie było nawet śladu. Może wrócił na lepiej oświetloną Narrow Street? Will wzruszył ramionami i skierował się w stronę, z której przyszedł.

Narrow Street przecinała Limehouse, biegnąc między nabrzeżem rzeki a stłoczonymi ruderami, które ciągnęły się na zachód w stronę Whitechapel. Zgodnie z nazwą była wąska, zabudowana magazynami i krzywymi drewnianymi domami. Teraz wyglądała na całkiem opustoszałą. Nawet pijacy, wracający chwiejnym krokiem z Grapes do domu, znaleźli sobie miejsca na nocleg. Will lubił Limehouse, a zwłaszcza uczucie, że znajduje się na krańcu świata, z którego codziennie statki odpływają ku niewyobrażalnie odległym portom. Nie szkodziło również to, że okolicę upodobali sobie marynarze, w związku z czym roiło się tutaj od szulerni, palarni opium i burdeli. Łatwo było zatracić się w takim miejscu. Willa nie drażnił nawet zapach: dymu, brudu, ropy, smoły i egzotycznych przypraw, wymieszany z rzeczną wonią Tamizy.

Rozglądając się po pustej ulicy, rękawem płaszcza wytarł z twarzy piekącą posokę. Na materiale zostały zielone i czarne plamy. Na wierzchu dłoni też miał paskudną ranę. Przydałby mu się Znak uzdrawiający. Najlepiej zrobiony przez Charlotte, wyspecjalizowaną w rysowaniu iratze.

Nagle z mroku wyłoniła się jakaś postać i ruszyła w jego stronę. Po chwili okazało się jednak, że to nie Jem, tylko Przyziemny, policjant w hełmie w kształcie dzwonu, w ciężkiej pelerynie, z wyrazem konsternacji na twarzy. Gapił się na Willa, a raczej przez niego. Choć Will był przyzwyczajony do takich reakcji, jak zawsze odniósł dziwne wrażenie. Raptem ogarnęła go chęć, żeby wyrwać rewirowemu pałkę, a potem obserwować, jak biedak rozgląda się w osłupieniu. Jednakże już kilka razy zdarzyło się, że Jem go zbeształ za takie głupie zabawy i choć Will nie do końca potrafił zrozumieć obiekcje przyjaciela, wolał go nie denerwować.

Policjant wzruszył ramionami i minął Willa, kręcąc głową i mamrocząc pod nosem, że powinien zrezygnować z dżinu, jeśli nie chce mieć omamów. Will odsunął się, żeby go przepuścić, i zawołał:

- Jamesie Carstairs! Jem! Gdzie jesteś, ty nielojalny draniu?

Tym razem dobiegła go cicha odpowiedź:

- Tutaj. Idź za magicznym światłem.

Will ruszył w stronę głosu, dochodzącego z ciemnego przejścia między dwoma magazynami. W mroku była widoczna słaba poświata, niczym skaczący błędny ognik.

- Nie słyszałeś mnie wcześniej? Shax myślał, że dostanie mnie tymi swoimi cholernie wielkimi szczypcami, ale zapędziłem go w zaułek...

- Tak, słyszałem. - Młodzieniec, który pojawił się u wylotu uliczki, był w świetle lampy bardzo blady... bledszy niż zwykle, czyli wyjątkowo blady. Nie miał nakrycia głowy, przez co uwagę natychmiast przyciągały jego włosy o dziwnym jasnosrebrnym kolorze, jak świeżo bitego szylinga. Drobna twarz była kanciasta i tylko lekko skośne oczy, również srebrne, zdradzały pochodzenie chłopaka.

Na przodzie jego białej koszuli widniały ciemne plamy, dłonie były umazane na czerwono.

Will zmartwiał.

- Krwawisz. Co się stało?

Jem niedbale machnął ręką.

- To nie moja krew. - Skinął głową, wskazując za siebie. - Jej.

Will spojrzał w głąb ciemnego zaułka. W jego drugim końcu dostrzegł leżący, skulony kształt, zaledwie cień pośród mroku, ale kiedy wytężył wzrok, dostrzegł zarys białej ręki i kosmyk jasnych włosów.

- Martwa kobieta? - zapytał. - Przyziemna?

- Dziewczyna. Nie więcej jak czternaście lat.

Will zaklął głośno i siarczyście. Jem czekał cierpliwie.

- Gdybyśmy trafili tutaj chwilę wcześniej... - powiedział w końcu Will. - Ten przeklęty demon...

- To dziwna sprawa - przerwał mu Jem, marszcząc brwi. - Nie sądzę, żeby to była robota demona. Shaxy są pasożytami. Ten powinien raczej zaciągnąć ofiarę do swojego legowiska, żeby złożyć jaja w jej skórze, dopóki jeszcze żyła. Ale ta dziewczyna... została zabita nożem. Dźgnięto ją wiele razy. I nie sądzę, żeby stało się to w tym miejscu. W zaułku jest za mało krwi. Myślę, że zaatakowano ją gdzie indziej, a potem ona dowlokła się tutaj i umarła od ran.

Will zacisnął usta.

- Ale Shax...

- Mówię ci, że według mnie nie zrobił tego Shax. Myślę, że polował na nią z jakiegoś powodu albo z czyjegoś polecenia.

- Shaxy mają świetny węch - przyznał Will. - Słyszałem, że czarownicy wykorzystują je do tropienia zaginionych. A ten zachowywał się, jakby miał określony cel. - Spojrzał ponad ramieniem Jema na żałosną postać leżącą w zaułku. - Nie znalazłeś broni?

- Znalazłem. - Jem wyjął z kieszeni przedmiot owinięty w białe płótno. - To rodzaj mizerykordii albo noża myśliwskiego. Popatrz, jakie ma cienkie ostrze.

Will wziął broń do ręki. Ostrze rzeczywiście było cienkie, a rękojeść zrobiono z wypolerowanej kości; jedno i drugie było poplamione zaschniętą krwią. Will zmarszczył brwi i potarł nożem o szorstki materiał rękawa, aż ukazał się symbol wypalony na klindze: dwa węże połykające nawzajem swoje ogony i tworzące idealny krąg.

- Ouroboros - stwierdził Jem, pochylając się nad nożem. - Podwójny. Jak myślisz, co to znaczy?

- Koniec świata - odparł Will, patrząc na sztylet. W kąciku jego ust zatańczył uśmieszek. - I początek.

Jem zmarszczył brwi.

- Rozumiem symbolikę, Wiliamie. Chodziło mi o to, co według ciebie oznacza obecność tego znaku na nożu.

Wiatr od rzeki zmierzwił włosy Willa. Chłopak odgarnął je z oczu niecierpliwym gestem i wrócił do studiowania sztyletu.

- To symbol alchemiczny, a nie czarowników czy Podziemnych. Zwykle oznacza ludzi, głupich Przyziemnych, którzy myślą, że zabawy z magią to bilet do bogactwa i sławy.

- Takich, którzy zwykle kończą jako stosik zakrwawionych szmat wewnątrz pentagramu - stwierdził ponurym tonem Jem.

- I takich, którzy lubią kręcić się po okolicach naszego miasta odwiedzanych przez Podziemnych. - Wytarłszy starannie chusteczką ostrze, Will schował nóż do kieszeni kurtki. - Myślisz, że Charlotte pozwoli mi poprowadzić dochodzenie?

- Uważasz, że można ci zaufać w Podziemnym Świecie? Szulernie, gniazda rozpusty, kobiety lekkich obyczajów...

Will uśmiechnął się, niczym Lucyfer tuż przed upadkiem z nieba.

- Sądzisz, że jutro to za wcześnie, żeby rozpocząć poszukiwania?

Jem westchnął.

- Rób, jak chcesz, Will. Zawsze tak postępujesz.

Southampton, maj

Jak sięgnąć pamięcią, Tessa zawsze kochała mechanicznego anioła. Kiedyś należał do jej matki; nosiła go aż do śmierci. Potem leżał w szkatułce na biżuterię, aż jej brat Nathaniel wyjął go pewnego dnia, żeby sprawdzić, czy nadal działa.

Anioł był wielkości małego palca Tessy: mosiężny posążek ze złożonymi brązowymi skrzydłami nie większymi od skrzydełek świerszcza. Miał delikatną metalową twarz, zamknięte oczy w kształcie półksiężyców i ręce skrzyżowane z przodu na mieczu. Cienki łańcuszek umożliwiał noszenie go na szyi jak medalion.

W środku musiał znajdować się werk, bo kiedy Tessa przystawiała go do ucha, słyszała szmer mechanizmu podobny do tykania zegarka. Nate aż krzyknął ze zdumienia, że po tylu latach urządzenie nadal pracuje. Na próżno szukał jakiegoś pokrętła, śrubki czy innego sposobu nakręcania anioła. W końcu wzruszył ramionami i oddał anioła siostrze. Od tamtej chwili Tessa nie zdejmowała go z szyi. Nawet kiedy spała, aniołek leżał na jej piersi. Jego równomierne tik-tak, tik-tak było niczym bicie drugiego serca.

Teraz, kiedy Main lawirował między innymi masywnymi parowcami, szukając miejsca w porcie, trzymała go w palcach. Nate uparł się, żeby przyjechała do Southampton zamiast do Liverpoolu, dokąd zawijała większość transatlantyków. Twierdził, że jest to dużo przyjemniejsze miasto, więc Tessę trochę rozczarował pierwszy obraz Anglii. Było szaro i ponuro. Deszcz bębnił o iglice odległego kościoła, czarny dym buchający z kominów statków zasnuwał już i tak ołowiane niebo. Na nabrzeżu czekał tłum ludzi w ciemnych ubraniach, z parasolami w rękach. Tessa wytężyła wzrok, próbując dojrzeć wśród nich brata, ale mgła i wyziewy okazały się zbyt gęste, żeby mogła odróżnić szczegóły.

Zadrżała. Wiatr wiejący od morza był przenikliwie chłodny. We wszystkich listach Nate pisał, że Londyn jest piękny, że codziennie świeci w nim słońce. Tessa pomyślała z nadzieją, że w stolicy pogoda okaże się lepsza niż tutaj, bo nie miała żadnych ciepłych ubrań oprócz wełnianego szala, który należał do ciotki Harriet, i pary rękawiczek. Sprzedała większość rzeczy, żeby zapłacić za pogrzeb ciotki, była bowiem przekonana, że brat kupi jej co trzeba, kiedy zamieszka z nim w Londynie.

Nagle rozbrzmiał okrzyk. Main o czarnym i lśniącym od deszczu kadłubie zarzucił kotwicę i teraz mniejsze jednostki sunęły z trudem po rozkołysanej szarej wodzie, żeby przewieźć bagaże i pasażerów na brzeg. Ludzie pośpiesznie schodzili ze statku, najwyraźniej zdesperowani, żeby poczuć pod stopami stały ląd. Zupełnie inaczej niż wtedy, gdy wypływali z Nowego Jorku, pomyślała Tessa. Niebo było błękitne, grała orkiestra dęta. Chyba tylko ona nie czuła wtedy radosnego podniecenia - bo jej nie miał kto pożegnać.

Kuląc się, Tessa dołączyła do wysiadającego tłumu. Krople deszczu kłuły ją w gołą głowę i szyję niczym lodowate szpileczki, dłonie w lichych rękawiczkach były lepkie i wilgotne. Na nabrzeżu zaczęła gorączkowo wypatrywać Nate'a. Przez ostatnie dwa tygodnie z nikim nie rozmawiała. Na pokładzie Maina była zdana na własne towarzystwo. Już nie mogła się doczekać, żeby wreszcie zamienić z kimś słowo.

Niestety, po jej bracie nie było nawet śladu. Na kei leżały stosy bagaży, najróżniejsze pudła i skrzynie, a nawet góry owoców i warzyw moknących w deszczu. Obok właśnie odbijał od brzegu parowiec zmierzający do Hawru. Przemoczeni marynarze uwijali się, pokrzykując do siebie po francusku. Tessa próbowała usunąć się na bok, ale omal nie rozdeptał jej tłum pasażerów, biegnących pod wiatę dworca kolejowego.

Nate'a nadal nie było nigdzie widać.

- Panna Gray? - usłyszała gardłowy głos kogoś, kto mówił z silnym akcentem.

Przed Tessą pojawił się mężczyzna - był rosły, odziany w obszerny czarny płaszcz, a na głowie miał wysoki kapelusz, którego rondo gromadziło wodę jak zbiornik na deszczówkę. Oczy miał mocno wyłupiaste, niemal jak u żaby, jego skóra wyglądała jak świeża blizna. Tessa z trudem zwalczyła odruch, by się cofnąć. Ten człowiek znał jej nazwisko, więc musiał znać również Nate'a, prawda?

Skinęła głową.

- Tak.

- Przysłał mnie pani brat. Proszę pójść ze mną.

- Gdzie jest Nate? - zapytała Tessa, ale mężczyzna już ruszył przed siebie nierównym krokiem, jakby kulał od jakiejś starej rany.

Po chwili wahania Tessa zebrała spódnice i pośpieszyła za nim.

Mężczyzna szedł szybko, lawirując wśród tłumu. Ludzie rozstępowali się na boki, narzekając na jego maniery. Tessa musiała prawie biec, żeby za nim nadążyć. Raptem nieznajomy skręcił za stos pudeł i zatrzymał się przed dużym, lśniącym, czarnym powozem. Na boku wehikułu widniały czarne litery, ale deszcz i mgła były za gęste, by Tessa mogła je odczytać.

Drzwi pojazdu otworzyły się i ze środka wychyliła głowę kobieta. Wielki kapelusz z piórami zasłaniał jej twarz.

- Panna Theresa Gray?

Tessa skinęła głową. Tymczasem mężczyzna o wyłupiastych oczach pomógł pasażerce wysiąść z powozu. Za nią pojawiła się druga kobieta. Obie natychmiast otworzyły parasolki i wbiły wzrok w Tessę.

Stanowiły dziwną parę. Jedna - wysoka i chuda, o kościstej, pociągłej twarzy - miała bezbarwne włosy zebrane w kok, była odziana w suknię z jaskrawofioletowego jedwabiu. Druga kobieta - niska i pulchna, o małych, głęboko osadzonych oczach - miała duże dłonie w jasnoróżowych rękawiczkach, wyglądające jak kolorowe łapy.

- Thereso Gray, miło panią wreszcie poznać - odezwała się niższa z dwóch kobiet. - Jestem pani Black, a to moja siostra pani Dark. Pani brat przysłał nas, żebyśmy towarzyszyły pani do Londynu.

Tessa, mokra, zziębnięta i skonsternowana, mocniej otuliła się szalem.

- Nie rozumiem. Gdzie jest Nate? Dlaczego sam nie przyjechał?

- Interesy zatrzymały go w Londynie. Mortmain nie mógł się bez niego obejść. Ale brat napisał do pani list. - Pani Black podała jej zwitek papieru, mokry od deszczu.

Tessa wzięła go do ręki, rozwinęła i przeczytała. W krótkim liściku Nathaniel przepraszał ją, że nie przyjedzie do portu na spotkanie, ale zapewniał, że ze spokojnym sercem powierza ją opiece pani Black i pani Dark. "Nazywam je Mrocznymi Siostrami, Tessie, z oczywistych powodów, a im najwyraźniej podoba się to określenie!". Wyjaśniał również, że są to jego gospodynie i jednocześnie zaufane przyjaciółki, na których może całkowicie polegać.

Te słowa ją przekonały. List z pewnością napisał Nate. Poznała charakter jego pisma, a poza tym nikt inny nie nazywał jej Tessie. Przełknęła ślinę, wsunęła liścik do rękawa i odwróciła się do sióstr.

- Dobrze - powiedziała, zwalczywszy uczucie rozczarowania. Nie mogła się już doczekać, żeby zobaczyć brata. - Wezwiemy tragarza po mój kufer?

- Nie trzeba, nie trzeba. - Wesoły ton pani Dark przeczył jej ściągniętym rysom. - Już wysłałyśmy go przodem. I tak nie zmieściłby się w powozie. - Pstryknęła palcami, a kiedy na ten znak wyłupiasty mężczyzna wskoczył na siedzenie woźnicy, położyła dłoń na ramieniu Tessy. - Chodź, dziecko. Schowajmy się przed deszczem.

Kiedy Tessa ruszyła w stronę powozu, popędzana kościstym uściskiem pani Dark, mgła się podniosła, odsłaniając złoty malunek na drzwiach pojazdu. Słowa "Klub Pandemonium" wiły się misternie wokół dwóch węży, które połykały nawzajem swoje ogony, tworząc krąg. Tessa zmarszczyła brwi.

- Co to oznacza?

- Nie musi pani zaprzątać sobie tym głowy - odparła pani Black, która pierwsza wsiadła do powozu i rozpostarła spódnice na jednym z wygodnych siedzeń. Wnętrze pojazdu było bogato udekorowane, ławki wyściełane miękkim fioletowym aksamitem, w oknach zawieszono złote zasłony z frędzlami.

Pani Dark pomogła Tessie wsiąść, po czym sama wgramoliła się do środka i usiadła obok niej. Pani Black zamknęła drzwi za siostrą, odcinając widok szarego nieba. Kiedy się uśmiechnęła, jej zęby zalśniły w mroku, jakby były z metalu.

- Rozgość się, Thereso. Długa podróż przed nami.

Tessa położyła dłoń na mechanicznym aniołku zawieszonym na szyi, czerpiąc otuchę z jego równomiernego tykania, gdy powóz z szarpnięciem ruszył w deszcz.

 

Rozdział pierwszy

Mroczny Dom

"Za tym padołem gniewu i łez

Majaczy groźny cień".

- William Ernest Henley, Invictus

- Siostry chciałyby panienkę widzieć w swoich komnatach, panno Gray.

Tessa odłożyła książkę na nocną szafkę i spojrzała na Mirandę, która stanęła w drzwiach jej małego pokoju... jak codziennie o tej porze, z tą samą wiadomością. Za chwilę Tessa poprosi ją, żeby zaczekała na korytarzu, a służąca wyjdzie z pokoju. Dziesięć minut później wróci i powie to samo. Jeśli Tessa nie pójdzie z nią posłusznie po kilku następnych próbach, Miranda chwyci ją i zwlecze po schodach - kopiącą i wrzeszczącą - do gorącego, cuchnącego pokoju, w którym czekają na nią Mroczne Siostry.

Działo się tak przez cały pierwszy tydzień, który Tessa spędziła w Mrocznym Domu - jak zaczęła go nazywać - aż w końcu zrozumiała, że krzyki i wierzganie zdadzą się na nic i są zwykłą stratą energii. Energii, którą lepiej oszczędzić na inne rzeczy.

- Chwileczkę, Mirando - powiedziała.

Pokojówka dygnęła niezdarnie, wyszła z sypialni i zamknęła za sobą drzwi.

Tessa wstała, rozejrzała się po pokoju, który od sześciu tygodni służył jako jej więzienie. Był mały, z kwiecistymi tapetami na ścianach, skąpo umeblowany: drewniany stół nakryty białym koronkowym obrusem, wąskie mosiężne łóżko, popękana umywalka i porcelanowy dzbanek do ablucji. Na parapecie, na którym trzymała książki, codziennie rano żłobiła w drewnie jedną kreskę dla zaznaczenia mijających dni.

Podeszła do lustra wiszącego na ścianie. Przygładziła włosy. Mroczne Siostry, które rzeczywiście chciały, żeby je tak nazywać, nie lubiły, kiedy wyglądała nieporządnie, choć poza tym raczej nie miały zastrzeżeń do jej powierzchowności. Na szczęście, pomyślała Tessa, krzywiąc się na widok swojego odbicia. Blady owal twarzy całkiem zdominowały puste szare oczy, wymizerowana, ściągnięta buzia bez kolorów, z wyrazem rezygnacji i braku nadziei. Miała na sobie niegustowną czarną, belferską suknię, którą zaraz po przybyciu tutaj dały jej Siostry. Wbrew obietnicom walizka nie dotarła na miejsce, tak że teraz było to jej jedyne ubranie. Pośpiesznie odwróciła wzrok od lustra.

Nie zawsze uciekała przed swoim odbiciem. W zgodnej opinii rodziny przystojny Nate jako jedyny odziedziczył słynną urodę matki, ale Tessa była całkiem zadowolona ze swoich prostych kasztanowych włosów i szarych oczu. Jane Eyre też miała kasztanowe włosy, podobnie jak wiele innych bohaterek powieści. Poza tym Tessa uważała, że nie jest źle być wysoką, co prawda wyższą od większości chłopców w jej wieku, ale ciotka Harriet zawsze mówiła, że dopóki rosła kobieta dobrze się porusza, zawsze wygląda po królewsku.

Teraz jednak Tessa wcale nie wyglądała po królewsku. Była mizerna, rozczochrana i przypominała raczej wystraszonego stracha na wróble. Zastanawiała się, czy Nate by ją rozpoznał, gdyby dzisiaj ją zobaczył.

Na tę myśl serce skurczyło się jej w piersi. Nate. Dla niego robiła to wszystko, ale czasami tak bardzo za nim tęskniła, że miała wrażenie, że połknęła tłuczone szkło. Poza nim nie miała na świecie nikogo. Nikogo nie obchodziło, czy ona żyje, czy umarła. Czasami ta straszna świadomość groziła całkowitym obezwładnieniem i pogrążeniem się w bezdennej ciemności, z której nie byłoby powrotu. Czy w ogóle istniała, skoro nikt się nią nie interesował?

Z zamyślenia wyrwał ją szczęk zamka. Drzwi się otworzyły, w progu stanęła Miranda.

- Czas, żeby panienka ze mną poszła - oznajmiła. - Pani Black i pani Dark czekają.

Tessa spojrzała na nią z odrazą. Nie potrafiła odgadnąć, ile Miranda ma lat. Dziewiętnaście? Dwadzieścia pięć? Z jej gładkiego, okrągłego oblicza trudno było odczytać wiek. Miała włosy koloru wody w rowie, mocno ściągnięte do tyłu, oczy wyłupiaste jak woźnica Mrocznych Sióstr, nadające jej twarzy wiecznie zdziwiony wyraz. Tessa przypuszczała, że ci dwoje są spokrewnieni.

Gdy schodziły na dół - Miranda człapała bez wdzięku, nierównym krokiem - Tessa dotknęła łańcuszka, na którym wisiał mechaniczny anioł. Stało się to jej nawykiem za każdym razem, kiedy musiała iść na spotkanie z Mrocznymi Siostrami. Wisiorek w jakiś sposób dodawał jej otuchy. Ściskała go w dłoni na kolejnych piętrach. W Mrocznym Domu było kilka kondygnacji, ale Tessa widziała do tej pory tylko komnaty pani Black i pani Dark, korytarze, schody i swój pokoik. W końcu dotarły do ciemnych piwnic. Na dole było wilgotno, ściany nieprzyjemnie kleiły się od pary, ale gospodyniom najwyraźniej to nie przeszkadzało. Ich biuro znajdowało się za szerokimi podwójnymi drzwiami. Wąski korytarz biegnący w przeciwnym kierunku znikał w mroku. Tessa nie miała pojęcia dokąd prowadzi, ale widząc gęste cienie, była zadowolona, że tego nie wie.

Drzwi do biura Sióstr stały otworem. Miranda bez wahania wkroczyła do środka. Tessa powlokła się za nią z ociąganiem. Nienawidziła tego pokoju najbardziej ze wszystkich miejsc na świecie.

Po pierwsze, zawsze było tutaj gorąco i mokro jak na bagnach, nawet kiedy na zewnątrz panowała szara i deszczowa pogoda. Ściany wręcz ociekały wilgocią, wyściełane krzesła i kanapy pokrywała warstwa pleśni. W dodatku dziwnie tu pachniało, jak na brzegu Hudsonu w gorący dzień: wodą, śmieciami i szlamem.

Siostry już na nią czekały, jak zawsze usadowione za ogromnym biurkiem stojącym na podwyższeniu. I jak zawsze, były ubrane w jaskrawe kolory: pani Black w suknię o żywej łososiowej barwie, pani Dark w pawi błękit. Przy jasnych, wesołych satynach ich twarze wyglądały jak przekłute szare balony. Mimo skwaru panującego w pokoju obie jak zwykle nosiły rękawiczki.

- Zostaw nas teraz, Mirando, i zamknij za sobą drzwi - rzuciła pani Black, obracając pulchnym palcem ciężki mosiężny globus stojący na biurku.

Tessa wiele razy próbowała mu się przyjrzeć - zarysy kontynentów wyglądały dziwnie, podobnie jak obszar w środku Europy - ale siostry nie pozwalały się jej do niego zbliżyć.

Miranda spełniła polecenie z kamienną twarzą, a Tessa próbowała się nie skrzywić, kiedy drzwi się zamknęły, odcinając nawet tę odrobinę świeżego powiewu w miejscu zupełnie pozbawionym powietrza.

Pani Dark przekrzywiła głowę.

- Podejdź tutaj, Thereso. - Była łagodniejsza, bardziej skłonna do pochlebstw i perswazji niż siostra, która wolała klapsy i groźby wypowiadane syczącym głosem. - I weź to.

Trzymała coś w wyciągniętej ręce. Tessa zobaczyła wstążkę. Zniszczony pasek różowego materiału, który mógł służyć do przewiązywania włosów.

Przywykła już do tego, że Mroczne Siostry dają jej różne rzeczy należące kiedyś do innych ludzi: spinki do krawata, zegarki, biżuterię, dziecięce zabawki. Raz dostała sznurowadła, kiedy indziej pojedynczy kolczyk poplamiony krwią.

- Weź to - powtórzyła pani Dark z nutą zniecierpliwienia w głosie. - I zmień się.

Tessa sięgnęła po wstążkę. Spoczęła na jej dłoni lekka jak skrzydło ćmy, Mroczne Siostry wpatrywały się w nią beznamiętnym wzrokiem. Tessie przypomniały się powieści, w których bohaterowie stali przed sądem, drżąc z napięcia i modląc się w duchu o werdykt, że są niewinni. Ona często czuła się w tym pokoju tak, jakby sama była sądzona, ale nawet nie wiedziała, o jaką zbrodnię jest oskarżona.

Obróciła wstążkę w ręce, wspominając pierwszy raz, kiedy to Mroczne Siostry wręczyły jej cudzy przedmiot: damską rękawiczkę zapinaną na perłowe guziki. Krzyczały na nią, żeby się zmieniła, policzkowały ją i potrząsały za ramiona, a ona powtarzała z rosnącą histerią, że nie ma pojęcia, czego od niej żądają.

Nie płakała, choć miała na to ochotę. Nienawidziła płakać, zwłaszcza przed ludźmi, którym nie ufała. A ze wszystkich osób, którym ufała, jedna nie żyła, a druga była uwięziona. Powiedziały jej to Mroczne Siostry. Oznajmiły, że mają Nate'a, i że jeśli Tessa nie zrobi tego, co jej każą, brat umrze. Na dowód pokazały jej pierścień, który kiedyś należał do ich ojca, teraz poplamiony krwią. Nie pozwoliły jej go dotknąć, ale ona poznała, że to pierścień brata.

Potem robiła wszystko, co jej kazały Mroczne Siostry. Piła wywary, które jej dawały, a następnie godzinami wykonywała męczące ćwiczenia, zmuszając się do myślenia w taki sposób, jak one chciały. Kazały jej sobie wyobrazić, że jest gliną formowaną na kole garncarskim, że jej postać jest amorficzna i podatna na zmiany. Mówiły, żeby sięgała w głąb przedmiotów, które jej dawały, wyobrażała je sobie jako żywe istoty i wydobywała z nich duszę.

Trwało to tygodniami, a kiedy pierwszy raz się Zmieniła, było to tak bolesne, że zwymiotowała i zemdlała. Kiedy się ocknęła, leżała na jednej z butwiejących kanap w pokoju Mrocznych Sióstr, z mokrym ręcznikiem na twarzy. Pani Black pochylała się nad nią, wyraźnie rozpromieniona. Jej oddech był kwaśny jak ocet.

- Dobrze się dzisiaj spisałaś, Thereso - powiedziała. - Bardzo dobrze.

Kiedy tamtego wieczoru Tessa wróciła do swojego pokoju, na szafce przy łóżku czekały na nią prezenty: dwie nowe powieści, Wielkie nadzieje i - tak! - Małe kobietki. Mroczne Siostry najwyraźniej zrozumiały, że czytanie to jej pasja. Tessa przycisnęła książki do piersi i, nareszcie sama, pozwoliła sobie na płacz.

Potem Zmiana przychodziła jej łatwiej. Tessa nie rozumiała, co właściwie się stało, ale zapamiętała serię kroków, których nauczyły ją Mroczne Siostry - tak jak ślepiec zapamiętuje liczbę kroków od łóżka do drzwi pokoju. Nie wiedziała, czym są te dziwne, ciemne miejsca, do których ją wysyłały, ale znała do nich drogę.

Teraz sięgnęła do tamtych wspomnień, ściskając w dłoni podarty skrawek różowego materiału. Otworzyła umysł i wpuściła do niego ciemność, więź, która łączyła ją z tasiemką i zamkniętym w niej duchem - upiornym echem właścicielki wstążki - rozwinęła niczym złotą nić prowadzącą przez mrok. Pokój, w którym się znajdowała, nieznośne gorąco, hałaśliwy oddech Mrocznych Sióstr, wszystko to znikało, w miarę jak podążała za nicią, w miarę jak światło wokół niej stawało się coraz silniejsze, a ona otulała się nim jak kocem.

Skóra zaczęła ją mrowić od tysięcy drobnych wstrząsów. To były najgorsze chwile. Wydawało się jej wtedy, że umiera. Teraz była już przyzwyczajona do tej udręki i znosiła ją stoicko, choć drżała od stóp do głów. Mechaniczny anioł zawieszony na szyi tykał szybciej, do rytmu jej galopującego serca. Ukłucia się nasilały. Tessa głośno wciągnęła powietrze... i raptownie otworzyła oczy. Przykre doznania zniknęły.

Było po wszystkim.

Tessa zamrugała oszołomiona. W pierwszej chwili po Zmianie zawsze mrugała powiekami, jakby po kąpieli strząsała z nich wodę. Spojrzała na siebie. Jej nowe ciało okazało się smukłe, niemal kruche, sukienka wisiała na nim luźno, zbierała się na podłodze wokół stóp. Splecione z przodu ręce były blade i chude, z obgryzionymi paznokciami i skórkami. Nieznajome obce dłonie.

- Jak masz na imię? - zapytała pani Black. Stała teraz i patrzyła z góry na Tessę płonącymi oczami. Sprawiała wrażenie wygłodniałej.

Tessa nie musiała odpowiadać. Dziewczynka, w której skórze teraz się znajdowała, odpowiedziała za nią, jak duchy przemawiające za pośrednictwem medium. Ale Tessa nie znosiła takiego porównania. Zmiana była dużo bardziej intymna, o wiele bardziej przerażająca.

- Emma - odparła cienkim głosem Tessa. - Panna Emma Bayliss, proszę pani.

- Kim jesteś, Emmo Bayliss?

Z ust Tessy zaczęły się wylewać słowa, przynosząc ze sobą silne obrazy. Urodzona w Cheapside Emma była jednym z sześciorga dzieci. Jej ojciec nie żył, matka sprzedawała wodę miętową z wózka na East Endzie. Emma jeszcze jako małe dziecko nauczyła się szyć, żeby zarabiać na chleb. Noce spędzała przy małym stole w kuchni, pracując przy blasku świecy. Czasami, kiedy łojówka się wypaliła i nie było pieniędzy na następną, dziewczynka wychodziła na ulicę i siadała pod latarnią gazową, żeby szyć przy jej świetle...

- To robiłaś na ulicy tej nocy, kiedy umarłaś, Emmo Bayliss? - zapytała pani Dark. Uśmiechała się, przesuwając językiem po dolnej wardze, jakby domyślała się odpowiedzi.

Tessa ujrzała wąskie, mroczne ulice spowite gęstym oparem, srebrną igłę śmigającą w słabym blasku latarni gazowej. Kroki stłumione przez mgłę. Z mroku wyłaniają się ręce, chwytają ją za ramiona, ciągną, krzyczącą, w zaułek. Igła wypada z rąk, podczas walki wstążka zsuwa się z włosów. Ochrypły głos krzyczy coś gniewnie. W ciemności błyska srebrne ostrze noża, przecina jej skórę. Pokazuje się krew, ból jest jak ogień, przerażenie nieporównywalne z niczym, co do tej pory znała. Kopnęła trzymającego ją mężczyznę, udało jej się wytrącić mu sztylet z ręki. Złapała broń i pobiegła przed siebie. Potykała się, słabnąc z upływu krwi, coraz szybszego. Upadła w zaułku, usłyszała za sobą głośny syk. Zrozumiała, że coś po nią idzie, i miała nadzieję, że umrze, zanim to coś do niej dotrze...

Obraz roztrzaskał się jak szkło. Tessa osunęła się z krzykiem na kolana, podarta wstążka wypadła jej z ręki. Z jej własnej dłoni. Emma zniknęła, Tessa była znowu sama w swoim umyśle.

Z daleka dobiegł głos pani Black:

- Thereso? Gdzie jest Emma?

- Nie żyje - wyszeptała Tessa. - Umarła w zaułku, wykrwawiła się na śmierć.

- Dobrze. - Pani Dark odetchnęła z satysfakcją. - Dobra robota, Thereso. Bardzo dobra.

Tessa nie odpowiedziała. Przód sukni miała poplamiony krwią, ale nie czuła bólu. Wiedziała, że to nie jej krew; coś takiego wydarzyło się nie po raz pierwszy. W głowie jej wirowało. Zamknęła oczy, nakazując sobie nie zemdleć.

- Powinnyśmy wcześniej ją do tego zmusić - stwierdziła pani Black. - Sprawa tej małej Bayliss od dawna mnie niepokoiła.

- Nie byłam pewna, czy jest do tego gotowa - odparła pani Dark. - Pamiętasz, co się stało z tą Adams.

Tessa od razu się zorientowała, o kim rozmawiają Mroczne Siostry. Parę tygodni wcześniej zmieniła się w kobietę, która zginęła od strzału w serce. Gdy krew wylała się na jej suknię, natychmiast przemieniła się z powrotem, krzycząc w histerycznym przerażeniu, dopóki Siostry nie pokazały jej, że nie jest ranna.

- Od tamtej pory zrobiła wielkie postępy, nie uważasz, siostro? - zapytała pani Black. - Zważywszy na to, od czego zaczynałyśmy. Dziewczyna nawet nie wiedziała, kim jest.

- Istotnie, była całkowicie nieuformowaną gliną - zgodziła się pani Dark. - Naprawdę dokonałyśmy cudu. Nie sądzę, żeby Mistrz miał powody do niezadowolenia.

Pani Black westchnęła cicho.

- Czy to znaczy... Myślisz, że już czas?

- Ależ tak, oczywiście, moja droga siostro. Nasza Theresa jest gotowa. Czas, żeby poznała swojego pana.

W głosie pani Dark pobrzmiewała chełpliwa nuta, tak nieprzyjemna, że przedarła się przez oszołomienie Tessy. O kim one mówiły? O jakim Mistrzu? Obserwowała spod przymkniętych powiek, jak pani Dark ciągnie za jedwabny sznurek dzwonka, żeby wezwać Mirandę. Wyglądało na to, że dzisiejsza lekcja dobiegła końca.

- Może jutro - powiedziała pani Black. - Albo nawet dzisiaj wieczorem. Jeśli powiemy Mistrzowi, że jest gotowa, nie wyobrażam sobie, żeby nie zwlekał z przybyciem.

Pani Dark zachichotała, wychodząc zza biurka.

- Rozumiem, że palisz się do tego, by otrzymać zapłatę za naszą pracę, Amelio. Ale Theresa nie może być tylko gotowa. Musi również dobrze się prezentować. Zgadzasz się ze mną, siostro?

Pani Black mruknęła coś w odpowiedzi, ale w tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju weszła Miranda. Miała taki sam jak zwykle beznamiętny wyraz twarzy. Widok zakrwawionej dziewczyny, skulonej na podłodze, nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Pewnie widywała gorsze rzeczy w tym pokoju, pomyślała Tessa.

- Zaprowadź Theresę do pokoju, Mirando. - Z głosu pani Black zniknęło całe podniecenie, wróciła dawna szorstkość. - Weź rzeczy... wiesz, te, które ci pokazałyśmy, i pomóż jej się w nie ubrać.

- Rzeczy... które mi panie pokazały? - powtórzyła tępo Miranda.

Mroczne Siostry wymieniły zdegustowane spojrzenia i zbliżyły się do Mirandy, zasłaniając ją przed wzrokiem Tessy. Tessa usłyszała kilka wyszeptanych przez nie słów: "suknie", "garderoba" i "zrób, co potrafisz, żeby wyglądała ładnie". I na koniec padło dość okrutne stwierdzenie:

- Nie jestem pewna, czy Miranda jest dość bystra, żeby wypełnić tego rodzaju niejasne polecenia, siostro.

"Żeby wyglądała ładnie". Ale co je obchodził jej wygląd, skoro mogły ją zmusić, żeby przybrała dowolną postać? Co znaczyła jej prawdziwa powierzchowność? I dlaczego miałaby obchodzić Mistrza? Jednakże z zachowania Sióstr wynikało, że jej prezencja będzie dla niego ważna.

Pani Black ruszyła do drzwi, siostra jak zawsze podążyła za nią. W progu pani Dark się zatrzymała i spojrzała na Tessę.

- Pamiętaj, Thereso, że ten dzień... ta noc to ukoronowanie wszystkich naszych przygotowań. - Zebrała spódnice kościstymi rękami. - Nie zawiedź nas.

Zatrzasnęła za sobą drzwi. Tessa drgnęła, Miranda jak zwykle sprawiała wrażenie całkowicie nieporuszonej. Przez cały czas spędzony w Mrocznym Domu Tessa ani razu nie widziała, żeby cokolwiek wystraszyło albo zaskoczyło tę dziewczynę.

- Chodźmy, panienko - powiedziała służąca. - Musimy iść na górę.

Tessa wolno dźwignęła się z podłogi. W głowie jej wirowało. Życie w Mrocznym Domu było okropne, ale - uświadomiła sobie teraz - niemal się do niego przyzwyczaiła. Wiedziała, czego oczekiwać każdego dnia. Wiedziała, że Mroczne Siostry do czegoś ją przygotowują, ale nie miała pojęcia do czego. Wierzyła - może naiwnie - że jej nie zabiją. Po co marnować wiele tygodni szkolenia?

A jednak coś ją zaniepokoiło w tonie pani Dark. Nastąpiła jakaś zmiana. Mroczne Siostry osiągnęły to, co chciały. I teraz zamierzały odebrać "zapłatę". Ale kto miał płacić?

- Chodź, panienko - powtórzyła Miranda. - Musimy przygotować się dla Mistrza.

- Mirando. - Tessa mówiła cicho, jak do nerwowego kota. Pokojówka jeszcze nigdy nie odpowiedziała na żadne jej pytanie, ale to nie oznaczało, że nie warto próbować. - Kto to jest Mistrz?

Zapadła długa cisza. Miranda gapiła się przed siebie. Jej ciastowata twarz pozostawała bez wyrazu. W końcu, ku zaskoczeniu Tessy, odparła:

- Mistrz to wielki człowiek. To dla panienki zaszczyt, że wychodzi za niego za mąż.

- Wychodzę za niego za mąż? - Wstrząs był tak silny, że Tessa nagle wyraźnie zobaczyła cały pokój: Mirandę, zakrwawiony dywan, ciężki mosiężny globus na biurku, ustawiony w pozycji, w której zostawiła go pani Black. - Ja? Ale... Kto to jest?

- To wielki człowiek - powtórzyła Miranda. - To będzie zaszczyt. - Przysunęła się do Tessy. - A teraz musi panienka ze mną iść.

- Nie. - Tessa zaczęła się cofać, aż boleśnie uderzyła plecami o biurko. Rozejrzała się z rozpaczą. Mogła pobiec do drzwi, ale nie zdołałaby wyminąć Mirandy. W pokoju nie było innych wyjść ani okien. Gdyby schowała się za biurkiem, służąca po prostu wyciągnęłaby ją stamtąd i zawlokła do celi. - Mirando, proszę.

- Musi panienka iść teraz ze mną - powtórzyła Miranda, zbliżając się do niej. Tessa dostrzegła swoje odbicie w jej źrenicach, poczuła słaby, gorzki zapach spalenizny, który przywarł do ubrań i skóry pokojówki. - Musi...

Tessa chwyciła za podstawę mosiężnego globusa, uniosła go i z siłą, o którą siebie nie podejrzewała, cisnęła nim w głowę Mirandy.

Rozległ się nieprzyjemny odgłos, jakby rozgnieciono nogą szkło. Miranda zatoczyła się do tyłu... i szybko odzyskała równowagę. Tessa krzyknęła i upuściła globus, wytrzeszczając oczy. Cała lewa strona twarzy służącej zapadła się do środka jak papierowa maska. Kość policzkowa była wgnieciona, usta zmiażdżone o zęby, ale nie pokazała się nawet kropla krwi.

- Musi panienka iść teraz ze mną - powiedziała Miranda swoim zwykłym monotonnym głosem.

Tessa rozdziawiła usta.

- Musi panienka iść... ze mmm... musiiiiiiii... musiiiii... iiii. - Głos drżał, rwał się, w końcu przeszedł w bełkot.

Miranda ruszyła na nią, chwiejąc się i dygocząc. Tessa zaczęła się cofać od biurka, podczas gdy ranna dziewczyna coraz szybciej szła przez pokój, zataczając się jak pijana, aż wreszcie z wrzaskiem wpadła na ścianę... co najwyraźniej ją zamroczyło. Runęła na podłogę i znieruchomiała.

Tessa rzuciła się do drzwi i wypadła z pokoju. Przystanęła tylko na chwilę, żeby się obejrzeć. Wydawało się jej, że z ciała Mirandy unosi się smużka czarnego dymu, ale nie miała czasu się przyglądać. Pobiegła korytarzem, zostawiając za sobą otwarte drzwi.

Ruszyła w górę po schodach, omal nie potykając się o spódnice. W pewnym momencie boleśnie obiła sobie kolano o stopień. Krzyknęła, ale nie zwolniła. Dotarłszy na pierwszy podest, popędziła długim krętym korytarzem, który w oddali ginął w cieniu. Po obu jego stronach ciągnęły się drzwi. Tessa zatrzymała się i spróbowała otworzyć jedne z nich, ale okazało się, że są zamknięte na klucz. Podobnie było z kilkorgiem następnych. Ale przecież w tym domu musiały gdzieś znajdować się frontowe drzwi?

Na końcu korytarza ujrzała kolejne schody prowadzące w dół. Gdy po nich zbiegła, trafiła do holu wejściowego. Kiedyś musiał wyglądać imponująco, teraz marmurowa podłoga była popękana i zaplamiona, wysokie okna po obu stronach zasłonięte kotarami. Przez koronki wlewało się do środka trochę blasku, oświetlającego ogromne podwoje. Serce Tessy podskoczyło. Sięgnęła do gałki, przekręciła ją i... drzwi stanęły otworem.

Za nimi Tessa ujrzała wąską brukowaną uliczkę z rzędami szeregowych domów po obu stronach. Zapach miasta był jak cios - od tak dawna nie oddychała świeżym powietrzem. Nadchodził zmrok, niebo zasnute pasmami mgły robiło się granatowe. Z oddali dobiegały głosy, krzyki bawiących się dzieci, stuk końskich podków, ale tutaj uliczka była opustoszała, nie licząc mężczyzny, który opierał się o latarnię gazową i czytał gazetę w jej świetle.

Mimo wszystko to był jakiś człowiek. Tessa zbiegła po stopniach, zbliżyła się do nieznajomego i chwyciła go za rękaw.

- Proszę pana... mógłby mi pan pomóc...

Mężczyzna odwrócił się i zmierzył ją wzrokiem.

Tessa stłumiła okrzyk na widok woskowatej twarzy, równie białej jak wtedy, kiedy pierwszy raz ją zobaczyła w porcie Southampton. Wyłupiaste oczy były takie same jak u Mirandy, zęby zalśniły metalicznie, kiedy uśmiechnął się szeroko.

Woźnica Mrocznych Sióstr.

Tessa rzuciła się do ucieczki. Niestety, za późno.

 

Rozdział drugi

Piekło jest zimne

"Życie się waha między dwoma światy:

Gwiazda wieczorna, co się na dnia słoni

Rąbek. Jak mało wiemy, czym przed laty

Byliśmy, czym dziś!".

- Lord Byron, Don Juan (Przełożył Edward Porębowicz)

- Ty głupia dziewczyno! - rzuciła z wściekłością pani Black, zaciskając pęta, którymi przywiązała jej ręce do ramy łóżka. - Co zamierzałaś zrobić? Co sobie myślałaś? Dokąd chciałaś uciec?

Tessa nie odpowiedziała, tylko uniosła brodę i wbiła wzrok w ścianę. Nie pozwoli, żeby pani Black albo jej okropna siostra zobaczyły, jak bliska jest łez i jak bardzo bolą ją od sznura kostki i nadgarstki.

- Zupełnie nie zdaje sobie sprawy, jaki zaszczyt ją spotkał - stwierdziła pani Dark, która stała przy drzwiach, jakby chciała mieć pewność, że Tessa nie uwolni się z więzów i nie ucieknie. - Aż przykro na to patrzeć.

- Zrobiłyśmy wszystko, żeby przygotować ją dla Mistrza - dodała pani Black i westchnęła ciężko. - Aż szkoda naszej pracy i jej talentu. To mała, podstępna głuptaska.

- Istotnie - zgodziła się siostra. - Ale przecież wie, co stanie się z jej bratem, jeśli znowu spróbuje nas nie posłuchać? Tym razem byłyśmy skłonne do pobłażliwości, lecz następnym... - Zasyczała przez zęby, a Tessie włoski zjeżyły się karku. - Nathaniel nie będzie miał tyle szczęścia.

Tessa już nie mogła dłużej znieść tych gróźb. Wiedziała, że nie powinna się odzywać, dawać im satysfakcji, ale nie zdołała się powstrzymać.

- Gdybyście mi powiedziały, kim jest Mistrz i czego ode mnie chce...

- Chce się z tobą ożenić, ty mała głuptasko. - Pani Black dokończyła wiązanie pęt i cofnęła się, żeby ocenić swoje dzieło. - Chce dać ci wszystko.

- Ale dlaczego? - wyszeptała Tessa. - Dlaczego ja?

- Z powodu twojego talentu - wyjaśniła pani Black. - Z powodu tego, kim jesteś i co potrafisz. Do czego cię wyszkoliłyśmy. Powinnaś być nam wdzięczna.

- Ale mój brat. - Łzy zapiekły Tessę w oczach. Nie będę płakać, nie będę płakać. Nie będę płakać. - Powiedziałyście mi, że jeśli zrobię wszystko, co każecie, wypuścicie go...

- Kiedy wyjdziesz za Mistrza, on da ci wszystko, czego zapragniesz. Na przykład, twojego brata. - W głosie pani Black nie było żadnych emocji.

Pani Dark zachichotała.

- Wiem, o czym ona myśli. Ona myśli, że gdyby mogła dostać wszystko, czego zapragnie, kazałaby nas zabić.

- Nie trać energii nawet na wyobrażanie sobie takiej możliwości. - Pani Black pogłaskała podbródek Tessy. - Mamy umowę z Mistrzem. On nie może ani nie chce zrobić nam krzywdy. Jest nam dużo winien za ciebie. - Pochyliła się i ściszyła głos do szeptu. - Chce ciebie zdrową i nietkniętą. Gdyby nie to, zbiłybyśmy cię do krwi. Jeśli jeszcze raz ośmielisz się nas nie posłuchać, zlekceważę jego życzenia i każe cię wychłostać, aż zejdzie ci skóra. Zrozumiałaś?

Tessa odwróciła twarz do ściany.

Pewnej nocy na Maine, kiedy mijali Nową Funlandię, Tessa nie mogła zasnąć. Wyszła na pokład, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, i zobaczyła, że czarne morze jest pełne białych lśniących gór lodowych, które, jak powiedział jej jeden z marynarzy, odłamały się od północnych lodowców z powodu ocieplenia. Dryfowały wolno po ciemnej wodzie niczym wieże zatopionego białego miasta. Tessa pomyślała wtedy, że właśnie tak wygląda prawdziwa samotność.

Teraz wiedziała, że to był zaledwie przedsmak samotności. Kiedy Siostry wyszły, stwierdziła, że już nie ma ochoty płakać. Pieczenie w oczach ustąpiło miejsca poczuciu głuchej rozpaczy. Pani Dark miała rację. Gdyby Tessa mogła je obie zabić, zrobiłaby to bez wahania.

Na próbę pociągnęła za sznurki, którymi przywiązano jej ręce i nogi do słupów łóżka. Pęta nawet nie drgnęły, tak były ciasne. Wpijały się w ciało i powodowały mrowienie w dłoniach i stopach, jakby kłuły ją dziesiątki szpilek. Tessa oceniała, że za kilka minut całkiem zdrętwieje.

Z jednej strony chciała zaprzestać walki, leżeć nieruchomo i czekać, aż przyjdzie po nią Mistrz. Pewnie niedługo, bo niebo już ciemniało za małym oknem. Może on naprawdę chciał się z nią ożenić? Może naprawdę chciał dać jej wszystko?

Nagle usłyszała w głowie głos ciotki Harriet: "Zapamiętaj, Teeso, że kiedy znajdziesz mężczyznę, który będzie chciał cię poślubić, poznasz, co to za człowiek, nie po tym, co mówi, ale po tym, co robi".

Ciotka Harriet oczywiście miała rację. Mężczyzna, którego pragnęłaby poślubić, nie dopuściłby do tego, żeby traktowano ją jak więźnia i niewolnicę, nie uwięziłby jej brata i nie torturował jej z powodu jakiegoś talentu. To była parodia. Tylko niebiosa wiedziały, co naprawdę zrobi z nią Mistrz, kiedy już dostanie ją w swoje ręce. Pewnie wkrótce żałowałaby, że przeżyła.

Boże, jakiż bezużyteczny był jej talent! Umiejętność zmieniania wyglądu? Gdyby miała moc podpalania przedmiotów albo łamania metalu, sprawiania, żeby z palców wyrastały jej noże! Czynienia siebie niewidzialną albo kurczenia się do wielkości myszy...

Nagle znieruchomiała, tak że wyraźnie usłyszała tykanie mechanicznego anioła na piersi. Przecież nie musiała kurczyć się do wielkości myszy. Wystarczyło zmniejszyć się na tyle, żeby pęta na nadgarstkach stały się luźne.

Potrafiła zmienić się w kogoś innego po raz drugi, nie dotykając rzeczy należącej do tej osoby. Siostry kazały jej zapamiętać, jak to się robi. Wreszcie była zadowolona, że zmusiły ją do nauki.

Leżąc na twardym materacu, przywołała wspomnienia. Kuchnia, ulica, śmiganie igły, blask latarni gazowej. Nakazała sobie Zmianę. Jak masz na imię? Emma. Emma Bayliss...

Transformacja przetoczyła się przez nią jak pociąg, niemal pozbawiła ją tchu. Zaczęły się przekształcać kości i skóra. Tessa stłumiła okrzyk, wygięła plecy w łuk...

I stało się. Tessa przez chwilę gapiła się w sufit, mrugając, potem zerknęła na boki, na swoje ręce, na pętającą je linę. Zobaczyła dłonie Emmy, chude i kruche. Lina wisiała luźno na drobnych nadgarstkach. Tessa triumfalnie uwolniła ręce i usiadła, masując czerwone pręgi na skórze.

Kostki nadal miała związane. Pochyliła się i zaczęła majstrować przy pętach. Okazało się, że pani Black potrafi wiązać węzły jak marynarz. Zanim lina opadła, palce Tessy były zakrwawione i obolałe. W końcu zerwała się z łóżka.

Cienkie i delikatne włosy Emmy wysunęły się ze spinek. Tessa niecierpliwym gestem odgarnęła je do tyłu i uwolniła się od dziewczynki. Po chwili poczuła pod palcami swoje włosy, gęste, znajome w dotyku. Zerknąwszy w lustro po drugiej stronie pokoju, zobaczyła, że znowu jest sobą. Mała Emma Bayliss zniknęła.

W tym momencie usłyszała za plecami hałas i odwróciła się pośpiesznie. Gałka obracała się w tę i z powrotem, jakby osoba stojąca po drugiej stronie miała trudności z otwarciem drzwi.

Pani Dark. Wróciła, żeby wychłostać ją do krwi. Wróciła, żeby zabrać ją do Mistrza. Tessa przebiegła przez pokój, chwyciła porcelanowy dzbanek z toaletki i podkradła się pod drzwi, mocno ściskając naczynie w zbielałej ręce.

Gałka obróciła się do końca, drzwi się uchyliły. W mroku Tessa dostrzegła jedynie cień, kiedy ktoś wszedł do pokoju. Skoczyła do przodu, z całej siły zamachnęła się dzbankiem...

Ciemna postać poruszyła się szybko jak bicz, ale nie dość szybko. Dzbanek trafił w wyciągniętą rękę, wyleciał z dłoni Tessy i rozbił się na przeciwległej ścianie. Stłuczona porcelana posypała się na podłogę, intruz wrzasnął.

Głos był męski. Po okrzyku posypał się stek przekleństw.

Tessa popędziła do wyjścia... ale drzwi zatrzasnęły się jej przed nosem. Kiedy chwyciła za gałkę, ta nawet nie drgnęła. Pokój zalało jasne światło, jakby nagle wstało słońce. Tessa odwróciła się, zamrugała załzawionymi oczami... i osłupiała.

Przed nią stał chłopiec, niewiele starszy od niej. Mógł mieć jakieś siedemnaście, osiemnaście lat. Był ubrany w postrzępioną czarną kurtkę, spodnie i ciężkie buciory. Nie nosił kamizelki, jego pierś przecinały grube skórzane pasy. Zatknięta była za nie liczna broń: sztylety, składane noże, przedmioty, które wyglądały jak krótkie miecze z lodu. W prawej ręce trzymał coś, co wyglądało na kamień. I ten kamień jarzył się, wypełniając pokój światłem, które niemal oślepiło Tessę. Druga ręka - szczupła, o długich palcach - krwawiła w miejscu, gdzie Tessa skaleczyła ją dzbankiem.

Ale nie z powodu rany Tessa wytrzeszczyła oczy. Chłopak miał najpiękniejszą twarz, jaką kiedykolwiek widziała. Kręcone czarne włosy i oczy jak niebieskie szkło. Wyraźnie zarysowane kości policzkowe, pełne usta i długie, gęste rzęsy. Nawet podbródek był doskonały. Chłopak przypominał fikcyjnych bohaterów, których nieraz sobie wyobrażała. Tyle że w jej marzeniach ktoś taki nigdy nie przeklinał ani nie wygrażał jej zakrwawioną ręką.

Intruz zauważył osłupiałe spojrzenie Tessy i zamilkł na chwilę.

- Skaleczyła mnie pani - powiedział w końcu. Miał przyjemny głos. Brytyjski akcent. Całkiem zwyczajny. Z krytycznym zainteresowaniem popatrzył na swoją dłoń. - To może być śmiertelna rana.

Tessa spojrzała na niego wielkimi oczami.

- Pan jest Mistrzem?

Chłopak obrócił rękę. Ściekająca po niej krew splamiła podłogę.

- No tak, duża utrata krwi. Śmierć może nastąpić w każdej chwili.

- Pan jest Mistrzem?

- Mistrzem? - Chłopak wyglądał na lekko zaskoczonego gwałtownością jej tonu. - Opanowałem w życiu wiele umiejętności: nawigowanie po ulicach Londynu, mówienie po francusku bez akcentu, tańczenie kadryla, japońską sztukę układania kwiatów, oszukiwanie w grach, ukrywanie stanu odurzenia, zachwycanie młodych kobiet swoimi wdziękami...

Tessa wytrzeszczyła oczy. Miała coraz silniejsze wrażenie, że znalazła się w dziwnym śnie.

- Niestety, nikt nigdy nie zwracał się do mnie "mistrzu". Niestety...

- Jest pan teraz odurzony? - Tessa zdała pytanie z całą powagą, ale w chwili, kiedy wypowiedziała te słowa, uświadomiła sobie, że musiały zabrzmieć bardzo niegrzecznie albo, co gorsza, kokieteryjnie. Nieznajomy zresztą zbyt pewnie stał na nogach jak na pijanego. Wystarczająco dużo razy widziała Nate'a w tym stanie, żeby poznać różnicę. Może ten chłopak był tylko szalony.

- Jaka bezpośrednia! Ale przypuszczam, że wszystkie takie jesteście, wy, Amerykanki, prawda? - Chłopak wyglądał na rozbawionego. - Tak, zdradza panią akcent. Jak pani ma na imię?

Tessa popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

- Jak mam na imię?

- Nie zna go pani?

- Pan... wpada do mojego pokoju, straszy mnie na śmierć, a teraz pyta, jak mam na imię? A pan jak się nazywa, do licha? I kim w ogóle pan jest?

- Nazywam się Herondale - odparł wesoło chłopak. - William Herondale, ale wszyscy mówią mi Will. To naprawdę jest pani pokój? Niezbyt ładny, co? - Podszedł do okna, zatrzymał się, spojrzał na stosy książek leżące na nocnej szafce, a potem na samo łóżko. Wskazał ręką na sznury. - Często śpi pani przywiązana do łóżka?

Tessa poczuła, że twarz jej płonie. Była zdumiona, że nawet w tych okolicznościach potrafi czuć się zakłopotana. Powinna powiedzieć mu prawdę? Czy to możliwe, żeby był Mistrzem? Przecież ktoś o takim wyglądzie nie musiałby porywać dziewczyn ani ich wiązać, żeby je zmusić do ślubu.

- Proszę. - Podał jej świecący kamień.

Tessa wzięła go do ręki, spodziewając się, że sparzy jej palce, ale okazał się zimny w dotyku. W chwili, gdy znalazł się w jej dłoni, światło przygasło do migotliwej poświaty. Tessa z konsternacją spojrzała na nieproszonego gościa, ale on podszedł do okna i wyjrzał przez nie, jak gdyby nigdy nic.

- Szkoda, że jesteśmy na trzecim piętrze. Ja mógłbym skoczyć, ale pani prawdopodobnie by zginęła. Nie. Musimy zaryzykować i wyjść normalną drogą.

- Wyjść... Co takiego? - Tessa potrząsnęła głową w niemal permanentnym stanie oszołomienia. - Nie rozumiem.

- Jak może pani nie rozumieć? - Wskazał na książki. - Czyta pani powieści. Przybyłem tutaj, żeby panią uratować. Nie wyglądam jak sir Galahad? - Dramatycznym gestem uniósł ramiona. - "Moja siła jest siłą dziesięciu, bo moje serce jest czyste...".

Z głębi domu dobiegło trzaśnięcie drzwiami.

Will wykrzyknął słowo, którego sir Galahad nigdy by nie wypowiedział, i odskoczył od okna. Skrzywił się, popatrzył na swoją skaleczoną rękę.

- Muszę później się tym zająć. Chodźmy... - Spojrzał na nią pytająco.

- Panna Gray - powiedziała Tessa słabym głosem. - Panna Theresa Gray.

- Panna Gray - powtórzył Herondale. - W takim razie chodźmy, panno Gray. - Wyminął ją i ruszył do drzwi. Sięgnął do gałki, przekręcił ją, szarpnął...

I nic.

- Nie można otworzyć tych drzwi od środka - poinformowała go Tessa.

Will uśmiechnął się drapieżnie.

- Naprawdę?

Sięgnął do pasa i z zatkniętych za nim przedmiotów wybrał coś w rodzaju długiej, smukłej witki, starannie obranej z mniejszych gałązek i wykonanej ze srebrzystobiałego materiału. Herondale przytknął jej koniec do drzwi i zaczął coś na nich rysować. Na to, co robił, nie było innego określenia. Z czubka giętkiego cylindra spiralą spływały grube czarne linie i z sykiem rozprzestrzeniały się po drewnianej powierzchni jak kleks z atramentu.

- Rysuje pan? - zapytała Tessa. - Naprawdę nie rozumiem, jak to może...

Rozległ się trzask, jakby pękło szkło. Gałka zaczęła się obracać, coraz szybciej, aż w końcu drzwi otworzyły się gwałtownie. Z zawiasów uniósł się dym.

- Gotowe - oznajmił Will, chowając z powrotem dziwny przedmiot. Skinął na Tessę. - Chodźmy.

O dziwo, Tessa się zawahała. Spojrzała przez ramię na pokój, który był jej więzieniem przez prawie dwa miesiące.

- Moje książki...

- Dam pani więcej książek.

Will bezceremonialnie wypchnął ją z pokoju i zamknął za sobą drzwi, po czym chwycił dziewczynę za nadgarstek i pociągnął korytarzem. Za rogiem były się schody, którymi Tessa wiele razy schodziła z Mirandą. Will zaczął po nich zbiegać, wlokąc ją za sobą. Słaby blask świecącego kamienia, który Tessa nadal trzymała w lewej ręce, tańczył po ścianach na przemian z cieniami.

Z góry dobiegł krzyk. Z całą pewnością wydała go pani Dark.

- Odkryli, że pani zniknęła - stwierdził Will.

Gdy dotarli na pierwsze półpiętro, Tessa zwolniła, ale Herondale szarpnął ją za sobą. Najwyraźniej nie miał ochoty się zatrzymywać.

- Nie wyjdziemy frontowymi drzwiami? - zapytała Tessa.

- Nie możemy. Budynek jest otoczony. Od frontu stoi rząd powozów. Zdaje się, że nieoczekiwanie przybyłem tu w ekscytującej chwili. - Ruszył w dół po schodach. Tessa podążyła za nim. - Wie pani, co zaplanowały na ten wieczór Mroczne Siostry?

Tessa pokręciła głową.

- Ale spodziewała się pani kogoś zwanego Mistrzem?

Znajdowali się teraz w piwnicy. Otynkowane ściany ustąpiły miejsca wilgotnemu kamieniowi. Bez lampy Mirandy było tu dość ciemno. Gorąco uderzyło w nich jak fala.

- Na Anioła, tu jest jak w dziewiątym kręgu piekła...

- Dziewiąty krąg piekła jest zimny - poprawiła go odruchowo Tessa.

Will zerknął na nią z ukosa.

- Co?

- Inferno. W piekle panuje zimno. Jest skute lodem.

Herondale gapił się na nią przez dłuższą chwilę. Kąciki jego ust drgały. W końcu wyciągnął rękę.

- Proszę mi oddać magiczne światło. - Widząc jej minę, Will syknął ze zniecierpliwieniem. - Kamień. Niech pani da mi kamień.

W chwili gdy dłoń Herondale'a zamknęła się wokół czarodziejskiego przedmiotu, ten znowu zapłonął pełnym blaskiem, przeświecającym między jego palcami. Po raz pierwszy Tessa zobaczyła na grzbiecie ręki Willa narysowany czarnym atramentem wzór w postaci otwartego oka.

- Jeśli chodzi o temperaturę piekła, panno Gray, pozwolę sobie udzielić pani pewnej rady - powiedział. - Przystojny młody człowiek, który próbuje panią uratować przed strasznym losem, nigdy się nie myli. Nawet kiedy mówi, że niebo jest fioletowe i zrobione z jeży.

On naprawdę jest szalony, pomyślała Tessa, ale nie odezwała się słowem. Była zbyt zaniepokojona tym, że jej wybawca ruszył w stronę szerokich podwójnych drzwi prowadzących do komnat Mrocznych Sióstr.

- Nie! - krzyknęła, łapiąc go za ramię i ciągnąc do tyłu. - Nie tędy. Tu nie ma wyjścia.

- Znowu mnie pani poprawia - stwierdził Will, ale odwrócił się i pomaszerował w drugą stronę, ku ciemnemu korytarzowi, którego Tessa zawsze się bała.

Przełknęła ślinę i ruszyła za nim.

Korytarz zwężał się stopniowo, ściany napierały na nich z obu stron. Panował tutaj jeszcze większy skwar. Włosy Tessy skręcały się w loki, kleiły do skroni i karku. Powietrze wydawało się tak gęste, że trudno było nim oddychać. Przez chwilę szli w milczeniu, aż w końcu Tessa nie wytrzymała napięcia. Musiała zadać pytanie, choć spodziewała się przeczącej odpowiedzi.

- Panie Herondale, czy przysłał pana mój brat?

Trochę się obawiała, że usłyszy jakąś zwariowaną uwagę, ale Will tylko spojrzał na nią ze zdziwieniem.

- Nigdy nie słyszałem o pani bracie - odparł krótko.

Tessa poczuła w sercu tępy ból rozczarowania, choć wiedziała, że nie mógł przysłać go Nate. Inaczej Herondale znałby jej imię, prawda?

- O pani również nie słyszałem jeszcze dziesięć minut temu. Od prawie dwóch miesięcy idę tropem martwej dziewczynki. Została zamordowana, wykrwawiła się w zaułku na śmierć. Przed czymś uciekała. - W tym miejscu korytarz się rozwidlał. Po chwili wahania Will skręcił w lewo. - Obok niej leżał sztylet umazany jej krwią. Był na nim wyryty symbol: dwa węże połykające nawzajem swoje ogony.

Tessa drgnęła. Wykrwawiła się na śmierć w zaułku Obok niej leżał sztylet. Z pewnością chodziło o ciało Emmy.

- Taki sam symbol widnieje na boku powozu Mrocznych Sióstr. Tak je nazywam, to znaczy panią Dark i panią Black...

- Nie tylko pani tak je nazywa. Inni Podziemni również. Przekonałem się o tym, badając symbol. Musiałem pokazać nóż w dziesiątkach najbardziej uczęszczanych miejsc Podziemnego Świata, szukając kogoś, kto by go rozpoznał. Zaoferowałem nagrodę za informację. W końcu do moich uszu dotarł przydomek Mroczne Siostry.

- Podziemny Świat? - powtórzyła Tessa. - To miejsce w Londynie?

- Nieważne - uciął Will. - Właśnie chwalę się swoimi umiejętnościami detektywistycznymi i wolałbym, żeby mi nie przerywano. Na czym skończyłem?

- Sztylet... - Tessa urwała raptownie, bo w korytarzu rozbrzmiał głos: wysoki, przymilny, znajomy.

- Panno Gray! - Głos panny Dark unosił się między ścianami jak snujący się dym. - Panno Graaay! Gdzie jesteś?

Tessa zamarła.

- O, Boże, dogoniły nas...

Will chwycił ją za nadgarstek i popędził przed siebie. Blask magicznego kamienia tworzył dzikie wzory ze światła i cienia na kamiennych murach, kiedy uciekali krętym korytarzem. Podłoga opadała w dół, kamienie pod nogami stawały się coraz bardziej śliskie i wilgotne, powietrze coraz gorętsze. Zupełnie, jakbyśmy biegli przez samo piekło, pomyślała Tessa, słuchając, jak głosy Mrocznych Sióstr odbijają się echem od ścian.

- Panno Graaaay! Nie pozwolimy ci uciec, przecież wiesz. Nie pozwolimy ci się ukryć! Znajdziemy cię, dziecino. Wiesz, że znajdziemy.

Will i Tessa pokonali zakręt i zatrzymali się raptownie. Korytarz kończył się wysokimi metalowymi drzwiami. Herondale puścił rękę Tessy i rzucił się na nie z impetem. Gdy ustąpiły, wpadł do środka, a Tessa za nim. Natychmiast zamknęła je za nimi. Były tak ciężkie, że musiała naprzeć na nie plecami.

Jedyne oświetlenie w pomieszczeniu stanowił magiczny kamień. Jego blask przygasł, ledwo żarzył się między palcami Willa, ale wydobywał jego postać z ciemności jak reflektor na scenie. Herondale z trudem zasunął rygiel pokryty rdzą. Stojąc blisko, nadal oparta plecami o drzwi, Tessa wyczuwała napięcie jego mięśni.

- Panno Gray? - Pochylił się do niej.

Wyraźnie słyszała jego galopujące serce... a może to było jej serce? Dziwna biała poświata rzucana przez kamień migotała na jego kościach policzkowych, na cienkiej warstwie potu na obojczykach. Tam również Tessa dostrzegła znaki, widoczne pod kołnierzem koszuli: czarne i grube, jakby ktoś namalował je atramentem na skórze.

- Gdzie my jesteśmy? - wyszeptała. - Czy tu jest bezpiecznie?

Will nie odpowiedział, tylko się cofnął i uniósł prawą rękę. Kamień zapłonął mocniej, oświetlając całe pomieszczenie.

Znajdowali się w czymś w rodzaju celi, tyle że ogromnej, całej z kamienia. Podłoga opadała do dużego otworu odpływowego. Było tam tylko jedno okno, osadzone wysoko w ścianie, zakratowane, i tylko jedne drzwi, te przez które weszli. Ale Tessa wstrzymała oddech z innego powodu.

To miejsce było rzeźnią. Przez całe pomieszczenie biegły długie drewniane stoły. Leżały na nich ciała... ludzkie ciała, nagie i blade. Każde miało na piersi nacięcie w kształcie litery Y, głowy zwieszały się z blatów. Włosy kobiet omiatały posadzkę jak miotły. Na środkowym stole leżały zakrwawione noże i części jakiejś maszynerii: miedziane tryby, mosiężne przekładnie oraz srebrne piły o ostrych zębach.

Tessa przycisnęła dłoń do ust, tłumiąc okrzyk. Poczuła smak krwi, kiedy przygryzła sobie palec. Will chyba tego nie zauważył. Rozglądał się i mamrotał coś pod nosem.

Nagle rozległ się huk i metalowe drzwi zatrzęsły się, jakby uderzyło w nie coś ciężkiego. Tessa opuściła rękę i krzyknęła:

- Panie Herondale!

Will odwrócił się, kiedy drzwi zadygotały ponownie. Z drugiej strony dobiegł głos:

- Panno Gray! Proszę wyjść natychmiast, nie zrobimy pani krzywdy!

- Kłamią - powiedziała szybko Tessa.

- Naprawdę tak pani myśli?

Will schował do kieszeni magiczny kamień i wskoczył na środkowy stół, pełen zakrwawionych narzędzi. Schylił się po ciężki mosiężny tryb, zważył go w dłoni i ze stęknięciem cisnął nim w zakratowane okno. Szkło się roztrzaskało, Will zawołał:

- Henry! Pomóż, proszę! Henry!

- Kto to jest Henry? - zapytała Tessa, ale w tym momencie drzwi zadrżały po raz trzeci i w metalu pojawiło się cienkie pęknięcie. Było widać, że nie wytrzymają długo.

Tessa popędziła do stołu i niemal na oślep chwyciła metalową piłę o nierównych zębach, taką, jakich używają rzeźnicy do cięcia kości. Ściskając broń w ręce, odwróciła się, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie.

W progu stanęły Mroczne Siostry. Pani Dark, wysoka i chuda jak szczapa w jaskrawozielonej lśniącej sukni, oraz pani Black, z czerwoną twarzą i oczami zmrużonymi do szparek. Otaczała je jasna aureola z niebieskich iskier, niczym małe fajerwerki. Ich spojrzenia prześliznęły się po Willu, który, nadal stojąc na stole, wydobył zza pasa jedno z lodowych ostrzy, i spoczęły na Tessie. Usta pani Black - czerwona szrama na bladej twarzy - rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.

- Mała panna Gray. Powinnaś być mądrzejsza. Mówiłyśmy ci, co się stanie, jeśli znowu uciekniesz...

- Więc zróbcie to! Wychłoszczcie mnie do krwi. Zabijcie! Nic mnie to nie obchodzi! - krzyknęła Tessa i z zadowoleniem stwierdziła, że Mroczne Siostry są lekko zaskoczone jej wybuchem. Wcześniej była zbyt przerażona, żeby podnieść na nie głos. - Nie pozwolę, żebyście oddały mnie Mistrzowi! Raczej umrę!

- Jaki masz raptem ostry język, moja droga - rzuciła pani Black i wolno zaczęła ściągać rękawiczkę z prawej dłoni.

Tessa po raz pierwszy zobaczyła jej nagą rękę. Skóra na niej była szara i gruba jak u słonia, paznokcie przypominały długie ciemne szpony, ostre jak noże. Pani Black spojrzała na podopieczną z uśmiechem przyklejonym do twarzy.

- Może, gdybyśmy ucięły ci język, nauczyłabyś się przestrzegać manier.

Ruszyła w stronę Tessy, ale w tym momencie Will zeskoczył ze stołu i zastąpił jej drogę.

- Malik - powiedział. Białe lodowe ostrze jego broni rozbłysło jak spadająca gwiazda.

- Zejdź mi z drogi, wojowniku Nefilim - zażądała pani Black. - I zabierz swój seraficki nóż. To nie jest twoja bitwa.

- Myli się pani. - Will zmrużył oczy. - Słyszałem o pani różne rzeczy, milady. Szepcze się, że płyniecie przez Podziemny Świat jak rzeka czarnej trucizny. Mówiono mi, że pani i siostra szczodrze płacicie za ciała martwych ludzi i nie pytacie, w jaki sposób umarli.

- Tyle hałasu o paru Przyziemnych. - Pani Dark zachichotała i przysunęła się do siostry, tak że Will, z jaśniejącą bronią, znalazł się między nimi a Tessą. - Nie mamy nic do ciebie, Nocny Łowco, chyba że sam zaczniesz spór. Naruszyłeś nasze terytorium, a czyniąc to, złamałeś Przymierze. Mogłybyśmy donieść na ciebie Clave...

- Clave nie pochwala wkraczania na cudzy teren, ale jeszcze bardziej nie podoba im się ucinanie głów i obdzieranie ludzi ze skóry - odparował Will. - Dziwnie wtedy wyglądają.

- Ludzi? - prychnęła pani Dark. - Mówimy o Przyziemnych, a oni nie obchodzą was bardziej niż nas. - Spojrzała na Tessę. - Powiedział ci, kim naprawdę jest? Nie człowiekiem...

- Tak pani twierdzi - wykrztusiła drżącym głosem Tessa.

- A czy ona wyznała panu, kim jest? - spytała pani Black. - Wspomniała o swoim talencie? O tym, co potrafi?

- Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że ma to coś wspólnego z Mistrzem - rzekł Will.

Pani Dark zrobiła podejrzliwą minę.

- Wie pan o Mistrzu? - Łypnęła na Tessę. - A, rozumiem. Tylko to panu zdradziła. Mistrz, mój aniele, jest bardziej niebezpieczny, niż potrafisz sobie wyobrazić. I długo czekał na kogoś ze zdolnościami Tessy. Można nawet powiedzieć, że to dzięki niemu ona się urodziła...

Jej dalsze słowa zagłuszył potężny huk. Cała wschodnia ściana pomieszczenia nagle zapadła się do środka. Jak w starej obrazkowej Biblii Tessy, kiedy runęły mury Jerycha. W jednej chwili ściana stała, w następnej zniknęła bez śladu. Zamiast niej ziała czernią wielka prostokątna dziura, wypełniona duszącym pyłem.

Pani Dark wydała cienki okrzyk i chwyciła spódnice kościstymi palcami. Najwyraźniej nie spodziewała się takiej katastrofy.

Will chwycił Tessę za rękę, przyciągnął ją do siebie i zasłonił własnym ciałem, kiedy posypały się na nich kamienie i tynk. Gdy ją objął, Tessa usłyszała krzyk pani Black.

Wykręciła się w objęciach Willa, żeby zobaczyć, co się dzieje. Pani Dark drżącym palcem wskazywała czarną dziurę w ścianie. Pył zaczynał osiadać, tak że ciemne postacie kroczące w ich stronę przez pobojowisko przybrały wyraźniejsze kształty. Dwie ludzkie postacie dzierżyły broń świecącą niebiesko-białym blaskiem, taką samą jak Willa. Aniołowie, pomyślała Tessa. To światło, takie jasne... kim innym mogliby być?

Pani Black wrzasnęła i rzuciła się do ataku, wyciągając przed siebie ręce. Trysnęły z nich iskry, niczym eksplodujące fajerwerki. Tessa usłyszała, że ktoś krzyczy, i to bardzo ludzkim głosem. Will puścił ją, odwrócił się błyskawicznie i cisnął płonącym nożem w panią Black. Broń, obracając się, poszybowała w powietrzu i wbiła się w jej pierś. Kobieta zatoczyła się z wyciem do tyłu i runęła na jeden z upiornych stołów, a ten zawalił się pod jej ciężarem.

Will uśmiechnął się szeroko i niezbyt przyjemnie, po czym znów się odwrócił i spojrzał na Tessę. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu... a potem otoczyli go towarzysze, dwaj mężczyźni w dopasowanych ciemnych płaszczach, z jaśniejącą bronią w rękach. Poruszali się tak szybko, że w oczach Tessy wyglądali niemal jak zamazane plamy.

Cofnęła się pod przeciwległą ścianę, żeby uciec przed chaosem, który panował na środku pokoju, gdzie pani Dark, wykrzykując obelgi, powstrzymywała przeciwników iskrami sypiącymi się z jej rąk niczym ognisty deszcz. Pani Black wiła się na podłodze, a jej ciało otaczał czarny dym, jakby płonęła od środka.

Tessa ruszyła w stronę otwartych drzwi... lecz silne ręce chwyciły ją od tyłu i zatrzymały. Dziewczyna wrzasnęła i próbowała się wyrwać, ale jej barki opasywała żelazna obręcz. Przechyliła głowę i wbiła zęby w dłoń ściskającą jej lewe ramię. Ktoś krzyknął i puścił ją raptownie. Tessa odwróciła się i zobaczyła wysokiego mężczyznę z gęstą czupryną potarganych rudych włosów. Nieznajomy patrzył na nią z wyrzutem i przyciskał do piersi krwawiącą dłoń.

- Will! - zawołał. - Will, dziewczyna mnie ugryzła!

- Naprawdę, Henry?

Herondale, niczym duch, wyłonił się z chaosu dymu i płomieni z jak zwykle rozbawioną miną. Za nim drugi z jego towarzyszy, muskularny młody mężczyzna o kasztanowych włosach, trzymał wyrywającą się panią Dark. Pani Black leżała nieruchomo na podłodze. Will uniósł brew.

- Bardzo brzydko jest gryźć ludzi - rzekł karcącym tonem. - Niegrzecznie. Nikt pani tego nigdy nie mówił?

- Niegrzecznie jest również znienacka obłapiać damy, którym nie zostało się przedstawionym - odparowała Tessa. - Nikt panu tego nigdy nie mówił?

Henry pomachał z żałosnym uśmiechem krwawiącą ręką. Miał miłą twarz. Tessa niemal poczuła się winna, że go ugryzła.

- Will! Uważaj! - krzyknął mężczyzna o kasztanowych włosach.

Herondale odwrócił się w chwili, w której coś pofrunęło w powietrzu, omal nie trafiło Henry'ego w głowę i rozbiło się o ścianę za Tessą. Był to duży mosiężny tryb. Uderzył w mur z taką siłą, że utknął w nim jak w miękkiej glinie. Tessa odwróciła się... i zobaczyła, że pani Black idzie w ich stronę z oczami płonącymi w białej twarzy jak rozżarzone węgle. Wokół rękojeści miecza sterczącego z jej piersi tańczyły języki czarnego ognia.

- Cholera... - Will sięgnął po kolejną broń zatkniętą za pas. - Myślałem, że ją zabiliśmy...

Pani Black zaatakowała, obnażając zęby. Will uskoczył jej z drogi, ale Henry nie był tak szybki. Gdy kobieta go uderzyła, aż zatoczył się do tyłu. Natychmiast wczepiła się w niego jak kleszcz i powaliła go na ziemię, warcząc i wbijając pazury w jego ramiona. Henry wrzasnął. Will uniósł nóż i wykrzyknął:

- Uriel!

Ostrze rozjarzyło się w jego dłoni niczym płonąca pochodnia. Tessa przywarła plecami do ściany, kiedy zamachnął się nożem. Pani Black rzuciła się na niego z wyciągniętymi szponami...

Ostrze gładko przecięło jej szyję, głowa spadła na kamienną posadzkę i potoczyła się po niej, podskakując. Tymczasem Henry, cały umazany czarną krwią, zrzucił z siebie martwe ciało, krzycząc z odrazą, i poderwał się na nogi.

W tym momencie powietrze rozdarł straszliwy wrzask.

- Nieeee!

Wydała go z siebie pani Dark. Mężczyzna o kasztanowych włosach puścił ją z nagłym okrzykiem, kiedy z jej rąk i oczu strzelił niebieski ogień. Wijąc się z bólu, upadł na bok, a pani Dark ruszyła w stronę Willa i Tessy. Jej oczy płonęły niczym czarne pochodnie. Syczała słowa w języku, którego Tessa nigdy nie słyszała. Brzmiały jak trzask płomieni. Kobieta uniosła rękę i cisnęła w Tessę czymś, co wyglądało jak niebieski piorun. Will z okrzykiem skoczył przed nią z wyciągniętą bronią. Błyskawica odbiła się od klingi i uderzyła w jedną z kamiennych ścian, a ta rozjarzyła się dziwnym światłem.

- Henry! - ryknął Will, nie odwracając się. - Zabierz pannę Gray w bezpieczne miejsce...

Kiedy Tessa poczuła na ramieniu dłoń Henry'ego, pani Dark cisnęła w nią kolejną zielononiebieską błyskawicę.

Dlaczego ona próbuje mnie zabić? - pomyślała ze zdziwieniem Tessa. Dlaczego nie Willa?

Gdy Henry pociągnął ją do siebie, z ostrza Herondale'a buchnęło więcej światła, które rozszczepiło się na dziesiątki gorejących odprysków. Tessa wpatrywała się w nie przez chwilę, zauroczona ich niezwykłym pięknem. Oprzytomniała, słysząc krzyk Henry'ego. Obrońca kazał jej paść na podłogę, ale niestety, było już za późno. Jedna z płonących drzazg trafiła ją w ramię z ogromną siłą. Impet wyrwał ją z uścisku Henry'ego i rzucił do tyłu, tak że mocno uderzyła głową w ścianę. Zanim świat zniknął, do jej uszu dotarł wysoki, skrzekliwy śmiech pani Dark.

 

Rozdział trzeci

Instytut

"Z pozoru świetny, nowy, nęcący tęczami

Świat, gościnnie rozwarte marzenia podwoje -

Ale naprawdę troski, bóle, niepokoje".

- Matthew Arnold, Wybrzeże w Dover (Przełożył Stanisław Barańczak)

We śnie Tessa znowu leżała przywiązana do wąskiego mosiężnego łóżka w Mrocznym Domu. Pani Black i pani Dark pochylały się nad nią - dziewczyna słyszała szczękanie długich drutów do wełny i ostry, głośny śmiech sióstr. Po chwili ich postacie się zmieniły, oczy zagłębiły się w czaszki, włosy zaczęły wypadać, na ustach pojawiły się szwy. Tessa krzyknęła bezgłośnie, ale Siostry najwyraźniej jej nie usłyszały.

Potem zniknęły, a nad Tessą pojawiła się ciotka Harriet z twarzą płonącą od gorączki, jak w czasie tamtej strasznej choroby, która ją zabiła. Patrząc na nią z wielkim smutkiem, powiedziała: "Starałam się. Próbowałam cię kochać. Ale nie jest łatwo pokochać dziecko, które nie jest człowiekiem...".

- Nie jest człowiekiem? - rozległ się nieznajomy kobiecy głos. - Cóż, jeśli nie człowiekiem, Enochu, to kim ona jest? - Ton stał się ostrzejszy. - Co mam na myśli? Wszyscy są kimś. Ta dziewczyna nie może być nikim...

***

Tessa zbudziła się z krzykiem, otworzyła oczy i zobaczyła, że otacza ją gęsta ciemność. Ogarnięta paniką, słyszała zaledwie szmer głosów. Usiadła z trudem, rozkopując pościel. Poczuła, że koc jest gruby i ciężki, a nie cienki, rzadko tkany jak w Mrocznym Domu.

Tak jak we śnie, leżała w łóżku w wielkim kamiennym pokoju, w którym prawie nie było światła. Słyszała własny chrapliwy oddech i krzyk, który wyrwał się z jej gardła, kiedy odwróciła głowę. W ciemności przed nią wisiała twarz z koszmaru: wielka i biała jak księżyc. Wygolona czaszka lśniła niczym marmur. Zamiast oczu były w niej same wgłębienia... nie tak, jakby oczy zostały wyłupane, tylko jakby w ogóle nie wyrosły. Wargi były zespolone czarnymi szwami, twarz pokryta czarnymi znakami takimi samymi jak na skórze Willa, z tym że te wyglądały, jakby wycięto je nożem.

Tessa krzyknęła ponownie i tak mocno szarpnęła się do tyłu, że spadła z łóżka. Uderzyła o zimną kamienną posadzkę. Koszula nocna, którą miała na sobie, biała i obca - ktoś musiał ją w nią ubrać, podczas gdy ona była nieprzytomna - podarła się na rąbku, kiedy Tessa gramoliła się na kolana.

- Panno Gray.

Ktoś wypowiedział jej nazwisko, ale ona, ogarnięta paniką, stwierdziła tylko, że ów głos jest jej nieznany. Mówiącym nie był potwór, który stał przy łóżku i wpatrywał się w nią z beznamiętną twarzą poznaczoną bliznami. Nie poruszył się, kiedy wstała z podłogi, i choć najwyraźniej nie zamierzał jej dopaść, zaczęła cofać się ostrożnie, macając za sobą rękami w poszukiwaniu drzwi. W pomieszczeniu panował mrok. Tessa widziała tylko, że pokój jest owalny, a ściany i podłoga są z kamienia. Sufit ginął wysoko w czarnych cieniach, wysokie okna były łukowate jak w kościele. Przesączało się przez nie bardzo niewiele światła. Wyglądało na to, że na zewnątrz jest noc.

- Thereso Gray...

W końcu trafiła na drzwi, wyczuła metalową klamkę. Odwróciła się z ulgą, chwyciła ją i pociągnęła. I nic. W jej gardle wezbrał szloch.

- Panno Gray! - Nagle pokój zalało światło, ostre, srebrnobiałe, znajome. - Panno Gray, przepraszam. Nie zamierzaliśmy pani przestraszyć. - Głos należał do kobiety, młodej i zatroskanej. - Panno Gray, proszę.

Tessa odwróciła się powoli i przywarła plecami do drzwi. Teraz wszystko ujrzała wyraźnie. Znajdowała się w kamiennym pokoju, którego centralny punkt stanowiło duże łoże z baldachimem. Aksamitna narzuta była skotłowana i na pół ściągnięta z materaca, kotary rozsunięte, na podłodze leżał elegancki dywan. Poza tym pomieszczenie było niemal puste. Żadnych obrazów ani zdjęć na ścianach, żadnych ozdób na meblach z ciemnego drewna. Przy łóżku stały naprzeciwko siebie dwa krzesła, a między nimi mały stolik do kawy. Chiński parawan rozstawiony w kącie prawdopodobnie zasłaniał wannę i umywalkę.

Obok łóżka stał wysoki mężczyzna w szacie podobnej do mnisiej - długiej, z szorstkiej tkaniny o barwie pergaminu. Jej mankiety i rąbek zdobiły czerwono-brązowe runy. Nieznajomy trzymał w ręce srebrną laskę z aniołem wyrzeźbionym na gałce i runami na całej długości. Zsunięty kaptur odsłaniał białą twarz ślepca pokrytą bliznami.

Przy nim stała bardzo niska kobieta, niemal wzrostu dziecka, o gęstych kasztanowych włosach związanych na karku, drobnej twarzy i bystrych świetlistych ciemnych oczach jak u ptaka. Nie była właściwie ładna, ale jej spokój i łagodność podziałały na Tessę kojąco, choć nie umiała powiedzieć, dlaczego. Kobieta trzymała w ręce jarzący się biały kamień. Jego blask przeświecał między palcami, rozjaśniając pokój.

- Thereso Gray - przemówiła kobieta - jestem Charlotte Branwell, szefowa Londyńskiego Instytutu, a to Brat Enoch...

- Co to za potwór? - wyszeptała Tessa.

Brat Enoch milczał. Jego twarz pozostawała całkowicie bez wyrazu.

- Wiem, że na ziemi są potwory - ciągnęła Tessa. - Nie wmówicie mi, że jest inaczej. Sama je widziałam.

- Nie zamierzamy niczego pani wmawiać - zapewniła pani Branwell. - Gdyby świat nie roił się od potworów, nie byliby potrzebni Nocni Łowcy.

Nocny Łowca. Tak Mroczne Siostry nazwały Willa Herondale'a. Will.

- Ja byłam... z Willem w piwnicach - dodała drżącym głosem Tessa. - Will powiedział... - Urwała i skarciła się w duchu. Nie powinna mówić o nim, używając jego imienia. To sugerowało nieistniejącą zażyłość między nimi. - Gdzie jest pan Herondale?

- Tutaj - odparła spokojnie pani Branwell. - W Instytucie.

- Mnie też tutaj przyprowadził? - zapytała szeptem Tessa.

Pani Branwell skinęła głową.

- Tak, ale nie powinna pani czuć się zdradzona, panno Gray. Bardzo mocno uderzyła się pani w głowę i Will się o panią martwił. Brat Enoch, choć jego wygląd może przerażać, jest zdolnym medykiem. Stwierdził, że uraz jest lekki, a głównie ucierpiała pani na skutek szoku i strachu. Prawdę mówiąc, byłoby lepiej, gdyby pani usiadła. Stojąc na bosaka w drzwiach, może się pani tylko przeziębić.

- Chodzi o to, że nie mogę stąd odejść - domyśliła się Tessa. Oblizała suche wargi.

- Jeśli zechce pani odejść, pozwolę na to, kiedy porozmawiamy - uspokoiła ją pani Branwell. - Nefilim nie więżą Podziemnych. Zabraniają tego Porozumienia.

- Nie wiem, o czym pani mówi.

Pani Branwell zawahała się, a następnie odwróciła do brata Enocha i powiedziała coś do niego ściszonym głosem. Ku uldze Tessy mężczyzna nasunął na twarz kaptur pergaminowej szaty. Jednakże chwilę później ruszył w jej stronę. Tessa pośpiesznie odsunęła się od drzwi, a mężczyzna otworzył je i zatrzymał się w progu.

I przemówił do Tessy. Choć słowo "przemówił" nie było właściwym określeniem. W jej głowie rozbrzmiał głos miękki jak futerko kota.

"Jesteś eidolonem, Thereso Gray. Zmiennokształtną. Ale z rodzaju, który nie jest mi znany. Nie nosisz znaku demona".

Zmiennokształtna. Ten człowiek wiedział, kim ona jest. Tessa patrzyła na niego z bijącym sercem, kiedy wychodził z pokoju i zamykał za sobą drzwi. Czuła, że gdyby do nich podbiegła i chwyciła za klamkę, okazałyby się zamknięte, ale i tak opuściła ją już chęć ucieczki. Kolana miała jak z waty. Osunęła się na jedno z dużych krzeseł stojących przy łóżku.

- O co chodzi? - zapytała pani Branwell, siadając naprzeciwko Tessy. Jej suknia była tak luźna, że trudno było stwierdzić, czy nosi pod nią gorset. Kości nadgarstków miała drobne jak u dziecka. - Co pani powiedział Brat Enoch?

Tessa pokręciła głową i splotła dłonie na podołku, żeby pani Branwell nie zobaczyła, jak mocno drżą.

Kobieta zmierzyła ją uważnym spojrzeniem.

- Po pierwsze, proszę mi mówić Charlotte, panno Gray. Jak wszyscy w Instytucie.

Gdy odchyliła się lekko w tył na krześle, Tessa z zaskoczeniem zobaczyła, że ona też ma ciemne tatuaże... Kobieta z tatuażami! Znaki takie same jak u Willa: na nadgarstkach pod ciasnymi mankietami sukni i jeden w kształcie oka na wierzchu lewej dłoni.

- Po drugie, pozwól, że powiem, co już wiem na pani temat, Thereso. - Jej ton był spokojny, ale spojrzenie, choć nadal łagodne, przeszywało Tessę na wskroś. - Jest pani Amerykanką. Przybyła pani tutaj z Nowego Jorku, w ślad za bratem, który wysłał pani bilet na parowiec. Ma na imię Nathaniel.

Tessa zamarła.

- Skąd pani to wszystko wie?

- Wiem, że Will znalazł panią w domu Mrocznych Sióstr - ciągnęła Charlotte. - Oświadczyła pani, że wkrótce przyjdzie po panią ktoś zwany Mistrzem, ale nie ma pani pojęcia, kim on jest. W walce z Mrocznymi Siostrami straciła pani przytomność i została przyniesiona tutaj.

Słowa pani Branwell były jak klucz otwierający drzwi. Nagle Tessa wszystko sobie przypomniała - jak biegła z Willem korytarzem; metalowe drzwi i pokój pełen krwi; panią Black z uciętą głową; Willa rzucającego nożem...

- Pani Black - wyszeptała.

- Nie żyje - oznajmiła Charlotte. - Z całą pewnością. - Oparła się. Wyglądała jak dziecko siedzące na krześle rodziców.

- A pani Dark?

- Zniknęła. Przeszukaliśmy cały dom i jego okolice, ale jej nie znaleźliśmy.

- Cały dom? - Głos Tessy drżał lekko. - I nikogo w nim nie było? Nikogo żywego albo... martwego?

- Nie znaleźliśmy pani brata, panno Gray - powiedziała Charlotte łagodnym tonem. - Ani w domu, ani w żadnym z okolicznych budynków.

- Szukaliście go? - zdziwiła się Tessa.

- Nie znaleźliśmy go - powtórzyła Charlotte. - Ale znaleźliśmy pani listy.

- Moje listy?

- Listy, które pisała pani do brata, ale nigdy ich nie wysłała. Leżały schowane pod pani materacem.

- Przeczytaliście je?

- Musieliśmy przeczytać - odrzekła Charlotte tym samym łagodnym tonem. - Przepraszam. Nieczęsto do Instytutu trafia Podziemny albo ktoś, kto nie jest Nocnym Łowcą. To dla nas zawsze poważne zagrożenie. Musieliśmy się upewnić, że nie jest pani niebezpieczna.

Tessa odwróciła głowę w bok. Nie podobało się jej wcale, że ta obca kobieta przeczytała jej najskrytsze myśli, marzenia i obawy, które zapisywała, nie sądząc, że ktoś je kiedykolwiek zobaczy. Poczuła pieczenie w oczach, ale odpędziła łzy, wściekła na siebie, na wszystko.

- Stara się pani nie rozpłakać - stwierdziła Charlotte. - Mnie w takich sytuacjach czasami pomaga spojrzenie prosto w jasny blask. Niech pani spróbuje z magicznym światłem.

Tessa przesunęła wzrok na kamień w ręce pani Branwell. Gdy na niego spojrzała, zajaśniał jak wybuchające słońce.

- Więc uznaliście, że nie stanowię zagrożenia? - spytała mimo ściskania w gardle.

- Chyba że tylko dla siebie - odparła Charlotte. - Taka moc jak pani, moc zmieniania kształtu... Nic dziwnego, że Mroczne Siostry chciały dostać panią w swoje ręce. Inni też będą próbowali.

- Na przykład wy? - rzuciła chłodnym tonem Tessa. - Czy zamierzacie udawać, że wpuściliście mnie do swojego cennego Instytutu z litości?

Wyraz twarzy Charlotty świadczył o tym, że zrobiło jej się przykro. Szybko zniknął, ale był tak prawdziwy, że przekonał Tessę bardziej niż wszelkie zapewnienia.

- To nie litość, tylko nasza praca. Nasze powołanie.

Tessa spojrzała na nią pustym wzrokiem.

- Może będzie lepiej, jeśli pani wyjaśnię, kim jesteśmy i co robimy - rzekła Charlotte.

- Jesteście Nefilim - powiedziała Tessa. - Tak Mroczne Siostry nazwały pana Herondale'a. - Wskazała na czarne tatuaże na ręce Charlotte. - Pani też jest jedną z nich, prawda? To dlatego nosicie te... znaki?

Pani Branwell skinęła głową.

- Należę do Nefilim, Nocnych Łowców. Stanowimy... rasę ludzi o szczególnych zdolnościach. Jesteśmy silniejsi i szybsi niż większość zwykłych śmiertelników. Potrafimy ukrywać się pod czarami. A szczególnie zręczni jesteśmy w zabijaniu demonów.

- Demonów? Z piekła?

- Istnieją różne teorie co do pochodzenia demonów. Na pewno wiemy tylko to, że są złymi istotami. Z bardzo daleka przybywają na ten świat, żeby siać zniszczenie. Spustoszyłyby go doszczętnie i zabiły jego mieszkańców, gdybyśmy temu nie zapobiegali. - W głosie pani Branwell brzmiało napięcie. - Tak jak zadaniem policji jest chronić obywateli tego miasta przed sobą nawzajem, tak nasza praca polega na bronieniu ich przed demonami i innymi nadnaturalnymi niebezpieczeństwami. Kiedy są popełniane zbrodnie, które wpływają na Świat Cieni, kiedy łamane jest nasze prawo, musimy przeprowadzić śledztwo. Jesteśmy do tego zobowiązani, nawet jeśli usłyszymy tylko pogłoski o łamaniu Prawa Przymierza. Will opowiadał pani o dziewczynce zamordowanej w zaułku. Znaleziono tylko to jedno ciało, ale były inne zaginięcia, plotki o przyziemnych chłopcach i dziewczętach znikających z biedniejszych ulic miasta. Używanie magii do zabijania ludzi jest wbrew Prawu i dlatego podlega naszej jurysdykcji.

- Pan Herondale wydaje się bardzo młody jak na kogoś w rodzaju policjanta.

- Nocni Łowcy szybko dorastają, a Will nie prowadzi śledztw sam. - Charlotte nie wydawała się skłonna do rozwijana tematu. - Ale to nie wszystko, co robimy. Strzeżemy również Przymierza i Porozumień, od których zależy pokój w Podziemnym Świecie.

Will też użył tego określenia.

- Podziemny Świat? Co to za miejsce?

- Podziemni to istoty... osoby, których pochodzenie jest w części nadnaturalne. Wampiry, wilkołaki, faerie, czarownicy... oni wszyscy należą do Podziemnego Świata.

Tessa osłupiała. Skrzaty występują w bajkach dla dzieci, a wampiry w tanich powieściach grozy.

- Te stworzenia istnieją naprawdę?

- Pani też jest Podziemną - stwierdziła Charlotte. - Brat Enoch to potwierdził. Tylko nie wiemy, jakiego gatunku. Rodzaj magii, którą pani uprawia, nie jest czymś, co potrafiłby zrobić zwykły człowiek. Ani nikt z nas, Nocnych Łowców. Will sądzi, że najprawdopodobniej jest pani czarownicą, ja też tak uważam, ale wszyscy czarownicy mają pewne cechy, które ich wyróżniają spośród innych Podziemnych. Skrzydła, kopyta, błona między palcami albo, jak w przypadku pani Black, szpony. Ale pani z wyglądu jest człowiekiem. I z pani listów jasno wynika, że oboje pani rodzice byli ludźmi.

Tessa wytrzeszczyła oczy.

- Dlaczego mieliby nie być ludźmi?

Zanim Charlotte zdążyła odpowiedzieć, drzwi się otworzyły i do pokoju weszła smukła ciemnowłosa dziewczyna w białym czepku i fartuchu, niosąca tacę z herbatą. Postawiła ją na stoliku między nimi.

- Dziękuję, Sophie - powiedziała Charlotte z wyraźną ulgą w głosie. - To jest panna Gray. Będzie dziś wieczorem naszym gościem.

Pokojówka odwróciła się do Tessy i dygnęła.

- Proszę pani.

Tessa nie zdążyła się zdziwić z powodu tego "proszę pani", bo w tym momencie dziewczyna uniosła głowę i jej twarz stała się wyraźnie widoczna. Byłaby bardzo ładna - błyszczące orzechowe oczy, gładka skóra, usta miękkie, o delikatnym kształcie - gdyby nie gruba, srebrzysta blizna, która przecinała lewy policzek od kącika ust do skroni, zniekształcając rysy. Tessa próbowała ukryć wstrząs, ale najwyraźniej bez powodzenia, gdyż oczy służącej pociemniały.

- Sophie, przyniosłaś tę ciemnoczerwoną suknię, tak jak cię prosiłam? - spytała pani Branwell. - Możesz ją wyczyścić i przygotować dla Theresy?

Kiedy służąca kiwnęła głową i poszła do garderoby, Charlotte zwróciła się do Tessy:

- Pozwoliłam sobie wybrać dla pani jedną ze starych sukien naszej Jessamine. Ubranie, które miała pani na sobie, jest kompletnie zniszczone.

- Dziękuję - odparła sztywno Tessa. Nienawidziła być wdzięczna. Siostry przez cały czas twierdziły, że oddają jej przysługę, a co się okazało?

- Panno Gray. - Charlotte spojrzała na nią z powagą. - Nocni Łowcy i Podziemni nie są wrogami. Panująca między nami zgoda może nie jest łatwa, ale uważam, że Podziemnym można ufać, że od nich również zależy nasze ostateczne zwycięstwo w walce z królestwem demonów. Czy mogę jakoś panią przekonać, że nie zamierzamy pani wykorzystać?

- Ja... - Tessa wzięła głęboki wdech. - Kiedy Mroczne Siostry pierwszy raz powiedziały mi o mojej mocy, uznałam, że są szalone. Oświadczyłam, że coś takiego nie istnieje. Później wydawało mi się, że utknęłam w jakimś koszmarze razem z nimi. A potem zjawił się pan Herondale ze świecącym kamieniem i znał magię. Wtedy pomyślałam, że to jest ktoś, kto może mi pomóc. - Spojrzała na panią Branwell. - Ale wy najwyraźniej nie wiecie, dlaczego taka jestem ani nawet, kim jestem. A skoro nawet wy...

- Rzeczywiście nie jest łatwo dowiedzieć się, jak ten świat naprawdę wygląda, zobaczyć go w prawdziwej postaci - przyznała Charlotte. - Większość ludzi nigdy nie poznaje prawdy. Większość nie potrafiłaby jej znieść. Ale ja czytałam pani listy. Wiem, że jest pani silna, panno Gray. Wytrzymała pani to, co zabiłoby inną młodą dziewczynę.

- Nie miałam wyboru. Zrobiłam to dla brata. Inaczej by go zabili.

- Niewiele osób by się na to zdobyło - stwierdziła pani Branwell. - Ale ja wiem z listów, że pani nigdy nawet nie rozważała takiej możliwości. - Pochyliła się. - Wywnioskowałam z nich również, że nie zna pani w Londynie nikogo, że oprócz brata nie ma pani żadnej rodziny.

Kiedy Tessa milczała, Charlotte dodała:

- Ma pani jakieś pojęcie, gdzie może być pani brat? Sądzi pani, że nie żyje?

Tessa wciągnęła z sykiem powietrze.

- Pani Branwell! - wykrzyknęła z naganą Sophie, podnosząc wzrok znad sukni koloru wina, którą czyściła szczotką.

Tessa osłupiała. Z książek, które w życiu przeczytała, wynikało jasno, że nie jest to kraj, gdzie służba karci pracodawców.

Tyle że Charlotte wcale się nie rozgniewała.

- Sophie to mój dobry anioł - powiedziała. - Prawdą jest, że czasami bywam zbyt bezpośrednia. Sądziłam, że może pani wie coś, co pomogłoby nam ustalić miejsce jego pobytu.

Tessa pokręciła głową.

- Mroczne Siostry powiedziały mi tylko, że jest zamknięty w bezpiecznym miejscu. Przypuszczam, że nadal tam przebywa, ale nie mam pojęcia, jak go znaleźć.

- Może zdołamy pani pomóc.

- Nie chcę waszej łaski ani nie oczekuję, że pozwolicie mi tutaj zostać - oświadczyła Tessa, zdając sobie sprawę, że to kłamstwo. - Mogę znaleźć sobie inne lokum.

- To nie byłaby żadna łaska. Prawo zobowiązuje nas do pomagania Podziemnym. Zostawienie pani na pastwę losu byłoby naruszeniem Porozumień, których bezwzględnie musimy przestrzegać. - Wzrok Charlotte był spokojny.

- I nie prosilibyście o nic w zamian? - W głosie Tessy brzmiała gorycz. - Nie wymagalibyście, żebym się zmieniała?

- Jeśli nie będzie pani chciała użyć swojej mocy, nie zmusimy pani do tego - zapewniła ją Charlotte. - Choć uważam, że umiejętność jej właściwego wykorzystania mogłaby się pani przydać...

- Nie! - Tessa krzyknęła tak głośno, że Sophie aż poskoczyła i upuściła szczotkę.

- Jak sobie pani życzy, panno Gray - oświadczyła Charlotte. - Mogłaby nam pani pomóc również w inny sposób. Z pewnością wie pani dużo o rzeczach, o których nie było mowy w listach. A my w zamian pomoglibyśmy pani w poszukiwaniach brata.

Tessa uniosła głowę.

- Naprawdę?

- Ma pani moje słowo. - Charlotte wstała z krzesła. Żadna z nich nie tknęła herbaty. - Sophie, pomożesz pannie Gray się ubrać i przyprowadzić ją na kolację?

- Kolację? - Po rewelacjach na temat Nefilim, Podziemnego Świata, wróżek, wampirów i demonów zaproszenie do stołu wydawało się niemal szokująco zwyczajną rzeczą.

- Oczywiście. Dochodzi siódma. Willa pani już zna. Teraz pozna pani innych. Może pani się przekona, że można nam ufać.

Ukłoniwszy się krótko, Charlotte wyszła z pokoju. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Tessa potrząsnęła głową. Ciotka Harriet była władcza, ale w porównaniu z panią Branwell...

- Jest surowa, ale naprawdę bardzo dobra - odezwała się Sophie, kładąc na łóżku wyczyszczoną suknię. - Nie znam nikogo o lepszym sercu.

Tessa dotknęła czubkiem palca rękawa z ciemnoczerwonej satyny. Jeszcze nigdy nie miała na sobie równie ładnej rzeczy. Suknia była w pasie i wzdłuż brzegu ozdobiona wstążką z czarnej mory.

- Chce pani, żebym pomogła jej się ubrać do kolacji? - zapytała Sophie.

Tessa przypomniała sobie słowa ciotki Harriet, że człowieka poznaje się nie po tym, co mówią o nim jego przyjaciele, ale po tym, jak traktuje służących. Skoro pokojówka uważała, że Charlotte ma dobre serce, pewnie tak było.

Uniosła głowę.

- Będę ci wdzięczna, Sophie.

***

Do tej pory Tessie pomagała przy ubieraniu tylko ciotka. Suknia najwyraźniej została uszyta dla drobniejszej dziewczyny, bo choć Tessa była szczupła, Sophie musiała mocno zasznurować jej gorset, żeby na nią pasowała. Robiąc to, cmokała cicho.

- Pani Branwell nie uznaje ciasnego sznurowania - wyjaśniła. - Mówi, że to powoduje bóle głowy i osłabienie, a Nocny Łowca nie może sobie pozwolić na słabość. Ale panna Jessamine lubi dopasowane suknie.

- Cóż, ja nie jestem Nocnym Łowcą - odparła Tessa, z trudem łapiąc oddech.

- Właśnie - zgodziła się Sophie, sprawnie posługując się małym haczykiem do zapinania guzików. - Gotowe. I co pani o tym sądzi?

Tessa spojrzała na swoje odbicie w lustrze i osłupiała. Suknia była wyraźnie na nią za ciasna, skrojona tak, żeby przylegać do ciała. Za bardzo opinała jej figurę od skromnego biustu aż do bioder, a tam pęczniała w fałdy udrapowane z tyłu. Odwinięte rękawy były przy mankietach ozdobione koronkami. Tessa stwierdziła, że w tym stroju wygląda... na starszą i trochę obcą, ale przynajmniej nie jak tragiczny strach na wróble, którego widywała w lustrze w Mrocznym Domu. A jeśli po którejś Zmianie nie wróciłam całkowicie do swojej postaci? Jeśli to nie jest moja prawdziwa twarz? Omal nie zemdlała na tę myśl.

- Jest pani trochę blada - stwierdziła Sophie, taksując wzrokiem jej odbicie w lustrze. Ale przynajmniej nie uznała, że suknia jest zbyt obcisła. - Może pani uszczypnąć się w policzki, żeby odzyskać kolory. Tak robi panna Jessamine.

Tessa skorzystała z tej rady, podziękowała Sophie i wyszła z sypialni na długi kamienny korytarz. Charlotte, która tam na nią czekała, szybkim krokiem ruszyła przed siebie, a Tessa podążyła za nią, lekko utykając. Mimo niskich obcasów czarne jedwabne buciki nie okazały się łaskawe dla jej obolałych stóp.

Instytut trochę przypominał zamek: sufit ginął w mroku, na ścianach wisiały gobeliny. Albo przynajmniej tak Tessa wyobrażała sobie wnętrze pałacu. Na arrasach powtarzały się motywy gwiazd, mieczy oraz takie same wzory, jakie widziała na skórze Willa i Charlotte. Najczęściej jednak pojawiał się na nich jeden obraz: anioła wstającego z jeziora, z mieczem w jednej dłoni i kielichem w drugiej.

- To był kiedyś kościół - wyjaśniła Charlotte, odpowiadając na niezadane pytanie Tessy. - Spłonął w czasie wielkiego pożaru Londynu. Potem my przejęliśmy ten teren i na ruinach starego kościoła zbudowaliśmy Instytut. Uświęcona ziemia jest bardzo ważna dla naszej działalności.

- Ludzie nie uważają za dziwne, że zbudowaliście sobie siedzibę na miejscu spalonej świątyni? - zapytała Tessa, starając się dotrzymać kroku gospodyni.

- Nie wiedzą o tym - odparła Charlotte. - Przyziemni, jak nazywamy zwykłych ludzi, nie są świadomi naszej obecności. Dla nich to miejsce wygląda jak pusta parcela. Poza tym, Przyziemni nie interesują się zbytnio tym, co ich bezpośrednio nie dotyczy.

Po tych słowach odsunęła się i przepuściła ją w drzwiach dużego, jasno oświetlonego pokoju.

Tessa zamrugała oślepiona. Pokój był tak duży, że mieścił się w nim stół na dwadzieścia osób. Ogromny żyrandol zalewał pomieszczenie żółtawym blaskiem. Nad kredensem zastawionym kosztowną porcelaną wisiało lustro w złoconych ramach, biegnące przez całą długość jadalni. Środek stołu zdobiła niska szklana czara z białymi kwiatami. Wszystko było gustowne i bardzo zwyczajne. Nic w tym pokoju nie zdradzało, kim są mieszkańcy domu.

Choć cały stół był nakryty białym obrusem, tylko jeden jego koniec zajmowała zastawa dla pięciu osób. Siedzieli przy nim Herondale i jasnowłosa dziewczyna mniej więcej w wieku Tessy, w lśniącej wydekoltowanej sukni. Ci dwoje starannie ignorowali się nawzajem. Kiedy Charlotte i Tessa weszły do jadalni, Will z wyraźną ulgą podniósł na nie wzrok.

- Will, pamiętasz pannę Gray? - spytała pani Branwell.

- Moje wspomnienia są bardzo żywe - odparł Will. Już nie miał na sobie dziwnego czarnego stroju, który nosił dzień wcześniej, tylko zwykłe spodnie i szarą marynarkę z czarnym aksamitnym kołnierzem, przy której jego oczy wydawały się jeszcze bardziej niebieskie. Uśmiechnął się szeroko, a Tessa zarumieniła się i szybko uciekła wzrokiem.

- A Jessamine... Jessie, spójrz, to jest panna Theresa Gray. Panno Gray, oto panna Jessamine Lovelace.

- Miło mi poznać - wymamrotała dziewczyna.

Tessa nie mogła oderwać od niej oczu. Panna Lovelace była wyjątkowo ładna. W powieściach takie osoby nazywano angielskimi różami: jasne włosy o srebrzystym połysku, piwne oczy i mleczna cera. Miała na sobie błękitną suknię i pierścionki na prawie wszystkich palcach. Nawet jeśli jej skórę znaczyły takie same tatuaże jak u Willa i pani Branwell, nie było ich widać.

Herondale zmierzył dziewczynę nienawistnym spojrzeniem i zwrócił się do Charlotte.

- Gdzie twój nawiedzony mąż?

Charlotte usiadła i wskazała Tessie miejsce naprzeciwko siebie, obok Willa.

- Henry jest w pracowni. Posłałam po niego Thomasa. Będzie za chwilę.

- A Jem?

Pani Branwell rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie i odparła krótko, że Jem nie czuje się dobrze.

- Ma jeden z tych swoich dni.

- On zawsze ma jeden z tych swoich dni - skomentowała z niechęcią panna Lovelace.

Tessa już miała zapytać, kim jest Jem, kiedy do jadalni weszła Sophie, a za nią pulchna kobieta w średnim wieku, z siwymi włosami wymykającymi się z koka. Obie zaczęły serwować potrawy stojące na kredensie: pieczone prosię, ziemniaki, pikantną zupę i świeże rogaliki z żółtym śmietankowym masłem. Tessie nagle zakręciło się w głowie, gdy uświadomiła sobie, jaka jest głodna. Łapczywie ugryzła rogalik, ale zmieszała się, widząc, że panna Lovelace na nią patrzy.

- Chyba nigdy wcześniej nie widziałam jedzącego czarownika - stwierdziła wyniośle dziewczyna. - Pewnie nie musi pani nawet dbać o linię? Może pani użyć magii, żeby pozostać szczupłą.

- Nie wiemy na pewno, czy ona jest czarownikiem, Jessie - odezwał się Will.

Panna Lovelace go zignorowała i nachyliła się do Tessy.

- To chyba okropne być takim złym? Boi się pani, że pójdzie do piekła? Jaki jest diabeł, pani zdaniem?

Tessa odłożyła widelec.

- Chciałaby go pani poznać? Mogę go wezwać w każdej chwili, jeśli pani chce.

Will parsknął śmiechem, Jessamine zmrużyła oczy.

- Nie ma potrzeby być nieuprzejmym... - zaczęła, ale urwała w pół zdania, kiedy Charlotte wyprostowała się na krześle i krzyknęła ze zdumieniem:

- Henry!

W łukowatych drzwiach jadalni stał znajomy, wysoki mężczyzna z szopą rudych włosów i orzechowymi oczami. Miał na sobie skórzany roboczy fartuch narzucony na koszulę i jaskrawą kamizelkę w paski. Jego spodnie były ubrudzone czymś, co wyglądało na pył węglowy. Ale nie z tego powodu pani Branwell krzyknęła. Z lewej ręki jej męża unosiły się smużki czarnego dymu, małe płomyki lizały rękaw powyżej łokcia.

- Charlotte, kochanie - powiedział Henry do żony, która wpatrywała się w niego z przerażeniem. Siedząca obok niej Jessamine też miała wytrzeszczone oczy. - Przepraszam za spóźnienie. Wiesz, chyba udało mi się uruchomić Sensor...

- Henry, ty płoniesz - przerwał mu Will. - Wiesz o tym, prawda?

- O, tak - z entuzjazmem potwierdził pan Branwell. Płomienie sięgały teraz jego barku. - Pracowałem jak opętany przez cały dzień. Charlotte, słyszałaś, co powiedziałem o Sensorze?

Jego żona odjęła dłoń od ust.

- Henry! - wrzasnęła. - Twoje ramię!

Pan Branwell spojrzał na swoją rękę i osłupiał.

- Cholera jasna! - Tylko tyle zdążył wykrztusić, bo Will, wykazując się przytomnością umysłu, zerwał się z krzesła, chwycił ze stołu wazon i chlusnął jego zawartością na Henry'ego.

Płomienie zgasły z cichym sykiem protestu. Branwell stał przemoczony w progu, z osmalonym rękawem marynarki i tuzinem mokrych białych kwiatów u stóp.

Po chwili uśmiechnął się szeroko i poklepał nadpalony materiał z wyrazem zadowolenia na twarzy.

- Wiecie, co to oznacza?

Will odstawił wazon na stół.

- Że się podpaliłeś i nawet tego nie zauważyłeś?

- Że niepalna mikstura, którą opracowałem w zeszłym tygodniu, działa! - oznajmił z dumą Henry. - Ten rękaw musiał płonąć od dobrych dziesięciu minut, a nawet nie przepalił się na wylot! - Zerknął na swoje ramię. - Może powinienem podpalić drugi, żeby zobaczyć, jak długo...

- Henry - odezwała się jego żona, która już zdążyła otrząsnąć się z szoku - jeśli z premedytacją się podpalisz, wystąpię o rozwód. Siadaj i jedz kolację. Ale najpierw przywitaj się z naszym gościem.

Henry usiadł posłusznie i spojrzał przez stół na Tessę. Zamrugał zdziwiony.

- Znam panią - stwierdził. - To pani mnie ugryzła! - Wyglądał na uradowanego, jakby przywołał miłe wspomnienie.

Charlotte posłała mężowi zrozpaczone spojrzenie.

- Pytałaś pannę Gray o Klub Pandemonium? - odezwał się Will.

Klub Pandemonium.

- Znam tę nazwę - oznajmiła Tessa. - Widziałam ją na boku powozu pani Dark.

- To organizacja - wyjaśniła Charlotte. - Stara organizacja Przyziemnych, którzy interesują się sztukami magicznymi. Na swoich spotkaniach próbują rzucać czary, wzywać demony i duchy. - Westchnęła ciężko.

Jessamine prychnęła.

- Zupełnie ich nie rozumiem - stwierdziła. - Bawią się w rzucanie czarów, noszą szaty z kapturami i wzniecają małe pożary. To śmieszne.

- O, robią dużo więcej rzeczy - rzekł Will. - Są w Podziemnym Świecie potężniejsi, niż sądzisz. Wiele bogatych i ważnych osobistości przyziemnego społeczeństwa to członkowie...

- Tym głupsze jest to wszystko - przerwała mu Jessamine, potrząsając głową. - Mają pieniądze i władzę. Po co bawią się magią?

- Dobre pytanie - poparła ją Charlotte. - Przyziemni angażujący się w sprawy, o których nie mają pojęcia, mogą bardzo źle skończyć.

Will wzruszył ramionami.

- Kiedy próbowałem wytropić źródło symbolu wyrytego na nożu, który znaleźliśmy z Jemem w zaułku, skierowano mnie do Klubu Pandemonium. Jego członkowie z kolei skierowali mnie do Mrocznych Sióstr. To ich symbol, dwa węże. Siostry nadzorują sieć tajnych domów gry odwiedzanych przez Podziemnych. Szulernie zwabiały Przyziemnych, a kiedy ci tracili pieniądze w magicznych grach i wpadali w długi, Mroczne Siostry wymuszały ich zwrot w zabójczych ratach. - Will spojrzał na Charlotte. - Prowadzą też inne, bardzo podejrzane interesy. Dom, w którym przetrzymywały Tessę, to burdel Podziemnych obsługujący Przyziemnych o nietypowych upodobaniach.

- Will, nie jestem pewna... - zaczęła pani Branwell.

- Hmm - mruknęła Jessamine. - Nic dziwnego, że tak się paliłeś, żeby tam pójść, Williamie.

Jeśli chciała zirytować Herondale'a, ta sztuka jej się nie udała. Równie dobrze mogła się nie odzywać, bo Will w ogóle nie zwrócił na nią uwagi. Patrzył przez stół na Tessę, lekko unosząc brwi.

- Obraziłem panią, panno Gray? Przypuszczam, że po tym, co pani widziała, nie jest łatwo panią wstrząsnąć.

- Nie jestem obrażona, panie Herondale. - Na przekór tym słowom Tessa poczuła, że jej twarz płonie. Dobrze wychowane młode damy nie wiedziały, co to jest burdel, a z pewnością nie wymawiały tego słowa w mieszanym towarzystwie. Morderstwo to jedna rzecz, ale coś takiego... - Ja... hm, nie rozumiem, jak to możliwe - powiedziała, siląc się na obojętny ton. - Nie widziałam, żeby ktoś tam przychodził. Nikt również tam nie mieszkał oprócz służącej i woźnicy.

- Rzeczywiście, dom był opuszczony - przyznał Will. - Najwyraźniej postanowili zawiesić interes, może po to, żeby panią odizolować. - Zerknął na Charlotte. - Myślisz, że brat panny Gray ma tę samą zdolność? Może dlatego Mroczne Siostry go porwały?

Tessa z ulgą przyjęła zmianę tematu.

- Mój brat nigdy nie wykazywał tego rodzaju uzdolnień... ale z drugiej strony, ja też nie, dopóki nie odnalazły mnie Mroczne Siostry.

- Jaki ma pani talent? - zainteresowała się panna Lovelace. - Charlotte nie chciała mi powiedzieć.

- Jessamine! - skarciła ją pani Branwell.

- Nie sądzę, żeby miała jakieś szczególne zdolności - ciągnęła dziewczyna. - Myślę, że po prostu jest zwykłą oszustką, która wie, że jeśli jej uwierzymy, będziemy musieli traktować ją dobrze ze względu na Porozumienia.

Tessa zacisnęła zęby i wspomniała słowa ciotki Harriet: "Nie trać opanowania i nie kłóć się z bratem tylko dlatego, że on się z tobą drażni". Ale teraz wszyscy na nią patrzyli: Henry z zaciekawieniem w orzechowych oczach, Charlotte spojrzeniem ostrym jak szkło, Jessamine z ledwo skrywaną pogardą, a Will z chłodnym rozbawieniem. A jeśli oni naprawdę myśleli tak samo jak panna Lovelace... nawet Charlotte? Jeśli sądzili, że żebrze o litość? Ciotka Harriet nie tylko nie pochwalała wybuchów gniewu, ale nigdy nie przyjęłaby jałmużny.

To Will odezwał się pierwszy, patrząc na nią z uwagą.

- Może pani zachować to w sekrecie - powiedział miękko. - Ale tajemnice bywają dużym ciężarem.

Tessa uniosła głowę.

- Nie chcę niczego ukrywać - oświadczyła. - Byłoby mi jednak łatwiej pokazać, co potrafię, niż o tym mówić.

- Doskonale! - ucieszył się Henry. - Lubię pokazy. Jeśli czegoś pani potrzebuje, na przykład, lampę duchów albo...

- To nie jest seans, Henry - powiedziała ze znużeniem Charlotte i zwróciła się do gościa. - Nie musi pani tego robić, jeśli pani nie chce, panno Gray.

Tessa nie zareagowała na jej słowa, tylko spojrzała na Jessamine.

- Właściwie... czegoś potrzebuję. Poproszę o jakiś drobiazg należący do pani. Pierścionek, chusteczkę...

Panna Lovelace zmarszczyła nos.

- Czyżby pani specjalnością były kradzieże kieszonkowe?

Will łypnął na nią z irytacją i warknął:

- Daj pierścionek pannie Gray, Jessie. Masz ich dość.

Jessamine buntowniczo zadarła brodę.

- A może ty jej coś daj.

- Nie, to musi być rzecz należąca do pani - oświadczyła twardo Tessa. - Ze wszystkich tu obecnych, pani jest najbardziej do mnie zbliżona posturą. Gdybym przemieniła się w Charlotte, ubranie po prostu by ze mnie spadło.

- Dobrze. - Jessamine z rozdrażnieniem zdjęła z małego palca pierścionek z czerwonym kamieniem i przesunęła go po stole w stronę Tessy. - Lepiej, żeby było warto.

Z pewnością będzie. Tessa położyła pierścionek na lewej dłoni, zacisnęła wokół niego palce i zamknęła oczy.

Jak zwykle najpierw nic się nie działo, a potem w głębi jej umysłu coś rozbłysło, jakby zapaliła się świeca w ciemnym pokoju. Po omacku ruszyła w stronę blasku, tak jak nauczyły ją Mroczne Siostry. Trudno było opanować strach i nieśmiałość, ale robiła to już tyle razy, że wiedziała, czego się spodziewać: zbliżanie się do światła pośród ciemności, wrażenie ciepła, jakby naciągała na siebie ciężki gruby koc, zakrywając każdy skrawek skóry. Później jasność otaczała ją zewsząd, a ona znajdowała się w cudzym ciele. W cudzym umyśle.

W umyśle Jessamine.

Była zaledwie na jego skraju, jej myśli ślizgały się po powierzchni myśli Jessamine jak palce po powierzchni wody. Mimo to zaparło jej dech. Przelotnie ujrzała obraz cukierka z czymś ciemnym w środku, jakby robakiem w jabłku. Poczuła urazę, gorzką nienawiść, gniew, straszliwą, gwałtowną tęsknotę...

Otworzyła oczy. Siedziała przy, stole ściskając w dłoni pierścionek Jessamine. Jak zwykle przy transformacjach skóra piekła ją od ostrych ukłuć dziesiątków szpilek. Czuła ciężar innego ciała, muskanie delikatnych włosów na ramionach - zbyt gęste, żeby przytrzymała je spinka Tessy, opadały na jej kark jasną kaskadą.

- Na Anioła! - wyszeptała Charlotte.

Tessa rozejrzała się wokół stołu. Wszyscy się w nią wpatrywali. Charlotte i Henry z otwartymi ustami, Will oniemiały, ze szklanką wody przytkniętą do warg. A Jessamine... patrzyła na nią z przerażeniem, jakby zobaczyła własnego ducha. Tessę ogarnęło poczucie winy.

Ale tylko na chwilę, bo pobladła Jessamine wolno odjęła rękę od ust i wykrzyknęła ze zgrozą:

- O, rany, mój nos jest ogromny! Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Pieśń Tamizy

Prolog

Sześć tygodni później

Rozdział pierwszy: Mroczny Dom

Rozdział drugi: Piekło jest zimne

Rozdział trzeci: Instytut

Rozdział czwarty: Jesteśmy cieniami

Rozdział piąty: Kodeks Nocnych Łowców

Rozdział szósty: Dziwna ziemia

Rozdział siódmy: Mechaniczna dziewczyna

Rozdział ósmy: Camille

Rozdział dziewiąty: Enklawa

Rozdział dziesiąty: Bladzi królowie i książęta

Rozdział jedenasty: Niewiele jest aniołów

Rozdział dwunasty: Krew i woda

Rozdział trzynasty: Coś mrocznego

Rozdział czternasty: Most Blackfriars

Rozdział piętnasty: Zagraniczne błoto

Rozdział szesnasty: Czar wiążący

Rozdział siedemnasty: Wezwać ciemność

Rozdział osiemnasty: Trzydzieści srebrników

Rozdział dziewiętnasty: Boadycea

Rozdział dwudziesty: Straszny cud

Epilog

Londyn Tessy

Uwagi odnośnie do poezji

Podziękowania