Rozdział I - Szwindel Czarodzieja
Merlin, adekwatnie do swej uroczej ksywy, był czarodziejem.
Miał dryg do drobnych przekrętów, ale i dość oleju w siwym łbie, by nie wpierniczać się w nic grubszego niż obwoźne dilowanie ziołem czy obrabianie niewiele znaczących miejsc. Żadnego handlu bronią, sprzedaży kurew czy wymiany ich na twarde dragi. Żadnego palenia chałup z ludźmi w środku i chlastania parobasów maczetami. No dobra, bez przesady. To ostatnie się czasami zdarzało.
Zaryzykować można więc stwierdzenie, że czarodziej Merlin znał umiar i nigdy swego dzbana nie przelewał. Nic zatem dziwnego, że jego bandzie przypięto etykietkę "pizdowatej". Merlin jednak wykładał na to fujarę. Walił to. Miał inne spojrzenie na świat.
Wiekowy nie był, choć z twarzy mu stało inaczej. Wszystko przez wrażenia, jakich nabawił się w Afganistanie i hektolitry wódy, którą wyżłopał, by o owych wrażeniach móc zapomnieć. Niestety. Ciągle budził się w zupie z własnego potu, w takim stanie, że lepiej nie trzymać giwery w zasięgu rąk. O tak. Te cholerne brudasy nie zdołały go usiec, ale rozorały mu psychę po całości.
Febra, szczanie pod siebie, nerwica oraz inne syndromy weterana, dumnie nazywane zespołem stresu pourazowego, były jego towarzystwem od wielu lat. Towarzystwem, z którym bez pomocy procentów ciągle nie umiał się zżyć.
Jeździł z Oil Brothers.
W przeszłości, kiedy jeszcze mu się łapy tak nie trzęsły, startował do MC Bandidos, ale tam żyło się po prostu za grubo. Dzień nie miał prawa dobiec końca, jeśli się komuś nie ukręciło łba albo nie zerżnęło w czterdziestu jakiejś dziewuchy. Także handel kwitł innej wielkości.
Merlin przez prawie rok starał się dotrzymać kroku swym popieprzonym braciom, lecz wymiękał. Pękał w środku od tego całego pędu, a krzyki zarzynanych pastuchów wracały do niego w nocy i odchodziły dopiero bladym świtem, niwecząc szansę na sen.
W owym czasie sporo lunatykował.
Ukrywał wszystko, ile tylko mógł, lecz w końcu szydło przegryzło pieprzony worek i taki jeden pojebaniec go nakrył, jak płacze w nocy. Jak zanosi się od spazmów, machając konwulsyjnie kopytami i wtula mordę w stary, zaszczany koc. Jak łka, wyrzucając z siebie nazwiska, o których nigdy nie powinien wspominać. Jak się stacza.
Szczęściem Merlin (wtedy jeszcze reagujący na dźwięk imienia Henry) podglądacza przyuważył i ubił. Chwilę później wpakował trupa pod wyro, zawinął cały hajs i poszedł w długą. Od tamtej pamiętnej nocy MC Bandidos z Merlinem nie bardzo mają po drodze.
A Oil?
Oil to tylko przyczółek. Chwilowy port, w którym niechcący zakotwiczył na zbyt długo. Tak długo, że nie wiedzieć właściwie kiedy, zaczął całym tym dziadostwem dowodzić. Pięknie losy się plotą. Wczoraj pionek u wielkich, dzisiaj władca prowincji. Nie ma co.
Szły ciężkie czasy i wszyscy o tym wiedzieli. Młodsi nawiali, przywdziewając kurtki MC Mongols albo MC Pogans, a najbardziej szaleni próbowali nawet sił u Sons of Silence. Tyle że nie Merlin. O nie. On był na to stanowczo zbyt wyniszczony. Przejął więc stery w Oil, lecz tylko dlatego, że nikt się specjalnie nie garnął, by to zrobić. Nikt nie chciał brać na swe barki tych wszystkich podśmiechujek - kpin o ekipie, której się własne maszyny nie słuchają. O paralitach, co to spadają na mordy z cholernych skarp.
Tak więc padło na niego, a raczej wziął to na siebie, bo inaczej wszystko trafiłby szlag. I tak już ledwie dychali zredukowani do czterdziestu paru głów. Jak jakieś dinozaury na półtora miesiąca przed wymarciem.
Więc kiedy Henry Legowsky złapał stery tego chylącego się ku zatonięciu statku, okazało się coś naprawdę niezwykłego. Wyszło na to, że jeśli chodzi o drobne wałki i handel na małą skalę, jest on najprawdziwszym cudotwórcą. Cholernym, pierdolonym czarodziejem.
*
Tego dnia słońce oblało drogę najprawdziwszym żarem. Tłusta wskazówka nie wyminęła jeszcze nawet dziesiątki, a pozamykana w termometrach rtęć już osiągnęła temperaturę dziewięćdziesięciu pięciu stopni Fahrenheita i ciągle nie miała dość.
Pruli w szóstkę, przemierzając puste drogi Arizony. Dosłownie niczym nóż Bowie obierający ze skóry głupiego, rzecznego bobra. Szybko i bezlitośnie.
Pomimo niekomfortowych warunków, to jest kurzu dostającego się do oczu, słonecznych oparzeń i innych, cholernych otarć, ich prędkość miała pełne uzasadnienie, a jęki i narzekania należało odłożyć na inny czas. Wszystko dlatego, że środowisko, przez które się przebijali, emanowało wrogością, jednak ani skorpiony, których dziesiątki spacerowały po piachu w poszukiwaniu ukojenia przed skwarem, ani koralowe węże mogące wstrzyknąć toksynę paraliżującą nerwowy układ człowieka, nie oznaczały najprawdziwszych kłopotów. W dziedzinie: "niechętni obcym" dalej numerem uno był homo sapiens.
Tak więc szóstka mężczyzn wyciskała z maszyn pełną moc, mając nadzieję na uniknięcie kłopotów. A, jako że od Nowego Meksyku dzieliło ich jeszcze minimum pięćset mil drogi, ciągle nie mogli być pewni.
Sprawy w Tucson przebiegły całkiem pomyślnie i pozostało tylko dostać się do domu. Na tych terenach prymat wiedli MC Mongols, którzy, co prawda, głównie nienawidzili Angelsów, lecz i do innych nie pałali entuzjazmem. Zwłaszcza do tych, co podkradają kupców, robiąc wałki na ich własnym podwórku. Z takimi rozprawiali się szybko.
MC Mongols to nie były takie zwykłe paparuchy, które można bezkarnie walić w rogi. Ich trzon składał się z motocyklistów, którym kiedyś odmówiono wstępu do Hell Angels i samo to było doskonałą wizytówką. Odrzuceni, stworzyli własny klan, Mongols Brotherhood, na obszar działalności wybierając zachodnią część USA. Na handlu bronią i koksie urośli w siłę. Nie brakowało głosów, że mają powiązania z Kanadą oraz Meksykiem.
Jakoś jednak żyć trzeba, a że ostatnio się po prostu farciło, Oil postanowili zaryzykować. Merlin znał te tereny jak wnękę we własnej dupie. Znał też kilku chłoptasiów, którzy cenili dolar bardziej od lojalności. Spieniężyli więc wszystko, inwestując w coś, przed czym do tej pory się wzbraniali. W wysokiej jakości pył.
I tak to się w sumie zaczęło.
*
Towaru sprzedali tyle, że gdyby zostali złapani, każdy dostałby poczwórne dożywocie. Oczywiście, jeśli by ich na miejscu nie zabili.
W takich sprawach to prawie jak przy odstrzeleniu głowy durnemu glinie. Jeśli wieziesz proszek w dużej ilości, musisz liczyć się z tym, że poczucie humoru stróżów prawa gaśnie w piekielnym tempie. Większość ma przecież dzieci i nie bardzo chce, aby łaziły one naćpane. Ryzyko równoważyły plusy. Przynajmniej dwa. Jeden malutki i jeden obleśnie gruby. Ten drobny to reputacja, która - kiedy w końcu się wyda, kto wywinął ten szwindel - poszybuje momentalnie w górę i zakończy wreszcie gadki o ich partactwie. Nikt już nie będzie zarywał beki ani opowiadał dowcipasów. Kiedy doprowadzą operację do końca, wszystko zniknie. Cholerne drwiny się skończą.
Ale nie dlatego zdecydowali się działać. Impulsem, który przechylił szalę, były rzecz jasna pieniądze. Stare, wysłużone prostokąty z podobiznami Ulyssesa Granta i Benjamina Franklina miały o wiele więcej mocy sprawczej i to one nadawały ton. A trzeba przyznać, że demony zrodzone z chęci posiadania dobrze wiedziały, jak prosperuje świat. Ten zaś w obecnej chwili jawił się Oil Brothers znakomicie. I tylko jednej małej rzeczy brakowało. Należało dojechać do swego domu.
Za pieniądze, które mieli przy sobie, mogliby opłacić topowemu koszykarzowi tygodniową pensję, wliczając w to jego zachcianki i fanaberie. Pocili się przeto podwójnie.
Stawali rzadko i tylko wtedy, kiedy naprawdę musieli. Merlin nalegał, aby przed Nowym Meksykiem w ogóle nie zsiadać z motorów, ale jak wiadomo jeść i pić trzeba. A nawet jeśliby można owe kwestie załatwić podczas jazdy, to z maszyny pędzącej dobre sto mil na godzinę trudno w locie się zesrać czy odeszczać. Przeto krótkie przystanki się zdarzały.
Zestresowany Polip upamiętniał podróż rzygowinami. Jimmy Bon Jovi przy każdym postoju sprawdzał, czy torby z kasą są należycie spięte i powiązane, czy aby żaden studolarowy banknot nie wyfruwa. Gdyby dano mu szansę, pewnie gotów byłby stanąć i wszystko jeszcze raz dokładnie zliczyć. A potem ponownie zliczyć.
Nie mieli jednak czasu na pierdoły, bo wiadomość pewnie już dotarła do T-Rexa i niebawem rozpocznie się polowanie. Imigranci, Martwe Kwiaty, Mc Pogans albo Free Souls. Wszyscy ruszą na żer, chętni zarobić tak pokaźną gotówkę. Każdy pojebaniec w zasięgu czterystu mil będzie wył do księżyca i zanosił modły o ich śmierć. Każdy samotny jeździec czy zatraceniec. Spod kamulców wypełzną najgorsze zakapiory, wiedząc, że to ich jedyna szansa na lepszy los. Prywatnie świecąca gwiazda. I jak Bóg świadkiem, drugiej takiej nie będzie.
*
Numer przygotowywali długo i drobiazgowo, ale efekt był bardziej niż zajebisty. Sześciu ludzi i milion czterysta tysięcy do przewiezienia. To się odbije naprawdę szerokim echem. Odbiorcy towaru zapewne już wisieli do góry kopytami w jakimś opuszczonym magazynie, a T-Rex miażdżył ich jelita pod butem. To pewne jak amen w pacierzu, że już ten czy tamten nie wytrzymał torturowania i pękł. Nawet jeśli nie dał dupy w starciu z gwoździami i młotkiem, to z prądem już raczej tak.
Podduszenia, bambusowe drzazgi pod paznokciami, wiertła w kolanach czy kwas. Coś na pewno otworzyło już komuś gębę i trzeba stąd wypierniczać póki czas. Dojechać szybko do domu i zaszyć się bardzo głęboko. Jak najgłębiej. Trzeba przepaść jak kamień pośrodku rzeki, bo tamci nie przestaną ich szukać. O nie. Granica stanu nie będzie żadnym hamulcem.
Wszystkich to ogromnie stresowało. Karki aż cierpły od ciągłego odwracania się i zerkania przez ramię. Łby napuchły od cholernego rozmyślania. Bycie piekielnie bogatym to bardzo zły czas, by umierać.
Więc wszyscy walili w gacie poza Saracenem, który prawdopodobnie nie nauczył się bać. Gdy go poznawałeś, miałeś pewność, że jest zwykłym pozerem, chcącym jedynie udawać zimnokrwistego. Tak o nim myślałeś, gdy nagle ciął maczetą pięciu czy sześciu nygusów na kawałki, by dwie godziny później w jakiejś obleśniej budzie, bez najmniejszej żenady wsuwać stek. Wszystko z tym samym brakiem zainteresowania na ciemnej twarzy i beznamiętnym wzrokiem wpatrzonym w dal.
Doszło nawet do tego, że po całym tym handlu, kiedy wszystkich stres aż rozrywał, Saracen zasugerował, by przed wyjazdem odwiedzić cmentarzysko samolotów, które w Tucson jest nie lada atrakcją. Na całe szczęście inni byli mądrzejsi i pomysł się nie przecisnął. Inaczej pewnie by już wisieli w rzeźni.
Saracen miał w połowie indiańską krew, ale nie zdradził, z jakiego plemienia pochodzi, co dziwne, bo kolorowcy zazwyczaj są bardzo dumni. Prawdopodobnie spokrewniony z Hopi, nigdy jednak nie powiedział tego wprost.
Jeśli chodzi o motor, nie był przesadnie gramotny. Kiedy należało się spiąć i przyładować w pedał, Indianin najczęściej obstawiał tyły, ale w maczecie nie znajdziesz większego kota. Prawa czy lewa ręka, jeden wuj. Chlastał upiornie. I gdyby miał trochę bardziej medialną mordę, mógłby trafić ze swymi popisami do telewizji. Mordę miał jednak więcej niż niepapuśną, więc na paradowanie przed dumnym okiem kamery jak na razie raczej się nie zanosiło.
Do południa zostało mniej niż pięć minut, kiedy w oddali dostrzegli zabudowania.
Rozdział IV - Stacja
Później, po całym zdarzeniu, nikt nie pamiętał, kto je właściwie rozpoczął. Myśleli i kombinowali, ale zgodności nie było. Każdy zapamiętał to inaczej. Ukrop uważał, że pierwszy wystrzelił, wywalając w plecach potwora ogromną dziurę. Nie zabijając, o nie. Po prostu robiąc w nim dziurę.
Wiwat miał inne zdanie.
- Kiedy ty ładowałeś w porcięta, ja go zrobiłem na sito - wygłosił z dumą, udając, że nierealność wydarzeń nie odcisnęła na nim żadnego piętna. Bujda na wątłych resorach. Cały się trząsł.
- Nie trafiłbyś nawet w pustynię, narkomanie - odparł Ukrop, który z kolei wcale nie tłumił nerwów. - W tym ścierwie są moje kule.
"Obaj kłamiecie" - chciałby powiedzieć Polip, lecz nie mógł, bo tak naprawdę nie zapamiętał niczego. Ciągle rozmyślał o tym, jak niewiele brakowało, by to on teraz leżał nieprzytomny, a nie Jimmy. Cała pula szczęścia i przypadku zaklęta w odległości jednego jarda.
Boże, gdyby stał tylko jeden malutki kroczek po prawej stronie, jemu by łeb rozpieprzyło. Zatrważające jak czasami ważny jest zwykły fart.
Saracen obejmował chłopaka, próbując mu jednocześnie zasłonić oczy. Dzieciak był jednak żywotny i ciągle się z tych pieszczot wyślizgiwał. Wyglądało to na swój sposób komicznie i surrealnie. Zupełnie jak pastisz rodzicielskich czułości zmieszany z duszeniem od tyłu. Raz wielka łapa przesłaniała chłopakowi widok, a chwilę później ten się wyswobadzał, oglądając całe pobojowisko.
Merlin przeczuwał, że to, co przed chwilą zaszło, zostanie z dzieciakiem do śmierci, ryjąc kryjówkę w głowie i zamieszkując w niej na resztę pieprzonych dni. Nawet kiedy smarkacz będzie już tak stetryczały czy spruty, że nie skojarzy własnego imienia, wydarzenia chwil, jakie się przed minutą rozegrały, będzie mógł opisać szczegółowo. I to przez pryzmat każdego ze znanych zmysłów. Zbyt pojebana akcja, by zapomnieć.
Stał więc Czarodziej, chłonąc to przedstawienie i zastanawiając się, co dalej. Odcięte łapy maszkary ciągle łaziły po piachu, fascynując i przerażając zarazem, a bezgłowym, poszatkowanym korpusem co kilkanaście cholernych sekund wstrząsał skurcz. Nie mając na to najmniejszego pomysłu, zafrasowany wódz powiódł wzrokiem po innych.
*
Polip wyglądał, jakby go przed sekundą postrzelił bazyli wzrok, zamieniając w kawałek skamieliny. Nic tylko stał i kręcił przecząco głową. Robił to jednak nieznacznie. Jakby ze strachu przed tym, że gdy będzie zbyt głośno, maszkara go usłyszy i jakoś zdoła się poskładać. Po tym, co tu zaszło przed paroma zaledwie sekundami, Merlin takiej możliwości nie odrzucał. Czort jeden wie, czym to w ogóle było i jakie mogło posiadać moce. Tak. Nie inaczej. Jakie mogło posiadać, cholerne, moce. Zawahał się, czy nie dać Polipowi chwili, by ten się z tematem oswoił. Uznał jednak, że gówno ta chwila da.
- Eee, dziki wilku! - zawołał. - Jak z tobą jest?
Zupełnie nic to nie wniosło. Polip stał i z każdą kolejną minutą purpurowiał. Jedna z odciętych łap wdrapała się jakoś na korpus i tam zastygła. Po chwili długie paluchy zaczęły bębnić o ciało, wystukując jakiś pieprzony rytm. Polip wykrzywił usta do tego stopnia, że sam przypominał potworka. Oczy zwężone, usta ponad dwukrotnie rozszerzone, ze spuchniętego kinola wyciekał śluz.
- Polip, do kurwy nędzy. Ogarnij się!
- Jak? - odparł tamten, nie odrywając wzroku od tego, nieumiejącego się pogodzić z prawami śmierci, ścierwa. Obok jego nóg leżał skulony B.J. w pozycji psa, którego ktoś wypierdzielił z pędzącego pełną mocą samochodu. Z głowy wyciekała mu krew, niemal natychmiast wsiąkając w gorący piach. Polip nawet nie zauważył, że w niej stoi.
- Kurwa! Jak cię tak hipnotyzuje, to nie patrz. Nie wiem, zajmij się czymś, czy coś? Zobacz, jak ma się Jimmy!
- Ciebie to nic nie rusza?
Merlin chciał odpowiedzieć, że rusza, jednak po chwili wahania zaniechał dalszej konwersacji. Polip najwyraźniej potrzebował kilku chwil, by wszystko samemu poskładać i żadna gadka-szmatka nie miała na razie sensu. Zostawił go więc w spokoju, szukając szczęścia gdzie indziej. Wpierw spojrzał na Indianina, który w końcu poradził sobie z dzieciakiem i z tym samym obojętnym wyrazem twarzy czekał, co będzie dalej. Chociaż jeden przytomny.
Kłótnia Wiwata z Ukropem także utknęła w martwym punkcie i teraz obaj skupiali wzrok na poczwarze, a raczej na jej ciągle spacerujących resztkach. Ukrop podchwycił wzrok szefa.
- Wielki wodzu - zagaił. - Jakieś pomysły?
- Najpierw zobacz, co z Jimmym, a potem odmul Polipa. Stoimy jak prostytutki zaskoczone ogromnością kutasa. W takiej hipnozie byle pizda skosi nas jedną serią.
- Nie zamuliło mnie - odparł Polip zupełnie bez przekonania. - Po prostu nie kojarzę, co się dzieje.
- Nie ty jeden, kwiatuszku. Sam łamię sobie beret, aby cokolwiek połapać i jak na razie nic z tego. Nic a nic. Nawet najmniejszego zaczepienia. W każdym razie, takie stanie w transie gówno da.
- Ale widziałeś, jak go odjebałem? - spróbował Ukrop. - Jak wypieprzyłem w nim osiem cholernych dziur? Widziałeś to wodzu, nie?
- Taaa, jasne. Przecudnie. Znowu się licytujesz? Wezwij se i na świadka samą świętą panienkę na białym koniu, ale rzeczywistości nie zakrzywisz. Pogódźże się z tym wreszcie i przestań gadać głupoty. Kto rozumny widział przecież, jak było. Ja broń w dłoni, a ty kaban w galotach. Toć to proste, jak cztery zmnożyć przez dwa.
Ukrop szczerze się zaśmiał.
- Jedyne, w czym jesteś szybki, to we wstrzykiwaniu heroiny. Jak narkomaństwo będzie na olimpiadzie, będziesz musiał wynająć jakiś garaż, żeby gdzieś pokitrać odznaczenia.
- Ściągnij lepiej rękawiczkę, niedojebku, bo żonce jest za gorąco. Szefie, wyjaśnij, jak było i miejmy to już za sobą. Powiedz głupkowi, kto rozpierniczył paskudę.
- Ano właśnie, wodzu. Powiedz, kto.
Czarodziej nie był pewien, który wypalił pierwszy, ale wiedział, że żaden z nich nie odpuści. To nic, że byli ścigani przez większość zakapiorów Arizony, a jeden z ich kumpli leżał z pękniętą czaszką i być może trzeba będzie kopać dół. W tej chwili nie miało znaczenia, że wiozą kasę mogącą przyprawić o najprawdziwszy ból głowy. I to skradzioną komuś, kogo miejscowe męty nazywają starszym kuzynem diabła. Nic to. Szczeniackie spory znowu doszły do głosu.
Zaczerpnął zatem powietrza, by obu przygłupom wygarnąć. Krzyknąć, że chuj go obchodzi, który wystrzelił pierwszy, skoro strzały nie wyrządziły żadnej szkody i dopiero maczeta Saracena doprowadziła sprawy do porządku. Że jeśli się natychmiast nie uspokoją i nie zaprzestaną tych durnych, gówniarskich gierek, obu ich tu na miejscu zakatrupi.
Miał zamiar, gdyby któryś z nich rozwarł jeszcze mordę w tej durnej sprzeczce, podnieść jedną z pełzających po piachu łap i podejść do delikwenta. A jeśli będzie mało, umorusa im ryje w tej żółtej cieczy, którą monstrum krwawiło. Może to ich obudzi. A jeśli nie, miej ich Boże w opiece. T-Rex i całe jego zastępy nie będą dla nich większym utrapieniem od tego, co też im zrobi. Nierealność wydarzeń nierealnością, ale dość już tego pieprzonego waflowania, bo naprawdę się to zaraz skończy źle. Dość już cholernych kpin i tych wszystkich licealnych przepychanek. Zaczerpnął nawet powietrza, jednak kiedy ubierał myśli w słowa, usłyszał to:
- Kanati musi trup, wy głupie, wy. A takoż, Selu. Malsum mówi, błąd. Kanati, błąd. Selu i strączek fasoli. Pierwsza gwiazda, błąd. Wy takoż, błąd.
Wtedy zrozumiał, że to będzie bardzo niezwykły dzień.
Rozdział VIII - Na ratunek
Układ naprawdę był prosty.
Dzieciak wypluwał słowa, a mózg Indianina podsyłał stosowne obrazy. Wypełniał luki w pamięci, która wedle pierdzielenia konowałów zawsze już miała szwankować. Gówno tam. Było dokładnie na odwrót.
Wyglądało na to, że mały Kanati jest jakimś pieprzonym cudotwórcą umiejącym naprawiać nienaprawialne. Niezwykłym przypadkiem krawca potrafiącym zszywać rozprutą tkaninę zgniłego mięsa. Mięsa, które wedle tych wszystkich mądrali w przydługich kitlach miało już nigdy nie urodzić zdrowej myśli. Gdzie tam. Właśnie płodziło ich całe kopy.
To zajebiście dziwne - myślał Saracen, kiedy tak pruli środkiem jednopasmówki. - Dziwne czytać książkę o sobie samym. Przewracać kartki, cofając się do rozdziałów, które konwencjonalna medycyna uznała już za stracone. Naprawdę dobry to deal odzyskać półtora roku życia w pół godziny.
Indianin odżył. Jego pracujący na najwyższych obrotach mózg konstruował ciągle nowe pytania, a chłopak je bez wysiłku uzupełniał, oddając zupełnie świeże. Dosłownie jakby usuwał z życia czerwonoskórego całą mgłę. Nawet tę najgęstszą zawiesinę, z którą nie poradziły sobie prochy kupowane po trzysta dolców z recepty.
To było jak cholerne zmartwychwstanie.
*
Kanati nie lubił wujostwa. Czuł, że mają przed nim tajemnice.
Wujas był jeszcze w porządku. Sporo im opowiadał o Stanach, które mijali. Jak choćby o Death Valley National Park, kiedy przemierzali Kalifornię czy też Trinity Test Site. A gdy cioteczkę zwalała z nóg migrena, pozwalał prowadzić wóz. Oczywiście tylko na prostej i nie dłużej niż moment, ale dla Kanatiego była to super sprawa. Jedno z niewielu fajnych wspomnień, jakie miał.
Z tego, co Saracen wywnioskował, ciotka Hilda miała naprawdę bardzo paskudny charakter. Kłótliwa, wiecznie niezadowolona stara zrzęda, jakich pełno rozsiał diabeł po świecie. Jedna z tych dewot lubujących się w luźnych kwiecistych sukniach. Zrzędliwa baba, która ma pretensje do całego świata o niemal wszystko, powodując, że chłop w domu marnieje, chudnąc z roku na rok. I w końcu pod pozorem naprawy fury idzie do garażu, gdzie dziurawi sobie cybuch z dwudziestki dwójki albo któregoś ranka wychodzi z domu po fajki i nie wraca, a babsko święcie przekonane, że jej chłopinę zamordowali kosmici, rozpacza w głos, wylewając morze sztucznych łez.
Saracen był zaskoczony, wręcz przerażony, z jaką prędkością funkcjonuje jego mózg. Jak zawiłe potrafi wytwarzać myśli. I jak każda z nich przywołuje do życia następne.
Kiedy pruli z dziką bandą przez drogę, zawsze obstawiał tyły, gdyż miał bardzo poważne zaburzenia percepcji. Bywały momenty, że dany zakręt widział naprawdę na sekundę przed wejściem. Defekt nie dotyczył, broń Boże, samego wzroku, bo ten pozwalał mu dostrzec z czterdziestu jardów skorpiona, tylko z zestawianiem tego, co widzi i z szybką reakcją na to. W walce tak się nie działo, ale w każdym innym aspekcie życia wymagającym błyskawicznej reakcji, tak.
Teraz wszystko uległo nagłej zmianie, więc skupił się i przyspieszył, czym w ogóle nie przestraszył chłopaka. Przeciwnie. Wyglądało na to, że dzieciak ma jazdę we krwi. Indianin rozbujał więc maszynę do prędkości, jakich nigdy wcześniej nie zaznała i delektował się tym, co najpiękniejsze - cholerną, czystą wolnością. Chłopak ścisnął go mocniej i tak pędzili, zostawiając za sobą cały szajs. W tej chwili te trzydzieści dwa, należne mu jak kutas dziwce, patyki zupełnie nie miały znaczenia. Liczyło się tylko tu i tylko teraz. Nie było granic. Otworem stał cały świat.
W pewnym momencie mały Kanati coś krzyknął, ale prędkość to oczywiście zagłuszyła. Saracen pewny, że dzieciak w końcu wymięka, zwolnił i poprosił go o powtórzenie.
- Musimy skręcić w pustynię! - wykrzyczał mały. - Tak, gdzieś, jakoś, zaraz. Może tu?