Rozdział 1
Rozdział 1
Zieloni atakowali z każdej strony. Byli wszędzie. Kiedy z krzykiem
wybiegli z lasu, Aidan rzucił Kennethowi znaczące spojrzenie, a przyjaciel zrozumiał go bez słów. Zanim książę wyciągnął miecz, poczuł,
że ostrze przeciwnika rozdziera mu skórę w okolicy klatki piersiowej.
Inferno próbował odpędzić Zielonych i wierzgał kopytami, co nie
ułatwiało jego panu walki. Aidan położył dłoń na rękojeści miecza i w tym samym momencie został ściągnięty z konia przez czyjeś ręce. Upadł na
ziemię, co zwiększyło krwotok, i instynktownie obrócił się na plecy. W miejscu, w którym przed chwilą była jego głowa, wylądował topór wroga.
Aidan chwycił za miecz i jednym ciosem sprawił, że ciało mężczyzny,
który go zaatakował, opadło na ziemię obok niego.
Próbował się podnieść, ale nagły ból w prawej łopatce chwilowo go
sparaliżował. Obejrzał się za siebie. Zielony wyciągał sztylet z jego
pleców. Aidan krzyknął i mimowolnie ponownie osunął się na ziemię. Wróg
dobył miecza i uniósł go nad głowę, żeby dobić swoją ofiarę. Zamachnął
się. Aidan szerzej otworzył oczy. Kiedy ostrze błysnęło w słońcu,
Inferno stanął dęba przed swoim panem. Kopytami przewrócił Zielonego na
ziemię. Stanął na jego brzuchu, a mężczyzna wydał z siebie ostatnie
tchnienie. Koń okrążał Aidana, chroniąc go przed ciosami. Książę słyszał
jego rżenie, które zwierzę wydawało w obawie o życie swojego jedynego
przyjaciela.
Aidan czuł pieczenie w ranie na plecach. Na tyle, na ile pozwoliły mu
obrażenia, uniósł się i rozejrzał dookoła. Czerwoni walczyli o życie, a Zieloni wybijali ich jednego po drugim. Książę zauważył, że większość z nich nie była nawet żołnierzami. Zabijali tym, co mieli pod ręką:
toporami, młotkami, a nawet widłami.
Zacisnął dłoń na ziemi, którą poczuł między palcami. Przeniósł wzrok na
błękitne niebo. Zastanawiał się, czy tak wygląda śmierć na polu bitwy.
Miał wrażenie, że zasypia. Gdzieś w oddali słyszał odgłosy walki. Ziemia
wibrowała od kopyt Inferna i zmagań setek mężczyzn. Już miał zamknąć
oczy, ale zanim to zrobił, zobaczył twarz Yenisei. Wpatrywała się w niego zupełnie tak, jak podczas ich pierwszego spotkania. Obserwowała go
uważnie swoimi bystrymi błękitnymi oczami. Znał ten wzrok. Chciała mu
powiedzieć, że jest dość silny, aby przeżyć. Zdał sobie sprawę z tego,
że jeśli nie wróci, zginą oboje. A na to nie mógł pozwolić. Nigdy nie
pociągnie Yenisei za sobą do piekła, w którym od dawna czekało na niego
miejsce.
Pomimo bólu obrócił się na bok i wsparł na lewej dłoni. Inferno jakby
czytał w jego myślach. Schylił się, a Aidan chwycił za wodze i z trudem
zajął miejsce w siodle. Wyjął miecz z pochwy i przełożył go do lewej
dłoni. Na prawym nadgarstku, którego najmniejszy ruch sprawiał mu ból,
oplótł wodze. Nachylił się do ucha Inferna i poklepał konia po szyi.
- Nie pozwól nam umrzeć - szepnął i obaj ruszyli w środek toczącej się
bitwy.
Letha siedziała sztywno przy stole. Usiłowała sprawiać wrażenie, jakby
jadła stojące przed nią potrawy. Kątem oka widziała, że Domhan wlewa w siebie kolejny kielich wina. Zrobiło się jej niedobrze na samą myśl, że
król się upijał, podczas gdy jego syn i żołnierze walczyli o życie.
Siedząca naprzeciwko niej Rose grzebała widelcem w talerzu. Letha wbiła
w nią wzrok pełen troski. Zielona podniosła na nią oczy. Letha dała jej
do zrozumienia, że powinna teraz jeść za siebie i za dziecko. Rose
zrozumiała jej przekaz i wsadziła do buzi kawałek pieczonego mięsa.
Letha posłała jej prawie niewidoczny uśmiech. Elfka odpowiedziała
Niebieskiej tym samym. Jedyne, co im zostało, to wspierać się w tym
całym szaleństwie.
Letha zdecydowała, że nie powie Rose, co się z nią stanie, jeśli Aidan
naprawdę zginął z rąk Zielonych. To mogłoby źle wpłynąć na stan
przyjaciółki. Rose miała dosyć swoich zmartwień. Nie potrzebowała
kolejnych. Letha uważała, że Domhan nie tknie swojej żony, przynajmniej
do porodu, ale wolała dmuchać na zimne. Była gotowa błagać go o życie
Rose. Obawiała się tylko, czego król będzie chciał od niej w zamian.
Cała trójka podniosła wzrok na drzwi do jadalni, które otworzyły się z hukiem. Do środka wbiegł szambelan. Po jego czole spływały kropelki
potu. Był czerwony i zdyszany. Z trudem usiłował złapać oddech.
- Wrócili! - wrzasnął z przejęciem. - Nasi wrócili!
Domhan zerwał się z miejsca i szybkim krokiem opuścił salę. Letha wstała
zaraz po nim i ruchem dłoni zatrzymała Rose. Zielona odłożyła sztućce.
- Zostań. Sprawdzę, kto wrócił.
Rose pokręciła głową i się podniosła.
- Ty nie rozumiesz. Muszę iść. - Ton jej głosu był pewny, a zarazem
proszący.
Letha nie miała serca zostawić jej tutaj samej. Wiedziała, że w pewien
sposób królowej zależało na Aidanie, choć nie miała pewności, czy
chodziło właśnie o niego. Może Rose chciała sprawdzić, jakie szkody
wyrządzili Czerwonym jej rodacy? Letha nie miała czasu się nad tym
zastanawiać. Podeszła do Zielonej, chwyciła ją za rękę i pociągnęła za
sobą na dziedziniec. Kiedy znalazły się na zewnątrz, Rose zakryła usta
dłonią. Letha wstrzymała oddech.
Widok rannych żołnierzy przyprawił ją o ciarki na skórze. Widziała
skutki wojny już wcześniej, ale teraz była w samym środku wielkiego
mordu. Wołający imiona swoich kobiet mężczyźni z rozerwanymi ciałami,
oberwanymi kończynami i zakrwawionymi twarzami, jęki konających, konie
rżące z cierpienia... To wszystko otaczało ją z każdej strony. Poczuła, że
serce wali jej jak młotem. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu karego
konia. Zdała sobie sprawę z tego, że nigdzie go nie było. Poczuła, że
zaczyna brakować jej powietrza w płucach. Odwróciła się do Rose. Elfka
miała łzy w oczach i trzymała się za brzuch. Letha wiedziała, że musi
być twarda. Jeśli ona da upust emocjom, Rose rozsypie się na milion
kawałków, których żadna z nich nie będzie w stanie poskładać.
Letha zrobiła dwa kroki w stronę przyjaciółki i wyciągnęła do niej
dłonie. Obie zwróciły głowy w kierunku bramy, skąd dochodził stukot
kopyt. Kilku żołnierzy krzyknęło w przypływie emocji. Inferno i ledwo
utrzymujący się na jego grzbiecie Aidan przejechali po moście i znaleźli
się na dziedzińcu. Chwilę później dołączył do nich Kenneth na swoim
rumaku. Oficer miał głęboką ranę na brzuchu. Strażnicy podbiegli do
Aidana i pomogli mu zsiąść z konia. Kennethem zajęli się lżej ranni
żołnierze. Aidan ledwo trzymał się na nogach. Gwardziści zarzucili sobie
jego ramiona na szyje i powoli poprowadzili go w stronę zamku.
Letha w ostatniej chwili się powstrzymała, żeby nie podbiec do
narzeczonego. Chciała pomóc strażnikom go prowadzić. Dzieliło ich
zaledwie kilka metrów. Była pewna, że nie widział jej w tłumie, ale on
lekko uniósł głowę. Sącząca się z niej stróżka krwi zlepiała jego włosy.
Ich spojrzenia na chwilę się spotkały. Wtedy Letha obiecała sobie, że
już nigdy nie ostrzeże Yenisei o kolejnej bitwie. Nawet gdyby miało ją
to kosztować życie.
Aidan syczał z bólu, kiedy medyk zszywał mu głęboką ranę, ciągnącą się
od szyi do górnych żeber. Jego myśli krążyły od Kennetha do Yenisei. W ostatniej chwili zauważył ją na dziedzińcu. Wydawała się przejęta, a on
miał nadzieję, że pod jego nieobecność nic jej się nie stało. Sam
najlepiej wiedział, do czego był zdolny jego ojciec. Gniew wywołany
przegraną w Zielonym Królestwie mógł popchnąć Domhana do wszystkiego.
Władca nie przejął się stanem syna. Rozkazał mu stawić się u siebie po
opatrzeniu ran. Aidan przeczuwał, że szykuje się kolejna awantura - tym
razem z powodu rozczarowania, które przyniósł ojcu.
Książę wiedział, że Kennetha zabrano do skrzydła leczniczego, w którym
przejdzie selekcję rannych i otrzyma pomoc. Martwiło go, że przyjaciel
zostanie opatrzony dopiero po poważniej rannych żołnierzach. Na samą
myśl o tym poczuł napad gniewu i z całej siły odepchnął od siebie
medyka. Mężczyzna drżącymi dłońmi próbował ze sobą scalić wiszące
kawałki jego skóry. Odepchnięty, upadł na ziemię i otworzył usta, żeby
wyrazić swoje niezadowolenie. Wtedy drzwi się otworzyły i stanęła w nich
Yenisei. Aidan rzucił w kierunku medyka pełne wściekłości spojrzenie.
- Wynoś się!
- Ale wasza wysokość...
- Wynoś się tam, gdzie cię potrzebują! - ryknął. Mężczyzna skulił się
pod wpływem jego krzyku. - Znajdź Kennetha i dopilnuj, żeby został
starannie opatrzony. W przeciwnym wypadku twoje ciało jeszcze dzisiaj
stanie się obiadem dla kruków!
Medyk zerwał się na równe nogi. Wręczył Lecie bandaże i nici, które
trzymał w rękach. Posłał jej pełne litości spojrzenie i wyszedł na
korytarz. Letha odprowadziła go lekko zdezorientowanym wzrokiem.
Strażnicy zamknęli za nim drzwi, tym samym zostawiając ją samą z wściekłym narzeczonym. Chciała mu powiedzieć, żeby pozwolił sobie pomóc.
Wiedziała jednak, że gdyby to ona była na jego miejscu, też posłałaby
medyka najpierw do Bradena, a nie do siebie.
Wciągnęła nosem powietrze. Klęknęła na podłodze za krzesłem, na którym
siedział Aidan. Sięgnęła po przygotowaną przez medyka misę z wodą i jeszcze raz przemyła ranę. Aidan syknął i zagryzł zęby. Widziała, że
dotknięcie mocno zanieczyszczonej rany sprawiło mu ból. Najdelikatniej
jak umiała ścisnęła palcami dwa oddzielne płaty rozciętej skóry i zaczęła je ze sobą łączyć za pomocą nici. Schłodziła swoje dłonie mocą.
Jej dotyk dawał księciu ukojenie, którego teraz bardzo potrzebował.
Dziewczyna posługiwała się igłą lepiej niż niejeden nadworny medyk. Była
delikatna, a przy tym szybka i dokładna.
Czuła się winna. Gdyby nie ona, Aidan byłby w dużo lepszym stanie. Z jego umiejętnościami bitewnymi wróciłby do domu bez jednego zadrapania.
Skończyła zszywać głębokie rozcięcie na plecach narzeczonego i mimowolnie przejechała po nim opuszkiem palca. Zatrzymała się na jego
końcu, obok żeber. Przesunęła się i stanęła przed krzesłem. Podniosła
wzrok na twarz mężczyzny. Obserwował każdy jej ruch. Poczuła, że ich
oddechy jednocześnie przyśpieszyły. Zobaczyła w jego spojrzeniu coś na
kształt ulgi i jednoczesnego uczucia wdzięczności. Nigdy wcześniej tego
u niego nie dostrzegła. Nie mogła oderwać wzroku od błękitu jego oczu.
Przez chwilę byli sami. W ciszy. W długo wyczekiwanym i ulotnym spokoju.
Może gdyby tak wyglądało ich pierwsze spotkanie, szybciej zobaczyliby
to, co widzieli teraz. Dwoje samotnych ludzi, dręczonych przez wyrzuty
sumienia i skrywane tajemnice. W końcu odnaleźli w sobie podobieństwo,
do którego żadne z nich nie chciało się przyznać.
Letha pierwsza spuściła wzrok. Zanurzyła w wodzie kolejne płótna,
którymi chciała oczyścić okolice rany. Aidan nie mógł przestać na nią
patrzeć. Widział, że coś się w niej zmieniło. Tak samo jak w nim. W jej
obecności nie czuł już zdenerwowania, wręcz przeciwnie. Działała na
niego kojąco, a jej towarzystwo zaczęło mu być potrzebne. Była ostatnią
osobą, o której myślał, zanim zasypiał. To przerażało go najbardziej.
- Może mi nie uwierzysz - zaczęła niepewnie Letha - ale cieszę się, że
wróciłeś. - Nie odważyła się spojrzeć mu w oczy. Pierwszy raz zdobyła
się na takie wyznanie.
Odcisnęła z kawałka materiału wodę i podniosła się z miejsca. Ponownie
stanęła za plecami Aidana. Był zbyt oszołomiony jej wyznaniem, żeby
wydusić z siebie choć słowo. Poczuł pieczenie, kiedy Letha przejechała
płótnem po okolicach rany, którą zadał mu sztylet jednego z Zielonych.
Pomimo bólu odwrócił do niej głowę. Popatrzyła na niego kątem oka.
Obawiała się, że była za mało delikatna albo że Aidan każe jej się
wynosić jak medykowi.
- Wierzę - powiedział krótko. W tym jednym słowie było więcej emocji niż
w wielu zdaniach, które do tej pory usłyszała.
Przez chwilę trwali w bezruchu. Jedyne źródło ich kontaktu stanowiły
oczy. Byli jak nieznajomi, którzy zostali wpuszczeni do jednego pokoju,
żeby mogli lepiej się poznać. Żadne z nich nie miało talentu do
zawierania nowych znajomości, a już na pewno do wyrażania emocji przed
kimś zupełnie obcym. Aidan nie chciał peszyć narzeczonej. Musiał zebrać
myśli. Odwrócił głowę. Letha jeszcze kilka sekund wpatrywała się w jego
kark, a potem znowu zajęła się jego plecami. Pod wpływem ciepłej wody
rana zaczęła krwawić. Dziewczyna przygryzła dolną wargę na widok strużki
krwi na plecach Aidana. Jednym ruchem zamroziła szkarłatną ciecz.
Pamiętała, że krew Czerwonych była zbyt gorąca, by mogła ją powstrzymać
cienka warstwa lodu. Musiała działać szybko i precyzyjnie.
Podeszła do kominka i sięgnęła po łopatkę do wygarniania popiołu. Rana
była zbyt głęboka, żeby można ją było zostawić bez przypalenia. Aidan
powędrował za nią wzrokiem i uśmiechnął się pod nosem.
- Chyba cofnęliśmy się w czasie.
Letha spojrzała na trzymany w dłoni przedmiot. Jej twarz rozluźniła się
w delikatnym uśmiechu.
- Chyba tak.
Aidan podniósł się i podszedł do niej wolnym, trochę niezgrabnym z powodu bólu krokiem. Wyjął z ręki Niebieskiej łopatkę i odłożył ją na
miejsce. Stali tak blisko siebie, że dół sukni Lethy dotykał brudnych po
bitwie spodni, które ciągle miał na sobie. Oczy dziewczyny śledziły
każdy jego ruch. Aidan miał rację. Wrócili do nocy, podczas której
uratowali sobie nawzajem życie.
- Sam to zrobię.
Na dźwięk słów narzeczonego Letha zmarszczyła brwi. Kiedy uniósł dłoń i położył ją sobie na łopatce, zrozumiała. Ręka Aidana zaczęła robić się
czerwona jak rozgrzane węgle. Ze skóry pod nią uniósł się dym. Aidan
zamknął oczy i zacisnął śnieżnobiałe zęby. Letha nie wiedziała, czy
naprawdę był taki twardy. Może wstyd mu było okazać przed nią jakieś
ludzkie odruchy? Obserwowała, jak sięga po czystą koszulę wiszącą na
oparciu krzesła. Podeszła bliżej i pomogła mu włożyć w rękaw prawą rękę,
w której czuł ból promieniujący od pleców.
- Dziękuję - powiedział tak cicho, że ledwo go usłyszała. - Tylko dzięki
tobie wróciłem żywy.
Letha posłała mu pytające spojrzenie. Świdrował ją wzrokiem.
- Dzięki mnie?
- Wszyscy wiemy, że bez mojej kontroli zrównałabyś ten zamek z ziemią -
zażartował, a kąciki jego ust się uniosły.
Letha także zaśmiała się pod nosem. Dzięki temu małemu żartowi trochę
się rozluźnili.
- Wiesz, że najchętniej zostałbym tu z tobą i... - Zawahał się, a ona nie
próbowała mu przerywać. - ... I opowiedział ci o tym wszystkim -
dokończył. - Ale ojciec czeka na mnie w gabinecie. Oboje wiemy, jak
bardzo tego nie lubi.
Letha pokiwała głową na znak, że rozumie, i wygładziła dół sukni.
- Oczywiście. Nikt z nas nie chce, żeby się wściekł.
Oboje wrócili do swoich codziennych humorów, ściągniętych twarzy i królewskich postaw. Zupełnie jakby kilku ostatnich sekund nigdy nie
było. Letha zwróciła się w stronę drzwi, ale zatrzymał ją głos Aidana.
Odwróciła się i spojrzała mu w oczy.
- Dziękuję, Yenisei. Naprawdę.
Pierwszy raz zwrócił się do niej po imieniu. Ale to imię, podobnie jak
ona cała, było kłamstwem. Poczuła ukłucie w środku. Przynajmniej w tej
kwestii chciała być z nim szczera. Była mu to winna. Szczególnie po tym,
jak o mało przez nią nie zginął.
- Letha. Tak naprawdę mam na imię Letha - wyznała i poczuła na barkach o jeden ciężar mniej. - Yenisei to moje królewskie imię. Dla przyjaciół i rodziny jestem Letha. - Nie skłamała. Po prostu ubrała prawdę w słowa
pasujące do sytuacji. - Ale zachowaj to dla siebie - poprosiła.
Aidan przyglądał się jej z zaciekawieniem. Widziała, że analizował
wypowiedziane przez nią słowa. Nie czekając na jego reakcję, chwyciła za
klamkę. Musiała zejść mu z oczu. Skarciła się w myślach za to, co
właśnie zrobiła. To było tylko imię, ale Yenisei i Hali pewnie zrugałyby
ją za taki przypływ szczerości.
- Letha lepiej do ciebie pasuje.
Zatrzymała się i obejrzała za siebie. Aidan schował dłonie do kieszeni
spodni. Kiedy podniósł na nią wzrok, na jego twarzy było widać spokój.
- Dużo lepiej - powiedział. Posłał jej blady uśmiech, który sprawił, że
i ona się uśmiechnęła.
Małymi krokami naprawdę zbliżali się do siebie. To tylko utrudniało jej
wykonanie zadania.
Aidan nie tracił czasu na przebieranki. Od razu po wyjściu Lethy udał
się do gabinetu Domhana. Musiał odpowiedzieć na wszystkie pytania i zarzuty, których ojciec pewnie miał więcej niż zwykle. Książę
nienawidził tego, kim stawał się przed jego obliczem. Kimś niegodnym
korony. Śmieciem, który nie zasługiwał na to, żeby zasiąść na tronie.
Winnym wszystkich problemów w królestwie. Cieniem człowieka, którego o strach przyprawiał własny ojciec.
Podobno podczas narodzin ludzie mają tylko dwa wrodzone lęki: przed
spadaniem i przed głośnymi dźwiękami. Można powiedzieć, że dziecko poza
tymi dwoma wyjątkami jest wolne od strachu. Ale lęk i strach nie są tym
samym. Lęk odczuwa się przed czymś, co nie stanowi zagrożenia. Strach -
kiedy to zagrożenie jest śmiertelne.
Aidan miał wrażenie, że nigdy nie przechodził przez fazę lęku - w jego
życiu zawsze był tylko strach. Najpierw o matkę, potem o siebie i Kennetha, a teraz o Lethę. Był skazany na wieczne zamartwianie się,
przynajmniej dopóki żył Domhan. Czasami się zastanawiał, czy jego ciało
nie spłonie wcześniej niż ciało jego ojca. Miał tylko nadzieję, że jeśli
król kiedykolwiek postanowi go zabić, nie pociągnie za sobą do grobu
nikogo innego.
Niezadowolenie Domhana z powodu przegranej bitwy wyczuł, kiedy tylko
przekroczył bramy zamku. Choć gdyby przywieziono go na wozie, bez
kończyn lub nieprzytomnego, ojciec i tak domagałby się wyjaśnień.
Aidan szedł pewnym krokiem w kierunku królewskiego skrzydła. Pomimo
obaw, które kłębiły się w jego głowie, był gotowy na wszystko. Nie
musiał martwić się tym, że Domhan pociągnie do odpowiedzialności kogoś
jeszcze. Był księciem. To on wydał rozkaz do ataku na Zielonych i to on
będzie musiał ponieść konsekwencje porażki. Żałował tylko, że nie mógł
spędzić więcej czasu z Lethą. Kiedy zobaczył ją po powrocie, przypomniał
sobie, że to dzięki niej wróciła mu chęć do walki z ojcem. Powoli
uwalniał się od jego rządów, mimo że tamten zupełnie tego nie
dostrzegał. Udało mu się powstrzymać ojca przed ukaraniem Lethy, uwolnił
Brena, a teraz musiał tylko przekonać Domhana, że przegrana nie była
jego winą. W zasadzie odniósł sukces. Chociaż z armii zostało tylko
trzysta osób, pod jego dowództwem Czerwoni zabili więcej niż połowę
atakujących ich Zielonych.
Pokonał schody kilkoma susami i zbliżył się do drzwi gabinetu. Strażnicy
otworzyli je przed nim, zanim zdążył chwycić za klamkę. Wszedł do
środka. Pomimo bólu, który odczuwał przy każdym ruchu, ukłonił się ojcu
z udawanym szacunkiem. Domhan wbił w niego surowe spojrzenie. Siedział
na krześle za biurkiem i podpierał głowę prawą dłonią. Wyglądał, jakby
ta cała sytuacja go nudziła. I znając go od lat, Aidan mógłby przysiąc,
że dokładnie tak było. Wezwał go tylko z potrzeby rozrywki. Syn był jego
ulubionym obiektem kpin.
- Prawie tysiąc ludzi poszło do piachu - zaczął Domhan i sięgnął po
kielich z winem.
Aidan popatrzył mu prosto w oczy. Nie miał sobie nic do zarzucenia, ale
ojciec zawsze znalazł coś, do czego można było się przyczepić. Księcia
nie zdziwiło, że Domhan nie zapytał o bandaże, które wystawały spod jego
koszuli. Zdrowie i samopoczucie syna nigdy nie interesowały króla, no
chyba że chodziło o ich zepsucie. W takich sytuacjach Domhan zawsze był
ciekawy, czy jego plan się powiódł. Aidan doskonale pamiętał, jak po
śmierci matki przychodził do niego tylko po to, żeby mu powiedzieć, jaki
jest żałosny, bo ośmiela się płakać z tęsknoty za nią. - Prawdziwy
mężczyzna nie roni łez - mówił Domhan. Od tamtej pory Aidan nigdy nie
zapłakał.
- Za to trzystu wróciło do domu - odpowiedział.
Domhan zaśmiał się pod nosem i posłał synowi uśmiech pełen politowania.
- Wolałbym, żebyś zginął w walce, niż przegrał bitwę.
Aidan poczuł ukłucie żalu, które często towarzyszyło mu podczas rozmów z ojcem. Już dawno nauczył się ukrywać urazę, nie okazywać emocji i udawać, że słowa Domhana go nie ranią. Ale tak naprawdę każda kolejna
obelga wyniszczała go jak śmiertelna choroba, z której nie mógł się
wyleczyć.
- Prawie mi się to udało - odpowiedział. Z twarzy Domhana zniknął
uśmiech. Zastąpił go grymas niezadowolenia.
- W każdym razie teraz to ja będę rządził Zielonymi.
Aidan otworzył szerzej oczy ze zdumienia. Zieloni należeli do niego. To
on prowadził ich gospodarkę, obniżył liczbę skazanych i nalegał, aby
stacjonujące tam oddziały Czerwonych nie traktowały ludzi brutalnie.
Poświęcał swój wolny czas na kontrole i rozwiązywanie konfliktów. Może
nie był przez Zielonych postrzegany jako dobroczyńca i nigdy nie będzie
- jako syn uzurpatora nie zasłużył przecież na ich zaufanie - ale bardzo
się starał, aby wojna nie dotknęła ich tak mocno, jak chciał tego jego
ojciec. Biali pod rządami Domhana mieli o wiele gorzej. To była
wyłącznie wina króla, że zdecydowali się zaatakować zamek. Byli tak
zdesperowani, że zabijali niewinnych ludzi. Wszystko po to, by uwolnić
się od Domhana.
- Nie możesz tego zrobić. - Dopiero kiedy wypowiedział te słowa,
zorientował się, jak ogromny błąd popełnił.
Domhan wstał i ruszył w jego kierunku. Wyciągnął dłoń i zanim Aidan
zdążył zareagować, chwycił go za szyję. Z ciała księcia od razu zaczął
wydobywać się dym. Czuć było odór spalonej skóry. Aidan krzyknął. Ale
szybko zapanował nad bólem i zagryzł zęby. Widząc, że jego syn był zbyt
twardy, aby zapewnić mu widowisko cierpienia, Domhan go puścił. Oparł
się biodrami o blat biurka.
- Na pewno nie mogę? Gdybym chciał, to za błąd, który popełniłeś u Zielonych, mógłbym pozbawić cię tronu. Mam już kandydata na twoje
miejsce.
Pomimo piekącego bólu Aidan utkwił w ojcu zdezorientowane spojrzenie.
Nie rozumiał, o czym on mówił.
- Rose jest w ciąży. Wreszcie będę miał szansę wychować syna od początku
tak, jak należy.
Aidan puścił kolejną obelgę mimo uszu. To nie on był teraz ważny.
Doskonale wiedział, o czym mówił Domhan. Wiele razy słyszał, jak żałuje,
że nie zrobił tego jego matce.
- Zabijesz ją - stwierdził.
Domhan zaśmiał się i klasnął w dłonie.
- Wreszcie zaczynasz myśleć jak prawdziwy władca. Może powinienem
częściej przypalać ci skórę?
Aidan wpatrywał się w niego z niedowierzaniem i przerażeniem. Z całych
sił próbował je ukryć. Strach był dla niego prywatnym uczuciem. Tylko on
mógł o nim wiedzieć.
- Dziecko potrzebuje matki.
- Takiej jak twoja? To dzięki niej jesteś taki bezużyteczny i nawet lata
treningów nie zrobiły z ciebie prawdziwego Czerwonego. Masz w sobie jej
brudną niebieską krew. Może zielona okaże się lepsza.
Aidan nie odrywał wzroku od twarzy króla. Wyobrażał sobie, jak pewnego
dnia sztylet, który ukrywał w bucie, ląduje w jego szyi. Jak Domhan
patrzy mu wtedy w oczy. A on wreszcie mówi mu, jak bardzo go nienawidzi.
Wiedział, że ten dzień kiedyś nastąpi.
- Moje dzieci też będą miały niebieską krew. I to podwójną.
- Na szczęście nie będą miały matki.
Aidan poczuł, że jego ciało sztywnieje. Serce zaczęło mu bić szybciej,
zabierając resztki tlenu, które zostały w płucach. Nie miał zamiaru
zabijać Lethy. Nawet wtedy, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy i dowiedział się o małżeństwie. Od tamtej pory była jego rodziną. Pomimo
że w tamtej chwili tego nie chciał.
- Nie zabiję matki moich dzieci. - Ton jego głosu był zdecydowany i twardy.
Domhan uniósł brwi i wzruszył ramionami.
- Ja to zrobię. Jak tylko pojawi się twój pierwszy potomek.
- Powiedziałem, że jej nie zabiję. Chcę, żeby moje dzieci miały matkę.
Poza tym ona pomoże mi rządzić.
Domhan zaśmiał się na cały głos. Dźwięk jego śmiechu przyprawił Aidana o dreszcze. Książę poczuł chłód, jakby zimowe powietrze owiało całe jego
ciało. Król podszedł do niego i poklepał go po policzku, patrząc mu przy
tym w oczy.
- To nie ty wydajesz tutaj rozkazy, synu. - Ostatnie słowo wypowiedział
z wyraźnym obrzydzeniem. - Już teraz muszę bardzo się pilnować, żeby jej
nie zabić. Widziałeś się z nią? Ma jeszcze ślady duszenia na szyi?
Aidan wstrzymał oddech i zacisnął pięści. Gdyby teraz zaatakował ojca,
to nawet jeśli udałoby mu się go zranić, obezwładniłyby go straże. On i Letha zginęliby najpóźniej jutro rano.
- Wynoś się! - rzucił Domhan i upił kolejny łyk wina, którego zapachem
przesiąkł już jego mundur.
Aidan ukłonił się i wyszedł z gabinetu. Dopiero na korytarzu przypomniał
sobie o oddychaniu. Skręcił za róg i oparł się plecami o ścianę. Był w potrzasku. Musiał zrobić wszystko, żeby uratować narzeczoną. Nagle
zmienił zdanie i zaczął się modlić, żeby ślub, na który tak czekał, w ogóle się nie odbył. Im dłużej on i Letha będą narzeczonymi, tym dłużej
będzie mógł utrzymać ją przy życiu.
Letha podciągnęła kolana pod brodę i spojrzała na Hali. Dwórka siedziała
na jednym z ozdobnych foteli koło kominka. Udawała, że czyta książkę,
którą trzymała w dłoniach. Letha oparła głowę na kolanach i wypuściła
powietrze nosem. Hali obserwowała każdy jej ruch. Przestała się z tym
kryć już kilka dni temu. Letha zastanawiała się nad resztą sekretów,
które Hali dzieliła z królową. Jaką rolę tak naprawdę odgrywała dwórka?
Po tym, jak Letha dowiedziała się o umowie, czuła się bardziej ofiarą
niż wojowniczką, na którą wykreowała ją Yenisei. Była pewna, że
Shirridan nie miał pojęcia, na co tak naprawdę się naraziła. Yenisei
karmiła ich tymi samymi kłamstwami. Letha była ciekawa, jaką bajkę
królowa opowiedziała Kelvinowi. "Listy nie docierają, bo twoja siostra
nie ma czasu do ciebie pisać"? Letha niemal słyszała wyniosły głos
Yenisei i widziała, jak ta unosi głowę, okazując swoją wyższość.
Usłyszała pukanie. Wyprostowała się, ale Hali była szybsza. Rzuciła jej
tylko przelotne spojrzenie i uchyliła drzwi na kilka centymetrów, nie
pokazując Lecie, kto za nimi stoi. Pomimo ściszonego głosu nieznajomego
Letha szybko się domyśliła, że to jeden ze strażników. Spuściła nogi na
ziemię i wpatrywała się w plecy Hali. Widziała, że mężczyzna przekazał
jej mały zwitek pergaminu. Hali zacisnęła pięść i schowała w niej
liścik. Letha wstała. Nie miała zamiaru się poddać. Jeśli po jej
powrocie do domu królowa zdecyduje, że ją zdradziła, nie będzie miała o co walczyć. Teraz jeszcze miała. Gdyby nie brać pod uwagę Domhana, to w jakimś sensie nadal była wolnym człowiekiem. Nie miała zamiaru pozwolić
Hali sobą dyrygować. A już na pewno nie będzie tolerowała
przechwytywania jej korespondencji. Wystarczyło, że Hali i Yenisei
pozbawiły ją możliwości kontaktów z bratem.
Podeszła do dziewczyny od tyłu i zanim tamta zamknęła drzwi, wyrwała jej
z dłoni pergamin. Może Hali uważała się za sprytną, ale to ona znała
sztuki walki i umiała jak nikt wykiwać przeciwnika. Może nie była
uwodzicielską, wysoko urodzoną dziewczyną z zamku, ale mieszkańcy Osady
bili takie na głowę, jeśli chodziło o zaradność i spryt. Hali odwróciła
się do niej i wyciągnęła ręce, żeby odebrać jej liścik. Letha cofnęła
się kilka kroków i stanęła za jednym z foteli, żeby ograniczyć Hali
dostęp do siebie. Zaczęła czytać wiadomość:
Czekam na Ciebie w stajni.
A.
Mimowolne się uśmiechnęła. Zanim Hali zdołała do niej podbiec, wrzuciła
pergamin do kominka. Hali zacisnęła ze złości zęby, a Letha wyniośle się
uśmiechnęła. Minęła ją, trącając przy tym ramię dwórki. Hali wydała z siebie pomruk niezadowolenia. Letha czuła na sobie jej wzrok. Kiedy
dotknęła klamki, usłyszała śmiech. Odwróciła się i popatrzyła Hali w oczy.
- To od niego, prawda? Idziesz się z nim spotkać.
- Dodaj to do listy moich win. Będzie wam łatwiej oskarżyć mnie o zdradę. - Z twarzy Lethy nie schodził zawadiacki uśmiech, którym
doprowadzała Hali do granic cierpliwości.
- Popełniasz błąd.
- Błędem było doniesienie na Aidana.
Zaskoczona Hali uniosła brwi i skrzyżowała ręce na piersiach. Wyglądała,
jakby to ona była królową, przed którą Letha musiała się tłumaczyć.
Dwórka coraz bardziej dawała jej odczuć, że była tylko sierotą z klasztoru.
- Radziłabym ci wrócić do wykonywania rozkazów albo...
- Albo co? Doniesiesz na mnie? Przecież robisz to codziennie. Obie
dobrze wiemy, że nie złamałam żadnego rozkazu. Odmówiłam tylko sypiania
z Aidanem w zamian za informacje dla Yenisei.
- Jej wysokości - poprawiła ją dwórka.
Letha zaśmiała się pod nosem. Hali zareagowała na to grymasem
niezadowolenia. Na jej czole pojawiła się bruzda, która wprawiła Lethę w jeszcze większe rozbawienie.
- O ile pamiętam, to ja teraz jestem jej wysokością - powiedziała przez
śmiech. - Poza tym nie mam zwyczaju używać takich form.
- Zapominasz się.
- A ty zapomniałaś o tym, że jeśli Aidan zginie, a Domhan zostanie moim
mężem, to przy odrobinie szczęścia zabije cię bezboleśnie. - Letha
wzruszyła ramionami, widząc konsternację na twarzy dwórki. - Nie
wiedziałaś? Aidana mogłabym namówić, żeby pozwolił mi cię zatrzymać, ale
Domhan sam wybierze dla mnie służbę. - Widziała, że z twarzy Hali powoli
odpływa krew. - Jak widać, królowa okłamała nas obie. - Mrugnęła do niej
i zniknęła za drzwiami.
Zbiegła po schodach. Zwolniła dopiero w głównym holu na widok służby,
która zajmowała się czyszczeniem podłóg. Jako królowej nie wypadało jej
biegać po zamkowych korytarzach. Uśmiechnęła się do pokojówek, które
wykonywały rytmiczne ruchy szczotkami z końskiego włosia. Kobiety
odwzajemniły uśmiech i zaczęły szeptać między sobą. Letha skręciła w kierunku krużganków, z których rozpościerał się widok na dziedziniec.
Kilku chłopów z pobliskich wsi pomagało kuchcikom rozpakowywać nową
dostawę warzyw. Niektórzy z nich pogwizdywali przy tym pod nosami. Letha
rzuciła im szybkie spojrzenie. Ukłonili się jej z szacunkiem. Wiedziała,
że robią to nie ze względu na strach, jak w przypadku Domhana, ale z sympatii i szacunku, na który tak naprawdę wcale nie zasługiwała.
Przecież to ona podsunęła Yenisei pomysł posłużenia się ich biedą w zamian za zdradę ojczyzny. Żałowała, że to zrobiła. Na szczęście królowa
jeszcze nie zaczęła wprowadzić w życie jej planu. Letha miała cichą
nadzieję, że tego nie zrobi. Niebiescy mieli silną armię. Kilkoro
Czerwonych niczego by nie zmieniło.
Letha minęła dziedziniec i skręciła w stronę stajni. Obejrzała się w obawie przed czającym się gdzieś von Brandtem. Kiedy się upewniła, że
nikt jej nie obserwuje, otworzyła drewniane drzwi i weszła do środka.
Aidan głaskał Inferna. Na dźwięk otwieranych drzwi odwrócił się w ich
kierunku. Coś zmieniło się w wyrazie jego twarzy, który Letha widziała
rano. Między oczami mężczyzny pojawiła się zmarszczka, którą za wszelką
cenę starał się ukryć. Letha czuła, że czymś się martwił. Oczy księcia
były zamglone. Kilka godzin temu wpatrywał się w nią z ciekawością, a może nawet z silnie hamowaną sympatią, której żadne z nich nie chciało
jeszcze zdradzić. Podeszła bliżej. Zatrzymała się na widok dużego
oparzenia z prawej strony jego szyi, którego nie zakrywał złocisty
kołnierz kaftana. Widząc jej wzrok, Aidan postawił go i poruszył
ramionami, żeby lepiej się ułożył.
- Będę wdzięczny, jeśli nie będziesz o to pytać.
Letha zrobiła krok w kierunku narzeczonego. Inferno zarżał na jej widok.
Wyciągnęła dłoń do konia i pogładziła go po nosie, na co zwierzę
zareagowało cichym chrupaniem. Podniosła wzrok na Aidana. Nad czymś się
zastanawiał. Wiedziała, że poparzenie było zaledwie jedną z kar, które
zastosował wobec niego ojciec. Zapewne nie najgorszą. Zaczynała czuć, że
łączyło ich więcej, niż wcześniej myślała. Oboje byli w potrzasku,
zmuszeni do rzeczy, których wcale nie mieli ochoty robić. Z każdym dniem
i wybuchem Domhana coraz mniej dziwiło ją wcześniejsze zachowanie
narzeczonego. Zabijał, bo musiał. Inaczej sam by zginął. Może nie
uczestniczył w wojnie jak inni żołnierze, ale toczył własną.
- Nie mam zamiaru pytać, ale umiem słuchać.
Dostrzegła, że po tych słowach bruzda na jego czole powoli się
wygładziła. Oparł się o drzwiczki do boksu obiema rękami i wziął głęboki
wdech. Wiedziała, że potrzebował rozmowy. Nie mogła zastąpić mu
Kennetha, ale mogła pomóc mu wyrzucić z siebie to, co go gryzło.
Przynajmniej częściowo.
Aidan powędrował wzrokiem do jej twarzy. To, co powiedziała, go
zaskoczyło. Dotychczas spotykał jedynie ludzi, którzy mieli wobec niego
jakieś oczekiwania. Mniejsze, większe, ale zawsze obecne. Ona nie
chciała od niego niczego. Dała mu znak, że może się jej zwierzyć. Mówiła
szczerze. Widział to w sposobie, w jaki na niego patrzyła. Spojrzenie, z którego można było odczytać, że marzyła o jego śmierci, zniknęło.
Zastąpił je spokojny, delikatny i pełen ciepła wzrok. Dzięki temu Aidan
poczuł się nieco lepiej. Nie jak śmieć, książę czy oprawca, ale jak
człowiek.
- Zabrał mi Zielonych - zaczął. - Wiem, że jestem mordercą i katem, ale
zawsze się starałem, żeby wojna tak bardzo ich nie dotknęła. Ojciec
pozbawi ich człowieczeństwa i życia, a to wszystko przez to, że byłem za
mało uważny. - Starał się nie brzmieć jak ofiara, ale zdawał sobie
sprawę z tego, że się nią stał.
Letha próbowała zachować spokój, lecz jej serce zatrzepotało, jakby
chciało wyrwać się z piersi. To nie była wina Aidana, tylko jej.
Doniosła Yenisei o ataku, żeby ratować Zielonych. Zamiast tego
sprowadziła na nich jeszcze większe cierpienie. Już wcześniej się
domyślała, że Aidan traktował Lud Ziemi dużo lepiej niż Domhan Białych.
Wcale nie był katem, za którego się uważał. Był marionetką w rękach
swojego ojca. Zupełnie jak ona w rękach Yenisei. Zawahała się. Po chwili
wyciągnęła dłoń i dotknęła jego palców, zaciśniętych na drewnianych
drzwiczkach.
- To nie twoja wina. Wiem, że te słowa ci nie pomogą, ale taka jest
prawda. - Najchętniej powiedziałaby mu, że to ona ponosi winę, ale
wiedziała, że zabiłby ją na miejscu.
Aidan spojrzał jej w oczy. Czuła, jak się wzdrygnął, kiedy go dotknęła.
Do tej pory dotyk kojarzył mu się tylko z zapomnieniem, zwłaszcza kiedy
wpadał w ramiona dam dworu, albo z przemocą. Letha nadała mu nowe
znaczenie, którym był spokój.
- Pomogły - przyznał po chwili, a ona cofnęła dłoń i zaczęła ponownie
głaskać konia.
Było jej trudno. To przez nią Aidan miał poparzoną szyję i odniósł rany
w Zielonym Królestwie. Nie zasługiwała na to, żeby jej ufał, a jednak
był tu z nią. Umieli ze sobą rozmawiać. Przez chwilę wyobraziła ich
sobie jako małżeństwo. Może mieliby szansę być dobrymi władcami,
porozumieć się dla dobra kraju. Może nawet by się im udało. Były tylko
dwa poważne problemy: ona nie była królową, a on miał niedługo umrzeć.
Codziennie go okłamywała, ale czuła, że takimi rozmowami chociaż trochę
odkupi swoją duszę. Zanim go zabije.
- Uważam, że pomimo ran wyszedłeś z tego cało. - Spojrzała na jego plecy
i uśmiechnęła się wymownie. - No, prawie.
Dostrzegła cień uśmiechu na jego twarzy. Spuścił wzrok i wziął głęboki
wdech. Od dawna się tak nie czuł. Letha umiała go skłonić do nieznanych
mu do tej pory zachowań. Kiedy tylko się pojawiła, poczuł, że coś się w nim zmieniło. Byłaby świetną partnerką i królową. Obiecał sobie, że
zrobi wszystko, by ojciec darował jej życie.
- Jak to jest?
Jej pytanie wyrwało go z zamyślenia.
- Na wojnie. Na takiej prawdziwej bitwie - dokończyła.
Aidan zastanowił się przez chwilę. Wyprostował się, a ona obserwowała
każdy jego ruch. Była bystra. Widział, jak uważnie analizowała mimikę
jego twarzy. Była jak nieufne zwierzę, gotowe do tego, żeby zaatakować.
Żeby się bronić.
- Nie można tego opisać. To rzeź. Panuje tam istny chaos. Żołnierze
machają bronią, jak popadnie. Niektórzy tracą zmysły, inni sami
odbierają sobie życie. Wielu z nich taranuje się nawzajem, żeby uciec z pola bitwy.
Kiedy to mówił, Letha przypomniała sobie o atakach Czerwonych. Pojawiali
się nagle i zabijali każdego, kto wszedł im w drogę. Palili statki i domy, w których chowali się ludzie.
Oparła się plecami o boks i skrzyżowała ręce na piersiach. Oboje
przybrali takie same pozycje. Wyglądali raczej jak dyskutujący ze sobą
dyplomaci niż para narzeczonych.
- Nie chcę, żeby to, co powiem, zabrzmiało jak oskarżenie, ale czuję, że
teraz lepiej mnie zrozumiesz - powiedziała spokojnie.
Aidan spojrzał jej w oczy i kiwnął głową. Zaczynał mu się podobać
sposób, w jaki ze sobą rozmawiali.
- Do podobnej rzezi doszło w moim mieście, kiedy twój ojciec atakami
zmuszał mnie, żebym za ciebie wyszła.
Król zawsze szczędził mu informacji o Niebieskich. Nie lubił tego
tematu. Planami o atakach nie podzielił się z nim tak samo jak
wiadomością o małżeństwie. Aidan wiedział jednak, że jeśli taka kobieta
jak Letha zgodziła się porzucić swoje życie, Domhan musiał zgotować jej
ludziom piekło. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, do czego zdolny
był jego ojciec.
- A ja nie chcę, byś pomyślała, że się usprawiedliwiam. Nie wiem, czy mi
uwierzysz, ale gdyby to ode mnie zależało, tych ataków nigdy by nie
było.
Bał się na nią spojrzeć. Uważał, że brzmiał żałośnie. Domhan zawsze mu
powtarzał, że król nigdy nie przyznaje się do winy. On się przyznawał. W dodatku nie tylko do swojej.
- Wierzę.
Zdał sobie sprawę z tego, że odbyli już dzisiaj podobną rozmowę. W jego
komnacie, kiedy Letha opatrywała mu rany. Odwrócił głowę w jej stronę.
Chciał na nią spojrzeć. Ona patrzyła na niego pewnym i bystrym wzrokiem.
Odkąd wzajemnie się uratowali, coś się między nimi zmieniło. Nadal nie
ufali sobie nawzajem. Nie czuli nic, co mogłoby ich do siebie zbliżyć. A mimo to zaczęli zachowywać się jak partnerzy. Wciąż byli ostrożni. Oboje
mieli dużo większe doświadczenie w walce niż w relacjach z ludźmi. Może
właśnie to sprawiło, że popełniali tyle błędów. Aidan lubił porównywać
ich w myślach do gór lodowych, nie tylko ze względu na moc, którą
posiadali. Tworzyli wokół siebie grubą warstwę lodu, który powoli
topniał, ukazując coraz więcej tego, co kryło się pod spodem.
- Rose jest w ciąży - powiedział spokojnie i tym samym przerwał ciszę,
która wkradła się pomiędzy nich.
Zauważył, że po twarzy Lethy przemknął cień. Zupełnie jakby przypomniała
sobie o czymś, o czym chciała zapomnieć.
- Wiem. Dowiedziałam się, kiedy... - Urwała w obawie, że powie kilka słów
za dużo. Wolała, żeby nie wiedział o jej rozmowie z królem.
- Kiedy mój ojciec prawie cię udusił - dokończył za nią. Poczuła, że
specjalnie zmienił temat. Chciał, żeby powiedziała mu coś więcej o tym,
co się wydarzyło. - Nic ci nie zrobił?
Była zaskoczona tym, jak wiele troski usłyszała w głosie Aidana. Dla
kogoś innego brzmiałby tak samo jak zwykle, ale ona umiała rozpoznać, że
sposób, w jaki układał usta i kończył zdanie, oznaczał zmianę jego
nastroju. Wydawał się prawdziwy. Na jego twarzy nie dostrzegała teraz
maski, którą zakładał w obecności swojego ojca.
- Jak widać nie. Nadal jestem mu potrzebna.
- Powinnaś mi mówić o takich incydentach.
Letha wzruszyła ramionami i przesunęła stopą kilka źdźbeł siana. Aidan
uśmiechnął się pod nosem. Była jak niepokorne dziecko, które na przekór
całemu światu łamie każdą możliwą zasadę.
- Masz mnóstwo własnych problemów.
Podniosła na niego wzrok i posłała mu blady uśmiech, za którym ukrywała
obawę przed jego ojcem. Nie zasłużyła na to, żeby stać się kolejną
ofiarą jego terroru.
- Jakkolwiek to zabrzmi, największym i najważniejszym jesteś ty, dlatego
wolałbym wiedzieć.
Rozbawiło ją, jak Aidan dobierał słowa. Mimo to zrozumiała, co miał na
myśli. Traktował ją jak kogoś ważnego, ale nie chciała, żeby nadstawiał
za nią karku. Domhan i tak wypatrywał każdej możliwej okazji, żeby mu
dopiec, a ona dopiero co wysłała Aidana na pewną śmierć. Musiała mu to
wynagrodzić. Nawet jeśli nie miał o niczym pojęcia.
Przez chwilę stali w milczeniu, a potem spojrzeli sobie nawzajem w oczy.
Letha poczuła na ramionach dreszcz. Spojrzenie Aidana wywoływało w niej
nieznane dotąd odczucia, których się bała. Zazwyczaj udawało jej się
zagłuszać to, co czuła. W tym przypadku zwykła sympatia do kogoś, kto
uratował jej życie, była silniejsza niż zdrowy rozsądek.
Rozdział 2
Rozdział 2
Kiedy Letha i Aidan wrócili do zamku, słońce chyliło się ku zachodowi.
Rozmowa w stajni z kilku rzuconych nieśmiało zdań przemieniła się w dyskusję. Poruszyli tematy, na które do tej pory nie mieli śmiałości
rozmawiać. Aidan poczuł ulgę, kiedy opowiedział Lecie o bitwie, upadku z konia i powrocie do domu. Ona uznała, że podzieli się z nim informacją o umowie i zawartych w niej kruczkach. Skłamała, że zamiast niej podpisali
ją doradcy, a ona nie miała pojęcia, że w wypadku śmierci Aidana
zostanie żoną jego ojca. To akurat było zresztą prawdą. Uważała, że
wystarczająco go już okłamuje. Chociaż tyle mogła mu powiedzieć.
Podobnie jak ona Aidan nie słyszał o istnieniu umowy. Była to kolejna
rzecz, która ich łączyła.
Podobało się jej, w jaki sposób jego twarz zmieniała się z każdym
wypowiedzianym przez nią słowem. Słuchał i analizował to, co mówiła, ale
nie przerywał. Zachowywał się tak, jakby znali się od dawna, co tylko
ułatwiło jej wyrzucanie z siebie kolejnych zdań. Przyjmował wszystko ze
spokojem godnym następcy tronu. Reagował dopiero wtedy, kiedy mu na to
pozwalała. Wspierał ją. Lubiła ton jego głosu. Ten, którym nie wydawał
rozkazów i nie rzucał gróźb. Miała wrażenie, że powoli poznaje
prawdziwego Aidana, który ukrywał się przed ojcem. Zależało jej na tym,
by informacja o umowie nie zmieniła znaczenia jej słów o tym, że cieszy
ją jego powrót do domu. Nie chciała, aby zabrzmiało to tak, jakby ulżyło
jej, że nie wyjdzie za Domhana. Uspokoił ją, że nawet o tym nie
pomyślał. W obecności narzeczonego czuła się coraz bardziej swobodnie.
Żałowała, że stracili tyle czasu na wzajemną nienawiść. Jak pionki w walce o tron, w którą dali się wciągnąć.
Kiedy dotarli pod drzwi komnat Lethy, oboje przystanęli. Widząc ich,
strażnicy pokłonili się nisko, po czym oddalili się na koniec korytarza,
żeby narzeczeni mogli swobodnie porozmawiać. Letha oparła się plecami o drzwi. Aidan objął ramiona rękami. Jego marynarka była rozpięta do
połowy torsu, przez co sznurki od białej koszuli zwisały swobodnie na
zewnątrz. Letha uznała, że taka wersja bardziej do niego pasuje, ale nie
ośmieliła się powiedzieć tego na głos. Od początku wolała Aidana raczej
w stroju do jazdy konnej niż w mundurze, w którym musiał na co dzień
chodzić. Mogłaby przysiąc, że jemu również bardziej odpowiadała ta mniej
oficjalna wersja.
- To... - odezwali się jednocześnie i stłumili śmiech, który cisnął im się
do gardeł.
Spuścili wzrok, żeby po chwili ponownie spojrzeć sobie nawzajem w oczy.
Coś nie dawało im oderwać od siebie zaciekawionych spojrzeń.
- Ty pierwsza.
- Naprawdę cieszę się z tego, że wróciłeś. Pomimo tych ran i umowy.
Zauważyła błysk w jego oczach. Wiedziała, że nie przywykł do takich
wyznań. Zastanawiała się, kiedy ostatni raz ktoś mu powiedział, że mu na
nim zależy. Jeśli w ogóle kiedykolwiek usłyszał takie słowa.
- Przepraszam - powiedział szczerze.
Uśmiech zniknął z twarzy dziewczyny i pojawiło się na niej zaskoczenie.
Jego głos był pewny i na tyle donośny, że usłyszała go bez problemu.
Aidan wpatrywał się w nią uważnie, jakby czekał na jej reakcję. Wyglądał
na młodszego, niż był w rzeczywistości. Przypominał Lecie Kelvina, który
przepraszał ją za zaciąganie kolejnych długów. Chciała go zapytać,
dlaczego i za co, ale tak naprawdę wiedziała, czemu to powiedział.
Zrobił wiele złego. Jednak ona nie czuła już do niego żalu. Coś pękło w niej wtedy, podczas napadu. Nawet gdyby chciała, nie mogła już tego
cofnąć.
- Przeprosiny przyjęte. Może udawajmy, że niektóre rzeczy się nie
wydarzyły?
Na twarzy Aidana pojawiła się ulga. Szybko ukrył ją pod delikatnym
uśmiechem. Letha dostrzegła kilka zmarszczek mimicznych wokół jego ust.
Żałowała, że nie może oglądać ich częściej.
- Imię idealnie pasuje do właścicielki.
Letha zmarszczyła brwi. Aidan odkrył białe zęby w szerszym uśmiechu.
- Letha oznacza zapomnienie - powiedział pewnie. - Na początku
pomyślałem, że to dziwne. Przecież wszyscy Niebiescy mają imiona
związane z wodą. A potem przypominałem sobie o mitach, które czytała mi
matka. Lethe, rzeka w podziemnej krainie, która sprawiała, że zmarli
zapominali o ziemskim życiu...
Uniosła kąciki ust w szczerym uśmiechu. Zazwyczaj sama musiała tłumaczyć
znaczenie swojego imienia. Aidan był jedyną osobą oprócz Kelvina, której
nie musiała niczego wyjaśniać.
- Podobno kiedy się urodziłam, matka wzięła mnie w ramiona i powiedziała, że zapomniała o wszystkich przyziemnych problemach. Stąd
Letha. - Czuła ulgę, kiedy dzieliła się z nim czymś, co było prawdą.
Aidan zastanowił się przez chwilę. Jego bystre oczy błądziły po twarzy
dziewczyny.
- Twoja mama miała rację.
Poczuła, jak jej policzki zaczynają płonąć. Skarciła się za to w myślach. Nigdy nie pozwalała mężczyznom przejmować kontroli nad swoim
ciałem i zachowaniem. Aidan robił to bez większych starań.
- A ty? Co oznacza Aidan? - zapytała i tym samym odwróciła jego uwagę od
swoich czerwonych policzków.
- Mały płomień. Ojciec uważał, że nigdy nie będę potężniejszy od niego.
Dał mi takie imię, żeby pokazać, jak mały jestem w porównaniu z potęgą
pożaru, którym jest on.
Letha skrzyżowała ręce na piersiach. Aidan zapominał się przy niej
całkowicie. Nie zdążył ukryć bólu, który pojawił się w jego oczach,
kiedy wspomniał o ojcu.
- Nawet mały płomień może wywołać śmiertelny pożar. Zastanów się nad tym
- rzuciła i z zadziornym uśmiechem zniknęła za drzwiami swojej komnaty.
Odprowadził ją wzrokiem. Poczuł ukłucie, kiedy stracił ją z oczu. Mógłby
rozmawiać z nią do rana. Po raz kolejny pomyślał, że Letha była jedynym
darem, za który powinien być wdzięczny ojcu. Obawiał się tylko, że nie
będzie w stanie jej przed nim ochronić.
Tej nocy nie mógł zasnąć. Myślał, jak mogłoby wyglądać jego życie z Lethą, gdyby nie zagrażał im Domhan. Rządziliby ramię w ramię,
szanowaliby się nawzajem i doradzaliby sobie w różnych sytuacjach. Nie
musieliby spieszyć się z dziećmi. Dawaliby sobie szansę powoli. Może z czasem pojawiłoby się uczucie, które obojgu było obce? Sam nie wiedział,
co tak naprawdę czuł, kiedy z nią był. Wiedział tylko, że obudziła w nim
coś, czego do tej pory nie doznał. Miała w sobie tajemniczą wolność i beztroskę. Ale okazywała je tylko wtedy, kiedy w pobliżu nie było
Domhana i von Brandta.
Lubił błysk przebiegłości w jej oczach. To zalotne spojrzenie, którym
wprawiała ludzi w osłupienie, a czasami nawet w zakłopotanie. On widział
w nim coś więcej. Znamionowało buntowniczkę. Lethę, która nie miała
królewskiego imienia i tytułu. Zastanawiał się, czy ona również została
zmuszona do bycia królową. Czy chciała nią być od dziecka, czy może
wymagała tego od niej tradycja? Słyszał historie o niebieskiej
monarchini. Zasiadła na tronie po śmierci rodziców, gdy była jeszcze
nastolatką. Poczuł ukłucie bólu, kiedy wyobraził sobie drobną dziewczynę
samodzielnie rządzącą królestwem podczas wojny. Odnalazł kolejne łączące
ich rzeczy. Oboje musieli szybko dorosnąć, stracili matki i zostali
zmuszeni do małżeństwa. Aidan był ciekaw, czy Letha cieszy się z tego
ostatniego równie mocno jak on.
W Czerwonym Królestwie jesień była jedną z najważniejszych pór roku. Nie
tylko dlatego, że cały kraj przybierał wtedy barwy narodowe, lecz także
- a nawet w szczególności - ze względu na urodziny króla. Świętowano je
przez tydzień. W miasteczku odbywały się dożynki i parady. W jednej z nich brała udział cała rodzina królewska. Pochód zamykała kompania
armii.
Przez okna karocy przeznaczonej dla kobiet Letha widziała wiwatujących
poddanych, wszystkich bez wyjątku. Bogaci, biedni, chłopi, rzemieślnicy
i kupcy - wszyscy wyszli na ulice, by oddać hołd swojemu władcy. Przed
opuszczeniem zamku Aidan wyjaśnił jej, że udział w urodzinowej paradzie
jest obowiązkowy i każdy, kto się na niej pojawi, w akcie dobrej woli
króla i z okazji jego święta dostanie od niego worek mąki. Oboje
przyznali, że nie jest to nadzwyczaj wielki prezent, o którym marzyliby
wygłodzeni ludzie, ale przynajmniej dało się z niego upiec trochę chleba
czy placków. Można też było wymienić mąkę na inne produkty żywnościowe.
Na twarzach wiwatujących poddanych Letha dostrzegła wymuszone uśmiechy.
Mieli smutne oczy. Ci ludzie czekali tylko na to, by pochód minął ich
domy. Letha wiedziała, że żaden człowiek zmuszony przez swojego władcę
do życia w ubóstwie nie będzie darzył go szacunkiem. Shirridan
powiedział jej kiedyś, że pies głodujący u właściciela odejdzie od niego
do innego, który zapewni mu jadło. Tak samo mogło stać się z Czerwonymi.
Letha bała się tylko, żeby nie wymienili oni swojego "właściciela" na
Yenisei. Im dłużej była na Czerwonym Dworze, tym częściej się
zastanawiała, czy to byłby dobry wybór.
Punktem kulminacyjnym uroczystości miał być bal. Mieli się na nim
pojawić wszyscy sprzymierzeńcy króla, nawet ci niemieszkający w zamku.
Letha, tak samo jak Aidan, nie lubiła balów i źle się czuła otoczona
doradcami Domhana. Na jej widok zwykle szeptali i zakładali się o to,
ile dzieci urodzi księciu. Nie była sama w niechęci do nich.
Wielokrotnie widziała, jak Aidan krzywił się na choćby wspomnienie o lordach. Jego losem również zarządzali jak złotem podczas gry w karty.
Żaden nawet nie próbował traktować ich jak ludzi. Dla nich byli tylko
towarami, które miały przynieść zysk królestwu. Gdyby małżeństwo księcia
ze świnią oznaczało dla Czerwonych przypływ pieniędzy lub podbicie
kolejnych części świata, lordowie zrobiliby wszystko, żeby do niego
doszło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki