Pięćdziesiątka (#2) - Piotr Zmarzłowski

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (21,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

8 sylwester

"I can t get no satisfaction." - The Rolling Stones

Paweł nigdy nie był dobrym aktorem. Zwłaszcza w sprawach uczuć i relacji, bo o ile w negocjacjach biznesowych potrafił już coś ugrać, o tyle w życiu prywatnym kompletnie brakowało mu talentu do udawania. Tym razem nie potrafił nawet przez chwilę sprawiać wrażenia człowieka szczęśliwego z powodu wspólnego wyjazdu na Mazury z większością rodziny Joli.

Owszem, cieszył się na myśl o czasie, który spędzi z córką. Doceniał też obecność kuzynki żony, jej imienniczki - jedynej, która zdawała się dostrzegać jego dramatyczną sytuację małżeńską. Kilka razy już podjęli ten temat przy okazji rodzinnych spotkań, dzieląc się wzajemnie opowieściami o swoich rozczarowaniach i problemach. Dawniej zdarzało mu się nawet zwierzać jej z poczucia samotności u boku Joli, z nadzieją, że usłyszy coś, co pomoże mu zrozumieć, jak ratować związek. Podobnie postąpił, gdy umówił się kiedyś z teściem na szczere wyznania. Teraz dopiero widział, jak bezsensowne były to próby. Cóż innego mógł usłyszeć poza kilkoma pocieszającymi frazesami?

Tym razem jednak Paweł znajdował się w zupełnie innej sytuacji. Gdzieś podskórnie liczył, że ktoś, ktokolwiek, wypowie słowa, które pozwolą mu usprawiedliwić jego tajemne spotkania z Agnieszką.

Było już zupełnie ciemno, gdy samochód wtoczył się w okolice osady domków letniskowych nad zamarzniętym jeziorem, gdzie mieli spędzić kilka najbliższych dni. Madzia spała smacznie na tylnym siedzeniu, skulona w objęciach swojego "pancernego" fotelika, a Jola patrzyła z niezadowoleniem, gdy Paweł zatrzymał się przy sklepie z luksusowymi alkoholami.

- Przecież mamy wszystko! - rzuciła, wbijając w niego spojrzenie brązowych oczu, które niegdyś potrafiły go sparaliżować, a dziś robiły na nim mniejsze wrażenie niż mróz za oknem.

Paweł zgasił silnik i sięgnął do klamki.

- Umówiłem się z Jolą, że kupię jeszcze whiskacza - powiedział spokojnie, wysiadając prosto w kilkunastocentymetrowy śnieg, zalegający zarówno drogę, jak i pobocze.

- Z Jolą? - żona ożywiła się nagle, również chwytając za klamkę.

- Nie zostaniesz z małą? - zdziwił się, spoglądając odruchowo na śpiącą córkę.

- A kiedy to się niby umówiliście? - drążyła dalej, już częściowo wysuwając się na zewnątrz, wypuszczając przy tym kłęby ciepłego powietrza.

- Dzwoniła do mnie przed wyjazdem. Jak chcesz, to chodź, tylko nie wietrz tak wnętrza - uciął, zatrzaskując drzwi.

W zaparowanym wnętrzu niewielkiego sklepiku kręciło się kilku klientów, z przejęciem debatujących nad wyborem trunków na sylwestrową noc. Sprzedawczyni, dostrzegając determinację w spojrzeniu Pawła, zignorowała ich wahania i zwróciła się wprost do niego. Chwilę później w jego rękach spoczywała elegancko zapakowana butelka Ballantine'sa.

Jola, przyzwyczajona do nieco wycofanej postawy męża, aż oniemiała, widząc, jak sprawnie i bez wahania załatwił sprawę. Kiedy już wychodzili, chwyciła go za łokieć na schodach i syknęła mu w twarz:

- I co ty sobie myślisz? Chcesz się przespać z Jolą? A może już macie romans? Wiedziałam!

Paweł spojrzał na nią z niedowierzaniem, jak na dziwaczne zjawisko pogodowe.

- O czym ty mówisz? Czy ty się dobrze czujesz? - rzucił chłodno, po czym dodał z namysłem: - Już to przerabialiśmy. Mówiłem ci, że jeśli jeszcze raz zapytasz, czy mam romans, to zrobię wszystko, żeby go naprawdę mieć! Pamiętasz?

Nie czekając na odpowiedź, ruszył do samochodu, gdzie ich córeczka spała nadal, nieświadoma tej sceny.

- Ale... - zaczęła Jola, najwyraźniej chcąc jeszcze coś dodać, jednak napotkawszy jego nieustępliwość, zamilkła i wróciła za nim.

Chwilę później jechali już zasypaną śniegiem drogą do miejsca, w którym mieli przywitać Nowy Rok.

Na miejscu czekała większość towarzystwa, a przede wszystkim gromada dzieci. Madzia, rozbudzona przez harmider i roześmiane głosy, natychmiast rzuciła się w wir zabawy, wśród stosu butów i kurtek zalegających niemal cały ciasny hall.

Pokój, który im przydzielono, znajdował się na piętrze. Gospodarz obiecał widok na skute lodem jezioro, ale póki co ciemne szyby działały jedynie jak lustro, odbijając zaciętą minę Joli i nieobecny wzrok Pawła.

Zdarzenie w monopolowym Paweł odebrał jako coś przełomowego. Uświadomił sobie, że w tajemniczy sposób przestał bać się żony - jej ciągłego narzekania, krytyki i pomysłów, które zawsze podcinały mu skrzydła. To było dziwne uczucie, niemal jak nagłe wyzwolenie.

Kiedy więc położył już córeczkę spać, nie zważając na wściekłe spojrzenia Joli, zasiadł obok jej kuzynki i przy szklaneczce whiskey podjął przerwaną wcześniej rozmowę. Ona zwierzała mu się ze swoich problemów - opowiadała o mężu, który coraz bardziej uciekał w świat ezoterycznych doznań i nawet teraz, w czasie wspólnego wyjazdu, medytował samotnie w pokoju na górze. On zaś mówił o własnej frustracji: o kompletnym braku ciepła ze strony Joli, o tym, że nie czuł już nawet odrobiny uczucia, czy choćby zwykłego szacunku.

Kiedy opróżnili już kolejną szklankę, Paweł, czując zmęczenie po całym dniu, udał się na górę, by ułożyć córkę do snu. Jeszcze w łazience odkrył, że w międzyczasie dostał kilka wiadomości od Agnieszki. Ciekawiło ją, czy bezpiecznie dotarł na miejsce, a przy tym przesyłała fragment swojego opowiadania o podróży do Włoch.

- Czy właśnie miał romans? - pomyślał z budzącą się ekscytacją. Z drugiej strony wiedział, że to nie byłoby w jego stylu. Jola mogła go irytować, mógł jej zwyczajnie nie lubić, lecz nie wyobrażał sobie, aby ją oszukiwać. Wszystko było kuszące, ale nie do wyobrażenia na dłuższą metę.

Po chwili namysłu doszedł do wniosku, że jego własny związek z Jolą również spełniał podobne przesłanki. Jeszcze miesiąc temu życie zdawało mu się ulatywać między kolejnymi pretensjami żony, awanturami i niebotycznymi żądaniami. Teraz jednak poczuł się niemal w potrzasku. Co miał zrobić? Niestety nie miał pojęcia.

Następny dzień, poprzedzający sylwestrową zabawę, zapowiadał się pełen atrakcji dla dzieci - kulig za dużym quadem należącym do właściciela ośrodka. Paweł nie czuł się jednak na siłach po poprzednim wieczorze i kilku szklankach alkoholu, więc postanowił zostać w pokoju. Z okna miał jednak doskonały widok na szalejące na sankach dzieciaki. Usiadł przy biurku, wyjął komputer i otworzył rękopis swojej książki. Jego bohater właśnie miał dokonać zamachu na ważnego człowieka, a on utknął w trudnym punkcie fabuły. Bolała go głowa i nie miał pojęcia, jak wybrnąć z impasu.

Tak naprawdę nie płatny morderca znalazł się w kłopotliwej sytuacji - lecz on sam. Napisał zaledwie kilka linijek, a potem wysłał jedno ze swoich wcześniejszych opowiadań Agnieszce. Nim jeszcze zamknął monitor, pojawiła się odpowiedź. Dowiedział się, że jego przyjaciółka - a może już ukochana - właśnie odśnieżyła schody w firmie i poukładała wraz z jego wspólnikiem katalogi na regałach. Poczuł wyrzuty sumienia, wiedząc, że on spędza czas nad jeziorem, podczas gdy inni dokładają wszelkich starań, aby uporządkować ich przyszłe miejsce pracy.

Przed nim były jeszcze kilkadziesiąt godzin w odludnym miejscu, gdyż dopiero następnego dnia po sylwestrze mieli wrócić do domu. Cała sytuacja coraz bardziej go przytłaczała, i gdyby mógł, spakowałby się natychmiast i wyjechał. Wyłącznie przez wzgląd na córkę nie chciał tego zrobić, czując, że być może to ostatni raz, kiedy spędza z nią ten czas. Nic już nie było takie samo, a z całą pewnością czekało go wiele trudnych decyzji.

1 żałoba

"Życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, co ci się trafi." - Forrest Gump

Dźwięki imprezy docierały do niego stłumionym echem, rozlewając się po pustym, niewykończonym poddaszu. Paweł leżał na materacu, otoczony stertą szpargałów zalegających nowo powstały strop nad salonem. Właściwie sam nie wiedział, po co w ogóle zabudował tę wielką przestrzeń nad pokojem dziennym. Być może była to forma podświadomego sprzeciwu wobec nieustannych spotkań i rodzinnych biesiad, które Jola organizowała z uporem godnym zawodowej gospodyni. Tak narodziło się miejsce, gdzie można było schronić się przed zgiełkiem i choćby na chwilę odetchnąć.

Leżał teraz, osłabiony kolejnym w tym roku zapaleniem płuc, i próbował znaleźć w sobie choćby odrobinę siły, by w poniedziałek móc znów wrócić do pracy. Paradoksalnie to właśnie praca była jego prawdziwym azylem - tam czuł się potrzebny i szanowany, w przeciwieństwie do tego, co zwykło nazywać się "rodzinnym domem". Dom - owszem, ale rodzinny wyłącznie dla Joli i jej bliskich. On sam miał wrażenie, że jest w nim co najwyżej niepotrzebnym meblem, zbędnym dodatkiem, którego nikt nie zauważa.

Wciąż miał w pamięci ich ostatnią "rozmowę" - a właściwie komunikat. To było jeszcze wtedy, gdy sypiał w ich wspólnej sypialni. Jola, z charakterystyczną stanowczością, oświadczyła, że najwyższy czas, by zgodnie z dawnymi ustaleniami przed ślubem zrobił jej dziecko. Nie było w tym ani krztyny czułości - tylko żądanie. Podobne słowa słyszał już wcześniej, w czasie choroby matki. Wtedy odpowiedział, że nie jest w nastroju, nie w tak trudnych chwilach. Teraz, po pół roku od śmierci Matyldy, żona powróciła do tego tematu, jakby nic się nie wydarzyło. Zapewne nie miałby nic przeciwko dziecku, gdyby nie fakt, że od ponad dwóch lat dzielili łoże wyłącznie jako współlokatorzy. Kiedy próbował ją namawiać na bliskość, odpowiadała chłodno: "Tak, ale wyłącznie w celach prokreacyjnych". Takie dictum skutecznie odbierało mu jakąkolwiek ochotę.

Dlatego właśnie schronił się tutaj - na poddaszu, które stało się jego azylem. Nie miał tu nawet normalnego łóżka, tylko materac ułożony na płycie budowlanej, a ta na drewnianych legarach przykrywających strop. A jednak czuł się tu bezpiecznie, wreszcie z dala od spojrzeń, komentarzy i oczekiwań. Goście, którzy przewijali się przez dom, nie zwracali już na niego uwagi. Jedynie kuzynka Joli, jej imienniczka, od czasu do czasu zaglądała do niego z życzliwym pytaniem, czy czegoś nie potrzebuje. Ten drobny gest miał dla niego większe znaczenie, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Ostatnią osobą, która naprawdę martwiła się o jego zdrowie, była jego matka. Teraz to obca, w dodatku oszałamiająco piękna kobieta, okazywała mu namiastkę zainteresowania. To jednak nie była sytuacja komfortowa - Paweł, jako żonaty mężczyzna, chciałby przede wszystkim czuć uwagę i troskę swojej wybranki. A jednak, choć nie szukał zdrady i nie dopuszczał jej myśli, mimowolnie jego spojrzenie coraz częściej zatrzymywało się na innych kobietach. Zostawała mu więc jedynie frustracja - ta, która z czasem coraz częściej przeradzała się w chorobę.

Odwrócił się i spojrzał na ciemne otwory niewykończonych okien dachowych. Wspomniał ostatnie słowa umierającej Matyldy, gdy wyznała mu, że wie, jak wiele czasu spędza na tym poddaszu. Pół żartem, pół serio zapowiedziała wtedy, że jeśli nie wykończy tego miejsca za pieniądze z jej ubezpieczenia, będzie go po śmierci nawiedzać i straszyć. Może dlatego czuł, że nie ma innego wyjścia, jak tylko urządzić ten kąt. Wszystko bowiem wskazywało na to, że stanie się jego prawdziwą przystanią.

Coraz bardziej odsuwał się od życia rodzinnego. Skoro traktowano go jak maszynkę do zarabiania pieniędzy, a w dodatku jako potencjalnego dawcę materiału genetycznego, trudno było mu widzieć sens dalszej integracji z rodziną. Najbardziej bolało go to, że nie otrzymywał nawet minimum szacunku za wysiłek, który wkładał w utrzymanie domu. Wręcz przeciwnie - przy każdej okazji słyszał komentarze o jakimś deficycie, porównania do kolegów, którzy rzekomo radzili sobie lepiej. Kiedyś, jeszcze niedawno, te słowa mobilizowały go - podwajał wysiłki, podejmował kolejne inwestycje, kończył remonty, które żona uważała za konieczne. Jednak po którymś z kolei trudzie, nagrodzonym jedynie ponagleniem do dalszych działań, coś w nim pękło. Jaki sens miała ta harówka, skoro nie przynosiła mu nawet odrobiny wdzięczności?

A przecież potrzebował tak niewiele. Wystarczyłoby dobre słowo, ciepły gest, odrobina bliskości. Chwila, gdy mógłby poczuć się kochany. Nic z tych rzeczy jednak od dawna nie pojawiało się w jego życiu. To, co robił, zdawało się nie mieć przyszłości. Od śmierci matki przestał w ogóle myśleć o przyszłości. Paradoksalnie - i wbrew podejrzeniom Joli - to właśnie Matylda cementowała ich małżeństwo.

Kiedy matka jeszcze żyła, mógł w każdej chwili zajść do niej na tradycyjną popołudniową herbatę. Zasiadał wtedy w jej kuchni, w miejscu pełnym ciepła i spokoju, i choćby przez chwilę mógł się wyżalić na zachowanie żony, opowiedzieć o swoich frustracjach, o ciężarze, który dźwigał. To wystarczało - nagromadzone napięcie uchodziło w bezpieczny sposób, nie kumulując się w nim tak drastycznie. Matka potrafiła wysłuchać bez oceniania, jednym zdaniem, a czasem samym spojrzeniem przywracając mu równowagę.

Teraz jednak jej nie było. Został sam, pozostawiony na pastwę własnych rozterek i rosnącej frustracji, która z dnia na dzień spychała go coraz głębiej w głąb siebie. Powoli wycofywał się z życia, zamykając we własnym świecie, gdzie cisza poddasza zastępowała rozmowy, a samotne westchnienia stawały się jedyną odpowiedzią na pytania, których nikt już nie zadawał.

Jedynym wyjątkiem były godziny spędzane w pracy. To tam wciąż czuł się kimś - potrzebnym, docenianym, obecnym. Poza murami biura, w domu, wśród rodziny, miał wrażenie, że w ogóle nie istnieje. Był jak cień przemykający przez własne życie - niewidoczny, nieobecny, a jednak wciąż obecny na tyle, by odczuwać ciężar własnej samotności.

2 inspekcja

"Miłość nie polega na tym, by patrzeć na siebie, lecz by razem patrzeć w tym samym kierunku." - Mały Książę (Antoine de Saint-Exupéry)

Tymczasem w firmie działo się nad wyraz dobrze. Wprowadzone przez Pawła zmiany w tej skostniałej organizacji zaczynały przynosić pierwsze, wyraźne efekty. Dzięki swoim kontaktom udało mu się pozyskać dla pracowni całkiem spore i lukratywne zlecenia, i nagle z podupadającej pracowni stali się znaczącym graczem na rynku projektowym. Stare komputery zastąpiły nowe Macintoshe, małe monitory - duże ekrany ciekłokrystaliczne, archaiczny ploter - wielka laserowa maszyna. Zakupiono legalne programy do projektowania, a przede wszystkim - wspaniały ekspres do kawy, który od razu stał się centrum towarzyskich przerw i rytuałów twórczych.

Paweł nie ustawał w wysiłkach, starając się wciąż reformować organizację pracy. Udało się sformalizować działalność, zakładając spółkę jawną, w której przejął jedną trzecią udziałów. Teraz doskonale rozumiał, na czym polega prowadzenie firmy, i wszystkie kwestie finansowe oraz formalne trzymał w swoich rękach. To był jego cały świat - po zamknięciu drzwi pracowni nie czekało go już nic interesującego, dlatego trzymał się go kurczowo, z pełnym zaangażowaniem.

Obecnie mierzyli się z ogromnym projektem obejmującym niespełna dziesięć hektarów pośród dawnej fabrycznej zabudowy w przemysłowej części warszawskiej Pragi. Zamysł był niezwykle ambitny: klient chciał przekształcić te zapyziałe, niemal zapomniane tereny w dzielnicę artystyczną, podsuwając nawet wstępną nazwę, inspirowaną artystyczną dzielnicą Londynu. Od tego momentu wszystkie ich wysiłki skierowane były zatem na ten rejon miasta.

Pierwszym etapem było przekształcenie dawnej fabryki przyrządów optycznych w luksusowe lofty mieszkaniowe. Tu mogli wyżyć się twórczo niemal bez ograniczeń. Te mieszkania dla bez wątpienia niezwykle zamożnych klientów miały być absolutnie bezkompromisowe. Paweł wraz ze swoim wspólnikiem i imiennikiem wymyślali rozwiązania, o jakich dotąd nie śniło im się w polskich realiach. Były to przestrzenie rozciągające się na dwie, a nawet trzy kondygnacje, z wyjściem na dach przekształcony w rodzaj tarasu. W mieszkaniach na ostatniej kondygnacji sufit podziurawili z kolei otworami, przez które na poziomie salonu wpadało światło do szklanych patio, doświetlając szerokie, pofabryczne trakty.

Skomplikowane struktury stalowych schodów i systemów przeszklonych kładek, przytulonych do zabytkowej elewacji, miały pełnić funkcję komunikacji, pozostawiając jednocześnie przestronne wnętrza w głównej bryle budynku. Paweł spędzał całe godziny wędrując po tym niezwykłym gmachu, oglądając pozostałości po tajnej produkcji instrumentów optycznych dla armii bloku wschodniego i szukając inspiracji. Klient stawiał sprawę jasno: nie było żadnych limitów, które mogłyby ograniczyć atrakcyjność kreowanej przez nich przestrzeni.

W tej sytuacji mogli sięgać po wszelkie nowoczesne technologie - włącznie ze wzmacnianiem stropów włóknami węglowymi w miejscach, gdzie chcieli usunąć dotychczasową konstrukcję przedwojennego budynku. Wszystko odbywało się oczywiście za zgodą konserwatora zabytków, który miał pod swoją pieczą ten niezwykły obiekt. To było prawdziwe wyzwanie - i tylko dzięki niemu Paweł czuł się potrzebny, czuł, że naprawdę żyje.

Od niespełna miesiąca pracowała obok niego nowa pani architekt, którą, choć niechętnie, zgodził się przyjąć do zespołu. Przede wszystkim nie znała programu, na którym pracowali, a przybyła niejako w zastępstwie rekomendowanego przez wspólnika kandydata. Od pierwszego momentu jednak nawiązała się między nimi jakaś nić porozumienia, i jeszcze zanim pojawiła się w pracowni, Paweł zdecydował, że będzie siedziała obok niego - w jego małej niszy, odnodze głównej przestrzeni poddasza, gdzie miał spokojne stanowisko do opracowywania nowych koncepcji, planowania strategii spółki i dyskretnej obserwacji reszty pracowników.

Nie potrafił wytłumaczyć sobie tej decyzji. Wpuścił ją niejako do swojego świata, do swojego małego królestwa.

Pewnego dnia, siedząc nad projektem, usłyszał otwierające się drzwi do pracowni. Po chwili do jego uszu dotarł znajomy głos - w tym momencie zrozumiał, że w jego świecie pojawiła się Jola. Przyniosła ze sobą cały swój jazgot i posmak domowej beznadziei. Doświadczenie było tak irracjonalne, że wydawało się niemal nierzeczywiste. Przecież żona nigdy wcześniej nie odwiedziła go w pracy! A teraz zjawiła się wraz z ich córką, mimo że musiały pokonać pięć pięter po schodach.

Weszła do sowicie oświetlonego oknami dachowymi wnętrza i bacznie rozejrzała się dookoła. Natychmiast pojawił się przy niej starszy, szarmancki pan - wspólnik Pawła, Wiesław - który, ze znamienną dla swojego pokolenia kindersztubą, odebrał od Joli płaszcz, proponując coś do picia i wygodne miejsce do siedzenia.

Paweł w końcu wydostał się ze swojej "jaskini" i przywitał żonę. Jednak Jola, niespecjalnie zainteresowana jego obecnością, uważnie lustrowała jego nową współpracownicę, jakby chciała ją szczegółowo ocenić. Jedynie mała Madzia, z szczerym uśmiechem, ucieszyła się z widoku ojca. Natychmiast znalazła się zresztą na jego rękach i ruszyła na obchód całej firmy, z wypiekami podziwiając widoki miasta przez ogromne, wszechobecne okna.

Paweł pokazywał jej rysunki na ścianach, swój komputer, makiety, a także rozmaite gadżety - kaski budowlane, miarki, całe mnóstwo przyborów rysunkowych. Madzia chłonęła wszystko jak gąbka, zadając pytania, dotykając kolejnych elementów i z zachwytem odkrywając każdy kąt pracowni.

Po niecałej godzinie ciekawość Joli wydawała się wreszcie zaspokojona. I tak samo nagle, jak się pojawiła, równie szybko zniknęła z poddasza, pozostawiając Pawła w pełnym zdziwieniu i lekkim oszołomieniu. Czemu właściwie miała służyć ta wizyta? Czyżby małżonka chciała obejrzeć nową panią architekt, o której wspomniał jej przy okazji w domu? A może chodziło o coś zupełnie innego, coś, czego Paweł jeszcze nie potrafił sobie uświadomić?

7 święta

"If loving you is wrong, I don t wanna be right." - Luther Ingram, If Loving You Is Wrong (I Don t Want to Be Right)

Święta zbliżały się wielkimi krokami. Tym razem, wobec nieobecności matki, miały być one spędzone wyłącznie w towarzystwie ekspansywnej rodziny Joli. Cała impreza, podobnie jak w ubiegłych latach, miała się odbyć w ich domu. Paweł czuł, że w tym roku zabraknie mu nie tylko świątecznej aury, ale przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa, które niegdyś dawała mu matka.

Tymczasem w firmie aż wrzało z powodu przeprowadzki. Każdy zajmował się pakowaniem rzeczy, które już niebawem miały trafić do ich nowej siedziby - niewielkiego, ceglanego domku na terenie przyszłego osiedla mieszkaniowego. Na marginesie, Paweł snuł już plany, by obiekt ocieplić i otynkować na zielono. Nie omieszkał nawet wspomnieć o tym inwestorowi, wyobrażając sobie, jak ta przemiana doda budynkowi życia.

W praktyce niemal każdą chwilę spędzał teraz w pracy - głównie jeżdżąc z Wiesławem po sklepach i zamawiając wyposażenie do nowego biura. Nowe zlecenie przynosiło pierwsze wymierne zyski, więc wspólnicy postanowili, że nowa siedziba będzie nie tylko miejscem pracy, lecz również symbolicznym otwarciem nowego etapu w ich zawodowej drodze. Chcieli, aby niemal wszystko było świeże i czyste, pozbawione ciężaru starej epoki.

Przyzakładowy gabinet lekarski, który odziedziczyli, zgodnie z ich projektem został całkowicie przebudowany. Przemienił się w przestronne i nowoczesne wnętrze. Główna sala z biurkami pracowników z jednej strony łączyła się z gabinetami wspólników, a z drugiej z obszernym aneksem kuchennym, w którym centralne miejsce miał zajmować duży, drewniany stół. Paweł zaproponował też wydzielenie miejsca dla przyszłej sekretarki oraz wygodnej, zgrabnej toalety. Do tego powstał pojemny pawlacz, mający służyć za archiwum dla wszystkich starych projektów. Całość utrzymana była w bieli, którą przełamywały czerwone akcenty na środkowej ścianie oraz w pomieszczeniu sanitarnym. Paweł czuł dumę, gdy patrzył na owoce ich pracy. Choć nowe biuro było mniejsze od poprzedniego poddasza, sprawiało znacznie lepsze wrażenie i, co nie mniej istotne, znajdowało się w dogodniejszej lokalizacji. Agnieszka zaangażowała się w urządzanie nowej siedziby nie mniej niż on i jego wspólnicy. Spędzała z nimi niemal każdą wolną chwilę, a jej obecność nadawała wszystkim działaniom szczególny sens. Dla Pawła był to czas wyjątkowy, w którym niespodziewanie odzyskał siły i chęć do życia. Czuł, jakby razem z Agnieszką budował swoje gniazdo - przestrzeń, w której mogliby cieszyć się sobą, daleko poza marginesem nieudanych związków i gorzkich kompromisów.

Któregoś dnia, jeszcze przed Wigilią, Paweł zaprosił Agnieszkę do kawiarni w pobliskim centrum handlowym. Ich poddasze mieściło się niedaleko, w zasięgu krótkiego spaceru od jednej z bardziej popularnych galerii w tej części Warszawy. Agnieszka bez wahania przyjęła zaproszenie, więc zaraz po pracy udali się razem w stronę przesyconych świąteczną atmosferą wnętrz. Migoczące światełka, zapach pierników i gwar ludzi tworzyły scenerię niemal magiczną.

Zasiedli na piętrze, w ustronnym zakątku, gdzie mogli swobodnie zamienić kilka słów. Rozmowa popłynęła od razu, lekka i szczera, tak jakby od zawsze czekali na ten moment. Stracili poczucie czasu, a słowa płynęły między nimi niczym ciepły strumień. Nie zauważyli nawet, że minęły niemal dwie godziny. Paweł, zerkając na zegarek, przypomniał sobie o codziennym rytuale - kładzeniu córki do snu. Z żalem zasugerował, że powinni już się zbierać.

Ciężko było im się rozstać, dlatego zdecydował, że odwiezie Agnieszkę do Śródmieścia, gdzie chciała jeszcze zajrzeć do księgarni po świąteczne prezenty. Droga upłynęła im na ożywionej rozmowie, która sprawiała, że czas znowu wydawał się przyspieszać. Kiedy nagle dotarli na miejsce, oboje byli szczerze zdziwieni, jak szybko tam dojechali.

Paweł zatrzymał samochód przy krawężniku, usprawiedliwiając manewr włączeniem świateł awaryjnych. Odwrócił się do pasażerki. Agnieszka, lekko zmieszana, wyciągnęła do niego dłoń. Ujął ją, czując magnetyczne ciepło jej skóry. Trwało to zaledwie sekundę, lecz dla niego ten moment rozciągnął się w wieczność.

Kiedy kobieta sięgnęła po klamkę, jakby zawahała się na chwilę. Zamiast wysiąść od razu, pochyliła się ku niemu i musnęła jego policzek krótkim, delikatnym pocałunkiem. Potem, jakby trochę zawstydzona własnym gestem, wysiadła z auta, niezdarnie potykając się o wysoki krawężnik.

Paweł przez kilka chwil siedział jak zaczarowany. Dopiero niecierpliwe trąbienie kierowcy z tyłu wyrwało go z letargu. Ruszył powoli, wciąż czując na skórze echo jej ust.

Od tego momentu wszystko przyspieszyło. Zarówno sprawy firmowe, jak i relacja z Agnieszką. Do Wigilii pozostały zaledwie trzy dni, a oni niemalże nie rozstawali się w godzinach pracy. Spotykali się przed wejściem do biura, wymykali na krótkie chwile w samochodzie, wspólnie załatwiali sprawy w mieście, doglądali nowej siedziby. A przede wszystkim - coraz częściej uciekali razem do kawiarni, gdy wszystkie obowiązki służbowe zostawały za nimi.

Dzień przed Wigilią, ponieważ Paweł wraz ze wspólnikami postanowili, że dwudziestego czwartego firma pozostanie zamknięta, wybrali się jeszcze na ostatnie w tym roku spotkanie przy kawie i cieście. Na zewnątrz panowała prawdziwa zimowa sceneria - mróz szczypał w twarz, a płatki śniegu wirowały w świetle latarni - lecz niewiele ich to obchodziło, gdy wreszcie znaleźli przytulny kąt w niewielkim lokalu w pobliżu placu Trzech Krzyży. Wpatrzeni w siebie, rozmawiali o wszystkim i o niczym, ciesząc się po prostu swoją obecnością. Mogliby trwać tak bez końca, lecz obowiązki w końcu dały o sobie znać i z trudem zdecydowali się opuścić kawiarniany azyl.

Wyraźnie promieniowali szczęściem - barmanka, która nieoczekiwanie stanęła wobec awarii terminala i braku gotówki u Pawła, uśmiechnęła się do nich szeroko i, życząc wszystkiego dobrego, podarowała im te chwile "na koszt firmy".

Potem pozostało im już tylko podjechać w okolice Nowego Światu, gdzie Agnieszka miała wysiąść i dołączyć do męża na firmowej kolacji. Oboje wiedzieli, że zobaczą się dopiero po Nowym Roku, a jednak gdy nadszedł moment rozstania, długo nie potrafili oderwać się od siebie. Stali, obejmując się i szukając w swoich spojrzeniach tej iskry, która pozwalała zapomnieć o całym świecie. Cieszyli się chwilą, odganiając myśl o jutrze.

Paweł miał świadomość, że porusza się niczym ślimak po ostrzu brzytwy, balansując nad przepaścią, ale nie miało to teraz żadnego znaczenia. Agnieszka zdawała się czuć podobnie - oboje wiedzieli, że ich miłość rozkwita w cieniu małżeńskich zobowiązań. On dodatkowo miał jeszcze ukochaną córkę. Jakim prawem mógłby postawić na szali całe swoje dotychczasowe życie i rodzinę dla własnego szczęścia? Jednego był pewien - że kocha Agnieszkę. I równie pewien był tego, że nie odejdzie od żony, bo oznaczałoby to dla niego utratę dziecka.

6 Mont Blanc

"All you need is love." - The Beatles

- Naprawdę piszesz opowiadania? - Agnieszka podniosła wzrok znad pożółkłej dokumentacji, którą od dłuższego czasu wertowała, i spojrzała na Pawła z autentycznym zaciekawieniem.

- Tak. A powiem więcej - zacząłem nawet książkę - odpowiedział mężczyzna, a w jego głosie słychać było wyraźną nutę dumy i radości, że ktoś wreszcie zainteresował się jego nową pasją.

- W takim razie koniecznie musisz mi coś podesłać - odparła, unosząc lekko kąciki ust. Po chwili, jakby coś przyszło jej do głowy, dodała: - A ja prześlę ci coś swojego. Wymienimy się opiniami.

- Zaśmiała się przy tym dźwięcznie, a jej śmiech zabrzmiał w przestrzeni biura jak krótki, rozjaśniający je promień słońca.

- Bardzo chętnie. Nikomu jeszcze tego nie pokazywałem - przyznał Paweł szczerze. - Tym bardziej cieszę się, że to właśnie ty spojrzysz na te teksty jako pierwsza.

- Czuję się naprawdę zaszczycona - odparła Agnieszka ciepło i wróciła do przeglądania zakurzonych papierów, ale jej twarz nadal nosiła ślad uśmiechu.

W tym momencie odezwał się drugi ze wspólników, również Paweł.

- Paweł, czy nasz pan Misiaczek ma jeszcze jakieś pióra na sprzedaż? - zapytał, podchodząc do biurka z wyraźnym ożywieniem.

Od pewnego czasu obaj z zapałem licytowali bowiem na popularnym portalu aukcyjnym wieczne pióra, które niejaki pan Misiaczek wystawiał ze swojej imponującej kolekcji. Dzięki temu weszli już w posiadanie kilku niezwykle rzadkich i eleganckich egzemplarzy Mont Blanc.

- Zaraz sprawdzę - odpowiedział Paweł, sięgając do klawiatury komputera i otwierając stronę z aukcjami.

- To jest fascynujące - zauważyła Agnieszka, pochylając się nad ekranem i przyglądając kolejnym wyświetlanym pozycjom. - O, to pióro bardzo mi się podoba! - dodała nagle, wskazując palcem jedną z ofert.

- Jeśli chcesz, możemy spróbować je wylicytować - zaproponował Paweł z figlarnym uśmiechem. W jego głosie brzmiała nuta pewności siebie, bo zdążył już opracować swój mały system: wrzucał ofertę w ostatniej chwili, a dzięki nietypowej, dziwnej końcówce ceny, najczęściej udawało mu się przechytrzyć konkurencję.

- Chciałabym - odparła Agnieszka, a w jej głosie brzmiało dziecięce niemal podekscytowanie.

- W takim razie jesteśmy umówieni - powiedział Paweł, po czym sprawdził termin zakończenia aukcji. - Dzisiaj o dwudziestej drugiej dwanaście.

- Umowa stoi! - przytaknęła energicznie.

Plan był prosty: będą czuwać nad licytacją i pilnować, aby nikt nie sprzątnął im pióra sprzed nosa. Oczywiście ustalili rozsądny limit, ale Paweł i tak zamierzał zdobyć je dla Agnieszki, nawet jeśli musiałby go nieco nagiąć. Sam fakt wspólnej aukcji oznaczał, że ich relacja wychodziła poza biurowe obowiązki. Teraz mieli coś jeszcze - małą tajemnicę i grę, która należała tylko do nich. A do tego dochodziła zaplanowana wymiana literackich prób, więc nawet gdyby pióro nie trafiło w ich ręce, pozostawała inna płaszczyzna kontaktu.

Wieczorem Paweł, w zaciszu swojego poddasza, gdzie urządził sobie mały gabinet, śledził z napięciem przebieg aukcji. Licznik sekund nieubłaganie odliczał czas, a cena rosła. Oferta, którą złożył, wydawała mu się trudna do przebicia - znał już bowiem schemat wcześniejszych licytacji. Agnieszka nie miała konta na portalu, więc to on był operatorem całej akcji. Porozumiewali się wiadomościami: wysyłał jej na bieżąco informacje o poziomie cen, a ona odpowiadała, określając swój maksymalny limit.

Tuż przed końcem zrobiło się nerwowo. Pojawił się tajemniczy rywal, agresywnie podbijając kwoty, coraz bliżej niebezpiecznej granicy. Paweł aż czuł w palcach pokusę, by podnieść stawkę ponad ustalony pułap, ale ostatecznie wytrwał w swoim planie.

Nastał finał. Aukcja się zakończyła, a on przez moment wstrzymał oddech. Z telefonu przyszła wiadomość od Agnieszki: "Szkoda, że się nie udało. Ale następnym razem będziemy mądrzejsi."

Kilka sekund później ekran komputera pokazał wynik: jego dziwacznie skonstruowana oferta wygrała! Paweł uśmiechnął się do siebie - niespodzianka dla Agnieszki była gotowa. Na razie jednak postanowił trzymać ją w nieświadomości.

Kiedy sprawdził skrzynkę mailową, zobaczył wiadomość od niej z załączonym tekstem. Była to odpowiedź na jego opowiadanie - obszerna, literacko gęsta, głęboko osobista. Paweł w ciszy domu otworzył plik i zanurzył się w historii o utracie dziecka. Czytał powoli, akapit po akapicie, i czuł, jak jej ból przelewa się na niego samego. Łzy, które dawno w nim nie gościły, spłynęły po policzkach.

Dopiero wtedy zrozumiał, dlaczego Agnieszka tak gwałtownie zareagowała na bezmyślne słowa ich starszego wspólnika. To, co napisała, nie było tylko literaturą - to była rana.

Poruszony, zapragnął zobaczyć jej twarz. Zaczął więc przeszukiwać internet w poszukiwaniu zdjęć ze spektakli, w których grała. Zajęło mu to trochę czasu, ale w końcu znalazł. Występowała pod innym nazwiskiem - zapewne panieńskim. Na fotografiach wyglądała inaczej niż w codziennym biurze: miała bardzo krótkie włosy, a na jednym ze zdjęć leżała w piżamie na szpitalnej pryczy, rekwizycie ze sztuki opowiadającej o eutanazji.

Jedno spojrzenie nie wystarczyło. Musiał kilka razy jeszcze nasycić wzrok jej twarzą, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół - kształt ust, delikatny łuk brwi, ciepło bijące z oczu. Kiedy w końcu wyłączał komputer, nie potrafił już udawać przed samym sobą, że jej nie kocha. To uczucie było w nim zbyt silne, a tęsknota za Agnieszką stawała się trudna do zniesienia. Pobyt w domu, wyjąwszy oczywiście czas spędzony z córką, jawił mu się jako niekończąca udręka.

"Czy to wszystko naprawdę musi być aż tak skomplikowane?" - myślał, czując wręcz fizyczny ból, jakby ktoś zaciskał obręcz wokół jego serca. Ostatni raz przeżywał coś podobnego wiele lat temu, kiedy poznał Julię. Wtedy wydawało mu się, że tak wielkie uczucie może się zdarzyć tylko raz. Dlatego właśnie, będąc później przekonanym, że szans na powtórkę już nie dostanie, zdecydował się na związek z Jolą. Zwiedziony pozorami, dostrzegł w niej kogoś, z kim - we wzajemnym szacunku i życzliwości - będzie mógł spędzić resztę życia.

Gdyby to założenie się spełniło, dziś nie dręczyłyby go żadne rozterki. Jednak Jola potraktowała go wyłącznie jako podest, z którego chciała wspiąć się wyżej w hierarchii majątkowej. Zderzywszy się z prozą codzienności, zamiast współtworzyć dom, zaczęła wylewać na niego niewyczerpane zasoby frustracji.

Teraz, gdy wreszcie odważył się nazwać swoje uczucia wobec Agnieszki, wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej. W głębi duszy wiedział jednak, że to, co przeżywa, było w pełni jego własne - bez sugestii, bez nacisków, bez cienia kontroli matki, której głos dotąd prowadził go przez życie, a czasem wręcz popychał do decyzji podejmowanych na przekór niej.

Dziś jej już przy nim jednak nie było. Został sam - ze swoim sercem, swoimi tęsknotami i odpowiedzialnością za każdy kolejny krok. Na razie nie snuł żadnych planów, nie rozważał jeszcze drastycznych zmian. Po prostu chłonął chwile. Gdy bawił się z córką, cały wszechświat zawężał się do jej pokoju, jej śmiechu i drobnych rączek. A kiedy był z Agnieszką - na razie tylko w pracy - świat ograniczał się wyłącznie do nich dwojga.

3 pasja

"Mama zawsze miała rację. Nawet wtedy, gdy jej nie miała." - Stevie Wonder, "You Are the Sunshine of My Life"

Mała dziewczynka o jasnych, kręconych włosach wybiegła zza wyniosłej tui i rzuciła się w stronę Pawła z rozpostartymi rączkami.

- Tatusiu! Wreszcie przyjechałeś! Pobawisz się ze mną? - wyrzuciła z siebie niemal jednym tchem, ciągnąc go za rękę w stronę niewielkiego składziku na drewno do kominka.

- Chcesz mi coś pokazać, Madziu? - zapytał Paweł, z trudem pochylając bolący kark, gdy przedzierali się przez gęste krzaki porastające tę część działki, którą niegdyś opiekowała się jego zmarła mama.

- Tak! Zrobiłam tu sobie bazę. Teraz będziemy tu tylko ja i ty!

- A mamusia jest w domu, skarbie? - dopytał, choć dobrze wiedział, że córka nie zostałaby sama. Miał jednak nadzieję, że w jej odpowiedzi usłyszy, czy przypadkiem znów nie goszczą u nich teściowie.

- Tak, jest w kuchni. Coś tam robi. Powiedziała, żebym przyszła do ciebie i żebyśmy się razem pobawili.

- Dobrze, więc pokaż mi tę swoją bazę - uśmiechnął się, kiedy dotarli już do ciasnej przestrzeni pomiędzy płotem a tylną ścianą przybudówki garażu.

Dziewczynka jednak szybko straciła zainteresowanie tym miejscem i pobiegła na podjazd przed garażem, gdzie wskoczyła na swój trójkołowy rowerek. Paweł podążył za nią, z dumą obserwując, jak wspaniale radzi sobie na swoim pierwszym poważnym wehikule.

- Tatuś jest wspaniały i jest najlepszym tatusiem pod słońcem! - skandowała, jeżdżąc wokół niego. Po chwili zeskoczyła z rowerka, chwyciła leżącą nieopodal kolorową kredę i zaczęła bazgrać po betonowej kostce.

Kilka minut później rysowali już razem, prześcigając się w coraz bardziej oryginalnych pomysłach. Paweł uwielbiał te chwile, kiedy mogli być tylko we dwoje. Niestety było ich stanowczo za mało. Większość czasu spędzał w pracy, a kiedy wracał do domu, nierzadko zastawał tam teściów albo... nikogo, bo Jola zabierała córkę do rodziców na drugi koniec miasta. Nie potrafił tego zmienić. Może nie wiedział jak, a może zwyczajnie zabrakło mu sił. W pewnym sensie poddał się sytuacji, zapadając coraz głębiej w siebie. Tylko w takich krótkich momentach z Madzią wyłaniał się ze swojego wewnętrznego świata.

Z czasem zrozumiał, że w ten sposób rekompensował sobie własne deficyty miłości - oddając się bez reszty uczuciu do córki. Ale to wciąż było zbyt mało, by mógł powiedzieć, że jego życie rozwija się tak, jak kiedyś marzył. Przecież pragnął rodziny, która byłaby jak skała - ostoją i schronieniem. Za pierwszym razem nie wyszło. I, jak wszystko wskazywało, za drugim również.

Codziennie powtarzał sobie, że powinien pogodzić się z losem, że widocznie tak miało być. Ale kolejne choroby, które go dręczyły, były dowodem na to, że wcale nie potrafił. Najbardziej bolał go brak szacunku, którego tak bardzo oczekiwał od żony, o braku uczuć już nie wspominając.

Zbliżała się zima, a wraz z nią kolejne święta bez matki. Na dodatek Jola zorganizowała im wyjazd sylwestrowy - oczywiście, jak zawsze, w licznym gronie swojej rodziny. I to nie byle jakiej, lecz tej zamożniejszej części familii. Paweł już widział oczami wyobraźni wszystkie uwagi i przytyki Joli, porównującej ich sytuację finansową z resztą towarzystwa.

Pewnego wieczora, gdy cały dom pogrążył się już w ciszy, a domownicy dawno zasnęli, Paweł pozostał w swoim gabinecie. To miejsce, wraz z wciąż niedokończonym poddaszem, stanowiło jego jedyny prawdziwy azyl. Siedząc przed komputerem, niemal od niechcenia zaczął stukać w klawiaturę, kreśląc pierwsze zdania opowiadania. Gatunkowo przypominało fantastykę naukową, choć nie miało to większego znaczenia. Istotne było co innego - podczas pisania jego myśli odpływały od przytłaczającej codzienności, a on sam z człowieka biernie unoszonego przez meandry losu stawał się kimś więcej - kreatorem, panem własnej wyobraźni.

Nigdy wcześniej nie pasjonowało go pisanie. Jeszcze w liceum nie wyróżniał się lekkim piórem, przeciwnie - uchodził za przeciętnego ucznia języka polskiego, zbierającego raczej średnie oceny. A jednak teraz, ku własnemu zdziwieniu, historia o świecie istniejącym jedynie w sztucznie wytworzonej rzeczywistości okazała się, w jego odczuciu, całkiem zgrabna i wciągająca. W jego ocenie - wręcz dobra. Ten drobny sukces, maleńkie zwycięstwo nad samym sobą, sprawił, że zapragnął kontynuować tę niespodziewaną przygodę. I tak każdej kolejnej nocy, gdy inni spali, on zasiadał do klawiatury, rozwijając nowe opowieści.

Z czasem jednak przyszła refleksja, że krótkie formy literackie nie wystarczają. Rozstanie z bohaterami, których zdążył polubić i ukształtować, przychodziło mu z trudem. Dlatego podjął decyzję, że napisze książkę. Jej bohaterem miał być mężczyzna równie zagubiony jak on sam, lecz w odróżnieniu od Pawła - płatny zabójca. Taki wybór otwierał nieograniczone możliwości. Tam, gdzie jego własne życie zamykało się w ciasnych ramach codzienności, kreacja literacka mogła rozpostrzeć skrzydła.

To był strzał w dziesiątkę. W krótkim czasie Paweł zyskał nowy świat, do którego mógł uciekać niemal codziennie. Wystarczyło, że córka zasypiała, a Jola zanurzała się w swój ulubiony serial. Wtedy on zamykał się w gabinecie, siadał przed komputerem i na godzinę, a nierzadko i dłużej, całkowicie przenosił się gdzie indziej. Dopiero później, gdy opadało z niego napięcie, szedł do łazienki, a następnie na poddasze, by przespać kilka godzin, jakie pozostawały do kolejnego dnia w biurze.

5 przedstawienie

"To, co nazywasz miłością, jest silniejsze niż prawa czy reguły." - Dirty Dancing

- Słuchajcie - odezwała się pewnego dnia Agnieszka podczas wspólnego śniadania w firmie. - Już za tydzień odbędzie się premiera sztuki, w której gram jedną z ról. Chciałabym zaprosić was wszystkich na przedstawienie. - Mówiąc to, położyła na brzegu stołu plik kolorowych zaproszeń.

- Jak to? Ty jesteś aktorką, Agnieszko? - spytał z wyraźnym zdziwieniem i lekką egzaltacją Wiesław, najstarszy z partnerów w firmie.

- Tak, Wiesławie. Od ponad szesnastu lat - odpowiedziała z lekką dumą, ale bez przesadnej emfazy.

- A jak znajdujesz na to czas? - dopytywał, nie kryjąc zainteresowania. - Architekt powinien oddawać cały swój wolny czas zawodowi. No, może jeszcze rodzinie, dzieciom...

- To rzeczywiście niełatwe - odparła spokojnie, choć dało się wyczuć w jej głosie nutę zniecierpliwienia. - Ale pasje mają swoją cenę i... coś, co daje siłę.

- Wiesiu, daj spokój - wtrącił się Paweł, stając po stronie Agnieszki. - Wszyscy widzimy, ile serca i pracy wkłada w projekty.

- Tak, tak, oczywiście - mruknął starszy pan, nabijając tytoń do fajki. - Ale nie myślałaś o potomstwie? Wydaje mi się, że to najwyższy czas.

Na te słowa twarz Agnieszki zesztywniała. Jeszcze przez chwilę próbowała zachować pozory, po czym gwałtownie odsunęła krzesło i niemal wybiegła z pomieszczenia, zatrzaskując się w łazience.

Pawła zamurowało. Doskonale czuł, że starszy wspólnik trafił w wyjątkowo bolesne miejsce, zachowując się jak słoń w składzie porcelany. Nie zastanawiając się długo, podniósł się od stołu i ruszył za nią. Zza drzwi łazienki dobiegało ciche, tłumione pochlipywanie.

Nie spodziewał się nigdy u siebie takiego poziomu empatii. A jednak w tej chwili miał wrażenie, jakby sam został dotknięty czymś wyjątkowo bolesnym. To było uczucie zupełnie nowe, zaskakujące, a zarazem poruszające - zwłaszcza że od dawna był przekonany o własnym emocjonalnym skamienieniu, wynikającym z lat spędzonych w beznadziejnym i jałowym małżeństwie.

-

Paweł postanowił, że wybierze się na ten spektakl. Chciał zobaczyć Agnieszkę w zupełnie innej roli niż ta, którą znał z codzienności w pracowni. To, co wydarzyło się przy śniadaniu, dobitnie pokazało mu, że Agnieszka kryje w sobie znacznie więcej niż tylko profesjonalną twarz architektki.

Sztuka miała odbyć się w jednej z podwarszawskich miejscowości, blisko siedemdziesiąt kilometrów od stolicy. Wspomniał o planach Joli, lecz tak umiejętnie zataił swój entuzjazm, że żona bez oporu zrezygnowała z towarzyszenia mu. Paweł dostrzegł wręcz ulgę na jej twarzy - kilka godzin spokoju od niego najwyraźniej traktowała jak nagrodę.

Tego wieczoru aura próbowała pokrzyżować jego plany - śnieg gęsto sypał z nocnego nieba, osiadając na przedniej szybie samochodu. Jednak determinacja Pawła była silniejsza niż zawieja. Jeszcze nie traktował tej wyprawy w kategoriach czegoś więcej niż zwykłej ciekawości, ale przeczucie mówiło mu, że ten wieczór może okazać się przełomowy.

Kiedy zgasły światła na widowni, gwar publiczności ucichł, a ciężka kurtyna zaczęła powoli sunąć w górę, Paweł poczuł dziwne, dawno nieznane uczucie. Próbował je zbagatelizować - tłumaczył sobie, że to tylko atmosfera teatru, że to chwilowa ekscytacja zmęczonego umysłu. "Ot, zwykły kaprys" - powtarzał w myślach. Ale w głębi duszy wiedział, że to coś więcej.

Obserwował Agnieszkę z zapartym tchem, chłonąc każdy jej gest, każde słowo. Na scenie była kimś zupełnie innym - pełną pasji, odważną, pulsującą energią. Niepodobną do spiętej i skupionej architektki, którą znał z biura.

Po spektaklu, szczerze zachwycony jej grą, podszedł z gratulacjami. Agnieszka, rozpromieniona, zaprosiła go na spotkanie w lokalnym pubie, gdzie świętowała wraz z resztą zespołu. Paweł dał się namówić.

Zadymione wnętrze pubu, gwar rozmów, energia aktorów i reżysera - wszystko to tworzyło świat, którego dotąd nie znał. Patrzył na Agnieszkę, otoczoną przyjaciółmi, i czuł, że oto dostaje wgląd w kolejną warstwę jej życia.

Kiedy wreszcie wracał do domu, myśli kłębiły się w jego głowie. Doskonale wiedział, jak nazwać stan, który w nim kiełkował, ale jeszcze nie dopuszczał tego słowa do świadomości. Wiedział tylko jedno - cena, jaką musiałby zapłacić za takie szaleństwo, była ogromna. I wciąż nie był pewien, czy miałby odwagę ją ponieść.

4 Agnieszka

"Here s looking at you, kid." - Casablanca

Paweł z coraz większym zainteresowaniem spoglądał na niedawno zatrudnioną młodą panią architekt. Szczupła, średniego wzrostu, o długich, smukłych palcach i błękitnych oczach. Wydawała mu się przejęta powierzoną rolą, a zarazem wyraźnie spięta. Najczęściej widział jej plecy, pochylone nad ekranem, czasem prawy półprofil, gdy odwracała się lekko, by odpowiedzieć na jego pytanie.

Wspólnie pracowali nad rozległym opracowaniem - koncepcją zagospodarowania ponad dziesięciu hektarów terenu pod przyszłe osiedle. Zadanie było wymagające zarówno dla ludzi, jak i dla sprzętu, dlatego Paweł zainwestował w nowe, mocne komputery, zdolne sprostać obciążeniom. Projekt wymagał ścisłej współpracy - godzin dyskusji, analiz i poszukiwań najlepszych rozwiązań. Choć od czasu do czasu dołączał do nich jego wspólnik, imiennik, to w praktyce spędzali ze sobą całe dnie, od początku do końca pracy.

W takich warunkach trudno było nie poruszać tematów osobistych. Umysł, zmęczony natłokiem zadań, potrzebował oddechu, a rozmowy w chwilach przerwy okazywały się zaskakująco naturalne. Dzięki nim Paweł dowiadywał się o Agnieszce coraz więcej - o jej pasjach i o zawiłościach życia prywatnego. Architektura była dla niej ważna, ale równie istotne miejsce zajmowały działania społeczne w fundacjach, rękodzieło, a nade wszystko - aktorstwo. Należała do amatorskiej grupy teatralnej i właśnie przygotowywała się do nowego spektaklu.

Ich rozmowy miały w sobie coś uwalniającego. Paweł, który zwykle strzegł swoich myśli, tym razem bez większego oporu podzielił się z nią swoimi marzeniami, troskami i problemami rodzinnymi. Ku jego zdziwieniu, niemal natychmiast odnalazł w niej bratnią duszę. Agnieszka także tkwiła w nieudanym małżeństwie. Jej mąż, stale nieobecny, zdawał się zupełnie jej nie dostrzegać. Z tych szczerych, czasem pełnych emocji rozmów, wyłaniał się obraz niezwykle empatycznej kobiety, cierpiącej w samotności, a jednocześnie szukającej spełnienia w licznych pasjach. Dla Pawła było wręcz nie do wiary, jak bardzo przypominała w tym... jego samego.

W tym czasie w sferze zawodowej zaszły poważne zmiany. Paweł wraz ze wspólnikami podjął decyzję o przeniesieniu pracowni do innego lokalu. Powodem była śmierć jednego ze starszych udziałowców - człowieka od dawna już pozostającego na emeryturze. Po jego odejściu trzeba było rozliczyć jego udział w dotychczasowej siedzibie firmy. Wspólnicy początkowo chcieli spłacić wdowę i zachować poddasze, które wynajmowali, jednak Paweł zaproponował inne rozwiązanie: sprzedaż lokalu i wynajęcie nowego miejsca w dogodniejszej lokalizacji. Słusznie zauważył, że pięć kondygnacji do pokonania wielokrotnie zniechęcało klientów.

Propozycja przypadła do gustu pozostałym. Tym bardziej, że ich strategiczny inwestor również nalegał, aby przenieśli się bliżej placu budowy, gdzie mieli przez lata projektować wielkie osiedle mieszkaniowe. Prezes - człowiek zapobiegliwy i pełen intrygującej energii - znalazł im nawet gotowe lokum: niewielki, ponad sześćdziesięciometrowy domek, dawniej gabinet zakładowego lekarza. Budynek odświeżono, założono ogrzewanie, a niski czynsz i ogromna ilość miejsc parkingowych na terenie przyszłej inwestycji czyniły to miejsce niemal idealnym.

Nie pozostało nic innego, jak tylko rozpocząć przeprowadzkę. Paweł zorganizował firmę transportową, która dostarczyła im prawdziwą górę kartonów. Od tej pory on i Agnieszka zajęli się pakowaniem pracowni, selekcjonując dokumenty, rysunki i całe wyposażenie. Praca fizyczna, mniej absorbująca umysł, sprzyjała swobodnym rozmowom. Ich relacja nabierała coraz większej intensywności - mówili sobie o marzeniach, pragnieniach i bolączkach, odkrywając, jak wiele ich łączy.

Do tego ciasnota poddasza sprawiała, że niemal nieustannie przebywali blisko siebie. Paweł powoli przyzwyczajał się do tej obecności, a wraz z tym narastało w nim poczucie, że Agnieszka staje się kimś więcej niż tylko współpracowniczką.

9 wyznanie

"Czasem jedno kocham cię' potrafi narobić więcej kłopotów niż całe życie milczenia." - film "To właśnie miłość"

Dziecko spało już od dawna, gdy w salonie strzeliły pierwsze korki szampana. Mała Madzia tak bardzo pragnęła doczekać do północy, lecz po intensywnie spędzonym dniu jej siły szybko się wyczerpały. Zasnęła spokojnie, nie doczekawszy nowego roku.

Paweł rozważał nawet, czy nie pozostać przy niej w pokoju, rezygnując z udziału w odliczaniu, lecz wiedział, że wzbudziłoby to zbyt wiele pytań wśród reszty towarzystwa. Ostatecznie, znużony i bez większego entuzjazmu, odczekał do dwunastej, wzniosł toast razem z innymi, a zaraz potem wymknął się po cichu na górę.

Na poddaszu każdy miał wyznaczone swoje miejsce. Córka spała najbliżej drzwi, on zaś zajmował łóżko ustawione przy oknie, z którego rozpościerał się widok na pogrążone w mroku zamarźnięte jezioro. Po szybkim prysznicu wskoczył pod kołdrę, ciesząc się chwilą ciszy i błogim spokojem poddaszowej sypialni. Telefon w dłoni przypomniał mu o czymś - wysłał jeszcze życzenia Agnieszce, wyobrażając sobie, że świętuje teraz w gronie rodziny. Nie odpisała, lecz wcale go to nie zaskoczyło.

Przykrył się szczelnie ciepłą pościelą. Spokojny, miarowy oddech śpiącego dziecka działał na niego kojąco, a świadomość, że Madzia jest tuż obok, pozwoliła mu rozluźnić mięśnie i niemal odpłynąć. Był już na granicy snu, gdy nagle usłyszał skrzypnięcie klamki.

Drzwi uchyliły się i do pokoju weszła Jola. Jej sylwetka zarysowała się w półmroku, a na twarzy malowało się wyraźne niezadowolenie. Ostatnim wysiłkiem Paweł uniósł powieki, spojrzał na żonę i miał już wrócić do świata snu, gdy jej głos przeciął ciszę:

- Paweł, co się dzieje? - zapytała, wchodząc bez zapowiedzi.

- Jak to co? - odparł zaspanym głosem, chcąc jak najszybciej zakończyć tę niewygodną rozmowę.

- Wszystko! - powiedziała z naciskiem, przebierając się w wyjątkowo mało twarzową nocną koszulę.

- Ale co masz na myśli? - spróbował doprecyzować jej zarzut. Jeśli chodziło jej o to, że przestał wykonywać każde polecenie, cóż... tę granicę miał już dawno za sobą. A może, odkąd jego uczucia wymknęły się poza ich związek, było mu już zwyczajnie wszystko jedno?

- Twoje zachowanie! - wyrzuciła z siebie, wpatrując się w niego intensywnie. - Jesteś nieobecny! Kiedyś uczestniczyłeś w naszych imprezach! Wszyscy widzą, że coś jest nie tak! Jesteś moim mężem, twoje miejsce jest przy mnie. Jak ja wyglądam przed rodziną w takiej sytuacji?!

- A więc zauważyłaś... - odparł chłodno. - Dobrze, Jolu, chcesz usłyszeć prawdę?

- Oczywiście! - kobieta przysiadła na krawędzi jego łóżka, nie odrywając od niego wzroku. - Co się dzieje?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.