ROZDZIAŁ II
Wielka była we wsi sensacja. Franek Kociuba przyjechał. I to nie żaden tam sierżant z wiejskiego posterunku, ale porucznik Kociuba z warszawskiej komendy.
Już na parę tygodni przed tym "epokowym" wydarzeniem stary Kociuba rozpowiadał wszystkim wokoło, że spodziewa się odwiedzin syna. Ten i ów pokpiwał sobie nawet z koniuszego. "Cóż to, król jaki przyjeżdża albo cesarz? - mówili ze śmiechem. - A może prezydent Stanów Zjednoczonych?".
- Głupiście - burczał koniuszy. - Co mi tam król czy prezydent? Dla mnie mój Franek ważniejszy.
Maciejczakowie także niecierpliwie wyczekiwali na przyszłego zięcia, nie mówiąc już o Hance, która co rano zdzierała kartkę z kalendarza, licząc dni do przyjazdu.
Wreszcie przyjechał. Wesoły, elegancki, opalony, zupełnie tak, jakby nie w Warszawie, ale nad morzem siedział. Mundur nowiutki, prosto od krawca, świetnie dopasowany, a spodnie tak odprasowane, że kantami można by chyba kiełbasę kroić. Co tu dużo gadać, szykowny oficer.
Witali go wszyscy po kolei, wycałowali, wyściskali, aż się nawet trochę ten nowiutki mundur pomiął. Radość była ogólna, i to nie tylko w rodzinie Kociubów i Maciejczaków, ale i dawni koledzy, i przyjaciele przybiegli przywitać się z Frankiem. Ten i ów może był trochę onieśmielony oficerskim mundurem, ale Franek walił kumpli pięścią po plecach na znak, że się nie zmienił i że mu woda sodowa do głowy nie uderzyła.
- Zmężniałeś, Franuś, zmężniałeś - mówił koniuszy, klepiąc syna po szerokich barach. - Służy ci widać ta Warszawa. Nie płacz, matka, no, czego płaczesz? - zwrócił się do żony.
- To z radości - odparła Kociubowa. - Tyle czasu nie widzieliśmy naszego chłopca. Bój się Boga, cały rok. Jakże ci tam, Franuś, w tym mieście?
- Jakoś sobie radzę, mamo. Z początku trudno się było przyzwyczaić. Strasznie mi było brak łąk, pól, lasów. Nie mogłem oddychać. Zdawało mi się chwilami, że się uduszę. Ale teraz przywykłem.
- Potrzebne ci to było, Franeczku? Nie mogłeś w pegeerze pracować?
- No, coś ty? - oburzył się koniuszy. - Nie rozumiesz, że chłopak karierę robi? Niedługo pułkownikiem zostanie. Co tu gadać o pegeerze?
- Ale oddychałby dobrym powietrzem i byłby blisko nas.
Franek, nie chcąc przedłużać sprzeczki rodziców, zmienił temat rozmowy.
- Niedługo was na wesele zaproszę - powiedział wesoło.
- Kiedy się żenisz? - spytali jednocześnie.
- Myślę, że na Boże Narodzenie. W październiku albo najdalej w listopadzie powinienem dostać mieszkanie, dwa pokoje z kuchnią.
- Lepiej trzy, Franeczku, lepiej trzy - powiedziała Kociubowa - bo jak przyjdą dzieci, to będzie wam ciasno.
- O, widzę, że mamie pilno do wnuków - roześmiał się Franek.
Po wstępnych powitaniach zaczęła się zwada. Chodziło o to, u kogo ma się odbyć przyjęcie, u Kociubów czy u Maciejczaków.
- Taki jest zwyczaj, że przyjęcie urządza się w domu narzeczonej - upierała się Maciejczakowa. - Ale my jesteśmy od was starsi wiekiem - argumentował koniuszy. - A i ludziom poręczniej do nas przyjść, a nie latać po lesie. - Wreszcie, targ w targ, stanęło na tym, że w najbliższą niedzielę urządzą przyjęcie Maciejczakowie, a w następną niedzielę zaprosi się gości do Kociubów.
Tyle było zamętu z tymi rodzinnymi sprawami, że młodzi wcale nie mieli czasu dla siebie. Dopiero na drugi dzień po przyjeździe udało się Frankowi chwycić Hankę za rękę i uciec z nią za pałac do opuszczonego parku.
Nic się tu nie zmieniło. Może tylko chwasty bardziej wybujały, rzeczka gęściej zarosła sitowiem, a kamienne posągi pokryła grubsza warstwa zielonej pleśni.
- Dawniej lubiłeś tu przychodzić - powiedziała cicho Hanka.
Skinął głową.
- Tak, przychodziłem tu, żeby pomarzyć.
- Czy mam być zazdrosna o te twoje marzenia?
Otoczył ją ramieniem.
- Niemądra jesteś. Wtedy wyobrażałem sobie, jak tu było przed stu, przed dwustu latami. Musiały tu się odbywać wspaniałe bale. Krynoliny, kolorowe fraki, białe peruki, na tarasie orkiestra, lampiony.
- Chciałbyś żyć w tamtych czasach?
Franek wzruszył ramionami.
- Bo ja wiem. Jako jakiś książę czy inny hrabia, to może bym i chciał, ale jak miałbym być chłopem pańszczyźnianym, to pewnie bym nie chciał.
- A ja bym nie chciała, żebyś wtedy żył, bo teraz nie miałabym ciebie. Już by i śladu po twoim grobie nie było.
- Co ty mi o grobach opowiadasz? - roześmiał się Franek. - Mów mi o naszym weselu.
- No więc kiedy?
- A na Boże Narodzenie.
- Na pewno?
- Na pewno. Chyba żebyś sobie innego znalazła.
- Coś ty, Franek? - Oparła policzek o jego ramię. - Tak mi bez ciebie smutno, tak smutno, że czasem to mało nie płakałam. Ty nie wiesz... Ty nie możesz zrozumieć...
Pocałował ją.
- Niedługo już będziemy razem. Zobaczysz, jak nam będzie dobrze ze sobą.
- Nie mogę się doczekać. Aż mnie coś w dołku ssie.
Przeszli przez półokrągły mostek, przerzucony przez rzeczkę, i znaleźli się wśród splątanych krzaków leszczyny.
- To tutaj gdzieś znalazłeś wtedy trupa tej dziewczyny - powiedziała cicho.
Żachnął się.
- Daj spokój. Nie chcę rozmawiać o takich rzeczach. Przyjechałem na urlop i żadne kryminalne sprawy mnie nie obchodzą. Powiedz mi lepiej, co ze Staszkiem?
- Jeździ, jak dawniej, na koniach. Teraz wysłali go na jakiś kurs. Mają go tam dokształcać. Martwię się o niego, bo to ujeżdżanie koni to przecież żaden zawód. To dobre dla młodego chłopaka, ale jak się zestarzeje, to co? Trzeba mieć jakiś fach w ręku.
- Niechby został zootechnikiem.
- Ale na to trzeba się uczyć, a on do nauki nie bardzo się garnie.
- A co u Kazimierskich?
- W porządku. To dobre małżeństwo. Są ze sobą szczęśliwi.
- Magda to pierwszorzędna dziewczyna - powiedział z przekonaniem Franek.
- Podoba ci się?
- Przecież wiesz, że mi się kiedyś podobała.
- Bardziej niż ja?
- Jakby mi się bardziej od ciebie podobała, tobym się z nią ożenił. Na co to głupie gadanie?
- Chciałam wiedzieć.
- No, to już teraz wiesz - odburknął Franek. Stracił humor i był zły na Hankę, że popsuła miły nastrój. Najpierw o trupie, a teraz znowu jakieś idiotyczne sceny zazdrości.
Wzięła go mocniej pod rękę.
- Jak ty mało znasz kobiety, Franeczku.
- Wszystkie baby są jednakowo głupie - mruknął, wzruszając ramionami.
- Nie złość się.
- E, bo tak gadasz nie wiedzieć co.
- W takim razie pocałuj mnie i już nie bądź zły.
Pocałował.
Przez chwilę szli w milczeniu. Franek z prawdziwą przyjemnością wciągał w nozdrza wilgotny zapach roślin.
Hanka znowu zaczęła mówić o Kazimierskich.
- A wiesz, że wczoraj spotkałam w spółdzielni Magdę?
- No i co?
- Mówiła mi, że jest niespokojna o swojego Stacha.
- Zdradza ją?
- Nie, skądże. Tylko to paskudna robota. Dużo ludzi już sobie ponarażał.
- Trudno, żeby kłusowników częstował cukierkami.
- Ty żartujesz, a Magda jest rzeczywiście zdenerwowana. Bo widzisz... Wojtasik. Michał Wojtasik. Wiesz?
- Wiem. Bandzior. I cóż Wojtasik?
- Siedział w więzieniu przez Kazimierskiego.
- Złapał go na kłusowaniu?
- Właśnie.
- No, to słusznie, że go posadzili.
- Coś chyba półtora roku. Teraz wyszedł i odgraża się, że się zemści na Kazimierskim, że swojego nie daruje.
Franek energicznie potrząsnął głową.
- E, głupstwa. Takie tam gadanie. Nie można tego brać poważnie.
- Sam powiedziałeś, że to bandzior.
- Ale nie wariat. Jak dostał półtora roku, to teraz będzie siedział cicho jak mysz pod miotłą. Nikomu chyba nie pilno na szubienicę. Magda zupełnie niepotrzebnie się denerwuje.
- Kocha Stacha. Cóż dziwnego, że się o niego niepokoi.
- Hanka. A może ty byś mi coś weselszego opowiedziała, co? - zaproponował Franek.
Roześmiała się.
- Masz rację, Franeczku. Przepraszam cię. Sama nie wiem, dlaczego ci opowiadam o takich przykrych sprawach. Tak jakoś.
- Cieszysz się, że będziemy mieszkać w Warszawie? - spytał.
- Pewnie, że się cieszę. Ale...
- Co znowu? Jakie "ale"?
- Bo widzisz... ja teraz straciłam rok.
- Przecież wiem. Matka chorowała. Musiałaś być w domu.
- Chciałabym się dalej uczyć, Franeczku.
- A któż ci broni?
- A ty nie będziesz miał nic przeciw temu?
Tak go zaskoczyły te słowa, że aż przystanął.
- Ja? A dlaczegóż miałbym mieć coś przeciw temu, żebyś ty się uczyła?
Zmieszała się.
- Bo to różnie bywa w małżeństwie. Czasem mąż jest niezadowolony, jak żona studiuje. Chce, żeby tylko nim się zajmowała i domem. Znam takie wypadki.
- Cóżeś ty, Hanka? - obruszył się Franek. - Uważasz mnie za idiotę? Kobieta powinna zdobyć fach. Różnie w życiu bywa. Mąż może umrzeć albo go jaki bandzior kropnie i co wtedy?
- Nie mów tak. Błagam...
- Wszystko się może zdarzyć. A poza tym uważam, że w ogóle powinnaś skończyć studia.
Pocałowała go.
- Cieszę się, że tak myślisz.
- A ja się martwię, jak mogłaś sądzić, że ja myślę inaczej?
- Nie gniewaj się, Franeczku, ale po ślubie mężczyzna często robi się zupełnie inny, zaczyna mieć rozmaite wymagania.
- Ja się nie zrobię inny. Spokojna głowa.
Wrócili. Kociubowa już czekała z kolacją.
- A cóżeście tak długo spacerowali? - spytała.
- Dajże, matka, spokój - wtrącił się koniuszy. - Tyle czasu się nie widzieli. Przecie muszą się nagadać.
Jedli z takim zapałem, aż im się uszy trzęsły. Potrawy znikały ze stołu w zawrotnym tempie. Pod koniec kolacji stary Kociuba powiedział:
- Powiadają, że zakochani nie mają apetytu, ale to chyba nieprawda.
Potem rozmawiali o ich przyszłym małżeństwie, śmiali się, żartowali. Wesoło było. Wreszcie zrobiło się późno i Franek odwiózł Hankę do domu.
Kiedy się żegnali, Hanka wyściskała swojego chłopaka i spytała:
- Przyjedziesz jutro?
- Przyjadę, ale nie wiem kiedy. Chciałbym odwiedzić Stacha, a jego trudno złapać.
- Odwiedź ich. Oczywiście. Magda się ucieszy. - Pośpiesznie otworzyła furtkę.
Franek wzruszył ramionami i wsiadł na motor. W powrotnej drodze pomrukiwał niezbyt pochlebnie pod adresem całego rodu niewieściego.
Nazajutrz w godzinach południowych poszedł do Kazimierskich. Zastał ich oboje. Ucieszyli się ogromnie. Tyle przecież wspólnych wspomnień ich ze sobą łączyło. Stach był ciotecznym bratem Franka. Razem spędzili całe dzieciństwo. Jeździli na patykach i wywijali drewnianymi szablami. Potem szkoła, służba wojskowa. Zżyci byli ze sobą i zaprzyjaźnieni jak rzadko kto. Był w ich życiu taki okres, kiedy trochę na siebie warczeli, bo obaj mieli się ku Magdzie, ale to niedługo trwało. Franek zainteresował się Hanką i ustąpił z placu. Wolał wycofać się z honorem. Po pierwsze, nie chciał wchodzić w drogę przyjacielowi, a po drugie, wyraźnie widział, że Magda woli Stacha. Nie marudzili długo z narzeczeństwem. Pobrali się błyskawicznie i zaraz sypnęły się dzieci, najpierw chłopak, a za dwa lata bliźnięta, chłopak i dziewczynka. We wsi mówili, że jak tak dalej pójdzie, to pięcioraczków się doczekają.
Kazimierski serdecznie wyściskał i wycałował krewniaka.
- Myśleliśmy już, żeś o nas zapomniał.
- Ale gdzie tam - zaprotestował z ożywieniem Franek. - Gdzieżbym o was zapomniał. Tylko tak mnie rodzinka i teściowie witali, że ani zipnąć nie mogłem. Aha, mam was zaprosić na przyjęcie do Maciejczaków. W tę niedzielę. A w przyszłą niedzielę większy jubel u moich staruszków. Musicie być. Koniecznie.
- Zjesz z nami obiad? - spytała Magda.
- Nie rób sobie kłopotu.
- Ale żaden kłopot. Przecież nic specjalnie nie gotuję. Czym chata bogata. Wódkę mam, ale nie dam, bo Stach na służbę jedzie do lasu.
- Podobno masz trochę kłopotu z kłusownikami - powiedział Franek.
- Z nimi zawsze kłopot. Coraz bardziej robią się bezczelni.
- Mówiła mi Hanka, że Wojtasik wyszedł z pudła i że ci się odgraża.
Kazimierski machnął ręką pogardliwie.
- Może się odgrażać, ile tylko ma ochotę. Kto by się przejmował takim głupim baranem.
- A ja ci mówię, ty sobie Wojtasika nie lekceważ - wtrąciła się Magda. - To jest bandzior i z nim nie ma żartów.
- Jeżeli odgraża się przy świadkach, to można to podciągnąć pod groźby karalne - powiedział Franek.
Kazimierski skrzywił się.
- Kto tam będzie świadczył? Każdy powie, że nic takiego nie słyszał. Nie wiesz, jak to jest? Zresztą nie warto sobie tym głowy zawracać. Magda niepotrzebnie robi panikę. Tak jakbym ja pierwszego w życiu kłusownika nakrył.
Franek spojrzał na Magdę.
- Ja także myślę, że nie masz się czym przejmować. Stach nie ułomek, a poza tym do lasu jeździ z bronią. W razie czego na pewno sobie poradzi, a prawdę mówiąc, nie wierzę w to, żeby Wojtasik ryzykował taki numer.
Magda poszła do kuchni przygotować obiad, a oni siedli sobie przy stole i z uśmiechem patrzyli jeden na drugiego.
- Jakże ci tam w tej Warszawie, Franek?
- Jakoś leci. Przyzwyczaiłem się.
- A nie tęskno ci za wsią?
- Oj, z początku to mi cholernie było markotnie. Ale powoli wciągnąłem się w to życie.
- Szkoda, żeś od nas poszedł - powiedział z przekonaniem Kazimierski. - Inny tu mieliśmy porządek, jak ty byłeś. Bali się ciebie. Rygor był. Najlepszych ludzi zabierają z terenu. To niedobrze.
- Kto teraz jest komendantem posterunku?
- Kazimierz Wójcik. Taki tęgi, czerwony na gębie.
- Znam go - pokiwał głową Franek. - Jak sobie radzi?
- W gruncie rzeczy niezły chłop, tylko za wygodny. Nie chce się ludziom narażać i na różne sprawy przez palce patrzy. Żałuję, że cię tu nie ma. Może pomógłbyś trochę tych kłusowników przepłoszyć.
- To aż tak grasują?
- A coś ty myślał? Za każdym razem, jak pojadę do lasu, wnyki znajduję, a i sarnę potrafią ustrzelić.
- Mają broń?
- No chyba, że mają. Mało to nielegalnej broni po wsiach?
- Cholera - zaklął Franek. - Trzeba by jakąś akcję przeprowadzić.
Kazimierski uśmiechnął się.
- Jaką tu akcję przeprowadzisz? Nie żartuj. Gdzie będziesz broni szukał?
- Trzeba by rewizję przeprowadzić u podejrzanych.
- Łatwo ci mówić. Po pierwsze, nie wiadomo, kto jest podejrzany, a po drugie, żadna rewizja nic nie da. Jak chłop ma broń, to ją tak chowa, że trzeba by chyba jakiego jasnowidza, żeby ją znalazł. Spytaj ojca, jakie Niemcy robili rewizje, a i tak broni nie znajdowali.
Weszła Magda, niosąc dymiącą wazę.
- Pomidorowa z kluskami. Lubisz, Franuś?
- Ja wszystko lubię. A gdzie to wasze pociechy?
- W przedszkolu. Dużo ja bym tu zrobiła, jakbym trójkę takich chuliganów miała na karku. Wpierw daję jeść Stachowi, a później idę po dzieci. Gdyby nie to przedszkole, to nie wiem, jak bym sobie dała radę w domu.
- A jak się dzieciaki chowają?
- Dziękować Bogu. Zdrowe.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.