Piekielna głębina - Lindsay Galvin

Reflow text when sidebars are open.
Żyję.
Ale...
nie oddycham.
Czuję dreszcze w klatce piersiowej, próbuję się podnieść. W panice opadam z powrotem w ciemność.
Płynę w górę, w stronę światła.
Strzępki myśl...
nie mogę uchwycić...
Hałas. Huczący, rytmiczny.
Światło. Kolor.
Płuca mam spuchnięte. Są pełne czegoś, co nie należy do mnie.
Nie panuję nad swoim ciałem, przewracam się. Klatka piersiowa unosi się z trudem. Wyrzucam z płuc ciepły płyn. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Plucie, łapczywe hausty, ból gardła.
Świst przy każdym wdechu i wydechu.
Powietrze.
Nie myślę klarownie. Czuję przyjemną ulgę. W głowie mam mętlik.
Coś się stało. Zapomniałam, byłam... moja głowa... boli.
Nic nie widzę.
Opieram się o twardą powierzchnię. Ramieniem, biodrem, uchem. Leżę na boku. Dyszę. Próbuję przypomnieć sobie... to, co zapomniałam.
Jestem ciężka i bardzo śpiąca...
No dalej, myśl. Żyję, a to już coś.
Tylko nic nie pamiętam.
Chcę zamrugać, coś jednak mi w tym przeszkadza. Podnoszę się na łokciu i zdejmuję z powiek przyklejone do rzęs plastry.
Oślepiające światło. Osłaniam się przed blaskiem, a moje przymrużone oczy powoli przyzwyczajają się do jasności. Świszczący dźwięk nie ustaje. Gdzieś już go kiedyś słyszałam.
Wyrównuję oddech. Kaszlę. W ustach czuję słodko-gorzki smak.
Głowa jest zbyt ciężka dla szyi. Mrużę oczy. Pode mną rozciąga się migocząca biel, nade mną błękit, a przede mną turkus...
Piasek. Niebo. Morze.
Plaża.
Jestem na... plaży.
Sama? Jest zbyt jasno, nie widzę niczego w promieniu paru metrów, nie widzę... nikogo.
Żyję i wciąż mnie to zaskakuje. Nie rozumiem dlaczego. Spróbuj sobie przypomnieć. Ostatnia rzecz, jaką...?
Chłodna biel.
Wspomnienia pojawiają się jedne po drugich.
Mgła. Moja dłoń na klamce drzwi, gorączkowo próbująca je otworzyć. Bezskutecznie.
Poppy. Trzymałam ją w ramionach. Krew napływa mi do głowy i pulsuje w skroniach.
Gdzie jest moja siostra?
Klękam na piasku.
- Poppy! - Łagodny szum morza połyka mój charczący szept.
Poppy wygląda przez okno samolotu i przyciska nos do szyby, a ja podążam za jej wzrokiem. Ciemny, bujny las rośnie nad wybrzeżem, wgryzając się w metaliczne morze.
- Umieram z głodu - oznajmia.
- Przed chwilą jadłyśmy śniadanie, połowę z niego zostawiłaś.
- Wtedy nie byłam głodna.
- No tak. - Na czas lotu nie dostałyśmy żadnych przekąsek, bo w końcu w samolocie mamy spędzić tylko godzinę. Szperam przez chwilę w plecaku. - Mam jabłka i banana... oj.
Z pękniętego owocu wypływa brązowa miazga i brudzi przy tym jabłka. Obie robimy taką samą zdegustowaną minę, daleko mi jednak do śmiechu. Gdyby mama była tu z nami, miałybyśmy pod dostatkiem przekąsek na tę wyjątkową wyprawę: plastikowe pudełeczka z sałatką z makaronem i czekoladowe brownie, które wcześniej wspólnie byśmy przygotowały.
Patrzę przez korytarz na Alison - stewardesę, która towarzyszy nam podczas lotu. Mam czternaście lat, więc mogę podróżować sama, ale jedenastoletnia Poppy musi latać w towarzystwie osoby dorosłej. Na lotnisku Heathrow okazało się, że Alison jest tak spokojna i zorganizowana, jak sugerowała to jej gładko zaczesana fryzura. Pomogła nam się przesiąść do samolotów w Los Angeles i Auckland o wiele sprawniej, niż ja bym to zrobiła. Skupiona na telefonie, nie słyszy, jak Poppy prosi o jedzenie. Ciekawe, ile ciocia zapłaciła jej za całą drogę, czyli przeprowadzenie nas przed dwa lotniska, dwa dwunastogodzinne loty i przelot tym samolotem.
Z siedzenia za nami dobiega nas szelest i nagle nad głową Poppy pojawia się paczka chipsów.
Odwracam się. W szczelinie między fotelami widzę chłopaka mniej więcej w moim wieku, nieudolnie próbującego odsunąć z oczu kosmyk mokrych blond włosów. W Auckland padało - to chyba typowe dla Wyspy Północnej w Nowej Zelandii. Przynajmniej dzięki pogodzie będziemy czuły się tu jak w domu.
- Super. Dzięki - mówi Poppy, częstuje się chipsami i odwraca się do mnie, podnosząc pytająco brwi. Pewnie chce się upewnić, czy nie mam nic przeciwko. W odpowiedzi wzruszam tylko ramionami. Jest ode mnie trzy lata młodsza, nie jestem przyzwyczajona do decydowania, co może, a czego nie.
Poppy otwiera paczkę i przyklęka na siedzeniu, odwracając się w stronę chłopaka.
- Mam na imię Poppy, a to moja siostra Aster. Dokąd lecisz?
- Mieszkam w Gisborne - odpowiada chłopak. - Pojechałem odwiedzić mój klan z Auckland, a teraz wracam do domu.
- Klan? - Poppy się zaśmiała. Chłopak ma silny nowozelandzki akcent, przez który każde zdanie intonuje pytająco.
- Rodzinę - szepczę, szturchnąwszy ją łokciem.
- Wiem. Zdziwiłam się tylko, że ludzie naprawdę tak mówią - odpowiada, szczerząc zęby. Chłopak uśmiecha się w odpowiedzi, po czym przybiera niby-poważną minę.
- No, a ja nie wiedziałem, że ludzie mówią tak jak wy. Co słychać u Królowej? - odpowiada, próbując naśladować elegancki brytyjski akcent, który jednak ani trochę nie przypomina naszego. W końcu pochodzimy ze wschodniego Londynu.
Poppy wybucha śmiechem, plując chipsami. W ciągu następnych paru minut dowiadujemy się, że chłopak ma na imię Sam, ma szesnaście lat, jego ulubiona potrawa to nachos, ulubiony kolor to pomarańczowy i że najbardziej lubi jeździć na rowerze po górach.
Poppy z kolei opowiada Samowi, że jestem mistrzynią w pływaniu.
- Pops, to lekka przesada - mówię, opieram policzek o fotel i znacząco patrzę na Sama, dając mu do zrozumienia, że nie odpowiadam za jej słowa.
- Po prostu jestem miła - wyjaśnia Poppy - w przeciwieństwie do ciebie. Zresztą jesteś mistrzynią, ustanowiłaś rekord i wygrałaś te wielkie zawody...
- To było dwa lata temu i tylko na poziomie regionalnym... - odpowiadam niewyraźnie, czując się zakłopotana samym tłumaczeniem.
- Szczerze mówiąc, brzmi to imponująco - mówi Sam. Próbuje powstrzymać uśmiech, a wtedy w policzku pojawia mu się dołeczek. Uśmiecham się w odpowiedzi, tak trochę.
- No widzisz?! - dodaje Poppy.
- Lecicie na wakacje? - pyta mnie chłopak. Przełykam ślinę. Teraz, kiedy wolałabym, żeby to Poppy przejęła rozmowę, ona poświęca całą uwagę chipsom.
Nie odzywam się długo, aż w końcu zaczyna się robić niezręcznie.
- Przeprowadzamy się do Gisborne. Będziemy mieszkać z ciocią Ioną. Nasza mama zmarła parę miesięcy temu. Rak - odpowiadam szybko. Mówię prawie szeptem, a i tak ledwo udaje mi się wydusić z siebie te słowa.
- O cholera. Przykro mi. - Sam milknie na chwilę i przełyka głośno ślinę. Spuszczam głowę. Po chwili chłopak odzywa się znowu poważnym głosem: - Mój dziadek ma to samo, ale na razie jest okej.
Podnoszę głowę. Ma zarumienione policzki, a ja czuję ciepło rozchodzące się po mojej twarzy i szyi. Nikt, kto ma wśród bliskich osobę, która choruje na nowotwór, nie chce słyszeć ani rozmawiać o śmierci. Szkoda, że nie ugryzłam się w język.
- Pewnie się wyleczy, dużo osób z tego wychodzi - mówi Poppy, zgniatając w dłoni puste opakowanie po chipsach, nieświadoma tego, że atmosfera rozmowy się zmieniła. - My jesteśmy sierotami. Nasi rodzice się rozstali, kiedy byłam mała, a potem tata zginął w wypadku samochodowym.
Chłopak podnosi brwi jeszcze wyżej. Ze współczuciem przenosi wzrok to na mnie, to na Poppy, która szybko dodaje:
- Ale Iona jest młodszą siostrą mamy i jest super.
Odwracam się od nich, gdy Poppy opowiada o Ionie. Mówi, że jest onkologiem - leczy ludzi chorych na raka - i pracuje na całym świecie: od terenów, na których trwa wojna, po odległe dżungle. Nie wspomina o tym, że od wielu lat praktycznie nie miałyśmy z nią kontaktu. Kiedy mama umierała na nowotwór, Iona leczyła innych pacjentów.
Chłopak pokazuje Poppy na tablecie filmiki z jazdy rowerami po górach. Moja siostra nalega, żebyśmy zrobili sobie w trójkę selfie jej telefonem. Przekazuje komórkę Samowi, który opiera się o zagłówki foteli nad naszymi głowami. Poppy przyciąga mnie do siebie, obejmując moją szyję chudziutkim ramieniem. Po zrobieniu zdjęcia wraca do gry na telefonie, ale nie na długo, bo po chwili słyszymy głos obwieszczający, że samolot przygotowuje się do lądowania w Gisborne - czas lokalny dziewiąta rano, niebo zachmurzone, przelotny deszcz, temperatura sięga dwudziestu stopni. W styczniu w Anglii trwa zima, w Nowej Zelandii mamy właśnie lato. Nasza towarzyszka podróży, Alison, sprawdza, czy zapięłyśmy pasy, ja zaś, jak zwykle, gdy przygotowuję się do lądowania, zaciskam mocno oczy, a serce podchodzi mi do gardła. Samolot ląduje, lekko podskakując na pasie.
Poppy przykłada obie dłonie do okna. Jej blond włosy są znacznie jaśniejsze na końcach niż u nasady. Dziś związała je w dwa rozpadające się warkocze. Przedziałek jest przekrzywiony. Poppy przyzwyczaja się powoli do tego, że musi zaplatać je sama, zamiast każdego dnia władczo rozkazywać mamie, jak je układać.
Przygryzam wargę. Przeprowadzamy się do Nowej Zelandii, która jest tak daleko od Anglii. Nigdy nie byłyśmy tu nawet w odwiedzinach, ale to tu mieszka Iona. Gdyby nie ona, trafiłybyśmy do domu dziecka. Mam już prawie piętnaście lat, opieka społeczna nie mogłaby mi więc zagwarantować, że będę długo mieszkać w jednym miejscu z Poppy. Za nic jednak nie mogłam sobie wyobrazić życia z dala od niej. Na pogrzebie mamy z rodziny pojawiłyśmy się tylko my - była to pierwsza chwila w naszym życiu, w której tak dotkliwie odczułyśmy brak krewnych. Przez prawie miesiąc mieszkałyśmy z przyjaciółką mamy, gdy w końcu opiece społecznej udało się namierzyć Ionę. Ciocia zadzwoniła do nas przerażona, że w tych trudnych chwilach nie było jej przy mamie i przy nas. Uświadomiłam sobie później, że mama nigdy nie przyznała się siostrze, w jakim była stanie. Przez kolejne dwa miesiące Iona zajmowała się naszą przeprowadzką do Nowej Zelandii.
Mój wzrok przykuwa pojedyncza kropla skroplonej pary wodnej, uwięziona pomiędzy dwiema warstwami szyby w oknie samolotu, niemająca wpływu na swój los. Zupełnie jak my.