Do Mürwick!
DO MÜRWICK!
Kończył się właśnie pamiętny kwiecień 1945 roku. Jedyną wolną jeszcze
drogą, wiodącą na północ z okrążonego już niemal ze wszystkich stron
Berlina, jechał wielki, czarny mercedes.
Wewnątrz wozu siedział szczupły, wysoki mężczyzna ubrany w ciemnogranatowy płaszcz z dystynkcjami admirała Kriegsmarine. Spod
czapki suto szamerowanej złotem wyzierała twarz o ostrym sępim profilu i zaciętych, wąskich ustach. Lekko wysunięty podbródek znamionował
stanowczość i upór. Skronie miał dobrze już przyprószone siwizną, ale
opalona twarz zdradzała ciągły jeszcze żywy kontakt z morską bryzą.
Na przednim siedzeniu, obok kierowcy, siedział oficer, również w marynarskim mundurze, z galonami korvettenkapitäna, czyli komandora
podporucznika niemieckiej marynarki wojennej. Oficer wpatrywał się
czujnie w widoczną przed nimi gładką nawierzchnię szosy.
Za grubymi, pancernymi szybami limuzyny przewijały się to mgliste, ledwo
zielone pola, to znów jakieś małe miasteczka, tłoczne od wojska,
biwakującego przeważnie wprost na ulicy.
- Może włączyć radio, Herr Grossadmiral? - odezwał się komandor. - Za
chwilę powinien być najświeższy komunikat OKW.
Mężczyzna w admiralskim mundurze ocknął się z zamyślenia i skinął
przyzwalająco:
- Niech pan włączy.
Jak się okazało, odbiór nie był taki prosty. Zamiast znajomego sygnału
pobliskiego Hamburga rozlegały się bowiem w eterze jakieś dziwne
trzaski. Dopiero po dłuższym szukaniu po całej skali silnego,
samochodowego odbiornika udało się złapać rozgłośnię północnoniemiecką.
- Das Oberkommando der Wehrmacht gibt bekannt...1 - zachrypiała
w radiu tak dobrze znana wszystkim formułka, od której zaczynał się
zazwyczaj każdy komunikat OKW - "...dzień i noc trwają fanatyczne walki
uliczne w centrum Berlina. Dzielna załoga broniła się dzisiaj nadal w ciężkich walkach przeciwko atakującym nieustannie bolszewickim masom.
Mimo to nie udało się zapobiec dalszemu posuwaniu się wroga w niektórych
częściach miasta. Wzdłuż ulicy Poczdamskiej i na placu Belle Alliance
trwają zacięte walki. W okolicy jeziora Plötzen wróg zdołał przebić się
aż do Szprewy. Na południe od Berlina Sowieci wprowadzili do walki z naszymi oddziałami nowe jednostki, które walczą ze zmiennym powodzeniem.
Zajęto między innymi Beelitz, a na wschód od Werder udało się nawiązać
łączność z obszarem obronnym Poczdamu. Na obszarze
meklembursko-pomorskim przystąpiła do akcji nowo sprowadzona na front
piąta, gwardyjska armia pancerna Sowietów, która wyparła nasze oddziały
w kierunku na Templin oraz łańcuch jezior pomiędzy Lychen Neubrandenburg
i Anklam...
Komandor rozłożył leżący na kolanach mapnik i począł szkicować na nim
przypuszczalną linię frontu.
- Są już tuż za nami...
- Ciszej! - syknął niecierpliwie admirał. - Posłuchajmy, jak rozwija się
sytuacja na zachodzie.
- "...W północno-zachodnich Niemczech - ciągnął dalej spiker radiowy -
doszło w rejonie Ems do silnych walk lokalnych, w czasie których
utracono miejscowość Leer. Nad Łabą, na południowy wschód od Hamburga,
Anglicy po silnym przygotowaniu artyleryjskim utworzyli nowy przyczółek
na północnym brzegu rzeki, w okolicy Lauenburga. Nasze rezerwy
przystąpiły już do przeciwuderzenia".
"Nasze rezerwy - pomyślał mężczyzna w admiralskim mundurze. - Ciekawe, o jakich to rezerwach może jeszcze mówić Keitel. Przecież nie dalej jak
dwa dni temu, gdy widzieli się po raz ostatni, szef OKW stwierdził
wyraźnie, że nie ma już żadnych, ale to dosłownie żadnych odwodów... Chyba
tylko ten Volkssturm, ochrzczony już przez żołnierzy jednostek
regularnych "wojskiem kościanych dziadków", z których co młodsi byli już
niezdolni do służby podczas... pierwszej wojny światowej. Ale nawet i ten
Volkssturm nie był taki pewny. Bo na przykład nie dalej jak wczoraj
nadeszły z Tyrolu wiadomości, że cały tamtejszy Volkssturm przystąpił do
rozbrajania Wehrmachtu i SS. Starzy weterani znad Piawy pozamieniali
tylko opaski na rękawach, a wyfasowane "pancerne pięści" obrócili
przeciwko stawiającym opór esesmanom".
- ...Die tapferen Verteidiger von Breslau... "Dzielni obrońcy Wrocławia -
ciągnął tymczasem spiker - nadal odpierają zwycięsko zaciekłe ataki
przeciwnika, nacierającego na nich nieustannie od zachodu... Kontynuując
walkę przeciwko wrogim liniom zaopatrzenia nasze okręty podwodne
zatopiły znów osiem załadowanych po brzegi statków o łącznej wyporności
45 tysięcy BRT, trzy niszczyciele i dwie korwety".
- Słyszy pan? - zwrócił się admirał do pochylonego nad mapą towarzysza.
- Nasze wilki potrafią jeszcze pokazać zęby. Gdyby tak dwa lata
wcześniej Führer zechciał mnie posłuchać, gdyby tak dwa lata
wcześniej...
- "Nad całym obszarem Rzeszy dała się zauważyć jedynie słaba działalność
wrogich samolotów myśliwskich..." - chrypiał dalej głośnik. Jakby na
ironię w tej samej właśnie chwili rozległ się za szybą opancerzonego
mercedesa charakterystyczny, przejmujący świst.
- Lotnik, kryj się! - krzyknął adiutant, kuląc się na swoim siedzeniu.
Czarny mercedes pisnął przeraźliwie oponami, hamując raptownie na
gładkim betonie. Kierowca i jego pasażerowie wyskoczyli pospiesznie i pobiegli do rowu, zostawiając wóz na łasce losu.
Wzdłuż szosy posypały się serie z pokładowych działek, a zaraz po tym
rozległy się dwa silne, kolejne wybuchy.
- Jabo!2
W odpowiedzi, bardzo anemicznie, zaterkotał jakiś erkaem, ale umilkł
szybko, nie chcąc drażnić powietrznego przeciwnika, który zniknął
zresztą równie szybko, jak się pojawił.
- Los, schneller! - zakomenderował admirał, wsiadając do wozu.
Ujechali jednak niespełna pięćset metrów, gdy znów trzeba było się
zatrzymać przez widniejącą na szosie ogromną wyrwę po celnej, rzuconej
przed chwilą bombie.
Kierowca odwrócił się do tyłu i rozłożył bezradnie ręce.
- Zjeżdżaj na bok, przez pole! - rozkazał mu adiutant.
Kierowca skręcił posłusznie w prawo. Wóz szarpnął, stęknął, ale nawilgła
po wiosennych deszczach ziemia nie wytrzymała kilkutonowego ciężaru.
Mercedes zarył się wszystkimi czterema kołami aż po osie i stanął.
Silnik wył na najwyższych obrotach, ale koła bezradnie kręciły się w miejscu.
- Tam, do wszystkich diabłów! Niech pan natychmiast postara się o jakąś
pomoc - powiedział admirał. - Przecież najpóźniej wieczorem musimy
dojechać do Plön.
- Jawohl, Herr Grossadmiral!
Adiutant wyskoczył posłusznie na szosę. Okazało się, że po drugiej
stronie fatalnego leja objazd był znacznie wygodniejszy, a nawierzchnia
bardziej twarda. Nadjeżdżające za nimi pojazdy mijały przeszkodę bez
większego trudu.
- Halt, halt! - próbował zatrzymać kolejną, przejeżdżającą właśnie
ciężarówkę. Odpowiedział mu tylko zły błysk w oczach umorusanego
żołnierza, siedzącego za kierownicą i machnięcie ręką. W ostatniej
chwili uskoczył na bok, a wielki henschel3 minął go z chrzęstem, obryzgując błotem elegancki mundur.
Henschel musiał zwolnić na objeździe, więc adiutant zdołał go dogonić.
Zobaczył, że cała ciężarówka wypełniona jest szczelnie żołnierzami w lotniczych mundurach. Wyglądali okropnie. Paru miało na sobie świeżo
założone bandaże, przez które wyraźnie przeciekała krew.
- Stać! Rozkazuję wam zatrzymać się! - krzyczał adiutant. - Musicie mi
zaraz dopomóc wyciągnąć z błota samochód admirała!
- Mamy gdzieś twojego admirała! Zaraz go tu Ruscy wyciągną za... Są już
tuż za nami, nie słyszysz? - ryknął mu w odpowiedzi jakiś podoficer z ręką na temblaku. Był bez hełmu, twarz miał osmaloną ogniem, a oczy
błyszczały mu dziko...
Adiutant odruchowo sięgnął po pistolet. Cofnął jednak rękę. Cóż mógł
zdziałać swoją zabaweczką, skoro każdy z tamtych mógł go w każdej chwili
położyć serią z maszynowego pistoletu. Zwiesił więc tylko głowę i powrócił do mercedesa.
- Panie admirale - powiedział cicho - melduję, że nikt nie chce się
zatrzymać.
- Co?!
- Nie chcą. Po prostu nie chcą. Nikt nie chce nam dopomóc, mimo że
prosiłem, rozkazywałem. Omal mnie przy tym nie zastrzelili. Nasi
niemieccy żołnierze...
- Co też pan wygaduje? Pan chyba oszalał!
- Niestety, Herr Grossadmiral, ludzie są kompletnie zdemoralizowani.
Admirał nacisnął głębiej na czoło swoją bogato złoconą czapkę i poprawił
wiszący mu u szyi Krzyż Rycerski.
- Zobaczymy, czy żołnierz niemiecki ma jeszcze szacunek dla swych
przełożonych, czy potrafi słuchać rozkazów - powiedział cicho. - Niech
pan idzie ze mną.
Wyszli razem na drogę. Od południa nadjeżdżał właśnie jakiś mocno
poszczerbiony pociskami opancerzony transporter półgąsienicowy,
wyładowany piechotą. Wielki Admirał stanął pośrodku szosy i wyciągnął
dłoń w górę.
- Stój!
Tym razem wezwanie było skuteczne. Transporter zatrzymał się. Dowódca,
młody leutnant o rumianej dziecięcej twarzy, zameldował się przepisowo,
prosząc o rozkazy. Usłyszawszy o co idzie, natychmiast polecił swoim
ludziom, aby wyciągnęli mercedesa z opresji.
Przez dalszą drogę panowało w wozie milczenie. Każdy z pasażerów
czarnego mercedesa był myślami gdzie indziej.
Korvettenkapitän przypomniał sobie, jak to mniej więcej pół roku temu
otrzymał nagle rozkaz, aby zameldować się w podberlińskim Bernau.
Kwaterował tam sztab admirała, pełniącego od 1943 roku funkcję
głównodowodzącego Kriegsmarine. Siedziba sztabu miała szyfrowany
kryptonim "Koralle", od nazwy popularnego ilustrowanego tygodnika, na
którego łamach bardzo często ukazywała się podobizna siedzącego teraz
tuż za nim w czarnym mercedesie wielkiego admirała. Autorzy podpisów pod
zdjęciami nazywali go przeważnie "bohaterem U-Bootów".
Korvettenkapitän miał lat 30 i sporą liczbę bojowych odznaczeń. Był
jednym z bardzo niewielu oficerów w najbliższym otoczeniu admirała,
niewywodzącym się z jego ukochanej broni podwodnej. Pływał uprzednio na
niszczycielach, później na torpedowcach. Z urodzenia Alzatczyk rozkochał
się wcześnie w morzu. Stopień oficera niemieckiej marynarki wojennej
otrzymał z odznaczeniem w 1936 roku.
Rozkaz stawienia się w "Koralle" mógł oznaczać albo jakiś znaczny awans,
związany z przeniesieniem, albo...
Stanął więc, wyprostowany jak struna, i o oznaczonej godzinie zameldował
admirałowi swoje przybycie. Przywitało go uważne spojrzenie, oceniające
nie tylko każdy szczegół starannie odprasowanego munduru.
- Od dziś jest pan moim osobistym adiutantem, Herr Korvettenkapitän
Lüdde-Neu rath. Proszę sobie zapamiętać raz na zawsze, że nie znoszę ani
pochlebstw, ani bezmyślnego potwierdzania wyrażanych przeze mnie
poglądów. Co nie wyklucza oczywiście ślepego posłuszeństwa przy
wykonywaniu moich rozkazów. Jest pan zresztą chyba zbyt długo oficerem,
i to dobrym oficerem, abym musiał to panu szczegółowo wyjaśniać.
- Jawohl, Herr Grossadmiral!
- Nie żądam od moich podwładnych - mówił dalej admirał - tego, aby byli
zawsze i we wszystkich okolicznościach moim własnym echem. Przeciwnie.
Zależy mi na tym, aby słyszeć pana własny, osobisty pogląd. Szczery
pogląd, oczywiście... Cóż pan sądzi o swojej nowej nominacji? - zapytał
nagle. - Czy jest pan z niej zadowolony?
- Jestem oficerem liniowym - wyprężył się Walter Lüdde-Neurath. -
Uważam, że moje miejsce jest na okręcie, a nie w sztabie.
Admirał słuchał z widocznym zadowoleniem i zmrużył oczy.
- Dziękuję. Widzę, że pojął pan, o co mi chodzi. Może pan odejść.
I tak zaczęła się ta ich kilkumiesięczna współpraca, jeśli tak można w ogóle określić służbowy stosunek pomiędzy kostycznym i pe dantycznym
admirałem a skromnym komandorem podporucznikiem, który będąc
wychowankiem pruskiej szkoły wojennej, nie starał się nigdy i nie
ośmielił skrócić o cal ogromnego dystansu dzielącego odeń zawsze
"wielkiego" admirała.
Admirał przekonał się niebawem, że może polegać całkowicie na swoim
nowym adiutancie. Posłuszny, niezawodny, inteligentny, potrafiący myśleć
samodzielnie i podejmować szybką decyzję. Tak go ocenił w służbowej
charakterystyce. Że opinia ta była słuszna, okazało się najlepiej parę
dni temu, gdy radzieckie czołówki pancerne, nacierające na Berlin,
dotarły nagle aż pod Bernau.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki