Rozdział 1. Sanktuarium
- Czy tu naprawdę są duchy? - zapytał Cole.
- Ich nazwa to echa - odparł Hunter. - Ale w sumie to tak.
Cole, Hunter, Dalton i Jace szli płaską ścieżką okoloną kamieniami przez rozległy ogród sanktuarium, otaczający Siedmiorożną Kaplicę. Jasne popołudniowe słońce, przystrzyżone żywopłoty, różne kwiaty, pnącza na kratownicach, drzewa rzucające cień, ciurkające strumyki, pluskające fontanny - nic dokoła nie wskazywało na obecność niespokojnych duchów.
Do Necronum przybyli z Zeropolis koleją jednotorową tuż przed południem. Stacja leżała na granicy między królestwami, a szyna kończyła się kilka centymetrów przed Necronum. Dziwnie było przenieść się z komfortowego, nowoczesnego wagonu do ciasnego i głośnego powozu konnego. Od razu sobie przypomnieli, jak bardzo mogą różnić się królestwa. Powozem dotarli wprost do sanktuarium, wraz z Mirą i Joem, którzy zaraz po przybyciu na miejsce poszli własną drogą.
Ilekroć Cole spoglądał na Huntera, wciąż nie mógł uwierzyć, że połączył siły z zagubionym bratem. Nie pamiętał wspólnego życia w Arizonie, ale nic w tym dziwnego, bo Hunter znalazł się na Obrzeżach przed nim. Kiedy ktoś tu trafiał, bliscy w domu o nim zapominali. Rodzice i siostra też już nie pamiętali Cole'a. Hunter pokazał mu mnóstwo zdjęć, które potwierdzały, że wychowywali się razem. Jeszcze dobitniej dowiódł tej więzi, gdy podjął ryzyko w Zeropolis.
Czasami Cole zastanawiał się, ilu ludzi przez lata trafiło na Obrzeża. Skoro o nich zapominano, czy ktokolwiek mógłby to policzyć? Kiedy on się tu znalazł, wraz z nim handlarze niewolników porwali dziesiątki innych dzieci. Huntera pojmano przy innej okazji. Ile razy wydarzyło się coś takiego? Ile osób w sumie zabrano? Setki? Tysiące? Jeszcze więcej?
- Naprawdę widziałeś kiedyś ducha? - zapytał Dalton.
- Mnóstwo - odparł Hunter. - Formowanie w Necronum opiera się na kontakcie z umarłymi.
- Myślisz, że dziś jakiegoś zobaczymy? - zainteresował się Jace, niezbyt wprawnie maskując niepokój.
Hunter klasnął, a potem potarł dłonie.
- Jeśli będziemy się trzymać razem, to nie. Echa zwykle nie lubią grup. W każdym razie nie w sanktuarium.
- No to się rozdzielmy - powiedział Jace. - Chcę usłyszeć, jak Dalton krzyczy.
- A jak ci się to niby uda, skoro sam będziesz zwiewał aż do Sambrii? - parsknął Dalton.
Jace fuknął, obrażony.
- Nie ma się czego bać. - Zerknął na Huntera. - Prawda?
Ten wzruszył ramionami.
- Jeśli nie przeszkadza ci nawiedzenie, to nie.
- Nawiedzenie? - Jace zbladł nieco.
- Czasem echo się tobą zainteresuje. Będzie za tobą chodzić. Robić psikusy. Patrzeć, jak śpisz.
Jace starał się potakiwać, jakby spodziewał się tych informacji, ale nie wyglądał zbyt pewnie. Cole też czuł się dość niewyraźnie, ale widok Jace'a wytrąconego z równowagi sprawiał mu przyjemność.
- One nie mogą nas dotknąć ani nic w tym stylu - powiedział Jace, jakby potwierdzał powszechną wiedzę.
- To zależy - odparł Hunter. - Zwykle nie. Jest masa wyjątków.
- Teraz to nas podpuszczasz - odezwał się Dalton z nadzieją w głosie.
Hunter przystanął na ścieżce, zamknął oczy, wyciągnął ręce i odetchnął głęboko.
- Czuję zapach martwych ludzi.
- Akurat - mruknął Cole, ale na wszelki wypadek się rozejrzał. Obok dróżki ciągnął się rząd drzew owocowych. Liście szeleściły na lekkim wietrze. Czy aby nie szeleściły odrobinę za bardzo? Po przeciwnej stronie jakaś para siedziała na kamiennej ławce i patrzyła na staw. - Chyba nie mówisz o tamtych?
Hunter otworzył oczy i spojrzał we wskazanym kierunku.
- To zwykli ludzie. Ale masz rację, że nie przyjmujesz tu niczego za pewnik. W sanktuarium różnica między żywym człowiekiem a echem może być delikatna.
- Wyglądają jak zwykli ludzie? - spytał Dalton.
- Zazwyczaj ech nie widać - wyjaśnił Hunter. - Czasem można je poczuć. Ale nie dotykiem. Może przejdzie ci po plecach dreszcz albo pomyślisz, że ktoś cię obserwuje. W Necronum na takie rzeczy trzeba zwracać uwagę.
- Aaron, czy dobrze sobie radzisz z tutejszym formowaniem? - zapytał Jace.
Posłużył się pseudonimem, który wybrali dla Huntera. Postanowili, że Mira również potrzebuje kryptonimu. Dzisiaj nazywała się Sally.
- Nazywają je tu tkaniem. To skrót od tkania śmierci albo tkania echa. Jestem w tym niezły. Najzdolniejsi tkacze potrafią przyzywać echa. W przeciwieństwie do innych ludzi widzą je i umieją z nimi rozmawiać. Niektórzy podróżują nawet do świata umarłych. Nazywają go krainą echa.
- Czy jesteś dobrym tkaczem śmierci? - zapytał Dalton.
Hunter wzruszył ramionami.
- Żaden ze mnie ekspert - powiedział - ale znam parę niezłych sztuczek.
- Wezwij echo - rzucił mu wyzwanie Jace.
- Tutaj nie ma takiej potrzeby. Zawracałbym im tylko głowę. W sanktuarium echa mogą się objawić każdemu. Czasem są częściowo przezroczyste. A czasem wyglądają tak samo jak my. - Hunter znowu ruszył naprzód.
- A właściwie co powinniśmy zrobić, jeżeli spotkamy echo? - spytał Cole. - W zasadzie tego nie omówiliśmy.
- Zdobyć informacje - odparł Hunter. - Musimy znaleźć Honoratę i Destyneę.
- Mamy gwiazdy - przypomniał mu Jace.
Matka Miry, królowa Harmonia, potrafiła umieścić na niebie gwiazdy wskazujące miejsce przebywania jej pięciu córek. Robiła to tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. W tej chwili na niebie znajdowały się gwiazdy Destynei i Honoraty, jedna obok drugiej.
- Jasne, ale potrzebujemy szczegółów. Wiemy, w którą stronę iść, ale nie wiemy jak daleko. No i dobrze byłoby wiedzieć, co konkretnie się stało.
- Echa tak po prostu nam to powiedzą? - zdziwił się Cole. - Czy to nie będzie ryzykowne, jeśli niewłaściwemu echu zdradzimy, czego szukamy?
Hunter przewrócił oczami.
- Trzeba postępować mądrze. Nie można zacząć od pytania o to, co nas interesuje. Nigdy nie byłeś w salonie dyskrecji? Grunt to wyczucie. Echa, które tu przychodzą, robią to dobrowolnie. Zależy im na kontakcie z żywymi. Mogą oczekiwać jakiejś przysługi. Sprawdźcie, czy taka umowa wchodzi w grę. - Głos Huntera spoważniał. - Ale żadnych wiążących przysiąg.
- W jakim sensie? - spytał Dalton.
- To coś w stylu formalnej umowy. Echa mają realny wpływ na żyjących tylko wtedy, jeśli dostaną taką władzę. Najłatwiej wpakować się w kłopoty, jeżeli nie dotrzyma się danej im obietnicy. Zwłaszcza formalnej. Nazywają to wiążącą przysięgą.
- Ale targować się możemy? - upewnił się Cole.
- Pod warunkiem że niezobowiązująco. Nie przyrzekajcie niczego oficjalnie. I uważajcie, żeby nie powiedzieć za dużo. Dla ech informacja to waluta. Większość chętnie wymieni się z innymi tym, co usłyszą od was. - Hunter zatrzymał się, gdy doszli do skrzyżowania dwóch ścieżek. - Cztery kierunki - stwierdził.
- Jeden z nas będzie musiał się cofnąć - zauważył Cole.
- Ja nie - oznajmił Dalton.
- Ja nie - odruchowo powtórzył Cole.
Hunter wpatrywał się w Jace'a.
- Mnie wszystko jedno - stwierdził. - Chcesz zawrócić?
- Pójdę naprzód - odparł Jace.
- Mamy kilka godzin - rzekł Hunter. - Po zmroku każą nam się zmywać. Jeśli dobrze rozumiem, w tym sanktuarium najwięcej dzieje się właśnie w ogrodzie, więc po prostu spacerujcie i postarajcie się czegoś dowiedzieć. Odprężcie się i kierujcie się rozsądkiem.
- Spróbuj się nie popłakać - rzucił Jace do Daltona.
- Baw się dobrze - odparł tamten z uśmiechem. - Założę się, że to twój szczęśliwy dzień.
Cole się skrzywił. Jako Łupieżca Niebios Jace wierzył w przesądy dotyczące wszelkich życzeń szczęścia.
- On chciał powiedzieć: zgiń dzielnie - wtrącił Cole.
- Wiem, co chciał powiedzieć - odpowiedział chłodno Jace. - Ja sobie tylko żartuję, a on chce na mnie ściągnąć pecha.
Hunter potarł czoło, jakby miała go rozboleć głowa.
- Ściągnąć pecha? To teraz jest przestępstwo? Dajcie spokój, chłopaki, weźcie się w garść. - Odwrócił się i ruszył tam, skąd przyszli.
Jace rzucił Daltonowi ostatnie spojrzenie, a potem poszedł przed siebie.
Cole skrzyżował ręce na piersiach i patrzył za odchodzącym. Dalton czekał obok.
- Dlaczego ciągle go zaczepiasz? - mruknął Cole.
- To on zaczął. Lepiej jego zapytaj o to samo.
Cole westchnął.
- Jace miał trudne życie. Wychował się tu jako niewolnik.
- A moje jest takie łatwe! - odparł Dalton z nutą żaru w głosie. - Porwali mnie i zrobili ze mnie niewolnika. Zabrali mnie z domu. Ciebie też. Dopóki jesteśmy z Sally, w każdej sekundzie ryzykujemy życie tak samo jak Jace.
Cole zastanowił się nad jego słowami. Kiedy w Halloween Dalton, Jenna i gromada innych dzieci zapuścili się do piwnicy nieznajomego, zostali przeniesieni na Obrzeża wbrew swojej woli. Cole ruszył za nimi, bo chciał im pomóc, ale też został złapany. Poznał Jace'a i Mirę, gdy sprzedano go jako niewolnika Łupieżcom Niebios. Cała trójka uciekła stamtąd wraz z Drgawą, a wtedy Cole dowiedział się, że Mira jest królewną, i zaangażował się w poszukiwania jej czterech sióstr na wygnaniu.
Odkąd trafił na Obrzeża, nic go tak nie ucieszyło jak znalezienie Daltona. Poczuł ogromną ulgę, bo dla niego to nie tylko znajoma twarz, lecz także najlepszy przyjaciel. W tym dziwnym, groźnym świecie nareszcie miał kogoś, z kim mógł porozmawiać i komu naprawdę ufał. Jednak odkąd się spotkali, czuł się rozdarty. Nie wiedział, czy priorytetem powinna być pomoc Mirze, czy odnalezienie reszty porwanych dzieci. Na razie szedł na kompromis, starając się jednocześnie realizować oba cele.
- Nie mówię, że nasze życie jest łatwiejsze - powiedział.
- Tak to zabrzmiało - odparł Dalton.
- Jace zachowuje się jak głupek. To się raczej nie zmieni. Zawsze był niewolnikiem. Nie nauczył się żyć normalnie. Wiem, że ty jesteś ponad takie numery.
- Więc mamy mu pozwolić wejść sobie na głowę? Ile razy muszę to powtarzać? Jeśli dasz się komuś wykorzystywać, będzie coraz gorzej, zamiast lepiej.
Cole wzruszył ramionami.
- Może masz rację.
Dalton popatrzył na ścieżkę po lewej.
- Chyba pójdę tędy.
- Uważaj na siebie - odrzekł Cole.
Dalton się zawahał.
- Nie zapomniałeś o Jennie?
Cole znieruchomiał. Usiłował nie okazać irytacji. Jak mógłby zapomnieć o Jennie, w której kochał się potajemnie od drugiej klasy, a potem wreszcie się z nią zaprzyjaźnił, tuż zanim rozdzielili ich handlarze niewolników?
- Wiemy, że jest tu, w Necronum, w Świątyni Cichej Wody - powiedział. - To daleko. Ale dotrzemy tam.
Dalton rozejrzał się, by mieć pewność, że są sami.
- Właśnie. Wiemy, gdzie ona jest! Nie musimy błądzić. Możemy od razu tam ruszyć. A po znalezieniu Jenny poszukamy wielkiego formisty Creonu i spróbujemy wykombinować, jak wrócić do domu i zostać tam na dobre.
Cole wziął się pod boki. Wszystko wskazywało na to, że nawet gdyby udało im się wrócić, nikt by ich tam nie pamiętał, a po kilku godzinach zostaliby z powrotem wciągnięci na Obrzeża. Ale torivor Trillian zasugerował, że można to zmienić, a Cole nie tracił nadziei, że to prawda. Bądź co bądź, czy nie tym właśnie zajmowali się formiści? Manipulowaniem rzeczywistością? Z kolei formownicy potrafili gmerać w samej mocy formistycznej. Ktoś musiał wiedzieć, jak sprawić, żeby Ziemianie zostali w swoim świecie na stałe.
- Chcesz powiedzieć, że powinniśmy zostawić Sally?
Dalton niewinnie uniósł ręce.
- Jej dwie siostry już teraz mają kłopoty. To tutaj mieszka Nazeem, ten upiorny koleś, który wymyślił formownictwo i o mały włos nie złapał cię na Rozdrożu. Może się zrobić paskudnie. Na pewno Joe pomoże Sally skontaktować się tu z wieloma sojusznikami. Poradzą sobie. Królowa Harmonia powiedziała ci, gdzie szukać Jenny. Nie rozumiem, po co się ociągać. Dlaczego każemy Jennie czekać? A gdy już ją znajdziemy, czy powinniśmy ją dalej narażać na niebezpieczeństwo, czy raczej poszukać drogi do domu?
- Wielcy formiści przebywają w ukryciu - przypomniał Cole. - Jak bez Sally znajdziemy wielkiego formistę Creonu? Przy niej mamy dostęp do całego ruchu oporu.
- Przy niej grozi nam też niebezpieczeństwo i stajemy się celami. To skomplikowane. Nie znam wszystkich odpowiedzi. Ale chwilami się zastanawiam, czy powrót do domu w ogóle jeszcze jest dla ciebie ważny.
Cole zmarszczył czoło. Od początku wyprawy do Necronum koncentrował się przede wszystkim na odnalezieniu sióstr Miry: Honoraty i Destynei. Matka Miry ostrzegała, że grozi im poważne niebezpieczeństwo. A zeszłej nocy w Zeropolis Mira oznajmiła, że gwiazdy obu sióstr pojawiły się na niebie.
- Oczywiście, że powrót do domu jest ważny - powiedział Cole. - Ale w tej chwili koniecznie trzeba znaleźć Honoratę i Destyneę. Wiemy, że mają kłopoty.
- Pomożemy tutaj, w sanktuarium. Jasne, to rozumiem. Dotarliśmy do Necronum. Ale co będzie, jak się okaże, że Destynea i Honorata znajdują się daleko od Świątyni Cichej Wody?
Cole nie odpowiedział od razu. Czuł się rozdarty. Czy zostawiłby Mirę, gdyby wciąż go potrzebowała? Wspaniale byłoby znów zobaczyć Jennę. Ale jeśli w zasadzie nic jej nie groziło, a tymczasem Mira miała duże kłopoty, to czy najpierw nie powinien pomóc królewnie?
Dalton czekał na odpowiedź.
- Czyha na nas Nazeem, wciąż goni nas najwyższy król... Może to nie najlepsza pora na ratowanie Jenny. Jeśli pomożemy Sally pokonać Nazeema i Stafforda, wszyscy będą bezpieczniejsi, my też. Poza tym zdobędziemy wtedy dodatkowe środki, które ułatwią znalezienie reszty dzieci z naszej okolicy, no i będziemy mieli pomoc w poszukiwaniu drogi powrotnej. Myślisz, że Jenna będzie chciała wrócić do domu bez Sary i Lacie? Ile sprowadzonych tu osób możemy zostawić? Odnalezienie ich wszystkich na własną rękę zajęłoby całe lata.
Dalton w zamyśleniu pokiwał głową.
- Może nie damy rady znaleźć każdego. Może to za dużo. Może ja, ty i Aaron powinniśmy odszukać Jennę i spróbować wrócić do domu. Będziemy farciarzami, jeśli choć to nam się uda. Czy naprawdę musimy walczyć w rewolucji i znaleźć resztę dzieci?
- Nie wiem. Porzucenie pozostałych wydaje mi się nie w porządku. Tak samo jak opuszczenie Sally. Ale rozumiem, o co ci chodzi. Jeśli znajdziemy drogę do domu, może zostawimy tu informację, jak pójść za nami. I będziemy mieć nadzieję, że reszta poradzi sobie sama.
Dalton nie patrzył już w oczy Cole'a, ale przez ramię przyjaciela.
- Mamy towarzystwo - oznajmił.
Cole odwrócił się i zobaczył za sobą nastoletnią dziewczynę, niewiele wyższą od niego i dość chudą. Jej długie, przedzielone na środku głowy, brązowe włosy opadały prosto. Miała na sobie koronkową białą bluzkę, szarą spódnicę i sandały z drewnianymi podeszwami. Według Cole'a wyglądała na piętnastolatkę.
- Wiecie, tutaj nie ma prywatnych rozmów - powiedziała.
- Właśnie widzę - odparł Cole.
- Pojawiła się tak po prostu - mruknął Dalton.
Dziewczyna zachichotała.
- Pojawiła? - powtórzył Cole nagle zaniepokojony - Jesteś martwa?
Nastolatka wydawała się przecież zupełnie namacalna.
- Nie jestem martwa. Wciąż mam swoją żywoiskrę. Ale owszem, moje fizyczne ciało umarło. Ja żyję dalej jako echo.
Cole wziął się w garść i postarał się zachowywać swobodnie. Odetchnął i zapytał:
- Wyglądasz zwyczajnie. Skąd mamy wiedzieć, że naprawdę jesteś echem?
- Ona się pojawiła - przypomniał mu Dalton.
- Ja tego nie widziałem.
Nastolatka wyprostowała rękę.
- Dotknij moich palców - zaproponowała.
Cole wyciągnął dłoń, zawahał się, a potem jego palce przeniknęły przez palce dziewczyny. Towarzyszyło temu tylko bardzo delikatne wrażenie.
Nieznajoma szerzej otworzyła oczy, a potem zachichotała.
- Poczułeś to?
- Trochę.
- To nietypowe. Na marginesie, niegrzecznie jest dotykać ech, chyba że sami to zaproponujemy, więc niech ci to nie wejdzie w nawyk. Inni wkurzą się na mnie za ostrzeżenie, że jesteście podsłuchiwani, ale zrobiło mi się was żal.
Cole zerknął na Daltona. Nie mógł uwierzyć, że rozmawiają z prawdziwym duchem!
- Ile ech nas słuchało? - spytał Dalton.
- Około dziesięciu. A wcześniej jeszcze więcej, gdy byliście razem we czterech. Kiedy się rozdzieliliście, część poszła za waszymi przyjaciółmi.
- Czyli echa słyszały wszystko, co mówiliśmy? - upewnił się Cole.
- A czego się spodziewałeś? Jesteście w sanktuarium. Dziś jest nas tu dużo.
- Wciąż nas słuchają?
- Tak, dwa.
- Możemy liczyć na prywatność?
- Sio! - Dziewczyna machnęła ręką w kierunku niewidzialnych osób. - Chyba że chcecie się zmaterializować i do nas dołączyć; teraz to moja rozmowa. Zostawcie nas już samych.
- Idą? - zapytał Dalton.
- Tak, ale jedno stroi fochy. - Nie patrzyła na chłopca, lecz w pustą przestrzeń. - No, już! Jeśli zechcesz, potem będzie twoja kolej. - Znowu spojrzała na Cole'a. - Gotowe. Jesteśmy sami. W czym mogę wam pomóc?
Rozdział 2. Echa
- Wiesz już, co nas interesuje? - spytał Cole.
- Szukacie Honoraty i Destynei Pemberton - odparła nastolatka. Podeszła bliżej i zniżyła głos. - Poza tym mówiliście o powstrzymaniu N-A-Z-E-E-M-A. - Przeliterowała jego imię, zamiast je wypowiedzieć.
- Co o nim wiesz?
- Więcej, niżbym chciała. Bądźcie bardzo ostrożni z używaniem tego imienia. Jego wyznawcy są fanatyczni. Niektórzy przeciwnicy również.
- Czy ma wśród ech wielu zwolenników? - zapytał Dalton.
Nastolatka wyglądała na zakłopotaną.
- On ma wyznawców wszędzie. A tutaj wręcz mnóstwo. Inny temat?
- Nie chcesz rozmawiać o N-A-Z-E-E-M-I-E? - dociekał Cole.
- To dobry sposób na uniknięcie kłopotów.
- Czy wiesz, gdzie znajdziemy Honoratę albo Destyneę? - zainteresował się Dalton.
- Nie wiedziałam, że Honorata przebywa w Necronum, dopóki wy o tym nie wspomnieliście. Ostatnio o siostrach Pemberton krąży dużo nowych informacji. Słyszałam pogłoski, że ukrywa się tutaj Destynea, ale niestety nie mam pojęcia gdzie.
- Niewielu ludzi wie, że siostry Pemberton w ogóle żyją - zauważył Cole.
- W krainie echa te pogłoski zaczęły krążyć już dawno. Jeszcze zanim umarło moje ciało. Oczywiście nie wszystkie plotki są prawdziwe.
- Kiedy umarłaś? - zapytał Cole.
- Prawie dwadzieścia lat temu.
- Byłaś nastolatką? - zainteresował się Dalton.
- Miałam czternaście lat.
- Twoje echo się nie starzeje - zauważył Cole.
- Zwykle nie. Zazwyczaj wyglądamy tak, jak wyglądało nasze ciało w chwili śmierci, choć starzy ludzie prawie zawsze wydają się trochę młodsi. Przynajmniej dopóki nie pójdziemy dalej. Któż wie, co leży poza krainą echa?
- Nie jesteś w niebie? - spytał Dalton.
Dziewczyna znów zachichotała.
- Mam nadzieję, że nie. Wy naprawdę mało wiecie, co?
- Na przykład o czym?
- Kraina echa to dopiero początek życia w zaświatach. W zasadzie taki punkt wypadowy. Echa są tymczasowe. Można tu zostać jeszcze przez jakiś czas, ale w końcu odchodzi się dalej.
- Dokąd? - zaciekawił się Dalton.
- Żeby wiedzieć, musiałabym tam trafić. A stamtąd się nie wraca.
- Dlaczego tam nie pójdziesz? - spytał Cole.
- Chciałbyś mnie zabić? - odparła nastolatka.
Wyglądała na urażoną.
- Nie. Ale skoro masz dokąd iść, czemu zostajesz tutaj?
- A dlaczego ty ciągle żyjesz? Mógłbyś przyjść do nas.
- Ja żyję. Ty umarłaś. Czemu nie pójdziesz do nieba?
Odwróciła wzrok i lekko uniosła głowę.
- Pewnie bym mogła, to fakt. Ale nie czuję się gotowa. Nie wiem, czego się spodziewać. Ty nazywasz to niebem. Mam nadzieję, że masz rację. Po śmierci nie dowiadujemy się zbyt wiele. Stajemy się echem i przekonujemy się, że istnieje życie po życiu. Ale nikt z nas nie przekroczył granicy krainy echa, więc wciąż tylko zgadujemy. Czasem czuję zew. To ekscytujące, ale i straszne. Ta niewiadoma. Chciałabym zaczekać, aż dołączy do mnie matka. Lepiej byłoby wyruszyć dalej razem. Ale jej serce wciąż bije.
- Jak umarłaś? - zapytał Cole.
- Wścibski jesteś.
- To ty nas szpiegowałaś - przypomniał.
- Nie miałam przyjemnej śmierci - powiedziała dziewczyna. - Chorowałam na płuca. W końcu nie mogłam oddychać. Były pełne płynu. Czułam się tak, jakbym tonęła.
- To straszne. - Dalton aż się skrzywił.
- Tak, rzeczywiście wydawało się okropne - przyznała.
- Jak się nazywasz? - spytał Cole.
- Już się zastanawiałam, czy w ogóle zapytacie - odparła ze śmiechem. - Zwykle najpierw rozmawia się właśnie o tym, a nie o szczegółach śmierci. Jestem Yeardly A wy to Cole i Dalton. Słuchałam was, odkąd weszliście do ogrodu.
- Wiesz, czego szukamy - powiedział Cole. - Czy możesz nam jakoś pomóc?
- Przecież pomagam! - zawołała Yeardly nieco rozdrażniona. - Zrobiło mi się was żal. Jesteście tylko dziećmi! Ostrzegłam was, żebyście uważali na słowa, bo inni słuchają. Kim jest Jenna?
- Moją przyjaciółką. Trafiliśmy do Pięciu Królestw z Zewnątrz. Sprowadzili nas tu handlarze niewolników. Chcę ją znaleźć.
- Słyszałam, że Świątynia Cichej Wody jest piękna. Nigdy tam nie byłam. To daleko stąd.
- Nie podróżujesz? - zainteresował się Dalton.
- Po co? Poznałam tutejsze echa i znam rozkład terenu. Jest tu dobre sanktuarium, jeśli potrzebuję kontaktu ze śmiertelnikami. I blisko do rodzinnego miasta, kiedy mama przejdzie na moją stronę.
Cole ściszył głos.
- Czy jest tu ktoś, kto wie, gdzie szukać Honoraty albo Destynei? Czy możesz nas skierować we właściwą stronę?
- Może ktoś wie - przyznała Yeardly. - Trudno stwierdzić kto. Do mnie pogłoski o miejscu ich pobytu nie dotarły. - Zamilkła na chwilę. - Opowiedzcie mi o Aaronie.
Cole wbił w nią wzrok. Zwróciła uwagę na ich imiona. Całe szczęście, że Hunter wymyślił pseudonimy. Aaron to jego drugie imię, a zarazem imię dziadka Cole'a ze strony ojca. Pseudonim Miry, Sally, to dawny skrót od jej drugiego imienia, Salandra. Hunter uznał, że najlepiej posługiwać się kryptonimami, które nie są całkowitym kłamstwem, ponieważ część ech doskonale wyczuwa fałsz.
Kiedy Hunter służył jako jeden z najgroźniejszych agentów najwyższego króla, ukrywał się pod maską. Dlatego żeby poruszać się incognito, wystarczyło, aby ubrał się w zwykły strój i odsłonił twarz. Cole'owi nie podobało się, że Yeardly tak bardzo interesuje się jego bratem. Gdyby wydało się, kim on jest, mieliby spore kłopoty. Czy popełnili błąd? Czy tożsamość Huntera wyszła na jaw?
- Dlaczego pytasz? - wtrącił Dalton.
- Bez powodu - odparła Yeardly. Mówiła to swobodnym tonem, ale jej oczy zdradzały autentyczne zainteresowanie. - Wydawało mi się, że to on tu rządzi. Podoba mi się jego zachowanie.
- Wpadł ci w oko! - zrozumiał Cole.
Yeardly usiłowała zachować niewinną minę.
- Po prostu jestem ciekawa. A ten drugi? Jace?
- Już rozumiem - stwierdził Dalton. - My jesteśmy ci przystępni. Oni są ci fajni.
- Wszyscy jesteście super - zapewniła Yeardly. Nie potrafiła ukryć uśmieszku. - Ale oni trochę bardziej. Kim była ta dziewczyna na samym początku? Sally? Jace nie mógł oderwać od niej wzroku.
- To nikt szczególny - odparł Cole. - Rzeczywiście podoba się Jace'owi, ale wściekłby się, gdyby to się wydało.
Yeardly klasnęła w dłonie, uśmiechnęła się z zachwytem i zawołała:
- To się nazywa sekret w moim stylu! Ty też ją lubisz?
- Ale nie w tym sensie.
- Rozumiem. Widziałam za to coś w twoich oczach, kiedy mówiłeś o Jennie.
Cole'a nagle bardzo zainteresował krzew rosnący tuż obok ścieżki.
- Możliwe. Ale przede wszystkim to moja przyjaciółka.
- Głównie dlatego, że jeszcze nie wiesz, czy czuje do ciebie to samo - stwierdziła Yeardly ze śmiechem i znów klasnęła w dłonie. - I to jest cel, który chętnie wesprę. Chcesz odnaleźć i uratować nieuświadomioną miłość twojego życia.
- Nie wiem, czy nazwałbym... - zaczął Cole.
- Cśśś! - Yeardly zbliżyła palec do jego ust. - Wszystko zepsujesz. Słuchajcie, jeśli nie odejdziecie za daleko, postaram się wam pomóc.
- Przecież ty nic nie wiesz - przypomniał jej Cole.
Dziewczyna puściła do niego oko.
- Jeszcze nie. Ale kto wie, do czego zdolne jest ciekawskie echo, jeśli się przyłoży.
- Będziemy wdzięczni za każdą pomoc - powiedział Dalton.
Yeardly się uśmiechnęła.
- No jasne. Zwłaszcza jeśli nie zażądam niczego w zamian. Wiecie co? Kiedy przyjdzie odpowiedni moment, może poproszę, żebyście przedstawili mnie Aaronowi. Może być?
- Pewnie - odparł Cole. - Znajomość z nim to nic takiego.
W oczach dziewczyny błysnęło zainteresowanie.
- Może dla ciebie. Powodzenia!
Zniknęła.
Cole spojrzał na Daltona. Jego przyjaciel westchnął.
- Dziwne miejsce - stwierdził.
- Nieźle jak na początek.
- Chyba powinniśmy się rozdzielić.
Cole ruszył nieuczęszczaną ścieżką po prawej, a Dalton poszedł w lewo. Wkrótce przesłoniły go krzewy, drzewa i nieregularności terenu. Po kilku kolejnych skrzyżowaniach Cole udał się krętą drogą wzdłuż strumyków i żywopłotów, a potem wszedł w korytarz z łukowatych kratownic, które tworzyły nad ścieżką zakrzywiony sufit kwitnących pnączy.
Z jednej z kwiecistych ścian korytarza wypadł roześmiany chłopiec, przez jakiś czas biegł dróżką, po czym zniknął po drugiej stronie, a zaraz za nim pojawił się drugi. Był młodszy, ale gnał za tamtym i również wyskoczył przez ścianę z kratownic.
Gdy Cole zbliżył się do miejsca, w którym obaj zniknęli, nie znalazł żadnej dziury, w której mogliby się zmieścić. Przeniknęli przez drewno oplecione roślinnością. Kolejne echa.
Po wyjściu z korytarza poszedł krętą ścieżką z szarych kamyków, biegnącą wokół kilku pagórków porośniętych kolczastymi krzewami o ciemnozielonych liściach. Odbijały od niej inne, mniejsze, które kończyły się ławkami. Obok jednej z takich ławek stał dostojny mężczyzna w fantazyjnym płaszczu. Miał orli nos i gęste, falujące siwe włosy. Był półprzezroczysty, więc Cole widział ogród wprost za nim równie wyraźnie jak tło po obu stronach.
Zebrał się na odwagę, skręcił w ścieżkę wiodącą do ławki i podniósł wzrok, żeby spojrzeć na mężczyznę, który był dość wysoki. Choć echo spostrzegło zbliżającego się Cole'a, zachowywało się tak, jakby chłopca wcale tam nie było.
- Czy jest pan echem? - zapytał Cole.
Mężczyzna spojrzał na niego z góry bez cienia uśmiechu.
- Obaj znamy odpowiedź na to pytanie, co sprawia, że nie warto go zadawać. Idź sobie.
- Chciałem tylko nawiązać rozmowę.
- Twój wstęp był równie ekscytujący, jak wzmianki o pogodzie - odparł chłodno tamten, już na niego nie patrząc.
- Szukam informacji.
- Posiadam ich wielki zasób - stwierdził mężczyzna, przyglądając się własnym paznokciom.
- Świetnie.
Nieznajomy zwrócił wzrok na Cole'a.
- Nie będę się spoufalał ze zwykłymi urwisami. Zmykaj stąd, chłopcze.
- Czy pan w ogóle wie, kim jestem?
Na twarzy echa pojawił się półuśmieszek.
- Jeden z moich służących zbadał ciebie i twoich kamratów, gdy tylko przybyliście. Słyszałem śmiałe gadanie o królewnach i Nazeemie. Widać, żeście oszuści. - Mężczyzna odprawił Cole'a, niedbale machając chusteczką. - Więc... idź oszukiwać.
Cole czuł, że zaraz się wścieknie. Wiedział, że to niezbyt mądre, ale nie mógł nic na to poradzić.
- Od razu widać, ile pan wie.
- Nie wykluczam - odparł tamten chłodno.
Cole się odwrócił.
- Dobra, nieważne.
- W tym przynajmniej jesteśmy zgodni - stwierdził mężczyzna z ulgą.
Chłopiec zrobił kilka kroków. Echo nie próbowało go zatrzymać. Może naprawdę nie było zainteresowane. Albo umiejętnie go nęciło. Tak czy owak, Cole nie umiał się powstrzymać i zawrócił.
- Widziałem trzy królewny - oznajmił.
Nadęty mężczyzna właśnie polerował spinkę do mankietu. Uniósł brwi.
- Nie tylko jedną? Aż trzy z pięciu? Nadzwyczajne. I wielce wiarygodne.
Cole musiał ugryźć się w język, żeby nie wyjawić tożsamości Miry. Nie jemu decydować o zdradzeniu tego sekretu. Może rzeczywiście najlepiej stąd odejść.
- A ty wciąż tu jesteś - stwierdził mężczyzna.
- Co może mi pan powiedzieć o Nazeemie?
Tamten fuknął.
- Masz rację. Wybacz. Ponieważ przedstawiłeś niezbite dowody, że jesteś bliskim wspólnikiem wielu królewien, teraz wyjawię ci wszystko, co wiem o najgroźniejszej osobie w krainie echa.
- Nazeem mieszka w krainie echa? - spytał Cole.
Mężczyzna zaśmiał się sam do siebie.
- A wyobrażałeś sobie, że gdzie? W Necronum?
- W Upadłej Świątyni.
- Hmm... Nie wszyscy powiązali go z tym miejscem. Nie jest to powszechna wiedza. Upadła Świątynia ma swój fizyczny odpowiednik w Necronum, ale Nazeem od dawna mieszka w części znajdującej się w krainie echa.
- Nazeem nie żyje?
To zupełnie bez sensu. Na tajnym spotkaniu na Rozdrożu Nazeem mówił o powrocie z niewoli.
Mężczyzna zmrużył oczy.
- Może jego ciało sczezło, ale on bynajmniej nie jest martwy. A ty lepiej daruj sobie ten temat. To nie są sprawy dla amatorów.
Cole poczuł, że robi się czerwony.
- Amatorów? Panie, ja go widziałem. Twarzą w twarz. A pan?
Mężczyzna spojrzał na niego z góry.
- Pomyliłem się co do ciebie. Widzę, że ta twoja ignorancja to grubsza blaga. Jesteś najbardziej niezwykłym młodym człowiekiem w całych Pięciu Królestwach. Powiedz: jak zdołałeś dostać się do Upadłej Świątyni, a potem z niej uciec? Jesteś pierwszym, który tego dokonał! Czy po drodze uratowałeś jakieś królewny?
- Nie byłem tam - odparł Cole. - Widziałem go na zebraniu formowników. A on widział mnie.
Mężczyzna zaśmiał się sztucznie.
- Zwiedziałeś się o tej plotce? To ci się akurat udało. Pogłoska w krainie echa jest taka, że Nazeem szuka śmiertelnego chłopca z grubsza pasującego do twojego rysopisu. Czy mam wierzyć, że ów nieustraszony młodzian jest tak niemądry, że ujawniłby się przed nieznajomym echem? Jesteś ponadprzeciętnie głupi, mój chłopcze, ale twoja śmiałość jest niemal zabawna.
Cole zaśmiał się nerwowo. Może rzeczywiście nie najmądrzej postąpił, że podzielił się tą informacją.
- Przejrzał mnie pan.
- Oczywiście. Gdybyś spotkał Nazeema, posiadłby twoje ciało i umysł. A teraz zmykaj.
Cole odszedł. Nieznajomy dużo wiedział, ale chłopiec poczuł, że dalsza rozmowa byłaby niebezpieczna. Oby to nadęte echo nie zmieniło zdania, że miało do czynienia z oszustem. Wydawało się bardzo pewne siebie.
Ponieważ dotąd Cole dobrze sobie radził, spodziewał się, że za najbliższym zakrętem spotka kolejne echo, ale przeżył zawód. Włóczył się po ogrodzie przez co najmniej godzinę, lecz widział tylko roślinność oraz innych śmiertelników, w tym Joego i Huntera.
Potem, ponieważ chciało mu się pić, przypomniał sobie o fontannie wewnątrz ogrodu sanktuarium, z której ludzie pili wodę kubkami. Skręcił w stronę głównego budynku. Przechodził przez mostki, a czasem musiał zawracać, kiedy ścieżki wiodły w złym kierunku.
Gdy zbliżał się do wysokich drzwi kaplicy, zauważył starszego mężczyznę w dużym kapeluszu i postrzępionej szarej szacie, który siedział w cieniu, oparty o ścianę, z podciągniętymi kolanami i zwieszoną głową. W mocno opalonej dłoni z brudnymi paznokciami trzymał wiklinowy koszyczek. Nie spojrzał na Cole'a i nie zrobił żadnego gestu, ale wyraźnie był żebrakiem, a koszyk miał pusty.
Cole wyciągnął z kieszeni luźnego kółkata. Na dworcu Hunter spieniężył sporo zeropolitańskich jednostek i każdemu z przyjaciół dał zapas kółkatów, waluty używanej w pozostałych królestwach Obrzeży.
To srebrny kółkat - wart dziesięć miedziaków, starczyłby na kilka dobrych posiłków. Ale Hunter był dziany, Mira też miała dostęp do dużych środków finansowych. Chociaż żebrak nie patrzył wprost na niego, Cole nie chciał robić widowiska i szukać drobnych.
Wrzucił monetę do koszyka.
Przeleciała przez koszyk na ziemię.
Mężczyzna podniósł głowę. Jego bezzębny uśmiech stał się najszerszą zmarszczką na pooranej twarzy.
- Niewielu mnie zauważa. Jeszcze mniej coś wrzuca. Jestem Sando, młody paniczu, i liczę, że na coś się przydam.