Pieczeń dla Amfy - Salcia Hałas

Reflow text when sidebars are open.
Maria Mania jest sobie zadłużoną wdową i kwiaciarką przy zakładzie pogrzebowym.
No nie brzmi to za dobrze, jak się powie głośno.
I odstrasza potencjalnych zalotników.
Ten śmierci w Marii obecności nadmiar.
Jakby to była Marii wina, że były zszedł przedwcześnie.
Albo, że kryzys w branży kwiaciarskiej nastąpił oraz gospodarce ogólnoświatowej i ludzie przestali kupować kwiaty.
Bo to się nie opłaca.
Kwiaty są drogie i chwilowe, lepiej kupić rzeczy, na ślub nawet już nie wszyscy, coraz mniej, jest trend, żeby zamiast kwiatów dać na schronisko dla sierotek albo hospicjum.
Ale umarłym jeszcze kupują, bo umarłym nie da się kupić rzeczy, bo by ukradli.
Znaczy żywi, oczywiście, by ukradli.
Kwiaty są umarłym tak samo niepotrzebne, ale żywi je kupują, a potem inni żywi je kradną.
Dzięki temu Maria ma pracę.
Oprócz kredytów byłego wlecze się jeszcze za nią dziecko upiór.
I upodobanie do niewłaściwych mężczyzn z powodu trudnego dzieciństwa i niewłaściwych wzorców.
Tak przynajmniej twierdzi pani świrolog. Ta z Unii Europejskiej.
W kwiaciarni Maria robi wiązanki i wieńce pogrzebowe. Pracuje w czapce z powodu zielonych włosów. Ta czapka to był warunek pana Jeremiego co do współpracy.
Który to pan Jeremi jest przedsiębiorcą pogrzebowym i Marii Mani w pewnym sensie pracodawcą.
A właściwie nie do końca można tak to nazwać, bo z kwiaciarni pobiera haracz, a nie Marię zatrudnia.
Bo Maria ma działalność. I skomplikowany z panem Jeremim układ biznesowy.
Na przykład w kwestii nissana.
Nissan jest własnością zakładu pogrzebowego.
Służy do wożenia dużych i potrzebnych rzeczy.
Ale nie umarłych, bo ma otwartą pakę.
A umarłych wozi się dyskretniej, pod przykryciem.
W majestacie i szacunku i żeby nikogo przypadkiem nie przestraszyli.
I nie powypadali oczywiście.
I tego właśnie nissana pan Jeremi Marii użycza.
Żeby sobie mogła po pracy pojeździć w różne miejsca.
Bo samochód własny dawno, żeby pokryć piątego komornika, sprzedała.
A co do czapki, to rozumie Maria taki warunek.
Że nie wypada, żeby przy umarłych.
Umarli przebywają w ciemnościach i mogą być na kolory nadmiernie wrażliwi.
Maria ma różne czapki.
Na przykład na Wszystkich Świętych ma ciemnofioletową, żeby pod kolor było.
A na wiosnę zieloną.
Ma też jedną khaki z napisem hiphopowym, którego nie umie odczytać.
Bo jest zakręcony i zawiły.
Nosi ją bez okazji.
Oprócz działalności, długów i czapek ma jeszcze Maria psa sukę, bulterierkę białą, znalezioną.
I dwa szczury.
Dziewczynka zombi lubi keczup, bo jest z pomidorów, a dziewczynka zombi lubi pomidory najbardziej na świecie.
Nie lubi za to mleka.
Szczególnie gorącego.
Gorące mleko jest ładne.
Biel robi się przejrzysta. Mleko pokrywa chmurka piany.
Salamandry też są ładne. Kształtne i zwinne, w żółte albo pomarańczowe kropki.
I nawet pająki krzyżaki. Na swój sposób. Jak siedzą na pajęczynie. Ale nikt nie każe ich dotykać, ani tym bardziej jeść.
Należą do tych rzeczy, które są ładne z daleka.
Z całą pewnością nie należą do pożywienia.
Mleko też nie należy do pożywienia.
Po pierwsze, dlatego, że śmierdzi.
A po drugie, smakuje równie ohydnie, jak pachnie.
Każdego ranka ciotka Zośka nalewa mleko do niebieskiego kubka.
Kubek jest z niebieskiego fajansu.
Ogromny.
Mieszka w nim cały ocean mleka.
Czasami, ale tylko czasami, ciotka Zośka pozwala wypić mleko w innym, małym kubku.
W małym kubku jest tylko morze mleka.
Mały kubek jest śliczny i pomarańczowy.
Wchodzi do niego tylko pół chochli.
Dziewczynka zombi jest małemu kubkowi wdzięczna.
Ale nie można w nim pić codziennie, bo jest plastikowy i pod wpływem gorącego wydziela trujące substancje szkodliwe dla zdrowia.
Może to dlatego mleko w małym kubku smakuje całkiem znośnie. Może to przez te trujące substancje.
Czasami bywa tak, że mleka jest więcej, i to w dużym kubku.
Bo ciotka chce opróżnić garnek, a ktoś to mleko przecież wypić musi.
Marnowanie to grzech najgorszy na świecie, grzech wobec głodnych sierot i Pana Boga.
Jak mleka w dużym kubku jest więcej, powiedzmy o dwa centymetry mleko jest wyżej, to dziewczynka rzyga.
Bo to jest za dużo o te dwa centymetry właśnie.
Dziewczynka zombi może ze łzami w oczach wypić całą normalną porcję, proszę bardzo.
Jest przyzwyczajona do rzeczy przykrych, wytrzyma.
Może popić tym mlekiem bułkę z serem, który też śmierdzi i to akurat niczyja wina, tylko komunizmu, bo nie, że jest przeterminowany, czy coś, po prostu tak smakuje.
Ser nazywa się salami i jest jedynym serem dostępnym w osiedlowym sklepie.
I to z trudnością.
Dlatego należy być wdzięcznym, gdy ciotka Zośka go kupi.
Jak zje, to może iść do szkoły, której nienawidzi.
Może rozebrać się w zimnej szatni i znieść matematykę, bieganie w rzędach i skok przez kozła.
Dziewczynka zastanawia się, co jest bardziej okropne, śniadanie, mokry wiatr na zewnątrz, czy wuef i bieganie w rzędach, i nie wie.
Ale wie na pewno, że te dwa centymetry to jest ponad to, co dziewczynka potrafi znieść.
Ciotka Zośka nie potrafi tego zrozumieć.
Mleko jest też w szkole. W ramach akcji o charakterze społecznym.
W szkole są różne akcje o charakterze społecznym, żeby społeczeństwo, którego zalążkiem są dzieci z podstawówki numer dwa, w tym dziewczynka, się nie psuło, miało mocne kości i zdrowe zęby.
Jest fluoryzacja i przeglądy zębów, mierzenie i ważenie dla sprawdzenia, czy społeczeństwo jest za grube, za chude, czy mieści się w normie, oraz mleko dla całokształtu.
Mleko mieszka w wielkich kotłach w stołówce.
Nalewają naraz trzy kucharki, bo szkoła jest duża, a przerwa krótka, więc żeby zdążyć.
Dzieci tłoczą się w ogonku, wszystkie są granatowe, bo granat jest kolorem obowiązującym. Wszystkie dzieci mają stylonowe fartuszki z białymi kołnierzykami.
Niektóre dziewczynki mają kolorowe kokardki na kucykach, ale dziewczynka zombi nie, dziewczynka zombi ma recepturki, bo ciotka Zośka uważa, że to w zupełności wystarczy. Recepturki bolą i naciągają włosy.
W mleku jest kazeina. Kazeina to białko, które ścina się pod wpływem temperatury i śmierdzi.
Od tego smrodu niektórym zbiera się na wymioty. Dziewczynka zombi stoi w ogonku i jej się zbiera.
- A ty nie masz matki. Masz tylko ciotkę - mówi gruby Piotrek, którego matka pracuje w zakładzie cukierniczym. Piotrek ma z matką tak, że może jeść, co chce.
A chce tylko wafelki. To je.
Piotrek opowiada, jak jego matka kradnie słodycze. Ma taki ubiór specjalny, mówi z dumą Piotrek, specjalnie uszyty i ma kieszenie wszędzie.
W tych kieszeniach wynosi słodycze. Od których Piotrek jest potem gruby, ale nikt się z niego nie śmieje, jak z innych grubych dzieci, tylko wszyscy mu zazdroszczą tego życia w słodyczy raju.
- Mam matkę - mówi ze łzami dziewczynka zombi. Łzy ciekną, chociaż bardzo stara się nie płakać. - Tylko z nią nie mieszkam.
- Masz matkę, tylko ona cię nie chce - mówi Piotrek i zlizuje biały krem z rozdartej na dwie połówki markizy. - To jeszcze gorzej.
Dziewczynka mówi, że nieprawda, ale sama już do końca nie wie, jak to jest.
Bo ma matkę, ojca i nawet dwóch braci.
A mieszka u ciotki Zośki i wujka Staszka, bo nie mają oni własnych dzieci.
A matka Agata ma trójkę i jej nie starcza.
Ani czasu, ani pieniędzy.
Bo ma też trzy prace.
Bo ojciec Antoni, zaiste święty człowiek, ale co mu z tej świętości, mówi ciotka Zośka, ma tylko jedną pracę i to przez godzinę dziennie.
Ojciec jest organistą w kościele. Raz dziennie gra do mszy.
Poza tym modli się i rozmyśla, i jest to jego główne zajęcie życiowe.
Ojciec Antoni miał zostać księdzem, nawet w seminarium już był, ale wtedy poznał matkę Agatę, to była wielka miłość, Pan Bóg dał dziecko, ślubów nie było, był ślub.
Pan Bóg dał dziecko, na dziecko jednak nie dał, bo Pan Bóg to nie opieka społeczna, tylko byt niezależny, odległy i transcendentny, i wiadomo, że takimi rzeczami zajmować nie będzie się.
Bo to są babskie sprawy.
Ojciec Antoni jest równie transcendentny i odległy jak Pan Bóg.
Dziewczynka słabo go pamięta i rzadko spotyka.
Ojciec Antoni siedzi w swoim pokoju i rozmyśla albo książki święte czyta, ale równie dobrze mógłby siedzieć jak Pan Bóg na obłoku ponad dachami miasta.
Na to samo by wyszło.
Matka Agata musi mieć na dzieci.
Dziewczynka zombi ma młodszych braci bliźniaków.
Którzy w przyszłości wyjadą do Japonii.
Na których Pan Bóg ojciec też dać nie chce, ani ojciec Antoni, więc ciotka Zośka występuje z propozycją.
Nie mamy ze Staszkiem dzieci. Staszek tak dzieci kocha, zawsze chciał mieć córeczkę, daj mi córkę na wychowanie. Zajmiemy się nią, ptasiego mleka jej u nas nie zabraknie.
Mama Agata płacze i płacze, w końcu się zgadza.
Ojciec Antoni rozmyśla. Matka Agata podejmuje decyzję.
Dziewczynka zamieszkuje u ciotki Zośki.
Drugi dzień nowego roku. Pierwszy w zasadzie, bo wiadomo, że pierwszy stycznia się nie liczy. Od razu wiadomo, że na rozkurz, na zmarnowanie.
Niedzień. W dodatku wypełniony cierpieniem. Kac, zjazd, przez okno spoglądanie i w głowę zachodzenie, jak to możliwe, że świat mógł tak zbrzydnąć od wczoraj. Zużyte petardy, puste butelki i koncert filharmoników wiedeńskich zza ściany.
W żaden inny dzień roku okrucieństwo brzydoty świata nie jest tak bolesne i dojmujące.
Więc dzisiaj szczęśliwie jest już po. Przetoczyło się Boże Narodzenie, sylwester i Nowy Rok i żyć już zacząć można z powrotem od nowa. I spotkałyśmy z Amfą Elwirkę.
Elwirka robi piruet, ale nie dlatego, że tańczy, tylko Edka odkręca, który już nigdy chyba na smyczy chodzić porządnie nie nauczy się.
Bo Edka interesuje tylko jedzenie i wszystko, co z nim związane, i tylko w tym obszarze jego inteligencja przejawia się.
Co po nim widać, bo jest gruby, mimo że Elwirka mu ogranicza.
Zawsze coś znajdzie na spacerze, a w domu umie wyciągnąć kosz na śmieci i otworzyć lodówkę.
Dlatego Elwirka musi mieć szafkę, co jest w niej kosz na śmieci na kłódkę, a lodówkę na łańcuszek.
Poza tym Edek był gruby od nowości, to znaczy od czasu, kiedy Elwirka go znalazła na Zaspie na przystanku. Trzy lata temu to było.
Edek ma ekskluzywną maść blu merle, to jest taką szaro-dropiatą, i jedno niebieskie oko, po jakimś przodku rasowym to musi być, i są to jedyne ekskluzywne rzeczy, jakie Edek ma.
Ma też grzybicę z nawrotami, ale to przypadłość całkiem powszechna, tylko trudna do zaleczenia. Więc trzeba go kąpać w dziegciu i smarować.
- Gdzie byłaś? - pyta Elwirka i papierosa zapala. Co jest trudne, bo Edek na smyczy kręci się i węszy.
- W innym wymiarze - odpowiada Maria. - Posylwestrowym. Więc poszłam się przyklejać do rzeczywistości. To znaczy po sznurek. Bo paczkę muszę nadać. Do tego, wiesz, sklepu za przejściem. Bardzo długo trwała ta podróż. Było cicho i ciemno. Chemiczny był zamknięty, poszłam do tego z kosmetykami. I to nie pomogło... Kosmetyki i fajerwerki, wiesz gdzie. I te panie z tego sklepu... One wyglądały jak czarodziejki...
- Bo one są dziwne. Bardzo. Nie wydawało ci się.
- No widzisz. Więc dalej byłam w innym wymiarze, minęłam tę agencję Trawel Szoł. Bardzo niski mężczyzna, prawie karzeł, pakował cylinder do walizki.
- Robi się ciekawie. Mów dalej.
- Ale to już koniec. Poczucie realności odzyskałam w szmateksie. Za ladą siedział właściciel. Chyba pozwalniał wszystkie dziewczyny z braku kasy... Był straszliwie wymięty i smutny. I na mnie spojrzał. I już byłam z powrotem.
- Odczarował cię.
Od poniedziałku pada od nowa.
Pada i wyje. Zawierucha. Szarobiała. I nie wiadomo, czy do pracy iść, czy nie iść, bo świata nie widać, i nie wiadomo, czy świat i praca w ogóle jeszcze istnieją.
Może się okazać, że tam na dole tak samo jak tu na górze. Tylko biała pustynia i nikt nie przyjdzie już umarłym kupić kwiatów.
Ale zwleka się Maria i idzie tak na wszelki wypadek. Świat jednak wciąż trwa, chociaż nikt nie wydaje się być z tego zadowolony.
W windzie spotyka sąsiada wojskowego, co gra na waltorni w oddziale muzycznym, wąs wisi mu jak mokra szmata, a na dole Żanetę z Usług Sadomaso, co się obok po sąsiedzku mieści.
Żaneta wygląda jak Alis Kuper, tak jej mokry śnieg zniszczył makijaż, i zła jest, bo zamiast usiąść i zapalić, przed pracą kawkę wypić, kreskę wciągnąć, gazetę Woman przejrzeć, to od nowa tapetę jechać będzie, bo na dziewiątą klient jest umówiony.
To się jej się pyta Maria, Żaneta, a po co ty pijesz kawę jak wciągasz, towar taki słaby? I kto normalny umawia się na ruchanie na dziewiątą w poniedziałek?
A Żaneta na to, że kawę lubi i dla przyjemności, kreska z konieczności, a na ruchanie często na dziewiątą umawiają się i dla niej to bez znaczenia.
I mówi, to ja idę, nara, i idzie Żaneta zła i mokra i magazyn Woman, co go Żaneta pod pachą trzyma, jest mokry też.
Wieje i śnieg nie pada z góry do dołu, tylko w bok zupełnie, pod kątem prostym. Falowiec pobieliło, oblepiło i wyglądałby bajkowo, gdyby był małą chatką, ale nie jest.
Jest wielką zaspą bez uroku.
Samochód też jest zaspą, nie wiadomo na pewno, czy jest w środku, nie ma dobrego wyboru dzisiaj, czym do pracy dojechać.
Na przystanku zmarznę, myśli Maria, ale jak go będę odśnieżać, to na pewno się spóźnię, więc chyba go tu zostawię i pojadę tramwajem.
W tramwaju śmierdzi mokrymi włosami, mokrą odzieżą i niezadowoleniem.
Po drodze Maria moknie i już nie schnie do popołudnia.
Spleśniały róże. Od tej wilgoci. Od środka. Cała paczka do wyrzucenia.
Przyszła pani Zosia. Wiązankę zamówić osobiście.
Umarła cioteczna wnuczka pani Zosi. Trzynaście lat. Na raka.
I mają być bladoróżowe drobne róże, limonium i gipsówka. I żadnego świerka. Delikatnie i dziewczęco ma być. Tak chce pani Zosia. Siada na stołeczku, zadziera rajstopy o drzazgę, co ze stołeczka wystaje. Oczko rozciąga się drabinką od kostek po udo.
Pani Zosia płacze.
Wieczorem dzwoni Elwirka. Ale tylko stąd, że się wyświetliło, Maria to wie, bo Elwirki nie słychać, tylko to wizganie i wycie. Wiatr porywa Elwirce słowa i wysyła je z powrotem w kosmos.
- Mi ...isa - mówi Elwirka.
- Łii... Łiii... - mówi wiatr.
- Co??
- ...isa ...ieje. Z psami ...stem ...i zwisa.
- Co ci zwisa?! - krzyczy Maria, ale to nie pomaga jej usłyszeć, bo Elwirka z wiatrem są na zewnątrz, a Maria w środku.
- Ja przyjdę... może? - pyta Elwirka. - Bo wieje i nie słychać. Na chwilę tylko. Bo na dole jestem... beznadziejnie mi zwisa.
Zamiecie wszystko, zawieje, potem stopnieje, napada, stopnieje, i tak z dziesięć razy na zmianę jeszcze, a potem przyjdzie wiosna, baronowo.
Ale na razie uwierzyć w to trudno, mimo że to odwieczny cykl przyrody.
Pewnie z powodu braku dostatecznej ilości luksów i niedoświetlenia szyszynki ten brak wiary.
Na razie przyszła Elwirka. I psy. Edek i Śledź.
Zapachy przynieśli. Mokre.
Wilgoć. Śnieg, szampon i czyste włosy. Wiatr i mokry pies.
Elwirka wyplątuje się z kaptura. Włosy jej od tej wilgoci oklapły i skręciły się w ciasne pierścionki.
- Herbaty mi zrobisz? Tę z truskawką masz może jeszcze? Co te takie kawałeczki były? Oo... popatrz jak ja wyglądam.
Elwirka przegląda się w lustrze w przedpokoju i wysuwa wprzód ryjek.
Jak Obcy wysuwa, tylko sympatyczniej.
Żeby można było zobaczyć wyraźniej.
- Jak wszyscy w autobusie. Zwisa mi twarz. Widzisz? Grawitacja mnie pokonuje.
I dalej energii jang nie uzyskałam. I zmarszczki mi się uwidoczniły. Pod oczy coś muszę kupić, żeby lepiej... Czytałaś coś może?... Ja też nie.
Ale Aśka czytała. I mówiła, że płatki w Rosmanie Erisa w promocji czterdzieści procent. Patrzyłam nawet ostatnio. Ale dalej drogie. To nie kupiłam.
- I co?
- I teraz żałuję... Najbardziej mnie drażni, że to przez Łysego ja tak wyglądam.
Elwirka dalej patrzy w lustro i mocno jest od tego patrzenia niezadowolona.
- Cały wkurw tego związku osiadł mi pod oczami teraz. I żaden Eris tego nie zlikwiduje. I będę wyglądać jak Baśka z tamtej Żabki za przejściem. Wiesz, która.
- Ruda? Co z Iwanem była? - pyta Maria i wodę nastawia, bo Elwirka się trzęsie i przezroczysta też się od tego wiatru zrobiła, całkiem ją na wskroś przewiało.
- Ta. I ona też. Przez Iwana tak też wygląda. Tę to dopiero grawitacja pokonała. Oprócz tego, że ona jest starsza.
Wiesz, ile ja miałam zmarszczek mniej? Zanim poznałam Łysego? Jak płaczę, to mi się skóra pod oczami niszczy. Od soli.
Sól. Żrąca jest. A ty nie jesteś już taka młoda, Elwirko, mama mi wczoraj powiedziała.
Nie powinno się tak mówić do dziecka własnego, uważam. Ale to tak nawiasem. I tak sobie zaczęłam myśleć, że teraz to ja już zostanę z tymi zmarszczkami, bo reprodukcja kolagenu spowolniła się u mnie. Bo po dwudziestym piątym już spada.
- A Aśka pracuje teraz?
- W piekarni sprzedaje. Na piątą codziennie. Codziennie. Wiesz, o której ona wstawać musi?
O trzeciej. Bo jeszcze makijaż sobie robi.
Bym oszalała. Ja na te ranne zmiany nie chodzę. Latem to tak, proszę bardzo.
A teraz, to niech Dagmara chodzi. Ona i tak nie żyje. Od dwóch lat się nie ruchała.
I to nie z przyczyn jakichś, że chora albo zakochana.
Tylko, że z mamą mieszka. Seriale ogląda i nic więcej.
I temu taka wkurwiona chodzi. Ja też zresztą chodzę.
Jakbym się poruchała, to by mi się te zmarszczki wyprostowały trochę. Zobacz.
I Elwirka unosi w górę zewnętrzne kąciki powiek, żeby zademonstrować, jak piękna by była, gdyby.
- Ale nie mogę, bo jestem wkurwiona, i jak się na niego patrzę, to mi się chce bić go telefonem po głowie, a nie kochać się.
- Telefonem?!
- Bo mam ciężki. Torebką bym jeszcze mogła, ale by mi powypadało, bo się nie zapina.
A potem Elwirka pije herbatkę, wyjada z kubka resztki suszonej truskawki i idzie, bo do pracy wstać jutro trzeba. Na ósmą ma strzyżenie umówione.
A w sobotę Dziewczyna z tatuażem do kin weszła według Stiga Larsona, pisarza szwedzkiego, który zmarł w tajemniczych okolicznościach, i miałyśmy nową bohaterkę, bo poszłyśmy do kina, tylko osobno.
Elwirka później, bo na egzaminy wyjechała. Ze strzyżeń. Do Katowic. I w Katowicach poszła. Bo czas miała. Do multipleksu.
Bo wszędzie teraz są multipleksy.
Ale też jej się podobało.
Zadzwoniła i opowiedziała, że chyba dobrze jej poszło, ale nie wie na pewno, bo na egzaminie to nic nie wiadomo.
I że jeszcze jutro jest druga część.
I plotki zrelacjonowała, ale tutejsze.
A właściwie informacje, bo z pierwszej ręki.
- Gośkę widziałam ostatnio, wiesz? I ona dalej jest z tym kolesiem żonatym, co się zdecydować nie potrafi. Nie rzuciła go wtedy, się okazało. Ile to było temu, jak mówiła, że niech się rozwodzi albo wypierdala?
- Trzy lata?
- No właśnie. Jakoś tak będzie. No i od tamtego czasu okazuje się, że nic. To znaczy nawet się spotyka czasem z innymi, ale ciągle do niego wraca i mówi, że jest to jej największa bolączka. To znaczy ona tak twierdzi.
Ja uważam jeszcze, że przodozgryz, ale to na drugim miejscu. Ale to może moja trauma szkolna przez wychowawczynię.
Od czasu godzin wychowawczych tak się boję kobiet z przodozgryzem. Ona tak mówiła i kłapała strasznie, bo oprócz przodozgryzu miała jeszcze sztuczną szczękę...
A jeszcze, co do Gośki, to ja się bynajmniej cieszyłam, że chociaż ona dała radę i przez to jest dla nas jakaś nadzieja.
A tymczasem ona dalej się wkurwia i z nim sypia. I tyle z nowości. A ty co robisz?
- Jestem na spacerze - mówi Maria. - Z suką i niewidzialną przyjaciółką.
- Masz niewidzialną przyjaciółkę?
- No. Pod wpływem filmu. Bo w dzieciństwie nie miałam. Z braku kandydatek. Nie było bajek, w których dziewczynki robią jakieś fajne rzeczy.
No weź taką śpiącą królewnę. Nie wydawało ci się to bezdennie głupie? Czekać w jakimś zakurzonym zamku sto lat?!
A potem co? Książę jasnowłosy, kretyn, długa kieca i zimne komnaty do późnej starości. Ile miałyśmy? Jedną Ronję, córkę zbójnika przeciw niczemu.
A dzisiaj ? Najpierw była Lara Kroft. Potem Awatar. A teraz Dziewczyna z tatuażem.
Ty no, chłopaki się bawią w wojny. Na różne sposoby. Weź te rekonstrukcje. Wiesz, co tam się dzieje? Kolegę wikinga mam, to wiem. Tam są uszkodzenia. Odrąbane palce na przykład. I wiesz, jak to nazywają? Archeologią eksperymentalną. I to są dorośli mężczyźni, oni mają żony i dzieci. A ja mam tylko niewidzialną przyjaciółkę.
- I od kiedy to tak?
- Czekaj... W sobotę w kinie byłam. Od soboty.
- A wczoraj na przykład - mówi Elwirka i już nie chrupie, bo zjadła, tylko z powrotem jara. - Ja to przez tę całą empatię to ostatecznie też głupia jestem.
Przyszedł Łysy, a pokłócona z nim byłam przecież, bo się upił w środę i zniknął. Więc go nie lubię.
No trochę mi już przeszło, ale nie do końca. No więc przychodzi Łysy, zrobiony na cacy, bo wypity i jeszcze do tego nawciągany, i zaczyna mi opowiadać historie z dzielni.
Co zrobił Wojtek, a co Zeniu. A, i że jeszcze Wojtek ma nową dupę dwudziestoletnią. A Wasyl z powodu amfetaminy stomatologiczny holokaust.
I nie spyta, jak się czuję, ani jak mi dzień minął, w ogóle mi pytania żadnego nie zada, co u mnie, i tylko nawija.
Jak jakiś obłąkany ojciec łikendowy, który zabrał dzieciaka na wesołe miasteczko i każe mu jeździć kolejką, i na karuzel sadza, żeby tylko z nim nie być.
Dziewczynka zombi poważnieje. Kiwa głową w zrozumieniu Elwirkowej niechęci do wesołomiasteczkowych kolejek i strzelnicy.
Dziewczynka zombi nie lubi wesołych miasteczek. Bo są strasznie smutne. Nienawidzi zapachu obracających się mas zardzewiałego żelastwa i spoconego tłumu. Boi się zalkoholizowanych karłów w gabinecie strachów i zasuszonych pijaków zbierających żetony na karuzelę.
Za to lubi zapach waty cukrowej. I samą watę cukrową. Ale już mniej.
Wata cukrowa jest jedną z tych rzeczy, które wyglądają i pachną lepiej, niż smakują.
Więc mu mówię, mówi dalej Elwirka, bo już nie wytrzymałam, Piotrek, ty idź mi przynieś Tymbark wiśniowy ze sklepu może.
To poleciał.
I wrócił, i szybko nawet i z produktem, za to z ukruszonym zębem. Pod sklepem się to ponoć stało. Że ktoś go zaczepił, twierdził, i że sam z siebie w nic nie wdawał się.
Więc biorę tego Tymbarka i mu mówię, dobranoc, Piotrek, nie chcę rozmawiać już z tobą dzisiaj, bo to niczym dobrym się nie zakończy, weź sobie karimatę i idź spać.
A on mówi, Elwirka, przepraszam, nie wiem czemu ja się nie mogę ogarnąć i takie zdarzenia spotykają mnie. I się w kuchni zamknął i słyszę, że płacze, chociaż się stara cichutko.
I najpierw sobie myślę, a niech płacze, dobrze mu tak, ile ja przez niego płaczę.
Ale po minucie mi przeszło i żal mi się go strasznie zrobiło, bo tak to jednak nie można osoby zostawić.
To poszłam i pukam, a on warczy, że mam go zostawić i iść sobie. I że nie chce, żebym go w takim stanie słabości oglądała.
Ale się nie poddałam i w końcu mnie wpuścił.
Na podłodze siedział, skurczony taki i biedny. I dał się przytulić w końcu też. I pocieszyć. Bo, że go kocham, mu powiedziałam, pomimo wszystko, tylko te jego zjebaństwa wkurwiają mnie.
I jak tak tam z nim siedziałam, na tych zimnych kaflach, w majtkach i podkoszulku samym, bo już byłam do spania przecież przebrana, to sobie pomyślałam, że smutno i przykro, że Łysy ma takie problemy, ale czy on, Elwirka, zrobiłby tak samo dla ciebie? Że zły byłby, a mimo to przyszedł, bo płaczesz? No ni chuja by się to nie stało.
I potrząsa lokami Elwirka w niezrozumieniu swej do pomagania słabości i w zamyśleniu aureolkę poprawia.
Ściemnia się. Dziewczynka zombi przyniosła czerwoną poduszkę w groszki. Trzyma pod pachą. Powietrze pachnie mrozem i szamponem z granatów.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji