Pięcioro dzieci i "coś" - Edith Nesbit

Kup ebooka

24.50 zł

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Piękni jak z ob­razka

Dom był o trzy mile od sta­cji. Za­ku­rzona na­jęta bryczka nie uje­chała jesz­cze pię­ciu mi­nut, kiedy dzieci za­częły wy­su­wać głowy przez okna i py­tać:

- Czy to już bli­sko?

A ile­kroć mi­jali ja­kieś za­bu­do­wa­nia, co nie zda­rzało się zbyt czę­sto, wo­łały chó­rem:

- O! czy to już tu­taj?

Ale nie było to jesz­cze tu­taj, do­póki nie do­tarli na sam szczyt pa­górka. Tam, tuż za ko­pal­nią kredy, a jesz­cze przed ko­pal­niąż­wiru i pia­sku, stał biały dom z ogro­dem i przy­le­ga­ją­cym do niego sa­dem. I mama oznaj­miła:

- Je­ste­śmy na miej­scu.

- O, jaki biały dom! - za­wo­łał Ro­bert.

- Pa­trz­cie, ja­kie róże! - do­dała Ja­nia.

- A ja­kie śliwki! - za­chwy­ciła się An­tea.

- Cał­kiem tu ład­nie - wy­gło­sił Cy­ryl.

Naj­młod­szy bra­ci­szek krzyk­nął:

- Cie na pa­cie­lek!

I bryczka za­trzy­mała się, wy­da­jąc z sie­bie ostat­nie skrzyp­nię­cie.

Wszy­scy rzu­cili się do wyj­ścia, dep­cząc i ko­piąc się wza­jem­nie, i tylko ma­mie dziw­nie się nie spie­szyło. I na­wet kiedy już wy­sia­dła - po­woli, sto­pień po stop­niu i bez ze­ska­ki­wa­nia - czu­wała by wy­nie­siono wa­lizki, po czym za­pła­ciła woź­nicy, za­miast oglą­dać ogród i sad, i kol­cza­ste, pełne ostów, cierni i gło­gów za­ro­śla, które roz­po­ście­rały się za po­ła­maną bramą i wy­schniętą fon­tanną z boku domu. Tym ra­zem jed­nak dzieci wy­ka­zały wię­cej ro­zumu.

Biały dom - bo tak go na­zwały - wcale nie był ładny. Był zu­peł­nie zwy­czajny, a matka wręcz uwa­żała, że jest co­kol­wiek nie­wy­godny. Prze­szka­dzał jej brak pó­łek i nie­do­sta­tek szaf, a oj­ciec zwykł ma­wiać, że kon­struk­cja i po­kry­cie da­chu są jak z kosz­maru ar­chi­tekta. Ale dom stał na za­pa­dłej wsi, z dala od in­nych do­mów, a ro­dzeń­stwo nie wy­jeż­dżało z Lon­dynu od dwóch lat, choćby na je­den dzień na wy­cieczkę nad mo­rze, więc był on dla nich ni­czym cza­ro­dziej­ski pa­łac w ja­kimś ziem­skim Ede­nie.

Lon­dyn jest bo­wiem dla dzieci jak wię­zie­nie, zwłasz­cza je­śli ich krewni nie mają za dużo pie­nię­dzy. Oczy­wi­ście są tam sklepy i te­atry, i róż­nego typu roz­rywki, jed­nak lu­dzie ubo­dzy nie za­bie­rają dzieci do te­atrów i nie ku­pują im roz­ma­itych rze­czy, a w sa­mym mie­ście brak jest tego wszyst­kiego, czym można by się ba­wić, nie czy­niąc żad­nych szkód - czyli drzew, pia­sku, la­sów, je­zior czy sta­wów. I pra­wie wszystko w Lon­dy­nie ma nie­do­bry kształt - li­nie są pro­ste, a ulice pła­skie. Bra­kuje róż­nych dziw­nych form, ja­kie można spo­tkać na wsi, gdzie każde drzewo jest inne i, jak pew­nie nie­raz sły­sze­li­ście, nie ma dwóch do­kład­nie ta­kich sa­mych źdźbeł trawy. A na uli­cach, gdzie prze­cież trawa nie ro­śnie, wszystko jest iden­tyczne.

To dla­tego dzieci, które miesz­kają w mia­stach, są czę­sto ta­kie nie­grzeczne. Nie wie­dzą, co jest z nimi nie tak, po­dob­nie jak i nie wie­dzą tego ich oj­co­wie, matki, ciotki, wuj­ko­wie, ku­zyni, opie­ku­no­wie, gu­wer­nantki i nia­nie. Ale ja wiem. I wy te­raz też wie­cie. Ow­szem, dzieci miesz­ka­jące na wsi rów­nież by­wają nie­grzeczne - jed­nak z zu­peł­nie in­nych po­wo­dów.

Za­nim udało się na­szą gro­madkę po­chwy­cić i umyć przed pod­wie­czor­kiem, zdą­żyła ona zwie­dzić ogród, sad i bu­dynki go­spo­dar­cze oraz na­brać pew­no­ści, że bę­dzie jej do­brze w bia­łym domu. Dzieci po­czuły to od razu, jak tylko uj­rzały ro­snące za do­mem krzaki ja­śminu, pach­ną­cego pięk­niej od naj­lep­szych per­fum, które do­staje się na uro­dziny. Opty­mi­zmem na­pa­wał je rów­nież równy i gę­sty traw­nik, zu­peł­nie inny niż na miej­skich skwe­rach, i obórka ze stry­chem, na któ­rym le­żały jesz­cze resztki ze­szło­rocz­nego siana. A kiedy Ro­bert od­krył po­ła­maną huś­tawkę i spadł z niej, na­bi­ja­jąc so­bie na gło­wie guza wiel­ko­ści jajka, a Cy­ryl przy­ciął so­bie palce drzwicz­kami od cze­goś w ro­dzaju budki dla kró­li­ków, nie miały już wąt­pli­wo­ści, że wła­śnie wy­grały los na lo­te­rii.

Naj­przy­jem­niej­sze było jed­nak to, że nie było tu żad­nych ta­bli­czek czy to za­ka­zu­ją­cych wstępu, czy też ro­bie­nia pew­nych rze­czy. W Lon­dy­nie wszę­dzie wid­nieją na­pisy "nie do­ty­kać". A je­śli na­wet nie wi­dać ta­bliczki z na­pi­sem, to ni­czego to nie zmie­nia, bo prze­cież i tak wia­domo, że ona gdzieś jest. A je­żeli się za­po­mni, to za­raz znaj­dzie się ktoś, kto nam o tym przy­po­mni.

Biały dom stał na sa­mym skraju wzgó­rza. Za do­mem był las, z jed­nej strony - ko­pal­nia kredy, a z dru­giej - żwi­row­nia. Na dole, u stóp wzgó­rza, roz­cią­gała się rów­nina z bia­łymi, dzi­wacz­nymi bu­dyn­kami, w któ­rych wy­pa­lano wapno, i stał bro­war i inne domy, a gdy z ko­mi­nów szedł dym, to o za­cho­dzie słońca cała do­lina wy­glą­dała jakby pełna zło­ci­stej mgły i po­dobna była do za­cza­ro­wa­nego mia­sta z "Ty­siąca i jed­nej nocy".

Wiem, że mo­gła­bym te­raz kon­ty­nu­ować swoją opo­wieść, kre­śląc cie­kawą hi­sto­rię o wszyst­kich cał­kiem zwy­czaj­nych rze­czach, które ro­biła w bia­łym domu na­sza piątka - do­kład­nie ta­kich, ja­kie wy sami na co dzień ro­bi­cie. I pew­nie uwie­rzy­li­by­ście w każde moje słowo. Wasi bli­scy na wzmiankę o tym, że dzieci by­wają nie­grzeczne, do­pi­sa­liby na mar­gi­ne­sie ołów­kiem "to prawda!", "samo ży­cie", a wy zo­ba­czy­li­by­ście ten do­pi­sek i on by się wam wcale nie spodo­bał. Ogra­ni­czę się jed­nak w swo­jej opo­wie­ści tylko do na­prawdę nie­zwy­kłych wy­da­rzeń, a wy mo­że­cie być spo­kojni, że nikt nie do­pi­sze na mar­gi­ne­sie "to prawda!".

Do­ro­słym lu­dziom trudno jest uwie­rzyć w rze­czy nie­zwy­kłe, chyba że, jak mó­wią: mają na nie "do­wody". Ale dzieci wie­rzą we wszystko i do­ro­śli do­brze o tym wie­dzą.

Mó­wią więc im, że zie­mia jest okrą­gła jak po­ma­rań­cza, a prze­cież dzieci wie­dzą do­sko­nale, że jest zu­peł­nie pła­ska. Mó­wią im, że zie­mia ob­raca się wo­kół słońca, a one do­brze wie­dzą, że słońce wstaje ze snu każ­dego ranka i idzie spać wie­czo­rem bar­dzo grzecz­nie, i że zie­mia też wie, jak ma się za­cho­wać i w nocy leży so­bie ci­chutko jak myszka.

Nie wąt­pię, że i wy wie­rzy­cie w te wszyst­kie rze­czy o ziemi i o słońcu, i dla­tego bez trudu uwie­rzy­cie, gdy wam po­wiem, że nim upły­nął ty­dzień od przy­jazdu na wieś, An-tea, Cy­ryl i reszta ro­dzeń­stwa za­warli zna­jo­mość z nie­zwy­kłą istotą, a mia­no­wi­cie - Pia­sko­wym Dusz­kiem. Tak się przy­naj­mniej przed­sta­wiło to "coś" i z pew­no­ścią wie­działo naj­le­piej, kim jest, cho­ciaż, uwierz­cie mi - z dusz­kiem ta­kim, ja­kiego znamy z ksią­żek i opo­wia­dań, stwo­rze­nie to nie miało wiele wspól­nego.

Wy­da­rzyło się to w ko­palni żwiru i pia­sku. Oj­ciec mu­siał udać się do mia­sta w in­te­re­sach, a matka po­je­chała za­jąć się bab­cią, która za­nie­mo­gła. Oboje wy­je­chali na­gle, a po ich wy­jeź­dzie dom wy­da­wał się mar­twy i pu­sty. Dzieci wa­łę­sały się po po­ko­jach, przy­glą­da­jąc się z nu­dów wa­la­ją­cym się na pod­ło­dze pa­pie­rom i ka­wał­kom sznurka, któ­rych nikt jesz­cze nie uprząt­nął po pa­ko­wa­niu, i mar­twiły się, że nie mają nic do ro­boty. Pierw­szy ode­zwał się Cy­ryl:

- Coś wam po­wiem, weźmy ło­patki i pójdźmy do żwi­rowni. Bę­dziemy ko­pać w pia­sku i wy­obra­żać so­bie, że je­ste­śmy nad mo­rzem.

- Ta­tuś mó­wił, że tu­taj też kie­dyś było mo­rze - do­dała An­tea. - Mó­wił, że w pia­sku leżą muszle, które mają ty­siące lat.

I po­szli.

Na­tu­ral­nie, byli już wcze­śniej w ko­palni. Stali na sa­mym brzegu i pa­trzyli w dół, ale ni­gdy nie ze­szli na dno, bo bali się, że oj­ciec za­broni im tam przy­cho­dzić - tam i do po­bli­skiej ko­palni kredy. Ko­pal­nia żwiru i pia­sku nie jest nie­bez­pieczna, byle nie sta­wać na sa­mej kra­wę­dzi wy­drą­że­nia, tylko zejść ostroż­nie po­chyłą, bez­pieczną drogą, którą jeż­dżą wozy z za­ła­dun­kiem. Każde z dzieci miało wła­sną­ło­patkę i na zmianę nio­sło Ba­ranka, czyli naj­młod­szego bra­ciszka. Na­zy­wali go tak, gdyż "be­eee" było pierw­szym sło­wem, ja­kie wy­mó­wił. An­teę na­to­miast dzieci na­zy­wały Pan­terą, po­nie­waż prze­zwi­sko to brzmi po­dob­nie do jej imie­nia.

Żwi­row­nia jest duża i sze­roka, po­ro­śnięta na brze­gach trawą i su­chymi, czer­wo­nymi i żół­tymi po­lnymi kwiat­kami. Wy­gląda tro­chę jak mi­ska ja­kie­goś ol­brzyma. Na jej dnie leżą góry pia­sku, w ścia­nach pełno jest otwo­rów, z któ­rych wy­do­bywa sięż­wir, a po­wy­żej znaj­dują się małe dziurki, bę­dące drzwiami dom­ków skal­nych ja­skó­łek.

Dzieci zbu­do­wały z pia­sku za­mek. Cóż to jed­nak za za­bawa, je­śli nie ma na­dziei, że nad­pły­nie fala, za­leje zam­kowe fosy, zmyje zwo­dzony most i osta­tecz­nie zmo­czy bu­dow­ni­czych aż do pasa? Cy­ryl chciał wy­żło­bić ja­ski­nię i za­ba­wić się w zbój­ców, po­zo­stali bali się jed­nak, żeby pia­sek nie za­sy­pał ich żyw­cem, więc w końcu wszy­scy zgod­nie za­jęli się ko­pa­niem głę­bo­kiej dziury, która mia­łaby pro­wa­dzić od zamku aż do Au­stra­lii. Ro­dzeń­stwo, jak wi­dzi­cie, wie­rzyło, że zie­mia jest okrą­gła. Wie­rzyło też, że po tam­tej stro­nie mali au­stra­lij­scy chłopcy i dziew­czynki cho­dzą do góry no­gami jak mu­chy po su­fi­cie, a głowy zwi­sają im w dół.

Dzieci ko­pały i ko­pały, ręce miały go­rące, czer­wone i uwa­lane pia­chem, a twa­rze mo­kre i błysz­czące od potu. Ba­ra­nek pró­bo­wał jeść pia­sek, bo my­ślał, że to żółty cu­kier, ale gdy prze­ko­nał się, że tak nie jest, za­czął strasz­nie krzy­czeć, a po­tem, zmę­czony krzy­kiem, usnął na za­spie cie­płego pia­sku w sa­mym środku nie­do­koń­czo­nego za­mczy­ska. Dzięki temu po­zo­stała czwórka mo­gła od­dać się bez prze­szkód ko­pa­niu i wkrótce tu­nel do Au­stra­lii był już tak głę­boki, że Ja­nia, zwana przez ro­dzeń­stwo Ki­cią, po­pro­siła, żeby prze­rwali ro­botę.

- A jak zrobi się dziura na wy­lot - po­wie­działa - i wle­ci­cie rap­tem do Au­stra­lii, za­sy­pu­jąc oczy i usta Au­stra­lij­czy­kom?

- Ra­cja! - za­wo­łał Ro­bert. - Roz­gnie­wa­liby się i za­częli rzu­cać w nas ka­mie­niami, i nie da­liby nam obej­rzeć ani kan­gu­rów, ani opo­sów, ani drzew eu­ka­lip­tusa, ani emu, ani nic.

Cy­ryl i An­tea wie­dzieli, że do Au­stra­lii nie jest wcale tak bli­sko, ale zgo­dzili się odło­ży­ćło­patki i da­lej ko­pali już bar­dzo ostroż­nie, i tylko rę­koma. Nie było to trudne, gdyż pia­sek w głębi jamy był miałki, de­li­katny i su­chy - po­dobny do tego, jaki jest nad mo­rzem. I pełno w nim było ma­łych, po­kru­szo­nych mu­sze­lek.

- Kie­dyś mu­siało być tu­taj mo­rze, mo­kre i mi­go­czące w słońcu - po­wie­działa Ja­nia - pełne ryb, wę­go­rzy, ko­rali i sy­ren.

- I masz­tów okrę­to­wych, i za­to­pio­nych hisz­pań­skich skar­bów - do­dał Cy­ryl. - Chciał­bym zna­leźć ja­kie­goś zło­tego du­kata albo coś w tym ro­dzaju.

- A ja­kim spo­so­bem mo­rze zo­stało stąd za­brane? - za­sta­na­wiał się Ro­bert.

- No prze­cież nie wy­nie­siono go wia­der­kiem, głup­ta­sie! - ro­ze­śmiał się star­szy brat. - Tato mó­wił, że ziemi w środku zro­biło się za go­rąco. Tak jak to­bie cza­sem w łóżku. Wy­cią­gnęła więc wtedy ręce spod mo­rza jak spod koł­dry.

Koł­dra, czyli mo­rze, zsu­nęła się, a ręce za­mie­niły się w su­chy ląd. Chodź­cie, pój­dziemy po­szu­kać mu­sze­lek. O! tam w tej ja­mie coś ster­czy, jakby uła­many ka­wa­łek ko­twicy. A tu­taj jest okrop­nie go­rąco, w tej au­stra­lij­skiej dziu­rze.

Wszy­scy chęt­nie przy­stali na pro­po­zy­cję, tylko An­tea na­dal grze­bała w pia­sku. Za­wsze lu­biła do­koń­czyć to, co za­częła. Czuła, że nie­ład­nie by­łoby po­rzu­cić tu­nel, nie do­ko­paw­szy się do Au­stra­lii.

Jama przy­nio­sła roz­cza­ro­wa­nie. Nie było w niej żad­nych mu­sze­lek, a do­mnie­mana ko­twica oka­zała się zwy­kłym zła­ma­nym trzon­kiem mo­tyki. Zgro­ma­dzone w ja­mie to­wa­rzy­stwo do­szło osta­tecz­nie do wnio­sku, że pia­sek tu­taj wy­wo­łuje pra­gnie­nie więk­sze niż ten nad­mor­ski i ktoś rzu­cił po­mysł, żeby wró­cić do domu i na­pić się le­mo­niady. Na­gle An­tea krzyk­nęła:

- Cy­ryl! Chodź tu! Tu­taj coś jest! Ru­sza się! Szybko, bo uciek­nie!

Po­pę­dzili w jej stronę.

- To pew­nie szczur - po­wie­dział Ro­bert. - Tato mó­wił, że w dawno opusz­czo­nych miej­scach jest pełno szczu­rów, a to musi być bar­dzo stare miej­sce, skoro mo­rze ode­szło stąd ty­siące lat temu.

- A może to wąż? - do­dała Ki­cia.

- Zo­ba­czymy! - za­wo­łał Cy­ryl, wska­ku­jąc do au­stra­lij­skiego tu­nelu. - Nie boję się węży. Lu­bię je. Je­śli to wąż, to go oswoję i w nocy bę­dzie spał owi­nięty wo­kół mo­jej szyi.

- Nie bę­dziesz sy­piał z wę­żem - prze­rwał mu Ro­bert sta­now­czo. - Chyba że to szczur, to mo­żesz z nim spać.

- Prze­stań­cie ga­dać głup­stwa - po­wie­działa An­tea. - To nie szczur, tylko coś znacz­nie więk­szego. Ma nogi i fu­terko. Nie, zo­staw ło­patkę, mógł­byś go ska­le­czyć. Kop rę­kami.

- Żeby mnie ugry­zło? Dzię­kuję! - od­parł Cy­ryl, chwy­ta­jąc ło­patkę.

- Daj spo­kój! To coś się ode­zwało... sły­sza­łam, na­prawdę... coś po­wie­działo.

- Co po­wie­działo?

- Po­wie­działo: "Zo­staw­cie mnie w spo­koju".

Cy­ryl stwier­dził, że sio­strzyczce po­mie­szało się w gło­wie i ra­zem z Ro­ber­tem za­częli ko­pa­ćło­pat­kami, a An­tea, usiadł­szy na skraju jamy, co rusz pod­ska­ki­wała z prze­ję­cia i wiel­kiego nie­po­koju. Chłopcy ko­pali wy­trwale i wszy­scy już te­raz wi­dzieli, że istot­nie w głębi au­stra­lij­skiego tu­nelu coś się ru­sza.

- Ja się już nie boję! Daj­cie mi ko­pać! - krzyk­nęła An­tea, po czym uklę­kła i za­częła roz­grze­by­wać pia­sek rę­kami jak pies, który rap­tem przy­po­mniał so­bie, gdzie za­ko­pał kość.

- Czuję fu­terko! - za­wo­łała, na wpół­śmie­jąc się a na wpół pła­cząc ze wzru­sze­nia. - Czuję, na­prawdę!

Na­gle do­biegł ich ja­kiś oschły, nie­przy­jemny gło­sik. Od­sko­czyli prze­ra­żeni, a serca za­częły im bić jak sza­lone.

- Zo­staw­cie mnie w spo­koju! - usły­szeli wy­raź­nie. Spoj­rzeli po so­bie zdu­mieni.

- Ale my tylko chcemy cię zo­ba­czyć - od­parł od­waż­nie Ro­bert.

- Chcie­li­by­śmy, że­byś się nam po­ka­zał - do­dała An­tea, rów­nież na­bie­ra­jąc od­wagi.

- No do­brze, skoro ta­kie jest wa­sze ży­cze­nie - od­po­wie­dział głos.

Pia­sek za­czął się ru­szać i roz­sy­py­wać na wszyst­kie strony, i coś bru­nat­nego, ko­sma­tego i gru­bego wy­to­czyło się z jamy, otrzą­snęło z pia­sku i usia­dło, zie­wa­jąc i trąc łap­kami ką­ciki oczu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki