Pięć - Andrzej Bojarski
21.00 zł
17.43 zł
(17,85 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
- Marcel przynieś noże - powiedział stary Banach do syna, wyprowadzając świniaka z chlewu. - Nie zapomnij o siekierze, bo będziesz chodził dwa razy - dodał, ciągnąc warchlaka za sobą.
- Bez obawy tatko, nie zapomnę - odpowiedział syn wchodząc do drewutni. - Bronuś chodź ze mną, pomożesz mi - Marcel zwrócił się do swojego pięcioletniego syna. - Musisz od małego nauczyć się jak szlachtować świniaka - tłumaczył malcowi, otwierając drzwi do szopy.
- Nie jest trochę za wcześnie uczyć małego zabijania? Jeszcze się przestraszy - wtrąciła babka rozsypując kurom ziarno. - Przecież to dopiero wyrostek - dodała.
- Nie pamiętasz mamo, kiedy mnie Tatko wziął do pierwszego świniobicia? Miałam wtedy cztery lata. Razem ze stryjem Frankiem zabrał mnie do Kolbuszów. Mieli knura tak wielkiego jak lokomotywa. Strach było się do potwora zbliżyć. Bili go pół dnia. Wtedy nie było wojny, nie było strachu, że cię Niemcy przyłapią na świniobiciu, nikt się nie spieszył. Nigdy tego nie zapomnę jak stryjko go ogłuszył, a później mu noża w serce zapuścił. Pamiętam do dziś w jakim strachu byłem, że knur się rzuci na mnie. Stryjko źle go trafił, a knur ganiał pół godziny po podwórku, wściekły jak diabli, o mało obejścia nie zrujnował, zanim osłabł z braku juchy.
- Stary cap, świeć Panie nad jego duszą, był wtedy za bardzo pijany, żeby się za taką robotę brać - wtrącił stary Banach prowadząc świniaka na powrózku, po chwili zniknął z nim w stodole.
- Tato, a po co będziemy szlachcić świnię? - spytał maluch Marcela.
- Nie szlachcić, a szlachtować. Będziemy to robić, żeby ją później zjeść. Po to świnie zostały stworzone, żeby ludzie mogli przeżyć. Gdyby ich nie było, i innych zwierzaków, to by ludziska z głodu powymierały - odpowiedział Marcel w niezbyt wysublimowany sposób.
- Jakie inne zwierzęta? - spytał przestraszony malec - To naszego Burka też zjemy? Ja nie chcę! - maluch zapędził się ze swoją dziecięcą wyobraźnią.
- Nie, Burka nie zjemy, ani mruczka. Ludzie kotów i psów nie jedzą. My jemy świnie, krowy, kury, kaczki, gęsi - po to je hodujemy, żeby później zjeść. A psy trzymamy po to, żeby nam kto czego w nocy z gospodarki nie ukradł - odpowiedział Marcel wchodząc z małym do stodoły, gdzie stary Banach już przywiązał świniaka do sąsieka.
- A koty, po co są? - spytał malec drążąc temat.
- Po to, żeby łapać myszy, które wyjadają nam zboże w stodole. Gdyby nie koty, nie mieli byśmy chleba, który babcia wypieka z pszenicy. Tak że widzisz jak wszystko jest mądrze ułożone. Wszystko czemuś służy, nic nie dzieje się bez sensu. Pan Bóg cały tydzień nad tym myślał, żeby to wszystko po kolei poukładać, a my, jako ludzie, robimy tylko swoje - powiedział Marcel kładąc noże razem z siekierą na półce przy sąsieku.
- Zostań tutaj przy ścianie - dodał, zwracając się do syna. Sam w tym czasie podszedł do swojego ojca.
- Tatko, ty go trzymaj, a ja go ocapie w łeb - powiedział biorąc siekierę z półki.
Chwilę później podniósł ją oburącz nad głowę, oczy skierował na świniaka trzymanego przez starego Banacha, przez moment się skupił i z całej siły uderzył warchlaka obuchem w górną część czaszki. Ten padł jak drzewo rażone piorunem.
- Ty to masz uderzenie synu! Jeszcze nikt tak nie bił świniaka jak ty - powiedział stary Banach.
W tym czasie rozległ się histeryczny płacz małego, który stał jak odrętwiały przy ścianie z oczami wlepionymi w padłe zwierze. Nie docierała do niego świadomość, że świniak, który jeszcze przed chwilą chodził, którego znał od miesięcy, bo przecież z mamą czy babcią codziennie chodził do chlewu żeby nakarmić zwierzęta, że ten świniak już się nie poruszy. Marcel rzucił siekierę i podbiegł do syna.
- No nie płacz, nie płacz - powiedział przytulając go mocno - Takie są prawidła ludzkie i boskie. I ty też będziesz musiał to kiedyś robić - dodał.
- Nie chcę - powiedział chłopiec nadal szlochający.
- Tatko, zabierz Bronusia do Marysi. Resztę sam dokończę. Może rzeczywiście było dla niego za wcześnie. Wdał się w matkę, ona też taka delikutaśna - dodał odprowadzając małego do ojca.
Sam po chwili wziął do ręki długi, wąski nóż, wbił świniakowi w podgardle i z całej siły wcisnął, przebijając mu tym samym serce. Świniak tylko drygnął, kiedy ostrze noża dotarło do celu. Chwilę później krew zaczęła obficie spływać do podstawionej wcześniej miski. Kiedy skończył, rozczłonkował zwierzę na części, pokrojone mięso wrzucił na stół i wyszedł ze stodoły zabierając ze sobą tyko wątrobę.
- Marysia rób świeżyznę! - powiedział do żony rzucając wątrobę do wiadra przy studni. Sam zaś nabrał z niej wodę, wlał do miski, zdjął koszule i zaczął zmywać z siebie krew.
- Mówiłam, że dla niego to za wcześnie. Na pewno nie będzie takim rzeźnikiem jak ty - powiedziała żona do Marcela trzymając się za swój brzemienny brzuch.
- Będzie, będzie mój kwiatuszku. Ciekaw jestem, kto to za niego zrobi, jak pójdzie na swoje. Chyba, że znajdzie sobie taką babę-herod, bo jak trafi na taką jak ty, to z głodu poumierają. Ale ten drugi będzie po mnie - zaśmiał się Marcel z radością patrząc na ciężarną żonę. - Siadaj Tatko do stołu, ja przyniosę samogonu a Maryś zaraz usmaży świeżyznę - powiedział Marcel do ojca i poszedł w kierunku chałupy.
Po godzinie wszyscy w najlepsze biesiadowali, zajadając się świeżo upieczonymi podrobami.
- Idę na łąkę, podrzucić szkapie wody, bo mi z pragnienia padnie, tak dzisiaj grzeje - powiedział Marcel wstając od stołu, po czym wziął wiadro, zaczepił je na hak i spuścił do Studni. Nabraną z niej wodę zapakował na wózek i ciągnąc go za sobą ruszył w kierunku łąki. Pół godziny później napoił konia, następnie przewiązał go w inne miejsce, z powrotem zapakował wiadro na wózek i skierował się w stronę siedliska. Kiedy zbliżał się do zabudowań usłyszał głośne krzyki. Odruchowo schylił się, jakby to miało go przed czymś uchronić. Przez moment nadsłuchiwał odgłosów i chyłkiem przeszedł w stronę domostwa. Po chwili przecisnął się przez dziurę w płocie, przycupnął za oborą, skąd miał widok na całe podwórze, na którym aż roiło się od żołnierzy w niemieckich mundurach.
- Co tu trzymasz polska świnio?! - wrzasnął jeden z Niemców do starego Banacha.
- Nic, panie oficerze - odpowiedział pokornie ojciec Marcela.
- A to? Co to jest!? - spytał wrzaskiem wskazując na wynoszone przez żołnierzy mięso ze stodoły.
- Panie oficerze, myśmy zapłacili panu Hrabke - odpowiedział nadal pokornie stary.
- Polska świnio! Przez twoje łapówki Hrabke został wysłany na front wschodni! Nie oddajesz całego kontyngentu! Okradasz niemieckie wojsko! - odpowiedział Niemiec nadal się wydzierając.
- Panie oficerze, ale panu też możemy zapłacić - odpowiedział stary Banach jakby nie rozumiejąc wrzeszczącego Niemca. Jakby nie pojmując, co dla nich znaczy być wysłanym na front wschodni, bo przecież gorszej kary do tej pory nie znali.
- Ty polskie ścierwo! Bandyto! Mnie też chcesz przekupić?! - powiedział Niemiec wyciągając pistolet z kabury i podchodząc do niego - Ja nie jestem Hrabke, polska świnio! Jestem scharführer Szpec! Czy mnie też chcesz przekupić!? - powtórzył pytanie przykładając mu lufę do skroni.
Nie, panie oficerze. Nie chcę pana przekupić - odpowiedział Banach czując ogromny strach. Wiedział, że po esesmanach wszystkiego się można spodziewać. Dużo o nich słyszał, o ich okrucieństwach i bestialstwie, które siali wokół. Jednak nie wiedział, że stary porządek już się skończył. Do tej pory, ze zwykłym sierżantem, za odpowiednią sumę, praktycznie wszystko można było załatwić. Ale nie z dowódcą esesmanów. A to właśnie była jednostka SS. Najbardziej bezwzględna formacja tej wojny, która przed miesiącem zastąpiła w miasteczku zwykłe wojsko, nie mogące poradzić sobie ze ściągalnością mięsa i zboża od okolicznych chłopów. Front wschodni się załamywał, zaopatrzenie stało się dla Niemców priorytetem. Esesmani dostali rozkaz, żeby w najbardziej bestialski sposób zrobić porządek w okolicznych wsiach. Banach teraz to dostrzegł w oczach esesmana. Przeżegnał się, cały czas patrząc mu w oczy. Już wiedział, że to koniec. Chwilę później padł strzał. Stary osunął się na kolana, po czym upadł twarzą centralnie na ziemię. Esesman butnie odwrócił się w stronę pozostałych domowników, którzy z niedowierzaniem patrzyli na to, co się stało. Do matki Marcela z opóźnieniem dotarła myśl bezsensownej śmierci męża. Podbiegła do leżących na ziemi zwłok, uklęknęła, podnosząc jego głowę do góry.
- Matko Święta! Nie! - krzyknęła, kiedy zobaczyła dziurę w jego czole, z której obficie sączyła się krew - Matko Święta! Boże! Matko Święta - powtórzyła tym razem już lamentując, kiedy mąż nie dawał znaku życia.
- Idź do niego stara, śmierdząca wiedźmo - powiedział Niemiec przykładając jej pistolet do skroni i pociągając za spust. Chwilę później matka Marcela padła na ojca jak zwinięty w rulon dywan.
- A tu kolejne bandyckie nasienie! - powiedział Niemiec zbliżając się do Marysi trzymającej Bronusia za głowę, tym samym zakrywając mu oczy.- A gdzie twój mąż suko? - spytał Niemiec
- Pojechał do miasteczka - odpowiedziała dygocąc, cały czas zasłaniając oczy małemu, przed strasznym widokiem zastrzelonych dziadków.
- Kłamiesz polska dziwko! - powiedział waląc ją z całej siły pięścią w twarz. Siła uderzenia odrzuciła ją kilka metrów dalej. Mdlejąc Marysia wypuściła syna z rąk.
- Spalić te budy! - wrzasnął do żołnierzy, uderzając się szpicrutą po udzie.
Chwilę później esesmani zaczęli podkładać ogień pod jednym z zabudowań. Kiedy już się dobrze zajęło, poprzenosili ogień na pozostałe zabudowania. W międzyczasie ocknęła się Marysia. Wstała i w chmurach dymu zaczęła rozglądać się za synem. Zobaczyła go przerażonego przy studni. Zaczęła do niego biec, kiedy jednak zrobiła kilka kroków, poczuła bardzo mocne uderzenie w plecy, po czy znów się przewróciła. Ponownie straciła przytomność.
- Gdzie polska dziwko?! - wrzasnął esesman uderzając ją nadpalonym polanem w kark - Günter, wrzuć kotleta do rusztu - Szpec zwrócił się do jednego z żołnierzy stojącego obok, przy czym oczami wskazał na chłopca.
Tak jest oberscharführer! - ten odpowiedział ruszając w kierunku malca. Bronuś nawet nie drgnął, nie ruszył się spod studni, nadal stał z rączkami wyciągniętymi przed siebie, jakby chcąc się przytulić do Marysi. Cały czas płakał, trzęsąc się całym ciałem, przy tym wpatrując się na powaloną przez esesmana mamę. Nic się wokoło nie liczyło, tylko ona, nieruchomo leżąca, najważniejsza dla niego osoba na świecie. Jak mały chłopiec mógł zrozumieć, co się wokół niego dzieje? Chwilę później esesman podszedł do niego, wziął na ręce i ruszył w stronę buchającego wielkimi płomieniami budynku. Zbliżając się do ogromnego paleniska, schylił się z małym na rękach, wolnym ramieniem zasłaniając sobie twarz. Jakby chroniąc sięprzed jęzorami ognia wydzierającego się wypalonymi oknami na zewnątrz. Podszedł jeszcze kilka kroków, nagle stanął w miejscu, zaparł się mocno na nogach i z całej siły wrzucił małego do buchającej ogniem chałupy. Temperatura była tak ogromna, że Bronuś nawet nie zdążył wydać z siebie krzyku rozpaczy. W międzyczasie Marysia ocknąwszy się ponownie wstała i zbłądzonymi oczami zaczęła szukać syna w obejściu gospodarstwa.
- O, polska dziwka się przebudziła! - krzyknął śmiejący się esesman - Szukasz synalka? - spytał przerażonej kobiety - Zaprowadziłem go do chałupy, żeby się ogrzał, bo się chłodno zrobiło - powiedział głośno, rżąc jak koń, wskazując przy tym na buchający ogniem budynek. Nie zrozumiała, o co mu chodzi. Jego słowa były dla niej niepojęte. Jej mózg nie dopuszczał do siebie takiego okrucieństwa, jakie może zrobić człowiek drugiemu człowiekowi. Otumaniona Marysia, nie zwracając już uwagi na esesmana, nadal rozglądała się za swoim dzieckiem.
- Nie rozumiesz suko, że spaliłem twój pomiot?! - powiedział wykrzywiając twarz z nienawiści.
Patrzyła na niego, nadal nic nie rozumiejąc. Jakby okrucieństwo, jakiego esesman się dopuścił, nie mogło zmieścić jej się w głowie. Jakby jej mózg się zablokował, nie mogąc zrozumieć bestialstwa. Po prostu został wyłączony, w naturalny sposób broniąc się przed nadmiarem zła.
- Bronuś! Bronuś! - cały czas wołała.
- Helmut, poużywajcie sobie na tej dziwce - powiedział Szpec do jednego z bardziej gorliwych w dzisiejszej jatce esesmanów. - A wy dopilnować, żeby się dokładnie to bandyckie siedlisko spaliło - dodał zwracając się do pozostałych esesmanów.
Wchodzili na nią jeden po drugim. Nawet zwierzęta nie robią tego w stadzie, a walczą o samicę. Ze wszystkich ssaków, tylko ludzka bestia jest zdolna do takiego gwałtu, Marysia nie krzyczała, nie błagała zasapanych potworów o litość, jej już tu nie było. Kiedy skończyli leżała nieruchomo z oczami wpatrzonymi w niebo. Nadal nie rozumiała, co się dzisiejszego dnia stało. Kiedy Helmut, jako pierwszy w kolejce skończył swój proceder, zadarł spodnie do góry, wziął do ręki szpadel poniewierający się po ziemi. Stanął nad Marysią trzymając go w ręku i zaczekał aż ostatni z nadgorliwych esesmanów zakończył swój plugawy akt. Następnie uniósł oburącz szpadel do góry i z całej siły wbił Marysi w brzuch. Tylko cichutko kwiknęła, jej powieki opadły, twarz zastygła w bezruchu. Za chwilę wypłynął z niej nienarodzony płód dziecka. Esesman przez moment na nią popatrzył, zebrał ślinę w ustach, splunął w jej kierunku i odszedł.
Marcel patrzył na to z daleka. Stał w nieludzkiej bezsilności, patrzył i płakał. Wydzieliny z nosa nie nadążał wciągać. Jego usta wyglądały jakby najadł się mydła, tocząca się piana spływała mu po brodzie. Stał tak z rękami wbitymi w drzewo, nie mogąc zrozumieć, co się stało. W jednej chwili najokrutniejszy los, jaki może dotknąć człowieka, pozbawił go oddechu. Zabrał mu wszystko. W jednej chwili ci, których kochał bez wyjątku, w tak okrutny sposób odeszli.
Kiedy Niemcy odjechali, stał tak jeszcze dwie godziny. Bał się podejść. Nie bał się o siebie, bał się tego, co tam zobaczy. Kiedy się wreszcie przemógł, kiedy tam podszedł, zobaczył położonych, jedno na drugim, rodziców. Już nie płakał. Pochylił się nad nimi, zamknął ojcu oczy, matkę czule pogładził po głowie. Wstał i podszedł do żony. Przyklęknął, dotknął jej zgasłych oczu. Wyszarpnął szpadel, którym gwałcący ją Niemiec dokończył jej żywota. Czule pocałował jej skroń. Spojrzał na dopalającą się chałupę, do której bestie wrzuciły jego syna. Położył się na żonę i znów zaczął płakać, a po chwili zemdlał. Kiedy się ocknął, myślał, że to był sen. Jeden z tych koszmarów, które nagle wybudzają człowieka w środku nocy. Jednak zrozumiał, że koszmar dział się na jawie. Zerwał się na równe nogi i zaczął biec w stronę lasu. Biegł nie patrząc na nic. Kaleczył się gałęziami jak biczami, obijał o drzewa, potykał się o poprzewalane konary i upadał, po czym znów się podnosił i biegł dalej. Po kilkunastu kilometrach, kiedy był już bliski wyczerpania, kiedy niemalże opadł z sił, po raz kolejny potknął się o przewrócone drzewo. Tylko że tym razem już nie wstał. Upadając, uderzył głową w leżący nieopodal głaz, po czym padł jak martwy.
*
- Nigdy, babciu, nie dam rady nazbierać tyle, co ty! Ja ich po prostu nie widzę - powiedziała Krysia do Motylkowej, wskazując wzrokiem na swój prawie pusty koszyk. - Nie wiem, babciu, dlaczego tak jest. Przecież ty jesteś stara, masz słaby wzrok, a nazbierałaś więcej grzybów od mnie - żaliła się.
- Jak miałam tyle lat co ty, też nie wszystko widziałam. To nie tylko wzrok a także intuicja jest ważna. Ty rozglądasz się wszędzie dookoła, a ja wiem gdzie, mniej więcej, można grzyby znaleźć. Nawet wiem jakie i gdzie mogą rosnąć. Prawdziwek lubi chować się w wysokiej trawie. A podgrzybek - na mchu, w jagodach, pod drzewami. Z czasem i ty będziesz wiedziała gdzie ich szukać. A na razie jak wyjdziemy z lasu, dam ci połowę moich, żeby tata znów się z ciebie nie śmiał.
- Babciu, ja chcę już mieć pięćdziesiąt lat, jak ty - niecierpliwiła się Krysia.
- Całe życie przed tobą, żeby mieć pięćdziesiąt, musisz najpierw skończyć dwanaście.
- Och, babciu... - powiedziała oddalając się w stronę rowu porośniętego wysoką trawą - Babciu! Babciu! - nagle krzyknęła.
Motylkowa odwróciła się w jej stronę, spojrzała na wnuczkę wpatrującą się w ziemię.
- Co? Znalazłaś prawdziwego? - spytała
- Babciu, chodź tu szybko! - powiedziała nie podnosząc wzroku.
Motylkowa ruszyła w jej stronę, trochę zafrapowana dziwnym zachowaniem wnuczki.
- Co takiego? - spytała, kiedy się do niej zbliżyła.
- Spójrz - powiedziała Krysia, wskazując ręką człowieka leżącego twarzą w trawie.
- Ki diabeł? - spytała Motylkowa - Pijany, czy co? - dodała pochylając się nad nim - Panie - powiedziała poruszając jego ramię.
Nie reagował. Chwyciła jego głowę przekręcając licem do góry, po czym przerażona opuściła ją z powrotem. Jego cała twarz była we krwi. Po chwili, kiedy oswoiła się już z okropnym widokiem, ponownie przekręciła jego głowę, tym razem z całym tułowiem. Dotknęła mu serca, chwilę przytrzymała na nim dłoń.
- Żyje! - powiedziała - Biegnij przecinką do domu, powiedz tacie żeby zaprzągł konia i szybko tu z nim przyjechał.
- Już lecę babciu! - powiedziała Krysia ruszając w te pędy do domu.
Po pół godzinie Motylkowa usłyszała zbliżający się skrzypiący wóz i rżenie konia. Chwilę później zobaczyła syna siedzącego na koźle podcinającego klacz batem. Kiedy już wyhamował, zeskoczył z wozu i podbiegł do matki.
- Kto to ? - spytał.
- Nie wiem. Ma za bardzo zakrwawioną twarz, żebym go mogła rozpoznać, ale na pewno nikt z naszych - powiedziała Motylkowa cały czas trzymając głowę rannego na kolanach.
- Żyje? - spytał syn.
- Tak - odpowiedziała, starając się palcami otworzyć mu usta, żeby udrożnić jego słaby oddech.
- Kto go tak urządził? - spytał syn, cały czas przypatrując się rannemu.
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała.
- W środku lasu? może się z kim pobił? - zastanawiał się młody gospodarz.
- Może? A może Niemcy go tak urządzili? - zasugerowała.
- Nie. Jak by to byli oni, już by nie żył. Oni nie zostawiają rannych. Zastrzeliliby go - powiedział z pewnością w głosie.
- Musimy zapakować go na wóz. Jesteś silniejszy, weź go pod pachy, a ja za nogi - zaproponowała Motylkowa, po czym nieprzytomnego wrzucili na kipę, przykryli gałęziami i odjechali.
Po piętnastu minutach wjeżdżali zaprzęgiem w zabudowania.
- Krysia, zeskakuj i otwórz wierzeje - powiedział ojciec, kiedy zatrzymał wóz przed stodołą.
Dziewczynka po chwili ciągnęła za skoble, otwierając za sobą wysokie drzwi. Ojciec wjechał do środka, po czym wszyscy zeszli z wozu. Babcia oddaliła się do budynku mieszkalnego, żeby po chwili wrócić z wiadrem wody i czystymi szmatami, którymi zaczęła wycierać twarz rannego.
- Mamo, przecie to Marcel Banach zza lasu - powiedział syn, kiedy Motylkowa już obmyła jego zakrwawioną twarz.
- Znasz go ? - spytała.
- A jakże! Przecie to Marcel - kawał łobuza. Pamiętam go sprzed wojny, nie było potańcówki, której by ze swoim bratem Ziutkiem nie rozpędził. Ja też od niego kiedyś w mordę dostałem, jakie dziesięć lat temu. To było dwóch najgorszych zakapiorów. Dopiero jak jego brata ktoś zadźgał nożem w lesie, a on ożenił się z Maryśką Bąkową, wtedy się uspokoił - powiedział syn przypominając sobie młode lata.
- Co mu się stało? - spytała Motylkowa jakby sama siebie - Musimy zawołać Węglichę, niech powie co mu jest i go opatrzy - zaproponowała.
- Mamy go jeszcze opatrywać? Wywalić go na zbitą mordę! - zakwestionował syn - Tylu ludziom krzywdy zrobił, że mu się należy!
- Sam mówiłeś, że po ożenku się uspokoił - broniła go Motylkowa. - Był młody, to i miał gorącą krew, nie nam go oceniać. Zresztą taki jest teraz czas, że trzeba bliźniemu pomagać - upierała się przy swoim.
- On by ci na pewno nie pomógł! - upierał się syn.
- A to już jest każdego prywatne sumienie! Leć teraz po Węglichę. Tyko więcej nikomu o nim nie mów! Nie wiadomo, co się tam stało - zastrzegła Motylkowa.
- A jakże, pewno, że nikomu nie powiem, głupi nie jestem! - odpowiedział i wyszedł ze stodoły.
Wrócił po godzinie wraz z miejscową znachorką.
- Węglicha, obejrzyjcie go. W lesie bidaka znaleźli. Nie wiadomo co mu jest - powiedziała Motylkowa do wchodzącej kobiety, ta po chwili zaczęła go obmacywać.
Jest cały - powiedziała po pięciu minutach. - Musiał go kto w łeb zdzielić jaką pałą. Przynieście ciepłej wody, spirytusu i czystą szmatę - powiedziała zwracając się do młodego gospodarza. Kilka minut później przecierała Marcelowi rozległą ranę na głowie - Albo się przewrócił i o kamień uderzył - dodała przyglądając się dokładnie przemytej już ranie. - Nic mu nie będzie - powiedziała, kiedy już go opatrzyła. - Na mnie pora - mówiąc to wstała i wyszła ze stodoły.
- Co my z nim teraz zrobimy? - spytał gospodarz.
- Zrobię mu legowisko w sąsieku, później się zobaczy. Krysia przynieś kubek, może wody będzie chciał się napić - zwróciła się do wnuczki.
Krysia wybiegła ze stodoły. Motylkowa w tym czasie zaczęła szykować posłanie dla rannego.
Marcel ocknął się po dwóch dniach.
- Babciu, babciu, obudził się! - krzyknęła Krysia wybiegając ze stodoły.
Motylkowa przerwała swoją robotę przy karmieniu zwierząt w oborze, przeszła przez podwórko i chwilę później była w stodole.
- Obudziłeś się - powiedziała wycierając ubrudzone ręce o fartuch.
Patrzył na nią, jednak nic nie odpowiedział.
- Wiesz, kim jesteś? - spytała - Jak się nazywasz?
Nadal nic nie odpowiadał, patrząc tym razem gdzieś tam na deski w suficie.
- Nic ci nie będzie. Wszystko sobie przypomnisz - zapewniała, nie zdając sobie sprawy, że on nic nie chciałby pamiętać. Przez chwilę mu się przyjrzała i wróciła do swoich codziennych czynności.
Przez następne pół roku Marcel pracował w gospodarstwie Motylkowej jako parobek. Nikt z sąsiadów nie skojarzył go z tragedią, jakiej Niemcy dopuścili się po drugiej stronie lasu. Gospodarz, za namową matki, zgodził się przechować Marcela i nie mówić sąsiadom kim naprawdę jest, jednak cały czas był nieufny jeżeli chodzi o jego zachowanie.
- Nie zastanawiasz się gdzie on znika całymi wieczorami? - spytał matki któregoś dnia.
- Jego wolny czas, więc może robić z nim co chce - odpowiedziała Motylkowa rozkładając ręce.
- Co można robić, szwendając się codziennie kilka godzin po lesie? - spytał syn kręcąc głową - Rozumiem od czasu do czasu przejść się na spacer, ptaków posłuchać, ale codziennie?
- Co ty jesteś taki podejrzliwy. Nie wiadomo jak człowiek może się zachować, po tym co on przeszedł. Obym nigdy się tego nie dowiedziała. A co on tam robi w lesie, nie mój interes. Może chce być sam, może myśli, że Niemcy też tu przyjdą i nas pozabijają, może chce zapomnieć o tej tragedii a może po prostu marzy o tym żeby umrzeć? Nie wiem. Chciałabym mu jakoś pomóc, ale nie potrafię. Tak ogromny ból widzę w jego oczach, niejednokrotnie cieszę się, że nic nie mówi.
- Nie zdziwiło cię, że cały czas chodzi z siekierą i kiedy tylko gdzieś przysiądzie to ją ostrzy?
- Motylkowa spojrzała na syna i pokiwała głową.
- Przecież codziennie rąbie drzewo to i siekierę ostrzy. Myślisz, że tak sfiksował, że będzie chciał nas pozabijać? Puknij się, chłopcze, w głowę.
- Mów co chcesz, ale według mnie on nie jest teraz normalny - powiedział gospodarz kończąc swój wywód.
Jednak pomimo swoich wątpliwości nikomu o nim nie powiedział. Znachorka również nie roztrząsała o nim tematu na wsi. A Marcel robił swoje. Pobudka o czwartej rano - wydoić krowy. Następnie wyprowadzić je na łąkę. Nakarmić świnie, posprzątać oborę, narąbać drewna, które wcześniej gospodarz nawiózł z lasu, pomóc w polu a po południu przyprowadzić i pozamykać zwierzęta w obejściu. Później do wieczora miał wolne. W międzyczasie trzy posiłki dziennie. Praktycznie wykonywał te same czynności, które wykonywałby w domu, gdyby ten dom jeszcze miał. Motylkowa polubiła go, chociaż, od kiedy go u siebie gościła, nie wypowiedział słowa. Ogromny ból widziała w jego oczach. Bardzo współczuła mu straty rodziny w tak okrutny sposób. Jednak doskonale wiedziała, że każdego mogło to spotkać, bo przecież ona, jak i większość gospodarzy, także musiała oddawać przymusowy kontyngent Niemcom, jednak tak samo jak rodzina Marcela, sprzedawała część rąbanki handlarzom przyjeżdżającym z oddalonej o siedemdziesiąt kilometrów Warszawy. Oczywiście dla Niemców było to nielegalne i często, tak jak w przypadku rodziny Marcela, karane śmiercią. Jednak rzadko kiedy w aż tak okrutny sposób.
Kiedy jesiennego poranka, Motylkowa po przebudzeniu, zobaczyła nad sobą stojącego z siekierą w prawym ręku Marcela nie przestraszyła się. Wiedziała, że nie mógłby jej, ani nikogo z rodziny, skrzywdzić, pomimo tego, że zdarzenia sprzed prawie roku na pewno skrzywiły jego psychikę. Patrzyli na siebie dłuższą chwilę, po czym Marcel przyklęknął przed łóżkiem, wziął jej rękę leżącą wzdłuż siennika w swoje dłonie, czule ścisnął i pocałował, przez dłuższą chwilę przytrzymując ją przy ustach.
- Muszę odejść - powiedział.
Po raz pierwszy usłyszała jego głos.
- Nie za wcześnie? - spytała, trochę jeszcze zaspana.
- Już na mnie czas. Zrobiłem wszystko, co powinienem - powiedział cały czas trzymając jej rękę w swoich dłoniach.
- Domyślam się gdzie znikałeś na całe popołudnia - powiedziała Motylkowa. - Czy na pewno jesteś już gotowy? - spytała.
- Bardzo mądra z ciebie kobieta - powiedział cały czas patrząc jej w oczy. - Tak, jestem już gotów - dodał.
- Jak myślisz, czy Bóg im wybaczy? - spytała.
- Nie wiem. Być może - odpowiedział kręcąc głową. - Jedno wiem na pewno, za to, co zrobię, mi nigdy nie wybaczy - odpowiedział.
- Będą cierpieć ?- spytała głaszcząc wolną ręką, jego bujną czuprynę.
- Okrutnie.
- To dobrze. Wierzę w sprawiedliwość i nie tylko w tą w zaświatach. Wierzę w to, że każdy na nią zasługuje. A ty masz do niej teraz największe prawo. Cóż by nasze życie było warte, gdybyśmy bez odrobiny godności byli skazani na rzeź jak barany? Niech Bóg cię prowadzi, chłopcze. Będę się za ciebie modliła. Za ciebie, za twoich rodziców, twoją żonę i dzieci - powiedziała ściskając mu rękę.
- Dziękuję za wszystko - odpowiedział wstając. - Przeproś od mnie syna za to, że go kiedyś uderzyłem. Był dla mnie dobry pomimo tego, że nie miał ze mną dobrych wspomnień.
- Pamiętałeś... - powiedziała uśmiechając się. - Przeproszę. Tak, jest dobrym człowiekiem - przyznała. - Zachowawczy po swoim ojcu, ale dobry - dodała.
Kiedy opuszczał gospodarstwo, było jeszcze ciemno. Zapakował czterokołowy wózek rzeczami, których się przez ostatnie pół roku dorobił i ciągnąc go odszedł w stronę miasteczka. Po kilku kilometrach zboczył z drogi i wszedł do lasu. Następnie przedzierając się przez trudno dostępne zarośla, dotarł do jednej z dwóch kryjówek, które w tajemnicy budował przez ostatnie miesiące. Otworzył znajdującą się w niej skrzynię, wyjął ze środka kilka rzeczy, między innymi trzy półmetrowe sienniki i pelerynę pozszywaną z worków. Zdjął z siebie wyświechtaną marynarę i cisnął do skrzyni. Naciągnął na siebie pelerynę, założył na głowę stary, dziurawy kapelusz, który miesiąc wcześniej zdjął ze stracha na wróble i przepasał się sznurkiem. Wyszedł z szałasu, zapakował sienniki na wózek i z powrotem ruszył przez las, ciągnąc swój prowizoryczny wehikuł na drewnianych kółkach w stronę miasteczka. Kiedy dotarł na miejsce zaczęło świtać. Zatrzymał się na rynku tuż przed kościołem. Wyjął z wózka jeden siennik, przysiadł na nim, oparł się o swój pojazd i tak doczekał poranka. Następnie siedząc tak pół dnia obserwował przechodzących po rynku ludzi. Większość z nich zmierzało w kierunku kramów rozmieszczonych po drugiej stronie placu. Było to typowe miasteczko okresu przedwojennego. Centralnym punktem był kościół. Po jego lewej stronie murowane kamienice, w których znajdowała się między innymi poczta, cukiernia, kilka szykowniejszych sklepów. Po drugiej stronie rynku, bardziej w oddali, rozmieszczone były kramy, przy których kręciło się najwięcej ludzi: kupujących i sprzedających, szukających roboty, rzemieślników. Po prawej zaś stronie rynku znajdowały się najbardziej okazałe zabudowania przedwojennego starostwa, w tej chwili zajmowane przez Niemców. I to te zabudowania najbardziej interesowały Marcela. Praktycznie znał je wszystkie jak dziury w swoich kieszeniach. Znał je stąd, że przed wojną do wszystkich tych domów wraz z ojcem dostarczał mięso i wędliny. Niejednokrotnie biegał z dziećmi właścicieli tych kamienic biegał po pokojach, piwnicach i strychach. W większości były one zamieszkane przez bogatych mieszczan i Żydów. Po kilku dniach siedzenia przy wózku, o którego miał oparte dwie, wystrugane przez siebie wcześniej kule, nikt się nim nawet nie interesował.
- Kolejny żebrak - zwróciła się jedna z przechodzących kobiet do swojej towarzyszki, którą prowadziła pod rękę. - Kiedyś to było takie ładne, spokojne miasteczko - skomentowała.
- Co zrobisz kochana, coraz większa bieda, to i żebraków będzie przybywać - odpowiedziała druga, rzucając Marcelowi drobną monetę pod przycupnięte nogi.
- Dziękuję jaśnie pani - powiedział podnosząc pieniądz z chodnika. Ta sytuacja przypomniała mu jak sam niejednokrotnie rzucał drobne monety biedakom, wychodząc z niedzielnej mszy - jak to człowiek nigdy nie wie, co go jutro czeka - pomyślał.
- Może zjadłbyś coś? - Marcel usłyszał znajomy głos za sobą - Nic wielkiego, ale gorącymi kartoflami mogę cię poczęstować - dodał głos za pleców. Marcel odwrócił się odruchowo. Przed nim stał ksiądz proboszcz. Bardzo dobrze go znał, jemu też wraz z ojcem dostarczali mięso. - Widzę cię przy tym wózku od kilku dni, a nie zauważyłem żebyś coś jadł - kontynuował ksiądz, zwracając się jakby do kogoś obcego, bo przecież Marcela w nim nie rozpoznał. Zresztą nie ma co się dziwić. Jego, świętej pamięci, ojciec też by miał kłopot z jego identyfikacją. Długie, zapuszczone włosy. Broda zakrywająca szyję. Kapelusz sprzed stu lat, głęboko wciśnięty na czoło. Przewiązana sznurkiem derka zamiast płaszcza, dziurawe buty. Na pewno ten człowiek nie kojarzył się z synem zamożnego chłopa sprzed wojny.
- Jak by ksiądz mógł poczęstować, to z serca dziękuję - odpowiedział Marcel.
- Z daleka pochodzisz? - spytał proboszcz - Bo wcześniej cię tu nie widziałem.
- Z daleka, proszę ojca. Z bardzo daleka - odpowiedział zerkając na księdza spod kapelusza.
- Roboty szukasz? - spytał ksiądz.
- Ano, zdałoby się.
- A co ty umiesz robić? Mnie pracownik nie jest potrzebny, ale może będę coś słyszał, to bym cię polecił.
- Wszystkiego po trochu umiem. Wie ojciec, z niejednego gara się jadło... trochę murarki, stolarki, trochę znam się na ziemi i zwierzętach - odpowiedział Marcel.
- W takim razie jak coś usłyszę to ci powiem. A teraz chodź, zjesz sobie tych kartofli, a może i skwarek Mosiowa coś znajdzie - powiedział ksiądz, ruszając w stronę plebanii. - Ten wózek możesz tu zostawić - dodał, kiedy zobaczył, że Marcel chce zabrać ze sobą swój dobytek. - Tu, sprzed kościoła nic ci nie zginie - zapewnił. - Masz gdzie spać? - spytał ksiądz idąc przodem.
Tak - odpowiedział Marcel, jednak nie sprecyzował, że sypia w jednej ze swoich ziemianek. I tak nic by to nie zmieniło.
Kiedy znaleźli się na plebanii, proboszcz zaprowadził Marcela do kuchni. Tam gospodyni, Mosiowa, nakarmiła go kartoflami ze skwarkami. Po tym, niewątpliwie sytym i pysznym, posiłku Marcel wrócił do swojego wózka i nadal obserwował budynek starostwa. Po miesiącu wiedział już bardzo dużo o zachowaniach, przyzwyczajeniach i codziennych czynnościach, które Niemcy wykonywali, w tej placówce. Oprócz katowania ludzi, gnębienia okolicznych chłopów, pilnowania odbieranych przez siebie wcześniej narzuconych kontyngentów, praktycznie nie mieli nic więcej do roboty. Więc nie ma się, co dziwić, że żaden z esesmanów nie kwapił się do oddelegowania na front wschodni, przed którym drżeli jak antylopa w czasie przeprawy przez rzekę, i żeby tam nie trafić gotowi byli zrobić wszystko, nawet największe plugastwo.
- Jesteś tu od miesiąca. Zauważyłem, że cały czas obserwujesz posterunek - powiedział proboszcz zbliżając się któregoś dnia do majdanu Marcela. - Kim jesteś? - spytał. Marcel spojrzał na niego przenikliwie, nie wiedząc czy może mu zaufać do końca. Jednak po chwili pozbył się wątpliwości, zdjął z głowy swój idiotyczny kapelusz, obiema dłońmi przeczesał zapuszczone włosy tym samym odsłaniając czoło i część twarzy. Proboszcz chwilę się przyglądał, nagle w jego oczach pojawiła się trwoga.
- To ty! - powiedział przełykając ślinę - Chłopak Banacha! - dodał - Tak mi przykro... - w pamięci miał, podobnie jak wszyscy w okolicy, wydarzenia w gospodarstwie Banachów - Nigdy nie zapomnę chrzcin Bronusia - powiedział po chwili, kiedy już ochłonął. - Nieczęsto człowiek może być świadkiem lata w środku zimy. Bo jak inaczej można powiedzieć o dniu, kiedy temperatura przekracza dwadzieścia stopni a przecież jest koniec grudnia? Powiedziałem wtedy, że Bronuś na pewno będzie szczęśliwym człowiekiem, skoro Pan Bóg przyjmuje go do swojej rodziny w tak przepiękny dzień. Nigdy wcześniej takiego dnia nie przeżyłem - powiedział przyglądając się Marcelowi.
- I pewnie byłby szczęśliwy do dziś, gdyby nie demon, który zszedł na ziemię - zacytował Marcel.
- Pamiętasz tamto kazanie?
- Nigdy go nie zapomnę.
- Jednak mówiłem w nim też, że ludzi dobrych jest o wiele więcej.
- Widać mi było dane poznać tych najgorszych. Nie każdy ma takiego pecha - odpowiedział Marcel. Proboszcz pokiwał tylko głową.
- Co chcesz zrobić? - spytał.
- Pozabijać ich - odpowiedział krótko.
- Wiem, że jako twój ksiądz, powinienem cię od tego zamiaru odwieźć - powiedział proboszcz ściskając różaniec w ręku. - Ale oprócz tego, że jestem księdzem, jestem także człowiekiem i zdaję sobie sprawę z tego, że podjąłeś już decyzję i z moim zdaniem liczył się nie będziesz. Zresztą sam nie wiem, co bym zrobił na twoim miejscu. Oczywiście, jeżeli miałbym tyle odwagi żeby zabić bliźniego. Z drugiej strony, jak pomyślę, że ktoś, kto uważa się za człowieka mógłby dokonać tego, co zrobili ci mordercy - mam mętlik w głowie. Zastanawiam się czy oni są jeszcze ludźmi. Myślę, że Najświętsza Panienka wybaczy mi to co teraz powiem, ale z twojego zamiaru cię rozgrzeszam. Myślę, że na pokutę jedna "Zdrowaś Maryja" wystarczy - powiedział ściskając jego ramię - Musisz na siebie uważać. Jeżeli ja zauważyłem to, że obserwujesz posterunek, Niemcy też mogą na to zwrócić uwagę - dodał po chwili.
- Dla nich jestem nikim, śmierdzącym duchem za życia. brzydziliby się nawet mnie dotknąć - powiedział wskazując ręką na swoje brudne łachmany.
- Obyś się nie pomylił.
- Przechodzą nieraz obok mnie, widzę ich obojętność i wstręt do takich jak ja - odpowiedział Marcel.
- Rasa panów - powiedział proboszcz, kręcąc głową. - Kto by pomyślał, że w dwudziestym wieku, po kilkudziesięciu latach polskiej udręki, tylko dwadzieścia lat nam przypadło słodkiej wolności, nadziei, spokoju i poczucia bezpieczeństwa? Kto by pomyślał, że znów sąsiad będzie nas deptał butem? Kto by pomyślał... ? - dodał ksiądz, po czym się oddalił.
W ciągu kolejnych dwóch tygodni proboszcz nie pokazywał się w towarzystwie Marcela. Nie chciał wzbudzać tym niczyjego zainteresowania. Bał się, że ktoś może niepotrzebnie zwrócić na to uwagę. Nie bał się o siebie. Wiedział czym Marcel ryzykuje, gdyby go esesmani złapali. Wiedział też, że wśród polaków były przegniłe owoce, które mogą chcieć przysłużyć się esesmanom. Marcel cały czas obserwował posterunek. Po kolejnych dwóch tygodniach wiedział o Niemcach prawie wszystko. Wiedział, w których piwnicach katują aresztowanych ludzi - robili to praktycznie cały dzień, a niejednokrotnie i nocą. Dochodzące wtedy krzyki na to wskazywały. Podejrzewał, że w tym czasie robili to po pijanemu. Wiedział, że na posterunku stacjonowało ich ośmiu. Wiedział też, że raz w tygodniu trzech z nich jeździ po prowiant. Wyjeżdżali po południu, wracali rano. Widać nocne podróże im nie służyły. Wiedział również, że nie korzystają ze strychu w kamienicy, w której kwaterowali - nigdy nie paliło się tam światło. Wiedział nawet, co który z nich robi za dnia, ponieważ w tym czasie okna były odsłonięte. Z czasem poznał wszystkie ich imiona. Trzy z nich w głowie z pamiętnego dnia, w czasie jatki, którą urządzili w jego rodzinnym gospodarstwie: Günter, Helmut i kanalia, podoficer Joachim Szpec - tych imion nie zapomni nigdy.
*
Po trzech miesiącach obserwacji i przygotowań, z chwilą nadejścia wiosny, Marcel był gotowy do swojej życiowej krucjaty. Wiedział, co robi. Zdawał sobie sprawę, że zemsta może nie być kompletna. On był jeden, ich ośmiu. Chociaż tego dnia upewnił się, że trzech z nich pojechało po prowiant, więc zostało pięciu.
Pomimo że szykował się do tego od miesięcy, nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć. Jaki element nie zagra? Zawsze coś może pójść nie tak. On jednak był gotów odchodząc z tego świata zabrać ze sobą jak najwięcej ludzkiego pomiotu.
Była jedenasta w nocy, kiedy ze swoim wózkiem odjechał spod kościoła. Po kilku minutach zaparkował nim w zaciemnionym pobliżu budynków starostwa, choć nie bardzo musiał się starać, ponieważ tej nocy całą okolicę spowiły ciemne chmury. Z dna wózka wyjął trzy rzeźnicze noże do podcinania i rozpłatywania zwierząt, które będąc jeszcze u Motylkowej zabrał ze zgliszczy swojego gospodarstwa. Przypasał je przy boku, następnie przewiązał się trzema półmetrowymi materacami. Siekierę przewiesił przez ramię i ruszył w kierunku posterunku policji. Kiedy tam dotarł panowała cAisza co i raz przerywana krzykiem dochodzącym z piwnic budynku. Podszedł do drzwi głównych, lekko nacisnął klamkę, upewnił się, że były zamknięte od środka. Niemcy co noc ryglowali się w swoim bunkrze ze względu na zbyt aktywną w okolicy partyzantkę. Chociaż nigdy bezpośrednio przez nią nie byli zaatakowani, mieli rozkaz zamykania posterunku na noc. Marcel poszedł na tyły starostwa. Tu skierował się do komórki ze składem drewna, przylegającej do budynku. Wdrapał się na nią, a następnie występami w murze wspiął się na balkon. Zajrzał przez szybę, było ciemno. W pomieszczeniu za oknem znajdował się dawny salon, który aktualnie służył za biuro. Marcel doskonale znał rozkład pomieszczeń, jednak nie ryzykował wejściem w tym miejscu. Domyślał się, że w sąsiadującym z salonem pomieszczeniu cześć z Niemców może spać. Wszedł na barierkę balkonową, wyciągnął ręce do góry, złapał się konara dębu rosnącego przy ścianie budynku, podciągnął się na ramionach, mocno rozbujał i lewą nogę oparł na dachu. Następnie zaparł się o niego prawą nogą i wciągnął na gałąź. Po chwili przesunął się po niej okrakiem i, po dotarciu do występu, stanął na stromym dachu. Na czworakach wdrapał się na jego szczyt, po czym będąc już przy włazie prowadzącym na strych, chciał go delikatnie unieść. Jednak pokrywa była przytwierdzona od środka. Spodziewał się tego, wyjął krótki nóż zza paska i delikatnie podważał jedną z dachówek. Po kilku ruchach nożem puściła. Później następną i następną. Wszystkie oderwane dachówki odkładał delikatnie na właz znajdujący się przy kominie, żeby czasami nie zsunęły się na dół, robiąc zapewne przy tym sporo hałasu. Po dwudziestu minutach stwierdził, że oderwał ich na tyle dużo, że otwór jest już wystarczający. Zdjął materace ze swoich pleców, obwiązał je sznurkiem i zaczął spuszczać na dół. Musiał tak zrobić, ponieważ szpara między łatami, do których były przytwierdzone dachówki miała nie więcej jak czterdzieści centymetrów, tak że razem z pakunkiem na plecach po prostu by się nie zmieścił.
Kiedy już materace znalazły się na podłodze strychu, przewiązał sznur dookoła komina, przy którym wcześniej zdjął dachówki, okręcił tułów liną i sam zaczął opuszczać się na dół. Robił to bardzo ostrożnie, bez najmniejszego szmeru. Gdy znalazł się już na strychu, zdjął buty, rozłożył na podłodze materace, jeden obok drugiego, położył się na nich i zaczął przesuwać w stronę schodów, cały czas przekładając materace spod nóg pod głowę. I tak, w ślimaczym tempie, sześć metrów, które dzieliły go od schodów, przebył w czterdzieści minut. Musiał zachować taką ostrożność, ponieważ w pokoju pod nim, mógł być któryś z pięciu Niemców. Marcel nie mógł sobie pozwolić na to, żeby któraś ze starych desek niespodziewanie zaskrzypiała. Kiedy znalazł się na schodach, musiał zaryzykować. Tu nie miał już wyjścia, żaden materac w tym miejscu by się nie sprawdził. Gołą stopą najpierw delikatnie naciskał podłogę i jeżeli któraś z desek wydawała się być podejrzana, próbował w drugim miejscu, cały czas nasłuchując. Najbardziej przeszkadzały mu dochodzące z dołu odgłosy torturowanych ludzi. Po zejściu ze schodów, delikatnymi kroczkami zaczął przesuwać się na środek korytarza. Rozejrzał się, było w nim pięcioro drzwi, w tym trzy zamknięte. Zajrzał przez pierwsze uchylone, zobaczył trzy łóżka. Na jednym z nich leżała postać na boku, przykryta kocem do połowy. Marcel chwycił oburącz siekierę i ruszył w kierunku łóżka. Stąpał na palcach jak baletnica, nie odrywając przy tym wzroku od swojego celu. Kiedy już zbliżył się na wystarczającą odległość, zatrzymał się, głęboko nabrał powietrza, przymierzył, wykonał lekki zamach i obuchem uderzył w środek głowy. Usłyszał tyko słaby jęk. Postać na łóżku była unieruchomiona. Nie zabił go. Wiedział, co robi, w rękach miał zegarmistrzowską precyzję. Związał i zakneblował unieruchomionego Niemca, chociaż domyślał się, że i tak z godzinę będzie nieprzytomny. Zrobił to jednak na wszelki wypadek. Po chwili wyszedł z pokoju i zajrzał przez następne uchylone drzwi. W tym pomieszczeniu również znajdowały się trzy łóżka. Tu jednak nie zastał nikogo. Zajrzał do kolejnego otwartego pokoju - też był pusty. Podszedł do pierwszych zamkniętych drzwi. Przystawił ucho - za nimi panowała cAisza. Nacisnął delikatnie klamkę i leciutko pchnął drzwi. Prawą rękę mocno zacisnął na trzonku siekiery. Przez uchyloną szczelinę wsadził głowę do środka i stwierdził, że ten pokój służył za składzik. Zamknął go i podszedł do ostatnich drzwi na tym piętrze. Wykonał te same czynności co przy poprzednich, najpierw przyłożył ucho, następnie nacisnął klamkę i pchnął. Przez szparę w drzwiach jego oczom ukazał się ciąg pisuarów, a na przeciwległej ścianie rząd kabin toaletowych.
- Zrobili tu sobie kible - pomyślał. Kiedy jako chłopiec biegał po tym budynku, na piętrze w ogóle nie było węzła sanitarnego. Wszedł po cichutku do środka nasłuchując, ale tu też panowała cisza. Popatrzył chwilę, po czym zawinął się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Kiedy był już przy drzwiach, nagle usłyszał spuszczaną wodę w sedesie. Odruchowo się odwrócił. W tym samym czasie otworzyły się drzwi jednej z kabin i stanął przed nim zaskoczony esesman zapinający sobie spodnie. Był kompletnie zdezorientowany tym, co zobaczył. Spojrzeli sobie w oczy. Marcel pchany instynktem uniósł do góry ramiona uzbrojone w siekierę i krótkim, lecz mocnym ciosem uderzył nią w Niemca. Niemalże w tym samym czasie, część głowy zaskoczonego esesmana, wraz z uchem, spadła pod jego nogi. Chwilę później reszta Niemca osunęła się na podłogę i tylko głucho na niej jęknęła.
Ot szelma! Dobrze, że się przed śmiercią chociaż wysrałeś - powiedział sam do siebie, patrząc na zdechłego esesmana. Następnie skierował wzrok na drzwi wejściowe, nasłuchiwał przez moment, jednak nic za nimi się nie działo. Nacisnął klamkę, uchylił je, wyjrzał na zewnątrz i upewniwszy się jest pusto, znów wyszedł na korytarz. Podszedł do schodów i znów delikatnie, gołymi stopami zaczął schodzić po stopniach uprzednio je sprawdzając. Kiedy dotarł do półpiętra, usłyszał muzykę. Nie znał się na niej, jednak wiedział, że nie była to muzyka do potańcówki. Trochę ośmielony dźwiękami dochodzącymi z dołu zaczął schodzić z większą pewnością siebie. Gdyby nawet któraś z desek zaskrzypiała, to i tak nikt by jej nie usłyszał. Po chwili znalazł się na parterze, gdzie rozkład pomieszczeń był bliźniaczy z górnym piętrem, z tą tylko różnicą, że o jedne drzwi było mniej, a wynikało to z tego, że dwa pokoje były połączone w jeden. Na razie wykluczył sprawdzanie łazienki i składzika - do obu drzwi były zamknięte. Najpierw postanowił obejrzeć dwa otwarte pokoje. Po przejściu trzech metrów, powolutku wsadził głowę za futrynę do połączonego pokoju, pozostawiając resztę swojego ciała na korytarzu. W środku zobaczył siedzącego na kanapie pod oknem esesmana, który robił wrażenie śpiącego, jednak po poruszającej się głowie Marcel domyślił się, że esesman nie śpi, tylko z zamkniętymi oczami słucha i z fascynacją przeżywa tony wydobywającej się z gramofonu muzyki. Marcel powolutku, z siekierą uniesioną do góry ruszył w jego kierunku, nawet na ułamek sekundy nie spuszczając wzroku z kołyszącego się esesmana. Kiedy już przed nim stanął, zaparł się w rozkroku. Tamten nadal był w muzycznej otchłani. Marcel powoli przewiesił siekierę z powrotem przez ramię i równie powoli wyjął zza paska jeden z dłuższych noży. Chwycił go oburącz i jego ostrze zbliżył do gardła esesmana. Chwilę późnie go dotknął. Niemiec wyczuwając coś zimnego i ostrego na swoim gardle chciał się gwałtownie poderwać do góry. Jednak ostrze noża zatrzymało go na kanapie.
- Nu, nu, nu - powiedział Marcel, ogłupiałemu Niemcowi, kręcąc przy tym głową - Nawet nie drgnij - dodał.
Zaskoczony Niemiec przełknął ślinę. Prędzej spodziewałby się kosmitów, niż tego, że ktoś będzie mu chciał urżnąć łeb.
- Günter? - spytał Marcel esesmana.
- Helmut - odpowiedział Niemiec kręcąc przy tym przecząco głową.
- Helmut... - powtórzył za nim - to też dodrze! - dodał - Teraz, Helmut, powoli się podniesiesz i przejdziemy do słupa - powiedział Marcel wskazując głową stojący na środku pokoju stempel podtrzymujący konstrukcję. Niemiec wstał, cały czas z ostrzem noża na gardle, z którego małym ciurkiem sączyła się krew, powoli przemieścili się w stronę słupa, cały czas patrząc sobie w oczy, kiedy już się przy nim znaleźli.
- Otwórz paszczę - powiedział Marcel, następnie wyjął z kieszeni kawałek szmaty i wetknął ją na siłę w usta esesmana. Ten odetchnął z ulgą, bo przecież nie po to knebluje się komuś usta, żeby go po chwili zarżnąć.
Następnie Marcel przerzucił metrowej długości sznur przez kark esesmana. Cały czas trzymając nóż na jego krtani, lewą ręką złapał za jeden z końców, przeciągnął go za słup, po chwili zrobił to samo z drugim końcem sznura. Potem mocno je razem chwycił, tym samym przytwierdzając esesmana do stempla. Zrobił to z taką siłą, że ten na chwilę stracił oddech. Wsunął nóż za pasek i teraz obiema rękami związał oba końce. Następnie podszedł do stołu, wziął jedno z krzeseł wsunął je między słup a esesmana
- Siadaj Helmut - powiedział Marcel,
Niemiec usiadł, cały czas dysząc z wściekłości nosem, nadal nie rozumiejąc skąd się tu wziął facet z siekierą. Marcel związał esesmanowi ręce za słupem i odszedł w stronę drzwi.
- Zaczekaj tu na mnie Helmut, zaraz wrócę - powiedział.
Wszystko odbyło się w idealnej ciszy. Marcel wyszedł z pokoju, zamknął za sobą drzwi i powoli ruszył w kierunku wyjścia z posterunku. Korytarzem dotarł do przybudówki, gdzie znajdowała się dyżurka. Powoli wystawił głowę zza futryny, na końcu korytarza za przeszklonym kontuarem siedział Niemiec czytający książkę.
- Za daleko - pomyślał Marcel, po czym się wycofał.
Chwilę później dotarł do schodów, szedł nimi powoli do piwnicy, nie zachowując już ostrożności. Tu i tak nikt by go nie usłyszał - zbyt głośne krzyki dochodziły z katowni. Kiedy był już blisko, powoli podszedł do drzwi, z których hałas był najbardziej donośny. Zajrzał do środka i zobaczył człowieka wiszącego z rękami przywiązanymi do haka w suficie, a przed nim, smagającego go pejczem, zapoconego esesmana. Marcel przez chwilę się temu przyglądał. Rozejrzał się po pomieszczeniu, pomyślał przez moment, zauważył, że tuż przy drzwiach wejściowych stoi oparty o ścianę karabin. Schylił się zerkając, to na esesmana, to na karabin. Wysunął rękę za futrynę, chwycił broń i powoli się wycofał. Ruszył długim, piwniczym korytarzem, otwierając kolejno skoble przy zaryglowanych drzwiach. Robił to bardzo cicho. Kiedy zajrzał do pierwszego z pomieszczeń, zobaczył trzech przestraszonych mężczyzn, kiwnął do nich ręką, jednocześnie drugą przyłożył do ust
- Psst - zasyczał.
Zrozumieli i po cichu zaczęli wychodzić z celi na korytarz. Marcel otworzył następne drzwi wypuszczając kolejnych dwóch. Kiedy otworzył jeszcze jedne, w rogu za pryczą zobaczył skuloną dziewczynę. Podszedł do niej z palcem na ustach, podniosła się z nadzieją w oczach, drugą ręką Marcel przywołał ją do siebie, podeszła z ufnością, wziął ją pod ramię i wyprowadził na korytarz, na którym stało już pięciu zdezorientowanych mężczyzn.
- On jest tam sam, zapocony i zmęczony - powiedział Marcel wskazując drzwi skąd dochodziły jęki katowanego więźnia. - Zabrałem mu karabin. Dacie chyba sobie radę z nim w pięciu - dodał, patrząc po kolei wszystkim w oczy.
- A co z tymi na górze? - spytał wąsaty, postawny mężczyzna.
- Są unieruchomieni. Jak inaczej bym się tu dostał? - odpowiedział Marcel. Odetchnęli z ulgą - Tylko żebyście mi go nie zabili. Jednak przypilnujcie, żeby darł mordę w niebogłosy! - mówiąc to Marcel zacisnął podniesioną pięść do góry - A ty chodź ze mną - tu Marcel zwrócił się do dziewczyny, po czym ruszył w kierunku schodów.
Ona udała się za nim. Kiedy doszedł do ostatniego stopnia, stanął obok drzwi i przyciągnął dziewczynę, wpychając ją za siebie. Zdjął z ramienia siekierę, chwycił ją oburącz, i czekał. Nie trwało to zbyt długo. Katujący esesman sam stał się ofiarą, a jego krzyki były o wiele bardziej przeraźliwsze niż jego poprzednika na haku. Po kilku minutach Marcel usłyszał łoskot butów tłukących o drewnianą podłogę. To Niemiec siedzący w dyżurce, usłyszawszy skamlącego kamrata rzucił mu się na ratunek, nie zdając sobie oczywiście sprawy, co za niespodzianka go na dole czeka. Kiedy otworzyły się drzwi do piwnicy, Marcel był gotów. Niemiec, po wtargnięciu na schody, prawą ręką odruchowo chwycił poręcz. W tym samym czasie, trzymający nad głową siekierę Marcel, z całej siły opuścił ją w dół. Jeden krzyk rozpaczy połączony z lamentem i ręka esesmana sturlała się wraz z odciętą poręczą na dół. Po tym ciosie Niemiec upadł na schody kilkakrotnie po nich koziołkując. Kiedy Marcel zszedł do niego, esesman lewą ręką trzymał swój prawy kikut.
- Przewiąż ją paskiem, - powiedział, przyglądając się bryzgającej krwi z ramienia - bo mi się jeszcze wykrwawisz - dodał i poszedł w stronę katowni.
- Żyje? - spytał otaczających esesmana mężczyzn, kiedy wszedł do środka.
- Żyje - odpowiedział ten wąsaty.
- To dodrze. Zwiążcie go i zabierzcie na górę - powiedział Marcel patrząc na niemalże płaczącego kata. - I pomóżcie temu wychłostanemu biedakowi - dodał wskazują na odwiązanego już z haka, skatowanego mężczyznę. - Ja zaraz do was dołączę - dodał podchodząc do esesmana z uciętą ręką - Wstawaj, idziemy - powiedział.
Niemiec podniósł się trzymając przewiązanego kikuta zdrową dłonią, spojrzał przy tym na leżącą pod ścianą odciętą rękę.
- Nie patrz tak na nią, do niczego już ci nie będzie potrzebna. Jeżeli przeżyjesz, konia nauczysz się walić lewą - powiedział Marcel popychając esesmana po schodach. Kiedy wszedł na górę, uwolnieni mężczyźni stali skupieni wokół związanych dwóch esesmanów.
- Jesteście wolni - powiedział Marcel do mężczyzn, kiedy wszedł do podwójnego pokoju. - Jak stąd wyjdziecie nie wracajcie do swoich domów. Obława nie zacznie się przed południem, więc macie sporo czasu.
- Co mamy zrobić? gdzie iść? - spytał jeden z mężczyzn.
- Mnie nie pytaj. Ja sam nie mam co ze sobą zrobić. Już dawno mnie te ścierwa pozbawiły domu - powiedział Marcel patrząc na esesmanów. - Musicie mu pomóc, sam sobie nie poradzi - dodał wskazując na skatowanego.
Dwóch mężczyzn wzięło go pod ramiona i wyszli. Pozostali także opuścili budynek. Marcel został sam z trzema esesmanami, podszedł do Helmuta, wyjął mu knebel z ust.
- Już ci nie będzie potrzebny - powiedział odwracając się w stronę kata z piwnicy. - Jak ci na imię - spytał.
- Günter - odpowiedział esesman.
Marcel pokiwał głową, palcem wskazującym przywołał go do siebie. Ten, związany jak baran, ruszył w jego kierunku, drepcząc niemalże w miejscu. Kiedy do niego dotarł, Marcel chwycił za oplatający go sznur i pchnął w kierunku stołu. Esesman nie utrzymał równowagi i się przed nim przewrócił.
- Kładź się na nim! - rozkazał Marcel.
Niemiec posłusznie położył się na stole. Wszyscy esesmani w tym czasie uważnie przyglądali się Marcelowi. Zdawali sobie sprawę, że nie przypuścił ataku na posterunek bez sensu. Jednak nie mieli najmniejszego pojęcia, kim jest i co ich czeka. Marcel w tym czasie skrupulatnie przywiązywał nogi esesmana do stołu. Najpierw rozsupłał niechlujny powróz, który zrobili mu wcześniej uwolnieni mężczyźni, następnie w fachowy sposób przewiązał mu prawą nogę w kostce, zrobił na niej kilka supłów, po czym sznur przerzucił pod stołem i po chwili zrobił to samo z drugą nogą, tylko że na niej robiąc pętlę. Dalej przełożył przez nią końcówkę sznura, z całej siły pociągnął rozkraczając tym samym nogi Niemca do granic wytrzymałości. Esesman tylko jęknął, nie mogąc teraz nawet poruszyć którąś z dolnych kończyn. Po chwili zrobił to samo z jego rękoma.
- Zapłacisz za to Polaczku - warknął esesman do Marcela. - Ty i pięćdziesiątka innych polskich śmieci! Zapłacicie, za to, co zrobiłeś - dodał nieomalże sycząc.
- Co zrobiłem? Na razie nic nie zrobiłem. Zdziwisz się dopiero po tym, co zrobię - odpowiedział Marcel ze stoickim spokojem. - A ty jak masz na imię? - zwrócił się tym razem do esesmana z odciętą ręką.
- Klaus - odpowiedział przestraszony i obolały,
- To twój szczęśliwy dzień, Klaus - powiedział Marcel patrząc w jego przerażone oczy. - Rusz się, idziemy - dodał popychając go przed sobą.
Ten, cały czas trzymając uciętego kikuta, ruszył przed nim. Marcel nie wiązał go. Wyszedł z założenia, że esesman jest tak bezbronny, że nic głupiego nie przyjdzie mu do głowy. Chwilę później obaj wchodzili schodami na górę. Po kilku minutach byli na strychu. Marcel zabrał swoje trzy materace i ruszyli w drogę powrotną. Na piętrze weszli do pokoju, gdzie leżał pierwszy, obezwładniony Niemiec. Marcel podszedł do niego, wyjął knebel z ust, Niemiec już wcześniej odzyskał przytomność.
- Jak masz na imię? - spytał.
- Lutz - odpowiedział Niemiec, rozglądając się dookoła, nie bardzo wiedząc, co się dzieje.
Przeraziła go odrąbana ręka kolegi. Marcel złapał za sznur przy jego związanych stopach i pociągnął za sobą jak worek z kartoflami, kierując się w stronę wyjścia. Esesman z odrąbaną ręką szedł przed nimi. Po chwili Marcel wlókł esesmana po schodach. Aż dziw, że sobie nic nie połamał. Jego głowa podskakiwała na stopniach jak piłka na boisku. Kilka minut później byli już w podwójnym pokoju, razem z pozostałymi esesmanami.
- Gdzie jest Joachim Szpec? - spytał Marcel, nie podnosząc wzroku znad przywleczonego z góry Niemca. Panowała cisza.
- Spytam raz jeszcze, który odpowie - przeżyje. A tylko wy dwaj macie na to szansę - dodał podnosząc wzrok na tego z odrąbaną ręką.
- Pojechał po prowiant - odpowiedzieli obaj jednocześnie.
- No trudno, jak pech, to pech - powiedział Marcel, rozpruwając swoje materace. Z pierwszego z nich wyjął kawał wyprofilowanej, grubej blachy. Położył ją na stole obok skrępowanego Güntera. Z następnego materaca wydobył żołnierski bidon i nożyce krawieckie. Bidon także postawił obok Güntera, a z nożycami podszedł do słupa, przy którym przywiązany był Helmut. Zza paska wyjął krótki nóż, przyłożył jego ostrze do bluzy esesmana, wbił go i rozciął na całej długości, tym samym odsłaniając jego klatkę piersiową.
- Co ty chcesz zrobić? - spytał Helmut przełykając ślinę.
Marcel nic nie odpowiedział. Rozejrzał się po pokoju, podszedł do szafki stojącej pod oknem, zdarł z niej szmatę imitującą obrus, wziął jeden ze stołków i z powrotem podszedł do Helmuta. Postawił przed nim taboret i usiadł. Trzymany w ręku nóż przystawił do jego krtani i powoli zaczął przesuwać do dołu, cały czas patrząc esesmanowi w oczy. Ostrze noża zatrzymał na wysokości łącznika górnych żeber. Przycisnął lekko rękojeścią, tym samym nacinając skórę, spod której popłynęła strużka krwi. Esesman zaczął się szarpać.
- Przestań! Przestań! Dlaczego to robisz? Co ja ci zrobiłem? Jestem tylko żołnierzem! Przecież jest wojna, ja wykonuję tylko rozkazy! - krzyczał głośno, tak jakby ktoś mógł mu pomóc.
- Tu nie chodzi o wojnę, Helmut. Ty i bez niej byłbyś bestią. Być może zrobiłeś już tyle złego, że nawet nie wiesz, za jakie grzechy dzisiaj zdechniesz. Być może nie pamiętasz swojego okrucieństwa sprzed roku, ale ja je pamiętam, bo tam byłem, stałem za stodołą i patrzyłem - mówiąc to Marcel przesuwał ostrze noża do dołu. Krew sączyła się coraz bardziej - Patrzyłem i nie mogłem nic zrobić - kontynuował. - Stałem i płakałem jak małe dziecko, kiedy po gwałcie na mojej żonie, przebiłeś ją szpadlem, a ja patrzyłem jak wypływa z niej moje nienarodzone dziecko. Jeszcze nie rozumiesz, że to twoje ostatnie chwile?! - dodał podnosząc wzrok na jego przerażone oczy.
- To jakiś obłęd! Nie wiem, o czym mówisz! Wypuść mnie, proszę, wypuść - esesman niemalże zaskamlał.
Mam cię wypuścić? - spytał Marcel z niedowierzaniem - Myślisz, że po to przez rok błagałem diabła, aby choć na chwilę darował mi twoje plugawe życie? Miałbym cię teraz wypuścić? Jeszcze tego nie rozumiesz, Helmut? Zaprzedałem mu swoją duszę! Zastanów się, to byłoby wbrew logice. Będziesz cierpiał, Helmut. Pokarzę ci twoje plugawe wnętrze. Może się czegoś przez to nauczysz. Choć w tym życiu, już ci się to na nic nie przyda - mówiąc to, Marcel opuścił wzrok z jego przerażonych oczu na nóż, spod którego coraz większą strużką sączyła się krew. Esesman również podążył za jego wzrokiem. Ostrze, prowadzone ręką Marcela powoli przemieściło się w dół, zatrzymując dopiero na splocie słonecznym. Niemiec cały czas szarpał swoim skrępowanym ciałem, na przemian wykrzykując bluzgi to znów błagając Marcela o litość. Ten jednak pozostał zupełnie obojętny na rozhisteryzowanego esesmana. Po chwili Marcel zrobił nacięcie wzdłuż żeber w prawo, następnie od splotu w lewo, tym samym oddzielając nienaruszoną jamę brzuszną od klatki piersiowej. Nie przeciął mu skóry na wylot, nie chciał żeby organy wewnętrzne zostały zalane krwią.
- Kurwa! Co ty robisz? Przestań! - Niemiec cały czas miotał się z bólu.
- Na razie spuszczam z ciebie krew, tak jak to się robi szlachtując świniaka. W swojej dziedzinie jestem fachowcem, Helmut. Nie zaleję ci serca ani wątroby juchą - mówiąc to, lewą ręką chwycił szmatę i zaczął wycierać obfitą kałużę krwi spływającą z naciętych żeber na brzuch. Wiedział, że krew po chwili przestanie się sączyć, ponieważ nie uszkodził żadnej ważniejszej tkanki.
- To dopiero początek, Helmut. Początek twojej długiej drogi do piekła - powiedział Marcel podnosząc wzrok na jego zlaną potem twarz.
- Błagam, przestań! - kontynuował swój lament esesman.
Marcel dokładnie wytarł krew z jego torsu. Szmatę wyżął na podłogę i ponownie wziął nóż do ręki. Robiąc to nie spuszczał wzroku z jego oczu. Chciał widzieć jego cierpienie, cały czas mając w pamięci przebijaną przez Helmuta szpadlem żonę tuż po gwałcie.
- Przestań! Przestań! - cały czas krzyczał przerażony Helmut.
Kiedy krew przestała już ściekać z okolicznych tkanek, Marcel ponownie przyłożył nóż do jego górnych żeber, tym razem wbił go głębiej i przesunął w dół, przecinając skórę wraz z tkanki tłuszczowej, wprawnie ją rozpłatując. Esesman w tym czasie zemdlał. Marcel teraz spokojnie dokończył swoje cięcie wzdłuż jamy brzusznej. Ponownie wziął do ręki wyżętą szmatę i ponownie zaczął wycierać wydobywającą się spod rozciętej skóry krew. Kiedy wyżął ją po raz kolejny, esesman się ocknął. Spojrzał otumanionymi oczami na Marcela, nie wiedząc czy jest to jawa czy jakiś koszmarny sen.
- Obudziłeś się, Helmut. To dobrze, nie chciałbym żebyś coś przegapił - powiedział Marcel patrząc na tors esesmana, który stał przed nim teraz otworem, po czym wziął nożyce do ręki, rozsunął w nich ostrza, te węższe wsunął do szpary w jego ciele i wbił tuż pod splotem słonecznym. Chwilę później ścisnął je ze sobą, rozcinając dolne żebra. Cały czas nie spuszczając wzroku z przeraźliwie, niezrozumiale wrzeszczącego esesmana. Jego roztrzęsione gardło nie potrafiło już wydobywać z siebie słów, był to raczej zwierzęcy bełkot, przypominający zarzynaną żywcem świnię.
Sam sobie wybrałeś taką drogę, Helmut. Każdy może kierować swoim losem i życiem, jak tylko chce. Ty sobie akurat wybrałeś jego bolesną wersję - mówiąc to Marcel naciskał nożyce wykonując kolejne cięcia. Robił to wszystko ostrożnie, żeby nie uszkodzić żadnego z organów. Znał się na tym jak nikt. Można powiedzieć, że był wirtuozem na swojej scenie. Wiedział, że oprócz zasadniczej różnicy w mózgu, człowiek niczym nie różni się od świni czy bydlęcia. Podczas rozcinania kolejnych żeber esesman ponownie stracił przytomność. Siedzący pod ścianą Klaus był przerażony, a leżący obok, związany, rozhisteryzowany Lutz bezwiednie wypróżnił się pod siebie,
Marcel wstał, podszedł do szafki, zabrał z niej dzban z wodą, po czym wrócił do Helmuta i całą zawartość wylał mu na głowę, jednocześnie cucąc go prawą ręką po twarzy. Jednak esesman przez jakiś czas nie dawał znaku życia. Dopiero po dłuższej chwili parsknął jak koń zakrwawioną śliną, jednocześnie podnosząc głowę znad rozciętej klatki piersiowej. Kiedy zobaczył zatopione w sobie nożyce ponownie stracił przytomność, Marcel przestał go cucić. Wykonał jeszcze trzy cięcia zatrzymując się dopiero przed szyją. Wyjął nożyce z jego ciała, po czym kolejny już raz zaczął wycierać zakrwawioną szmatą jego ubabrane we krwi, drżące ciało. Po chwili ponownie ją wyżął, patrząc na Niemców siedzących pod ścianą. Wydawać by się mogło, że Klausa z wrażenia przestał boleć kikut, ponieważ nie ściskać już go zdrową ręką. Teraz trzymał się nią za głowę, wybałuszając przy tym ogromne oczy. Lutz ruszał bezwiednie ustami, mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem. Kiedy Marcel już w miarę opanował krwawienie, Helmut po raz kolejny odzyskał przytomność.
- O, dobrze, że znów z nami jesteś, Helmut - powiedział Marcel. Zanurzając obie dłonie między jego żebrami, patrząc mu przy tym w przekrwione, błędne oczy, chwilę później zgiął palce i szarpnął do góry. Cały czas nie odrywał wzroku od jego oczu. Kiedy usłyszał chrzęst łamanych żeber uśmiechnął się - klatka piersiowa Niemca była otwarta. Esesman po raz kolejny stracił przytomność.
- Myślałem, że zamiast serca masz czarną, brudną, szmatę - powiedział patrząc na jego wnętrzności, kiedy tamten ponownie odzyskał świadomość. - A ty masz najzwyklejsze, czerwone serce, jak każdy z nas. Zapewne, Helmut, będziesz pierwszym człowiekiem, który zobaczy swoją gasnącą pikawę. Za chwilę się wykrwawisz lub zabiją cię bakterie. Kiedy już będziesz po tamtej stronie, podziękuj ode mnie swemu panu za to, że był tak łaskaw i wysłuchał moje błagania. Zapewne będzie pełen podziwu dla twojego kurestwa na ziemi - powiedział Marcel prostując się, patrząc przy tym na wrak zdychającego w męczarniach, rozpłatanego esesmana.
- Günter, czy jesteś już gotowy? - spytał Marcel odwracając się do stołu.
- Serce Niemca tłukło tak mocno, że jego klatka piersiowa przypominała rozpalony miech kowalski. W tym czasie, za plecami Marcela, esesman z odciętą ręką wstał i zaczął przesuwać się w stronę wyjścia.
- Usiądź Klaus, bo jak tego nie zrobisz, odrąbię ci nogę - powiedział Marcel nie patrząc na niego.
Niemiec posłusznie wrócił na swoje miejsce. Marcel w tym czasie podszedł do stołu, na którym leżał Günter. Przechodząc obok Lutza poczuł okropny smród. Spod esesmana wylewały się jego fekalia. Spojrzał na niego wymownie, jednak nie skomentował tego. Lutz był już w innym świecie, cały czas mamrocząc coś pod nosem, przy tym kręcąc głową i przewracając oczami. Kiedy Marcel podszedł do Güntera wziął w ręce wyprofilowaną blachę, którą wcześniej przy nim zostawił, przyłożył ją sztorcem do brzucha Niemca - półokrągłe wycięcie w miarę pasowało do jego otłuszczonego tułowia. Przycisnął ją od góry, wpychając tym samym kałdun esesmana do środka. Lewą ręką przytrzymał górną część blachy, prawą sięgnął do materaca po gwoździe. Następnie wziął w rękę siekierę, lewym ramieniem przytrzymał blachę, a prawą zaczął przybijać podstawę blachy do stołu, tym samym robiąc kurtynę oddzielającą korpus esesmana od reszty jego ciała. Wykonując to, cały czas słyszał syczącego w przerażeniu Güntera, który chwilę wcześniej był świadkiem niewątpliwie makabrycznej rzezi na Helmucie. Günter już wiedział po co Marcel wtargnął na posterunek. Wiedział też, że i dla niego litości miał nie będzie i zapewne czeka go podobny los jak konającego w męczarniach Helmuta.
- Nie zemściłeś się jeszcze? Cały czas ci mało? - mówiąc to Günter syczał przez zęby - Nie jesteś od nas lepszy. Też byś zarzynał, gdyby ci kazano. Myślisz, że nasram pod siebie jak Lutz, albo będę błagał cię o litość jak Helmut, kiedy będziesz mnie kroił? - Marcel spojrzał na butnego esesmana zimnymi oczami.
- Nie mam zamiaru cię kroić. Taką drogę akurat wybrał sobie Helmut. Ty wybrałeś zupełnie inną - odpowiedział Marcel, kończąc montaż kurtyny.
W tym momencie Günter domyślił się jakie plany, co do niego ma Marcel. Teraz zrozumiał, o co mu chodzi. Doskonale pamiętał wydarzenia sprzed roku. Nawet bestii trudno o czymś takim zapomnieć. Pamiętał gwałconą żonę Marcela. Pamiętał też jak sam wrzucał jego syna do palącej się chałupy. Pamiętał oczy małego, które pytały, co ten pan chce ze mną zrobić? Dlaczego niesie mnie do ognia? Czy to zabawa? Chłopiec był wtedy tak zaskoczony, że nawet nie miał siły uciec. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co go czeka, no bo o czym może myśleć w takiej chwili pięcioletni dzieciaczek. Czy o tym, że jakiś obcy szaleniec chce z nim zrobić coś, czego normalny człowiek nie zrobiłby zwierzęciu? Jednak Günter nadal nie mógł zrozumieć, po co Marcel montuje tą blachę.
Cieszy mnie bardzo, że nie będziesz błagał mnie o litość, bo i tak dawno straciłem resztki człowieczeństwa. Zresztą..., między innymi dzięki tobie - mówiąc to, Marcel schylił się nad i poczuł jego gorący oddech - Kiedy na ciebie patrzę, Günter - kontynuował - widzę swoje dziecko w płomieniach i ten obraz nigdy nie zniknie sprzed moich oczu. Nawet jak już się ciebie pozbędę, nawet, kiedy już twoja chora dusza, będzie skwierczała w piekle - ja nigdy o tym nie zapomnę. Jednak twoje cierpienie na pewno mi w jakiś sposób ulży. Od teraz, kiedy będę wspominał mojego małego, uśmiechniętego chłopca, obraz jego śmierci, będę zastępował twoją męczarnią, jaką ci niewątpliwie zafunduję, nim zdechniesz, Günter - mówiąc to Marcel miał oczy najsmutniejszego człowieka na ziemi.
- Dam ci złoto, mam dużo żydowskiego złota - pod wpływem nagłego strachu, wywołanego słowami Marcela, Günter nagle zmienił front, tracąc tym samym swoją butę - Oddam ci je, tylko mnie wypuść. Co ci przyjdzie z mojej śmierci? A tak, przynajmniej będziesz bogaty. Bardzo bogaty. Moja śmierć nic ci nie da. Nie zwróci syna, nie bądź głupim Polaczkiem - Marcel spojrzał na skamlącego esesmana pustym wzrokiem,
- Czy myślisz, że za to złoto mógłbym kupić sobie nowego syna? I równie bardzo go pokochać? - spytał Marcel biorąc do ręki stojący na stole bidon - Umrzesz razem ze swoim złotem, Günter. Już cię tu nic nie odkupi - dodał odkręcając korek. Kiedy już to zrobił, odstawił bidon na stół i zaczął ściągać z niego spodnie. Ponieważ nie mógł ich zsunąć do końca przez związane sznurem stopy, wyjął zza paska nóż i poprzcinał w nich nogawki. Po chwili to samo zrobił z majtkami. Esesman leżał teraz z narządami na wierzchu. Marcel podniósł do góry bidon, przechylił i zaczął obficie rozlewać ciecz po jego nogach i genitaliach.
- Co ty robisz? Przecież to benzyna - Niemiec zaczął drzeć mordę tak mocno, że zadrżał wiszący na ścianie portret Hitlera.
Kiedy Marcel opróżnił bidon do połowy, z kieszeni wyjął zapałki, po czym podpalił jedną z nich, popatrzył przez chwilę w rozhisteryzowane oczy esesmana i upuścił palącą się zapałkę. Sekundę później nogi mordercy jego syna buchnęły płomieniem. Jego ciało zaczęło skwierczeć jak słonina na rozpalonej patelni. Esesman wierzgał nogami z całych sił, jednak były tak mocno skrępowane, że jego szamotanina tak naprawdę przypominała tylko drżenie. Po kilkunastu następnych sekundach ból był tak ogromny, że jego żyły na szyi wyglądały jak nabrzmiałe rury kanalizacyjne, odprowadzające wodę po ulewnym deszczu. W powietrzu zaczął unosić się smród palącego się mięsa. Kiedy ogień trochę przygasł, Marcel do końca wylał na jego nogi i genitalia benzynę z bidonu. Płomienie znów buchnęły żółto-fioletową barwą. Wydawać by się mogło, że są bardzo szczęśliwe za dostarczoną dawkę swojej ulubionej pożywki.
Esesman nie stracił przytomności, jak konający obok kamrat. Jego oddzielony kurtyną tors, był nietknięty. Oczywiście na przeżycie nie miał szans. Krew w nogach Güntera już się gotowała, a jak każde stworzenie na ziemi, wyposażony był tylko w jeden obieg i prędzej, czy później, krew z nóg musiała dotrzeć do torsu i siłą rzeczy też się w nim zagotować. Jedynym ratunkiem byłoby odcięcie w porę nóg. Marcel oczywiście nie miał zamiaru tego zrobić, zbyt wielką satysfakcję sprawiało mu patrzenie na zdychającego w konwulsjach esesmana, by miał mu teraz ulżyć, czy też go ratować. Wiedział, że jego zdrowa, nietknięta skóra na torsie, prędzej, czy później, zacznie kipieć, zbyt długo podtrzymywał na nim ogień, żeby nie było tego konsekwencji i nie doszło do ugotowania się narządów wewnętrznych Güntera.
Kiedy płomienie zniknęły Marcel wziął do ręki siekierę i zaczął podważać przybitą wcześniej do stołu blachę. Po chwili ją oderwał. Teraz esesman mógł popatrzeć na to, co zostało z jego nóg. Działały już w nich tylko nerwy, wprawiające w drżenie połowę ciała. Sznury, którymi były przywiązane, popaliły się i popękały. Jego genitalia praktycznie zniknęły.
- Zastrzel mnie draniu, zastrzel - jęczał w agonii.
- Nie jestem mordercą - odpowiedział nie odwracając wzroku z ugrillowanych nóg esesmana
- Jestem tylko rzeźnikiem - dodał, patrząc na jego popękane, zwęglone ciało, z którego wydobywała się ugotowana krew, wymieszana z rozpuszczonym tłuszczem, tworząc śmierdzącą, brązową maź - Będziesz żył dopóki będą pracować ci nerki i bić w tobie serce - dodał odwracając się do Klausa.
Unurzany we krwi poszedł do wiadra z wodą, wsadził do niego ręce, obmywał je kilka minut, cały czas słysząc przeraźliwe jęki Güntera. Kiedy Marcel wytarł ręce, podszedł do przerażonego Klausa.
- Nie zabiję cię - powiedział. - Nie będę cię pocieszał, że przeżyjesz, bo twoje życie jest gówno warte. Nie wiem czy tak samo jak Helmut i Günter gwałciłeś i mordowałeś. Tylko dlatego nie utnę ci głowy, bo tego po prostu nie wiem, choć jestem pewny, że jesteś takim samym skurwysynem, jak te dwie kanalie - powiedział patrząc na skulonego pod ścianą esesmana, przykładając mu ostrze siekiery do karku. Niemiec zaczął płakać jak małe dziecko - Nie pytam też czy byłeś wtedy razem z nimi w moim gospodarstwie. Nie chcę tego wiedzieć, bo inaczej musiałbym cię porąbać, a ja na dzień dzisiejszy mam już dość - dodał odwracając teraz wzrok na Helmuta, którego męczarnia powoli wyrywała się z jego świadomości.
Ból, pieczenie odsłoniętych narządów, gorączka, spazmy, niemożność oddychania - czynności życiowe powoli w nim zanikały. Świadomość nieuchronnego końca była już tak mocna, że śmierć stała się dla niego wybawieniem. Bezkarnie gwałcił, mordował niewinnych od lat - przyszedł na niego kres. Żeby tak każda bestia zdychała w męczarniach, wtedy moglibyśmy mówić o sprawiedliwości - pomyślał Marcel, patrząc na jego serce, które przestało się rytmicznie poruszać.
- Jednak od tej pory śpij z otwartymi oczami - powiedział Marcel ponownie odwracając się do Klausa - Bo nigdy nie będziesz wiedział, czy ktoś w tej chwili nie ostrzy sobie siekiery, po to, żeby odrąbać ci nią głowę - dodał, po czym przez chwilę na nich popatrzył i ruszył w kierunku wyjścia.
Kiedy opuścił podwójny pokój, zatrzymał się zatrwożony. Na korytarzu stała żydówka, którą wcześniej uwolnił, patrzyła na niego wielkimi oczami w milczeniu.
- Dlaczego nie wyszłaś z innymi? - spytał.
- Ja nie mam dokąd iść - odpowiedziała nie spuszczając z niego wzroku. - Ten przy słupie zastrzelił moją rodzinę - powiedziała wskazując ręką rozpłatanego Helmuta. - Moją matkę i dwie siostry, a wcześniej je zgwałcił. Widziałam to wszystko z gnojówki, w której się zakopałam. Tylko tam nie szukali. Teraz patrzyłam na to co z nim robiłeś i nie mogłam oderwać wzroku. Patrzyłam na to i płakałam ze szczęścia. Z radości, że tak cierpi. Dziękuję - powiedziała z emocją, tak jakby odzyskała wiarę w to, że esesmańskie bestialstwo się kiedyś skończy, bo do tej pory widziała tylko jak oni mordują.
- Chodź ze mną - powiedział wyciągając rękę
Chwyciła go za nią z ufnością, bez najmniejszego strachu, po czym wyszli z budynku. Po godzinnym marszu przez las znaleźli się w jego szałasie. Przez całą drogę milczeli. Oboje myśleli o czym innym. Marcel o dokonanej zemście. Czy ona go uspokoiła? - zastanawiał się - Tak - po chwili sam sobie odpowiedział. Teraz już mu było wszystko jedno, nawet gdyby go złapali i zabili, było mu po prostu wszystko jedno.
- Chodź - powiedział układając się na legowisku i podnosząc do góry ramię. Spojrzała na niego niepewna. - Nie bój się, po prostu będzie nam cieplej, noce są jeszcze chłodne - zapewnił ją.
Uklęknęła przed nim i ułożyła się obok, przytulając do niego. Po raz pierwszy od miesięcy poczuła się bezpieczna. O dziwo, czuła ten spokój przy człowieku, który kilka godzin temu zarżnął i spalił dwóch esesmanów. Chwilę później oboje usnęli.
Przez następne dni wiele ze sobą rozmawiali. Opowiadała mu dużo o sobie, swojej rodzinie, o marzeniach - jakie ma teraz, a jakie miała przed wojną. Różniły się zasadniczo. Miała szesnaście lat, na imię Aisza, pochodziła z zamożnej żydowskiej rodziny. Kiedyś jej marzeniem były podróże po świecie. Od dziecka tańczyła, zawsze jej przewodnią myślą, była sława wielkiej primabaleriny... Teraz priorytety się diametralnie zmieniły. Dzisiaj kromka chleba i kawałek słoniny były jej szczytem zaspokojenia.
- No i co my tu mamy? - spytał oficer patrząc na rozprutego esesmana przywiązanego do słupa
- Jatka, obersturmbannführer, jatka - powiedział podoficer.
- Jakie straty? - spytał oficer.
- Dwóch zabitych: jeden tu - Kruger wskazał rozpłatanego Helmuta - drugi na górze z połową odrąbanej głowy i trzech rannych. Jeden z nich sfiksował obersturmbannführer - odpowiedział Kruger. Oficer spojrzał na niego jakby nie rozumiejąc zdania, które usłyszał.
- Sfiksował? Co macie na myśli, Kruger? - spytał marszcząc czoło.
- Nie ma z nim kontaktu, cały czas płacze i przeprasza.
- Kogo przeprasza?
- Właśnie nie wiadomo obersturmbannführer. Lekarz stwierdził, że jest w poważnym szoku - odpowiedział Kruger nachylając się nad Helmutem.
- Z drugiej strony, nie dziwię się - powiedział oficer patrząc na rozprutego esesmana - A ci ranni, co mówią? - spytał
- Günter jest spalony do połowy. Lekarz mówi, że nie doczeka rana. Obrażenia ma zbyt poważne. W tej chwili jest nieprzytomny. Za to Klaus złożył obszerne zeznanie, pomimo tego, że bandyta odrąbał mu rękę siekierą - odpowiedział.
- To już coś. Ilu było bandytów? I jak się tu dostali? Przecież wszystkie posterunki w takich dziurach muszą być na noc zamykane - stwierdził oficer.
- Klaus twierdzi, że bandyta był jeden, obersturmbannführer, i wszedł przez dach, następnie strychem na dół.
- Chcesz powiedzieć, że zrobił to jeden człowiek? - oficer wskazał na rzeźnię w podwójnym pokoju.
- Tak jest obersturmbannführer, tak zeznał Klaus.
- Jakiego narzędzia użył? - spytał oficer, wskazując zaszlachtowanego Niemca
- Noży i siekiery obersturmbannführer - odpowiedział Kruger wskazując ponownie na Helmuta.
- Żartujesz sobie ze mnie Kruger? Jeden człowiek dokonał takiej masakry? Może tu jakiś samuraj zawieruszył się w odmętach wojny? - spytał oficer, pukając szpicrutą w opadłą głowę Helmuta.
- Raczej nie obersturmbannführer. Mnie to wygląda na zemstę, albo na wariata - odpowiedział z namysłem podoficer.
- Dobrze myślisz Kruger, mnie też to wygląda na zemstę. Zadać sobie tyle trudu z tym szlachtowaniem? Jeżeli już się tu dostał, mógł ich po prostu zastrzelić. Przecież w tym kraju łatwiej jest o pistolet niż o papierosy. Tym bardziej, że nie zabił wszystkich. Wydaje mi się, Kruger, że tych dwóch musiało mu zajść za skórę - powiedział oficer, tym razem pukając martwego Helmuta w ramię - Sprawdzisz rok do tyłu, gdzie ci dwaj stacjonowali. Choć jestem pewny, że służyli razem, pewnie tu na miejscu. Sprawdzisz też jakich egzekucji dokonali, kogo przesłuchiwali, kogo torturowali, od kogo brali łapówki lub pożyczali pieniądze. Wcale, Kruger, nie jest powiedziane, że był to Polak.
- Niezaprzeczalnie Polak, obersturmbannführer. Klaus jest tego pewny.
- W takim razie sprawdź to wszystko, o czym mówiłem. A na razie zarządź obławę. Taką prawdziwą obławę. Być może nasz samuraj jest jeszcze niedaleko.
- Tak jest obersturmbannführer - powiedział Kruger, po czym się odmeldował.
*
Dwa miesiące później, po wielu nieudanych zasadzkach i obławach, Niemcy tracili powoli nadzieję na to, że uda im się kiedykolwiek złapać rzeźnika z osady - takim kryptonimem została nazwana sprawa Marcela. Jednak, kiedy w ich ręce wpadł Polak zajmujący się kontrabandą, za którą groziła najsurowsza kara - kara śmierci, ten w trakcie tortur i obawie o swoje życie powiedział gdzie może znajdować się Marcel. Oczywiście dokładnego miejsca nie znał, jednak potrafił określić, wokół której wioski ma swoją kryjówkę. Niemcom to w zupełności wystarczyło. Wcześniejsze obławy były robione po omacku, a że obszar lasu jest ogromny, więc dotychczas było to szukanie pchły na niedźwiedziu. Teraz sturmbannführer Horst był pełen nadziei, że wreszcie będzie mógł zawiadomić Berlin o szczęśliwym zakończeniu sprawy, która bądź, co bądź, dla Niemców była priorytetowa, chociażby ze względu na morale, które niewątpliwie wśród żołnierzy bardzo podupadło w dużym stopniu przez lanie, które dostawali na obu frontach, a dodatkowo dzięki sprawie Marcela. Całkowicie pikowało w dół. Bo któż by pomyślał, że jeden człowiek, nawet nie żołnierz, a zwykły chłop z siekierą, może unieszkodliwić cały posterunek, robiąc w nim rzymską rzeźnię. A a takie wiadomości rozchodziły się z szybkością błyskawicy. Zresztą w tej sprawie sturmbannführer Horst był bardzo naciskany przez Berlin, do tego stopnia, że przełożeni przedstawili mu ultimatum. Wybór był bardzo prosty: rzeźnik lub front wschodni, który zbliżał się do granic rzeszy w zastraszającym tempie. Wszyscy inteligentniejsi oficerowie, a szczególnie ci z abwery, doskonałe zdawali sobie sprawę, że wojna została przegrana. Tylko nieliczni fanatycy wciąż wierzyli w tysiącletnią rzeszę i poddawali się okrucieństwom na okolicznych wsiach. Głównie za kontrabandę restrykcje były okropne. Sturmbannführer na czas obławy ściągnął z Warszawy ogromne posiłki. Wszystko zaplanował na koniec września.
O czwartej rano, siedemnaście ciężarówek zjechało się wzdłuż wąwozu. Było to w połowie odległości między dwiema wioskami w okolicach, w których Marcel miał mieć swoją kryjówkę. Kolumna samochodów zatrzymywała się na długości trzech kilometrów. Stawały po kolei, co dwieście metrów od siebie. Kiedy już wszystkie się zatrzymały wysypała się z nich chmara żołnierzy, wielu było z psami. Po czym na komendę scharführera Szpeca ruszyli szeroką ławicą w stronę lasu przeczesując zagajniki, zarośla, jary, wszystkie miejsca, które człowiek mógłby wykorzystać na kryjówkę. Żołnierze dostali także rozkaz obserwowania górnych partii drzew.
Po godzinie bezowocnych przeszukiwań terenu, wreszcie zbliżyli się na tyle do szałasu Marcela, że w oddali było słychać ujadające psy.
- Aisza wstawaj - powiedział Marcel łapiąc za ramię śpiącą jeszcze dziewczynę, jednocześnie nasłuchując z daleka szczekania. - Musimy uciekać - dodał, tym razem mocno ją ściskając. - Zostaw wszystko, musimy uciekać - powiedział widząc, że dziewczyna chce zabierać ze sobą różne rzeczy - Na nic nie mamy czasu. Oni tu zaraz będą. Jak psy wyczują trop, gonią jak oszalałe - powiedział ze stoickim spokojem.
Po chwili oboje biegli przez las mijając kolejne przecinki. Aisza bardzo go opóźniała. Nie każdy potrafi szybko biegać po lesie. Dla kogoś z miasta nie jest to takie proste: wyboje, smagające po twarzy gałęzie, zdradliwy, śliski mech, wystające kamienie, na których łatwo skręcić, czy nawet złamać, nogę.
- Aiszka szybciej! Musimy jak najprędzej dotrzeć do rzeki, bo nas wytropią - Marcel już wcześniej wiedział, że kryjówka blisko wody jest podstawą. Cały czas ją ponaglał, jednak Aisza była coraz słabsza.
- Mamy jeszcze dwa kilometry - krzyczał biegnąc przodem, starając się dodać jej otuchy.
- Ja już nie mogę Marcel - powiedziała potykając się po raz kolejny - Po prostu nie mogę, brak mi tchu, biegnij sam - dodała bezsilna.
- Nie zostawię cię. Jak nas złapią, to razem - powiedział cofając się, łapiąc ją za rękę i ciągnąc za sobą.
Psy było słychać coraz bliżej. Nagle jej dłoń została wyrwana z jego uścisku jak z katapulty. Marcel biegnąc obejrzał się do tyłu. Aisza zniknęła. Wrócił i szybko przebiegł po zaroślach, szukając jej w trawie, myśląc, że gdzieś upadła. Nagle usłyszał jej krzyk, spojrzał do góry, Aisza wpadła nogą do wnyka zastawionego na sarnę przez kłusownika, bujała się teraz trzy metry nad ziemią, między obrośniętymi drzewami.
- Uciekaj, Marcel! Uciekaj! - krzyczała dyndając w powietrzu - Proszę cię, uciekaj! - mówiła błagalnym głosem. Marcel stał jak wmurowany, jak zrozpaczone dziecko, zostawione przez mamę na odludziu. Wiedział, że nie ma czasu na to żeby ją odpiąć, psy było słychać coraz bliżej.
- Uciekaj Marcel! Mnie nie uratujesz. Błagam cię uciekaj! Oni cię zabiją! - prosiła, patrząc na jego niezdecydowanie.
- Wrócę po ciebie Aisza! Odnajdę cię i wrócę! Nie zostawię cię, pamiętaj! - powiedział odwracając się i pobiegł w kierunku rzeki.
Marcel był wprawiony w bieganiu po lesie, robił to niemalże jak kozica. Po kilkunastu minutach wskoczył do zimniej wody i popłynął w dół rzeki. Wyszedł po sześciu kilometrach. Następnych pięć przebiegł lasem, po czym znalazł się w swojej drugiej kryjówce. Nie był to tym razem szałas, a raczej na pół ziemianka - wykopany dół, szczelnie przykryty konarami drzew i drobnymi gałęziami. Wślizgnął się przez wąskie przejście do środka. Na kolanach podszedł do skrzyni stojącej w rogu, zwalił z niej siennik, wyjął suche ubranie, przebrał się, siennik znów położył na skrzyni i usiadł na nim.
- Skąd wiedzieli gdzie mnie szukać? - zapytał sam siebie - Przecież byliśmy tak ostrożni.
Po kilku dniach wybrał się do miasteczka. Przeszedł przez nie niepostrzeżenie. Nie było to trudne, był dzień targowy. Kiedy znalazł się za kramami ruszył w kierunku kościoła. Wszedł do niego ryzykując, że gdyby rozpoznał go jakiś Niemiec lub sprzedajny Polak, będzie w pułapce bez wyjścia. Jednak musiał zaryzykować spotkanie z proboszczem. Był on jedynym człowiekiem, któremu mógł teraz zaufać. Po wejściu do kościoła usiadł w jednych z tylnych ławek, po czym uklęknął i przeżegnał się. W kościele było nawet sporo osób, jak na tą porę, pewnie ze względu na targ, który odbywał się na zewnątrz. Kiedy po piętnastu minutach spostrzegł proboszcza przechodzącego pod nawą, ze spuszczoną głową ruszył za nim.
- Proszę księdza - powiedział w korytarzu, kiedy ten kierował się w stronę plebanii.
Proboszcz przystanął, odwrócił się.
- To ty, Marcel? - spytał mrużąc oczy w panującym półmroku.
- Tak, to ja - odpowiedział.
- Nie możesz tu przychodzić, cała rzesza gestapowców cię szuka. Przecież ktoś może cię rozpoznać. Nie wszystkim Polakom można ufać - powiedział proboszcz z troską w głosie.
- Wiem, proszę księdza. Przecież któryś z nich mnie sprzedał. Bardzo uważałem, kiedy tu szedłem - opowiedział Marcel
- Jak mogę ci pomóc? - spytał proboszcz wiedząc, że nie jest to przypadkowa wizyta na kawę.
- Czy ksiądz wie coś o żydówce, którą przy mnie złapali? Czy trzymają ją tutaj?
- Nawet o tym nie myśl, Marcel. Drugi raz ci się to nie uda. Posterunku pilnuje dwa razy więcej żołnierzy. Nawet o tym nie myśl! - proboszcz powtórzył raz jeszcze.
- Musi mi ksiądz powiedzieć, czy ją tutaj trzymają - Marcel nie dawał za wygraną.
- Czy ciebie coś z nią łączy? - spytał ksiądz zaglądając mu w oczy.
- Przecież to dziecko, proszę księdza. Kocham ją jak młodszą siostrę i współczuję jak każdemu człowiekowi umęczonemu przez esesmanów, to wszystko, co nas łączy - proboszcz przyjrzał mu się uważnie. Oprócz bólu w jego oczach niczego więcej nie widział.
- Przepraszam, że spytałem. Zwątpiłem w ciebie, wybacz mi - powiedział proboszcz - Tak. Trzymają ją w starostwie i katują, żeby wydobyć z niej cokolwiek na temat, gdzie mógłbyś się ukryć. Nie wierzą w to, że nic nie wie - dodał po chwili.
- Skąd ksiądz wie, że ją katują?
- Bo ją widziałem, mój chłopcze. Wzywają mnie nieraz na ostatnie namaszczenie. Nie zawsze i nie do każdego, ale nieraz wzywają. Teraz to już się zrobiła nienawiść za nienawiść, zło za zło - nie powinno tak być.
- Czy ksiądz wie jak się nazywa ten, który ją przesłuchuje?
- Przesłuchuje ją major Horst. Ale on ją tylko przesłuchuje. Katuję ją Szpec.
- Ten Szpec? - spytał marszcząc czoło.
- Tak, Marcel, scharführer Joachim Szpec. Ten sam, który uszedł ci spod siekiery... - odpowiedział proboszcz patrząc na Marcela, do którego w jednej chwili wróciły wszystkie wspomnienia tragedii sprzed roku - Czy chciałbyś się wyspowiadać? - spytał po chwili proboszcz.
- Nie - sucho odpowiedział Marcel. - Ja już nie mam duszy, dawno ją sprzedałem. Teraz tylko boję się Boga, bo nie ma takiej siły, żeby mi kiedykolwiek wybaczył za to, co zrobiłem.
- Nawet nie wiesz jak On bardzo cię kocha - powiedział proboszcz biorąc jego rękę w swoje obie dłonie. - Dobrze, że się go boisz, bo cóż byłby to za ojciec, gdybyś nie miał do niego szacunku. Chodź ze mną - dodał ściskając mu rękę. Marcel poczuł ciepło, spływające z księdza na jego dłonie - Chodź ze mną - powtórzył po raz kolejny. Marcel pokiwał głową.
- Zapewne będzie to moja ostatnia spowiedź, proszę księdza. Prędzej, czy później mnie dopadną. Przecież polują na mnie jak na zwierzę - powiedział Marcel, po czym ruszyli w stronę konfesjonału. Proboszcz wszedł do środka, usiadł, wyłożył na zewnątrz stułę, Marcel po chwili przyklęknął, przeżegnał się.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - powiedział.
- Na wieki wieków - odpowiedział proboszcz.
- Ostatni raz u spowiedzi świętej byłem na tydzień przed zamordowaniem mojej rodziny - Marcel rozpoczął spowiedź. - Nie pamiętam, kiedy to było, ponieważ straciłem poczucie czasu - kontynuował. - Obraziłem Boga tym wszystkim, czym człowiek jest w stanie go obrazić. Jeszcze ponad rok temu, przed moją ostatnią spowiedzią, zastanawiałbym się, co księdzu powiedzieć, z czego się spowiadać? Niektóre grzechy nawet bym sobie wymyślał. No bo cóż to były za grzechy? Że przeklinałem? Popiłem sobie na potańcówce? Pokłóciłem się z Marysią, czy też dałem klapsa Bronusiowi? Boże! Jak bardzo chciałbym tak znów grzeszyć! Wtedy nawet nie zdawałem sobie sprawy, że wspominając te grzechy po takim czasie, będę marzył o tym, żeby je znów czynić. Jak te grzechy mają się do tych, których dopuściłem się i nadal dopuszczał będę? Zamordowałem trzech ludzi w okrutny sposób. Jednego na całe życie okaleczyłem i nie wiem czy usprawiedliwia mnie to, że robiłem to z przeogromnej zemsty, za krzywdę jaką mojej rodzinie uczynili. Mówi ksiądz, że On mnie kocha. Nie wiem czy ja nadal kochałbym swojego syna, gdyby się czegoś takiego dopuścił. Jakiż Bóg mógłby mi to wybaczyć? Znęcałem się nad innymi ludźmi, okaleczałem i mordowałem w straszny sposób. Nienawidzę ich do dziś. Być może chciałbym, ale nie potrafię z siebie tego uczucia wyrzucić. Zarzynając jednego byłem szczęśliwy. Kiedy patrzyłem na części jego ciała, miałem wtedy przed oczami przebijaną szpadlem Marysię, przecięte na pół, moje nienarodzone dziecko. Kiedy paliłem drugiego, nie mogłem nasycić się jego cierpieniem, tym razem widząc przed sobą Bronusia wrzucanego do ognia. Nie czułem wtedy strachu, nie czułem litości. Chciałem tylko patrzeć jak powoli umierają. Wiem też, że jeżeli życie doświadczyłoby mnie tym samym po raz drugi, po raz drugi zrobiłbym to samo. Nie cofnąłbym się przed niczym i za to Pana Boga przepraszam najmocniej - kiedy Marcel skończył zapanowała długa chwila ciszy.
Bóg nas stworzył na swoje podobieństwo, chłopcze - odezwał się wreszcie proboszcz - Jednak daleko nam do jego cierpliwości, litości, zrozumienia, tolerancji, przebaczenia. Bo jakąż miłością trzeba darzyć drugiego człowieka, żeby przebaczyć mu takie zbrodnie, których dopuścili się oprawcy twojej rodziny. Wydaje mi się, że człowiek takiej miłości nigdy nie posiądzie. Ona jest tylko w Boskim władaniu, bardzo trudnym zadaniem mnie obarczyłeś. Czuję się jakbym był za małym człowiekiem, niedoświadczonym kapłanem, żebym mógł zadać ci pokutę. Jednak cię rozgrzeszam. Ukarałeś niegodziwców. Być może ktoś inny będąc na twoim miejscu, nie zrobiłby tego, nie dokonałby tak okrutnej zemsty, jednak obawiam się, że powstrzymał by się nie z miłości do oprawcy, a raczej z tchórzostwa. Nie każdy by się odważył wejść do gniazda żmij. Nie zadam ci żadnej pokuty, bo ty ją już otrzymałeś i obawiam się, że będzie ona dla ciebie cierpieniem do końca życia. Idź w pokoju chłopcze. Idź w pokoju - powiedział ksiądz na koniec, po czym Marcel wyszedł z kościoła.
Ksiądz wciągnął do środka stułę, jednak nie opuścił konfesjonału. Jeszcze przez godzinę, modlił się za Marcela, za jego zdruzgotaną duszę. Przepraszał Boga za jego czyny i błagał żeby się nigdy od niego nie odwrócił
*
- I co tam, Kruger, u naszej żydówki? - spytał sturmbannführer Horst, kiedy podoficer wszedł do jego gabinetu.
- Wydaje mi się, że ona nie zna kryjówek rzeźnika - odpowiedział Kruger.
- Skąd takie przepuszczenie? - spytał oficer.
- To młoda dziewczyna, nie sądzę żeby była tak odporna na ból i nie załamała się po naszych przesłuchaniach. Wydaje mi się, że gdyby coś wiedziała, to już by zdradziła miejsce, w którym nasz rzeźnik się ukrywa. Myślę, że dalsze jej przesłuchania, do niczego, oprócz jej skatowania, nie doprowadzą.
- Bardzo dobrze, Kruger. Wreszcie zacząłeś myśleć. Od samego początku wiedziałem, że nic istotnego się od niej nie dowiemy - powiedział oficer wstając z za biurka.
- Więc, po co Szpec ją tak szlachtuje? Nie to, żebym miał coś przeciw temu, brak mi tylko tu logiki - spytał podoficer.
- Tu jest całe mnóstwo logiki, Kruger. Z tego co nam przekazał informator, rzeźnikowi zależy na tej żydówce. Dlaczego mu zależy? Nie interesuje mnie to. Ja tylko chcę żeby się o jej przesłuchaniach dowiedział. Chcę, żeby znów zapałał żądzą zemsty. Tacy jak on nie odpuszczają. Jak raz posmakował krwi, nie przestanie jej łaknąć, podobnie jak wściekły pies. Myślisz, że ilu Polaczków zdecydowałoby się na to, co on zrobił? Powiem ci, że niewielu. O Żydach nie wspomnę - naród baranów idących na rzeź. Ale ten Polaczek jest inny. I jeżeli mnie mój nordycki nos nie myli, on tej żydówki tak nie zostawi - powiedział Horst.
- Skąd pewność, obersturmbannführer, że on jeszcze jest w pobliżu i o jej katowaniu się dowie? - spytał Kruger.
Dowie się, dowie! Jesteś naiwny Kruger. Myślisz, że ci wszyscy Polacy, którzy z nami współpracują są tacy lojalni? Myślisz, że oni nie wynoszą od nas wiadomości? Że ich nie sprzedają? Że nie współpracują z ruchem oporu? Nawet ten klecha, który odwiedza tu nieraz konających... myślisz, że nic stąd nie wyniesie? Nie bądź naiwny Kruger! Jesteś pojętny, ale musisz się jeszcze długo uczyć! Niech Szpec nadal nad nią pracuje, żeby tylko nie przesadził. Osobiście nie znoszę przemocy. Uważam, że jest to domena zwierząt. Ale mamy wojnę i wszystkie chwyty są dozwolone a cel uświęca środki. Dlatego tacy jak Szpec są bardzo przydatni. Jak myślisz, Kruger, dlaczego jego przydzieliłem do tych przesłuchań? - spytał oficer rozkładając ręce.
- Bo ma wyniki? Obersturmbannführer - odpowiedział niepewnie Kruger.
- To też. Ale nie zapominaj, że to właśnie on uciekł rzeźnikowi spod kosy. Oczywiście Szpec twierdzi, że gdyby nie pojechał wtedy po prowiant, do tej rzezi by nie doszło, a ja go nie wyprowadzam z błędu.
- Czy dobrze rozumiem obersturmbannführer? Czy Szpec jest przynętą? - spytał podoficer marszcząc czoło.
- Jeszcze będzie z ciebie śledczy, Kruger! Szpec nawet nie wie, że jest pilnowany przez Knuta.
- Uważa pan obersturmbannführer, że Knut by sobie poradził gdyby rzeźnik zasadził się na Szpeca?
- Nie wiem, Kruger, nie wiem. Ja tylko staram się wybawić lisa z nory. Szpec jest tylko narzędziem. A tak między nami, to zwykłe, sadystyczne bydlę. Jakby co, płakał po nim nie będę - powiedział oficer przypalając cygaro.
- Panie obersturmbannführer, przecież to jest Niemiec, oddany sprawie i nie mogę się tu z panem zgodzić - zaprotestował Kruger.
- Nie bądź durniem Kruger! Gdyby nie wojna, Szpec nadal siedziałby w więzieniu, za zabicie niemieckiej rodziny w czasie zwykłego napadu rabunkowego. To zwykły, przedwojenny zbir. Jeden z tych, których dowództwo wysyła na wschód, żeby się ich pozbyć z rzeszy i wzmocnić zaplecze frontu. Nie każdy nadaje się do mordowania cywilów i palenia ich żywcem. Do tego trzeba mieć predyspozycę rasowego mordercy, a Szpec taką żyłkę posiada.
- Nie wiedziałem o tym, że on siedział - odpowiedział zdziwiony Kruger.
- A niby skąd mógłbyś wiedzieć? W gazetach o tym nie piszą, a do tajnych dokumentów personalnych dostępu nie masz.
- Pan też nie ma obersturmbannführer - zastrzegł podoficer.
- Oficjalnie nie mam, ale lubię wiedzieć, z kim pracuję - odpowiedział oficer zaciągając się cygarem.
- Więc domyślam się obersturmbannführer, że mnie pan też sprawdził - powiedział podoficer trochę zdziwionym głosem.
- Oczywiście Kruger. Zostałeś mi przydzielony na siłę, nie chciałem ciebie, ale nie miałem na to żadnego wpływu. Jak by nie było, masz wuja generała. Jednak teraz tego nie żałuję. Okazało się, że nie jesteś służbowym tępakiem. Cieszę się Kruger - powiedział oficer kiwając głową.
- To ja nalegałem, obersturmbannführer, żeby pod panem służyć.
- Dlaczego? - ze zdziwieniem spytał oficer.
- Już w szkole podoficerskiej krążyły o panu legendy. O pana przedwojennych śledztwach. Sprawa Waltera z Monachium opisywana jest w podręcznikach, obersturmbannführer - odpowiedział Kruger. W tym czasie zapukano do drzwi.
- Wejść - krzyknął oficer rozkazującym tonem. Chwilę później w wejściu stanął szeregowiec z paczką w rękach.
- Przesyłka do pana sturmbannführer - zameldował.
- Postaw ją na stole - powiedział oficer, przeglądając dokumenty na biurku. - Zobacz Kruger, co to za paczka.
- Tak jest, obersturmbannführer - odpowiedział Kruger podchodząc do stołu. Po drodze wziął do ręki nożyk leżący na biurku. Rozciął sznurek okalający pudełko, otworzył wieko - O kurwa mać! - zaklną, odskakując od stołu jak by go osa użądliła.
- Co się stało, Kruger? - spytał sturmbannführer, podnosząc ze zdziwieniem oczy znad papierów.
- Proszę tu podejść, obersturmbannführer - powiedział Kruger stojący metr od stołu.
- Co tam jest? - spytał oficer.
- Czy dobrze pamiętam? Ten tajniak, który miał pilnować Szpeca, nazywa się Knut? - spytał Kruger nie odrywając wzroku od otwartego pudełka.
- Tak, Knut. A dlaczego pytasz? - odpowiedział pytaniem oficer, wstając zza biurka i podchodząc z zaciekawieniem do stołu.
- Obawiam się, że mamy problem, obersturmbannführer - odpowiedział Kruger.
Po chwili oficer podszedł do niego, patrząc na przesyłkę. Kiedy już jej wnętrze było w zasięgu jego wzroku, oniemiał. W środku była głowa Szpeca z przybitym do niej hakiem rzeźnickim legitymacją Knuta oraz z podpiętą, odręcznie, napisaną kartką.
- Przetłumacz mi to, Kruger - powiedział sturmbannführer, patrząc na kawałek zakrwawionego papieru.
Podoficer zrobił krok do przodu, wyciągnął z obrzydzeniem rękę w stronę pudełka i z zaciśniętymi zębami wyrwał kartkę spod haka. Podniósł ją do góry nie mogąc oderwać oczu od nienaturalnie wykrzywionej twarzy Szpeca.
- Przeczytasz ją wreszcie? - ponaglał oficer.
- Tak jest obersturmbannführer - odpowiedział Kruger kierując wzrok na kartkę. - Majorze Horst - Kruger czytając spojrzał na sturmbannführera, - jeżeli mi ją oddasz, przeżyjesz. Ja wedy stąd odejdę i spotkamy się dopiero w piekle - po przeczytaniu ponownie spojrzał na oficera. - Chyba chodzi o tę żydówę, obersturmbannführer? - powiedział odwracając teraz wzrok na paczkę.
- Nie chyba, ale na pewno - ten odpowiedział.
- Co robimy, obersturmbannführer? Czy mam zarządzić dochodzenie na poczcie? - spytał podoficer.
- Nie potrzeba, nic nam to nie da, Kruger, wypuścimy żydówkę. - powiedział zdecydowanie oficer.
- Czy mam ściągnąć posiłki do obławy?
- Nie będzie żadnej obławy, Kruger.
- Nie bardzo rozumiem obersturmbannführer. To jak chce go pan złapać?
- Nie mam zamiaru go łapać, Kruger - powiedział oficer zamyślony. - On nie po to zadał sobie tyle trudu, żeby dać się teraz złapać w czasie jakiejś nieudolnej obławy. Wypuszczamy ją, a za tydzień zameldujemy, że rzeźnik został zastrzelony w czasie zaplanowanej akcji. I oczywiście jego trupa odeślemy do Berlina.
- Nie rozumiem obersturmbannführer...?
- A co tu rozumieć, Kruger? On stąd odejdzie. Jemu naprawdę zależy na tej Żydówie. Pamiętaj Kruger, najniebezpieczniejszy człowiek to ten, który nie ma nic do stracenia. Do tej pory taki właśnie był nasz rzeźnik - nie miał nic do stracenia. Teraz, kiedy dostanie to, na czym mu zależy, wycofa się. Tym bardziej, że zemścił się już do końca, wybierając temu durniowi mózg łyżką - powiedział sturmbannführer, wskazując na zakrwawiony kuchenny sztuciec, leżący w pudełku obok odrąbanej głowy Szpeca.
- Odnoszę wrażenie obersturmbannführer, że spodziewał się pan tego. Wiedział pan, że rzeźnik dopadnie Szpeca. Pan tego chciał. Wiedział pan, że wypuszczając żydówkę, pozbędzie się pan rzeźnika. Zresztą nie dziwię się, też bałbym się frontu wschodniego. Tym bardziej, że jak wszyscy wiemy, Rzesza teraz przypomina konającą sarnę w konwulsjach, której żadna reanimacja już nie uratuje. Proszę mi tylko powiedzieć, sturmbannführer, jakie ciało wyślemy do Berlina?
- Mało jest Polaków z mordą rzeźnika? Użyj wyobraźni Kruger - powiedział oficer nalewając sobie koniak do kieliszka.
- Raczej jest to niemożliwe, obersturmbannführer, mam umysł ścisły. Daleko mi do pana w szachowych rozgrywkach - odpowiedział. - A jak pan chce mu ją przekazać? - spytał Kruger. - Nie wypuści jej pan przez bramę... jest w takim stanie, że nie zrobi kroku.
- Sprowadź lekarza, niech przez dwa dni ją podszykuje - odpowiedział oficer.
- Panie obersturmbannführer, podejrzewam, że dwa dni nic tu nie pomogą. Może dwa tygodnie..., Szpec jest fachowcem w wyszukanych torturach, a raczej nim był - powiedział Kruger spoglądając na zerkającą z pudełka głowę esesmana.
- W takim razie karz rozgłosić na kramach, że za dwa dni odstawimy ją na rogatki miasta.
- Tak jest obersturmbannführer - odpowiedział Kruger - Podziwiam pana. Żebyśmy więcej mieli takich strategów, a nie zawziętych i zapatrzonych w siebie idiotów, losy wojny inaczej mogłyby się potoczyć - dodał podnosząc prawą rękę przed siebie i wyszedł.
*
Dwa dni później, stojąc na wzgórzu, Marcel od rana obserwował brukowaną drogę prowadzącą z miasteczka. Po kilku godzinach gapienia się przez lornetkę, wreszcie zobaczył na horyzoncie jadącą w jego stronę, kolumnę samochodów: trzy ciężarówki, gazik i motocykl. Oczywiści brał wcześniej pod uwagę to, że Niemcy będą chcieli zastawić na niego pułapkę. Nie wiedział tylko jaką. O sam obszar lasu i otwartą przestrzeń wokół niego, nie martwił się, ponieważ od dwóch dni, od kiedy to dowiedział się o uwolnieniu Aiszy, teren cały czas był monitorowany, tak że z tej strony nic mu nie groziło. Po prostu fizycznie było to niemożliwe, aby Niemcy mogli coś w tym miejscu wykombinować. Jednak nie mógł wykluczyć tego, że będą chcieli przeprowadzić jakąś szaleńczą akcję z drogi, z której mogliby przecież pociskami z moździerza obrzucić wzgórze, czy też je ostrzelać. Istniała również możliwość przepuszczenia ataku z powietrza. Patrząc na taką możliwość - mieliby go teraz jak na patelni. Z drugiej jednak strony, nie sądził żeby chcieli posłużyć się samolotem. Teraz były inne, ważniejsze dla nich cele, niż absorbowanie deficytowego sprzętu dla jednego człowieka. Oczywiście gdyby czas cofnąć o dwa, trzy lata, kiedy jeszcze byli potęgą, samolotu do takiej akcji użyliby na pewno, chociażby ze względu na prestiż, jakiego rzeźnik ich pozbawił. Wtedy szanse Marcela byłyby znikome. W każdym razie musiał zaryzykować swoim bezpieczeństwem, aby odzyskać Aiszę.
Po dziesięciu minutach kolumna samochodów zaparkowała na skrzyżowaniu, tuż przed kapliczką. Kiedy już wszystkie się zatrzymały, z ciężarówki zamykającej konwój zaczęli wyskakiwać żołnierze i z karabinami wycelowanymi w kierunku wzgórza, ustawili się plecami do ciężarówki. Chwilę później z gazika wyszedł Kruger i rozejrzał się dookoła. Domyślał się, że jest obserwowany. Podszedł do auta stojącego w środku konwoju, mocnym uderzeniem ręką w klapę ciężarówki dał znak żołnierzom w środku do jej opuszczenia. Motocykl z żołnierzem w koszu, cały czas krążył wokół zaparkowanych samochodów, w każdej chwili przygotowany, do użycia ciężkiego karabinu maszynowego, zainstalowanego na ramie kosza. Chwilę później ze środkowej ciężarówki wyskoczyło dwóch żołnierzy i wysunęło z niej nosze, na których leżała Aisza, po czym obaj złapali za drążki, przeszli z noszami przez przydrożny rów i położyli je na łące przylegającej do szosy. W następnej chwili wrócili do ciężarówki. Podoficer przeszedł na około konwoju, w pewnym momencie przystanął, przystawił rękę do czoła, tym samym zasłaniając oczy od oślepiającego go słońca. Na wzgórzu spostrzegł wyprostowaną postać, przyglądającą się niemieckiemu konwojowi przez lornetkę. Kruger wiedział, że był to Marcel. Bo jakiemu przypadkowemu chłopu, odbijałoby się słońce skupione w soczewkach lornetki? Chwilę na niego popatrzył.
- Masz szczęście, że dostałem wyraźne rozkazy od obersturmbannführera, bo inaczej byśmy z tobą zatańczyli - powiedział sam do siebie, po czym dał znak ręką żołnierzom stojącym na około ciężarówek.
Kilka minut później Niemcy zapakowali się do samochodów i odjechali. Marcel jeszcze przez chwilę obserwował oddalającą się kawalkadę, po czym zszedł ze wzgórza i ruszył w stronę drogi. Zaraz po nim zeszli partyzanci, którzy wysypali się z okolicznych zarośli. Po chwili cały teren był obstawiony. Horst doskonale wiedział, że Marcel będzie miał towarzystwo, jednak nic o tym Krugerowi nie powiedział. Wydał tylko wyraźny rozkaz: "odstawić i wrócić", tym samym ratując mu zapewne życie. Polubił tego podoficera. Kiedy Marcel zbliżył się do noszy, przyklęknął, swoją potężną dłonią dotknął okaleczonej twarzy Aiszy. Jej oczy, do tej pory skierowane na błękitne niebo, wydawały się żegnać z życiem, bo przecież nie wiedziała, dokąd Niemcy ją wywożą. Jednak po chwili, kiedy odwróciła wzrok w stronę drogi, zrozumiała co się stało. Jej zmasakrowana twarz, teraz rozpromieniała.
- To ty, Marcel! - powiedziała z wyraźną trudnością - Nie płacz. Proszę cię nie płacz. Nie jest tak źle, jak to wygląda - dodała patrząc na jego przepełnione łzami oczy. - Jesteś moim bohaterem - po raz kolejny mnie uratowałeś - Aisza ledwo poruszała wargami.
- Nic nie mów - powiedział przełykając ślinę, patrząc na jej wykrzywione usta i szczękę wybitą z zawiasów. Jej pełna siniaków twarz, wyglądała jakby ktoś po pijanemu zacerował buta.
- Jesteś moim księciem - wyznała z wyraźnym bólem.
- Twój książę już tam gdzieś na ciebie czeka, aniołku - powiedział dotykając jej obolałej twarzy.
- Nie wiem czy mnie ktokolwiek teraz zechce.
- Zechce, zechce! Jak nie, to ja go do tego zmuszę, tylko musisz mi go pokazać - Marcel próbował zażartować.
- Rasa panów, a boją się polskiego chłopa - powiedziała starając się uśmiechnąć do Marcela. - Widziałam to po ich twarzach. W ich oczach - strach przed tobą. Tak, jakby katując mnie, chcieli poprawić sobie samopoczucie, swoją bezradność. Dziękuję ci za wszystko Marcel - dodała w chwilę później mdlejąc.
Po ośmiu miesiącach zakończyła się wojna. Po czterech latach Aisza odnalazła resztki ocalałej z holokaustu rodziny i wyjechała wraz nimi do Izraela. W międzyczasie do Polski wkroczyli kolejni bandyci, tylko że ta swołocz, w odróżnieniu od swoich poprzedników, pozostała tu przez czterdzieści kolejnych lat. Jednak nigdy w historii świata niegodziwość nie trwała dłużej niż wolność, do której ludzie są stworzeni.
Marcel po wojnie nie zamieszkał w swojej rodzinnej wsi. Wspomnienia i bez tego go zabijały. Tułał się po kraju co i raz nękany przez wszelkiego rodzaju służby bezpieczeństwa. Cały czas szukał swojego miejsca na ziemi. Niestety, nigdy go nie odnalazł. Nie doczekał wolnej Polski. Zmarł w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat, w domu opieki społecznej. Nigdy nie założył powtórnie rodziny. Nigdy też nie zapomniał o Marysi, Bronusiu i serduszku swojego nienarodzonego dziecka.
Dominik od dziecka mieszkał na wsi, w wielodzietnej, biednej rodzinie. Matka jako woźna, zarazem sprzątaczka w pobliskiej szkole nie zarabiała zbyt wiele. Ojciec - miejscowy pijaczyna, błąkał się po okolicznych budowach, pracując dorywczo jako murarz, jednak większość czasu spędzał przed sklepem z tanim winem. Dominik samodzielności nauczony był od młodych lat. Zawsze wiedział, że jak sam parę złotych nie zarobi, to nikt mu na nic nie da, no bo i skąd. Nie uczył się zbyt dobrze, zresztą nie bardzo na naukę miał czas. Przeważnie po powrocie ze szkoły tornister lądował w kącie, a on sam biegł swoją codzienną trasą w poszukiwaniu butelek, złomu czy makulatury, które to później sprzedawał w punkcie skupu. Kiedy przychodził sezon czereśni, wiśni czy jabłek większość czasu spędzał na drzewach u okolicznych sadowników. Nie płacili zbyt wiele, ale on zbyt wielkiego wyboru w utrzymaniu się nie miał. Starał się też pomagać młodszemu rodzeństwu, kupując im od czasu do czasu jakieś słodycze czy proste zabawki. Po skończonej podstawówce poszedł do zawodówki w pobliskim miasteczku. Po kolejnych trzech latach zakończył edukację, zatrudniając się jako ślusarz w miejscowym kółku rolniczym.
Po roku pracy został wcielony do wojska. Tam nabrał trochę ogłady i elegancji. Dziwił się kolegom, którzy z nim służyli, że tak zabiegają o przepustki, czy urlopy - on najlepiej w ogóle nie jeździłby do domu. Tu miał chociaż w miarę przyzwoite warunki, prysznic z gorącą wodą, czy też ciepłe toalety, a nie obskurny, śmierdzący wychodek za stodołą, latem oblepiony muchami a po mroźnej zimie walka z hemoroidami. Jednak dwa lata szybko przeleciały i, chciał, nie chciał, trzeba było wrócić do swojej rodzinnej wioski i kółka rolniczego. Jednak była pewna, miła zmiana po jego powrocie do pracy - na imię miała Celina, śliczna dziewczyna, która podczas jego nieobecności zatrudniła się w dziale finansowym. Od początku bardzo mu się podobała, jednak był przekonany, że ona, jako pracownik biurowy, robolem zapewne się nie zainteresuje. Jak się okazało Dominik też wpadł jej w oko. W krótkim czasie zaczęli się spotykać, następnie ze sobą chodzić, po roku wzięli ślub, po następnym urodził im się dorodny syn. Przez następnych kilka lat żyli jak większość ludzi we wsi, od dziesiątego do dziesiątego - nie była to jednak żadna bieda, Na skromne życie im nie brakowało, o luksusach nigdy nie myśleli, przynajmniej do maja 1996 roku.
Wtedy to Dominik jak zwykle w piątek, wracając z pracy, zajechał do sklepu, w którym znajdowała się kolektura totalizatora i jak zwykle puścił te same numery. Pojechał do domu, wieczorem jak zawsze usiadł przed telewizorem uzbrojony w kartkę i długopis i bez większych emocji czekał na wyniki losowania. Punktualnie o dwudziestej pierwszej, na ekranie telewizora pojawił się elegancki siwy pan w szykownym garniturze. Po krótkim reklamowaniu innych losowań maszyna ruszyła. Dominik zaczął spisywać numery: 24 26 19 8 - w tej chwili ręka mu zadrżała... znał doskonale te numery...
- 44 - pan kontynuował, a jemu łomoczące serce podchodziło do gardła - 36 - zakończył pan w eleganckim garniturze.
Dominika zalał pot. Popatrzył na kartkę przed sobą. Zorientował się, że kartka w połowie jest pusta - z wrażenia nie dokończył zapisywania wyników. Jednak po chwili prowadzący powtórzył wylosowane numery, wtedy Dominik w pośpiechu dokończył ich notowanie, choć nie musiał już tego robić - znał je doskonale.
- Wygrałem! Celina, wygrałem! - krzyknął zrywając się z wersalki i pobiegł do kuchni.
Był to dla nich, jak do tej pory, najszczęśliwszy dzień w życiu. Wygrana była rekordowa: dziesięć milionów do podziału na trzech szczęśliwców.
Dominikowi jednak nie odbiła palma z powodu tak ogromnie sumy. Nie było żadnego szastania pieniędzmi, niekończących się imprez, czy też wycieczek do egzotycznych krajów. On od razu inwestował. Po pół roku wykupił od miejscowego GS-u hektarowy plac z kilkoma podrujnowanymi magazynami. W krótkim czasie je wyremontował i zaadoptował na przetwórnię owocowo-warzywną. Były to wspaniałe lata dla handlu. Nowości na rynku bardzo szybko się przebijały. Tak samo było z jego przetworami. A że był rzetelny i dbał o jakość swoich produktów, to firma coraz szerzej i w szybkim tempie zdobywała uznanie i rynek. Niespełna rok później jego przetwory były dostępne niemalże w całym kraju. Jednak sam Dominik się zmienił - nawet nie zauważył, kiedy stał się chciwy, zaborczy, arogancki, nieuznający sprzeciwu. Pracownicy powoli stawali się dla niego wyposażeniem rozrastającego się przedsiębiorstwa. Kontrahentów traktował jak insekty, za zakupione warzywa czy owoce najchętniej w ogóle by nie płacił. A kiedy one już znalazły się w jego słoikach, sprzedawałby je po cenach z kosmosu. Zyski stały się jego obsesją. W domu bardzo rzadko bywał. Uważał, że wszyscy chcą go okradać. Nawet nie zauważył jak jego małżeństwo powoli staje się papierową fikcją. Celina cały czas próbowała je ratować, starała się być wyrozumiała Z jednej strony doceniała to, że Dominik jest taki przedsiębiorczy, że zapewnia im luksusowe życie, z drugiej jednak - cóż po tych pieniądzach, jeżeli rodzina się sypie.
- Jadę dzisiaj z Patrykiem do miasta na badania - któregoś dnia zakomunikowała przy śniadaniu.
- Jakie znowu badania? - zapytał Dominik - Chcesz mu znaleźć jakąś chorobę? - panicznie bał się lekarzy, już na sam widok kitla podskakiwało mu ciśnienie.
- Mówiłam ci już przedwczoraj, że idę z nim na badania... ale przecież ty mnie nie słuchasz, najlepiej przeprowadziłbyś się do przetwórni.
- Pamiętam, że mówiłaś coś o lekarzu, jednak o żadnych badaniach nic nie wspominałaś.
- Właśnie od niego dostałam skierowanie na morfologię. Przecież z fusów mi nie wywróży, co Patrykowi dolega.
- Chłopak jest zdrowy jak dąb, niepotrzebnie mu coś tam wyszukujesz.
- A co ty możesz wiedzieć, jeżeli dziecka ogóle nie widujesz?
- Widuję, widuję... - powiedział dopijając kawę.
- Proszę cię, zatrudnij kogoś odpowiedzialnego i podziel się z nim obowiązkami - Celina zmieniła temat - bo tak dalej być nie może. Co mi po tych luksusach, jeżeli cały czas się od siebie oddalamy?
- O czym ty mówisz? - spytał zdziwiony.
- No widzisz, ty nawet tego nie zauważasz, że już nie jesteśmy tym samym małżeństwem sprzed kilku lat...
- Wydaje ci się - próbował ją zbyć.
- Nic mi się nie wydaje. Kiedy my gdzieś ostatnio byliśmy razem? Jadamy tylko ze sobą śniadania i od czasu do czasu widzimy się na kolacji i to jeszcze podgrzewanej ze dwa razy. Musisz coś z tym zrobić, trochę zwolnić, bo nawet nie zauważysz jak stuknie ci setka. Takie robienie pieniędzy dla pieniędzy jest bezsensem, jeżeli później nie potrafisz z nich korzystać. Musisz także zmienić swój stosunek do ludzi, bo po rozmowie, którą usłyszałam między śmieciarzami na twój temat, dowiedziałam się czegoś, czego nigdy nie chciałabym usłyszeć.
- A co te śmierdzące robole mogą o mnie wiedzieć? Przecież nie pracują u mnie! Także nie przejmuj się tym, co ci powiedzieli.
- Oni mi nic nie powiedzieli, nawet nie wiedzą, że słyszałam ich rozmowę. Te teksty, które mówili na twój temat... wątpię żeby świadomie wypowiadali je w mojej obecności.
- Zwykłe gadanie nierobów, nic więcej..., nie przejmuj się nimi... śmierdziele mówią to z zazdrości - powiedział kończąc śniadanie.
- Dlaczego o nich tak mówisz?
- Niby jak? - spytał zdziwiony.
- Śmierdziele, nieroby... przecież żeby nie oni, utonąłbyś w śmieciach. Ciekawa jestem czy gdybyś wtedy nie wygrał tych milionów, też byś tak się o nich myślał... Pewnie nie... być może któryś z nich byłby nawet twoim kolegą przy piwie.
- Nie pijam piwa - powiedział wzruszając ramionami.
- Tak wiem, ale nie jestem pewna czy wtedy byłoby cię stać na alkohol po kilkaset złotych za butelkę...
- Ta rozmowa jest bez sensu. Mówisz o jakichś hipotezach, co by było gdyby było. Jest jak jest i ja nigdy ze śmieciarzem kolegował się nie będę. A ludzie? Wolę żeby mówili o mnie to, co mówią, niż mieliby mi wejść na głowę.
- Do ciebie, chyba już nigdy nic nie dotrze - powiedziała kończąc rozmowę
Po chwili Dominik wstał i zaczął szykować się do wyjścia. Kiedy był w przedpokoju, w kuchni zadzwonił telefon, odebrała Celina.
- Do ciebie, z pracy - powiedziała podając mu słuchawkę.
- Tak, słucham - powiedział Dominik przystawiając aparat do ucha.
Wiadomości, które odsłuchał, widać nie były zbyt przyjemne. Wzrok mu się wyostrzył, mięśnie na policzkach dostały nerwowego tiku.
- Kurwa, kurwa, kurwa! Nikomu nic nie zgłaszajcie! Zaraz tam będę - powiedział i odłożył słuchawkę.
- Co się stało? - spytała zdenerwowana Celina.
- Na przetwórni był wypadek. Jakiemuś durniowi zmiażdżyło nogę. I to teraz, kiedy obserwują mnie ci z Polagry! Co za cholerny pech! Ty mi karzesz podzielić się obowiązkami, a wystarczy, że przez chwilę mnie tam nie ma i zaraz coś gównianego się dzieje - nieomalże krzyczał wychodząc z domu.
Po kilkunastu minutach zaparkował swoje auto przed biurem, wyskoczył z niego i biegiem wpadł do sekretariatu.
- Co z nim jest? - spytał w wejściu.
- Nie bardzo wiem, przenieśli go do szatni, a nogę trzyma okręconą w kurtkę drelichową, jakby nie chciał jej widzieć. Trzeba wezwać karetkę pogotowia - zakomunikowała sekretarka.
- Żadnych karetek! Jeszcze karetka i policja mi tu są potrzebne! Sam go zawiozę - powiedział wychodząc z biura i kierując się do budynku socjalnego na drugim końcu przetwórni.
Po chwili był w środku, przeszedł korytarzem rozpychając się między grupą gapiów
- Co tu stoicie!? Do roboty! Nie płacę wam za gapienie się! - krzyczał przedzierając się do środka.
- Co z nim jest? - spytał brygadzisty, który stał przy ławce, na której leżał zwijający się z bólu ranny.
- Zieliński przygwoździł mu widłakiem nogę do ściany, panie prezesie...
- Proszę wsadzić go do mojego auta. Pojedziemy do szpitala. Pan pojedzie ze mną - zwrócił się do brygadzisty.
- Jest problem panie prezesie. Zieliński był pijany. Powinniśmy wezwać policję.
- Żadna policja nie będzie mi węszyć po przetwórni! - wydarł się Dominik - Za chwilę on ma się znaleźć razem z panem w moim samochodzie! - Dominik wskazał ręką na rannego pracownika, nawet nie znał jego nazwiska. W przetwórni był tylko jednym z małych trybików, który akurat uległ awarii.
Po chwili czterech pracowników zaniosło rannego do samochodu. Dominik wraz z brygadzistą, także się do niego zapakował i ruszyli w drogę,
- Jak on się nazywa? - Dominik zwrócił się do brygadzisty
- Barański.
- Słuchaj no pan, panie Barański... ten wypadek nie zdarzył się w przetwórni..., rozumie pan? - Dominik zwrócił się do poszkodowanego z naciskiem w głosie.
- A niby gdzie? - odpowiedział pracownik jęcząc z bólu.
- Powie pan, że zabrałem pana z ulicy, gdzie potrącił pana jakiś samochód i kierowca zbiegł z miejsca wypadku.
- Ale panie prezesie, przecież zrobił to Zieliński! Dlaczego miałbym kłamać?
- Dlatego, że Zieliński był pijany i nie potrzeba mi węszącej po zakładzie policji.
- Ale panie prezesie, ja nie jestem ubezpieczony!
- Gówno mnie to obchodzi, trzeba było myśleć wcześniej i się ubezpieczyć! Czy pana rodzina u mnie pracuje? - spytał odwracając wzrok na tylne siedzenie. Barański tylko pokiwał głową - No, zresztą, po co pytam, przecież całe wasze rodziny utrzymuję. Jeżeli nie zrobi pan tak jak mówię, wszystkich wyrzucę z roboty na zbity ryj, rozumie Pan? Wszystkich wypierdolę i nikt mi za to nic nie zrobi, bo to jest mój zakład pracy! Niech pan podejmie decyzję zanim dojedziemy na miejsce.
Temu wszystkiemu przysłuchiwał się siedzący obok Dominika brygadzista, z twarzą odwróconą w stronę bocznej szyby. Opuścił powieki, zacisnął zęby - nie mógł tego słuchać. Człowiek leży ze zmiażdżoną nogą, przez pijanego pracownika, a ten pazerny bydlak go jeszcze straszy - myślał sobie.
Po kilkudziesięciu minutach auto Dominika zatrzymało się przed szpitalem rejonowym w pobliskim miasteczku.
- Co pan zdecydował? - spytał Barańskiego Dominik odwracając się do tyłu.
- Zrobię tak, jak pan karze... - powiedział z grymasem bólu na twarzy.
- Tak jak mówiłem: szedł pan poboczem, a jadący z naprzeciwka samochód dostawczy, chcąc ominąć psa, potrącił pana w nogę i uciekł z miejsca wypadku - Dominik powiedział swoją wersję, którą to później Barański powtórzył policji. W ten sposób prestiż jego bezpiecznego zakładu pracy został uratowały. Mógł dalej walczyć o prymat jakości i bezpieczeństwa, nic dla niego nie znaczyła jakaś tam pogruchotana noga, jakiegoś tam pracownika, która tak á propos była nie do uratowania i lekarze nie mając wyboru, musieli ją amputować, Dla Dominika najważniejsza była przetwórnia - nie przeszkadzało mu to, lub tego nie zauważał, że otaczał się coraz to większą nienawiścią i obrzydzeniem. Z czasem nie było w okolicy człowieka, który by darzył go innym uczuciem.
Kilka dni po wypadku Barańskiego, Dominik jak zwykle wrócił na spóźnioną kolację. Jednak Celina nie przywitała go w kuchni na dole. Wszedł na piętro, otworzył drzwi do pokoju Patryka.
- Co się dzieje? - spytał siedzącą na łóżku żonę, głaszczącą syna po głowie.
- Odebrałam wyniki badań... lekarz powiedział, że nie są dobre... a wręcz złe i muszę je jutro powtórzyć. - powiedziała ze łzami w oczach - Te ciągle powtarzające się anginy, nocne pocenie... dawno powinnam zrozumieć, że coś jest nie tak. Przecież nie mieszkamy w jakiejś starej, wilgotnej chałupie... a teraz jeszcze te powiększone węzły chłonne - mówiła to, niemalże łkając, nie chciała żeby syn ją taką widział.
- A na co wskazują te badania, które teraz robiłaś? Co mówi lekarz? - spytał Dominik z nieukrywanym strachem w głosie.
- W badaniu morfologii wyszła niedokrwistość, małopłytkowość, jednak dzięki Bogu liczba krwinek białych nie jest podwyższona. Ale lekarz mówi, żeby się z góry tym nie cieszyć, trzeba powtórzyć badania i jeżeli wyjdą takie same, trzeba zrobić punkcję szpiku kostnego.
- Mów jaśniej, w ogóle nie rozumiem, o czym ty do mnie mówisz... jaka płytkowość? jaka punkcja? o jakiej ty mówisz chorobie? - z przerażeniem w głosie spytał Dominik.
- O białaczce - zaniosła się płaczem Celina.
- Nie wierzę w to! Patryk od małego był zdrowy! To, że ostatnia chorował na anginę nic nie znaczy, przecież dzieci jeszcze częściej chorują... - Dominik nie dopuszczał nawet myśli, że jego mały chłopiec może zachorować na tak morderczą chorobę.
- A te powiększone węzły chłonne? ...nie wiem jak ja wytrzymam te kilka dni - powiedziała zatroskana - Trufel zejdź z łóżka - zwróciła się do psa leżącego przy Patryku - Wyprowadź go na dwór, nie powinien teraz spać z Patrykiem - powiedziała cały czas głaszcząc główkę syna.
- Nie mamusiu, nie wypędzaj Trufla, niech tu zostanie, przecież on mnie pilnuje - powiedział Patryk patrząc na Celinę - Mamusiu, czy ja znowu jestem chory? - spytał zmartwiony, że nie będzie mógł teraz biegać po podwórku.
- Tak, ale wyzdrowiejesz - odpowiedziała.
Dominik stał z boku tylko się przyglądając. Najgorsze myśli kłębiły mu się w głowie. Był przerażony. On tak bardzo nie cierpiał lekarzy, zresztą... podobnie jak i innych ludzi. Ale Patryk był jego jedynym słońcem na ziemi.
Kilka kolejnych dni i nocy były dla nich koszmarem. Dla Dominika wszystko się zmieniło: przetwórnia przestała istnieć, teraz liczył się tylko Patryk. Po wyniki badań Celina jechała z zaciśniętymi kciukami jednak to nic nie pomogło, na nic się nie zdało, teraz pozostała tylko punkcja szpiku i czekanie. Przez następne dni oboje nie mogli znaleźć sobie miejsca: Celina w domu, Dominik w pracy. Wcześniej niepodobne było do niego, żeby coś zaniedbał, coś przeoczył, ale teraz cały czas myślał tylko o jednym - żeby Patryk był zdrowy. Obiecał sobie, że jeżeli tak się stanie, będzie poświęcał mu o wiele więcej czasu. Teraz dopiero do niego dotarło, że może być za późno. Chcąc pomóc losowi, przed otrzymaniem wyników, wybrał się do kościoła, zrobił to po raz pierwszy od dłuższego czasu. Przy wejściu natknął się na proboszcza.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - powiedział na jego widok, ten przeszył go wzrokiem.
- Dawno cię nie widziałem - powiedział proboszcz pamiętający Dominika jeszcze jako ministranta.
- Tak jakoś wyszło, proszę księdza... - Odpowiedział. Tylko przed nim czuł respekt.
- Co cię sprowadza? Czy urodziło ci się drugie dziecko? Chodzi o chrzciny? - spytał proboszcz prześwietlając go wzrokiem.
- Nie, proszę księdza. Mój syn... być może jest poważnie chory i przed odebraniem wyników badań, chciałbym dać na mszę w intencji żeby to wszystko okazało się tylko okropną pomyłką - mówiąc to podał księdzu kopertę. Ten ją otworzył, przeleciał kciukiem po banknotach - było tysiąc złotych.
- Jak na mszę w intencji - to dużo. Wszystko chcesz kupić - powiedział oddając mu kopertę - a nie wszystko można. Dlaczego nie przyszedłeś podziękować Bogu za narodziny syna, za to, że się dobrze chowa, za te wygrane miliony sprzed lat? Przecież wystarczyło tylko powiedzieć dziękuję. Wtedy myślałeś, że jesteś wybrany? Jeżeli tak, to teraz też możesz być wystawiony na próbę. Czy zdasz ten egzamin? Pomodlę się za twojego chłopca, z całego serca się pomodlę, żeby czasami nie cierpiał za grzechy ojca, bo to co o tobie słyszę, przeraża mnie. Nie takiego Dominika pamiętam sprzed piętnastu lat. Oprócz miłości do swojego syna powinieneś też pamiętać, że inni ludzie żyją obok ciebie, i że są od ciebie zależni. A ty nie jesteś Bogiem, pamiętaj o tym - mówiąc to proboszcz odwrócił się i wyszedł na zewnątrz.
Dominik po chwili zrobił to samo. Nie wszedł do kościoła, nie modlił się, zrobiło mu się wstyd. Kilka dni po zrobieniu punkcji, na wyniki oboje czekali w szpitalu. Dominik nie mogąc usiedzieć na miejscu, chodził po korytarzu w tą i z powrotem, ze wzrokiem utkwionym w zapuszczoną listwę przypodłogową, nerwowo przebierając splecionymi palcami u dłoni. Celina zaś nieruchomo siedziała na krześle, wpatrując się w niebo za oknem, jakby tam szukając ratunku.
Po pewnym czasie do gabinetu zaprosił ich lekarz - czarny scenariusz okazał się faktem, białaczka limfatyczna. Pomimo tego, że liczyli się z taką diagnozą, była to jednak spadająca siekiera na ich dłonie. Lekarz, na co dzień obyty z tą okropną chorobą, wcale nie dramatyzował, nawet ich pocieszał, że ten rodzaj białaczki u dzieci jest wyleczalny nawet w osiemdziesięciu procentach. Oczywiście zastrzegł, że wyleczalność w tego rodzaju chorobach mierzy się przeżyciem pięciu i więcej lat. Uprzedził, że leczenie zapewne potrwa długo i będzie się ono odbywało w kilku etapach. Najpierw trzeba doprowadzić poprzez chemioterapię do remisji. Później ją utrzymać i kontynuować leczenie.
- Czy są jakieś inne możliwości wyleczenia tej choroby? - Dominik przerwał lekarski wywód - Może jakoś zagranicą, może poza kolejką? Ja zapłacę, mam pieniądze! Niech pan tylko powie komu? - Celina spojrzała na niego niemalże z obrzydzeniem.
- Przestań, na miłość Boską, przestań cały czas mówić o pieniądzach - powiedziała ze wstydem w oczach.
- Proszę pana, białaczka to nie jest urwana przez maszynę rolniczą noga, - odpowiedział lekarz opuszczając okulary - którą to można wyremontować, poprzez sprowadzenie nowoczesnej protezy, opartej na kosmicznej technologii z jakiegoś bogatego kraju. - kontynuował - Tu chodzi o białaczkę, nie ma miejsca na ziemi, gdzie byłoby można jej zapłacić, za to, żeby tak sobie po prostu odeszła. A u nas naprawdę, jeżeli chodzi o leczenie tego typu nowotworu, nie odbiegamy od światowej czołówki - lekarz starał się w miarę ich uspokoić.
- Proszę wybaczyć mężowi, ale on się zagubił w tej swojej ogórkowej fabryce - usprawiedliwiała Dominika Celina.
Następne dwa lata Patryk spędził w specjalistycznym ośrodku hematologicznym, Celina praktycznie większość czasu z nim przebywała. W przeciwieństwie do innych rodziców była w tej dobrej sytuacji, że nie pracowała i nie musiała się martwić o środki na utrzymanie siebie w przyszpitalnym hotelu. Przez ten okres bardzo się zmieniła - do tej pory była kobietą spokojną, opanowaną, często wesołą, teraz praktycznie życia w niej nie było. Jedyną rzeczą, która sprawiała jej przyjemność było przytulanie syna, kiedy tylko mogła, głaskanie go po główce, z której już dawno powypadały włosy. Z czasem, szpital stał się jej drugim domem. Chodziła korytarzami uśmiechając się do innych mam przechodzących obok, ale nie były to uśmiechy szczęścia, radości, jak to zazwyczaj z uśmiechami bywa. Były raczej rozpaczliwe, z ich oczu bił smutek. Każda z nich jednak miała nadzieję, że to jej dziecko doświadczy cudu, że to jej dziecko wyzdrowieje i że koszmar zniknie na zawsze. Celina bywała od czasu do czasu w domu, jednak czuła tu pustkę, jakby nie była u siebie, pomimo tego, że sama wcześniej ten dom urządzała z drobnymi detalami. Jakąż ogromną jej to kiedyś sprawiało radość. Dominik po powrocie z pracy, codziennie się upijał, jakby chcąc zapomnieć o życiu za ogrodzeniem. Często w pijackim amoku dobierał się do niej, ale ona zawsze odmawiała pod różnymi pretekstami. Jednak pewnego dnia nie miała już sił i na to. Tego wieczoru, kiedy wszedł do sypialni powalając się na nią, nie opierała się, jednak leżała jak kłoda, myślami była zupełnie gdzie indziej. Im bardziej na niej sapał, tym bardziej się od niego oddalała. Nie widziała już drogi powrotnej. Z czasem coraz rzadziej przyjeżdżała do domu. Patryk bardzo ciężko znosił chorobę, był coraz słabszy. Od jakiegoś czasu bała się najgorszego. Kiedy nadszedł ten dzień, nie miała pretensji do Boga, że jej syn nie zmieścił się w tych uratowanych osiemdziesięciu procentach. Patrzyła jak jej ukochane dziecko umiera. Nie płakała - już nie potrafiła. Była zmęczona, patrzyła jak jego i tak biała skóra zmienia kolor na jeszcze jaśniejszy. Odszedł tak, jakby zgasła dopalająca się świeczka. Jego śliczna dusza opuściła ciało, które nie było już w stanie obronić się przed tą okrutną, wyniszczającą chorobą - Patryk przegrał. Ceremonia pogrzebowa odbyła się po kilku dniach. Nie było zbyt wielu ludzi - Celina nie zgodziła się na rozwieszenie klepsydr, wiedziała jak ludzie nienawidzą Dominika, nie chciała tej nienawiści na cmentarzu.
- Odchodzę - zakomunikowała, kiedy po pogrzebie znaleźli się w domu.
Dominik spojrzał na nią zdumiały
- Zwariowałaś? Dokąd chcesz odejść? - spytał rozkładając ręce.
- Aby tylko jak najdalej od ciebie - odpowiedziała nawet na niego nie patrząc.
- Co cię opętało? Wiem, że cierpisz po stracie Patryka, ale mnie też nie jest łatwo. Musimy jakoś to przetrwać i myślę, że najlepiej będzie zrobić to razem - kontynuował nalewając sobie wódkę do kieliszka.
- Ja już nic nie chcę z tobą robić razem... Zresztą najlepiej będzie, jeżeli jeszcze dzisiaj wrócisz do swoich ogórków i pomidorów.
- Jakby nie było, to z tych ogórków i pomidorów żyjesz! Nie rozumiem, dlaczego cały czas się ich czepiasz!?
- Dlatego, że przez swoją pracę nigdy nie miałeś dla nas czasu. To ona zawsze była dla ciebie najważniejsza! - powiedziała podniesionym głosem - Teraz będziesz mógł nawet tam nocować, tylko najpierw zapakuj sobie kilka skrzynek wódki do bagażnika - dodała.
- Wiem, że jesteś zdenerwowana - Dominik próbował ją uspokoić.
- Ja jestem zdenerwowana? Czy ty nie rozumiesz, że teraz najbardziej ze wszystkiego na świecie chciałabym umrzeć? Nie mogę patrzeć na ciebie! Nie mogę z tobą żyć! A najbardziej przeraża mnie świadomość, że to ludzka nienawiść do ciebie, zabiła moje dziecko! Jak sobie teraz wyobrażasz nasze życie, że będę udawać, że nic się nie stało? Jutro wyjeżdżam, nigdy mnie nie szukaj - powiedziała patrząc na niego pustymi oczami, przepełnionymi smutkiem. Na drugi dzień rano zapakowała swoje rzeczy do auta, po czym wyjechała nie mówiąc dokąd. Dominik obserwował ją przez okno w sypialni. Nie wyszedł się pożegnać, nie pytał więcej o nic, Przykro mu było, kiedy przypomniał sobie ostatnie zdanie wypowiedziane przez Celinę - pewnie pozostanie mu na długo w pamięci. Jednak nie obawiał się o nią. Wiedział, że jest przyzwoicie zabezpieczona finansowo. Został sam na dobre. Wiedział, że nie ma już na co czekać. Wiedział, że ona nie wróci, a on był zbyt dumny żeby ją o to błagać.
Następne miesiące i lata poświęcił się pracy. Niczego nie zmienił w swoim dotychczasowym życiu - dwanaście godzin w przetwórni, wieczorem cztery godziny upijania się, przekąszając kawałkiem kiełbasy i ogórkiem, pięć godzin snu, godzina na łazienkę i dojazd autem do pracy. Jednak jego picie, nie przeszkadzało mu w prowadzeniu biznesu. Za dnia był jak ten wygłodniały wilk, pilnujący swojego terytorium - zagryzłby każdego, jeżeli poczułby jakiekolwiek zagrożenie. Był jak zaprogramowany komputer, nastawiony tylko na pomnażanie majątku, nie bacząc, jaką ilość trupów to pochłonie.
Tego wieczoru, starszy o kilka lat ludzkiej nienawiści do siebie, jak zwykle po powrocie z pracy, rozpoczął wieczorną biesiadę. Kiedy już opróżnił butelkę wódki., usnął na kanapie, chociaż nigdy wcześniej mu się to nie zdarzało - przecież był już zahartowanym alkoholikiem. Ale tym razem po prostu usnął. Około północy obudziła go szamotana wiatrem zasłona.
- Tatusiu, zabierz Trufla z budy - usłyszał głos. Nie otwierał jednak oczu.
- Tatusiu, zabierz Trufla z budy - usłyszał ponownie. Spojrzał przed siebie - nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył - przed nim stał Patryk - Tatusiu, zabierz Trufla z budy - usłyszał po raz trzeci.
- Patryś, ty żyjesz! Tak bardzo cię kocham! Tak bardzo mi cię brak! - powiedział ściskając rączkę syna - Przepraszam cię, że tak mało się tobą zajmowałem! Boże, dziękuję ci! - mówił to wtulając syna w siebie.
- Tatusiu, zabierz Trufla z budy - usłyszał po raz czwarty.
- Dobrze, zabiorę go, ale nie odchodź... - powiedział kurczowo trzymając jego malutką dłoń.
Czuł jednak, że nie ma tyle siły, żeby go zatrzymać. Jego ręka powoli omdlewała, a dłoń syna delikatnie uwalniała się z jego uścisku. Bojąc się, że znów go straci gwałtownie się zerwał, podniósł głowę, usiadł na kanapie - otworzył oczy, obudził się. Spojrzał na swoją wyciągniętą do przodu rękę, była zaciśnięta w pięść, stróżkiem ciekła z niej krew - paznokcie tak mocno powbijały się w wewnętrzną część dłoni, jednak ręka była pusta. To był tylko sen. przyłożył dłoń do czoła, rozmazując sobie po nim krew, zaczął płakać. Po chwili wytarł oczy, podniósł się, złapał za butelkę, nalał szklankę do połowy i chaotycznie zaczął pić, częściowo zalewając sobie koszulę. Kiedy ujrzał dno, odstawił szklankę i ruszył w kierunku przedpokoju. Znalazłszy się w nim otworzył drzwi frontowe, wyjrzał na zewnątrz. Zrywający się wiatr orzeźwił jego twarz, zagwizdał na psa, ten wystawił łeb z budy.
- Chodź - powiedział do niego klepiąc dłonią po udzie.
Pies posłusznie wyszedł z budy i merdając z zadowolenia ogonem pobiegł w kierunku swojego pana.
- Do diabła, co ja wyprawiam... - powiedział sam do siebie wpuszczając psa do środka
W chwilę później znów trzymał w ręku szklankę napełnioną do połowy. Spojrzał na psa lokującego się w fotelu - to Patryk przyzwyczaił go do łażenia po łóżkach i kanapach. Po kilku kolejnych szklankach, znowu usnął. Nic mu się jednak już mu się nie śniło. Rano obudziło go mlaskanie psiego języka na twarzy.
- Wynoś się, przestań mnie lizać Trufel - powiedział podnosząc się z kanapy.
W ustach czuł okropne suszenie, kompletny brak śliny tak, jakby najadł się cementu. Do tego pulsujący ból z przodu głowy - czuł się okropnie. Wstał, podszedł do barku, złapał jedną z butelek stojącą na nim, odkręcił korek, szyjkę przechylił do ust i wypił kilka łyków. Otrząsnął się, czując jak alkohol spływa mu przez gardło. Podszedł do okna nadal trzymając butelkę w ręku. Odsłonił rolety, spojrzał na dziedziniec - jego twarz zamarła, butelka wypadła mu z ręki roztrzaskując się o marmurową posadzkę. Na zewnątrz ujrzał powalonego przez piorun dęba, a pod nim, roztrzaskaną w drobny mak psią budę. Spał tak twardo, że nawet nie słyszał szalejącej nocą burzy. Odwrócił się w stronę pokoju, spojrzał na Trufla leżącego w fotelu, z głową opartą na wyciągniętych przed siebie łapach. Patrzyli tak na siebie przez chwilę - Trufel jakby coś rozumiejąc zaczął merdać ogonem, Dominik nie bardzo wiedział, co ma myśleć o ostatnich wydarzeniach Czuł się teraz tak, jakby po raz drugi trafił szóstkę w totka. Czuł, że to nie był żaden przypadek. Wierzył w to, że naprawdę tej nocy przytulał syna! Stał tak przez dłuższą chwilę, po czym podszedł do kanapy i usiadł na niej. Podniósł się z niej dopiero po pięciu godzinach. Podszedł do komody, wziął do ręki telefon, na wyświetlaczu wybrał praca i nacisnął zielony przycisk, po chwili ktoś odebrał.
- Pani Olu, przez kilka dni nie będzie mnie w pracy - zakomunikował sekretarce i odłożył słuchawkę nie odpowiadając w ten sposób na zadane przez nią pytanie.
Dominik rozejrzał się po salonie podszedł do telewizora chwycił za blat szafki, na której stał, pchnął przed siebie i skierował się do pokoju gościnnego. Gładko mu to poszło ponieważ szafka miała pod sobą kółka. Po chwili wrócił do salonu podszedł do pianina stojącego pod ścianą, na którym jego syn często grywał. Zaparł się i przetoczył je na środek salonu w miejsce, gdzie przed chwilą stał telewizor. Kiedy już je ustawił, zebrał z barku wszystkie butelki i poprzenosił je na pianino. To samo zrobił z butelkami z całego domu. Nieważne było czy są pełne, ponapoczynane czy puste - wszystkie lokował na pianinie. Te, które się na nim nie zmieściły, poustawiał na zamkniętej klawiaturze. Kiedy już przetrząsnął cały dom w poszukiwaniu wszelkiego alkoholu, spędził Trufla z fotela z zainteresowaniem obserwującego poczynania swego pana. Przesunął dotychczasowe legowisko psa centralnie przed pianino i usiadł na fotelu ze wzrokiem wbitym w swoje butelkowe dzieło.
Siedział tak cały dzień i całą noc nie podnosząc się, co i raz przysypiając. Jednak kiedy tylko głowa mu opadała, od razu trzeźwiał i otwierał oczy. Nad ranem zaczęły zalewać go poty - brak alkoholu robił swoje. Cały czas robiło mu się niedobrze, jednak nie wstawał, starał się myśleć tylko o Patryku. Wspominał, przytulał go w myślach i całował, zastanawiał się, dlaczego nie wykorzystał w stu procentach jego dzieciństwa, przecież tak bardzo go kochał. Jednak nie grał z nim w piłkę, nie nauczył go jeździć na rowerze, nie czytał mu pierwszej książki - to wszystko robiła Celina. On tylko wieczorem lubił słuchać jak Patryk gra na pianinie, zalewając się w tym czasie alkoholem. Na rozmowę nie było czasu, to zawsze odkładał na później, a przecież syn był dla niego wszystkim. Chyba wydawało mu się, że wystarczy jak będzie spełniał tylko jego zachcianki, kupując mu kolejne zabawki i wszystko czego zapragnął, nie patrząc na cenę. Jednak nawet i tych zakupów nie robił osobiście, tyko zlecał je sekretarce, on tylko za wszystko płacił. Zrozumiał, że ominęły go lata życia swojego syna a przecież nie musiało tak być. Przecież mógł dzielić czas między pracą i domem. Nie winił się za śmierć Patryka. Wiedział że choroba, która go dopadła, robi to samo każdego dnia z tysiącami innych ludźmi. Winił się jednak za to, że nie wykorzystał jego krótkiego życia. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że ta wygrana sprzed lat, była dla niego po prostu próbą - a on nie wyszedł z niej zwycięsko, wygrała chciwość.
W południe dostał drgawek, zwlókł się z kanapy, podszedł do szafy, wyjął z niej koc, szczelnie się nim opatulił po czy wrócił na kanapę, nadal wpatrując się w kilka rzędów butelek. Tak pozostał do wieczora i przez kolejną noc. Nad ranem, wymęczony takim maratonem, nieświadomie przewrócił się na bok i usnął kończąc w ten sposób swoją tymczasową pokutę. Przebudził się dopiero w południe. Poczuł się jakby odrobinę lżejszy. Spojrzał na wpatrującego się w niego Trufla.
- Może tak wreszcie wypuszczę cię na dwór... - powiedział pocierając się po czole.
Pies jakby to rozumiejąc, zeskoczył z fotela i skierował się do wyjścia. Po wypuszczeniu Trufla na dwór, wszedł do łazienki, wziąć prysznic, spojrzał w lustro - zobaczył jakby kogoś innego. Zobaczył Dominika sprzed lat. Uśmiechnął się sam do siebie, po raz pierwszy odkąd pamiętał.
- Dziękuję - powiedział spoglądając w swoje odbicie.
Po wyjściu z łazienki wszedł do garderoby, przeleciał ręką po półkach i wieszakach - pokręcił głową.
- Przecież ja chodzę jak łachmyta - powiedział sam do siebie, przeglądając swoje ubrania.
Zresztą nie miał się czemu dziwić, sam nie pamiętał, kiedy był na jakichś zakupach. Praktycznie większość ubrań kupowała mu Celina kiedy z nim jeszcze była. Ale i ona nie wszystko bez miary mogła kupić. Po dłuższej chwili grzebania w garderobie, Dominik ubrał się i pojechał do pracy.
- Dzień dobry panie prezesie - witali go pracownicy mijani na parkingu i w korytarzu biura.
- Dzień dobry - odpowiadał, przyglądając im się bliżej.
Wtedy zdał sobie sprawę, że większości z nich nie zna - po prostu wcześniej ich nie zauważał.
- Witam panie prezesie - powiedziała sekretarka, kiedy ten wszedł do biura.
- Dzień dobry pani Olu - przywitał się przechodząc do swojego gabinetu - Pani Olu, poproszę do mnie - powiedział przez dyktafon, lokując się w fotelu.
Po chwili sekretarka stała przed jego biurkiem.
- Pani Olu, proszę sprawdzić ilu pracowników ma zaległe urlopy. - powiedział wyciągając jakieś dokumenty z neseseru, nawet na nią nie patrząc.
- Wszyscy - odpowiedziała bez zastanowienia, trochę zdziwiona wydaną przez pryncypała dyspozycją.
- Jak to wszyscy? Chce Pani powiedzieć, że nikt nie wykorzystał do końca urlopu z zeszłego roku.
- Panie prezesie nie poznaję pana... czy coś się stało? - spytała z troską w głosie.
- Wiele się stało, ale w tej chwili pytam o urlopy.
- Panie prezesie, ludzie mają niewykorzystane urlopy sprzed trzech lat. Tak, że z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że za zeszły rok nikt nie wykorzystał w pełni urlopu, a za ten, jeszcze nikt go nawet nie zaczął - odpowiedziała cały czas się zastanawiając, co ten knur kombinuje.
- Więc proszę sporządzić listę tych osób, które chcą iść na urlop i tych, które chcą dostać za niego wynagrodzenie - sekretarka nadal patrzyła na niego z niedowierzaniem, nie mogła pojąć, co się z facetem stało przez te kilka dni.
- Panie prezesie, przepraszam, że spytam... znamy się tyle lat i myślę, że mam prawo zadać to pytanie..., czy pan nie zapisał się do jakiejś sekty? Ja po prostu Pana nie poznaję...
Rzeczywiście, znali się od wielu lat i to ona była jedyną osobą, która mogła go o to spytać, nie obawiając się konsekwencji. Dominik podniósł oczy z nad dokumentów, które przeglądał, uśmiechnął się, co ją naprawdę ucieszyło.
- Nie, nie zapisałem się do żadnej sekty, może być pani zupełnie spokojna o moją poczytalność - powiedział z niebywałym dla niego spokojem - Chciałbym żeby od początku następnego tygodnia sprawa była załatwiona i ludzie sukcesywnie kierowani na urlopy. Oczywiście ci, którzy wcześniej taką chęć zadeklarują.
- No nie bardzo wiem jak będziemy mogli to zrobić, jest środek sezonu a przecież nie możemy ograniczyć produkcji - powiedziała nadal zdziwiona zachowaniem prezesa.
- Wiem, zatrudnimy na umowę zlecenie tylu pracowników ilu będzie potrzeba.
- Będą z tym związane ogromne koszty.
- Biorę to na siebie, proszę wezwać do mnie księgowego, na pewno mamy dużą nadwyżkę - powiedział kończąc rozmowę.
Po konsultacji z księgowym okazało się, że rzeczywiście jeżeli chodzi o finanse, to firma jest w bardzo dobrej kondycji, ma ogromne nadwyżki budżetowe, zapewne za sprawą wcześniejszej chciwości Dominika.
Przez następnych kilka miesięcy Dominik cały czas czymś pracowników zaskakiwał. Organizował wyjazdy integracyjne, w znaczny sposób doinwestował fundusz socjalny, który do tej pory był tylko fikcją, dzieci pracowników, jak nigdy wcześniej zaczęły wyjeżdżać na wakacje. Chodziła nawet plotka, że jest śmiertelnie chory, a swoimi czynami chce zmazać wszystkie krzywdy, które wcześniej wyrządził. Nie komentował tego i z nikim o tym nie rozmawiał. Kompletnie się wyciszył, cały czas miał w pamięci tę noc, kiedy po raz ostatni przytulał syna. Nawet jeżeli robił to tylko przez sen, wierzył głęboko w to, że nie były to tylko jego pijackie majaki. Wierzył, że Patryk cały czas z nim jest. Choć myślał trzeźwo i zdawał sobie sprawę z tego, że ten sen już nigdy się nie powtórzy i nigdy więcej w tak rzeczywisty sposób syna nie ujrzy, na swój sposób pogodził się, że już go nie ma. Nie raz zastanawiał się czy nie skorzystać z pomocy jakiegoś specjalisty, psychologa czy innego nawiedzonego szamana, jednak jego niechęć do tego typu profesji była tak silna, że nigdy nie zdecydował się na taką wizytę. Uważał, że jest na tyle mocny psychicznie, że nie zwariuje i sam sobie z tym niewątpliwym smutkiem poradzi. Jak by nie było od pamiętnej nocy minęło sporo czasu, a on nie wziął kieliszka do ust i wcale nie odliczał godzin i dni swojej abstynencji. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, że pies, który cały czas myśli o jedzeniu, nie może zobaczyć otwartej lodówki. Fakt, że praca bardzo mu pomogła w utrzymaniu równowagi psychicznej - na szczęście miał teraz do niej zupełnie inne podejście. Nie była już dla niego tylko czymś do kompletowania pieniędzy dla pieniędzy. Nawet to dzielenie się nimi z kimś innym, dawało mu jakąś radość, ulgę. A może podświadomie chciał odkupić swoją duszę, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Psychika ludzka jest niezbadana i nigdy nie będzie, a jeżeli jakimś cudem już by do tego doszło, to będzie koniec, koniec wszystkiego...
- Dzień dobry pani Olu - powiedział Dominik, jak co dzień wchodząc do biura.
- Dzień dobry panie prezesie - odpowiedziała jakby będąc gdzie indziej.
Dominik spojrzał na nią - jak z nią pracuje takiej przygnębionej jeszcze nie widział.
- Stało się coś? - spytał.
- Ach, panie prezesie, szkoda gadać - odpowiedziała podając mu ważniejszą korespondencję.
- Może jednak lepiej powiedzieć - nalegał.
- Dlaczego tak jest, że jak komuś jest źle, to nieszczęścia kleją się do niego jak pszczoły do miodu?
- Czy powie mi pani, co się stało? - spytał Dominik wyczuwając jakieś nieszczęście.
- Magdzie Zabłodzkiej, wie Pan, tej, co po południu sprząta biuro, dom się w nocy spalił. No, nie cały, ale piętro i poddasze poszło z dymem. Niedawno straciła ojca, rak go pożarł, młody chłop nie miał jeszcze sześćdziesiątki, to teraz drugie nieszczęście. Dzięki Panu Bogu, że jej syn trzy dni temu wyjechał na kolonie, bo aż strach pomyśleć, co by się z nim stało, jego pokój był na górze. Nieszczęście za nieszczęściem - powiedziała bardzo zatroskana, odruchowo kręcąc głową.
- Znam jej syna. Z Patrykiem chodził do przedszkola, często się u nas razem bawili. Proszę się nie martwić, wszystko jakoś się ułoży - mówiąc to wszedł do swojego gabinetu, położył na biurku teczkę, podszedł do okna, nie patrzył jednak przez nie. Stał tak około kwadransa, myślami będąc zupełnie gdzieś indziej, po czym wyjął z kieszeni marynarki telefon, wybrał numer i zadzwonił do znajomego przedsiębiorcy budowlanego.
- Cześć Stanisław, Dominik z tej strony. Nie znalazłbyś trochę czasu na to żeby odwiedzić moją wioskę? - spytał, kiedy tamten odebrał telefon.
- Co, znów się rozbudowujesz? Tobie chyba zawsze będzie mało - zaśmiał się znajomy.
- Nie, tym razem nie chodzi o mnie. Jednej z moich pracownic góra chałupy się spaliła. Chciałbym żebyś na to rzucił okiem. - w telefonie nastąpiła dłuższa chwila ciszy - Halo, jesteś tam? - spytał Dominik, nie wiedząc czy połączenie zostało przerwane.
- Jestem, jestem, pewnie, że jestem. Zastanawiam się tylko czy, ja z tym Dominikiem rozmawiam... ale więcej żadnego nie znam... czy to na pewno ty? - spytał czekając na logiczną odpowiedź. Przecież znał go od lat. Co by go obchodziła spalona chałupa jakiejś pracownicy? No chyba, że coś u niej przechowywał. Zastanawiał się tylko co? Myśli po głowie latały mu z prędkością światła
- O czym ty mówisz? - przerwał jego dochodzenie Dominik.
- Stary, jak to o czym? Prosisz mnie, żebym przyjechał obejrzeć spaloną chałupę swojej pracownicy i pytasz, o czym ja mówię? Zastanawiam się czy nie trzymałeś u nie jakiejś lewej kasy, albo jakichś prochów? Chyba, że to jakaś twoja dupencja na boku, bo nie bardzo rozumiem - no tak, skąd Stanisław miał wiedzieć o przeobrażonym Dominiku skoro bardzo rzadko go widywał, praktycznie tylko kiedy miał u niego jakąś robotę.
- Nie, nie jest to żadna moja dupencja, ani nic u niej nie trzymałem. To co? Wpadniesz do mnie? - spytał ponownie.
- Pewnie, że wpadnę. Jesteś jednym z moich lepszych klientów. Fakt, że zawsze są problemy z wyrwaniem od ciebie kasy za robotę, ale jakoś teraz nic mi nie wisisz, więc wpadnę. Powiedz tylko, kiedy.
- Nawet dzisiaj - odpowiedział Dominik.
- Ale po południu - zastrzegł Stanisław.
- Super. Jak będziesz wyjeżdżał, zadzwoń do mnie, bo nie wiem czy jeszcze będę na zakładzie.
- OK, to do zobaczenia - mówiąc to Stanisław się rozłączył.
Do końca dnia Dominik przebywał w przetwórni załatwiając swoje różne, codzienne sprawy. Kiedy już o siedemnastej wychodził z biura, zadzwonił telefon. Dominik wyjął aparat z kieszeni, na jego ekranie wyświetlił się Stanisław.
- Ja już wyjeżdżam, będę u ciebie za pół godziny.
- Dobrze, czekam w biurze - odpowiedział cofając się do środka. - W takim razie zrobimy sobie jeszcze jedną kawkę - powiedział sam do siebie.
Po dwóch kwadransach do biura wszedł Stanisław.
- Całą drogę zastanawiałem się, jaki masz interes w tej spalonej chałupie? - zapytał przy wejściu drapiąc się po głowie - Wiesz, jeżeli to jakaś przyzwoita inwestycja, jakby coś za dużo miało ci skapnąć, to ja w to wchodzę. - dodał.
Dominik uśmiechnął się.
- Może byś chciał zaadoptować nadpalony eternit do recyklingu? - spytał.
- Nie żartuj sobie, przecież ty nawet idąc do kibla myślisz jakby tu na gównie zarobić, także nie wciskaj mi garści drobnych do kieszeni, ale mów, o co chodzi? Nawet jeżeli nie dopuścisz mnie do interesu, to powiedz o co tam biega, bo się zamęczę - natrętnie dopytywał Stanisław.
- Ty naprawdę masz o mnie takie zdanie? -
- Stary, co z tobą jest? Jakie zdanie? Zawsze byłeś kanalią... po prostu taki jesteś. Z Hitlera też było kawał kurwy a myślisz, że marzył o tym od dzieciństwa? - spytał Stanisław, prezentując dość dziwną interpretację - Zresztą, jakie mam mieć o tobie zdanie? - kontynuował - Przecież sam wiesz jaki jesteś. Znamy się od lat, tyle co ja u ciebie nabudowałem za państwowe dotacje, to my tylko we dwóch wiemy. Oczywiście nie narzekam, zawsze z tego i ja coś miałem. Jesteś najbardziej chciwym gościem, jakiego znam. Typowy szczur na kasę i myślę, że innego zdania o tobie nigdy miał nie będę. Także nie nawijaj mi tutaj sera do naleśników tylko mów, chcesz odkupić od niej tą chałupę? Niemcy zakopali pod nią bursztynową komnatę? Teren idzie pod autostradę do wykupu? A może są tam złoża ropy naftowej? Ale to co w ziemi, to państwowe, tego nie dadzą ci ruszyć. Z drugiej strony zawsze można coś uszczknąć bez ich wiedzy - rozmarzył się Stanisław, rozbawiając tym samym Dominika. Ten naprawdę zaczął się szczerze śmiać. Widać, że wreszcie sprawiało mu to ogromną przyjemność, bardzo dawno tego nie robił. Jednak znów dało mu do myślenia, kim był i jakie zdanie o nim mają inni. Stanisław patrzył na niego z niedowierzaniem.
- Co cię tak rozbawiło? - spytał kompletnie nie rozumiejąc zachowania Dominika.
- Ja tylko chcę tej kobiecie pomóc. Czy to jest aż tak nienormalne w moim wydaniu?
- Żartujesz sobie ze mnie? Ty chcesz pomóc? I to tak za darmo? Nie weźmiesz za to żadnych pieniędzy? Żadnych gratyfikacji? Nic? Po prostu robisz to bezinteresownie? Czy ty umierasz? - spytał z niedowierzaniem - Jeżeli tak, to nie zapomnij o mnie w testamencie - zastrzegł sobie.
- Nie, nie umieram, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Ja chcę jej tylko pomóc - powtórzył Dominik.
- Dobra, ja już cię o nic więcej nie pytam, nie chcesz mówić - twoja sprawa.
- To co? Nie będziemy tracić czasu i jedziemy od razu? - zaproponował Dominik.
- Oczywiście - zawtórował mu Stanisław.
- Ten dom stoi na Zielonogórskiej, wiesz gdzie to jest? - spytał Dominik. Sam doskonale znał adres, ponieważ kilkukrotnie odwoził syna Zabłodzkiej po zabawach z Patrykiem.
- Nie wiem, pojadę za tobą - odpowiedział Stanisław.
- No to w drogę - powiedział Dominik łapiąc teczkę z pod biurka
Po chwili byli na parkingu.
- Jak będziesz sprzedawał swoją furę, daj mi znać, może mnie będzie na nią stać - zaproponował Stanisław, kiedy Dominik otwierał drzwi swojego luksusowego BMW - Albo jeszcze lepiej, daj mi ją w prezencie, bo nie chciałbym się dowiedzieć, że oddałeś ją jakiemuś przygodnemu biedakowi za złotówkę. Zresztą powiem ci szczerze, że ty do tego auta w ogóle nie pasujesz. Nie chcę być niemiły, ale spójrz na siebie, jak ty wyglądasz - powiedział mierząc go wzrokiem od stóp do głów - Poszukaj sobie lepiej baby, bo nie długo ludziska będą brali cię za kloszarda - dodał.
- Aż tak źle wyglądam? - spytał oglądając swój podniszczony i poplamiony garnitur - Chyba trochę przesadzasz.
- Nie przesadzam, wytrzyj w domu lustro z kurzu, to wtedy sam zobaczysz - zaśmiał się Stanisław.
- Może rzeczywiście masz rację - przyznał Dominik, bliżej się oglądając - A co do samochodu to bądź pewny, że będę o tobie pamiętał w pierwszej kolejności - zapewnił go wsiadając do auta, odpalił silnik i po chwili wyjechał z parkingu.
Miejscowość, w której mieszkał nie była zbyt rozległa, więc po kilku minutach zajechali na miejsce pogorzeliska. Wysiadł z samochodu. Widok za płotem był tragiczny. I nie chodzi tu tylko o spalony do połowy budynek. Kiedy zobaczył tych biednych ludzi... po raz pierwszy od lat inaczej patrzył na czyjeś nieszczęście... stara, zapłakana kobieta siedziała na studni trzymając się kurczowo żurawia - zapewne babka - pomyślał. Młoda Zabłodzka z zapuchniętymi oczami stała przed domem i przyglądała się jak jej mąż zwala popalone graty na dół, Dominik znał go, razem chodzili do podstawówki - nigdy nie byli kolegami, jednak pamiętał go ze starszej klasy. Dom przypominał raczej okopcony bunkier a nie budynek, w którym jeszcze wczoraj ktoś mieszkał. Dominik otworzył furtkę, wszedł na posesję. Z góry zauważył go Zabłodzki, przerwał robotę, wyprostował się i patrzył na zbliżającego się do domu prezesa
- Ki diabeł go tu przygnał? - pomyślał sobie. Zabłodzka obserwując męża również odwróciła głowę w stronę furtki.
- Dzień dobry - powiedział Dominik, kiedy się do niej zbliżył.
- Dzień dobry - wydukała Zabłodzka w żaden sposób nie rozumiejąc, co sprowadza prezesa - chyba nie będzie chciał mnie teraz zwolnić, bo nie mam dachu nad głową - pomyślała w strachu.
W międzyczasie Zabłodzki zszedł na dół.
- Dzień dobry panie prezesie - powiedział podchodząc do Dominika.
- Nie nazywaj mnie panem, przecież razem chodziliśmy do podstawówki. Zresztą ty nawet u mnie nie pracujesz.
- Też prawda - Zabłodzki przyznał mu rację.
- Widzę, że stało się wam nieszczęście. Czy byliście ubezpieczeni?
- Nie - odpowiedział gospodarz, w tej samej chwili na podwórko wszedł Stanisław.
- No widzę, że sporo roboty przed nami - powiedział podchodząc do budynku.
- Ale o co chodzi panie prezesie? - spytała Zabłodzka patrząc na Stanisława - Przecież my nie mamy pieniędzy na żadną robotę.
- Proszę się nie martwić, straty zostaną pokryte z zakładowego funduszu remontowego - zakomunikował Dominik.
- O czym ty mówisz? Z jakiego funduszu? Przecież my do żadnego funduszu nie należymy - spytał gospodarz.
- Od dzisiaj należycie. Co o tym myślisz? - spytał Dominik odwracając się do Stanisława.
- Myślę, że trzeba zaprowadzić cię najpierw do lekarza, żebyś mi się później nie wycofał - odpowiedział przyglądając się gospodarzowi.
- Ja nic nie rozumiem - wtrąciła Zabłodzka - O co chodzi Panie prezesie? Ja wiem, że w ostatnim czasie bardzo się pan zmienił, że dużo dobrego pan robi, że pan dzieciom kolonie załatwił, na które też mój syn trzy dni temu wyjechał. O Boże! - nagle krzyknęła łapiąc się za głowę - Przecież pan mi dziecko uratował! Co by to było, gdyby nie wyjechał na te kolonie?! - powiedziała przerażona i zaczęła płakać.
- Proszę się uspokoić, wszystko będzie dobrze. Dom odbudujemy, syn wróci do nowego pokoju - uspokajał ją - I co, Stanisław, o tym sądzisz? - zwrócił się do budowlańca.
- Co ja sądzę? - powtórzył za nim - Trzeba zrobić plan dachu. Wbrew pozorom, ściany są tylko do poprawienia, nie są poprzepalane. Widać pożar był szybko ugaszony. Pousuwa się przepalone cegły, pouzupełnia świeżym materiałem, dobuduje się parę metrów ścianek... jednym słowem - myślałem, że będzie o wiele gorzej. Żeby wszystko dokładnie ocenić, muszę wziąć z auta metrówkę, rysownik, wdrapać się na górę, pomierzyć i porozpisywać to na brudno. Później przenieść to na plan i do roboty - powiedział odchodząc w stronę auta.
- Panie prezesie ja naprawdę nie wiem, co mam o tym myśleć? - powiedziała Zabłodzka rzeczywiście tym wszystkim trochę skołowana.
- Proszę tylko myśleć o tym, że będzie dobrze - mówiąc to Dominik się uśmiechnął - Teraz już wszystko będzie dobrze - powtórzył klepiąc ją po ramieniu.
Pół godziny później Stanisław z wypełnionym rysownikiem zszedł na dół.
- Jak szybko będziesz mógł rozpocząć robotę? - spytał Dominik.
- Myślę, że w ciągu trzech dni. Pozwoleń żadnych nie potrzeba, praktycznie można to podciągnąć pod większy remont, także wydaje mi się, że w ciągu trzech dni przygotuję plany i ściągnę materiały.
- Liczę na ciebie. Bardzo zależy mi na czasie.
- Nie mam pojęcia, co się z tobą dzieje i mam nadzieje, że nie jest to zaraźliwe - powiedział Stanisław z troską w głosie.
- Tu się mylisz mój przyjacielu. Nawet nie wiesz jak ja się teraz wspaniale czuję. To tak, jakby codziennie była gwiazdka i największą przyjemność sprawia ci prezent, dany komuś, kto tego bardzo potrzebuje - Dominik odrobinę zaczął filozofować.
- Alleluja! Bracie, ty poważnie jesteś nawiedzony. Ja widocznie nie wspiąłem się jeszcze na tak wysoki poziom, ale jak pomyślę o moich trzech byłych żonach, dzieciaków już nie zliczę, to mi jedno Boże Narodzenie w roku wystarczy. A nawet mógłbym je obchodzić, co trzeci rok - powiedział Stanisław pakując się do swojego auta.
Dominik po chwili zrobił to samo. Przez następnych kilka dni żywo interesował się postępami pracy przy remoncie domu Zabłodzkich. Bardzo był zadowolony z rzetelności Stanisława, który tak jak zapowiedział, pracę rozpoczął po trzech dniach, ściągając na miejsce materiał i ludzi. Dominik nie jeździł oczywiście na posesję Zabłodzkich. Nie chciał żeby wyglądało to podejrzanie. Jednak wszystko obserwował z dystansu - a to przez kontakt telefoniczny ze Stanisławem, a to z usłyszanych od sekretarki wiadomości.
Z czasem zauważył, że spojrzenia mijanych ludzi, czy to po drodze, czy w zakładzie, sprawiają mu ogromną satysfakcję. Kiedyś raczej ich unikał, wdział w nich wtedy uniżoność, czołobitność. Czuł, że kiedy mówili "dzień dobry" przechodząc obok, robili to tylko dlatego, że muszą. Teraz jest całkiem inaczej, mówiąc "dzień dobry" uśmiechają się. Wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy, że te dwa słowa mogą coś znaczyć, kiedyś były tylko wyświechtanym zdaniem.
Po miesiącu remont dachu został zakończony. Teraz rodzina Zabłodzkich znów mogła przenieść się z prowizorycznie przygotowanej do życia komórki i zamieszkać wraz z synem w odświeżonym domu. Dominik sumiennie rozliczył się ze Stanisławem, który nawet nie za mocno go skroił.
- Teraz robienie z tobą interesów jest prawdziwą przyjemnością. Nawet spodobał mi się ten twój odmienny stan. Ale zaraz, zaraz, może ty jesteś w ciąży? - Stanisław wybuchnął śmiechem.
- Powodzenia przyjacielu. Pewnie jeszcze nie raz spotkamy się przy jakiejś rozbudowie - zapewniał Dominik.
- No oczywiście, przecież będziemy musieli to sobie jakoś odbić na państwowych dotacjach - charytatywność jest Boska, ale biznesem diabeł kręci - zaśmiał się Stanisław.
Mijały kolejne miesiące, Dominik zajęty był tylko pracą. Nie lubił zbyt długo przebywać w domu. A jeżeli już w nim był, większość czasu, oprócz spania, spędzał na kanapie przed pianinem zastawionym butelkami - od pamiętnej nocy nie uprzątnął swego dzieła.
Kiedy minął kolejny rok o jego przetwórni stało się głośno. Lokalna prasa i radio prześcigały się w doniesieniach na temat jego charytatywnej odmiany i wzorowo prowadzonym przedsiębiorstwie. On sam teraz dopiero czuł się spełniony. Zdobywał różne nagrody, lecz ich nigdy nie odbierał. Mnóstwo pieniędzy przeznaczał na, jak zwykle niedofinansowane, hospicjum dla dzieci chorych na białaczkę, mając ciągle w pamięci okropną chorobę Patryka. Niejednokrotnie tam się wybierał, jednak bał się. Choć nie znał tych maluchów bał się, że będzie w nich widział swojego syna. Obawiał się także, że nie był jeszcze gotowy patrzeć na dziecięce umieranie.
Dominik miał jeszcze jedną sprawę do załatwienia, nigdy nie zapomniał o Borowskim, jednak przez lata nie mógł się przełamać żeby spojrzeć mu w oczy. Wiedział, że prędzej, czy później, będzie musiał to zrobić. Czym innym jest wizyta w hospicjum, a czym innym odwiedzenie okaleczonego pracownika. W pierwszym przypadku nie znosił takich miejsc i to nie była jego wina, w drugim zaś - zrobił komuś okropną krzywdę i było mu zwyczajnie wstyd, nie wiedział jak facet zareaguje, przecież zachował się w stosunku do niego jak ostatni łajdak. Często przychodziły mu myśli, żeby załatwić to finansowo - po prostu przesłać mu jakiś pokaźny czek w ramach rekompensaty za straconą nogę. Czuł jednak, że nie byłoby to w porządku, nie wszystko można kupić a z pewnymi problemami trzeba zmierzyć się samemu. Po miesiącach odkładania odwiedzin postanowił, że zrobi to w najbliższy weekend - co ma być niech będzie, najwyżej mnie pogoni - myślał sobie.
Dominik zaparkował swoje auto przed skromnym, lecz zadbanym budynkiem swojego byłego pracownika. Podszedł do drzwi, zapukał, po chwili otworzył je kilkuletni chłopiec. Dominik przyjrzał mu się - zapewne wnuczek - pomyślał.
- Czy zastałem twojego dziadka? - mały popatrzył na niego, odwrócił się na pięcie i wbiegł z powrotem do mieszkania z krzykiem.
- Dziadziuś Lucyfer po ciebie przyszedł - Dominik się trochę zmieszał.
Chwilę później z mieszkania wykuśtykał Borowski. Wymienili się spojrzeniami, jednak Dominik nie widział w jego oczach nienawiści.
- Dzień dobry, - Dominik odezwał się pierwszy - chciałem pana osobiście odwiedzić, porozmawiać i przeprosić.
- Proszę wejść panie prezesie - powiedział Borowski otwierając szerzej drzwi - i proszę wybaczyć wnukowi za Lucyfera. W moim domu tego przezwiska nie słyszał. Ale wie pan jak to z dziećmi w jego wieku - jak coś usłyszy, to niczym mu się tego nie wyperswaduje.
- Lucyfer? Powiem szczerze - tego przezwiska jeszcze nie słyszałem.
- Bo nikt panu tego w oczy nie powie, to i skąd miałby pan słyszeć. Zresztą wieloma odmianami tego czarta pana nazywali, ale to już się skończyło... - mówiąc to zajrzał Dominikowi głęboko w oczy - Dużo o panu słyszałem. Proszę usiąść panie prezesie - zaproponował Borowski, kiedy znaleźli się w pokoju - Proszę mi powiedzieć, co się stało, że pan tak się odmienił. Czy widział pan Boga? Jeżeli tak to proszę mi powiedzieć, obiecuję, że nikomu nie powtórzę - mówiąc to Borowski się uśmiechnął.
- Nie, nie widziałem Boga, po prostu życie kopnęło mnie w dupę. A Jemu tylko mogę podziękować za to, że w tym pędzie za pieniędzmi w ogóle to zauważyłem. Musiałem być wcześniej niezłym łajdakiem, jeżeli od pewnego czasu wszyscy mnie pytają, co się ze mną stało, jakąż to metamorfozę przeżyłem... - mówiąc to Dominik usiadł na krześle przy stole.
- Przez grzeczność nie zaprzeczę. Oj było z pana prezesa kawał wielkiego łajdaka, ale widać każdy może się zmienić, oby tylko na lepsze. Nie będę już pana wypytywał o pańską metamorfozę. Wiem, że stracił pan dziecko, a to jest najgorsza próba, jaką człowiek w życiu może przejść. Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami, ale zmiany u Pana nie są związane ze śmiercią pańskiego syna, przecież on odszedł kilka lat temu,
- Nie chcę o tym rozmawiać. Pozwoliłem sobie pana odwiedzić, bo chciałbym pana przeprosić za moje zachowanie w szpitalu sprzed siedmiu lat. Pamiętam doskonale tamto zdarzenie..., nie wiem jak mogłem wypowiadać słowa, które wtedy wypowiadałem...
- Panie prezesie, jestem biednym człowiekiem, całe życie byłem biedny, ale jak pan zagroził wtedy, że zwolni całą moją rodzinę z pracy i wszyscy z dnia na dzień zostaną bez środków do życia, bo przecież w okolicy nie ma żadnej innej roboty, poczułem się wtedy bogaty..., na tyle bogaty, że mogę im pomóc, nie mówiąc policji prawdy o wypadku. Na początku nie wiedziałem, że robi pan to z chciwości... ze strachu o wizerunek przetwórni..., o jakiś tam medal na Pollagrze. Nie wiedziałem, że dla produktów można poświęcić życie i zdrowie pracownika. Myślałem, że będzie miał pan z powodu wypadku jakiś problem z policją i dlatego kazał mi pan kłamać. A panu chodziło tylko o wizerunek bezpiecznej firmy..., jak ja pana nienawidziłem. Nienawidziłem tego świata za to, że bogaty pasożyt może tak zgnoić biedaka. Za to, że świat na to pozwala a przecież wszyscy rodzimy się równi. Ale lata mijają, czas rany leczy, moja rodzina nadal pracuje w przetwórni, teraz są zadowoleni. Pan nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co dla człowieka znaczy praca bez stresów, bez strachu o jutro, bez obawy, czym człowiek zapłaci miesięczne rachunki i co dzieciakom do gęby włoży. Tak, że jeżeli oni są zadowoleni to i ja jestem szczęśliwy. Cieszę się bardzo, że pan tak się zmienił i o żadnych przeprosinach nie może już być mowy. Pan mnie swoimi czynami przeprosił... słyszałem o Zabłodzkich - powiedział Borowski podając rękę Dominikowi - Dziękuję - powiedział na koniec.
Dominik opuszczał dom Borowskiego z podniesioną głową. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Nie przepuszczał, że facet tak się zachowa, że nie będzie w nim nienawiści, że tak się to wszystko skończy..., był szczęśliwy, wsiadł do samochodu i odjechał w kierunku domu.
Zaangażowanie Dominka w pracę, bardzo negatywnie odbiło się na jego wyglądzie. Dbając o przetwórnię i ludzi, najzwyczajniej zaniedbał siebie. Zawsze jego największą wadą była niedbałość o swój wygląd, nigdy nie przywiązywał do niego wagi. Wcześniej była przy nim Celina i to ona o niego dbała: prała, prasowała i ubierała. Sekretarka niejednokrotnie chciała mu zwrócić uwagę na jego brak elegancji w ubieraniu się, jednak obawiała się, czy Dominik nie weźmie tej krytyki za brak szacunku do siebie, bo przecież każdy ma lustro i widzi jak wygląda i jeżeli nie przywiązuje do tego wagi, jest to tylko i wyłącznie jego prywatną sprawą. Jednak z drugiej strony Dominik nie do końca był osobą prywatną. Bądź, co bądź, prezes dobrze prosperującego przedsiębiorstwa powinien być również jego wizytówką. I właśnie z tego powodu któregoś dnia pani Ola nie wytrzymała.
- Panie prezesie, przepraszam pana, że powiem panu teraz to, co powiem... - zakomunikowała mu któregoś poranka po jego wejściu do biura - nikt więcej nie ośmieli się panu na to zwrócić uwagi. Nie chodzi tu oczywiście o żaden strach przed panem, a raczej o szacunek. Ale ja nie mogę już na to patrzeć. - Dominik spojrzał na nią i naprawdę nie wiedział, czego się ma spodziewać. Błyskawicznie przeresetował swoje szare komórki w poszukiwaniu jakiejś przykrości, którą mógł komuś zrobić, ale nic nie znalazł. Jego twardy dysk w mózgu był pusty.
- O co chodzi pani Olu? - spytał nie bardzo rozumiejąc.
- Musi pan koniecznie wybrać się na zakupy. A jeżeli nie ma pan na to czasu, ewentualnie się panu nie chce, to ja wybiorę pracownika o podobnych do pana rozmiarach i sama pojadę do centrum handlowego żeby pana obkupić. Myślę, że mam dobry gust i będzie pan zadowolony, bo przyznam, że już nie mogę patrzeć na to, jak pan wygląda w tych starych łachach. Nie może pan chodzić w tych samych garniturach sprzed kilkunastu lat. A te koszule? Kolorowe - jeszcze pół biedy, ale białe? One już nie są białe, one są żółte... - wycedziła na jednym oddechu pani Ola.
Dominik stał z rozchylonymi ustami. Nawet do głowy mu nie przyszło, co pani Ola miała mu do zakomunikowania. Nagle roześmiał się.
- Bała się Pani powiedzieć mi o tym? Całkiem niepotrzebnie. Przecież ja wiem, że wyglądam jak fleja - powiedział z bezgraniczną szczerością.
- Wie pan?! I nic pan z tym nie robi? - spytała wzruszając ramionami.
- Już dawno miałem się wybrać na jakieś zakupy i coś ze sobą zrobić, ale zawsze coś mi wypadało - odpowiedział trochę rozbawiony Dominik.
- Panie prezesie, za przeproszeniem, wypaść to może coś w ciągu miesiąca, ale pan od lat nie był w mieście - powiedziała uśmiechając się - A centra handlowe są czynne również w niedziele.
- Dobrze, obiecuję, że w najbliższy weekend pomyślę o tym - powiedział - Następnym razem proszę się nie bać czegokolwiek mi powiedzieć - zapewnił uśmiechając się - niczego - dodał.
- Na pewno będę o tym pamiętała i trzymam pana za słowo. W poniedziałek z niecierpliwością będę pana oczekiwała - teraz pani Ola promiennie uśmiechnęła się do szefa
W najbliższą niedzielę Dominik tak jak jej obiecał, wybrał się do centrum handlowego. W mieście rzeczywiście nie było go bardzo długo, zresztą nie miał potrzeby żeby tam jeździć, wszystkie sprawy związane z firmą załatwiał księgowy albo pani Ola. Nie bardzo wiedział jak się zachować w tych luksusowych butikach, przemykał między pułkami i wieszakami, oglądał metki. W rozmiarach w ogóle nie potrafił się połapać - cholera, zejdzie mi się tu chyba z tydzień - powiedział sam do siebie, rozglądając się za jakimś pracownikiem, który mógłby mu w zakupach doradzić. Sprzedawcy jednak nie zwracali na niego uwagi - nie wyglądał na klienta, który zostawi tu kilkaset złotych, powycierana marynarka, powypychane spodnie z plamami, które już nawet nie chciały się sprać, buty powyginane jak druty na budowie. Zapewne gdyby podjechał swoim samochodem do sklepu znajdującego przy ulicy, gdzie przez wielkie witryny, widać co się na zewnątrz dzieje, pewnie wzbudziłby większe zainteresowanie, wtedy pracownicy wraz z kierownikiem butiku zamęczyliby go swoją uprzejmością, a tak, Dominik musiał radzić sobie sam. Nawybierał całe mnóstwo rzeczy, odkładając je na stolik przy kasie i cały czas dokładał nowe. Przemierzając sklep wzdłuż i wszerz kasjerka tylko na niego spoglądała przepuszczając, że na koniec pracy będzie miała sporo roboty przy roznoszeniu tych rzeczy z powrotem na półki i wieszaki. Ale nic nie mogła powiedzieć, przecież klient to nasz pan. Dominik zaś donosił cały czas coś nowego, kupował wszystko po kolei od skarpet przez bieliznę, koszulę, garnitury, krawaty, paski po płaszcze, Wychodził z założenia, że następnym razem, kiedy odwiedzi jakiekolwiek centrum handlowe, minie pewnie dekada, a w najlepszym razie przynajmniej kilka lat.
- Czy może pani mi to policzyć i spakować - spytał kasjerkę zza lady, kiedy już zakończył gromadzenie garderoby. Młoda dziewczyna przeleciała po nim wzrokiem od góry do dołu.
- Jest pan pewny? - spytała spoglądając na cały stos ubrań, żując przy tym gumę.
Dominik na nią spojrzał uśmiechnął się.
- Jeszcze potrzebuję kilka par butów, ale u państwa chyba ich nie dostanę - odpowiedział, nie bardzo rozumiejąc, o co pani chodzi - Czyżbym za mało kupił - pomyślał.
- Nie o to pytałam - odpowiedziała pani przebiegając wzrokiem po jego wyłachmanionych ubraniach.
- A... o to chodzi! - zreflektował się Dominik, zrozumiawszy teraz, co pani miała na myśli - Z Gujany Francuskiej szedłem na piechotę i trochę się zapuściłem - odpowiedział, spoglądając się na swoją, dotkniętą zębem czasu, garderobę.
- To nie ma tam samolotów? - spytała nie rozumiejąc żartu.
- Są, ale wtedy nie zwróciłaby pani na mnie uwagi - odpowiedział kokieteryjnie.
- Fakt - powiedziała skanując metki przy ubraniach, ciągle spoglądając, to na Dominika, to na wyświetlaną sumę w kasie.
- Dwanaście tysięcy sześćset dwadzieścia jeden złotych sześćdziesiąt groszy - powiedziała, kiedy już skończyła, nadal mu się przyglądając.
Dominik wyjął z kieszeni gruby plik stuzłotówek przewiązany gumką. Nie cierpiał kart kredytowych. Zresztą... gdzie niby miałby ich używać? Odliczył żądaną sumę i wręczył trochę osłupiałej pani.
- Chyba jeszcze ze dwa razy będę musiał po to przychodzić - powiedział odbierając paragon, wskazując przy tym wzrokiem na całą stertę popakowanych toreb.
- Ile tylko pan sobie życzy - odpowiedziała wreszcie się uśmiechając. Dominik złapał kilkanaście toreb i wyszedł, po resztę zakupów wracał jeszcze dwa razy,
Po zapakowaniu całego majdanu do auta, ruszył w poszukiwaniu butiku z butami. Nawet rozbawiła go ta scena ze sprzedawczynią. Postanowił poszukać najdroższego sklepu. Kiedy idąc z parkingu był już przy schodach, którymi miał wjechać na piętro, spojrzał w górę, zamarł, serce podeszło mu do gardła. Na schodach zjeżdżających obok stała Celina w towarzystwie małego chłopca. Nie spuszczał wzroku z jej oczu. Patrzyli tak na siebie aż Celina zjechała na dół.
- Dzień dobry - powiedział.
- Cześć - odpowiedziała uśmiechając się.
- Widzę, że się urządziłaś - powiedział spoglądając na chłopca.
- Tak - odpowiedziała.
- Bardzo się cieszę. Naprawdę, bardzo się cieszę - powtórzył jakby chcąc się upewnić, że mówi szczerze.
- Wiele o tobie słyszę i czytam. Aż nie mogę uwierzyć, że to o tobie - powiedziała Celina, kiedy już oboje trochę ochłonęli - Jestem z ciebie bardzo dumna i cieszę się, że coś zrozumiałeś. Podobno nikt nie wie, co się z tobą stało. Słyszałam już tyle różnych wersji, że sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Nawet powstał dowcip na twój temat, że gdyby naszego senatora spotkało to, co ciebie, może by się zlitował i w swoich chlewniach zainstalowałby filtry, mielibyśmy wreszcie czym oddychać - powiedziała patrząc na Dominika. Nie widzieli się tyle lat a przecież kiedyś łączyło ich najpiękniejsze z uczuć - czysta miłość - Czy możesz mi powiedzieć, co się z tobą stało? - spytała, cały czas głęboko patrząc mu w oczy.
- To był tylko sen, a ja się po latach z niego wybudziłem. Dlaczego nie przyszłaś do mnie po rozwód? - spytał, ponownie spoglądając na chłopca.
- Bo nie był mi nigdy potrzebny - odparła.
- Od niego też odeszłaś - powiedział z nieukrywaną ulgą w głosie.
- Tak, pięć lat temu - odpowiedziała.
- Jak to? - Dominik chwilę się zastanowił, szybko włączając kalkulator w głowie - Przecież pięć lat temu odeszłaś ode mnie, nie rozumiem... - powiedział znowu spoglądając na chłopca.
- To jest twój syn - powiedziała Celina gładząc chłopca po głowie.
- Mój syn? - powtórzył jak echo.
- Tak, kiedy odchodziłam od ciebie, byłam w drugim miesiącu ciąży. Chciałam ją usunąć, ale kiedy już się zdecydowałam, okazało się, że było za późno. Nienawidziłam cię, a przynajmniej tak mi się wydawało. Bardzo cierpiałam po stracie Patryka, nie chciałam mieć więcej twoich dzieci. Pamiętasz chyba jaki byłeś, dla ciebie liczyły się tylko pieniądze i całodobowe ich pomnażanie. Ale kiedy już urodziłam Przemka wszystko pojaśniało, odzyskałam spokój i równowagę. Nie ma takiego dnia żebym nie dziękowała Panu Bogu za to, że na aborcję było już za późno - mówiąc to cały czas patrzyła na Przemka czule głaszcząc go po głowie.
- Nie zamierzałaś w ogóle mi o tym powiedzieć? - spytał Dominik z wyrzutem w głosie - Żeby nie dzisiejszy przypadek, miałbym się nigdy nie dowiedzieć o swoim synu?
- To nie tak. Gdybyś pozostał takim, jakim byłeś, o tym czy Przemek chce poznać swojego tatę, zdecydowałby sam kiedy już dorośnie. Ale bardzo się zmieniłeś i od jakiegoś czasu zamierzałam do ciebie zadzwonić, przygotować cię na to..., ale wstydziłam się spojrzeć ci w oczy, bo przecież obwiniałam ciebie o śmierć Patryka. Jednak kiedy dzisiaj cię zobaczyłam, przypomniał mi się Dominik sprzed dwunastu lat.
- Jakżeż ty musiałaś mnie nienawidzić, jeżeli nigdy nie widziałem ciebie na cmentarzu, a przecież na grobie Patryka, zawsze są świeże kwiaty.
- Po prostu upewniałam się, że ciebie tam nie będzie. A w Święto Zmarłych zawsze czekałam na parkingu aż odjedziesz.
- Wiem, dlatego starałem się za długo nie stać przy grobie Patryka. Wiedziałem, że gdzieś tam czekasz.
- Ale dzięki Bogu już się to skończyło - powiedziała z ogromną ulgą.
- Pierwsze, co zrobię w poniedziałek, to podziękuję Pani Oli za to, że wypędziła mnie do tego centrum handlowego - powiedział Dominik uśmiechając się rozmarzony, jakby nie do końca będąc pewien, co mu się dzisiaj przydarzyło, napawając się miłością do kobiety, którą tak bardzo kochał,
- Rzeczywiście, fatalnie jesteś ubrany - powiedziała Celina dopiero teraz zauważając jego powyciągany garnitur. - Czy możemy razem z tobą pójść na zakupy? - spytała uśmiechając się z miłością w oczach.
- Oczywiście, ale do kupienia zostały mi tylko buty, bagażnik mam już pełny ubrań - mówiąc to schylił się i przyklękną przed synem.
- Czy wiesz, kim jestem? - spytał patrząc w jego niebieściutkie oczy.
- Moim tatusiem - odpowiedział maluch beztrosko wzruszając ramionami, Dominik spojrzał na syna wzruszony.
- Dziękuję - powiedział kierując wzrok na Celinę. Podniósł Przemka do góry, mocno przytulił - Czy po zakupach będę mógł was zabrać do domu? - spytał.
- O niczym innym nie marzymy - odpowiedziała Celina ponownie gładząc syna po głowie.
Dominik objął ją lewym ramieniem, mocno przytulił, całując przy tym w policzek i we trójkę ruszyli w kierunku butików. Były to dla niego najpiękniejsze zakupy, o jakich mógłby tylko pomarzyć. Jego szczęście się dopełniło. Od dawna miał nadzieję, że Celina kiedyś do niego wróci, wiedział jednak, że słowa mu jej nie zwrócą, a jeżeli ma ją odzyskać to tylko czynami.
Marian był znanym lecz w tej chwili zapomnianym kompozytorem. Dawno już minął czas kiedy to przed laty udało mu się napisać i wylansować kilka przebojów. Z dniem odejścia Tamary, artystyczna część jego duszy wyparowała, jakby opuszczająca go żona zabrała ze sobą pokaźny kawałek jego niezaprzeczalnego talentu. Nie czuł już muzyki, nie słyszał jej. Wielokrotnie próbował coś napisać, jednak kiedy zgłaszał się z gotowym tekstem do wytwórni, już po pięciu minutach był na zewnątrz. Nikt dłużej nie chciał inwestować w jego kompozycje, którą określano mianem typowej rąbaniny pisanej na siłę. Często wieczorem, przy kuflu wspominał swoje życie. Uważał je za drogę przebytą bez sensu. Chociaż na początku zapowiadało się całkiem nieźle, zaraz po ukończeniu konserwatorium, a było to trzydzieści lat temu, razem z trzema kumplami założyli kapelę rockową. Na początku grali tylko po weselach, zabawach, głównie cudze kompozycje. Jednak z czasem Marian pokazał chłopakom pisane przez siebie od lat kawałki, a nazbierało się tego sporo. Nigdy nie wierzył w swoje kompozytorskie umiejętności i był pewny, że to co napisał, było zwykłą chałą, która tylko jemu się podobała. Jednak część z całego mnóstwa piosenek okazała się hitami, strzałami w dziesiątkę. Z czasem wydali swoją pierwszą płytę, później następną i kolejną. Był to bardzo ciekawy okres w jego życiu, jednak ciągłe trasy koncertowe, mordercze, całodzienne wykańczanie się prochami i alkoholem, zrobiły swoje. Tamarę poznał kiedy był na kolejnym odwyku. Była prowadzącym go lekarzem na stażu. Nie zakochał się w niej od razu, nie był to żaden grom z jasnego nieba pomimo tego, że była ładną, sympatyczną dziewczyną Przecież w tamtym czasie otoczony był całym mnóstwem sympatycznych dziewczyn, które zrobiłyby wszystko i wszędzie, aby tylko na nie zwrócił uwagę. Mógł mieć każdą z nich. Nie dlatego, że był jakimś super przystojniakiem, był po prostu sławny, a to wystarczało za pięciu przystojniaków. Każda z nich chciałaby się w jego towarzystwie pokazać w dyskotece, na prywatce czy bankiecie. Tamara jednak interesowała się nim tylko z medycznego punktu widzenia, miała umysł ścisły i w żaden sposób nie pasjonowała jej muzyka miotających się po scenie dziwolągów z gitarami. Z początku nawet nie wiedziała, że Marian jest jakimś znanym szarpidrutem.
Chopin, Vivaldi, to co innego.
- Nie lubi pani muzyki, pani doktor? - spytał w czasie którejś z wizyt psychoterapeutycznych, spojrzała na niego zdziwionymi oczami i wtedy to dostrzegł... zaintrygowała go, nie patrzyła na niego jak te wszystkie dziewczyny przez ostatnich kilka lat.
Wtedy zrozumiał - dla niej był tylko zwykłym nałogowcem niepotrafiącym poradzić sobie ze swoimi słabościami. Był tylko pacjentem.
- Cóż panu przyszło do głowy? Ja kocham muzykę - zapewniła w swój dystyngowany sposób.
- Kocha pani muzykę, a jeszcze kilka dni temu nie wiedziała pani kim jestem? - spytał zdziwiony.
- Oczywiście że wiedziałam kim pan jest. Przecież jest o panu głośno. Dla niektórych z przebywających tu pacjentów jest pan gwiazdą - stwierdziła.
- Ale nie dla pani?
- Proszę się nie obrazić, ale typ pańskiej muzyki nazwałabym co najwyżej pitoleniem, które w najlepszym razie przetrwa jakieś dziesięć lat i nikt po tym okresie nie będzie już pańskich kompozycji słuchał. Po prostu popyt na nie przeminie jak moda na kapelusze sprzed dwustu lat. Jednak Chopin zostanie na zawsze. Jestem przekonana, że dopóki świat będzie istniał, dopóki słońce będzie ogrzewało naszą planetę, on nigdy nie pójdzie w zapomnienie, dlatego że był jednym z niewielu, który potrafił swoją muzykę zaczarować... Oczywiście jest to tylko moje zdanie - mówiąc to rozmarzyła się.
- A więc takiej muzyki pani słucha?
- Prawdziwej.
- Może się pani zdziwi, może panią zaskoczę, ale ja znam tą muzykę i bardzo ją lubię. Jakby nie było kończyłem klasę fortepianu.
- Rzeczywiście mnie pan zaskoczył - powiedziała otwierając szerzej oczy.
- Czy mógłbym coś dla pani zagrać?
- Z przyjemnością, jednak obawiam się, że nie znajdzie pan tutaj fortepianu, czy nawet zwykłego pianina.
- Nie, nie tu. Jak stąd wyjdę, jak już mnie pani wyleczy, chciałbym się z panią umówić, coś dla pani zagrać - powiedział nie odrywając od niej oczu.
Uśmiechnęła się.
- Proponuje mi pan randkę... jestem pana lekarzem..., wydaje mi się, że nie jest to etyczne.
- Ale jak stąd wyjdę, nie będzie już pani moim lekarzem.
- Nie chciałabym się spotykać z kimś, kto ma tak słaby charakter i ciągle tu wraca - powiedziała uważnie mu się przyglądając.
- Chciałbym tylko coś dla pani zagrać, to nic zobowiązującego - zapewniał, głęboko zaglądając jej w oczy, coraz bardziej go intrygowała.
- Czy aby na pewno? - znowu się uśmiechnęła, coś między nimi zaczęło iskrzyć.
- Wspaniale mi się z panią rozmawia. Nie robiłem tego z żadną dziewczyną od lat - stwierdził, coraz bardziej nią zafascynowany.
- Po prostu nie tracił pan czasu - odpowiedziała z uśmiechem.
- Nie prawda, po prostu nie miałem z kim. Wszystkie były zawsze zainteresowane tylko moją popularnością.
- Czy mam panu współczuć sławy?
- Może powiem teraz wyświechtany slogan, ale tak naprawdę, tacy ludzie jak ja, są najbardziej samotnymi na świeci. Jak pani myśli? Czy gdybym z dnia na dzień stracił popularność, lub został oskarżony o jakieś, nawet niepopełnione, przestępstwo, lub po ewentualnym wylewie został przykuty do wózka, czy ktoś przy mnie zostanie? Ktoś mnie pocieszy? Potrzyma za rękę?
- Przyjaciele. Nie ma pan takich?
- Przyjaciela, pani doktor, można spotykać tylko w czasie zagrożenia, w czasie wojny, gdzie jeden za drugim pójdzie w ogień i za niego odda życie. A w czasie tak wyuzdanego pokoju są tylko hieny, które myślą jakby się tu za friko napić, naćpać i najeść.
- Jednak odwiedzają pana tutaj...
- Bo wiedzą, że kiedy stąd wyjdę, znowu będą mogli się zabawić, tylko dlatego mnie odwiedzają, to są pozory.
- Jak na szarpidruta jest pan bardzo inteligentny - stwierdziła z nieukrywanym zaskoczeniem.
- Czy to przesądzi o tym, że coś dla pani zagram, że zechce pani wysłuchać mojego pitolenia?
- Może... - odpowiedziała zagadkowo
Po wyjściu Mariana z kliniki Tamara zgodziła się na spotkanie. Kiedy dla niej zagrał, była zachwycona. W krótkim czasie iskrzenie między nimi przerodziło się w elektrownię atomową. Po roku pobrali się, wbrew woli rodziców Tamary, którzy to uważali, że związek z kimś takim nie rokuje szczęśliwej przyszłości. Jednak mylili się. Po następnym roku Tamara urodziła bliźniaków Marka i Janusza. Marian nadal grał w zespole. Jego problemy alkoholowe skończyły się kiedy zrozumiał, że nie jest stuprocentowym alkoholikiem. Przecież wódka jest dla ludzi, a on nie musi za każdym razem kończyć picia w rynsztoku i tankować się jak cysterna od rana do wieczora. Pogodził trasy koncertowe z domem, choć nie było łatwo. Tak naprawdę był to jedyny szczęśliwy okres w jego życiu. Te kilkanaście lat z Tamarą, były dla niego jakimś darem. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że może od niego odejść. Jednak o tym, że życie to wieczne schody do góry miał się przekonać w niedługim czasie, przewrotna bestia już coś dla niego szykowała. Chłopcy dopiero co pozdawali matury. Był bardzo z nich dumny i przeszczęśliwy, że żaden nie pchał się do muzykowania. Może to nie jest za ciężki kawałek chleba, ale za to bardzo podatny na wszystko, co człowieka może w życiu złego spotkać. Zawsze powtarzał, że po matce mają umysły ścisłe i równie stonowaną po niej krew.
Kiedy nadeszła ta straszna wiadomość był w trasie. Natychmiast rzucił wszystko i przyjechał do domu, jednak nie zdążył, nie było mu dane się z nią pożegnać. Tamara zmarła, pokonał ją wylew, był tak rozległy, że na wyjście z niego nie było najmniejszych szans. Zbyt mocne serce w niej biło, by mogła to przeżyć. Nawet nie wiedział, że miała chorobę wieńcową. Został sam z dwójką chłopców. Tak naprawdę był bardziej zagubiony od nich, nie potrafił sobie bez niej poradzić, była dla niego wszystkim. To ona mu pokazała, że świat to nie tylko scena i setki rozhisteryzowanych małoletnich fanek, że świat to też życie codzienne, duma z dzieci, troski o rodzinę, miłość do oczu, których się nigdy nie zapomni. Po śmierci Tamary odszedł z zespołu. Postanowił wrócić do tego, co lubił, co zawsze przynosiło mu radość. Zaczął udzielać lekcji gry na fortepianie. Od kilku lat Leni była jego uczennicą. Kiedy jej mama przyprowadziła ją po raz pierwszy miała sześć lat.
- Dzień dobry, - powiedziała Szańska, kiedy Marian otworzył drzwi - byłam z panem umówiona na lekcje gry na fortepianie. To znaczy nie ja, tylko Leni - wskazała na stojącą obok niej dziewczynkę.
- Dzień dobry - odpowiedział Marian, podając rękę obu paniom. - Zapraszam do środka - mówiąc to otworzył szerzej drzwi. Po chwili we trójkę znaleźli się w niedużym salonie.
- Jeżeli pani córka ma to samo w głowie, co na niej, to już gratuluję - powiedział żartobliwie wskazując na jej piękne blond loczki.
- Nie wiem po kim ma te włosy. Oboje z mężem mamy raczej proste, a w stu procentach jest naszym dzieckiem - odpowiedziała uśmiechając się.
- No dobrze, zagrasz nam coś - Marian zwrócił się do Leni.
Ta, nie czekając na ponowne zaproszenie, podeszła do stojącego przy oknie fortepianu. Usiadła na taborecie, wyprostowała ręce, poruszała paluszkami, rozluźniając je, po czym zaczęła grać. Marian wsłuchując się w tony, leciutko kiwał głową i poruszał przy tym palcami lewej ręki, jakby rozwiewając powietrze, w rytm wydobywającej się z instrumentu muzyki, widać było, że jej gra, nie jest zwykłą dziecięcą brzdąkaniną. Kiedy skończyła wstał i podszedł do jej mamy.
- Z przyjemnością będę uczył pani córkę - powiedział wyciągając do niej rękę. - Lekcje będą codziennie od piętnastej do szesnastej trzydzieści i jeżeli pani sobie życzy, możemy zacząć już od dzisiaj.
- Oczywiście, że tak - odpowiedziała mama wstając z kanapy. - W takim razie zgłoszę się po nią za półtorej godziny - mówiąc to skierowała się do wyjścia.
Marian odprowadził ją do drzwi i po chwili wrócił do salonu.
- Jak ma piękny loczek na imię? Bo zapomniałem - spytał dziewczynkę podchodząc do fortepianu.
- Leni, panie profesorze - odpowiedziała patrząc na niego swoimi wielkimi, zielonymi oczami.
- A tak rzeczywiście, coś mi się kojarzyło z przywódcą w poprzedniej epoce.
- Panie profesorze, nich pan nie przesadza, w moim imieniu brakuje literki n do imienia byłego przywódcy - odpowiedziała marszcząc czoło.
Marian był kompletnie zaskoczony jej bezgraniczną dziecięcą mądrością.
- Czy ty nie jesteś za bystra jak na sześcioletnią dziewczynkę? - spytał uśmiechając się do niej.
- Z tego co mi wiadomo, a przecież żyję już sześć lat, nie ma ludzi za bystrych, co najwyżej mogą być zbyt powolni - odpowiedziała wzruszając ramionami mała mądrala, obdarzając go słodkim uśmiechem. Jej buzia bez dwóch przednich zębów wyglądała uroczo.
- Może weźmy się lepiej za granie zanim zapędzisz mnie w kozi rog.
- A co to takiego ten kozi róg? - spytała z poważną miną.
- To jest taki kąt, w którym stoi koza.
- A po co ta koza stoi w rogu?
- Bo była niegrzeczna - odpowiedział równie poważnie.
- Ja nigdy nie stałam w kącie.
- Widocznie jesteś grzeczną dziewczynką.
- Acha, widzi pan, człowiek każdego dnia się czegoś uczy - powiedziała z zadumą mała mądrala z powrotem odwracając się w stronę klawiatury.
Od samego początku powaliła go na kolana swoim dziecięcym wdziękiem.
Marian bardzo ją polubił, była inna od pozostałych dzieci, grzeczna, skromna, może zbyt mądra jak na swój wiek, ale to dodawało jej tylko uroku. Potrafiła słuchać i kochała muzykę. Uwielbiała bawić się klawiaturą fortepianu wydobywając z niego to, co najpiękniejsze, a przecież miała dopiero sześć lat. Niewątpliwie była jego ulubioną uczennicą i najbardziej zdolną. Często zapisywał ją na wszelkiego rodzaju konkursy, które z czasem w większości wygrywała. Po jednym z takich, kiedy stali w holu czekając na ogłoszenie wyników, podszedł do nich Edward, znajomy jeszcze z czasów młodości. Marian nigdy za nim nie przepadał. Uważał, że raczej powinien zostać menadżerem grupy rockowej a nie nauczycielem muzyki. Za bardzo kochał pieniądze, a dzieci, które uczył, selekcjonował jak gruszki w skrzynce, nie patrząc na ich uczucia, na to, że któreś z nich może zranić swoją zbyt krytyczną oceną. Wychodził z założenia, że te, które nie mają wystarczającego talentu, powinny co najwyżej grać na fujarce, gdzieś po bazarach i targowiskach. Marian był zupełnie innego zdania. Uczył wszystkie dzieciaki, te mniej i te bardziej zdolne. Pieniądze nie były dla niego światłem w tunelu. Uważał, że jeżeli wystarczy mu na opłacenie rachunków, codzienne utrzymanie, jakieś piwko wieczorem przy dobrej muzyce, to jest już wszystko w porządku.
- Kopę lat, chłopie - powiedział Edward wyciągając do niego rękę.
- Co się stało, że podszedłeś się przywitać? Kilka razy w roku widujesz mnie na różnych konkursach, nigdy tego nie robiłeś, co najwyżej machnąłeś mi ręką z daleka. - spytał Marian, choć doskonale wiedział, czemu zawdzięcza ten zaszczyt.
- No wiesz, stary, tak jakoś zawsze wychodziło... ciągły brak czasu... a czas to pieniądz - odpowiedział Edward przyglądając się Leni. - Dobrze gra twoja podopieczna - powiedział nie odrywając od niej wzroku. - Czy wiesz, kim jestem? - zwrócił się do małej.
- Tak, hyclem - odpowiedziała z bezgraniczną szczerością.
Zdumiały Edward skierował wzrok na rozbawionego Mariana.
- Nie patrz tak na mnie, ode mnie tego nie usłyszała - zapewniał nadal tryskając humorem.
- To mój tatuś tak mówi, że jest pan hyclem - powiedziała Leni.
- A czy wiesz, co to słowo znaczy? - spytał Edward.
- Chyba nic złego, bo mój tatuś też tak o sobie mówi - odpowiedziała dobijając go tym do końca.
Marian przyglądał się temu z boku, coraz bardziej podziwiając swoją małą uczennicę, nie tylko za jej dar muzyczny, jakim niewątpliwie została obdarzona, ale też za jej szczerość, naturalność, za bezinteresowność, jaką w swój dziecięcy sposób okazywała. Czuł, że jego uczucie do Leni nie jest już tylko zwykła relacją nauczyciel - uczeń, a raczej ojciec - córka. A przynajmniej tym, co łączy bliskich przyjaciół. Zdawał sobie sprawę z tego, że Leni ma ogromny talent i prędzej czy później wyfrunie spod jego ramion, odleci jak przepięknie upierzony ptak, w poszukiwaniu swojej przestrzeni i muzycznej wolności. Wiedział, że niechybnie przyjdzie taki dzień, kiedy uczennica przerośnie mistrza. On wtedy będzie musiał pozostać z boku, po prostu usunąć się w cień, inaczej mógłby ją tylko spowalniać, kiedy ona już będzie cwałować jak rozpędzona gazela, zostawiając daleko za sobą kulawego żółwia. Bał się tej chwili, nie chciał o niej myśleć i zawsze odsuwał ją gdzieś tam do kąta. Z drugiej jednak strony nie mógł się doczekać ogromnej sławy, która na nią niewątpliwie czeka, koncertów w największych filharmoniach polskich, a może i świata.
Mijały lata. Dzisiaj Leni ma ich jedenaście. Tego dnia, kiedy Mariana obudził dzwonek i stukanie do drzwi, nawet przez myśl mu nie przeszło, co mu zafunduje życie przez następnych sześć dni.
- Chwila, chwila - powiedział zwlekając się z łóżka. - Kogo o tej porze niesie? - mówiąc to spojrzał na zegarek, była siódma trzydzieści. W jego przypadku był to środek nocy. Podszedł do drzwi, otworzył je. Na korytarzu stała zapłakana mama Leni.
- Co się stało? - spytał przerażony. Przed jego, nie do końca rozbudzonymi oczami, pojawiły się najczarniejsze wizje.
- Leni została porwana - powiedziała Szańska wybuchając płaczem.
- Proszę, niech pani wejdzie - powiedział cofając się do środka. - Przecież to jakiś absurd, jakaś pomyłka - mówił chaotycznie wymachując rękami.
- Nie, to nie pomyłka. Wczoraj, po powrocie od pana, wysłałam Leni do sklepu obok i już nie wróciła. Po godzinie zadzwonił telefon, mężczyzna, z którym rozmawiałam powiedział, że porwał Leni i żeby nikogo nie zawiadamiać to nic jej się nie stanie. Zastrzegł żeby czekać na wskazówki od niego. Całą noc nie spałam, nikt nie zadzwonił a rano pojawiła się u nas policja. Powiedzieli, że zgłosił się do nich człowiek, który twierdzi, że porwał Leni i chce rozmawiać tylko z moim mężem. Nie wiedziałam co mam zrobić. Nie mogłam sama usiedzieć w domu. Dzwoniłam do pana, chciałam porozmawiać. Leni codziennie się z panem widzi... nie jest pan dla niej tyko nauczycielem... widuje pana częściej niż swojego ojca. Myślałam, że może pan będzie wiedział coś więcej, ale ma pan chyba rozładowany telefon, dlatego przyjechałam - powiedziała to jednym tchem, nadal zanosząc się płaczem.
- On nie jest rozładowany, na noc zawsze go wyłączam. Ale po co facet miałby ją porywać, a następnie zgłaszać się z tym na policję? Coś mi tu nie pasuje... to jest po prostu bez sensu... Proszę chwileczkę zaczekać, ubiorę się - powiedział wychodząc z salonu i po chwili zniknął w łazience. Kilka minut później wrócił ogolony i ubrany.
- Jedźmy na komendę - zaproponował Marian.
- Ale on chciał rozmawiać tylko z moim mężem - odpowiedziała Szańska nadal się zanosząc płaczem.
- Nic nie szkodzi, przecież nas z stamtąd nie wyrzucą - powiedział to podając rękę Szańskiej. - Chodźmy - dodał.
Po chwili oboje siedzieli w samochodzie Mariana. Dwadzieścia minut później zaparkowali auto przed komendą.
- Dzień dobry, moje nazwisko Szańska, przed godziną przywieziono tu mojego męża - powiedziała do oficera dyżurnego, kiedy znaleźli się już w budynku.
- Za co? - spytał oficer.
- Nie, za co, tylko na konfrontacje z facetem, który państwu Szańskim porwał córkę - wtrącił się Marian.
- A, to ta sprawa! Proszę sobie usiąść i chwileczkę zaczekać, zaraz się czegoś dowiem - powiedział uprzejmie policjant, wskazując na krzesła pod ścianą.
Ta chwileczka przeciągnęła się do pół godziny, po tym czasie schodami na dół zszedł policjant po cywilnemu.
- Pani Szańska? - spytał podchodząc do krzeseł, na których siedzieli.
- Tak - odpowiedziała.
- Inspektor Dobradzki, - przedstawił się wyciągając rękę w jej kierunku - proszę ze mną - dodał. Marian z Szańską podnieśli się z krzeseł - Tylko pani - powiedział, patrząc na Mariana.
- Ten pan jest przyjacielem Leni. Proszę niech idzie ze mną. - Dobradzki przeszył Mariana wzrokiem.
- Jak pani sobie życzy - powiedział i ruszył schodami na górę.
Po kilku minutach wdrapali się na drugie piętro, Marian nie bardzo wiedział, dlaczego musiał wchodzić na piechotę, skoro są działające windy. Przy jednej z nich wymownie spojrzał na Dobradzkiego.
- To dla zdrowia - odpowiedział tamten krótko.
- Może w pańskim wieku to się sprawdza - skomentował Marian.
Po kilku minutach znaleźli się w dużym, przestronnym pokoju, w którym znajdowało się już kilka osób, między innymi Szański, który dopiero co wyszedł z pokoju przesłuchań, po rozmowie z porywaczem.
- Przecież to jakiś idiota! - Szański nieomalże krzyczał, zamykając za sobą drzwi - On chce żebym skakał z dachu! To kompletny kretyn! - kontynuował bardzo wzburzony.
- Wiemy, wszystko słyszeliśmy - powiedział jeden z oficerów, podchodząc do Mariana i Szańskiej, wskazując przy tym na głośniki zamontowane na ścianie. - Rozumiem, że pani Szańska? - zwrócił się do mamy Leni, podając jej rękę - A kim pan jest? - spytał Mariana.
- Nauczycielem Leni, nazywam się Marian Żarski - odpowiedział.
- Nadinspektor Iwański - przedstawił się policjant. - Tak, więc proszę państwa, - zwrócił się do wszystkich znajdujących w pokoju - mamy następującą sytuację: facet o nazwisku Widacki porwał córkę państwa Szańskich z zemsty. Obwinia on bowiem ojca dziewczynki o samobójstwo swojego syna twierdząc, że to przez pana Szańskiego jego syn skoczył z dziesięciopiętrowego wieżowca po tym, jak na interesach z nim zbankrutował, tracąc w ten sposób pół miliona złotych. Co najdziwniejsze, on, poza zwrotem wspomnianych pieniędzy, żąda, żeby pan Szański sam sobie odebrał to, co najcenniejsze, czyli życie, skacząc z tego samego wieżowca. Przyznam, że o tak absurdalnym porwaniu jeszcze nie słyszałem, ani nie zdarzyło mi się czytać w żadnym z fachowych pism. Twierdzi on również, że jeżeli tak się nie stanie, dziewczynka umrze po sześciu dniach, ponieważ zamurował ją w sobie tylko znanym miejscu i właśnie na tyle starczy jej tam powietrza, jedzenia i wody - słysząc ten wyrok Szańska w jednej chwili pobladła, zamknęła powieki, osunęła się z nóg i upadła na podłogę.
- Nie powinien pan tego przy niej mówić - powiedział Marian starając się ją ocucić.
- Myślałem, że chcecie państwo znać prawdę - odparł zdziwiony policjant.
- Tak, ale nie w tak obcesowy sposób - mówił nadal cucąc Szańską. Ta powoli dochodziła do siebie - Panie inspektorze, czy ja mógłbym porozmawiać z tym Widackim? - spytał, kiedy już ocuconą Szańską odprowadzał na fotel stojący pod oknem.
- W jakim celu? Jest pan psychologiem? - spytał policjant.
- Nie.
- To nie widzę takiej potrzeby - odparł stanowczo.
- Leni znam od małego dzieciaczka... bardzo proszę... przecież w niczym nie zaszkodzę, a przecież każda, jakakolwiek informacja może się przydać - powiedział Marian nieomalże skamląc.
Nadinspektor pomyślał przez chwilę.
- Zgoda, ma pan dziesięć minut - odparł, po czym zaprowadzono Mariana do pokoju przesłuchań.
Na środku stał stół, przy nim dwa krzesła, na jednym z nich siedział, około sześćdziesięcioletni, siwy mężczyzna. Podszedł do niego.
- Dzień dobry - powiedział siadając naprzeciw.
- Może dla Pana i dobry - odpowiedział Widacki patrząc na niego zimnymi oczami.
- Czy mógłby Pan nas zostawić? - Marian zwrócił się do Iwańskiego, który razem z nim wszedł do pokoju - Przecież on jest skuty - dodał widząc w jego oczach wahanie.
- Dobrze - odpowiedział policjant po chwili namysłu, po czym skierował się w stronę drzwi. - Gdyby były jakieś kłopoty, proszę nacisnąć guzik - powiedział wskazując przycisk przykręcony do boku stołu.
- Będę o tym pamiętał - odpowiedział Marian. Po chwili zostali sami.
- Dlaczego ona? Przecież to tylko dziecko. Jeżeli ma Pan porachunki z jej ojcem, niech pan z nim załatwia swoje sprawy.
- Ja nie mam z nim żadnych spraw do załatwienia! Ma zwrócić pieniądze, które ukradł! Skoczyć z dziesiątego piętra i oddać w ten sposób to, co mi odebrał najcenniejszego, swoje życie! Oczywiście musi to zrobić w towarzystwie kamer, rozumie pan, przy tej technice różne cuda można robić. Zaznaczam, ja do naiwnych nie należę i jakaś mistyfikacja na pewno mnie nie przekona. Porachunków też z nim żadnych nie mam, nawet go nie znam. Ma sam sobie odebrać życie, ja go zabijał nie będę.
- Ale Leni chce pan zabić?
- Nie mam takiego zamiaru. Ja ją tylko umieściłem w wygodnym miejscu i to wszystko. Jeżeli on zrobi to, o czym mówię, powiem gdzie jest dziecko i zabierzecie je bezpiecznie do domu. Ale jeżeli tego nie zrobi, to on będzie ją miał na sumieniu, to on zabije swoją córkę, nie ja. Ma na to jeszcze sześć dni - z zimną kalkulacją odpowiedział Widacki.
- Przecież pan wie, że Szański jest bankrutem - Marian blefował, bo przecież skąd miał znać stan posiadania Szańskiego.
- Bardzo bogatym bankrutem! Tacy jak on, mają polokowane pieniądze po całym świecie.
- Nawet jeśli panu te pieniądze zwróci, to on i tak się dla niej nie zabije. Znam go, wiem, że jeżeli ona umrze, to Szański w ciągu tygodnia wystąpi o odszkodowanie za córkę.
- To już jego sumienie - Marian spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- I to pan mówi o sumieniu? Przecież pan to dziecko skazuje na niechybną śmierć! Gdzie jest pańskie sumienie?
- Odeszło razem z moim jedynym synem! Wychowywałem go w uczciwości, żadnego pobłażania dla złodziejstwa, z wiarą w ludzi. Był taki młody, osierocił mnie i swoje dziecko, którym ja już zająć się nie będę mógł. Uważam, że dalsza nasza rozmowa jest bez sensu - powiedział Widacki opuszczając głowę.
Marian przycisnął guzik, wstał, po chwili przeszedł do pokoju obok. Podstarzały kidnaper w tym czasie został zaprowadzony do celi.
- I co pan o tym myśli? - spytał oficer.
- Przecież pan wszystko widział i słyszał - odpowiedział niemalże zdruzgotany Marian.
- Nie pytam o to, co ja widziałem, tylko o to, co pan o nim myśli. Czy się złamie i powie gdzie jest dziecko? - spytał ponownie Iwański.
- Co myślę? Ja widziałem jego oczy, nie widziałem w nich litości. To zaślepiony miłością do swojego syna fanatyk, żądny krwi szaleniec. I obawiam się, że od niego, bez śmierci Szańskiego, niczego się pan nie dowie. Zróbcie coś... przetrząśnijcie całą okolicę... zaangażujcie w to wojsko, straż miejską, wszystkie siły, którymi dysponuje miasto... Ratujcie to dziecko! - błagał Marian.
- Proszę pana, niech mi pan wierzy, robimy wszystko, co jest tylko możliwe. Ale powiem panu szczerze, że jeżeli ten stary drań przygotował wszystko skwapliwie, to nie mamy zbyt wielkich szans. Przecież to duże miasto, on mógł ją ukryć wszędzie, w wynajętym mieszkaniu, w piwnicy jakiegoś domu na przedmieściach, na opuszczonych działkach, dosłownie wszędzie. On przecież ją gdzieś tam zamurował i żadne siły specjalne też tu nie pomogą. Mamy za mało czasu! Jeżeli Bóg nam nie pomoże lub jakiś cudowny przypadek, szanse są niewielkie. Mamy po prostu za mało czasu, samo sprawdzenie życiorysu Widackiego na miesiąc przed porwaniem zajmie nam kilka dni. Czy kontaktował się z biurami nieruchomości, jeżeli tak, to z którymi i gdzie ewentualnie coś wynajął, bo przecież nie zamurował jej u siebie w domu. Gdzie jeździł samochodem czy autobusem bądź tramwajem, musimy sprawdzić monitoring w całym mieście... z kim rozmawiał, do kogo dzwonił, czy w którymś z hipermarketów kupował materiały budowlane, bo przecież, jeżeli ją zamurował, to nie użył do tego tektury..., na to wszystko mamy po prostu, za mało czasu - mówiąc to w bezradnym geście Iwański rozłożył ręce - My ją znajdziemy - dodał - na pewno ją znajdziemy, tylko żeby nie było za późno. Myślałem jeszcze o innej możliwości... - powiedział z pewną zadumą.
- Jakiej możliwości? - spytał Marian z nadzieją w głosie.
- Żeby dokonać mistyfikacji, zrobić zdjęcia udającego trupa Szańskiego, wie pan, coś takiego jak robią w filmach, on na pewno się na to zgodzi i zapozuje do takich zdjęć.
- To nie przejdzie, przecież pan słyszał co mówił Widacki. Jakieś tam zdjęcia mu nie wystarczą, on musi mieć na miejscu media, on chce się tym napawać.
- Nie wiem, kiedyś byłoby to o wiele prostsze. Wyrwałoby mu się kilka zębów, kilka paznokci na żywca, przyznałby się nawet do stosunku seksualnego ze Stalinem, a teraz czasy się tak porąbały... jak zażyczy sobie kablówkę w celi, to będziemy musieli mu ją założyć, a szkoda... - Iwański z nostalgią wspomniał stare czasy.
- Nic tu po mnie, będę już szedł, do widzenia panu - powiedział Marian podając rękę Iwańskiemu.
- Do widzenia. Acha! Proszę sprawy nie nagłaśniać, nie pomoże nam to w dochodzeniu - zastrzegł, odprowadzając go do drzwi.
Następnego dnia Marian zadzwonił do Szańskiego, poprosił o spotkanie. Ten zaprosił go na osiemnastą do swojego domu. Drzwi otworzyła matka Leni.
- Dzień dobry - powiedział.
- Dzień dobry - odpowiedziała.
Wyglądała źle, podpuchnięte, nieumalowane oczy, włosy związane zwykłą gumką, zobaczył w niej teraz całkiem inną kobietę, w niczym nieprzypominającą tej, która przywoziła Leni na lekcje fortepianu. Wystarczyły trzy dni, aby tak zmienić człowieka. Na pewno świadomość, że jej dziecko gdzieś tam powoli umiera, w samotności, zamurowane przez szaleńca, również i ją zabijała.
- Jestem umówiony z pani mężem - powiedział z nieukrywanym smutkiem.
- Tak wiem, proszę niech pan wejdzie - po chwili oboje znaleźli się w salonie. - Proszę usiąść, zaraz poproszę męża - powiedziała wskazując ręką kanapę i wyszła.
Marian siadając, rozejrzał się po salonie, z którego bił przepych. Nawet nie wiedział, w jakim stylu był urządzony, nigdy w takich nie bywał. Jedno wiedział na pewno - ten dom nie wyglądał na własność bankruta.
- Dzień dobry - usłyszał za plecami. Do salonu wszedł Szański.
- Dzień dobry - odpowiedział Marian.
- W jakiej sprawie chciał się pan ze mną spotkać? Domyślam się, że chodzi o Leni, ale to chyba już sprawa policji.
- Musi pan to zrobić - powiedział Marian bez ogródek.
- Niby co? - spytał Szański ze zdziwieniem, jakby nie docierało do niego to, co usłyszał.
- Musi pan skoczyć, bo w innym wypadku ona umrze.
- Czy pan zwariował? Rozumiem, że pan bardzo lubił moją córkę, że się pan zaangażował, ale z tym żądaniem ostro pan przesadził! - odpowiedział zbulwersowany Szański.
- Już pan ją skreślił? Ja ją nadal bardzo lubię, przecież ona jeszcze żyję! - z naciskiem zaznaczył Marian.
- Nawet tego nie wiadomo, może już ją zabił.
- Nie, on chce tylko pana śmierci. Rozmawiałem z nim, to jest fanatyk. On uważa, że jeżeli pan nie skoczy, to pan na nią wyda wyrok, to pan ją zabije, a on pozostanie z czystymi rękami. Twierdzi, że chce wyjawić gdzie jest Leni, pozostaje tylko spełnić ten jeden warunek.
- Gdybym wiedział, że chce się pan ze mną spotkać w celu namówienia mnie do tak absurdalnego czynu, nigdy bym się z panem nie umówił. Co pan myśli? Że wejdę na jakiś wieżowiec i po prostu sobie skoczę? - mówiąc to Szański zaczął wymachiwać rękami.
- Tak myślę, przecież to pana córka - odpowiedział Marian pewnym głosem.
- Pan naprawdę zwariował! Oczywiście, że bardzo kocham Leni, ale to co pan mówi jest obłędem! A może pan ma coś wspólnego z tym wariatem?! - powiedział podniesionym głosem, nerwowo gestykulując rękami.
- Niech pan nad tym pomyśli, bo ją pan straci - Marian podniósł się z kanapy, po czym ruszył w kierunku drzwi.
- Pan by to zrobił? - spytał Szański.
- Tak - odpowiedział Marian odwracając się - Może wczoraj, czy przedwczoraj, bym się jeszcze wahał, ale dzisiaj do mnie to już dotarło i nie zastanawiałbym się nawet przez moment. Żeby do pana nie dotarło to za późno - popatrzyli sobie przez chwile w oczy, po czym Marian wyszedł.
Następnego dnia odwołał wszystkie lekcje na kolejne trzy dni, nie mógł przestać myśleć o Leni. Zdał sobie sprawę, że nie była dla niego tylko śliczną, miłą uczennicą. On ją kochał jak własne dziecko. Najbardziej nie potrafił poradzić sobie z bezradnością. Nie mógł usiedzieć przez chwilę w jednym miejscu, cały czas przed oczami miał Leni, Być może cierpiał bardziej niż ona, a przecież zegar tykał.
Policjanci mieli już go dość. Cały czas do nich wydzwaniał z prośbą o jakiekolwiek wiadomości. Jednak nic nowego się nie dowiadywał. Były tylko zapewnienia, że robią wszystko, co jest w ludzkiej mocy, aby małą odnaleźć. Dzień później, wbrew sugestią policji, Marian nie wiedząc innego wyjścia, będąc kompletnie bezradnym i zagubionym, zadzwonił do telewizji RDT w nadziei, że gdyby zainteresowali się tematem, sprawę nagłośnili, to może pod presją medialnego nacisku Widacki zmieni zdanie. Nie mylił się, kiedy w stacji usłyszeli o temacie natychmiast chcieli się z nim spotkać. Nie mogli uwierzyć, że taka sprawa jest od kilku dni skrzętnie przez policję ukrywana. Oczywiście Marian poprosił o chwilową dyskrecję, nie chciał stracić zaufania Iwańskiego. Wiedział, że nie dotrzymał słowa, ale ta opieszałość policji, z tą ich gadką, że robią wszystko, co w ich mocy, już go dobijała. A czas leciał, wskazówki zegara coraz szybciej tykały.
W budynku redakcji umówiony był o trzynastej, przyszedł punktualnie.
- Dzień dobry, jestem umówiony z redaktorem Lipowskim - powiedział w recepcji.
- Drugie piętro, pokój numer dwadzieścia sześć - poinformowała go pracownica stacji.
Marian, nie czekając na windę, wdrapał się po schodach na górę. Po chwili odnalazł drzwi z poszukiwanym przez siebie numerem, zapukał i nie czekając na zaproszenie wszedł do środka. Przy jednym z trzech biurek siedział młody mężczyzna z długą kitką na głowie.
- Czy pan Lipowski? - spytał faceta przeglądającego plik zdjęć.
- Nie, ale Artur zaraz przyjdzie, proszę na niego poczekać - mówiąc to wskazał na krzesło przy jednym z biurek. - Czy to pan w sprawie tego porwanego dziecka? - spytał nie podnosząc wzroku z nad oglądanych przez siebie zdjęć.
- Tak - odpowiedział Marian przytakując głową.
- No niech mnie licho, ciekawy temat - powiedział facet z mopem na głowie, nadal nie podnosząc wzroku. Marian przyjrzał mu się bliżej - jeżeli facet ma takie podejście, co ja tu robię? - zastanowił się.
- Dla pana to tylko temat? Tam gdzieś powoli umiera dziecko w samotności - powiedział wskazując ręką okno, na bliżej nieokreślony kierunek - a pan mówi o temacie? Widzę, że nic tu po mnie - powiedział cofając się do drzwi.
- Źle mnie pan zrozumiał - powiedział długowłosy podnosząc tym razem wzrok znad zdjęć. - Proszę zaczekać, chodziło mi tylko o to, że zainteresuje to widzów. Przecież po to pan tu przyszedł, żeby sprawę rozdmuchać. A proszę mi wierzyć, to co teraz panu powiem jest bezduszne, ale czym więcej jest ludzkiego dramatu, czym więcej przelanej krwi, poodrywanych kończyn, oczywiście mówię to w cudzysłowie, tym oglądalność jest o wiele wyższa, a przecież o to panu chodzi, żeby jak najwięcej ludzi się o tym dowiedziało. Bo na samą policję nie ma co liczyć. Proszę usiąść - powiedział mop wskazując jedno z wolnych krzeseł. - Jeżeli pana moją odpowiedzią obraziłem to przepraszam, na pewno tego nie chciałem. Być może jestem gruboskórny, ale gdyby pan robił w tym bajzlu od kilku lat to, co ja robię, też by pan nad pewnymi sprawami przechodził do porządku dziennego - mówiąc to wstał, podszedł do biurka, przy którym siedział Marian i rozrzucił przed nim zdjęcia, które przed chwilą oglądał. Były to fotki z wypadków drogowych: mnóstwo krwi, pourywane kończyny, ludzkie zwłoki, samochody, które nie przypominały już aut, nawet ich producent nie rozpoznałby w nich swojego dzieła. Marian przez chwilę je oglądał, jednak nie mógł na to patrzeć, po chwili odsunął je od siebie.
- No widzi pan, a ja muszę je przeanalizować i wybrać jak najmniej drastyczne, do reportażu, który właśnie z Arturem robimy. Tak, że proszę mnie tak źle nie oceniać i nie brać za bezduszne bydle. Po prostu z pewnymi rzeczami człowiek się z czasem obywa. Nie znaczy to jednak, że się do tego przyzwyczaja - mówiąc to zebrał z powrotem zdjęcia, po czym wrócił do swojego biurka.
W chwilę później do pokoju wszedł krępy, łysy, trzydziestoparoletni mężczyzna. Wyciągnął do Mariana rękę.
- Pan w sprawie tego porwania? - spytał.
Marian przytaknął tylko głową.
- Moje nazwisko Lipowski, ale proszę mi mówić Artur - powiedział uśmiechając się.
- W takim razie ja jestem Marian - panowie ponownie uścisnęli sobie ręce.
- Więc proszę, Marian, mów, w czym my moglibyśmy pomóc. Czy chodzi o okup? - spytał siadając za biurkiem.
- Jeżeli okupem można nazwać ludzkie życie, to tak.
- A tak bliżej, bez zagadek...
- Szaleniec, którego syn rzucił się z dziesięciopiętrowego wieżowca, wymaga tego samego od ojca dziewczynki, którą porwał i gdzieś tam zamurował twierdząc, że jego syn został przez ojca Leni bankrutem, tracąc na interesach z nim pół miliona złotych. Szański, ojciec Leni, nie ma zamiaru tego zrobić, a dziewczynce, według szaleńca, powietrza i jedzenia starczy na sześć dni. Już trzy z nich minęły. Policja i wojsko szukają jej na szeroką skalę. A przynajmniej tak twierdzą, ale jak dotąd wyników - żadnych.
- A czego się po nas spodziewasz? - spytał Artur rozkładając ręce.
- Może z nim porozmawiacie..., może jakiś wywiad ze sfrustrowanym wariatem..., ja naprawdę łapię się wszystkiego... - odpowiedział bezradnie Marian.
- Powiem ci, że nie bardzo rozumiem. Mówisz, że dziewczynka ma ojca. Dlaczego on do nas nie przyszedł? No i kim ty dla niej jesteś? - spytał Artur przysuwając się do Mariana.
- Od kilkunastu lat jestem jej nauczycielem gry na fortepianie. Znam ją od przedszkolaka, bardzo lubię to dziecko. A jej ojciec interesuje się wszystkim oprócz tego, co się dzieje u niego w domu. On święcie wierzy w to, że policja ją odnajdzie, nic więcej nie przyjmuje do wiadomości.
- A czy ciebie z Leną, tak ma na imię dziewczynka?.. - spytał Artur.
- Leni, ma na imię Leni. - poprawił go Marian.
- ...Czy ciebie z Leni nic nie łączy? - spytał mrużąc oczy.
- Pytasz czy jestem pedofilem? Nie, nie jestem pedofilem. Kocham ją jak własne dziecko a wiem, jakie to uczucie, bo mam dwóch synów. Żebyś ty słyszał jak ona gra..., żebyś jakiś czas obcował w jej towarzystwie..., gdybyś ją poznał bliżej..., jej nie można nie kochać! Ona jest jak szczeniaczek: mądry, niesforny, wesoły - odpowiedział wzruszony.
- Więc do roboty, mamy naprawdę niewiele czasu! - powiedział energicznie Artur, zacierając przy tym ręce.
Jeszcze tego samego dnia Marian umówił się telefonicznie z Iwańskim. Wierzył, że ten pozwoli na wywiad telewizyjny z Widackim.
Nadkomisarz, choć niechętnie, przyjął Mariana przed szesnastą.
- Chyba pan oszalał! - usłyszał na dzień dobry, kiedy tylko ten wspomniał o telewizji - Proszę tą sprawę zostawić policji i się do tego nie mieszać! A tym bardziej nie angażować w to media! Nie raz miałem z nimi do czynienia i miło ich nie wspominam. Zresztą pan wie, że jest to nielegalne. Czasy komuny dawno minęły, a ja już nie mogę traktować komisariatu jak własnej stajni! - powiedział wzburzony Iwański.
- Tu nie chodzi o pańskie wspomnienia i pański regulamin, a o Leni, której już niewiele czasu zostało. I pan doskonale o tym wie. Wy nie jesteście w stanie już nic zrobić. Tak, że niech pan chociaż nie utrudnia łapania się brzytwy tonącemu, który co najwyżej, może pokaleczyć sobie dłonie. Jak pan myśli, co czuje teraz jedenastoletnie dziecko siedząc za życia w grobie? Ma pan dzieci? Czy gdyby panu je porwano, też by pan mi mówił o dobru śledztwa? - kontynuował Marian nie czekając na odpowiedź - Jeżeli pan się na to nie zgodzi, informacja o tej tragedii pojawi się w wieczornych wiadomościach. I jest mi zupełnie obojętne, czy będzie mnie pan później oskarżał o utrudnianie śledztwa - zagroził Marian.
Iwański przyjrzał mu się uważnie. Zobaczył w oczach Mariana, że ten już nie cofnie się przed niczym.
- Zgoda - powiedział po namyśle. Lepszy przeprowadzony wywiad tu, na miejscu, nad którym będę miał kontrolę, niż taka wiadomość podana przez media w godzinach szczytu - pomyślał. - Zrobi pan ten wywiad w towarzystwie tego reportera, ale na razie, nie może być mowy o żadnej emisji w telewizji - zastrzegł.
- Dobrze, tylko że Widacki nie może się o tym dowiedzieć - powiedział Marian. - On musi być przekonany, że to idzie na żywo.
- To już zależy tylko od pana.
- O której może pan to zorganizować.
- W ciągu godziny - odpowiedział bez namysłu.
- Więc jesteśmy umówieni na siedemnastą trzydzieści - powiedział Marian patrząc na zegarek.
Kiedy był już na zewnątrz wyjął z kieszeni telefon komórkowy, wybrał numer i zadzwonił do Artura.
- Dasz radę być na komendzie ze sprzętem za godzinę? - spytał, kiedy ten odebrał telefon.
- Oczywiście - padła krótka odpowiedź.
Marian zastanawiał się jak poprowadzić rozmowę z Widackim. Wiedział, że nie może brać go na litość, bo ten był jej pozbawiony. Straszenie go konsekwencjami jego czynu też do niczego nie doprowadzi. Nie wiem, już sam jestem głupi - powiedział sam do siebie i wszedł do pobliskiego baru. Zamówił kawę i czekał na Artura. Ten wraz z ekipą przyjechał dziesięć minut przed czasem.
- Cześć - powiedział Artur wychodząc z busa.
- Cześć - odpowiedział Marian wyciągając do niego rękę. - To co? Wchodzimy do środka - zaproponował. - Jeżeli nam się nie uda namówić Widackiego do zmiany zdania - powiedział zatrzymując się na środku ulicy - przystąpimy do planu B. Zadzwonisz do mnie, będziesz wiedział kiedy - dodał, po czym ruszyli w stronę komendy.
Na miejscu czekał już na nich Iwański.
- Tylko niech się pan tak nie przyzwyczaja do częstszych odwiedzin w tym budynku - powiedział do Artura - No, chyba że w innym charakterze - dodał.
- Dlaczego pan tak nas nienawidzi inspektorze? Przecież to nie wina dziennikarzy, że policja sobie nie radzi i sprawy, których nie może ogarnąć, najchętniej spaliłaby w piecu.
- Nie ze mną przeprowadza pan wywiad, a z gościem, który na was czeka w tej sali - powiedział wskazując ręką na znany już Marianowi pokój przesłuchań.
Kiedy weszli do środka jeden z pomocników Artura ustawił statyw, do którego przymocował kamerę.
- Co pan chce tym osiągnąć? - Widacki spytał Mariana siadającego na jedno z krzeseł - Po co pan sprowadził telewizję? Chce pan zrobić show? Myśli pan, że przed kamerą stanę się bardziej gadatliwy? - dodał przyglądając się operatorowi, który właśnie zakończył montaż i uruchomił kamerę.
- Zrobię wszystko, aby odnaleźć Leni. Nie cofnę się przed niczym. Materiał z panem pokażę w telewizji. Jeżeli mi tego nie puszczą, wprowadzę to do internetu - powiedział patrząc w jego zimne oczy. - Niech mi pan wierzy, posunę się bardzo daleko - dodał. - A jak już wszyscy będą znać pana twarz, cały kraj będzie obwiniał pana o śmierć Leni. Znienawidzą pana, Osama bin Laden będzie przy panu jak Kubuś Puchatek w dobranocce, miliony matek patrząc na pana zdjęcie, będzie drżało o swoje dzieci. Tak jak można w naciągany sposób zrozumieć pedofila, a jego plugawe czyny zwalić na popieprzoną psychikę, to w pańskim przypadku zamurowanie żywcem dziecka bije każde łajdactwo, jakiego człowiek może się dopuścić. A kiedy już pana zamkną, bo przecież zdaje pan sobie sprawę, że sąd skarze pana na długie lata, chłopaki w celi będą mieli z panem niezłe używanie, poprzepychają panu tą starą odbytnicę na wszystkie sposoby, oni lubią takich, którzy krzywdzą małe dziewczynki.
- On musi skoczyć, inaczej nic pan nie wskóra, czy to zaglądając mi do sumienia, czy szukając we mnie litości, czy też mnie strasząc przedmuchanym tyłkiem! On musi skoczyć! Jest napisane: "oko za oko, ząb za ząb", a to jest jedyna sprawiedliwość! - powiedział stanowczym głosem Widacki.
- Czy pan by skoczył za wnuka?
- Tak - odpowiedział butnie.
- Czy pan sam siebie słyszy? Oko za oko? Powtarza mi pan jakieś bzdury napisane pod wpływem nienawiści wieki temu.
- Ja w to wierzę - zapewniał Widacki.
- Ale ja nie wierzę w to, że jest pan aż tak zacofany jak mamut sprzed epoki lodowcowej. Myśli pan, że śmierć Leni ugasi w panu ból? Bo przecież Szański na pewno nie skoczy! Więc skazuje pan to niewinne dziecko na okropną śmierć - Marian cały czas wyraźnie artykułował słowo dziecko. Miał nadzieję, że wzruszy w Widackim choć niewielkie pokłady człowieczeństwa. - To co pan sobie wymyślił jest czymś z kosmosu, czymś nienormalnym. Wydaje mi się, że tak naprawdę jest pan w pułapce i nie wie jak z niej wybrnąć. Pan nie chce jej zabić. Był pan pewny, że Szański skoczy. Ale teraz pan widzi, że nic z tego nie wyjdzie. Nie może pan wszystkich mierzyć jedną miarą. To, że pan by poświęcił swoje życie dla wnuka, wcale nie znaczy, że zrobią to inni. Jestem przekonany, że gdyby pan wiedział, że to się tak skończy, nie porwałby pan Leni, a obmyślił sobie inny plan ukarania Szańskiego, ale teraz według pana jest już za późno.
- Czy pan jest psychologiem? - spytał Widacki.
- Nie wiem dlaczego wszyscy mnie o to pytają. Nie, nie jestem psychologiem ani psychiatrą ani żadnym innym łapiduchem. A wracając do tematu, nie wiem czy pan by się poświęcił i tak po prostu brykną sobie z dachu, nawet dla wnuka.
- Nie zastanawiałbym się nawet przez chwilę - zapewniał Widacki.
- Słowa, słowa, słowa, to tylko słowa... Zdaje pan sobie sprawę na jak potężnych skrzydłach musi nieść się ta miłość, żeby w jej imię odebrać sobie świadomie życie?! Nie będąc załamanym desperatem, zrezygnować z oddychania, z patrzenia na najbliższych, wiedząc, że już nigdy się ich nie zobaczy! Przecież każdy zdrowy człowiek boi się śmierci, wszyscy mamy zaciągnięty hamulec bezpieczeństwa, nikt nie chce pójść tam, skąd jeszcze nikt nie wrócił. W innym wypadku na ziemi dawno byłoby już pusto, a oprócz hulającego bezmyślnie wiatru, pozostałyby tu tylko niezdolne do myślenia insekty - Marian starał się jak mógł, przekonać Widackiego do zmiany decyzji. Czuł jednak, że ten mu coraz bardziej ucieka. Czuł, że im dalej brnie, tym nadzieja jest słabsza. Obawiał się, że za chwilę skończą mu się argumenty i będzie musiał się poddać. Widział w oczach Widackiego, że ten pozostawał niewzruszony - A czy pomyślał pan o swoich wnukach, za które, jak pan twierdzi, oddałby życie? Jak one będą traktowane w szkole, kiedy inne dzieci dowiedzą się, że ich dziadek to kolega szatana i zwalanie winy przez pana na jej ojca wszystkim wyda się nienormalne - jeszcze próbował ostatkiem sił.
- Jeżeli tylko zobaczę, że Szański skoczył, od razu powiem gdzie ona jest - z uporem osła odpowiedział Widacki.
- Mógłbyś wyłączyć kamerę i wyjść z operatorem na zewnątrz? - Marian nieoczekiwanie zmienił front zwracając się do Artura. Ten spojrzał na niego najbardziej zdziwionymi oczami, jakie mógł tylko zrobić.
- Po to mnie tu ciągnąłeś, żebyś mógł sobie teraz z nim sam na sam pogadać? - spytał nadal zdziwiony.
- Proszę cię, później ci wszystko wytłumaczę - nalegał. - To ważne - powiedział mrugając okiem. - Pamiętasz, co ci mówiłem na ulicy przed wejściem? - dodał szeptem.
- Dobrze, zaczekamy na zewnątrz - zgodził się Artur kiwając głową, przypominając sobie słowa Mariana o planie B. - Rozumiem - dodał.
Po chwili wraz z operatorem wyszli z pokoju. Marian wstał z krzesła podszedł powoli do zakratowanego okna.
- Chciałbym panu coś zaproponować - powiedział nie odwracając się, w tym czasie w jego kieszeni zadzwonił telefon.
- Przepraszam - powiedział włączając go. - Halo? Tak Żarski przy telefonie - powiedział Marian do słuchawki - Zrobi pan to? Na pewno? To dziękuję i do widzenia! - powiedział na koniec rozłączając się - To był Szański - zakomunikował Widackiemu. - Zgodził się, skoczy - dodał, Widacki spojrzał na niego z niedowierzaniem i jednocześnie z satysfakcją.
- Widzi pan? A nie wierzył pan w niego! Trzeba wierzyć w ludzi, przynajmniej, kiedy mają nóż na gardle - dodał zadowolony z obrotu sprawy.
- Zaskoczył mnie, nie mogę w to uwierzyć! - powiedział Marian z podziwem w głosie. - Nie spodziewałem się tego po nim! Więc nie pozostaje nam nic innego jak przystąpić do tego bezsensownego zabójstwa - powiedział kierując się w stronę drzwi.
- Niech pan nie będzie taki sentymentalny, drogi panie. A co do mojego starego tyłka, proszę się o niego nie martwić, przeżyłem SB i niejedno już w dupie trzymałem. Żegnam i czekam na filmową relację, zostało panu niewiele czasu - powiedział Widacki podnosząc się z krzesła.
W chwilę później został wyprowadzony z pokoju, Marian również opuścił pomieszczenie.
- Wspaniale go pan podszedł! - powiedział Iwański, który całą rozmowę słyszał przez głośniki. - Teraz musicie panowie coś wykombinować - zwrócił się do Artura nerwowo gestykulując rękoma. - Dacie radę zrobić to w jeden dzień?.
- Tak - odpowiedział Marian uprzedzając wahającego się Artura.
- To bardzo dobrze! Naprawdę był pan dobry w tej gadce z Widackim. Kiedy pan Artur powiedział mi, że kazał mu Pan do siebie zadzwonić, przechodząc tym samym, jak to ujął do planu B, pozorując rozmowę z Szańskim, nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. Kiedy jednak po chwili zrozumiałem pana intencję, to powiem panu - pełen szacunek! Gdyby był pan młodszy, chętnie widziałbym pana w naszej ekipie, takich nam właśnie ludzi potrzeba. Powiem panu szczerze, że z początku nie wierzyłem w pana. Nawet mnie pan zaczął już swoją osobą denerwować, ale przyznaję, myliłem się. To do roboty, panowie - powiedział otwierając drzwi na korytarz.
Po chwili Marian wraz z Arturem i operatorem wychodzili z budynku.
- Powiesz mi, o co chodzi? Wiesz, że jest to niemożliwe, żeby w jeden dzień dokonać takiego montażu. Z samym skokiem nie ma problemu, zorganizuję się ze straży pożarnej jakąś napompowaną poduchę, której nie ujmiemy w kadrze, ale co zrobić z samym upadkiem? Przecież nie utniemy tego na wysokości czwartego piętra a następnie pokażemy Szańskiego wylegującego się na trawie. Wiesz jak wygląda człowiek po zetknięciu z ziemią z takiej wysokości? Nogi ma pod pachami, wyrzynające się przez skórę połamane gnaty, twarz na wysokości dupy..., zresztą słyszałeś, że on widział ciało swojego syna, nie da się na to nabrać, a my nie mamy takich możliwości żeby to przyzwoicie zmontować, nie jesteśmy w Hollywood - powiedział Artur niezbyt zadowolony z pomysłu Mariana.
- Nie mam zamiaru nic aranżować - odpowiedział Marian patrząc mu w oczy.
- Co? - Artur z niedowierzaniem zmarszczył czoło - Co ty chcesz zrobić? Zepchniesz Szańskiego z dachu? - spytał trochę oszołomiony nagłym zwrotem akcji. - Ty naprawdę chcesz to zrobić? Kurwa mać, ty zwariowałeś!? Rozumiem, że zależy ci na tym dzieciaku, ale świadomie chcesz kogoś zabić?! Ja pierdolę, niech ochłonę, nie wierzę w to, co usłyszałem.
- Ty nic nie usłyszałeś, to tylko twoja wyobraźnia. Nie mam zamiaru nikogo spychać z dachu - zaręczał Marian. Artur stał jak ogłupiały nic już nie rozumiejąc. - Sam skoczę... - dodał, patrząc na całkiem zakręconego już Artura - Nie mam innego wyjścia. Widziałeś go, on się już nie cofnie, jemu się wszystko poprzestawiało, nie można już go brać za zdrowego faceta. Widać, że po śmierci syna całkiem sfiksował. Przecież normalny człowiek, gdyby się dowiedział, że z jego planów nic nie wyjdzie, po prostu by się wycofał, ale nie on. On nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że trafi za to na długie lata do więzienia, być może już nigdy stamtąd nie wyjdzie. Do niego to nie dociera. Dla niego ważne jest tylko to, żeby ktoś zapłacił życiem, za życie jego syna. W gruncie rzeczy, facet nie jest taki zły. Ma po prostu porąbane zasady.
- Nie jest zły? Przez szaleńca chcesz pozbawić się życia i mówisz, że on nie jest zły? A może ty też jesteś szalony?
- Możliwe, ale teraz nie będziemy się nad tym zastanawiać. Mamy co innego do roboty. Musicie mnie ucharakteryzować, postury z Szańskim mamy podobne, więc nie powinno być z tym większych problemów. Zresztą, lot będziesz kręcił z odległości, Widackiemu nawet przez myśl nie przejdzie, że ktoś inny zamiast Szańskiego może wykonać ten skok. Muszę też obejrzeć budynek, wejść na dach i wybrać miejsce najbardziej przestrzenne, nie chciałbym lecąc o coś zaczepić i resztę życia spędzić na wózku z rurką w gardle i workiem przy odbycie. Spotkamy się jutro na miejscu. Później do ciebie zadzwonię i podam godzinę, o której nakręcisz ten film. Pamiętaj tylko żeby ręka ci nie zadrżała, od tego zależy życie Leni. A ja jeszcze dzisiaj muszę pożegnać się z synami - powiedział Marian sprawiający wrażenie, że liczył się z taką możliwością i na wszelki wypadek już wszystko wcześniej sobie dokładnie zaplanował.
- Nie rozpędzaj się tak, ja w tym udziału nie wezmę! - zastrzegł Artur, kiedy minął mu już stan ogłupienia. - Chyba zwariowałeś! Nawet nie chodzi tu o to, że może mi coś za to grozić, że mogą mnie za to zamknąć. Nie pozwolę żebyś się po prostu zabił! Nie licz na mnie! Kurwa! Co za popierdolony dzień?! Najchętniej bym się teraz napił, aż mi w gardle zaschło. Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że ci w tym pomogę?! - kontynuował tym razem wymachując rękami.
- Pomożesz, pomożesz - powiedział pewny siebie Marian. - Mnie już i tak nie za wiele życia zostało - kontynuował. Artur spojrzał na niego już nic nie rozumiejąc - Glejak - dodał Marian po chwili, patrząc mu głęboko w oczy. - Ja umieram przyjacielu. Zostało mi najwyżej sześć, osiem miesięcy. Więc rozumiesz, wszystko i tak jest do dupy, co za różnica kilka miesięcy w tą czy w tą.
- Przykro mi, naprawdę mi przykro - powiedział Artur, kiedy już się otrząsnął. - Twoi synowie wiedzą o chorobie? - spytał.
- Tak - przytaknął Marian.
- Jak zamierzasz im powiedzieć, że jeszcze bardziej chcesz sobie skrócić życie?
- Nie wiem, po prostu im to powiem.
- Myślisz, że zrozumieją i ot tak przejdą nad tym do porządku dziennego? Też mam ojca, którego kocham i nie wiem czy bym mu coś takiego wybaczył, nawet gdyby był śmiertelnie chory. Naprawdę nie wiem - powiedział w zamyśle Artur. Tak naprawdę nie dotarło do niego jeszcze to, co usłyszał.
- Słuchaj, nie chcę teraz o tym mówić, ani myśleć. Leni w tej chwili jest najważniejsza, tylko ona się liczy. Zostały jej dwa dni, tyko dwa dni - powiedział z naciskiem, zastanawiając się jak ona sobie teraz radzi. - Dobra, ja już spadam. Muszę obejrzeć moją strefę zrzutu - zażartował. - Do jutra - dodał podając rękę Arturowi i jak wcześniej zapowiedział pojechał pod budynek, z którego miał się rzucić.
Auto zatrzymał po drugiej stronie ulicy. Spojrzał w boczną szybę na dziesięciopiętrowego klocka. Trochę się przeraził, jednak po chwili wysiadł z samochodu i ruszył w kierunku klatki schodowej. Kilka minut później wjechał windą na ostatnie piętro, następnie drabiną wdrapał się na dach. Rozejrzał się dookoła, wszędzie anteny i kominy wentylacyjne. Po chwili wybrał najlepsze, jego zdaniem, miejsce. Zapewne to samo, z którego skoczył syn Widackiego - pomyślał. Wszedł na niski murek okalający budynek. Spojrzał w dół, głęboko wciągnął powietrze, przez moment je przytrzymał i wypuścił, w dolnej części brzucha poczuł mrowienie.
- Hu, z dołu nie wyglądało to tak wysoko - powiedział sam do siebie.
Chwilę tak postał, czując na twarzy smagający go wiatr, po czym zszedł z murka i po kilku minutach zjeżdżał windą w dół. Będąc już w samochodzie, wyjął telefon z kieszeni, wybrał numer do Szańskiego i nacisnął zieloną słuchawkę.
- Halo? - usłyszał po chwili.
- Dzień dobry, Marian Żarski z tej strony. Czy może pan przygotować pieniądze dla Widackiego na jutro? - spytał.
- A co zgodził się?
- Tak.
- Oczywiście, że je zorganizuję. Jak pan go przekonał?
- Teraz to jest najmniej ważne.
- No widzi pan, wszystko można jakoś załatwić, a mnie pan kazał z dachu skakać - Marian usłyszał śmiech w telefonie. - Przyzna pan teraz, że był to najbardziej idiotyczny pomysł - z ulgą w głosie kontynuował Szański. - Ja tego szaleńca i tak załatwię, jak tylko odzyskam Leni - zapewniał.
- Odezwę się do pana jutro rano, oprócz pieniędzy proszę przygotować akt darowizny na moje nazwisko - zastrzegł Marian.
- I tak mu później tą kasę z gardła wyrwę, razem z językiem! - z nienawiścią w głosie zapowiedział Szański.
- W tej chwili proszę skupić się tylko na Leni - powiedział Marian i zakończył rozmowę.
Po chwili wykonał jeszcze dwa telefony: pierwszy do kancelarii adwokackiej, drugi do swoich synów. Umówił się z nimi o dwudziestej, w swoim domu. Bał się tego spotkania, nie wiedział jak ma im oznajmić tą zaskakującą dla nich wiadomość. Nie wiedział, czego może się po tym spotkaniu spodziewać, jak zareagują, bo przecież nie mieli pojęcia, co im ojciec chce zakomunikować. Czy będą krzyczeć, awanturować się, pukać w głowę, czy też rozstaną się w zgodzie. Wiedział, że tak naprawdę, będzie to dla niego najtrudniejsza przeprawa. Trudniejsza od tego, co miało nastąpić później. Teraz chciał tylko spokoju, pocieszenia, poklepania po plecach, podniesienia na duchu. Ostatnią rzeczą, którą chciałby sobie teraz zafundować, była kłótnia ze swoimi dziećmi. Jak by nie było, był to jeden z dwóch ostatnich dni, kiedy mógł na nich popatrzeć, nacieszyć się ich widokiem, uściskać. Przyszli punktualnie. W skrócie opowiedział całą historię i jej puentę. Obaj nie mogli uwierzyć w to, co słyszą. Był to dla nich jakiś czarny humor, chory żart, zły sen.
- A my? Nie pomyślałeś, co z nami? - spytali obaj, niemal jednocześnie.
- A co wy byście zrobili na moim miejscu? Jej ojciec nie skoczy a Widacki nie odpuści. Na policję też nie ma co liczyć, nadają się tylko do wlepiania mandatów, oni już ją skreślili - tylko tyle mógł odpowiedzieć. - Co wy byście zrobili? - powtórzył pytanie, patrząc jednemu i drugiemu w oczy. - Jak ja mógłbym później oglądać się w lustrze i do końca życia wmawiać sobie, że to nie była moja wina, że to nie ja ją zabiłem, że nie miałem na to żadnego wpływu? Nigdy bym sobie tego nie wybaczył i nie darował tchórzostwa i tego, że ją tam zostawiłem, że miałem szansę ją ocalić a tego nie zrobiłem - dodał.
Wbrew przypuszczeniom Artura, obaj synowie zrozumieli ojca. Jak by nie było, w ich żyłach płynęła ta sama krew. Nie rozmawiali już więcej o niczym, długo siedzieli w ciszy, tylko na siebie patrząc, jakby chcąc zapamiętać tą chwilę. Żaden tego nie przyznał, ale bez wątpienia dumni byli ze swojego ojca. Zresztą nie musieli nic mówić, po jego oczach widzieli, że to czuł. Następnie wstali, pożegnali się w uścisku i chłopcy rozjechali się do swoich domów. Marian został sam. Rozejrzał się po mieszkaniu, podszedł do biurka wyjął kartkę i długopis, usiadł przy stole i zaczął pisać list do Leni:
Leni,
jeżeli dostałaś ten list i go czytasz, warto było! Jeżeli jesteś cała i zdrowa, ja już jestem szczęśliwy. Myślę, że Bóg mi wybaczy, że zabieram to, co do niego należy. Jednak ileż warte byłoby moje życie, gdybym pozwolił ci umrzeć? Boję się, przecież nigdy tam nie byłem. Może w snach. Nie wiem czy jest tam muzyka. Jeżeli tak, może uda mi się coś wreszcie napisać. Nie wiem, co takiego masz w sobie, Leni. Czym mnie tak ujęłaś, że za ciebie oddaję to, co najcenniejsze? Najważniejsze, że jesteś! Nigdy nie przestawaj grać! Zawsze i wszędzie będę słuchał Twojej muzyki. Jeżeli kiedykolwiek będzie działa Ci się krzywda, będzie Ci źle, będziesz w biedzie, nieszczęściu, w chorobie, wtedy pomyśl o mnie, rozpędzę chmury, które nad Tobą zawisną, zniszczę bakterie, które mogłyby Ci zagrozić, przywrócę miłość, jeżeli kiedykolwiek ją utracisz. Zrobię wszystko żebyś była szczęśliwa. Wiem, że nie jestem Twoim ojcem, jednak zawsze nim się czułem. Choć przestanę oddychać, nigdy Cię nie opuszczę. Choć pozbędę się ciała, mojej duszy nikt stąd nie przepędzi. Moje życie nie zatrzyma się w miejscu jak popsuty zgar. Świat jest zbyt kolorowy a życie najpiękniejszym z cudów, żeby to wszystko miało zniknąć i pójść sobie w nicość. Wiem, że nigdy nie przestaniesz być warta mojego poświęcenia.
Marian.
Kiedy skończył, odłożył długopis, ponownie podszedł do biurka, wyjął z niego kopertę, wsadził do niej list i wsunął go do kieszeni. Sam usiadł w fotelu i tak przesiedział do rana.
O piątej podszedł do okna, uśmiechnął się sam do siebie, uświadomił sobie, że po raz pierwszy i ostatni widzi wschód słońca. Po chwili wszedł do łazienki, spojrzał w lustro, pokiwał głową, umył się, po czym poszedł do kuchni. Jednak po otwarciu lodówki z powrotem ją zamknął, nic by mu przez gardło nie przeszło. O dziewiątej zadzwonił do Szańskiego w sprawie pieniędzy. Ten potwierdził, że już na niego czekają. Odebrał je po godzinie, następnie udał się do kancelarii adwokackiej, gdzie wydał dyspozycję, po czym pojechał na ostatnie spotkanie z Arturem. Nie wiedzieć czemu, nie wybrał najkrótszej drogi. Całkiem nieświadomie kluczył ulicami pół godziny dłużej. Widział budowle, których do tej pory nie zauważał, witryny sklepów, na które jeszcze tydzień temu nie zwróciłby uwagi, galerie handlowe, które nigdy go nie interesowały. Widział to wszystko po raz pierwszy, pomimo tego, że niejednokrotnie wcześniej przemierzał tą trasę. W tej chwili chciał się tym widokiem nasycić, coś ze sobą zabrać. Na miejsce zajechał przed dwunastą. Artur wraz z operatorem już na niego czekali.
- Rozstawcie sprzęt. Tylko żebyście tego nie spieprzyli, dubla nie będzie - upewniał się.
- Nie ma obawy - zapewniał Artur, nieśmiało spoglądając na Mariana.
Nie był do końca przekonany, czy powinien uczestniczyć w tym absurdalnym planie. Po prostu miał ogromne wyrzuty sumienia. Sama świadomość, że za chwilę facet, z którym rozmawia, którego polubił i szanuje, umrze, po prostu przestanie oddychać, a on to będzie tylko filmował, poczuł się jak robot niezdolny do myślenia.
- Czas na mnie - powiedział Marian, podając chłopakom rękę, kiedy już się zainstalowali.
- Jesteś super facet. Nigdy nikogo takiego nie znałem i zapewne już nie poznam - powiedział Artur mocno ściskając rękę Mariana. - Zrobić coś takiego dla innego człowieka w świecie gdzie jeden drugiego sprzeda za złotówkę, gdzie w pracy dla awansu kolega koledze wylałby szklankę z benzyną za kołnierz i podpalił, ty oddajesz swoje życie i nie jest ważne, że niewiele ci go zostało. Całą noc zastanawiałem się, co ci dzisiaj powiedzieć i nie wiem, nie ma takich słów, które mogłyby oddać to, co o tobie myślę. Żałuję, że poznałem cię tak późno, ale zawsze będę szczęśliwy, że kogoś takiego spotkałem w moim życiu, choć na tak krótko, na tych kilka dni - dodał.
- Ja też cię bardzo polubiłem. Mam ostatnią prośbę - powiedział Marian wyciągając list z kieszeni, - oddaj go Leni. Jestem pewny, że Widacki wywiąże się i wskaże miejsce, w którym ją uwięził, i że nie robię tego na darmo - powiedział podając kopertę.
- Jest niezaklejona - zwrócił uwagę Artur.
- Nie musi być, wiem komu ją daję - mówiąc to Marian uśmiechnął się. - A, jeszcze to - powiedział podając Arturowi telefon komórkowy. - Po co ma się roztrzaskać - dodał, po czym nie oglądając się, ruszył w kierunku budynku. Po chwili wjechał windą na ostatnie piętro, wszedł na dach, rozejrzał się po znanym już mu miejscu. Lekki wiatr orzeźwił jego twarz. Podszedł do krawędzi budynku, po czym wspiął się na okalający go występ. Spojrzał w dół, znów poczuł to mrowienie w podbrzuszu. Artur wraz z operatorem byli już gotowi. Wiedział, że musi zrobić to jak najszybciej, zanim gapie zgromadzą się wokół kamery ustawionej na dole, nim obudzą się w nim jakiekolwiek wątpliwości. Wciągnął powietrze w płuca, prawą nogę nieśmiało wysunął do przodu tak, że osadził ją tylko na pięcie, lewą wystawił poza dach. Czuł się jakby chodził po linie, tylko że pod stopami, pozostało mu już tylko powietrze. Po raz ostatni spojrzał w kierunku kamery, zauważył jak Artur rozmawia przez telefon komórkowy. Zdziwiło go trochę, że robi to w takiej chwili - jak by nie było, nie chciał żeby coś chłopaków rozpraszało, przecież nie kręcili tu jakiegoś reportażu i coś takiego jak "cięcie" nie wchodziło w grę, o żadnych dublach nie mogło być mowy. Przecież kamerze nic nie mogło umknąć. Jednak po chwili obserwacji zauważył jak Artur z rozmachem odrzuca od siebie telefon i biegnie w stronę budynku, chaotycznie wymachując obiema rękami.
- Nie skacz, nie skacz! - krzyczał z całej siły - Widacki powiedział gdzie ukrył Leni!
Marian go usłyszał, a przynajmniej zrozumiał, co ten do niego krzyczał, jednak było już za późno, jego wyciągnięta do przodu lewa noga, przeważyła resztę ciała, siła grawitacji zrobiła swoje. W akcie desperacji zaczął machać bezładnie rękami, jednak po chwili stracił równowagę i runął w dół. Przez następnych kilka sekund, przed oczami przeleciało mu całe życie, dorastający chłopcy, uśmiechnięta twarz Tamary, poczuł muzykę, wiedział, że teraz mógłby pisać.
Na wysokości siódmego piętra uderzył w brezentową reklamę komisu samochodowego, rozwieszoną pomiędzy balkonami. Siłą ogromnego uderzenia przerwał ją, pozostawiając dwie poszarpane szmaty opadające wzdłuż balkonowych rzędów. On sam został odrzucony w kierunku jednego z nich. Dwa piętra niżej natknął się na antenę satelitarną, roztrzaskując ją plecami w drobne kawałki. Po zderzeniu z nią leciał teraz wzdłuż ściany, na wysokości trzeciego piętra, prawą nogą natknął się na przykręcony do ściany uchwyt masztowy. Sam nie wiedział czy najpierw usłyszał chrzęst łamanej kości czy też przeszywający go ból. Działo się to zbyt szybko. Wystający uchwyt zmienił tor jego lotu, przekręcając teraz jego ciało głową w dół. Piętro niżej na tyle zbliżył się do ściany, że twarzą dosłownie po niej przeorał, zostawiając na tynku kawałki zdartej z niej, zakrwawionej skóry. Jednak to uderzenie w uchwyt spowolniło w znacznym stopniu prędkość jego spadania. Mijając kolejny parapet, odruchowo próbował go złapać obiema rękami, jednak siła spadającej masy ciała nie pozwoliła na to i chcąc go chwycić rozlegle rozszarpał sobie lewą rękę o jego ostre, blaszane krawędzie, prawą zaś połamał w przedramieniu i łokciu. Jednak ten kontakt z parapetem ponowne spowolnił jego spadanie i pozwolił mu teraz wrócić do równowagi. Z powrotem nogi Mariana znajdowały się u dołu. Reszta jego podróży minęła bez większych niespodzianek. Runął na gęste krzaki znajdujące się pod balkonami. Kiedy Artur do nich dobiegał, najgorsze myśli kołatały mu się po głowie. Sam nie wiedział kto szybciej dotarł na miejsce: on z chodnika, czy Marian z dachu. Kiedy nerwowo rozgarniał krzaki kalecząc sobie przy tym dłonie, w głowie miał tylko jedno: w jakim stanie jest Marian? Dotarł do niego w kilkanaście sekund. To co zobaczył zatrwożyło go cała lewa część jego twarzy zalana była krwią, prawa noga w nienaturalny sposób leżała obok jego głowy. Stał tak przez chwilę rękami trzymając rozsunięte gałęzie i serce w nim zamarło. Jakież zdziwienie musiał w nim wywołać podnoszący się na lewej, poszarpanej przez blachę parapetu ręce i siadający na tyłku Marian.
- O kurwa! Ale jazda! Ja pierdolę! Ale odlot! Mam to wszystko na twardym dysku! - powiedział Artur z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Jeszcze wczoraj tej reklamy tam nie było... przecież oglądałem budynek - powiedział zdziwiony Marian, patrząc na kołyszące się u góry strzępy porozrywanej brezentowej reklamy.
- Z góry jej nie widziałeś? - spytał Artur.
- Przecież patrzyłem się na twoje machające ręce i wsłuchiwałem się w to, co krzyczysz.
- Chyba ktoś nad tobą czuwa i nie chce cię jeszcze u siebie. Nic innego nie przychodzi mi do głowy - mówiąc to skierował oczy ku górze. - Fiu, fiu - mruknął po chwili.
- Co z Leni? - spytał Marian.
- Dzwonił Iwański, po co oddawałeś mi ten cholerny telefon! On dzwonił do ciebie! Widacki podał adres, Leni jest już bezpieczna! - odpowiedział nadal kręcąc głową.
- To dobrze - Marian promiennie się uśmiechnął. - Chyba ją sobie trochę uszkodziłem - powiedział patrząc na nienaturalnie ułożoną na ziemi prawą nogę. Jak się później okazało, była złamana w siedmiu miejscach i to właśnie dzięki niej i zderzeniu z masztem prędkośc spadania została wyhamowana do tego stopnia, że udało mu się przeżyć ten upadek.
- Po co oddawałeś mi ten pieprzony telefon?! - Artur wciąż nie mógł uwierzyć w to szczęście w nieszczęściu.
- Może to był dla mnie jakiś sprawdzian?
- Jeżeli tak, to na pewno go zaliczyłeś!
- Wezwiesz pogotowie? - ze stoickim spokojem spytał Marian - Czy do szpitala mam pojechać stopem? Chyba zaraz stracę przytomność... - dodał blednąc coraz bardziej.
- Przepraszam, już wzywam! - odpowiedział Artur, dopiero teraz wypuszczając krzaki z rąk.
Chwilę później miejsce zaroiło się od ciekawskich gapiów. Po pięciu minutach Marian jechał karetką na sygnale.
Kilka następnych dni przeleżał w szpitalu, na obserwacji. Jednak poza pogruchotaną nogą, połamaną ręką, pozdzieraną twarzą i całym mnóstwem siniaków, nic więcej mu nie było. Co najważniejsze - żadnych obrażeń wewnętrznych i urazów kręgosłupa. Leni pozwolono go odwiedzić dopiero po pięciu dniach. Przyszła razem z mamą i Arturem. Kiedy weszli do sali, w której leżał, przy jego łóżku siedziało dwóch synów. Leni wyrwała się z kurczowo zaciśniętej ręki mamy, która trzymała ją tak mocno, jakby bała się ją wypuścić choć na chwilę, jednak nie dała rady. Leni rzuciła się w objęcia Mariana.
- Kocham cię Marian, tak bardzo cię kocham!
- A oto i moja piękna nagroda - odparł przytulając ją mocno.
- Przecież mogłeś umrzeć - powiedziała zmartwiona.
- Jednego starca byłoby mniej, moja śliczna komunistko.
- Marian, tysiąc razy ci mówiłam, że w moim imieniu brakuje literki n do imienia sławnego komunisty - powiedziała nadąsana Leni.
W międzyczasie Szańska podeszła do łóżka, schyliła się chcąc pocałować w gładzącą Leni rękę Mariana. Ten jednak energicznie ją cofnął, mówiąc:
- Proszę tego nie robić! Przecież nie jestem papieżem.
- W jaki inny sposób mogłabym panu podziękować za to, co pan zrobił dla mojej córki? Nie ma nic takiego na świecie, czym mogłabym za to zapłacić - powiedziała ze szczerym wzruszeniem.
- Jest - odpowiedział trochę zagadkowo.
- Cóż to takiego? - spytała patrząc na niego przeszczęśliwymi oczami.
- Proszę pozwolić mi nadal ją uczyć. A jak już mnie przerośnie, chciałbym być zawsze obok niej - powiedział cały czas patrząc na uśmiechniętą Leni.
- Tylko tyle? Za to, co pan zrobił, tylko tyle?
- Proszę mi wierzyć, dla mnie to jest aż tyle - odpowiedział.
- Zgoda - oddała mu przepiękny szczęśliwy uśmiech.
- Marian, czy będę mogła napisać muzykę, do słów w twoim liście? - spytała Leni nieśmiało na niego spoglądając.
Marian spojrzał na Artura.
- Miałeś oddać list po mojej śmierci, a przecież ja żyję - powiedział karcącym głosem.
- Nie przypominam sobie, żebyś coś mi wtedy wspominał o śmierci. Powiedziałeś tylko żebym go oddał Leni, więc to zrobiłem - odpowiedział Artur z uśmiechem rozkładając bezradnie ręce. - Piękny list - dodał. W tym czasie Marian przymrużył brwi - Nie, nie, ja go nie czytałem, zrobiła to Leni, na głos - zarzekał się. - No co, miałem zatkać uszy? - ze śmiechem tłumaczył się Artur.
- Nie, przyjacielu, nie musiałeś zatykać uszu, na pewno nie ty. Dzień dzisiejszy jest na pewno jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu - mówiąc to spojrzał w oczy wszystkim znajdującym się w sali. W tych wszystkich oczach widział miłość, szacunek i podziw - zapamięta tą chwilę do końca życia - Warto było, naprawdę było warto - dodał.
- A tak a propos... podobno jesteś chory? Śmiertelnie chory? Lekarze szukali ci przez dwa dni glejaka, ale chyba się schował - powiedział Artur, śmiejąc się przy tym. - Nawet nie wiesz, jakiego głupka z siebie zrobiłem, z jaką paniką błagałem o diagnozę. Albo ty masz ogromny dar przekonywania, albo ja jestem naiwny jak trzylatek w cyrku. Prześwietlili cię na wszystkie strony. Mieli mnie już dość, wyganiali mnie drzwiami, wchodziłem oknem i kazałem im szukać. Oczywiście nic nie znaleźli. Powiedzieli, że to był chyba cud, albo glejak wyfrunął ci z głowy w czasie upadku. A może to nie był glejak, tylko zrobił ci się pryszcz na mózgu? - spytał Artur nadal się śmiejąc.
- Cóż miałem ci powiedzieć? Że jestem zdrów jak hipopotam w sadzawce? Czy byś mi na to pozwolił? Brałbyś w tym udział? - spytał Marian.
- Masz rację, nie zgodziłbym się. Przepraszam Leni - mówiąc to Artur zwrócił się do małej - ale Marian ma rację. Wtedy nie mógłbym się zgodzić na jego szybowanie w przestworzach bez spadochronu - dodał. - Jakbyś jeszcze mógł mi wyjaśnić, dlaczego Szański nie może odzyskać kasy od Widackiego? No wiesz, tego okupu, podobno jest wściekły jak buchaj przed walką - spytał Artur.
- To już nie są jego pieniądze. Aktem darowizny przekazał je mnie, a ja je przelałem na rachunek Widackiego. Szański nie może już ich ruszyć - odpowiedział Marian.
- Przekazałeś je Widackiemu? Dlaczego? - spytał zdziwiony Artur.
- Jemu teraz o wiele bardziej będą potrzebne - odpowiedział Marian. - Prawnicy to najbardziej pazerna grupa społeczna w naszym kraju - dodał. Artur z osłupienia usiadł. - Bez pomocy tych pieniędzy Widacki może trafić na długie lata tam, gdzie żaden z nas nie chciałby się znaleźć - kontynuował Marian.
- Przez faceta leżysz, jak połamany stół po weselu. I jeszcze się o niego martwisz? Przecież żeby nie łut szczęścia, co ja mówię, jaki łut, żeby nie cały ocean szczęścia, fruwałbyś teraz gdzieś tam w galaktyce - Artur nie mógł się nadziwić temu, co teraz usłyszał.
- To nie jest zły człowiek, przyjacielu. Nie można go winić za zasady. Zresztą uwolnił Leni przed skokiem, a przecież nie wiedział kto skacze. On chciał tylko ukarać chciwego łotra. Chciał tylko wyręczyć Boga, jeżeli ten nie może sobie z takim poradzić - odpowiedział Marian. - Przepraszam panią za moje słowa o pani mężu - zwrócił się teraz do Szańskiej - ale takie jest o nim, moje zdanie. Przepraszam, że wyrażam je przy pani - dodał.
- Nic nie szkodzi, ja wiem, kim jest mój mąż. Dwa dni temu złożyłam pozew o rozwód. Odeszłam od niego. Już dawno powinnam to zrobić, jednak powstrzymywała mnie myśl o Leni. Sama pochodzę z rozbitej rodziny, chciałam oszczędzić tego córce. Wiem, jak to jest dorastać bez ojca. Ale widać, że o mało nie doszło przez to do tragedii. A co do Widackiego, nie będę się wypowiadała na jego temat. Zbyt wiele krzywdy mi zrobił. Choć na swój sposób powinnam go zrozumieć, przecież stracił syna przez mojego męża. Jednak kiedy pomyślę o zamurowanej Leni, nie potrafię mu tego wybaczyć. Skazał niewinne dziecko na niewyobrażalną traumę. Jednak poprę każdą pańską decyzję dotyczącą Widackiego. Wszystko co pan zdecyduje, dla mnie jest, i zawsze pozostanie, święte - powiedziała Szańska z uwielbieniem patrząc na Mariana.
- W takim razie i ja muszę się pod tym podpisać - dodał Artur. - Jesteś dobrym człowiekiem - zwrócił się do Mariana - zazdroszczę ci.
- Czego? - Marian spojrzał na swoje połamane gnaty.
- Wszystkiego, przyjacielu..., wszystkiego.
- Czy już coś wiadomo? - spytał Tomasz wychodzącą z gabinetu pielęgniarkę.
- Jeszcze trwa badanie. Proszę się nie denerwować, na pewno wszystko będzie dobrze - odpowiedziała z miłym uśmiechem.
- Łatwo powiedzieć - mruknął pod nosem.
Tomasz z niecierpliwością czekał na wynik badania usg swojej żony, to siadał, to znów chodził po przyszpitalnej przychodni, nerwowo uderzając dłońmi w uda. Kilka tygodni wcześniej był zaskoczony jak kierowca w czasie wypadku, kiedy to Malwina oznajmiła mu, że jest w ciąży. Miał trzydzieści osiem lat, trzech synów i przy narodzinach żadnego z nich nie przeżywał tego co teraz. Dzisiaj miał poznać płeć dziecka, tak bardzo chciał mieć córkę.
- Co ma być to będzie - mówił sam do siebie - żeby tylko było zdrowe - dodawał.
Jednak w skrytości marzył o tym żeby to była dziewczynka. Tym bardziej, że miał już trzech chłopaków: najstarszego czternastoletniego Bogdana, o dwa lata młodszego Sebastiana i dziewięcioletniego Karola. Gdy niespełna piętnaście lat temu dowiedział się o pierwszym nadchodzącym potomku jego największym pragnieniem był chłopiec. Nie dopuszczał myśli by było inaczej i rzeczywiście marzenia się nieraz spełniają. Ale że los lubi być przewrotny, więc następne dwie ciąże okazały się także męskie.
Wreszcie po kilkunastu minutach otworzyły się drzwi gabinetu lekarskiego, w nich pojawiła się Malwina:
- Dziewczynka - wycedziła, szeroko się do niego uśmiechając.
Tomasz patrząc na nią, był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, a przynajmniej tak mu się wydawało. Po kilkunastu miesiącach wreszcie przyszło na świat jego żeńskie szczęście. W międzyczasie to właśnie on miał wybrać dla niej imię, kalendarz znał niemalże na pamięć, wertował go od przodu do tyłu i z powrotem nie mogąc na żadne się zdecydować. Przy wyborze imion dla chłopców nie było takich problemów, po prostu je wybrali i już, ale w tym wypadku chciał żeby to imię było inne, nie było zwyczajne, codzienne. Wreszcie się zdecydował, nazwał córkę Oliwia. Dziewczynka była oczkiem w głowie wszystkich domowników, zarówno rodziców jak i braci. Zresztą nie ma się co dziwić, najmłodszy z nich był o dziesięć lat starszy od niej. Kiedy ona poszła do podstawówki oni wszyscy już ją pokończyli, a najstarszy był w tym czasie na drugim roku studiów. Jednak pomimo tego, że była bardzo rozpieszczonym dzieckiem, Tomasz i Malwina starali się zadbać o to żeby jej się w głowie nie poprzewracało. To im się z czasem udało. Dzieciństwo Oliwi minęło szczęśliwie i bezstresowo, szkoła, zabawy z innymi dziećmi. Następnie ogólniak - tu, jak każda nastolatka, zaczęła zwracać uwagę na chłopców, na to jak się ubierać, jak umalować, do jakich klubów chodzić, jakiej muzyki słuchać. Jej starsi bracia już dawno wyjechali z miasteczka do Warszawy, gdzie pokończyli studia, pożenili się i podjęli pracę. Oliwia została sama z rodzicami. Teraz właśnie rozpoczęła rok w klasie maturalnej. Jakoś tak się złożyło, że do tej pory z nikim nie chodziła, nie mogła znaleźć tej drugiej połowy, albo podobał jej się chłopak, którego ona w ogóle nie rajcowała, to znowu ona była przedmiotem zainteresowania, jednak wielbiciel jej nie odpowiadał. Oliwia była przeciętnej urody dziewczyną. Taką, co to na pierwszy rzut oka niby wszystko ma w porządku, ale nie wzbudza żądzy namiętności u płci męskiej. Jednak jest tak tylko do czasu, do póki się nie uśmiechnie, wtedy wszystko wokół blednie. Właśnie taką Oliwię zauważył któregoś dnia Łukasz, brat cioteczny jej najlepszej przyjaciółki, Justyny. Długo prosił swoją siostrę żeby ich ze sobą umówiła.
- Nie chciałabyś się z kimś spotkać, samotnico? - spytała Oliwię na szkolnej przerwie koleżanka z klasy.
Ta zrobiła wielkie oczy ze zdziwienia.
- Niby, z kim? - odpowiedziała pytaniem.
- Mój cioteczny brat, Łukasz, prosił mnie żebym cię z nim umówiła.
- Znam go? - trochę ją to zaciekawiło.
- Pewnie z widzenia tak - odpowiedziała bez entuzjazmu Justyna.
- Ciekawy? Tylko nie odpowiadaj jako jego siostra - zastrzegła Oliwia figlarnie przewracając oczami.
- Mnie by nie zainteresował - odpowiedziała szczerze.
- Nie chciałabym mieć ciebie za siostrę - zaśmiała się Oliwia. - Żeby w taki sposób zarekomendować brata - dodała, tym razem trzepocząc rzęsami.
- A może ja już nie gustuję w chłopcach, może teraz podobają mi się dziewczynki - odpowiedziała Justyna głęboko marszcząc czoło.
- Świnia - skwitowała Oliwia. - Jaki on jest? Oprócz tego, że nie jest przystojny.
- Nie powiedziałam, że nie jest przystojny - zastrzegła się Justyna.
- Wcale nie musiałaś tego robić. Znam cię! Pamiętam że już w przedszkolu obcałowywałaś zdęcia przystojnych aktorów. Dla ciebie przeciętniacy nigdy nie istnieli. Tak że nie kręć mi tutaj majonezu, tylko mów czy warto się z nim spotkać? - niecierpliwiła się Oliwia.
- Powiem ci szczerze, że ja go praktycznie nie znam. Mieszka w Warszawie od piętnastego roku życia, tam kończył ogólniak. Teraz studiuje prawo, jest na czwartym roku. Do rodziców przyjeżdża na święta i we wrześniu przed rozpoczęciem roku. Z tego co wiem, to przez wakacje włóczy się po świecie za pieniądze ojca. Wujo jest właścicielem tego zakładu garbarskiego przy wjazdówce do Gdańska. Ale co ci tam zależy? Jak nie poczujesz tej iskry, a chemia nie zakipi ci w moździerzu, po prostu powiesz pa - powiedziała Justyna bez większego zaangażowania.
- Dobra, spotkam się z nim w sobotę. Może pójdziemy do dyskoteki, niech przyjdzie po mnie, powiedzmy, o szóstej. Wie gdzie mieszkam?
- On nie, ale przecież ja wiem - odpowiedziała Justyna wzruszając ramionami.
W tym samym czasie zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec przerwy. Następnego dnia Justyna umówiła parę gołąbków na sobotni wieczór. Tego dnia Oliwia pochwaliła się matce o zaplanowanej randce.
- Chyba żartujesz - ta odpowiedziała krótko. - Nie podoba mi się ten chłopak, nie powinnaś się z nim zadawać - Malwina bardzo nerwowo zareagowała na zamiary Oliwii.
- A skąd ty go znasz? - spytała córka zdziwiona.
- Wielu ludzi znam. Jak by nie było mam jakieś sto dwadzieścia lat, a żyjąc tak długo wiele się słyszy i wie - odpowiedziała tajemniczo matka.
- Jak ty masz sto dwadzieścia, to w takim razie ja mam osiemdziesiąt pięć. Mamo jestem przerażona, w takim wieku nie będę mogła urodzić ci wnuka - zażartowała Oliwia.
- Urodzisz, urodzisz, nawet nie wiesz, do czego medycyna jest dzisiaj zdolna. Niedługo doprowadzą do tego, że dzieci będą hodować w lodówce - odpowiedziała żartem Malwina.
- A tak wracając do sprawy na poważnie, to co masz do niego? - spytała Oliwia.
- A to, że coś tam było między nim a dziewczyną z Płońska a jego ojciec później tuszował sprawę.
- Mamusiu, wy i te wasze plotki! Bez nich to nasze miasteczko by nie istniało.
- W każdej plotce jest zawsze trochę prawdy.
- Dobrze, że powiedziałaś, że to tylko trochę prawdy - argumentowała Oliwia. Może jestem jeszcze młoda, ale wydaje mi się, że na tyle znam ludzi, że mogę ich ocenić. Muszę ich jednak najpierw poznać. I zapewne w ciągu piętnastu minut będę w stanie przekonać się, czy warto się z nim spotykać czy też nie.
- Zrobisz jak uważasz. Ja tylko proszę cię żebyś się za bardzo nie angażowała. A tak w ogóle, mogłabyś się trochę mniej wyzywająco ubierać - powiedziała matka wskazując na jej odkryty brzuch.
- Nie jestem za piękna, ale pępek mam w porządku. Dlaczego miałabym go ukrywać - powiedziała ze ślicznym uśmiechem klepiąc się po brzuchu.
- Pośladki też masz ładne, ale to nie znaczy, że masz chodzić z gołym tyłkiem.
- Czy twoje porównania mogą być odrobinę bardziej kolorowe a nie tylko czarno białe? Czy mam chodzić w sukmanach, otoczona wielbłądami? Chyba nie chcesz żeby twoją ukochaną córkę wytykali palcami? - powiedziała całując matkę w policzek.
- Za moich czasów wiesz jak by nazywali tak ubierającą się dziewczynę? - spytała Malwina.
- Zjawiskową? Oszałamiającą? - odpowiedziała pytaniem, nadal roześmiana Oliwia.
- Chyba na Jowiszu! Widzę, że po raz kolejny pozostaniesz nieprzekonana. Najbardziej pasowałoby przewinąć cię przez kolano i wlepić kilka klapsów - powiedziała uśmiechając się Malwina.
- Mamusiu wyobrażasz sobie ten śmieszny widok, jak osiemnastoletnią krowę klepiesz po tyłku? Zresztą ty nawet tego nie potrafisz robić.
- Nieraz tego żałuję, kilka klapsów w dzieciństwie na pewno by ci nie zaszkodziło, a być może miałabym u ciebie jakiś posłuch.
- Wtedy być może nie kochałabym cię tak bardzo, gdybyś mnie, co i raz obijała. Coś za coś - powiedziała Oliwia ponownie całując matkę w policzek, kończąc tym samym konwersację.
Kiedy nadszedł sobotni wieczór odrychtowana Oliwia czekała na swojego wielbiciela, co i raz spoglądając na zegarek. Domofon zadzwonił punktualnie o osiemnastej.
- Niczego dobrego to chyba nie wróży - powiedziała sama do siebie podnosząc słuchawkę - chyba musiał stać pod drzwiami z zegarkiem w ręku - dodała.
- Halo - spytała do słuchawki.
- Dzień dobry, Łukasz z tej strony, jestem umówiony z Oliwią - odpowiedział nie wiedząc, z kim rozmawia.
- Już schodzę - zakomunikowała, po czym odłożyła słuchawkę, złapała torebkę i zbiegła schodami z drugiego piętra. Po chwili była na zewnątrz.
- Cześć - powiedziała do chłopaka stojącego przed klatką schodową. - O rany! - pomyślała - Facet wygląda jak napompowany indyk na amerykańskie święto dziękczynienia. Dlaczego Justyna nie powiedziała mi o tym? - zastanawiała się.
- Cześć - odpowiedział, przerywając w ten sposób jej rozmyślania.
Rzeczywiście, gość z kwadratową szyją przypominał raczej pakmana z cegłówkami pod pachami, a nie studenta prawa.
- Jestem Oliwia - przedstawiła się wyciągając rękę i przyglądając mu się jeszcze bliżej.
Nie był to chłopak w jej typie. Nie chodziło już tylko o to, że facet był kwadratowy jak postać z komiksu, zresztą skurduplowana postać, ale brakowało mu także tego czegoś - sama nie potrafiła nawet tego określić.
- Ja jestem do bani - pomyślała - ale on chyba do większej.
- Łukasz - powiedział ściskając jej rękę. - To co? Może podjedziemy najpierw do jakiejś kawiarni a później na dyskotekę? - zaproponował.
- Dlaczego nie - odpowiedziała przytakując głową. Przez chwilę miała ochotę już teraz z tej żałosnej randki się wycofać, ale nie byłoby to zbyt dyplomatyczne. Zeszła schodami na chodnik - Jesteś autem? - spytała.
- Tak - dumnie odpowiedział wskazując na sportowego mercedesa zaparkowanego przy krawężniku.
- Fiu, fiu! - powiedziała Oliwia na jego widok. - Tatusia? - spytała.
- Nie, mój - odpowiedział urastając przy tym o głowę.
- To jedźmy, w czymś takim jeszcze nie siedziałam. Musisz mnie pilnować żebym tylko czegoś nie popsuła - zażartowała.
- Nie ma obawy, nie da się go tak łatwo popsuć - odpowiedział poważnie. Widać było, że nie rozpoznał żartu.
Po kilku minutach zajechali przed kawiarnię na rynku. Kiedy znaleźli się już w środku, Łukasz zamówił po piwie i zaczął opowiadać o swoich zagranicznych wojażach. W większości tylko się przechwalając, gdzie on nie był, w jakim to wytwornym towarzystwie się nie bawił, jakich to pięknych miejsc nie odwiedzał. Po kilkunastu minutach Oliwia obawiała się żeby jej nie zanudził na śmierć - prowincjonalny kretyn, wypuszczony na wielki świat, przez lufcik w dachu - myślała patrząc na niego beznamiętnymi oczami.
- Bardzo mi się podobasz - powiedział na koniec swojego monologu, dopijając trzecie piwo.
- Cieszę się - odpowiedziała bez przekonania. - Koń cyrkowy też mi się podoba - pomyślała sobie - ale to wcale nie oznacza, że mam z nim chodzić do kina - ciągnęła dalej swoje myślenie - Słuchaj, strasznie mnie głowa rozbolała - powiedziała na głos - pewnie od żołądka. Chyba będziemy musieli zrezygnować z tej dyskoteki, nie dam rady - powiedziała z błagalnymi oczami.
- Weź jakiś proszek, może ci przejdzie - powiedział zawiedziony.
- Wątpię, już nie raz miałam takie akcje. Muszę po prostu się położyć. Przepraszam, że zawaliłam ci wieczór - powiedziała podnosząc się z krzesła.
- Odwiozę cię - zaoferował się Łukasz.
- Nie, nie ma takiej potrzeby, spacer dobrze mi zrobi - chciała jak najszybciej się rozstać.
- Zabrałem cię z domu to i do niego cię odwiozę - nie dawał za wygraną.
- Zgoda, jeżeli tak nalegasz - uległa za jego namową.
Chwilę później siedzieli w jego aucie. Łukasz odpalił silnik i ruszył przez miasto.
- Chyba coś ci się strony pomyliły - powiedziała Oliwia, kiedy zorientowała się, że jadą w przeciwnym kierunku.
- Dłuższa przejażdżka dobrze ci zrobi - powiedział dziwnie jej się przypatrując/
Nie spodobało jej się to.
- Nie chcę być niegrzeczna, ale chciałabym, żebyś mnie najkrótszą drogą odwiózł do domu - nalegała. Jednak on patrząc przed siebie nic nie odpowiedział.
- Co ty wyprawiasz?! - powiedziała, kiedy mijali rogatki miasta - Gdzie ty mnie wieziesz?!
- Świeże powietrze na pewno ci nie zaszkodzi - zapewniał, nawet na nią nie patrząc.
- Jak będę miała ochotę nałykać się świeżego powietrza to pójdę do parku albo kupię sobie inhalator, a ty w tej chwili zawróć auto albo zatrzymaj się, bo ci tu zwymiotuję - zagroziła.
- Nie dramatyzuj, trochę się zabawimy i odwiozę cię do domu.
- Zabawimy? Ty chyba oszalałeś! Jak chcesz się pobawić kup sobie kotka! - krzyknęła wyprowadzona z równowagi Oliwia.
- Nienawidzę kotów - powiedział nie zwracając uwagi na rozhisteryzowaną dziewczynę.
Zjechał z trasy i piaszczystą drogą skierował się do pobliskiego lasu..
- Co ty wyprawiasz? - spytała nadal podniesionym głosem, coraz bardziej zdenerwowana, ale niczego jeszcze niepodejrzewająca Oliwia.
- Nie udawaj cnotki, trochę sobie pofiglujemy, spodoba ci się - powiedział zjeżdżając na pobocze. Kiedy zatrzymał auto, prawą ręką złapał ją za głowę, w tym samym czasie lewą rozpiął rozporek. Po chwili wyjął z niego penisa, po czym zaczął nim poruszać, doprowadzając do marnego wzwodu. Widać, że pomimo młodego wieku, miał z tym problemy, zapewne od nadmiaru sterydów. Oliwia nie mogła uwierzyć w to co się dzieje. Uderzyła go w twarz, usiłowała odepchnąć się od niego, jednak na nic to się zdało, był dla niej za silny. Mocnym ruchem ręki przybliżył jej głowę do swojego krocza. Ta z nadludzkim wysiłkiem szarpnęła się do tyły wyrywając głowę z jego uścisku. Prawą ręką złapała za klamkę, pociągnęła ją do siebie. Jednak on był szybszy, tym razem złapał ją za włosy i z całej siły przycisnął jej twarz do swojego penisa.
- Weź go do buzi i zrób swoje dziwko - powiedział podniecony.
- Nie, nie - krzyczała umykając od jego przyrodzenia.
Wyprowadzony z równowagi krzykiem Oliwi i szamotaniem się, uderzył jej głową o dźwignię hamulca ręcznego, po czym uderzał tak długo aż zamilkła. Po chwili zasapany puścił jej długie włosy, głowa Oliwi bezwładnie opadła między siedzeniami. Nadal sapiąc popatrzył na swojego penisa, stał jak drąg, był podniecony do granic możliwości, zacisnął zęby, otworzył drzwi, wyszedł na zewnątrz auta, przeszedł na jego drugą stronę, otworzył drzwi, schylił się, chwycił Oliwię za stopy i pociągnął je do siebie, odwrócił ją brzuchem do dołu i zaczął z niej zszarpywać spodnie. Po chwili ujrzał jej białe delikatne ciało, zsunął z niej także majtki. Był tak podniecony, że nawet nie zdjął ich do końca, zatrzymały się na kostkach. Nerwowym ruchem rozsunął jej uda, palcem lewej ręki wymacał pochwę, rozsunął ją prawą ręką, wcisnął w nią swojego sterczącego penisa. Po chwili, obiema rękami trzymając jej krągłe pośladki rozkoszował się stosunkiem. Nie skończył w niej, studiował przecież prawo i wiedział, że pochwa będzie badana na zawartość spermy. Podciągnął spodnie do góry, zapiął rozporek, złapał ją ponownie za kostki i wywlókł z samochodu. Ciągnął bezwładne ciało Oliwi kilka metrów aż w końcu wrzucił ją do pobliskiego rowu, po czym wskoczył do lasu i zaczął łamać gałęzie z krzaków. Po dziesięciu minutach nazbierał ich tyle, że mógł nimi szczelnie przykryć Oliwię. Rozejrzał się, wokół było ciemno i pusto. Wsiadł do auta, zapalił światło, cała dźwignia hamulca i część siedzenia były we krwi. Zgasił światło, zapuścił silnik i po chwili wyjechał z lasu. Po dwudziestu minutach zaparkował auto przed swoim domem, spojrzał w okna, światło paliło się w kuchni i salonie. Wysiadł z auta, otworzył furtkę i wszedł na posesję. Skierował się do garażu na tyłach domu, po cichu wszedł do środka, otworzył szafkę narzędziową, wyjął z niej piłę do metalu i butelkę rozpuszczalnika. Zamykając szafkę dostrzegł, że prawą rękę wraz z mankietem koszuli ma poplamioną krwią, podszedł do umywalki, podwinął rękawy, odkręcił kran i obmył dłonie, wytarł je i wszedł do suszarni. Tam złapał wiszącą na sznurku jedną z koszulek, po czym wrócił do garażu, zabrał piłę wraz z rozpuszczalnikiem i po chwili znów siedział w swoim aucie. Ponownie zapuścił silnik i ruszył w przeciwnym kierunku od tego, z którego przyjechał. Po kilkunastu minutach był poza miastem. Przejechawszy jeszcze dwa kilometry zjechał z głównej trasy do lasu, po czym zatrzymał samochód wysiadł z niego, podszedł do bagażnika wyjął z niego piłę i z powrotem wsiadł do auta. Zaciągnął hamulec ręczny, do niego przystawił brzeszczot i zaczął ciąć. Auto było dobrej klasy, więc nie było łatwo, ale po kilkunastu minutach uporał się z problemem. Kiedy skończył wyszedł z samochodu zabierając ze sobą piłę wraz z odciętą dźwignią i telefonem wyjętym z torebki Oliwii. Zdjął z siebie koszulę, ponownie podszedł do bagażnika, wyjął z niego koszulkę i założył na siebie. Złapał za butelkę z rozpuszczalnikiem, odkręcił korek i zaczął nią obficie polewać wnętrze samochodu. Kiedy skończył wyjął z kieszeni zapalniczkę i podpalił auto. Chwilę później płomienie buchały wszystkimi możliwymi szczelinami. Przez moment patrzył na swoje dzieło i po chwili zaczął się od niego oddalać. Po przebyciu kilometra wszedł na most, zatrzymał się, zrobił duży zamach ręką, usłyszał plusk wpadających do rzeczki piły, lewarka i telefonu Oliwii. Ponownie się rozejrzał. Wokoło było ciemno i pusto. Spojrzał na zegarek - było już po jedenastej. Szybkim krokiem ruszył w stronę miasteczka. Po godzinie był już przed dyskoteką, wszedł do środka i zaczął pląsać po parkiecie. Starał się być widocznym wszędzie i dla wszystkich. Zagadywał kogo tylko mógł. Wiedział, że większość uczestników dyskoteki będzie przesłuchiwana. Wiedział także, że nikt z nich nie będzie w stanie określić godziny, o której go widział - kto by tam patrzył na zegarek, tym bardziej, że impreza jeszcze się rozkręcała. Nie pił alkoholu, ale cały czas trzymał w ręku napełnioną do połowy szklankę. Około trzeciej imprezowicze zaczęli powoli opuszczać lokal, Łukasz zrobił to wraz z nimi. Kiedy wyszedł na parking, rozejrzał się, było na nim nawet sporo ludzi.
- O kurwa, zajebali mi auto! - krzyknął donośnie - Ja pierdolę podkurwili mi merola! - dodał i zaczął klepać się po kieszeniach - Czy ma ktoś telefon? Bo mój został w samochodzie - spytał grupkę młodych ludzi, która obok niego przechodziła.
- Tak oczywiście, trzymaj - powiedział jeden z chłopaków podając mu komórkę.
Łukasz złapał telefon, wybrał 997 po chwili połączył się z policją. Dyżurny przyjął zgłoszenie i jego dane personalne, po czym Łukasz oddał telefon, podziękował i na piechotę ruszył w kierunku domu. Kiedy tam dotarł położył się do łóżka i jakby nic się nie stało, usnął jak niemowlę.
Nazajutrz Tomasz, zaniepokojony nieobecnością Oliwii, zawiadomił policję o zaginięciu córki. Dyżurny oczywiście to zbagatelizował, mówiąc, że dziewczyna na pewno gdzieś zabalowała, przecież był weekend. Jednak dla Tomasza nie było to normalne, żeby jego córka nie wróciła na noc do domu, nie powiadamiając o tym rodziców i w dodatku wyłączyła telefon.
Targany najgorszymi myślami naciskał dzwonek przy furtce Łukasza, po chwili wyszła jego matka.
- Dzień dobry, czy zastałem Łukasza? - spytał.
- Tak - odpowiedziała, dziwnie na niego patrząc. Zastanawiała się, czego może ktoś chcieć od jej syna o tak wczesnej porze. - Ale on jeszcze śpi, z dyskoteki wrócił nad ranem - dodał, cały czas mu się przyglądając.
- Cz mógłbym z nim jednak porozmawiać? Chodzi o moją córkę, nie wróciła na noc do domu a wczoraj była umówiona z pani synem.
- Dobrze, zajrzę do niego - odpowiedziała chowając się z powrotem za drzwiami.
Po chwili wyszła wraz z Łukaszem.
- Widziałeś się wczoraj z moją córką? - spytał Tomasz przyglądając się zaspanemu Łukaszowi.
- Tak - odpowiedział. - Ale już o dziewiątej chciała wyjść z dyskoteki. Ja byłem po piwie, był dopiero początek imprezy, rozumie pan, więc wyszła sama - dodał drapiąc się po głowie. Dla Tomasza była to najgorsza chwila w życiu. Przeczuwał, że coś się stało, jednak nie dopuszczał nawet myśli, że mogło stać się coś najgorszego. Następne godziny upływały mu niczym tygodnie. Był w szpitalu, jeździł po wszystkich znajomych Oliwii, jednak nikt nic nie wiedział. Wieczorem wraz z Malwiną byli załamani. Noc spędził na chodzeniu po mieszkaniu w tą i z powrotem. Kiedy za dnia znów zjawił się na policji, dyżurny oficer tylko rozłożył ręce.
- Na pewno się znajdzie
Jednak Tomasz nie miał już takiej pewności. Znał swoją córkę. Wiedział, że to jest do niej nie podobne. Nigdy nie urywała się na żadne giganty, nigdy nie było z nią problemu. Bał się, bał się tego najgorszego. Cały czas poruszał nerwowo palcami u dłoni tak samo jak niespełna dwadzieścia lat temu w przyszpitalnej przychodni, kiedy to czekał na wynik usg. Wieczorem zadzwonił telefon, Tomasz nieomalże podbiegł do przedpokoju
- Tak słucham - powiedział po podniesieniu słuchawki.
- Pan Tomasz? - zabrzmiał głos po drugiej stronie kabla.
- Tak - odpowiedział patrząc na zapłakaną Malwinę, która pojawiła się przy nim.
- Dzwonię z policji. Proszę się tylko nie denerwować, to nie musi oznaczać najgorszego. Godzinę temu znaleźliśmy martwą dziewczynę. Ale to wcale nie musi być pańska córka. Jednak proszę do nas przyjechać, musi pan zidentyfikować zwłoki - grzmiał głos w słuchawce.
W jednej chwili cały świat się zawalił. Malwina patrzyła na męża i już wiedziała po jego przepełnionych smutkiem oczach i bladej twarzy, że stało się najgorsze, nie musiał już nic mówić.
- Boże! Nie! - krzyknęła zagryzając palce u dłoni i zanosząc się głuchym szlochem.
Tomasz chwycił ją w ramiona.
- To nie musi być ona! - sam nie wierzył w to, co mówi. - Musimy jechać i to sprawdzić. To nie może być Oliwia! - powtórzył nerwowo gładząc żonę po plecach - Chodźmy.
Wyszli z domu, po kilku minutach byli przed szpitalem. Zapytali o kostnicę. Chwilę później byli przed jej drzwiami, czekał już tam na nich policjant.
- Lepiej żeby tylko pan wszedł. Widok nie jest zbyt ciekawy i jeżeli nie jest to państwa córka, to nie narażałbym niepotrzebnie żony na oglądanie zwłok - powiedział policjant, zwracając się do Tomasza. - Tym bardziej, że ta dziewczyna nie żyje od dwudziestu czterech godzin a przecież wasza córka zniknęła dwie doby temu.
Malwina pokiwała tylko głową. Iskierka nadziei zatliła się w jej umyśle. Do środka wszedł Tomasz wraz z policjantem, Malwina została na zewnątrz. Dla niej czas zatrzymał się w miejscu. Jej serce łomotało jak oszalałe, nie mogła skupić myśli, cała drżała, w ciągu kilku sekund w ustach zrobiło się sucho, wargi spierzchły na piasek.
- Nie, nie, nie! Boże! Nie! - po chwili, która wydawała się być wiecznością usłyszała krzyk Tomasza zza drzwi.
Zrobiło jej się gorąco, w ciągu kilku sekund świat przestał istnieć. Oparła się o ścianę i osunęła na podłogę. Otworzyły się drzwi, z prosektorium wyszedł zapłakany Tomasz - nigdy nie zapomni okropnego widoku pogruchotanej twarzy swojej ukochanej córeczki.
Kilka dni później odbył się pogrzeb. Było na nim chyba całe miasteczko. W powietrzu czuć było szczery żal i ból po tej tragedii. Po tygodniu, pomimo starań prawników, Łukasz został aresztowany na trzy miesiące pod zarzutem gwałtu i zabójstwa. Jednak z biegiem czasu sprawa zaczęła się wymykać z rąk prokuratora.
- Powiem panu szczerze - zwrócił się na którymś spotkaniu do Tomasza - ja nie odpuszczę. Ale dowody są coraz słabsze. Na sto procent jestem pewny, że Kaliciak to zrobił. Dwa lata temu był już oskarżony o gwałt, ale że tamta dziewczyna nie broniła się tak zaciekle jak pańska córka, to ją tylko poturbował. Słuchy chodziły, że stary Kaliciak wywalił kupę kasy jej rodzicom za milczenie, bo po tygodniu wycofali oskarżenie.
- Ale co pan mi mówi o słabych dowodach? - zbulwersował się Tomasz - Przecież ona była z nim tamtego wieczoru - ciągnął dalej z niedowierzaniem kręcąc głową i rozkładając bezradnie ręce. - Przecież to on spalił samochód żeby pozbyć się dowodu swojej zbrodni! A ślady opon? Wcześniej mówił pan, że się zgadzają? - powiedział Tomasz wzruszając ramionami.
- Tak, marka opon się zgadza, ale jego zostały spalone i nie można udowodnić, że akurat to auto było tam zaparkowane, a na tego typu oponach jeździ sporo samochodów. Może nie aż tak dużo, bo są to drogie opony, ale jednak sporo. Teoria o sfingowanej kradzieży też może upaść. To, że nie były poprzerywane przewody w stacyjce nic nie znaczy. Naszym zdaniem auto pojechało tam, odpalone z kluczyka, ale jego adwokat, a przecież ma dobrego adwokata, zaraz to podważy, mówiąc, że zostało ono tam z holowane, przecież miało zerwaną blokadę w kierownicy. Proszę pamiętać, że Kaliciak kończy studia prawnicze - dodał prokurator.
- A dźwignia hamulca, po co złodziej miałby obcinać dźwignię? - spytał zdziwiony Tomasz.
- Zakręcony kolekcjoner hamulców - tak odpowie panu jego awokad. Nawet pan nie zdaje sobie sprawy, co ludzie kolekcjonują - zapewne tak to uzasadni - powiedział prokurator robiąc przy tym grymas na twarzy i rozkładając ręce.
- Przecież wiadomo, że uciął go dlatego, bo porozbijał o niego twarz mojej córki i bał się, czy nie zostały na nim jakieś odłamki kości, które nie ulegną spaleniu!
- Tak, ja to wiem i pan to wie, ale to jeszcze trzeba udowodnić. W każdym bądź razie nie obiecuję panu zielonej trawy na Marsie, ponieważ proces będzie poszlakowy - powiedział na koniec spotkania prokurator.
Po kilku miesiącach proces dobiegał końca i rzeczywiście okazał sie jedną wielką klapą. Adwokat obalał dowody prokuratury jeden za drugim, w gazetach pisano o jego wielkim show i potwornej porażce wymiaru sprawiedliwości. W dniu odczytania wyroku prokurator czuł się jak zbity pies uciekający w las.
- Niewinny gwałtu, niewinny pobicia, niewinny zabójstwa - takie słowa padły z ust sędziego na koniec rozprawy.
Tomasz patrzył na roześmianą twarz Łukasza, patrzył na jego szczęśliwego ojca, który wybronił syna przed więzieniem.
- Sprawiedliwość istnieje - grzmiał ściskając swojego potomka.
W pewnej chwili ich oczy się spotkały, Łukasz uwolnił się z objęć rozentuzjazmowanego ojca i ruszył w stronę Tomasza.
- Co? Nie udało ci się wpierdolić mnie za kraty? - szyderczo spytał, kiedy już przed nim stanął.
- Wiem, że kiedyś za to odpowiesz - Tomasz na nic lepszego nie mógł się zdobyć.
- Co ty nie powiesz?! - powiedział odchodząc - Miała piękne białe ciało... - dodał łapiąc się za narządy i poruszając językiem jak wąż, Tomasz stał jak sparaliżowany.
- Ty bezduszny bydlaku - wycedził, kiedy tamten już się oddalił.
- Po co z nim w ogóle rozmawiasz? - spytała podchodząca Malwina.
- To nie była rozmowa, a wyznanie winy w najgorszy z możliwych sposobów. Ale kiedyś i jego sprawiedliwość dopadnie - powiedział Tomasz odprowadzając go wzrokiem. - A ty, jak się czujesz? - spytał odwracając głowę do żony.
- Przegraliśmy, jak mogę się czuć? - powiedziała z pustką w oczach.
Była to całkiem inna kobieta niż ta sprzed kilku miesięcy. Nawet Tomasz to zauważył, pomimo tego, że codziennie ją widywał, blada twarz, przytępiony wzrok, żółte worki pod oczami - świadczyły o nieprzespanych nocach, trosce, bólu i tęsknocie za utraconą córką. Nie ma nic gorszego dla rodziców od konieczności pożegnani swojego dziecka. Zostaje tylko pustka. Nigdy już córki nie przytuli, ani z nią nie porozmawia. Nigdy nie skarci jej wzrokiem za zbyt wyzywające ubieranie się, nie pogłaszcze po głowie, nie pocałuje, nie pokłóci się o chłopaków, którzy jej nie odpowiadali. To był koniec - jeden wieczór przekreślił całe ich życie. Pozostały tylko zdjęcia, ale one nie wypełnią tej ogromnej pustki, która po niej pozostała. Malwina bardzo ciężko przeżyła śmierć córki, nie mogła sobie z tym ciężarem poradzić. Tydzień po zabójstwie Oliwii dostała skierowanie do psychologa, jednak cotygodniowe sesje nie bardzo jej pomagały. Synom zabroniła przyjeżdżać do domu, na nic zdały się ich protesty, nie chciała żeby któremuś z nich przyszła do głowy zemsta. Przypadkowych spotkań z sąsiadami także unikała. Jedyne, na co mogła się zdobyć to rzeka wylewanych łez. Płakała jednak nie tylko dlatego, że już nigdy nie zobaczy córki. Wiedziała, że z tym być może się kiedyś pogodzi. Ale świadomość, że jej ukochane dziecko, konało zmasakrowane przez dobę w przydrożnym rowie przyrzucone gałęziami, rozrywała jej serce. Tego nie zapomni nigdy! Po przegranym procesie była zupełnie rozbita, dom stał się pusty, jakby całkiem wyparowało z niego życie. Meble były tylko meblami, nie cieszyły oka, równie dobrze mogłoby ich nie być. Jej życie przybrało tylko jeden kolor - szary. Tego grudniowego dnia, kiedy Tomasz wracał z pracy do domu już po wejściu na klatkę poczuł dziwny zapach, który to wzbierał na sile wraz z pokonywanymi schodami. Gdy znalazł się przed drzwiami swojego mieszkania, zaniepokojenie przerodziło się w przerażenie. Nerwowo wsadził klucz do zamka, szybko go przekręcił i otworzył drzwi. Okropny smród ulatniającego się gazu, buchnął mu w twarz. Podbiegł do najbliższego okna w dużym pokoju, jego skrzydło niemalże wyszarpnął otwierając okno na oścież. Po chwili wbiegł do kuchni, tam zastygł w przerażeniu - Malwina siedziała na krześle z głową utkwioną w piekarniku.
- Na miłość Boga! Coś ty zrobiła! - krzyknął zakręcając kurki i otwierając okno. - Co ty zrobiłaś! - mówił klęcząc na kolanach, wyciągając jej głowę z piekarnika.
Wziął ją na ręce i, uginając się pod jej ciężarem, przeszedł do dużego pokoju. Jednym szarpnięciem zdarł ze stołu obrus, rozbijając przy tym wazon z kwiatami. Położył ją na nim, chwycił oburącz za blat i przeciągnął pod okno, cały czas obserwując jej twarz. Ta jednak nie dawała znaku życia. Próbował ją reanimować, jednak bezskutecznie. Podbiegł do telefonu, złapał słuchawkę i wybiegł z nią na klatkę schodową, obawiając się ewentualnej iskry przy uruchomieniu. Karetka pogotowia przybyła po dziesięciu minutach. Sanitariusze zastali go z jej głową wtuloną w jego ramiona. - Co ty zrobiłaś? - powtarzał w kółko, płacząc i parskając wydzieliną z nosa. Lekarz jednym ruchem wydarł omdlałą Malwinę z jego objęć. Próbował ją reanimować, jednak było już za późno. Nie potrafił jej pomóc. Po dwóch kwadransach zawiadomił policję i karawaniarzy. Tomasz był zdruzgotany. Po ich wyjściu z mieszkania siedział kilka godzin w fotelu z myślami po tamtej stronie życia. Kiedy już bardzo zmarzł podniósł się i zaczął zamykać okna. Wychodząc już z kuchni zauważył na stole kartkę złożoną na pół, podniósł ją i otworzył: "Ja tak dłużej nie mogę, nie potrafię już żyć, przepraszam" - przeczytał list. Nawet go nie podpisała.
Po tej tragedii Tomasz całkowicie się odizolował. Z nikim już nie utrzymywał kontaktów. Żeby nie zwariować kupił sobie psa. Pomyślał, że tylko takie stworzenie będzie mógł teraz przy sobie tolerować. W pracy wykonywał to, co do niego należało, w nic się nie angażując. Z czasem przykleiło się do niego przezwisko Robokop. Z sąsiadami, poza grzecznościowym ukłonem, także nic go nie łączyło. Za to żywo zaczął się interesować medycyną. Na jej punkcie dostał bzika. Z internetu ściągał wszystko, co dotyczyło okulistyki, laryngologii, chirurgii twardej i miękkiej. Wiedzę chłonął jak duszący się człowiek powietrze. Po trzech miesiącach całe mieszkanie było zarzucone fachową literaturą medyczną. Zapewne będąc teraz świadkiem wypadku, nawet groźnego, nie miałby problemu z udzieleniem pierwszej pomocy i to na wysokim poziomie. Przed Świętami Wielkiej Nocy przeglądał prasę z nieruchomościami. Zaznaczył sobie kilka ogłoszeń z mieszkaniami do wynajęcia, interesowały go lokale na parterze. Wykonał kilka telefonów, aż wreszcie trafił na coś interesującego.
- Halo - usłyszał głos po drugiej stronie kabla.
- Dzień dobry, ja dzwonię z ogłoszenia w sprawie wynajęcia mieszkania.
- Mieszkania - to jest za dużo powiedziane. W anonsie jest napisane lokal - odpowiedział głos w telefonie.
- Tak, tak, ja rozumiem. Czy mógłby mi pan coś o nim więcej powiedzieć? - spytał.
- Oczywiście. Jest to, proszę pana, lokal dwudziesto cztero metrowy. Do tej pory mieścił się tam zakład szewski, ale panu szewcowi się zmarło dlatego chcę go wynająć. Z góry uprzedzam, że ten lokal nadaje się głównie na usługi, ponieważ jest to suterena w bocznej uliczce i raczej na obiekt handlowy to się nie nadaje. Uprzedzam pana o tym wcześniej, dlatego że gdyby się pan zdecydował go obejrzeć, to żebyśmy nie tracili czasu na darmo - zaznaczył głos.
- Właśnie taki lokal mnie interesuje.
- A jakimi usługami pan się zajmuje? - spytał.
Tomasz chwilę się zastanowił.
- Pogrzebowymi - odpowiedział.
- Na zakład pogrzebowy to jest trochę za małe pomieszczenie - usłyszał w słuchawce.
- Nie, źle mnie pan zrozumiał, nie chodzi o zakład pogrzebowy a o filię. Rozumie pan, zwykłe biuro, przystrojone, w klimacie z folderami akcesoriów tej branży..., żeby kupić piwo, nie trzeba jechać do browaru, wystarczy zajść do sklepu na rogu - logicznie mu odpowiedział.
- No tak, rzeczywiście, nie pomyślałem o tym w ten sposób. W takim razie, jeżeli jest pan zainteresowany możemy się umówić na obejrzenie lokalu, kiedy chciałby pan to zrobić?
- Mógłbym nawet dziś, jeżeli miałby pan czas.
- Oczywiście, przecież w moim interesie jest jak najszybciej lokal wynająć - w chwilę później, panowie umówili się na miejscu za godzinę,
Tomasz na mapie odszukał ulicę, wsiadł do samochodu i pojechał na spotkanie. Pod wskazanym adresem znalazł się pół godziny wcześniej. Dokładnie obejrzał budynek: rzeczywiście uliczka była na uboczu, na niej cztery domy, w tym dwa zapewne do rozbiórki ponieważ drzwi i okna były w nich zamurowane. Na ulicy praktycznie nie było ruchu, a przecież było jeszcze jasno. Suterena, która była do wynajęcia, znajdowała się poniżej poziomu ulicy.
- W porządku, może być - powiedział Tomasz sam do siebie.
Po kilkunastu minutach przyjechał właściciel. Weszli do środka. Tomasz obejrzał dokładnie lokal, który składał się z pokoju, łazienki i małej kuchni.
- Bardzo mi odpowiada - powiedział Tomasz.
- Cieszę się. Czy meble mogą zostać, czy mam je stąd zabrać? - spytał właściciel wskazując ręką na podstarzałe graty
- Tak, gdyby Pan był łaskaw je zabrać. Rozumie Pan, będę musiał przeprowadzić tu remont a one by mi tylko przeszkadzały.
- Oczywiście, jutro je usunę.
Po chwili panowie dogadali się, co do ceny i terminów płatności. Właściciel przekazał Tomaszowi klucze i się rozjechali. Następnego dnia Tomasz przeglądał książkę telefoniczną w poszukiwaniu zakładu pogrzebowego. Odhaczył kilka, wybrał numer jednego z nich i zadzwonił.
- Zakład Pogrzebowy "Pogodne Niebo", przy telefonie Marta, w czym mogę pomóc? - usłyszał w słuchawce.
- Dzień dobry, chciałbym kupić trumnę - powiedział Tomasz.
- Proszę pana my trumien nie sprzedajemy, my wykonujemy usługi chowając w nich zmarłych - zastrzegła pani.
- Tak rozumiem..., ale nie dużo mi czasu zostało i chciałbym zapoznać się z moim nowym mieszkaniem.
- Dość dziwne zlecenie..., czy nie dzwoni pan czasami z jakiegoś radia tak dla zabawy? -spytała pani po drugiej stronie kabla
- Proszę pani, jestem ostatnią osobą w tej chwili na świecie, która miałaby chęć na rozrywkę. Oczywiście mogę z państwem podpisać umowę, że jak już będzie po wszystkim, państwo się mną zaopiekujecie. Zresztą ja nikogo nie mam - nastąpiła chwila ciszy, pani zapewne nie bardzo wiedziała jak się zachować.
- Czy ja mogę do pana za chwilę oddzwonić? Muszę skontaktować się z szefową, rozumie pan, tak nietypowe zlecenie, ja sama nie mogę decydować.
- Oczywiście, czy podać pani mój numer.
- Nie, nie ma potrzeby, wyświetla mi się na ekranie - powiedziała odkładając słuchawkę.
Po kilkunastu minutach oddzwoniła.
- Tak proszę pana. Możemy sprzedać panu trumnę, podpisując, tak jak pan wcześniej wspomniał, umowę.
- Czy dostarczycie mi państwo ją do domu?
- Tak oczywiście, tylko musi pan przyjechać i ją sobie wybrać.
- Trumna to trumna, podeśle mi pani pierwszą lepszą.
- Proszę pana, trumna jest jak auto, którym wybiera się pan w ostatnią drogę życia, a my mamy ogromną gamę tych aut. Różnią się okuciami, obiciami, może być sosnowa, dębowa, z buczyny czy jesionu. Może być wysłana najzwyklejszą bawełną jak i jedwabiem. Są też w różnej kolorystyce. Nie wyobrażam sobie, jak ja mogłabym wybrać panu trumnę - odpowiedziała z naciskiem.
- Więc tak, znajdzie mi pani najtańszą, z podstawowym wyposażeniem, bez klimatyzacji a jedyną moją fanaberią niech będzie to, że musi być czarna, najczarniejsza z czarnych. Czy tego może się pani podjąć? - spytał, po czym nastąpiła chwila ciszy.
- Tak - odpowiedziała nadąsana. Widać było, że bardzo przywiązuje uwagę do swojej pracy.
- Podam pani adres, proszę zanotować - tutaj podał nazwę ulicy.
- Jaka będzie forma płatności? - spytała.
- Gotówka. Proszę wystawić KP i dać kierowcy, a ja jemu zapłacę. Czy jest możliwe, że dojedzie ona dzisiaj?
- Tak.
- W takim razie dziękuję. Proszę jeszcze nie zapomnieć o umowie na moje gnaty, kiedy już będzie po wszystkim.
- Nie zapomnę, ją także przekaże kierowcy do podpisania.
- Dobrze. No to dziękuję i do widzenia.
- Miłego dnia i do usłyszenia - odpowiedziała i odłożyła słuchawkę.
Po kilku godzinach karawan pogrzebowy zaparkował przed sutereną wynajętą przez Tomasza. Dwóch rosłych panów wniosło czarną trumnę do środka.
- Gdzie ją postawić? - spytał jeden z nich, bacznie przyglądając się dziwnemu klientowi.
- Tu, pod ścianą - Tomasz wskazał ręką.
Panowie wykonali polecenie nadal mu się przyglądając. Nie wyglądał na chorego. Zastanawiali się, na co ma zamiar fiknąć. Jeden z nich już miał zagadnąć go na ten temat, ale ugryzł się w język, no bo niby, o co miałbym spytać faceta, - pomyślał - który zamówił sobie trumnę za życia, czy będzie w niej spał? A może to jest jakiś nawiedzony wariat. Ustawili trumnę we wskazanym miejscu. Tomasz im zapłacił, podpisał papiery i pożegnał się. Kiedy został już sam, usiadł na krześle, popatrzył psu w oczy - no to zaczynamy Moris - powiedział, kiedy ten zaczął lizać mu rękę. Przez chwilę jeszcze popatrzył na trumnę. Wiedział, że po decyzji, którą podjął, odwrotu już nie było?
- Niech to się wreszcie skończy - powiedział na głos sam do siebie.
Wstał z krzesła, pogasił światła i wyszedł. Moris merdając ogonem za nim. Do Świąt Wielkiej Nocy zostały dwa dni. To miały być już drugie święta spędzone w samotności. Nigdy wcześniej nie przepuszczał, że doczeka chwili, kiedy będą to najbardziej znienawidzone dni w roku. Wprawdzie był zaproszony na obiad w pierwszy dzień świąt przez Dorotę, siostrę Malwiny, która go bardzo długo namawiała. Miałby się tam odprężyć, zrelaksować, choć na chwilę o wszystkim zapomnieć. Jednak odmówił, nie chciał siedzieć przy stole, rozmawiać o niczym, udawać, że wszystko jest w porządku, że nic się nie stało. Chciał być sam i wspominać. Wspominać swoje dwie najpiękniejsze istoty po tamtej stronie życia. To przygnębianie w pewien sposób przynosiło mu ulgę. Nie chciał już się śmiać, cieszyć, odczuwać radości. Te najpiękniejsze uczucia, które człowiek przeżywa przez całe swoje życie, zakopał głęboko w sobie. Jemu już pozostało tylko umęczanie się, tylko to przynosiło mu ulgę.
Tomasz, w pierwszym dniu świąt, kilkanaście godzin spędził w swoim aucie, co i raz przejeżdżając obok domu Łukasza, w nadziej, że wreszcie, gdzieś tam w pobliżu go zobaczy. Domyślał się, że nowe sportowe auto zaparkowane przed domem jego rodziców, należy do niego. Musiał się jednak upewnić. Wreszcie podczas kolejnego przejazdu zauważył go w ogrodzie. Teraz pozostało mu tylko czekać. Zaparkował swoje auto w bezpiecznej odległości, na parkingu przed kinem i przez następne godziny obserwował dom jego rodziców. Kiedy po północy pogasły światła, zapuścił silnik i odjechał. Następnego dnia znów pojawił się na parkingu przed kinem. Nie musiał już jeździć wokół jego domu. Wystarczyło, że będzie miał na oku jego auto. Wiedział, że prędzej, czy później, będzie musiał nim wrócić do Warszawy. Tego dnia mu się poszczęściło. Odczuł ulgę i podniecenie, kiedy ujrzał Łukasza ciągnącego za sobą walizkę. Patrzył na niego i zastanawiał się, czy temu chłopakowi chodź przez moment przyjdzie do głowy, co nad nim wisi. Jednak w jego zachowaniu widział tylko beztroskość, kiedy to machał ręką swojej uśmiechniętej matce żegnającej go przy bramie. Po chwili Łukasz zapakował się do swojego Mercedesa i ruszył w stronę wjazdówki do Warszawy.
- To w drogę, Moris - powiedział Tomasz do psa, zapuszczając silnik. - Zapnij pasy, mój szczekający przyjacielu - dodał wyjeżdżając z bocznej uliczki.
Po chwili już mknął za samochodem Łukasza. W czasie jazdy obawiał się, że może mieć problemy z nadążeniem za jego sportowym autem - bądź, co bądź, wehikuł Tomasza miał już swoje lata. Ale na szczęście okazało się, że Łukasz jest nieporadnym kierowcą - miejscami nawet się za nim wlókł.
- Po co ci taki samochód, zboczeńcu? Jeździsz jak popapraniec - powiedział sam do siebie. - Kupiłby ci tatuś malucha, a nie tyle kasy wydał na przedłużenie twojego fiuta - dodał podgłaszając muzykę w radiu.
Do Warszawy doczłapali się po dwóch i pół godzinie. Tomasz spojrzał na zegarek, pokręcił głową - sam nie był rajdowcem, ale tą trasę przebywał w dwie godziny swoją starą padliną. Do miasta wjechali Wisłostradą. Tomasz znał Warszawę, służył tu w wojsku przez dwa lata i kolejne pięć w niej pracował po zakończeniu służby. Nie obawiał się, że zabłądzi. Starał się trzymać blisko Łukasza. Wiedział, że ten go nie zauważy, bo niby skąd miałby się domyślać, że ktoś go śledzi. Po kolejnych piętnastu minutach oba auta zaparkowały pod trzypiętrowym budynkiem przy Czerniakowskiej. Łukasz ustawił swój samochód w ustronnym miejscu, zapewne nie chcąc sąsiedztwa innych aut, być może ze względu na obijanie się drzwiami, a może po prostu miał problem z parkowaniem. Wysiadł, wyjął z bagażnika walizkę i pociągnął ją za sobą do pobliskiego bloku. Wszedł do klatki i w niej zniknął. Tomasz zaparkował swoje auto nieopodal. Spojrzał na zegarek obserwując okna. Była dziewiętnasta trzydzieści. Miał nadzieję, że po chwili ujrzy zapalające się światło w którymś z ciemnych okien, ale przecież równie dobrze mógł mieszkać z drugiej strony budynku. Jednak gdyby tak było, to zapewne Łukasz nie parkowałby auta w tym miejscu. Po chwili jego kalkulacje okazały się słuszne - na drugim piętrze rozjaśniały trzy okna. Tomasz rozejrzał się po parkingu - był w miarę pusty. Jak by nie było, był to okres świąteczny. Odpalił zapłon i na zgaszonych światłach podjechał z lewej strony auta Łukasza. Zaparkował obok i zgasił silnik. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i ze wzrokiem utkwionym w okna Łukasza czekał w nadziei, że jeszcze dzisiaj wyjdzie on z domu. No bo co taki mały zboczeniec miałby robić samotnie w mieszkaniu o tej godzinie? Walenie konia nie zajmie mu przecież dłużej jak kilkanaście minut - pomyślał sobie. Po godzinie okazało się, że znów miał rację. O dwudziestej trzydzieści zgasły światła w oknach. Tomasz wyszedł z auta. Przykucnął przy prawym, przednim kole, udając, że coś przy nim robi, kątem oka obserwując klatkę schodową. Młody zabójca pojawił się po kilku minutach w drzwiach wejściowych, po czym szybkim krokiem skierował się do swojego auta. Po przebyciu kilkunastu metrów zauważył mężczyznę grzebiącego coś przy samochodzie zaparkowanym obok jego mercedesa.
- Co rumpel się zesrał? - powiedział z ironią zbliżając się do Tomasza, nie zdając sobie sprawy, do kogo mówi.
- Tak - odpowiedział Tadeusz wstając, patrząc mu prosto w oczy.
- To ty?! - powiedział zdębiały Łukasz podchodząc do drzwi swego auta.
W pośpiechu nacisnął pilota, złapał za klamkę, ale było za późno. W ułamku sekundy ręka Tomasza uzbrojona w paralizator wylądowała na piersi Łukasza. Nastąpiły wstrząsy, chwilę później jego omdlałe ciało osunęło się na ziemię. Tomasz jeszcze przez chwilę przytrzymał paralizator przy jego piersi, po czym uwolnił spust. Wstał, rozejrzał sie dokoła. W pobliżu nie było nikogo. Ponownie się schylił, chwycił Łukasza za nogi i przeciągnął między samochodami w kierunku swojego bagażnika. Otworzył go, następnie chwycił omdlałego Łukasza pod ramiona, uniósł do góry jego bezwładny tułów, oparł o zderzak. Złapał go pod kolana, szarpnął i wrzucił do bagażnika. Ponownie wychylił głowę znad auta, nadal w pobliżu nie było nikogo. Rozejrzał się po oknach pobliskiego bloku, jednak nic szczególnego nie zauważył. Z bocznej kieszeni bagażnika wyjął kilka kawałków sznurka, przewiązał więźniowi ręce i nogi. Kolejnym sznurkiem połączył obie pętle na jego kończynach, w ten sposób jeszcze bardziej go unieruchamiając, niczym prosiaka na rożno. Zakleił mu plastrem usta. Jeszcze tylko pozostało obłożyć go kołdrami, wcześniej wrzuconymi do bagażnika, żeby nie było słychać, kiedy się ocknie i w jakiś akrobatyczny sposób zachciałoby mu się wierzgać nogami. Kiedy zakończył wszystkie czynności, ponownie rozejrzał się dookoła, zatrzasnął klapę bagażnika, szybkim krokiem przemieścił się wzdłuż auta, otworzył drzwi od strony kierowcy i wsiadł do środka. Odpalił auto i ruszył w stronę Wisłostrady. Po dwudziestu minutach był już na rogatkach Warszawy. Ciągle nasłuchiwał jakichś odgłosów z bagażnika, jednak nic nie mógł wyłapać.
- Zdechł, czy co, do cholery?! - powiedział sam do siebie.
Nie zatrzymywał się jednak, by to sprawdzić. Po dwóch godzinach zajechał na miejsce. Potoczył się blisko wejścia do sutereny. Wychylił głowę przez boczną szybę, było ciemno, lampa nie została naprawiana. Wysiadł, spojrzał na zegarek - jedenasta. Rozejrzał się nasłuchując, panowała idealna cisza. Podszedł do sutereny, uchylił do niej drzwi, po czym wrócił do bagażnika i otworzył klapę. W środku też było ciemno, umyślnie wykręcił w nim wcześniej żarówkę. Wyjął z kieszeni nóż, wsadził uzbrojoną w niego rękę do środka, pomacał po niezbyt widocznym, jednak ruszającym się ciele. Wyczuł sznurek łączący dwa pęta. Podłożył pod niego nóż i przeciął. Następnie schował nóż do kieszeni, chwycił Łukasza pod plecy i kolana uniósł do góry. Nie było to takie proste. O wiele łatwiej jest podnieść zbity siedemdziesięcio kilowy worek z cementem, niż wierzgającego człowieka. Jednak udało mu się wyprostować z Łukaszem na rękach. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła, gwizdnął na Morisa i ruszył ze swoim pakunkiem w kierunku wcześniej otwartych drzwi sutereny. Kilkanaście sekund później był już w środku. Ułożył Łukasza na podłodze a sam wrócił pozamykać auto, Kiedy kilka chwil później był już z powrotem, poopuszczał rolety przy oknach i zapalił światło. Spojrzał na Łukasza. Ten nie spuszczał z niego przerażonego wzroku. Tomasz podszedł do fotela stojącego na środku pokoju i usiadł w nim.
- Boisz się? - spytał rozdygotanego Łukasza, patrzącego w tej chwili na trumnę stojącą pod oknem - To dobrze, powinieneś się bać. Jednak nie o to, że cię zabiję, ty podobno mojej córki też nie zabiłeś - mówiąc to zobaczył ulgę w oczach Łukasza. - Wywiozę cię stąd równo za trzy miesiące pod dom twego ojca, jako warzywo. A sam zgłoszę się na policję - przez chwilę Tomasz patrzył na ponownie rozdygotanego Łukasza, którego klatka piersiowa zaczęła poruszać się dwa razy szybciej niż kilkanaście sekund wcześniej. - Nie ma takiej szkoły na świecie, która za trzy miesiące potrafiłaby ci cokolwiek przekazać czy nauczyć - spokojnym zrównoważonym głosem kontynuował Tomasz. - Najpierw pozbawię cię rąk. Chcę żebyś był świadomy, że zrobię to bezboleśnie, będziesz w narkozie. Nie chcę żebyś krzyczał. Nie znoszę krzyku. Następnie pozbawię cię nóg. Chcę żebyś też wiedział, że zrobię to profesjonalnie. Przez rok studiowałem chirurgię miękką i twardą. Później usunę ci gałki oczne. Okulistykę też poznałem od podszewki. Jednak z tym będzie mi trudniej - nigdzie w internecie ani w żadnej książce medycznej nie napisano jak usunąć zdrowe gałki oczne. Tak więc, będzie to dla mnie zupełnie dziewiczy teren, ale myślę, że sobie poradzimy. O, zsikałeś się - powiedział nad wyraz spokojnym głosem, patrząc na kałużę rozlewającą się przy kroczu Łukasza. - Postaraj się więcej tego nie robić. A wracając do naszych spraw, jak już się uporamy z oczami, uszkodzę ci bębenki w uszach. Na koniec usunę ci dolną szczękę i już do końca swojego zasranego życia będziesz jadł tylko przez rurkę, nie będziesz chodził, nie będziesz nic dotykał, nie będziesz widział, nie będziesz słyszał, nie będziesz jadał z talerza, ale będziesz żył i mam nadzieję, że jesteś dobrze zaprogramowany genetycznie i będziesz żył bardzo długo. Ja w międzyczasie będę bardzo o ciebie dbał, będę cię kąpał, przebierał, karmił, nie pozwolę żebyś dostał odleżyn i się poodparzał, czy jakichkolwiek innych infekcji. Będziesz miał u mnie jak w puchu - Łukasz słuchał tego z przerażeniem. Jednak nie sama wizja, przedstawiająca jego wygląd za trzy miesiące go tak przerażała, a to, w jaki sposób Tomasz ją przedstawiał. Nigdy wcześniej nie słyszał tak stonowanego głosu - Na dzisiaj jednak zakończymy. Jest już późno a ja muszę już iść do domu. Muszę nakarmić psa - mówiąc to podszedł do Łukasza złapał go pod ramiona, przeciągnął przez pół pokoju i wrzucił do trumny. - Nie staraj się hałasować i tak cię nikt nie usłyszy - powiedział przykrywając trumnę wiekiem, pokrytym kilkunastoma dziurkami, dostarczającymi do środka powietrze. Przedtem upewnił się, że plaster na jego ustach jest szczelnie zakręcony wokół głowy.
Przykręcił wieko śrubami, zgasił światło i wyszedł na zewnątrz. Wsiadł do auta, odpalił je i pojechał do pustego domu. Sam już nie jadł kolacji, nakarmił tylko psa. Położył się spać, rano wstał. Po toalecie, zjadł śniadanie i poszedł do pracy. Wiedział, że od wczorajszego dnia jego życie już nigdy nie będzie takie, jak dwa lata temu - spokojne, poukładane, szczęśliwe. Nieraz się zastanawiał, za co taka kara go spotkała. Często szukał w swojej przeszłości czyjejś nienawiści do siebie i nie mógł znaleźć nic. Pytał sam siebie - dlaczego? - i nie potrafił sobie na to pytanie odpowiedzieć. Z Bogiem już od lat nie rozmawiał. W pracy też był już kimś zupełnie innym. Kiedyś wesoły, ambitny, kontaktowy, teraz już nic pozytywnego z tamtego Tomasza nie zostało. Koledzy powoli się pooddalali, bo o czym to można rozmawiać z facetem, który doczekał się takiej tragedii - żartować z nim nie pasuje, rozmowa o rodzinie jest zbyt bolesna, popołudniowe rozrywki w barze czy gdziekolwiek na mieście nie wchodziły w grę. Zresztą Tomasz powoli sam się od nich odsuwał. Robił tylko to, co do niego należało. Wiedział też, że po trzech najbliższych miesiącach następne lata zapewne spędzi w więzieniu. Było mu wszystko jedno, bo czym dla niego był teraz dom, jak nie więzieniem bez krat, wypełnionym po brzegi wspomnieniami.
Następnego dnia rozpoczął swoją krucjatę. Po wejściu do sutereny otworzył wieko trumny. Domyślał się co tam zastanie. Robiąc mu zastrzyk nasenny, starał się nie patrzeć w przerażone oczy Łukasza. Po kilkunastu sekundach Łukasz opuścił zmęczone powieki, tym bardziej, że całą noc nie spał. Kiedy już usnął, Tomasz wywlekł go z trumny, zdjął z niego ubranie, zaciągnął do kuchni, położył na stole, wcześniej zasłanym wyjałowionym prześcieradłem i zabrał się do pracy. Nawet nie wiedział, że tak łatwo mu to pójdzie. Nie zadrżała mu ręka uzbrojona w skalpel Pracował tak jakby rozbierał świniaka: najpierw skóra, następnie wiązadła, mięsień i kawałek Łukasza wylądowało w wiadrze pod stołem. Teraz pozostała tylko formalność, trochę szwów na naczyniach krwionośnych, odrobina preparatu na krzepliwość krwi, trochę gazy, bandaży i Łukasz był profesjonalnie zabezpieczony. Kiedy wybudził się po godzinie nerwowo spojrzał w lewo, następnie w prawo, sapnął. Widać było, że odetchnął z ulgą. Wszystko wydawało się być w porządku, spojrzał na Tomasza siedzącego w fotelu po jego lewej stronie.
- Czy mówiłem ci, że również pozbawię cię fiuta z jajami? - spytał spokojnie Tomasz.
W tym samym czasie klatka piersiowa Łukasza zaczęła coraz szybciej się poruszać. Chwilę później nie nadążał wciągać i wypuszczać powietrza nosem - usta miał cały czas zaklejone plastrem.
- Właśnie to zrobiłem. Jesteś wykastrowany. Teraz mógłbyś w haremie za eunucha robić. Jednak przed nami jeszcze dużo pracy - dodał.
W tym czasie Łukasz zaczął się szarpać i głucho wyć nie mogąc otworzyć ust.
- Musisz się uspokoić, bo w przeciwnym razie dostaniesz krwotoku, a przecież chcemy, żeby rany się szybko goiły. Nie możesz myśleć tylko o swoim kutasie. Zobacz ile masz jeszcze części ciała do odcięcia - powiedział Tomasz podnosząc wiadro z podłogi i pokazując jego zawartość Łukaszowi.
Ten, kiedy to zobaczył, zemdlał. Tomasz odstawił wiadro, odwiązał ręce Łukasza od uchwytów przy stole, skrępował je z powrotem razem ze sobą. Złapał pod kolana i głowę.
- No, teraz jesteś sporo lżejszy - powiedział wsadzając go z powrotem do trumny.
Ponownie przywiązał mu ręce do jej boku, przykrył ją wiekiem, pozakręcał śruby, zgasił światło i wyszedł. Następnego dnia zjawił się w suterenie z torbą zakupów w ręku. Odwalił wieko. Łukasz wyglądał tragicznie. Zapuchnięta, czerwona twarz, przekrwione, polepione oczy błagalnie na niego patrzące.
- Wypadałoby sprawdzić, jak tam się goimy - powiedział jak wytrawny lekarz, w tym czasie odwiązując jego spętane ręce od boku trumny.
Następnie wykonał znaną już czynność, wsadził ręce pod kolana i głowę. Po chwili Łukasz ponownie znalazł się na stole operacyjnym wierzgając na wszystkie strony i głucho wyjąc.
- Nie denerwuj się, dzisiaj nie będziemy ci nic odcinać. Za świeży jesteś - zapewniał Tomasz.
Jednak to nie uspokoiło Łukasza, który nadal wierzgał całym ciałem. Tomasz, nie zwracając na niego uwagi, przywiązał jedną ze spętanych rąk do uchwytu przy łóżku. Następnie rozwiązał pęto łączące je i na siłę drugą rękę po przeciwnej stronie stołu. Po chwili zrobił to samo z nogami. Pościągał bandaże i obejrzał rany.
- Moim zdaniem, wszystko jest w najlepszym porządku - powiedział klepiąc go po twarzy. - Myślę, że za kilka dni już tak się zagoją, że będziemy mogli zabrać się za dalszą wycinkę.
Po czym pozmieniał opatrunki, z powrotem go poodwiązywał. Następnie pętając ze sobą, posadził na łóżku.
- Chyba musimy coś zjeść, żebyś mi tu z sił nie opadł - powiedział otwierając torbę z zakupami. Wyjął z niej gotową pizzę i termos, podszedł do niego z jedzeniem w ręku. - Posłuchaj mnie teraz uważnie - powiedział patrząc w jego błagalne oczy - po pierwsze, nie patrz tak na mnie, bo mnie nie wzruszysz, po drugie zdejmę ci taśmę z ust żebyś sobie pojadł. Jednak jeżeli zaczniesz krzyczeć, ten wrzątek wleję ci do jamy gębowej - powiedział odkręcając termos z herbatą. - Rozumiesz co powiedziałem? - Łukasz pokiwał głową - To dobrze - dodał, po czym złapał za koniec taśmy i mocno pociągnął.
- Zabij mnie! Zabij mnie ty zboczony psychopato! - błagał Łukasz, kiedy jego usta zostały uwolnione.
- Dlaczego miałbym cię zabijać? Przecież sąd uznał, że ty Oliwii nie zabiłeś. Dlaczego ja miałbym się dopuścić tak okropnej zbrodni?
- Co ty pierdolisz za głupoty?! Czy ty sam siebie nie słyszysz?! Nie ja zabiłem twoją córkę?! A kto ją zabił jak nie ja?! Może sama sobie łeb o hamulec rozjebała?! Sama go później odcięła z mojego samochodu i wrzuciła razem z telefonem z mostu do rzeki?! Może sama się też wyruchała?! Nie, nie zrobiła tego sama! To ja ją najpierw stłukłem, później małą sukę wydymałem i zawlokłem do rowu. Myślałem, że już wtedy zdechła. Co ci za różnica, że zrobiła to parę godzin później? To ja ją zabiłem! - powtórzył raz jeszcze, jakby chcąc wywołać w nim większą nienawiść - Więc i ty mnie zabij!
Słysząc to, Tomasz podniósł się z fotela, z powrotem zakleił mu usta i podszedł do szafki przy oknie. Coś tam pogrzebał i wszedł do łazienki. Spojrzał w lustro, miał zaszklone oczy. Odkręcił wodę, obmył twarz, wytarł ją i wrócił do pokoju. Znowu wykonał tą samą procedurę z trumną. Po kwadransie był już na zewnątrz, zamykał drzwi wejściowe do sutereny, po czym wsiadł do auta i pojechał na cmentarz. Przed wejściem kupił znicz i kwiaty. Po kilku minutach położył je na grobie swoich ukochanych kobiet. Usiadł na nim, gładząc dłonią delikatnie płytę. Zapalił znicz, patrzył na ich fotografie wmurowane w pomnik, jednak nie odczuwał ulgi z przeżywanej zemsty. Nie polepszyło mu się samopoczucie. Jego dusza nie przestała płakać. Zrozumiał, że poucinane części ciała Łukasza nie przywrócą mu miłości, które odeszły już na zawsze. Pozostaną już tylko ich wspomnienia. Zrozumiał, że Łukasz zmieniony przez niego w warzywo, nigdy nie uleczy w nim bólu. Że ten huragan zła, nie jest w stanie ugasić w nim żalu, a tylko go rozdmucha i umocni w nim nienawiść. Po godzinie podniósł się z pomnika i wyszedł z cmentarza. Dwadzieścia minut później był w suterenie. Wszedł do kuchni, złapał do ręki nóż leżący na stole, wrócił do pokoju i odryglował trumnę. Odsłonił wieko, zza którego widać było przerażone oczy Łukasza. Ten wolał śmierć od tego, co obiecał z nim zrobić Tomasz. Bał się - choć nie było za gorąco w pokoju, po jego czole spływał pot, a jego gałki oczne nerwowo biegały z twarzy Tomasza na jego rękę uzbrojoną w nóż. Jednak nie chciał umierać. Serce zaczęło mu coraz szybciej bić. Chciał coś mówić. Być może błagać o życie, jednak robił to tak chaotycznie, że jego buczenie było niezrozumiałe. Kiedy Tomasz pochylił się nad nim, ten widząc zbliżający się do niego nóż zacisnął oczy w nienaturalny sposób marszcząc czoło. Jego zaciśnięte ze strachu zęby głośno zazgrzytały. Całe jego ciało spięło się w jeden kamień. Nie otwierał oczu kiedy zbliżała się nieuchronna śmierć. Jakież było jego zdziwienie, kiedy poczuł ostrze noża między dłońmi. Nerwowo otworzył oczy, spojrzał na swój tułów. Tomasz szybkim ruchem przesunął nóż, więzy zostały przecięte, ręce Łukasza były wolne, po chwili zrobił to samo z nogami.
- Znowu się zsikałeś - powiedział Tomasz wskazując na wypełniający się w tej chwili cewnik. - Ubieraj się i wynocha - mówiąc to wskazał na jego ubranie leżące na krześle.
Chwilę później Łukasz przebierając nogami, widać było że szwy go ciągną, z ulewającym cewnikiem w ręku wydreptał z sutereny, po czym zniknął w głębi ulicy. Tomasz podszedł do szafki pozbierał z niej swoje klamoty, zagwizdał na Morisa i wyszedł. Wchodząc do auta wyjął z kieszeni telefon komórkowy i wybrał numer do swojego adwokata.
- Halo - usłyszał po chwili w słuchawce.
- Zaporski z tej strony. Czy może pan się ze mną spotkać? - zapytał.
- Oczywiście.
- Czy może to być za pół godziny?
- Naturalnie, czekam na pana, do zobaczenia - odpowiedział adwokat.
Po dwóch kwadransach Tomasz wszedł do jego biura, po czym oddał mu wszystkie dokumenty. Zostawił u niego również Morisa i poprosił żeby przekazał go Dorocie, która miała się nim teraz zaopiekować. Po tym udał się na posterunek policji.
- Dzień dobry, chciałem zgłosić przestępstwo - powiedział do oficera dyżurnego siedzącego za wielką szybą.
- Napadnięto pana? - spytał policjant przeglądając jakieś dokumenty.
- Nie, to ja kogoś napadłem - odpowiedział Tomasz, tym samym wybijając go z rytmu.
Ten podniósł na niego oczy znad przeglądanych papierów.
- A kogóż to pan napadł? Zna pan jego dane? - spytał odkładając dokumenty.
- Znam. Nazywa się Kaliciak Łukasz. Kilka dni temu go porwałem, okaleczyłem i dzisiaj uwolniłem.
- Z komunikatu, który znam, on zniknął w Warszawie - powiedział oficer otwierając przeszklone drzwi, wpuszczając tym samym Tomasza do środka, po czym zaprowadził go do pokoju przesłuchań.
Po kilku godzinach zostały mu postawione zarzuty i został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące. Wiele myślał w czasie tej kwarantanny, zresztą nic innego nie miał do roboty.
W związku z tym, że Tomasz przyznał sie do porwania i okaleczenia Łukasza, rozprawa odbyła się w ekspresowym tempie. W międzyczasie kilkakrotnie odwiedzał go adwokat.
Na jednym z ostatnich spotkań przed procesem dowiedział się, że jego sprawę poprowadzi sędzina Czańska, której to czternaście lat temu zgwałcono siostrzenicę, więc pewnie jest uczulona na tego typu okoliczności. Niewątpliwie był to najbardziej oczekiwany proces w historii tego niewielkiego sądu w Kolbowej. Bądź, co bądź, nie co dzień ktoś komuś obcina narządy, robiąc z młodego faceta kastrata.
Rozprawa rozpoczęła się w południe. Prokurator, notabene ten sam, który kilka lat temu oskarżał Łukasza, odczytał akt oskarżenia, zarzucając całkowitą winę Tomaszowi, który już wcześniej przyznał się do porwania, obezwładnienia i okaleczenia Łukasza. Praktycznie było już po sprawie. Wypadało tylko żeby sąd wydał werdykt skazujący, no bo cóż Tomasz mógłby powiedzieć w swojej obronie? Były by to tylko jego słowa, a jego słowa w tym procesie niewiele znaczyły. Jednak jego adwokat był innego zdania.
- Proszę Wysokiego Sądu, chciałbym do sprawy dołączyć dowód, który w pewien sposób usprawiedliwia działanie mojego klienta - powiedział w czasie jednego z kończących posiedzeń, wywołując tym samym powszechne zdziwienie.
Sędzina spojrzała na niego z nadzieją w oczach - sercem była z Tomaszem, ale serce na sali sądowej było tylko zbędnym balastem.
- Sprzeciw - powiedział prokurator kręcąc przy tym głową.- Pan mecenas miał czas na przedstawienie dowodów, żeby wszyscy się mogli z nimi zapoznać - oponował.
- Ten dowód otrzymałem dopiero dzisiaj rano, od oskarżonego, który to dowodu nie chciał wcześniej ujawnić. Uważał, że za to co zrobił, powinien ponieść karę, w przeciwieństwie do poszkodowanego, - tu adwokat wskazał na Łukasza - który za to co zrobił wcześniej, chciał kary uniknąć. A te dowody właśnie tego dotyczą. Zresztą czego obawia się pan prokurator, jeżeli nigdy wcześniej nie miał prostszej sprawy? - spytał patrząc na sędzinę - Przecież mój klient przyznał się w całości do zarzucanych mu czynów. Mało tego, przecież sam zgłosił się na policję zawiadamiając organy ścigania o swoim niewątpliwym przestępstwie. Dlaczego więc pan prokurator boi się jakiegoś, zapewne błahego, dowodu? Tak jak już wspomniałem, tylko w pewien sposób usprawiedliwia to mojego klienta - mówiąc to zwrócił wzrok na prokuratora.
- Oddalam sprzeciw - powiedziała sędzina, sama będąc bardzo ciekawa, niewątpliwego asa w rękawie Szlacheckiego. Jak by nie było, znała go od lat. Wiedziała, że to szczwany lis. Znał go również prokurator, dlatego nie bardzo chciał wierzyć w to, że jest to nic nieznaczący dowód. - Proszę, panie mecenasie, o przedstawienie dowodu - podtrzymała sędzia swoją decyzję.
Szlachecki podniósł z podłogi neseser, otworzył go, ze środka wyjął płytę CD. Podszedł do pani sędzi i oddał ją. Ta przywołała porządkowego, który przekazał ją stenotypistce
- Pani Kasiu, proszę o odtworzenie - powiedziała sędzina patrząc na nią.
Ta po chwili ulokowała płytę w sprzęcie.
- Co ty pierdolisz za głupoty?! - wypłynął głos Łukasza z odtwarzacza - Czy ty sam siebie nie słyszysz?! Nie ja zabiłem twoją córkę?! A kto ją zabił jak nie ja?! Może sama sobie łeb o hamulec rozjebała?! Sama go później odcięła z mojego samochodu i wrzuciła razem z telefonem z mostu do rzeki?! Może sama się też wyruchała?! Nie, nie zrobiła tego sama! To ja ją najpierw stłukłem, później małą sukę wydymałem i zawlokłem do rowu. Myślałem, że już wtedy zdechła. Co ci za różnica, że zrobiła to parę godzin później? To ja ją zabiłem! Więc i ty mnie zabij!
Po wyznaniu, które wypłynęło jak czarna muzyka z odtwarzacza, na sali zapanowała głęboka cisza. Sędzina siedziała z rozchylonymi ustami, prokurator wstrzymał oddech.
- Sprzeciw! - krzyknął, dopiero po dłuższej chwili - To nie jest dowód w tej sprawie! - dodał ocierając czoło. Jeszcze w tej chwili nie mógł dojść do siebie, nie potrafił logicznie poukładać swoich myśli. Po tym, co przed chwilą usłyszał, doskonale przypomniał sprawę Łukasza z przed lat i swoją przy tym niemoc.
- Podtrzymuję sprzeciw, ten dowód nie zostanie umieszczony w aktach - powiedziała sędzina, kiedy już ochłonęła. - Panie mecenasie, czy może pan nam to wytłumaczyć? - kontynuowała, wskazując na odtwarzacz CD - Przecież pan wie, że ten dowód nie ma nic wspólnego ze sprawą. Wygląda to po prostu na wendetę - zwróciła się do Szlacheckiego - sercem była z Tomaszem, ale oficjalnie nie mogła stanąć po jego stronie.
- Wysoki Sądzie, ja uprzedzałem, że jest to błahy dowód jeżeli chodzi o tą sprawę. Miał on tylko w jakiś sposób usprawiedliwić czyn oskarżonego. Przecież tu chodziło o jego córkę, której już nigdy nie zobaczy, nie przytuli, nie poprowadzi do ołtarza. Która nigdy nie urodzi mu wnuków. Nie dojrzy go na stare lata, gdyby potrzebował jej pomocy. Tego wszystkiego pozbawił go pokrzywdzony.
Szlachecki z góry wiedział, że dowód nie zostanie włączony do sprawy. Ale wiedział także, że przekaz ten nie zostanie bez echa. Czegoś takiego się nie zapomina i na pewno każdy podświadomie weźmie pod uwagę to, co usłyszał.
Dwa dni później miał zapaść wyrok. Tomasz wiedział, że zostanie skazany, na nic lepszego nie liczył.
- Czy oskarżony ma coś jeszcze do powiedzenia w swojej obronie - spytała pani sędzia na koniec procesu.
Tomasz wstał z ławki i wyprostował się.
- Proszę Wysokiego Sądu, wyrok jest mi obojętny. Ja już nie mam dokąd wracać. Czy to będzie cela w więzieniu, czy w bloku - nie widzę różnicy. Proszę ukarać mnie za to, co zrobiłem choć, moim zdaniem, wyręczyłem tylko wymiar sprawiedliwości. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że był to samosąd. Nie okażę skruchy, bo bym okłamywał sam siebie i dwie kobiety, które kochałem nad życie a których już nigdy nie zobaczę. Tego człowieka - tu wskazał na Łukasza, - jeżeli w ogóle można nazwać człowiekiem, pozbawiłem tego, czego nigdy nie powinien mieć. Tak jak szaleniec nie powinien mieć karabinu maszynowego, tak poszkodowany narządów męskich. Myślę też, że swoim czynem, uratowałem niejedną młodą dziewczynę, której rodzina nigdy się nie dowie jakiego nieszczęścia, dzięki mojemu samosądowi, uniknęła. Wcale nie jestem dumny z tego, co zrobiłem. Nie jestem rzeźnikiem, nie sprawiało mi to przyjemności. Gdyby było inaczej, zrobiłbym z niego warzywo, tak jak wcześniej to sobie zaplanowałem. Miałem pozbawić tego osobnika wszystkich kończyn, a także wzroku i słuchu. Ale nie chciałem też dopuścić do kolejnego procesu, z którego bogaty i wpływowy tata wyciągnie oprawcę - mówiąc to patrzył sędzinie butnie w oczy.
- Jednak oskarżony nie był do końca pewny, że poszkodowany dopuścił się tej zbrodni. Tak naprawdę, stuprocentową pewność miał pan dopiero wtedy, kiedy poszkodowany przyznał się do wszystkiego po jego okaleczeniu i wskazał gdzie porzucił dowody swojej zbrodni. Notabene osobiście przypilnuję, żeby sprawa o zabójstwo pana córki wróciła na wokandę.
- Wiedziałem proszę Wysokiego Sądu. Wiedziałem od chwili ogłoszenia wyroku uniewinniającego tego łotra. Kiedy to po wyjściu na korytarz poszkodowany podszedł do mnie i patrząc mi w oczy prawą ręką złapał się za genitalia, poruszał nimi, zasyczał jak wąż wystawiając język i szyderczo zakomunikował, że moja córka miała piękne białe ciało. Wtedy mi to powiedział a ja tylko postanowiłem doprowadzić do tego, żeby się przyznał i wyjawił, co zrobił z uciętym lewarkiem i telefonem. Bo w jakiż inny sposób mógłbym go do tego zmusić, jak nie wizją zrobienia z poszkodowanego rośliny. Któż by chciał żyć bez rąk i nóg, nie mówiąc, nie słysząc, bez tego wszystkiego, na co jeszcze wczoraj nie zwróciłby uwagi, bo przecież wszystko miał na miejscu. Jednak po odcięciu mu penisa wraz z workiem, już wiedział, że stać mnie na wszystko. Dlatego się przyznał, błagając mnie o śmierć - Tomasz widział w oczach sędziny szacunek, jakim go obdarowała. - To wszystko, co mam do powiedzenia - tym samym zakończył swoją mowę.
- Proszę usiąść - powiedziała. - Przyznam, że interpretacja dość niezwykła - dodała i po chwili sąd udał się na naradę.
Tomasz nie liczył już czasu, nawet nie wiedział jak długo trwała ta narada.
- Proszę wstać - powiedział woźny, kiedy sąd wrócił na salę rozpraw.
- Sąd Rzeczypospolitej Polskiej - powiedziała sędzina po chwili - uznaje oskarżonego Tomasza Zaporskiego winnym uprowadzenia Łukasza Kaliciaka, okaleczenia go, poprzez amputację zdrowych narządów męskich i skazuje na karę łączną trzech lat pozbawienia wolności z zawieszeniem na lat sześć. Na tym sprawę zakańczam - zakomunikowała sędzina, uderzając młotkiem w blat. Po czym wstała i wyszła.
Na sali zapanowała chwila niedowierzanej ciszy, po czym huknęła salwa oklasków. Obcy ludzie w geście radości podawali sobie dłonie w uściskach, rzucali się sobie w ramiona, według nich sprawiedliwość triumfowała. Sędzina zdawała sobie sprawę z tego, że tak łagodnym werdyktem mogła sobie w przyszłości zaszkodzić. Jednak kiedy patrzyła na dumnie stojącego Tomasza, niewyrażającego żadnych uczuć, ani emocji, nie żałowała i wiedziała, że nigdy żałować tego nie będzie.
- To jest skandal! - krzyczał ojciec Łukasza - Ile ci za to zapłacił, stara miotło! - ryczał.
Jednak ona już go nie słyszała. Nikt go w tej szalejącej, ludzkiej wrzawie już nie słyszał. Wszyscy obecni, oprócz poszkodowanego, liczyli na łagodny wyrok, jednak nie na aż tak łagodny. W większości byli to prości ludzie, którymi targały emocje. Przecież nietrudno usprawiedliwić zachowanie człowieka, któremu morduje się w bestialski sposób dziecko. Bardzo im się podobała sprawiedliwość wymierzona przez Tomasza, choć ona nie ugasiła w nim bólu po tak wielkiej stracie. Ale na pewno ukarała Łukasza, który wraz ze wzburzonym, pieniącym się ze wściekłości ojcem, wychodzili z budynku sądu, po czym wsiedli do samochodu i odjechali w kierunku domu.
- Zabiję tego skurwysyna! A tej starej dziwce, każę łeb uciąć za życia i go zeżreć! - pienił się stary Kaliciak, odpalając silnik - Jeszcze dziś zacznę kogoś szukać i nie spocznę, dopóki oboje nie zdechną! Kolejność nieważna, zapłacę każdą sumę! - cały czas ryczał nie mogąc powstrzymać wściekłości.
- Tata zobacz, to jego kundel - powiedział podniecony Łukasz wskazując na Morisa, który chwilę wcześniej stał z Dorotą na chodniku po drugiej stronie ulicy. Kiedy jednak zobaczył Tomasza wychodzącego z sądu, zerwał się ze smyczy i susem pomknął przez ulicę do swojego pana, przebiegając przeciwległym pasem ruchu. Stary Kaliciak, chcąc dać upust swojej wściekłości, widząc, że z przeciwka nic nie jedzie, gwałtownie skręcił kierownicą i rozpędzone auto skierował na psa. - Tata niech mu flaki dupą wyjdą! - krzyknął z zaciśniętymi zębami Łukasz.
Jednak psina, widząc zbliżające się światła, przycupnęła ze strachu przy studzience ściekowej. Kaliciak dodał gazu, skręcił kierownicę chcąc kołami niemalże dotknąć krawężnika i tym samym zmiażdżyć zwierzę. Niestety przeliczył swoje umiejętności kierowcy rajdowego. W ostatniej chwili zauważył betonowy występ w krawężniku tuż przed skulonym psem, po czym z impetem uderzył lewym przednim kołem w wystający element. Po tej kolizji auto z wyleciało jak kamień wyrzucony z katapulty. Po kilkunastu sekundach lotu, przemierzając w tym czasie kilkanaście metrów, wylądowało na wmurowanej w chodnik ławce, zmiatając ją tym samym ze swojej trajektorii. Po tym uderzeniu Łukasz wyleciał przez przednią szybę - biedaczek nie miał zapiętych pasów bezpieczeństwa, na domiar złego nie wystrzeliła poduszka powietrzna. Po przeleceniu około dziesięciu metrów uderzył w wiatę przystanku autobusowego roztrzaskując ją w drobny mak. Chwilę później jego bezwładne ciało uderzyło w ziemię. Prawo grawitacji i fizyki zrobiły swoje. Pies, który do tej pory stał ogłupiały strachem, ruszył wzdłuż krawężnika. Po kilkunastu metrach natknął się na powykręcanego Łukasza, polizał go po zakrwawionej twarzy, po czym merdając ogonem oddalił się w stronę Tomasza. Ojciec Łukasza na dobre ugrzązł w zdemolowanym aucie. Uwolniony został dopiero przez strażaków, którzy nożycami musieli rozcinać dach. W międzyczasie przyjechało pogotowie, zapakowało półżywego Łukasza na nosze i na sygnale odjechali do szpitala. Lekarze pracowali nad nim kilkanaście godzin. Usunięto mu jedną nerkę, posklejano poszatkowaną wątrobę. Na szczęście dla niego uniknął obrażeń głowy. Jednak lekarze musieli usunąć mu dwadzieścia pięć centymetrów pogruchotanego kręgosłupa. Od tej pory jedyną częścią ciała, którą będzie mógł poruszać, pozostała głowa. Kiedy się wybudził i dotarła do niego świadomość co się stało, świat zawalił mu się po raz drugi. Teraz wizja pozostania warzywem stała się o wiele bardziej realniejsza.
Po sześciu miesiącach od wypadku, miał się rozpocząć wznowiony proces Łukasza. Tego dnia Tomasz pojawił się przed sądem godzinę wcześniej. Usiadł na ławce, pogłaskał Morisa po karku, spojrzał na zegarek - była dziesiąta trzydzieści. Z siostrą Malwiny umówiony był o jedenastej.
- Musimy jeszcze trochę poczekać - powiedział do psa, w międzyczasie obserwując ulicę a na niej zabieganych ludzi. - Powiedz mi Moris, dokąd oni tak się spieszą? - zapytał swojego jedynego przyjaciela, opuszczając na niego wzrok - Nie chcę być piesku filozofem, ale w niedługim czasie, nim się człowiek obejrzy, to zaraz po urodzeniu umrze. Nawet nie zauważy jak mu szybko przeminie przysługujące sto lat życia, na tej najpiękniejszej z planet - dodał uśmiechając się. Ten ludzki grymas pojawił sie na jego twarzy po raz pierwszy od kilku lat. Chyba wreszcie poczuł się wolny.
- Przyjechał pan wcześniej po to, żeby napawać się moim nieszczęściem? - usłyszał głos za plecami.
Tomasz obejrzał się za siebie, nie wiedząc, do kogo kierowane były te słowa. Z tyłu, za ławką stał stary Kaliciak. W pierwszej chwili go nie poznał, tylko głos wydał się znajomy. Z wyglądu w ogóle siebie nie przypominał. To nie był ten sam, butny, arogancki, pewny siebie człowiek, pomimo tego, że był jak zwykle zadbany i elegancko ubrany. Jednak ten szyk nie potrafił zamaskować jego nieszczęśliwej twarzy i cierpiących oczu. - Jak to nikt nie wie, co go nazajutrz czeka - pomyślał Tomasz przyglądając mu się. Widać było po nim, że przeszedł już mu smak zemsty. Być może dotarła do niego świadomość, że to co zrobił Tomasz z jego synem, było niczym w porównaniu z tym do czego on sam doprowadził.
- Proszę sobie nie pochlebiać. Nie przyjechałem tu wcześniej ze względu na Pana, a na niego - odpowiedział Tomasz wskazując na Morisa. - Do sądu mnie z psem nie wpuszczą. Jednak jeżeli już mnie pan spytał o napawanie się pańskim nieszczęściem, to muszę panu przyznać rację - powiedział podnosząc się z ławki. - Myliłem się mówiąc, że sprawiedliwość nie istnieje. Myliłem się porzucając wiarę w Boga, opętany tylko nienawiścią. Sprawiedliwość naprawdę jest. Bo jak inaczej można to wytłumaczyć? Jak inaczej można do tego podejść i o tym myśleć, mając tą niezaprzeczalną świadomość, że to pan go zabił. Choć zapewne ten łajdak będzie żył jeszcze długie lata, życzę panu, aby każdego dnia, kiedy będzie pan synowi zmieniał pieluchy, pamiętał pan o zmasakrowanym ciele mojej córki, porzuconej w rowie jak padlina na sawannie. Ja swój cel osiągnąłem. Mój ból został ukojony. Jednak nigdy mu tego nie wybaczę. Pozbawił mnie życia, choć jeszcze oddycham. Zabrał mi coś, o czym pan mógłby tylko pomarzyć. Rozprawa pańskiego syna jest już dla mnie bez znaczenia. Jestem tu po raz ostatni tylko po to, żeby złożyć wniosek, o to, żeby mnie więcej do sądu nie wzywano. Nigdy więcej się tu nie pojawię. Kara, która go spotkała, uśmierzyła mój ból - powiedział Tomasz oddalając się w stronę przystanku, na którym zobaczył wysiadającą z autobusu siostrę Malwiny.
- Chodź Moris. Pójdziesz teraz z ciotką na spacer - zwrócił się do merdającego ogonem psa, po czym ruszyli w kierunku przystanku.
Wreszcie po latach, mógł oddychać. Poczuł się wolny od nienawiści, bólu, niemocy. Świat znów stał się kolorowy. Nigdy nie zapomni o swoich kobietach po tamtej stronie życia. Nigdy nie przestanie ich kochać. Jeżeli sprawiedliwość, o której cały czas teraz wspomina, naprawdę istnieje, być może spotka jeszcze kogoś na swojej drodze życia. Być może raz jeszcze pokocha. Być może nie będzie do końca życia wracał sam do pustego domu. Być może...
Być piękną, niezależną dwudziestoośmiolatką - o tym marzy każda młoda kobieta. A gdyby tak jeszcze czas chciał zatrzymać się w miejscu - byłyby to wyżyny szczęścia. Jednak on dalej mknie jak woda spływająca z gór. Matylda była właśnie taką piękną dwudziestoośmiolatką. Od kiedy sięgała pamięcią zawsze znajdowała się w centrum zainteresowania swoich rówieśników, którzy to przy okazji mogli sobie coś przy jej urodzie uszczknąć. Ludzka populacja lubi przebywać wśród młodych, pięknych, bogatych, jednak jest to tylko blichtr. Ta uroda w jakiś sposób popsuła jej charakter. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że niejednokrotnie kogoś krzywdzi, to odrzucając czyjąś przyjaźń, to łamiąc bez skrupułów i z premedytacją serca zakochanym już od podstawówki w niej chłopaków. Była jak ta nasłoneczniona wyspa na przepięknym oceanie: wolna od burz, wichur i sztormów, które gdzieś tam obok szalały, ale sama wyspa zawsze była spokojna i przyjmowała do siebie, kogo tylko zapragnęła. A jak już jej się osobnik znudził, po prostu wyrzucała go w szalejący wokół niszczycielski żywioł nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że czyni tym jakieś zło. Matylda miała jedną, jedyną, przyjaciółkę, taką od przedszkola. Od roku razem wynajmowały mieszkanie na Żoliborzu. Zawsze chciały być niezależne.
- Spójrz na moje cycki! Wyglądają jak dwa wiszące gluty. Nienawidzę ich! Gdybym tylko miała kasę, w pierwszym rzędzie zrobiłabym z nimi porządek - żaliła się Sylwia siedzącej przed lustrem Matyldzie.
- Nie przesadzaj, niektóre mają jeszcze gorsze - odpowiedziała podkręcając spiralą rzęsy.
- Chyba sobie żartujesz?! No to mnie pocieszyłaś! Może w ogóle powinnam być szczęśliwa, że oczy mam z przodu głowy, a nos nie wyrasta mi z tyłka. Łatwo ci tak mówić! Ty jesteś śliczna, buzia, cycki, talia, nogi - wszystko masz doskonałe. Nie możesz opędzić się od facetów. Też bym tak chciała. Choć przez chwilę być tak adorowaną. Żebym tak chociaż przez tydzień mogła nimi podłogę pozamiatać, a przez następny miesiąc mścić się na tej bandzie zaspokojonych minutowym numerkiem mamutów - mówiąc to Sylwia o mało nie zazgrzytała zębami.
- Co się z tobą dzisiaj dzieje? Okresu dostałaś, czy złapałaś jakiegoś syfa?- spytała Matylda, przewracając przy tym oczami - Przecież wyglądasz tak od dwudziestu ośmiu lat. Cycki nie wyrosły ci ostatniej nocy. Dlaczego jesteś taka dołująca od samego rana? Chcesz żeby i mnie się to udzieliło? - skomentowała użalanie się przyjaciółki, kończąc jednocześnie upiększanie i tak pięknej twarzy - Spróbuj podejść do tego inaczej. Pomyśl sobie, że jesteś niezłą farciarą, bo nie urodziłaś się osiemdziesiąt lat temu w jakimś sowieckim gułagu z patykiem w dupie i nie napieprza cię jakiś ruski cap za to, że twój ojciec był inteligentem - dodała wychodząc z łazienki.
- O czym ty pieprzysz?! - powiedziała Sylwia zastępując Matyldę przed lustrem.
- O tym, że nie ma w tobie w ogóle optymizmu. Szukasz dziury w całym. Pomyśl sobie o czymś fajnym..., może o tym, że dzisiaj uda ci się poderwać jakiegoś super faceta z super fajką.
- Ha, ha, ha, ale śmieszne! Podobnie jak miesiąc temu, kiedy to fajka okazała się papieroskiem i to w dodatku mentolowym. Już nie wspomnę o tym, że wypalonym do połowy - odpowiedziała z przekąsem Sylwia.
- Widzę, że na chwilę obecną się nie dogadamy - powiedziała z przedpokoju Matylda, zakładając buty. - Cholera, znowu spóźnię się do pracy - dodała spoglądając na zegarek. - Do zobaczenia wieczorem! - krzyknęła przy wyjściu, rozglądając się czy czegoś nie zapomniała. Złapała torebkę i po chwili znalazła się na korytarzu.
- Żeby tylko ten pieprzony autobus się nie spóźnił - powiedziała sama do siebie wychodząc już z budynku.
Po kilku minutach znalazła się na przystanku. Ponownie spojrzała na zegarek
- No, jest - pomyślała, patrząc na zbliżający się autobus. Kiedy się zatrzymał wsiadła do niego i zajęła jedno z wolnych miejsc. Siadając spojrzała na rudego chłopaka z naprzeciwka, ale on miał wzrok wlepiony w widok za oknem. Zdziwiła się trochę, że na nią nie patrzy. Nawet ją to zdenerwowało. Generalnie nigdy nie rozglądała się po autobusie, a i tak wiedziała, że każdy facet po dziesiątym roku życia gapi się na nią jak na ciastko z kremem. - Może to pedał - pomyślała sobie, co i raz na niego spoglądając. - Przestań - kontynuowała - przecież on nawet nie jest ciekawy - coraz bardziej denerwowała ją jego obojętność.
- Bilety proszę do kontroli - przerwał jej rozważania starszy facet z przypiętą legitymacją w klapie marynarki.
Pasażerowie zaczęli podawać mu bilety. Matylda otworzyła torebkę, po czym zaczęła grzebać w swoim śmietniku, niestety po kilku minutach przewracania zbędnych szpargałów nie mogła znaleźć portfela.
- Paniusiu, ja nie mam czasu - ponaglał ją kanar, ponieważ była już ostatnią osobą do skontrolowania.
- Proszę mnie nie popędzać, nie mogę znaleźć portfela - powiedziała nadal demolując swoją torebkę. - Niestety, musiałam go zapomnieć - dodała po chwili, słodko zaglądając kanarowi w oczy.
- Butów jednak pani nie zapomniała - odpowiedział patrząc na jej stopy. - Będziemy, w takim razie, musieli wypisać mandat na sto złoty. Poproszę panią o dowód osobisty - powiedział wyciągając z kieszeni bloczek, wywołując tym samym zaciekawienie innych pasażerów.
- Ale ja dowód osobisty też mam w portfelu.
- W takim razie poproszę inny dokument - kanar nie dawał za wygraną.
- Prawo jazdy też mam w portfelu - powiedziała Matylda nadal grzebiąc w torebce.
- No to wypiszemy mandat gotówkowy - kanar kontynuował swoją krucjatę.
- Czy z panem jest coś nie tak? Czy pan kontaktuje? Czy nie wie pan, do czego służy portfel? Mam w nim wszystko: pieniądze, dokumenty, bilet miesięczny, karty kredytowe, po prostu wszystko! - powiedziała z pretensją za brak zrozumienia.
- W takim razie musimy wysiąść i udać się na najbliższy komisariat policji - zakomunikował służbista.
- Pan chyba sobie żartuje, ja się spieszę do pracy - zaprotestowała słodko Matylda. Wiedziała, że na udry z tym gburem nic nie wskóra.
- A ja w tej pracy już jestem, paniusiu - powiedział rozdziawiając oczy i kiwając przy tym głową.
- Ja za panią zapłacę - powiedział, ni z tego, ni z owego siedzący naprzeciw rudy facet.
Kanar wraz z Matyldą skierowali na niego wzrok
- Dlaczego chce pan to zrobić? - spytała zdziwiona - Przecież przedtem nawet na mnie nie spojrzał - pomyślała.
- Nie wie pani? Przecież w tym autobusie jest pani jak jedyna żarówka. Jeżeli ten ptaszek panią wyprowadzi - powiedział wskazując głową na kanara - światło zgaśnie. A ja boję się ciemności - dodał patrząc Matyldzie w oczy.
- No, no, ale masz pan gadane! To jak, paniusiu, płacimy czy wychodzimy? - niecierpliwił się kanar.
- Pod jednym warunkiem - powiedziała Matylda patrząc swojemu ofiarodawcy w oczy - poda mi pan swój adres, żebym mogła odesłać pieniądze.
- Nic z tego. Dam pani swój numer telefonu. Jeżeli będzie pani chciała to zrobić, to tylko osobiście, jeżeli nie, to trudno. Co to dla mnie stówka?! - powiedział uśmiechając się - Jestem milionerem w przebraniu, a jazda środkami komunikacji miejskiej to moje hobby.
- Nie byłoby lepiej kupić sobie taki autobus? - spytała Matylda również się uśmiechając, facet niewątpliwie ją rozbawił.
- Miałbym sam w nim jeździć? - spytał z roześmianymi oczami.
- Przecież i tak pan cały czas patrzy przez okno - stwierdziła Matylda.
- Niech pani nie wierzy we wszystko, co pani widzi - odpowiedział tajemniczo.
- Proszę bardzo, to dla pana mandat - powiedział kanar wręczając wypisany blankiet, tym samym przerywając ich flirt.
Rudy facet wyjął z portfela sto złoty i podał je kanarowi, po czym sięgnął do kieszeni kurtki wyjął z niej długopis i chusteczkę, napisał na niej swój numer telefonu i podał ją Matyldzie.
- Proszę. - powiedział - Ja na tym przystanku wysiadam. Mam nadzieję, że do miłego zobaczenia - dodał i ruszył w kierunku wyjścia.
Matylda wysiadła z autobusu po dwudziestu minutach. Następne pięć zajęło jej dotarcie do pracy. Była oczywiście jak zwykle spóźniona. Cały dzień myślała o poznanym rano facecie. Zastanawiała się, co jest grane? Może i był przystojny, ale był to najprzeciętniejszy z przystojniaków, jakich znała.
- Wiesz, co mi się dzisiaj przytrafiło? - zwróciła się do Sylwii, kiedy wieczorem wróciła do domu, po czym opowiedziała jej całą poranną przygodę w autobusie.
- Ale rudy? - spytała Sylwia marszcząc czoło i robiąc przy tym dziwny grymas na ustach, kiedy opowiadana przez Matyldę historia dobiegła końca.
- Rudy, rudy rydz, jaka piękna sztuka - Matylda zanuciła piosenkę z przed lat.
- Co ty śpiewasz? - spytała Sylwia uśmiechając się.
- Nie znasz tego? - zdziwiła się Matylda.
- Nie, nie mam stu lat i nie słucham radia dla emerytów - zastrzegła sobie Sylwia.
- Dlaczego jesteś taka uprzedzona, przecież go nawet nie widziałaś - powiedziała Matylda wzruszając ramionami.
- Bo znam ciebie, lepiej niż ty sama siebie. Kopniesz go w tyłek szybciej niż winda zjedzie z ósmego piętra. Daj sobie z nim spokój, oddaj mu kasę i jak zwykle obejrzyj się za kimś z żurnala, bo na niego szkoda tracić czasu, nawet mojego, bo jak go spławisz to ja się rudym na pewno nie zainteresuję.
- A jednak się z nim spotkam, chociażby po to, żeby mu oddać tą stówkę i podziękować za eleganckie zakończenie tego kina w autobusie. Wiesz jakie to było upokarzające? Wszyscy się na ciebie patrzą, jak na jakiegoś dziada bez złotówki.
- No tak, rzeczywiście, ty jesteś przyzwyczajona do innego spoglądania na siebie - zaśmiała się Sylwia. - Teraz widzisz jak się czują przeciętniacy - dodała.
Dwa dni później Matylda zadzwoniła do nieznajomego.
- Halo - usłyszała głos w słuchawce.
- Dzień dobry, nie wiem czy mnie pan pamięta, dzwonię w sprawie mandatu, który pan za mnie zapłacił dwa dni temu - przez krótką chwile nastąpiła głucha cisza, Matylda ze zdziwienia zmarszczyła czoło.
- Tak... coś sobie przypominam... jest pani tą nie za ciekawej urody dziewczyną z autobusu? - rudy znów zaczął flirtować.
- Podobno byłam w nim żarówką - Matylda przypomniała jego słowa.
- Oczywiście, przepraszam za głupi żart. Bardzo się cieszę, że pani dzwoni.
- Odzyska pan całe sto złotych.
- No właśnie, cały czas się zastanawiam czy to nie to sto złotych było przyczyną mojej bezsenności przez ostatnie dwie noce.
- Przecież jest pan milionerem, cóż dla pana znaczy taka suma....
- Wie pani jak to jest, im człowiek więcej ma, tym bardziej jest pazerny.
- W każdym, w jaki sposób mogłabym zwrócić panu pieniądze?
- Może umówimy się gdzieś w kawiarni? - zaproponował nieznajomy.
- No wie pan, praktycznie się nie znamy, w dość nietypowy sposób zaciągnęłam u pana dług, myślałam raczej spłacić go gdzieś na przystanku autobusowym.
- Przecież nie jesteśmy sztafetą żebyśmy mieli przekazywać sobie pałeczkę w takim miejscu.
- Chciałam zaznaczyć, że to jest sto złotych a nie pałeczka - powiedziała Matylda z uśmiechem w głosie.
- Przepraszam, trochę się zagalopowałem - również w podobnym tonie odpowiedział nieznajomy. - Proszę jednak zaryzykować spotkanie w kawiarni. Nie jestem aż tak agresywny, ostatni raz pobiłem kobietę dwa tygodnie temu, tak że nie robię tego codziennie - nieznajomy nalegał.
- Może pan to robi właśnie co dwa tygodnie i akurat jutro wypada termin? Nie chciałabym po powrocie ze spotkania z panem nie poznać się w lustrze - zaśmiała się Matylda.
- Jeżeli by tak się stało, obiecuję, że pójdę na terapię, wtedy oboje będziemy się leczyć: pani z siniaków ja z psychiki i poobijanych pięści
- Niezły flirciarz - pomyślała Matylda, jednak spodobało jej się to. - Powiem panu, że nigdy nie byłam pobita. Nawet nie zostałam uderzona. Może i ja też potrafię się bić? Chyba zaryzykuję to spotkanie, może to będzie jakieś nowe doznanie, swego rodzaju jazda bez trzymanki, podobno kobiety bite dłużej żyją.
- No, teraz mnie pani rozłożyła na pięć łopatek.
- Ma pan ich tyle?
- Z tymi w lodówce, uzbierałoby się. A tak á propos powiem pani, że nieźle by to wyglądało, gdybyśmy tak na dzień dobry zaczęli się tłuc. Byłoby to coś nowego, taki świeży trend a w tym codziennym, komercyjnym świecie, trudno o takiego newsa.
- Może znajdziemy się na okładkach gazet? - zafantazjowała Matylda - To gdzie pan proponuje żebyśmy się spotkali? - spytała ożywiona.
- Zna pani taki klub Trojańska? Jest w okolicy miejsca gdzie wychodziłem z autobusu, po napastowaniu panią przez kanara - zaproponował.
- Znam - odpowiedziała bez namysłu.
- To może tam?
- Dobrze, o której godzinie? - spytała.
- Ten wybór zostawię pani.
- Czy juto, osiemnasta, będzie odpowiednia?
- Tak. Ona już jest moją szczęśliwą godziną, jak by się miało nasze spotkanie nie zakończyć - tym razem nieznajomy zafantazjował.
- Nie wybiegałabym, na pana miejscu, w tak odległą przyszłość, biorąc pod uwagę nasze bokserskie zapędy. W każdym razie, jesteśmy umówieni, a więc do zobaczenia - powiedziała odkładając słuchawkę - Ciekawe czy wyjdzie z tego jakaś zupa? - dodała sama do siebie.
Kiedy po wejściu do kawiarni Matylda spojrzała na zegarek, w pierwszej chwili pomyślała, że nieznajomego może już nie być. Jak by nie było, spóźniła się pół godziny. Rozejrzała się dookoła. W oddali pod oknem zauważyła machającą do niej rękę - Jednak jest - pomyślała, prawdę mówiąc sama nie była do tego spotkania przekonana.
- Dzień dobry - powiedziała podchodząc do stolika.
- Witam, mam na imię Jurek. Do tej pory nie było okazji się przedstawić - odpowiedział wstając i podając jej rękę.
- Matylda, miło mi - odpowiedziała witając się. - Dżentelmen - pomyślała - A może udaje?
- Co ci zamówić do picia, ewentualnie jedzenia? Ja już sobie coś zaserwowałem - powiedział wskazując na szklankę z jakimś drinkiem - Pewnie za wcześnie przyszedłem.
- Jednak dżentelmen - pomyślała Matylda - Spóźniłam się, a on wziął to na siebie - kontynuowała swoje pierwsze spostrzeżenia.
- Możesz zamówić mi to samo. A co to w ogóle jest? - spytała przyglądając się błękitnej szklance.
- Nie mam pojęcia, ale myślę, że nie denaturat. Chciałem być taki światowy, zdałem się na kelnera, a on przyniósł mi coś takiego. Wygląda na denaturat a smakuje jak podeszwa z cytryną, nie polecam - powiedział nieznajomy, marszcząc czoło. - A może zamówię po piwie, lubisz piwo? - spytał mrużąc oczy.
- Ze wszystkich piw na świecie uwielbiam cappuccino orzechowe - odpowiedziała z miłym uśmiechem.
- Przepraszam, zapomniałem, że ktoś może lubić kawę.
- Ty nie lubisz kawy? - spytała zdziwiona.
- Nie - odpowiedział.
- Jak można nie lubić kawy?
- Może, dlatego że nigdy jej nie piłem.
- Skąd w takim razie wiesz, że by ci nie zasmakowała?
- Żartowałem. Oczywiście, że piłem, ale jakoś się do niej nie przekonałem.
- A jaką muzykę lubisz? - spytała Matylda otwierając szerzej oczy.
- Każdą, oprócz disco polo - odpowiedział trochę ryzykując, czy się nie narazi. Przecież jego śliczna rozmówczyni mogła być fanką tego rodzaju muzyki.
- Jesteś rasistą? - kontynuowała swój quiz, ni z gruszki, ni z pietruszki.
- Skąd takie pytania? - spytał zdziwiony.
- Odpowiedz - nalegała, ze śliczny uśmiechem na twarzy.
- Tylko, jeżeli chodzi o kolor włosów. Nie znoszę rudych - odpowiedział przewrotnie.
- Zaskakujesz mnie coraz bardziej - powiedziała patrząc na jego złotą czuprynę. - Dobrze, że ja nie mam rudych - mówiąc to pogładziła się po głowie.
- Nawet gdybyś takie miała byłabyś pięknym wyjątkiem i dowodem na to, że rasizm jest czymś złym.
- Dziękuję, fajny komplement może smakować bardziej od kawy.
- Czy mogę ci zadać niedyskretne pytanie? - spytał zaglądając jej głęboko w oczy.
- Nie - odpowiedziała bez namysłu.
- Dlaczego?
- Tak właśnie brzmi na nie odpowiedź. Po prostu nie.
- Czy to "nie" oznacza, że w tej chwili z nikim się nie spotykasz? Czy też to "nie" oznacza, że nie będziesz chciała się ze mną więcej umówić -
- Domyśl się - odpowiedziała kokieteryjnie, a on patrzył na nią uśmiechnięty i zaczarowany.
- Jak to możliwe?
- Co takiego? - spytała, tym razem nie odgadując jego myśli.
- To, że nikogo nie masz. Przecież oglądasz się w lustrze kilka razy dziennie i nie powiesz mi, że nie widzisz tego samego, co ja teraz.
- Za chwilę zagłaszczesz mnie komplementami jak kota. Przyznam, że jesteś w tym dobry. Ale nawiązując do twojego pytania, to czy oglądam się w lustrze? Nic z tego nie wynika, a często nawet przeszkadza. Podobno mam trudny charakter. Spotykałam się z wieloma facetami, oczywiście w ogromnej większości były to spotkania typowo towarzyskie, - mówiąc to uniosła dwie ręce do góry i poruszała palcami w kształcie uszu króliczka, - ale na żadnym z tych spotkań czajnik nie zaczął mi gwizdać. A twój?
- Co mój? - spytał Jurek, nie bardzo wiedząc, co ma kuchenne naczynie z nim wspólnego.
- Czajnik - mówiąc to wskazała oczami na jego klatkę piersiową - Czy już kiedyś gwizdał? - spytała z rozkosznym uśmiechem.
- Raz. Ale było to lata temu. Niestety w sercu dziewczyny widocznie woda wykipiała, bo któregoś dnia po prostu wyłączyła mi prąd - wyznał z rozbrajającą szczerością.
- A gdyby znów wsadziła wtyczkę do gniazdka, czy nadal by do niej gwizdał? - dociekliwie pytała Matylda.
- Bez przesady, to było wieki temu, mieliśmy po dwadzieścia lat..., plany na przyszłość..., pokończyć studia..., pobrać się..., nawet już wybieraliśmy imiona dla dzieci, masz pojęcie? - Mówiąc to szeroko się uśmiechnął.
- Rzeczywiście naiwne, ale miłe. Ja nigdy tego nie przeżyłam.
- Nic straconego.
- Nie żartuj. Ja nie mam już dwudziestu lat.
- Plany można snuć w każdym wieku. Wydaje mi się nawet, że te robione później, mają większe szanse na przetrwanie. Człowiek, kiedy ma dwadzieścia lat, nie rozgląda się na boki, prze do przodu jak taran, nie zastanawia się nad konsekwencjami tego, co robi.
- Może to i dobrze tak iść tak żywioł?
- Może...
- Czym się zajmujesz? Oczywiści, jeżeli to nie tajemnica - spytała Matylda zmieniając temat.
- Oczywiście, że to żadna tajemnica. Nawet jest wskazane żeby się o sobie jak najwięcej dowiedzieć, niewątpliwie z jakimś umiarem, temu pewnie służy rozmowa na pierwszej randce.
- Nie wiedziałam, że to jest randka. Myślałam, że spotkaliśmy w sprawach typowo finansowych - Matylda odpowiedziała przewracając oczami.
- Rzeczywiście masz ciężki charakter. Całkowicie wybiłaś mnie teraz z rytmu - odpowiedział błagalnym głosem.
- Uprzedzałam, że ciężki ze mnie egzemplarz. No ale jak już romansujemy, to odpowiesz, czym się zajmujesz?
- Nooo, jestem częścią branży paliwowej - powiedział dumnie. - a tak naprawdę pracuję na stacji benzynowej - dodał wzruszając ramionami. - Jk trzeba to i auto zatankuję.
- Fiu, fiu! A już myślałam, że jesteś przynajmniej prezesem Orlenu! Zawiodłeś mnie - powiedziała robiąc grymas na twarzy, a tak naprawdę spodobała jej się szczerość Jurka.
Często faceci, których wcześniej spotykała starali się jej czymś zaimponować. Bywało, że upiększali swoje codzienne zajęcie, a niejednokrotnie wręcz fantazjowali na temat swojej pracy. Jednym słowem, Jurek zaimponował jej jak na razie swoją uczciwością. Kiedy po trzech godzinach się rozstawali, Matylda zgodziła się na kolejne spotkanie:
- Czemu nie? - odpowiedziała, kiedy jej to zaproponował, aktualnie była singlem, a z Jurkiem jak na razie ciekawie spędziła czas.
Po pół roku wyglądali nawet na szczęśliwą parę. Lubili chodzić do tych samych knajp, oglądać te same filmy, śmiać się z tych samych dowcipów. Oboje nie cierpieli teatru, nie wspominając o operze. Potrafili ze sobą rozmawiać. Z czasem uwielbiali patrzeć sobie w oczy. Jednym słowem - sielanka.
- Ty jeszcze w łóżku? - spytała Matylda Sylwię, wchodząc do jej pokoju.
- A co mi tam, dzisiaj jestem nieszczęśliwa - odpowiedziała przykrywając sobie głowę jaśkiem.
- Ty zawsze rano jesteś nieszczęśliwa. Potrzebny ci jakiś dopalacz. Może podpalona laska dynamitu wsadzona do tyłka postawiłaby cię na nogi? - stwierdziła Matylda - Idziecie do Marty na parapetówkę? - spytała kładąc się na łóżko obok Sylwii.
- Jeszcze nie wiem. Leszek jest niezdecydowany, a samej nie bardzo mi się chce iść - odpowiedziała przeciągając się.
- A co znowu jest z tym palantem?
- Co ma być? Siedzi całymi dniami przy komputerze, innego świata już poza nim nie widzi. Co pół roku wymienia soczewki w okularach na mocniejsze. Jak tak dalej pójdzie to za dziesięć lat będzie ślepy jak kret. A tak w ogóle, mówiłam ci żebyś nie nazywała go palantem - zaperzyła się Sylwia.
- Ale nim jest. I co cię obchodzi, co z nim będzie za dziesięć lat?
- Może go pokocham?- rozmarzyła się Sylwia.
- Może i pokochasz. Ale na pewno nie jego. A jeżeli już obdarzysz uczuciem innego faceta, to Leszka zepchniesz z dachu i nie zajmie ci to dłużej niż pięć minut. Nie wiem jak możesz chodzić z kimś, do kogo nic nie czujesz. No chyba, że tylko kasę, kiedy w weekend zabiera cię na zakupy ze swoją złotą kartą - powiedziała Matylda przekręcając się na brzuch. - Jesteś jak prostytutka, tylko, że one robią to za pieniądze a ty dajesz dupy za ciuchy. Rzuć go w cholerę i rozejrzyj się za kimś, kto będzie bardziej dyspozycyjny - dodała zabierając jaśka z jej twarzy.
- Święta się znalazła - broniła się Sylwia.
- Święta, nie święta, możesz mówić o mnie, co chcesz. Ale ja prezentów nie przyjmuję. Ewentualnie tylko je daję. Á propos, muszę coś kupić tej suce na jej nowe mieszkanie. Najlepiej coś takiego, żeby parapety się w nim od razu połamały - powiedziała z nienawiścią w głosie Matylda.
- Ale z ciebie zdzira! - skomentowała Sylwia z uśmiechem. - To tylko baby mogą być tak wredne. Uśmiechacie się do siebie, sztucznie ze sobą rozmawiacie, a nienawidzicie się bardziej niż Islamista z Żydem albo odwrotnie. Po co tam w ogóle chcesz iść? - spytała Sylwia zabierając jaśka Matyldzie.
- Miałabym dać jej satysfakcję i nie pokazać się? Nie moja wina, że mamy wspólnych znajomych.
- Najlepiej jakbyście przeprowadziły sondaż pośród pięciuset reprezentatywnych Polaków, która z was jest ładniejsza i byłoby po sprawie - zaproponowała Sylwia.
- To by nic nie dało, a tylko spotęgowało nienawiść przegranej - odpowiedziała Matylda marszcząc nos.
- Wiesz co jej najlepiej kup?
- Co?
- Telewizor 100-calowy z kinem domowym w komplecie - zaśmiała się Sylwia.
- Ale wymyśliłaś! Prędzej jej kupię pornosa dla podstarzałych, tłustych zoofilii, z jej podobizną na okładce.
- Jesteś okropna! Niczym się z Martą nie różnicie! Bywają chwile, że nie zazdroszczę wam urody. Wprawdzie rzadko, ale bywają.
- One nigdy nie bywają. Oddałabyś obie nerki i pół mózgu żeby mieć ładne cycki - zaśmiała się Matylda, odsłaniając swoje piękne zęby.
- Ha, ha, ha, naprawdę śmieszne! - Sylwia udała oburzenie.
- Nie żadne ha, ha, ha, tylko sama tak mówiłaś.
- Nie pamiętam, musiałam być nawalona.
- Chyba łopatą - ponownie roześmiała się Matylda.
- Ale z ciebie wredna zdzira. Nie wiem, dlaczego tak bardzo cię kocham - powiedziała Sylwia przytulając się do przyjaciółki. - Gdybym była lesbijką, chciałabym resztę życia spędzić przy twoim boku - dodała.
- Może kiedyś nimi zostaniemy? - powiedziała zagadkowo Matylda całując ją w policzek.
- Może... - odpowiedziała równie zagadkowo Sylwia - To co? Szykujemy się do pracy, a wieczorem na balangę - zaproponowała zrywając się z łóżka. Po chwili dziewczyny rozpoczęły codzienny rytuał.
Wieczorem przyjechał po nie Jurek. Wszyscy razem wyszli z domu i kilkanaście minut później zajechali na miejsce.
- Niezły pałac - powiedziała Matylda, wchodząc do mieszkania Marty. - Szkoda, że mój tatuś nie jest złodziejem, tylko biednym hutnikiem - dodała rozglądając się po przestronnym mieszkaniu.
- Nie wszyscy politycy kradną - odpowiedziała Marta w obronie swojego ojca.
- Podobno. Też tak słyszałam z telewizora. Ale w gazetach piszą, że telewizja kłamie. Komu tu wierzyć? - mówiąc to spojrzała na Sebastiana, chłopaka Marty - A czy ty jesteś dodatkiem do tego pięknego mieszkania? - spytała.
- Nie - odpowiedział, promiennie się do niej uśmiechając.
- Pozwolicie, że udamy się w poszukiwaniu baru. Mam nadzieję, że się nie pogubimy i jeszcze dzisiaj go odnajdziemy - mówiąc to złapała Jurka pod rękę i pociągnęła w głąb mieszkania. Sylwia poczłapała za nimi.
- Wy chyba nie za bardzo się lubicie - stwierdził Sebastian, kiedy Matylda wraz z towarzystwem się oddaliła.
- Nie lubimy? To za mało powiedziane. Nienawidzimy się od podstawówki - odpowiedziała Marta.
- To, dlaczego ją zaprosiłaś?
- Jest moją cioteczną siostrą, a moja matka jest jej chrzestną i bardzo ją lubi. Nie darowałaby mi, gdybym jej nie zaprosiła.
- Dlaczego nazywa twojego ojca złodziejem? Przecież jest jej wujem. - spytał zdziwiony Sebastian.
- On nie jest moim ojcem. Rodzice rozwiedli się, kiedy miałam jedenaście lat. A to już jest trzecie małżeństwo mojej matki. W razie gdyby i ono nie wypaliło, zostanie po nim to mieszkanie - odpowiedziała Marta odprowadzając wzrokiem Matyldę, która wraz ze swoim towarzystwem właśnie zniknęła w wejściu do salonu, a chwilę później znalazła się przy barku.
- Zostawię was same - powiedział Jurek zwracając się do dziewczyn. - Chciałbym pogadać z Markiem o giełdzie - dodał wskazując na faceta wychodzącego z pokoju obok.
- Idź, idź, my pogadamy sobie o przemyśle galwanizacyjnym. Podobno wypuszczają na rynek nowe smaki prezerwatyw, mniam, mniam - roześmiała się Matylda.
- Kiedy ty mnie przestaniesz zaskakiwać? - odpowiedział uśmiechając się - Jak można jej nie kochać? - dodał zwracając się do Sylwii.
- Mnie nie musisz o tym przekonywać - skwitowała.
- Co powiesz o Sebastianie? - spytała Matylda przyjaciółkę, trzepocząc rzęsami, kiedy Jurek już się oddalił.
- Co ci chodzi po głowie? Nawet o tym nie myśl - odpowiedziała Sylwia zaglądając jej w ocz. - No nie! Ty jesteś porąbana - dodała, kiedy zobaczyła ten przewrotny uśmiech w jej delikatnych kącikach ust - Chyba nie będziesz go rwała, kiedy Jurek jest obok? - Sylwia się niemalże przeraziła.
- Nie przejmuj się - powiedziała Matylda obserwując Martę z Sebastianem, właśnie wchodzących do salonu.
- Ja nie mam czym się przejmować. Raczej ty powinnaś to zrobić. Mnie w tej chwili bardziej interesuje ten nieznajomy wąsacz stojący pod oknem - powiedziała wskazując samotnego faceta obok akwarium. - Nawet niezły - skwitowała. - Idę, może uda mi się coś dzisiaj ustrzelić - mówiąc to ruszyła w kierunku okna.
- A co z Leszkiem? - spytała z ironią Matylda, ale Sylwia już jej nic nie odpowiadając podniosła rękę do góry i wyprostowała środkowy palec.
- I kto tu jest zdzirą?! - mruknęła pod nosem Matylda nalewając sobie kolejnego drinka.
Po dwóch godzinach pałętania się w rytmie muzyki pośród innych gości, Matylda była już totalnie znudzona tą imprezą. Jurka pochłonęła rozmowa z Markiem, Sylwia zaangażowała się po uszy molestowaniem wąsacza, który sprawiał wrażenie zagubionego słonia na sawannie, a Matylda po prostu już się nudziła, co i raz spoglądając na Sebastiana i kokieteryjnie uśmiechając się do niego. On oczywiście odwzajemniał te zaloty. Zapewne wypity wcześniej alkohol bardzo go rozluźnił. Marta jakby coś przeczuwając bardzo krótko trzymała jego smycz, nie odstępując na krok. Wiedziała do czego zdolna jest Matylda. Jednak po następnych dwóch kwadransach, kiedy wyszła przywitać kolejnych gości, Matylda wykorzystała chwilę i podeszła do Sebastiana.
- Słodziutki jesteś - powiedziała, delikatnie gładząc dłonią jego szyję, nadymając przy tym usta.
- Dzięki. Tobie również niczego nie brak - odpowiedział oblizując górną wargę.
- Może byśmy się tak kiedyś spotkali? Sami - zaproponowała rozchylając zarazem usta.
- Z przyjemnością - powiedział z ogniem w oczach.
Matylda delikatnie przysunęła jego głowę do siebie, do końca patrząc mu w oczy. Kiedy już opuściła powieki, nie musiała długo czekać - mało jest samców na tym świeci, którzy mogliby się oprzeć temu przecudnemu zjawisku opadającego z nieba deszczu meteorytów. Po chwili poczuła jego ciepłe usta na swoich. Zaczął ją namiętnie całować, jakby zapominając o tym, że nie są sami, że gdzieś w pobliżu jest jego dziewczyna. Facet się po prostu wyłączył. Był to najlepszy przykład na to, co może z każdym gościem zrobić krucha, delikatna kobieta, kiedy tylko jej przyjdzie na to ochota. Teraz to ona wydawała rozkazy, a on wyglądał jak bezwładny szaman, który się nażarł narkotyków i popił to wszystko wódką. W takich momentach facet jest uległą lalką, nie zdolną do żadnej obrony. Matylda po chwili otworzyła oczy, patrząc na rozpalonego Sebastiana i wchodzącą do salonu Martę. Nie mogła się wprost nasycić jej nienawiścią namiętnie całując jej chłopaka. Jednak każdy kij ma dwa końce, po chwili zza postaci zdruzgotanej Marty, wyłonił się Jurek, oniemiał. Matylda widząc go odepchnęła Sebastiana, uśmiechając się przy tym promiennie, jednak kiedy zobaczyła w jego oczach strach i ból, ten uśmiech na jej ustach po prostu zgasł.
Jurek nie miał w swoim życiu zbyt wielu dziewczyn. Był typem monogamisty, jednak nigdy nie był tak potraktowany, tak bardzo upokorzony. Czuł się źle, zdradzony, sponiewierany, opluty. Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, nie mogąc do siebie dojść. Matylda ponownie uśmiechnęła się do niego, jakby próbując w ten sposób powiedzieć - Przecież nic się nie stało - Jakby całowanie się z innym facetem na jego oczach, było czymś normalnym. Jednak on nie należał do gości, którzy biją się o dziewczynę w piaskownicy. Po prostu: nie, to nie. Chwilę później odwrócił głowę i wyszedł zdruzgotany. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. W jednej minucie świat przestał istnieć. Tak bardzo ją kochał. Zdawał sobie już wcześniej sprawę, że Matylda nie obdarza go równie płomiennym uczuciem, jednak to co zrobiła, nie mogło do niego dotrzeć. Więcej nie pokazał jej się na oczy. Matylda spojrzała raz jeszcze na Martę, jednak bijąca od niej nienawiść zmusiła ją do opuszczenia wzroku. Nie wiedząc co w tej sytuacji ze sobą zrobić, ruszyła w kierunku łazienki. Kiedy otworzyła drzwi, zastała w niej Sylwię, poprawiającą sobie makijaż,
Czuła się zbyt dumna żeby pierwsza puścić sygnał do Jurka, zadzwonić, przeprosić, spróbować ratować dobrze zapowiadający się związek. Łatwiej jej było zrujnować kolejny. Za bardzo ją życie przyzwyczaiło do "facetów śliniących chodniki, po których chodziła", jak to już wcześniej powiedziała Sylwia.
- Co masz taką minę jak opasła koza w sklepie ze zdrową żywnością? - spytała jedyna przyjaciółka spoglądając na nią w lustrze.
- Wpadłam... - odpowiedziała Matylda przeczesując włosy. - I to porządnie wpadłam. Czuję, jakby szambo ulewało mi się z ust.
- Będziesz rodzić, czy się skrobać? - spytała Sylwia, poruszając spiralą przy rzęsach.
- Nie żartuj - odpowiedziała tym razem bardzo poważnie Matylda.
- Co się stało? - Sylwia zmarszczyła czoło.
- Chciałam dokopać Marcie, całowałam się z Sebastianem - odpowiedziała na jednym oddechu, odwracając się do przyjaciółki. - Jurek to widział i po prostu czmychnął. A mi naprawdę jest teraz źle - powiedziała jak poobijany pies.
- Ty naprawdę jesteś porąbana - powiedziała Justyna z niedowierzaniem kręcąc głową - Mówiłam, że wreszcie się kiedyś przejedziesz. Miałaś takiego faceta! Po prostu go osrałaś dla swojej popieprzonej ambicji! Wcale się nie dziwię, że wyszedł. Naprawdę dzisiaj nie chciałabym być taka jak ty. Zadzwoń do niego, przeproś, powiedz dlaczego to zrobiłaś, powiedz że z Martą macie ADHD na punkcie swoich ambicji. Jestem przekonana, że on to zrozumie. Jest w porządku facetem. Nie wiem dlaczego obie takie jesteście. Przecież płynie w was ta sama krew, przecież pochodzicie od jednej babki, ona chyba teraz się w grobie przewraca.
- Nic tu po mnie. Jadę do domu, uznając tym samym, wieczór za stracony - powiedziała Matylda uzupełniając pomadkę na ustach - Jedziesz ze mną? - spytała.
- Nie - odpowiedziała Sylwia, wkładając rękę do majtek.
- Co ty robisz? - spytała Matylda mrużąc oczy.
- Skrzydełka porozfruwały mi na wszystkie strony świata - powiedziała poprawiając sobie podpaskę.
- Może byś tak ręce umyła - powiedziała, kiedy już wychodziły z łazienki.
- Przejadę mu nią, pod jego wielkimi wąsiskami - mówiąc to Sylwia podniosła rękę do góry i poruszała palcami. - Może wskrzeszę w tym bizonie wreszcie jakiś ogień. Jeszcze nigdy nie widziałam tak niemrawego faceta. Wiesz, jakie to jest podniecające? - powiedziała trochę zajarana.
- Jeżeli ja jestem porąbana, to powiedz mi, kim ty jesteś? - powiedziała kierując się do wyjścia - To pa! Do zobaczenia w domu. Chociaż ty tutaj nie narozrabiaj - dodała, wychodząc od Marty.
Na pewno wcześniej nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. I nie chodziło tu o Martę. Była jej zupełnie obojętna, wręcz jej nie cierpiała od kiedy pamięta. Ale Jurek - to już całkiem inna para kaloszy. Do dzisiaj sama nie wiedziała czy jej na nim zależy. Teraz złapała się na tym, że chyba musi coś w tym być, bo jak inaczej można wyjaśnić jej kiepskie samopoczucie. Nigdy nie czuła się tak fatalnie wracając z jakiejkolwiek imprezy. A przecież powinna być zadowolona, usatysfakcjonowana tym, że najprawdopodobniej rozbiła związek Marty z Sebastianem. Była przekonana, wręcz pewna, że Marta mu nie wybaczy, bo z kim, jak z kim, ale całował się z Matyldą - jej najgorszym, dozgonnym wrogiem.
Snując się tak na piechotę, po nocy ulicami miasta, nawet nie przyszło jej na myśl, że najbliższe pół roku będzie dla niej koszmarem i nie chodzi tu wcale o jej miłosne wzloty i upadki, czy jej stosunki z Martą.
Jej układ trawienny, po prostu z dnia na dzień, zwariował, przestał funkcjonować. Praktycznie wszystko co zjadła wydalała z siebie w postaci płynu. Przez kolejne miesiące w przerażającym tempie traciła na wadze. Jej skóra poszarzała, powypadały jej włosy, mrowienie w piersiach, zawroty głowy, ciągłe lęki. Myśli, które jej towarzyszyły od rana do nocy tylko ją dobijały. W ciągu tych kilkunastu miesięcy nie było lekarza specjalisty, u którego nie szukałaby ratunku. Jednak żaden z nich nie potrafił jej pomóc. Była kierowana na przeróżne badania, począwszy od krwi, moczu, kału, różnego rodzaju wymazy, biopsje, gastroskopie, prześwietlenia, USG, tomografie - jednak ich wyniki nie przyniosły żadnej odpowiedzi. Według specjalistów wszystkie nie odbiegały w jakimś znacznym stopniu od normy. Po pewnym czasie, jeden z lekarzy zakomunikował, że być może jakaś niezidentyfikowana tropikalna bakteria sieje spustoszenie w jej organizmie. Zaproponował specjalistyczne badania w instytucie chorób tropikalnych w Gdańsku. Matylda oczywiście pojechała tam, w najbliższym wolnym, podanym jej terminie. Przez całą podróż pociągiem nie mogła się nad niczym skupić. Książkę, którą zaczęła czytać, po przekartkowaniu dwudziestu stron, nie miała pojęcia, jakiego tematu dotyczy. Gazety, które kupiła w dworcowym kiosku, przerzucała bezmyślnie jedną po drugiej. Myślała tylko o jednym: niech to się wreszcie skończy. Ten strach ją dobijał, a uśmiech na jej twarzy nie gościł już od miesięcy. Zmieniła się nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Czuła się jak wieszak porzucony w piwnicy, z którego nikt już nie chce korzystać. A przecież była niespełna trzydziestoletnią kobietą. Bardzo często zastanawiała się, dlaczego ją to spotkało, czy była to jakaś kara? Po przyjeździe do Gdańska, pół dnia spędziła na przeróżnych badaniach, których wyniki miały przyjść pocztą po trzech tygodniach. Były to najdłuższe tygodnie w jej życiu. W tym czasie zrobiła się jeszcze bardziej nerwowa, zamknięta w sobie. Przez te miesiące tajemniczej choroby powoli poodsuwała się od wszystkich przyjaciółek poza Sylwią. Nie chciała ich litości, zagadkowych spojrzeń, uśmiechów na siłę, udawania, że wszystko jest w porządku. Tak, jak jeszcze wczoraj zazdrościły jej wyglądu, niemalże go wielbiły, teraz o zazdrości nie było mowy a nawet jej się bały choć lekarze zapewniali, że tą chorobą zarazić się nie można. Tego dnia, po powrocie do domu, Matylda nie spodziewała się, że po raz kolejny dostanie deską w głowę.
- Co ty robisz? - spytała, patrząc na Sylwię pakującą walizki.
- Przeprowadzam się do Leszka - odpowiedziała nie podnosząc wzroku znad pakunków.
- Kiedy to sobie wymyśliłaś?- Matylda była szczerze zdziwiona, przecież znały się od lat, zawsze były nierozłącznymi przyjaciółkami.
- Już od dawna Leszek namawia mnie żebyśmy razem zamieszkali. Wiesz jak to jest, musimy sprawdzić czy nadajemy się do wspólnej egzystencji - mówiąc to Sylwia nadal nie podnosiła na nią wzroku.
- Nie, nie wiem jak to jest. Wiem tylko, że kłamiesz. Taka nędzna wymówka, nie stać cię na lepszą? Wiesz doskonale o tym, że nigdy z nim nie ułożysz sobie życia. Jeżeli tylko ktoś ci się trafi, kopniesz Leszka w tyłek aż bańki mu polecą. Powiedz po prostu prawdę, że nie możesz już na mnie patrzeć - powiedziała Matylda z bólem w głosie.
- To nie jest tak jak mówisz - powiedziała Sylwia, dopiero teraz podnosząc wzrok znad walizki. Jej zaszklone, zapuchnięte oczy, świadczyły o tym, że też cierpi.
- A skąd ty wiesz co ja myślę? Już nie zazdrościsz mi cycków, buzi, nóg i tali - w takiej kolejności to było? - spytała Matylda dotykając dłońmi kolejnych części swojego wychudzonego ciała.
- Wierz mi, nadal jestem twoją przyjaciółką - zapewniała Sylwia niemal łkając.
- Czy nie byłaś nią tylko dlatego, że zawsze mogłaś załapać się na jakiegoś faceta, wcześniej przeze mnie odrzuconego? Chyba pamiętasz, że wszyscy, których miałaś, najpierw do mnie się kleili. I to nazywasz przyjaźnią? - w głosie Matyldy słychać było ogromny zawód.
- Naprawdę jestem twoją przyjaciółką. Ale mam fobie i nic na to nie poradzę. Boję się zarazić choć wiem, że jest to niemożliwe i nic mi nie grozi. Ale panicznie się boję, że coś mi się stanie. Boję się używać tych samych rzeczy co ty. Dotykać mydła, pasty do zębów, czy pić z przypadkowej szklanki. Starałam się z tym walczyć, ale tylko się w tym jeszcze bardziej pognębiłam. Sama siebie za to nienawidzę! Jestem tak żałosna..., chciałam to jakoś przetrwać, ale jak złapałam się na tym, że bez powodu zostaję dłużej w pracy a później bez celu włóczę się po sklepach, zrozumiałam, że to bez sensu. Że muszę się wyprowadzić. Masz rację co do Leszka - jest dla mnie nikim. Przykro mi, że go wykorzystuję, ale innego wyjścia nie widzę. Wczoraj byłam u lekarza, skierował mnie do psychiatry. Powiedział, że sama sobie z tym nie poradzę, co mam zrobić? - spytała z zapłakanymi oczami. Przez dłuższą chwilę patrzyły na siebie. Wokół panowała przygnębiająca cisza.
- Przepraszam, że źle cię osądziłam - przyznała Matylda, kiedy już trochę ochłonęła. - Cały czas myślałam, że tylko ja mam ze sobą jakąś jazdę. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że ty możesz mieć z tym jakikolwiek problem. Tym bardziej, że cokolwiek mi dolega, nie jest to zaraźliwe. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że możesz mieć z tego powodu doła. Może kiedyś znów razem zamieszkamy... - powiedziała Matylda bez większego entuzjazmu.
- Bardzo bym tego chciała - zapewniała Sylwia.
- Nigdy nie myślałam, że można zachorować na coś, czego lekarze w dwudziestym pierwszym wieku nie mogą zdiagnozować - powiedziała Matylda otwierając Sylwii drzwi. Nie żegnała się z nią przytulając, czy całując na odchodne. Nie chciała jej pogrążać. Bardzo smutno wyglądało to ich rozstanie, po latach przyjaźni.
Kiedy Sylwia opuściła mieszkanie, Matylda weszła do łazienki. Wyjęła z szafki pudełko z lekarstwami i zaniosła je do swojego pokoju. Położyła na półce, a sama poszła do kuchni po szklankę wody. Przysiadła na rogu łóżka, szklankę postawiła na szafce, prawą ręką sięgnęła po pigułki. Zaczęła je rozpakowywać. Kiedy skończyła, spojrzała na swoją lewą dłoń - była cała wypełniona różnego rodzaju tabletkami, które niemal wysypywały jej się z garści. Prawą ręką sięgnęła po szklankę z wodą, spojrzała w okno, poczuła spokój. Nie widziała już sensu życia. Odszedł od niej ostatni człowiek, na którym najbardziej jej zależało - szkoda. A było tak fajnie - uśmiechnęła się, mówiąc to sama do siebie, wspominając swoje niezbyt długie, ale za to intensywne życie. Swoje dzieciństwo, młodość, studia, różnego rodzaju imprezy i... Jurka. Kiedy o nim pomyślała, przebiegł ją miły dreszcz, poczuła jakby fruwające motyle w brzuchu. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doznała. Tyle czasu już się nie widzieli. Teraz patrząc w okno zobaczyła go w swoich myślach. Czy żałowała tego co zrobiła? Sama nie wiedziała. Według niej, pocałunek Sebastiana był tylko zabawą, czymś w ogóle nieistotnym. Nie uważała żeby zrobiła coś, za co miałaby przepraszać. - Widocznie on odczuwał to inaczej - pomyślała. - Szkoda, a mogło być tak milutko - dodała. Nagle wzdrygnęła się. Jej rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Spojrzała na zegarek - Kto to może być o tej porze? - zastanowiła się wstając z łóżka. Po chwili przeszła przedpokój, odblokowała zasuwę i otworzyła drzwi. Już dawno nie czuła takiego zaskoczenia - każdy, tylko nie ona - pomyślała patrząc na Martę, prędzej by się czarownicy na miotle spodziewała.
- Przyszłaś sobie popatrzeć? Nacieszyć oczy? Boisz się, że umrę i już nie będziesz miała takiej okazji - spytała z sarkazmem.
- Nie - odpowiedziała Marta kręcąc głową.
- A po co? - spytała nadal zdziwiona.
- Wpuścisz mnie? Możemy porozmawiać? - spytała Marta,
Matylda przyjrzała jej się bliżej. Nie dostrzegła tym razem w jej oczach nienawiści czy przebiegłości. Otworzyła szerzej drzwi.
- Wejdź - powiedziała, wpuszczając Martę do środka.
Zamknęła drzwi i obie przeszły do jej pokoju. Usiadły na przeciw siebie, Matylda posłała wymowne spojrzenie, typu: co cię do mnie sprowadza?.
- Chciałabym cię przeprosić - powiedziała Marta, jakby czytając w jej oczach niewypowiedziane pytanie.
- Mnie? Przeprosić? Czy to jest jakiś quiz? Rebus do rozwiązania? Za co miałabyś mnie przepraszać? Kiedy się ostatnio widziałyśmy to ja, narozrabiałam. To ja całowałam się z twoim chłopakiem - powiedziała Matylda kompletnie nie rozumiejąc, o co jej chodzi.
- To był tylko zwykły epizod, do którego ja doprowadziłam już dwadzieścia lat temu.
- Powiem ci, że gubię się - nie bardzo rozumiem? - mówiąc to Matylda rozłożyła ręce.
- To ja swoją zazdrością o ciebie doprowadziłam do nienawiści między nami już dwadzieścia lat temu.
- Dwadzieścia lat temu byłyśmy dziećmi, o czym ty mówisz, o jakiej zazdrości?
- Tak. To zaczęło się dwadzieścia lat temu. Po śmierci twojej mamy bałam się, że to ja skończę w jakimś sierocińcu. Jako ośmiolatka nie rozumiałam dlaczego moja matka bierze cię na kolana, całuje, przytula, głaszcze po głowie. Dlaczego ze mną tego nie robiła. Tak bardzo się bałam, że mi ją zabierzesz. Z czasem moje uczucie przerodziło się w obsesję, następnie w nienawiść. Nawet nie wiesz ile razy życzyłam ci śmierci. Kiedy szłyśmy do pierwszej komunii, modliłam się żebyś umarła. Żeby moja mama zaczęła mnie kochać tak jak ciebie. Dopiero po latach zrozumiałam, jak ona bardzo przeżyła śmierć swojej siostry. Widziała jak bardzo brak ci mamy i sama chciała ten brak nadrobić, żebyś nie czuła się tak samotna. Chciała ci oddać trochę matczynego ciepła, ja jednak tego nie rozumiałam. Widziałam w tobie tylko zagrożenie. I tak hodowałam w sobie tą nienawiść przez następne dwie dekady w międzyczasie zarażając nią ciebie. Z czasem i ty mnie znienawidziłaś. Nawet nie zdawałaś sobie sprawy, z jakiego powodu. Myślałaś, że to uroda jest tego przyczyną, że to o nią jest moja zazdrość, a ja nie wyprowadzałam ciebie z błędu i tak brnęłyśmy przez lata z tą nienawiścią. Oczywiście było to kompletną bzdurą, bo przecież obie miałyśmy zawsze powodzenie u facetów. Nawet nie musiałybyśmy wchodzić sobie w drogę - wyznała Marta.
- Dlaczego wcześniej mi tego nie powiedziałaś? Gdybym nie zachorowała, chciałaś z tym czekać do późnej starości? - spytała Matylda z niedowierzaniem w głosie.
- Wielokrotnie chciałam to wyjaśnić, ale kiedy tylko się widziałyśmy, czekałam na to, jak wypalisz jakiś numer. No i nigdy się nie myliłam. Też pewno nic na to nie poradzisz, że najlepszą obroną jest atak. Tak że przyznasz, że trochę trudno było mi z tego wybrnąć. Nawet nie wiesz co musiałam w sobie przełamać, żeby tu dzisiaj przyjść.
- Powiem ci, że mnie zaskoczyłaś. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Czy mówisz szczerze? Czy to jest jakaś twoja gra? Z drugiej strony musiałabyś być niezłą aktorką, bo po twoich oczach widzę, że nie kłamiesz.
- Kim musiałabym być, żeby tu przyjść i grać przed tobą i to właśnie dzisiaj. Płynie w nas ta sama krew. Jestem już zmęczona tą nienawiścią, której tak naprawdę nigdy nie było, a tylko wyimaginowany dziecięcy strach przed utratą matki. Nie chcę już tej nienawiści. Boję się, że ona kiedyś się na mnie zemści. Naprawdę się boję. Przepraszam za wszystko.
- Tyle czasu straciłyśmy a przecież mogło być zupełnie inaczej...
- Zawsze możemy to nadrobić - powiedziała Marta z miłym uśmiechem.
- Sama nie wiem, czy będziemy miały wystarczająco dużo czasu. Według lekarzy nic mi nie dolega, jednak kiedy osiągnę wagę kurczaka powiedzą, że wykończyła mnie dieta - smutno skomentowała Matylda.
- Nawet o tym nie myśl. Będąc dzieckiem modliłam się o to żebyś umarła. Teraz każdego dnia proszę Boga o to, żebyś wyzdrowiała.
- Dzięki za to. Nie wiem czy modlitwa coś tu pomoże. Ale dobrze byłoby, żeby chociaż mi powiedział, na co jestem chora.
- Rozmawiasz z nim?
- Mówisz o Bogu?
- Tak.
- Nie rozmawiałam z nim wcześniej, nie będę i teraz. Trzymam się z dala od przysłowia o trwodze, a mówienie mu, że go kocham, dopiero w chwili kiedy jestem w takim stanie, byłoby nie fair.
- Cały świat jest nie fair. Myślisz, że zauważyłby, że wcześniej tego nie mówiłaś?
- Jeżeli naprawdę istnieje to - tak. A jeżeli jest inaczej, to moje zapewnienia o miłości do niego i tak nie będą miały żadnego znaczenia.
- Niezła filozofia.
- Wierz mi, że każdy kogo życie kopnie w dupę, staje się na swój sposób filozofem. Przestaje myśleć o tym co jutro na siebie włoży, z kim pójdzie na kolację, czy seks z nowym partnerem będzie udany, jak wysoką dostanie podwyżkę w pracy, czy prędko awansuje - to wszystko nie ma znaczenia, kiedy już nie chcesz przeglądać się w lustrze i błądzisz myślami w zaświatach, cały czas zastanawiając się, co z tobą będzie, kiedy to się skończy. I wtedy dochodzisz do wniosku, że wszystko jest bez sensu, kiedy już cię nic nie cieszy, kiedy nie potrafisz już się śmiać, płakać, kochać, złościć. Wtedy zaczynasz filozofować dlatego, że już nie jesteś sobą a stoisz gdzieś obok - Matylda zakończyła swój wywód gestykulując rękoma.
- Co ty masz w dłoni? - spytała Marta patrząc na zaciśniętą rękę Matyldy, z której wysypywały się pojedyncze pigułki.
- To? - Odpowiedziała pytaniem Matylda otwierając dłoń.
- Co ty chciałaś zrobić? - spytała przerażona Marta.
- Oddać się całkowicie filozofii - odpowiedziała Matylda ze smutnym uśmiechem.
- Dzięki Bogu, że Sylwia do mnie zadzwoniła. Błagała żebym do ciebie wpadła. Powiedziała, że jesteś w kiepskim stanie. Aż się boję pomyśleć, co by się stało gdybym nie odważyła się tu dzisiaj przyjść - powiedziała Marta wyjmując ampułki z dłoni Matyldy.
- Zadzwoniła do ciebie?
- Tak.
- Tak źle ją oceniłam. Martwi się o mnie, jednocześnie bojąc się mnie. Paradoks - mówiąc to Matylda uśmiechnęła się.
- Dziwisz się? Przecież jest twoją najlepszą przyjaciółką.
- Tak, to prawda, jest moją najlepszą przyjaciółką, a ja w nią zwątpiłam.
- Czy mogę być o ciebie spokojna? Nie zrobisz nic głupiego? Nic takiego, z czym byłoby mi ciężko teraz żyć - spytała Marta z troską w głosie.
- Możesz być spokojna. Tak naprawdę sama nie wiem czy chciałam to zrobić. Byłam w takim dole... Cieszę się, że przyszłaś. Bardzo się cieszę - powiedziała Matylda przypatrując się Marcie - Tak naprawdę to wcale nie jesteś taka ładna. Nie wiem o co byłam zazdrosna - powiedziała Matylda ze szczerym, ślicznym uśmiechem.
- No pewnie - odpowiedziała Marta równie słodko się uśmiechając. -
- To może jednak wrócimy do starej rzeczywistości? - zaproponowała przewrotnie Matylda.
- Nigdy! - odpowiedziała stanowczo Marta słodko marszcząc nos. Po czym wstała, podeszła do Matyldy, wzięła ją w ramiona i z całych sił wyściskała. Matylda zrobiła to sam i jak to baby, obie się poryczały.
- Odwiedzę cię jutro - zapewniła przy wyjściu Marta.
- Już nie mogę się doczekać - odpowiedziała Matylda zamykając za nią drzwi.
Marta swoim przyjściem niewątpliwie poprawiła jej humor, a jej szczere wyznanie tak jakby zabrało z niej część choroby. Niezaprzeczalna miłość Sylwii również podniosła ją na duchu. Jeszcze kilka godzin temu miała myśli samobójcze, a teraz po raz pierwszy z radością idzie spać. Nieważne, co będzie jutro, czy choroba się pogłębi. Jedno jest pewne - dzisiaj miała najszczęśliwszy dzień od miesięcy. Nie wiedziała komu za to dziękować. Chociaż może wiedziała..., jednak nie chciała o tym myśleć. W ciągu kolejnych miesięcy zrezygnowała z wszelkich wizyt lekarskich. Miała już dość ich diagnoz, miotania się między przeróżnymi badaniami. - Co będzie, to będzie - powtarzała co wieczór, aż do chwili swoich trzydziestych urodzin. Tego dnia, jak co rano w pierwszej kolejności odwiedziła łazienkę, żeby jak to mawiała, odkręcić kurek z szambem. Usiadła na sedesie, popatrzyła na kafelki i oniemiała. Nic się nie działo. Każdego innego dnia, gdy tylko usiadła na "tronie", po prostu z niej się lało jak z zapchanej rynny w czasie burzy. A dzisiaj nic. Siedziała tak z pół godziny - nadal nic. Kiedy po jakimś czasie zabolał ją już wychudzony tyłek, wstała, umyła ręce, poszła do kuchni i jak zwykle pochłonęła śniadanie, cały czas zastanawiając się co się dzieje. Przez cały dzień co godzinę chodziła do łazienki i nadal nic. Nie mogła się doczekać kolejnego poranka. Serce jej biło jak zawiedziony tacą ksiądz na ambonie. Ponownie usiadła na sedesie i znowu nic. Kolejne dni - to samo. Przez tydzień nie padła z nie nawet kropla. Nadal nie mogła w to uwierzyć. W połowie następnego tygodnia wyciągnęła spod łóżka wagę. Nie robiła tego od miesięcy. Jej serce znów zaczęło łomotać jak esesman do drzwi. Weszła na nią i oniemiała. Łzy cisnęły jej się do oczu, była o dwa i pół kilograma cięższa od ostatniego ważenia.
Następne cztery miesiące były najpiękniejszym okresem w jej życiu. Systematycznie przybierała na wadze. Jej układ trawienny wyregulował się. Zachowywał się tak, jakby sobie po prostu wrócił z dalekich wakacji. Matylda przez cały ten okres utrzymywała bliskie relacje z Sylwią. Oczywiście był to tylko kontakt telefoniczny, ze względu na lekarza, który sugerował Sylwii, że na jej osobiste spotkanie z Matyldą jest jeszcze za wcześnie. Że jej psychika może sobie z tymi emocjami nie poradzić. Sylwia niejednokrotnie buntowała się przeciw temu, była przekonana, że na spotkanie z nią jest już gotowa, że da radę. Jednak Matylda konsekwentnie unikała rozmowy na ten temat, nie chciała pogrążać przyjaciółki. Miała w pamięci ich ostatnie spotkanie i roztrzęsioną w czasie niego Sylwię. Była również przesądna i bała się za wcześnie podzielić swoim szczęściem z przyjaciółką. Cały czas targało nią przerażenie, że ta okropna trauma może w każdej chwili powrócić - tego bała się najbardziej. Również tego, że po raz drugi z tym piekłem na ziemi może sobie nie poradzić.
- Może teraz ja powinnam pogadać z psychiatrą - powiedziała sama do siebie któregoś kolejnego, szczęśliwego dnia, trzymając telefon w dłoni. Wybrała numer Sylwii. Nie miała jednak pojęcia jak ma jej zakomunikować o swoim szczęściu. Sama nie wiedziała dlaczego jest tym tak bardzo podekscytowana. Czuła się jak małe dziecko zimą na górce. Czy ma zjechać? Czy mama zdąży złapać sanki? Po długich przemyśleniach nacisnęła zieloną słuchawkę jednak postanowiła nie dzielić się z Sylwią swoją radością. - Niech to będzie niespodzianką - pomyślała, po czym przystawiła aparat do ucha.
- No cześć! - usłyszała po chwili - Co tam słychać? - rutynowo spytała Sylwia.
- Chyba wszystko w porządku, kosmici nas nie atakują, nikt mnie nie chce zgwałcić, jednym słowem - nuda - odpowiedziała równie rutynowo Matylda.
- A miałabyś na to ochotę?
- Pytasz o gwałt? Pewnie że tak. Nikt mnie nie dotykał od miesięcy. Ty byś nie miała na to ochoty?
- Nie bardzo - odpowiedziała bez entuzjazmu Sylwia.
- Mówisz tak, bo masz faceta pod ręką, a raczej pod nogą.
- Myślisz o Leszku?
- A niby o kim?
- Z nim wszystko jest do bani. Nasze wspólne życie jest kompletną porażką, katastrofą, po prostu klopsem w kiblu. Każdego dnia staram się koloryzować nasz związek, ale Leszek jest niereformowalny albo ja jestem do niczego. W każdym razie jest tak jak mówiłaś, cały czas rozglądam się za kimś, do kogo mogłabym się odezwać, przytulić, pokiziać.
- A z nim nie rozmawiasz? Nie przytulasz się? Chyba sypiacie ze sobą?
- Tak, sypiamy ze sobą. Praktyczne tylko sypiamy. A co do rozmowy, to jest inna bajka, ja z nim nie mam o czym rozmawiać. Jedyny temat do rozmów, na paśmie w którym on nadaje, to rozmnażanie się orangutanów w rezerwacie Serengeti. Kiedy się poznaliśmy, nawet mi tą przyrodniczą wiedzą imponował. Ale ile można słuchać o antylopach gnu i polujących na nie lwach albo przemierzających setki kilometrów albatrosach? Przecież on w Internecie siedzi tylko na takich portalach. Żeby chociaż chciał od czasu do czasu porozmawiać o polityce, która jest mi równie obca albo o światowych rynkach ropy naftowej, których też nie rozumiem, czułabym jakieś urozmaicenie. Ale na okrągło rozmawiać o żabach błotnych, które przemierzają kupę drogi tylko po to, żeby gdzieś tam, w jakiejś sadzawce złożyć swoją spermę, to dla mnie za dużo. Sex z nim stał się też nudny. Czuję jakbym kopulowała z jakimś zającem: tryku, tryku, tryku, później wyliże sobie jajka i idzie spać. Jest tak, jak kiedyś powiedziałaś, gdybym spotkał kogoś ciekawego, nie zastanawiałabym się nawet przez chwilę.
- Po prostu go zostaw, a życie samo się jakoś ułoży. Ono nie lubi pustki.
- Tobie łatwo powiedzieć, facetów masz na pęczki... cholera przepraszam... zapomniałam się przez chwilę.
- Nic się nie stało - Matylda uśmiechnęła się sama do siebie. - Nie byłoby mi tak wesoło jeszcze kilka miesięcy temu - pomyślała.
- Przepraszam. Widzisz jaką jestem egoistką? Ale ja nie potrafię być sama, a nie mam takiego brania, jak ty miałaś kiedyś. To jest niesprawiedliwe. Nie jestem za piękna - mogę to zrozumieć, ale powinnam w czymś innym być dobra, mieć jakiś talent, w muzyce, w malarstwie, w biznesie, a tu nic. Jedyny mój talent to wydawanie kasy po wypłacie i skubanie Leszka - w tym jestem bystra jak wiewiórka przy orzechach.
- Może jakiś w sobie jeszcze odkryjesz, nigdy nic nie wiadomo. Może jakieś olśnienie kopnie cię kiedyś w tyłek.
- Oby to olśnienie nie chodziło na dwóch nogach.
- Wierz mi, życie jest najbardziej nieprzewidywalnym zjawiskiem. I nigdy nie zrozumiemy, jakie figle nam szykuje, tak że przestań się dołować, bo mi się jeszcze to udzieli. A co do Leszka, po prostu go zostaw. Nie mówię tego żebym coś do niego miała, tylko od zawsze wiedziałam, że do siebie nie pasujecie. A może on też się męczy w tym związku? Nie pomyślałaś o tym? Może chciałby być z jakąś laską, którą fascynują bocianie gody?
Nastąpiła chwila ciszy, świadcząca o tym, że Sylwia nigdy nie brała tego pod uwagę.
- Nie wiem, nigdy w ten sposób o tym nie myślałam. Chyba naprawdę jestem cholerną egoistką, nawet nie spytałam jak ty się czujesz?
- Jak koza po obiedzie.
- A jak się czuje koza po obiedzie?
- Jest nadal głodna.
- To dobrze, że chociaż masz apetyt.
- Może się spotkamy? - zaproponowała ni z tego ni z owego Matylda.
- Super! - odpowiedziała spontanicznie Sylwia. Niewątpliwie była zaskoczona tą nagłą propozycją przyjaciółki - Myślałam, że już nigdy nie będziesz chciała mnie oglądać - dodała.
- Dlaczego miałabym nie chcieć cię oglądać? - spytała zdziwiona Matylda.
- Wyprowadziłam się od ciebie, zostawiłam cię samą a przyjaciela poznaje się w biedzie, tak gdzieś słyszałam.
- Przecież wyjaśniłyśmy to sobie. Też miałaś swój problem. Nadal chodzisz na terapię?
- Tak, nawet mi to pomaga.
- Więc się spotkajmy, tęsknię za tobą. Bardzo za tobą tęsknię.
- Nawet nie wiesz jak bardzo ja tęsknię.
- No to jak już jesteśmy za sobą tak bardzo stęsknione, to na co czekamy? Chyba że lekarz ci zabronił...- spytała Matylda.
- Do diabła z lekarzem!
- To gdzie się spotkamy?
- Może w Stalówce - Sylwia zaproponowała kawiarnię.
- Super, dawno tam nie byłam.
- To kiedy będziesz mogła tam się doczłapać?
- Za dwadzieścia trzy minuty - powiedziała Matylda patrząc na zegarek.
- Jesteś szalona jak zawsze. Już się ubieram. To pa - mówiąc to Sylwia rozłączyła się.
- Pa - odpowiedziała Matylda, po czym odłożyła telefon na szafkę w przedpokoju.
Spojrzała w lustro, przeczesała palcami włosy, uśmiechnęła się i wyszła z mieszkania. Po chwili zbiegła po schodach. Do kawiarni miała niedaleko - dwie przecznice. Pokonała je w dziesięć minut. Czuła się tak podniecona, jak nastolatka przed pierwszą randką. Po przybyciu na miejsce nie weszła do kawiarni. Stanęła kilkanaście metrów od niej i z podwyższoną adrenaliną czekała na Sylwię. Po kilku minutach zobaczyła biegnącą przyjaciółkę po drugiej stronie ulicy. Sylwia w pewnej chwili zwolniła, zatrzymały ją światła przed przejściem dla pieszych. Ze zniecierpliwienia przestępowała z nogi na nogę, cały czas spoglądając na sygnalizację, to dla zmotoryzowanych, to dla pieszych, jakby miało to przyśpieszyć zmianę świateł. W pewnym momencie, kręcąc tak głową z lewa na prawo, po drugiej stronie ulicy zobaczyła Matyldę. Patrzyła na nią z rozchylonymi ustami. Z jej oczu, wielkie jak grochy, pociekły łzy. Kiedy zapaliło się wreszcie zielone światło, wystrzeliła jak koń wypuszczony z boksu na torze wyścigowym.
Nie rozglądając się wokół, wtargnęła na ulicę, o mało nie potrącił jej samochód, który z opóźnieniem wjechał na pomarańczowym świetle. Kiedy przebiegła na drugą stronę, nie wyhamowała. Z rozpędem wpadła Matyldzie w ramiona. Nie mogła wprost uwierzyć, Matylda była zdrowa. Obie, będąc w zakleszczone w uścisku, zaczęły kręcić się dookoła, niemalże tańczyć, po całym chodniku. Jak dwa zwarte ze sobą misie koala. Ludzie przechodzący obok rozglądali się dookoła za kamerami, czy czasami nie jest tu kręcony jakiś film. W każdym razie tak to wyglądało.
- Kocham cię! Tak bardzo cię kocham! Dlaczego mi nic nie powiedziałaś!? - chaotycznie wypytywała Sylwia - Jeszcze dzisiaj wprowadzę się do ciebie! - krzyczała, kiedy już ochłonęły.
- Chyba żartujesz, znów miałabym się z tobą męczyć? Wiesz ile mam teraz przestrzeni?! - zaśmiała się Matylda.
- Akurat! Zaraz lecę obwieścić Leszkowi nowinę, że od niego spadam. A jeżeli będzie miał ochotę na sex, będzie musiał użyć wyobraźni i zdać się na swoją rączkę - szczęście aż się z niej wylewało.
- Zawsze wiedziałam, że z ciebie świnia, ale nie przepuszczała, że kosmiczna. Nie pomyślałaś o tym, że Leszek tą wiadomością może załamać się jak notowania na giełdzie? - zaśmiała się Matylda.
- Mówiłam ci, że miałaś rację. My do siebie nie pasujemy. Znów jesteś piękna! Już nigdy nie będę ci zazdrościła. Nie wspominałam o tym wcześniej, ale obwiniałam się nieraz, że to przez moją zazdrość cię to spotkało. A przecież tak bardzo cię kocham! Ale powiedz, kiedy wyzdrowiałaś, bo przecież nie w ciągu tygodnia? - spytała Sylwia z niedowierzaniem przyglądając się Matyldzie.
- Tak jak któregoś dnia to do mnie przyszło, tak któregoś dnia po prostu sobie poszło. Było to jak kosmiczna kula, która krąży i czegoś dotyka. Nie wiem czy któregoś dnia do mnie nie wróci. Na pewno nie będę za tym czymś tęskniła. Wiem też jedno - nie mam wrogów, bo nie ma człowieka na świecie, któremu życzyłabym tego, co przeszłam. Ten codzienny strach przed zaśnięciem, depresja po przebudzeniu, bezsens codziennego życia. Wszystkie problemy stają się niczym, kiedy patrzysz w lustro i widzisz, że powoli umierasz a przecież jesteś dopiero przed trzydziestką.
- Że ty to wytrzymałaś?! Ja bym na pewno się załamała, nie jestem tak silna jak ty.
- Tak ci się tylko wydaje. Nawet nie wiesz ile człowiek może znieść w chwilach próby. Oczywiście, że przychodzą momenty słabości, zwątpienia. Ja też takie miałam. Wtedy jedyne co cię powstrzymuje przed tym ostatnim krokiem, jest strach przed Bogiem. Bo co miałabym mu powiedzieć gdybym ten krok zrobiła? Że się przestraszyłam, że już nie jestem ładna? Że zawaliłam? A może to właśnie była dla mnie jakaś próba.
- Nawróciłaś się? - spytała Sylwia nadal mocno trzymając Matyldę pod rękę.
- Nie, ja nigdy się od niego nie odwróciłam. Po prostu gdzieś tam o nim zapomniałam. Myślałam, że wszystko co mam, dostałam już na zawsze. Przecież nie byłam złym człowiekiem. Nigdy nie zrobiłam nikomu jakiejś znaczącej krzywdy, wiesz, takiej wybiegającej poza skrajne ramy. Ale kiedy byłam w tej matni, czułam się taka samotna, opuszczona... Ci poodwracani ode mnie ludzie... tak naprawdę tylko on mi został. Kiedy w jakiś tam sposób ozdrowiałam - Matylda mówiąc to przystanęła na chwilę - poszłam do kościoła. Siedziałam na ławce z godzinę. Nie dziękowałam, nie przepraszałam, nie modliłam się, tylko siedziałam i patrzyłam na umęczonego Chrystusa na krzyżu. Zastanawiałam się dlaczego on to zrobił? Dlaczego w taki sposób oddał swoje życie? Przecież był zdrowy. Nietrudno się poświęcić, będąc schorowanym, na wykończeniu, będąc w dole, w depresji... ale kiedy człowiekowi nic nie dolega, kiedy jest zdrowy, szczęśliwy, w jakiś tam sposób spełniony... Dlaczego on tak się poświęcił? Dla ludzi? Czy oni, to znaczy my, jesteśmy tego warci?
- Łał, ale jazda! - Sylwia patrzyła na Matyldę wielkimi oczami - Mówisz jak biskup, albo nawet papież - zachwyciła się filozoficznym wywodem przyjaciółki. - Ale masz teraz gadane! Autentyczna metamorfoza! Chyba nie będziemy już wchodziły do kawiarni? - spytała Sylwia, nadal ściskając jej ramię.
- Nie - odpowiedziała Matylda z prześlicznym uśmiechem, po czym ruszyły w kierunku domu.
Tak jak Sylwia zapowiedziała, w ciągu następnych kilku dni zamieszkały znowu razem. Matyldzie bardzo tego brakowało. Jak by nie było, ogromną większość swojego życia mieszkała z kimś. A to samotne bytowanie przez ostatnie miesiące nie było dla niej najlepszym wspomnieniem. Dość, że samotna, to jeszcze zdołowana niezdiagnozowaną chorobą. Często ten kiepski okres wspominała i bała się, czy to czasami kiedyś nie wróci. Bardzo się bała, już nigdy nie chciała być sama. Kiedy zamykała za sobą drzwi po wyjściu z mieszkania, kiedy zbiegała schodami w dół, kiedy wsiadała do autobusu, nigdy po powrocie do domu nie chciała już być w nim sama. Jej stosunki z Martą uległy radykalnej zmianie. Często się spotykały i jakiejkolwiek nienawiści nie było już mowy. Zresztą tak naprawdę tej nienawiści nigdy nie było. Raczej dziwna forma konkurencji ze strony Marty, a Matylda po prostu się temu poddała. Często zastanawiała się czy może ta choroba nie pomogła jej w jakiś sposób uregulować i wyprostować swojego życia. Przecież, żeby nie ona, zapewne wszystko zostałoby po staremu. Nic tak naprawdę by się w nim nie zmieniło. Nadal brałaby pełnymi garściami, nic nie oddając. A życie jest jedną wielką tajemnicą, od chwili poczęcia, poprzez zaskakujące zwroty w czasie jego trwania, aż do chwili pożegnania - kontynuowała swoje rozmyślania, jadąc któregoś dnia autobusem do pracy. - Przecież nie zostaliśmy stworzeni tylko do jedzeni, spania, kopulowania, jak to robił człowiek tysiące lat temu, a wszystkie inne stworzenia po dziś dzień. Może to, co przeżyłam, czemuś ma służyć - powiedziała na koniec sama do siebie.
- Proszę bilety do kontroli - niespodziewanie kanar przerwał jej rozważania. Matylda otworzyła torbę i zaczęła grzebać w swoim skórzanym śmietniku. Tym razem portfel odnalazła od razu. Wyjęła z niego bilet miesięczny i podała kontrolerowi podnosząc przy tym na niego wzrok. Jednak jej ręka bezwładnie zatrzymała się na wysokości jego kolan, znieruchomiała, serce stanęło jej w miejscu. Na końcu autobusu, oparty o szybę, stał wpatrzony w nią Jurek.
- Poda mi pani ten bilet? - spytał kanar nie bardzo wiedząc o co pasażerce chodzi. Czy ma usiąść obok niej, żeby go sobie sprawdzić, czy też ma przed nią uklęknąć.
- Przepraszam - powiedziała Matylda zaskoczona widokiem Jurka, jednocześnie podnosząc rękę z biletem do góry. - Proszę - powiedziała podając mu, cały czas wpatrzona w tylną część autobusu. W chwilę później Jurek podszedł do niej.
- Cześć - powiedział siadając naprzeciw.
- Cześć - odpowiedziała miło się uśmiechając. Jej serce w tym czasie biło jak rozhuśtany dzwon kościelny.
- Piękna jak zwykle - powiedział patrząc na nią z nieukrawanym podziwem, nie zdając sobie sprawy z tego, co ta dziewczyna przeżyła od ich rozstania. - Tyle czasu minęło... miło cię znów widzieć. Rany już mi się zabliźniły - mówiąc to przyłożył rękę do serca, szeroko się uśmiechając. - Ożeniłem się, zostałem ojcem. A czy ty ułożyłaś sobie z nim życie? - spytał.
- Z kim? - Matylda zrobiła wielkie oczy, nie wiedząc, o kogo mu chodzi.
- Z Sebastianem. Tak chyba ma na imię.
- Skąd ci to przyszło do głowy? - odpowiedziała wzruszając ramionami.
- Widziałem coś, co wtedy było dla mnie bardzo ważne. Co przekręciło moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Stąd mi to przyszło do głowy. Być może jestem staroświecki, bo kiedy widzę jak dziewczyna, do której coś czuję, którą kocham, całuje się z innym facetem na moich oczach, do głowy może przyjść mi tylko jedno - trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu, tsunami, masakra, tragedia. Coś, po czym serce marszczy się jak ziemia na Saharze - Jurek wyrzucił z siebie jednym tchem swój ból, a ona patrzyła na niego i nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć.
- Nawet przez myśl mi nie przeszło, że tak to odbierzesz - wreszcie po chwili się odezwała. - Przecież wiedziałeś, jakie chore relacje były między mną a Martą. Na szczęście mamy to już za sobą. Myślałam, że ten pocałunek z Sebastianem ciebie w ogóle nie obejdzie. To był po prostu najzwyklejszy wygłup. Wtedy nie wiedziałam na czym mi zależy. Nie wiedziałam co to jest prawdziwy związek, bo nigdy takiego nie miałam. Spotykałam się z wieloma facetami, ale były to tylko spotkania. Myślałam, że tak będzie zawsze, że to normalne. Wtedy wydawało mi się, że dwudziestoletnie związki to jest jakiś chory wymysł. Nawet krowie znudzi się na jednym pastwisku, chętnie pożuje trawę u sąsiada za miedzą. Przykro mi, że znalazłeś się wtedy między granatem a wykopem i za darmo oberwałeś. Jednak bardzo się cieszę, że założyłeś rodzinę i chociaż ty, szczęśliwie ułożyłeś sobie życie - powiedziała szczerze. Jurek się tylko miło uśmiechnął.
- Chcesz powiedzieć, że masz trzydziestkę, a zachowywałaś się jak rozwydrzona smarkula z podstawówki? Do tej pory nie mogę zapomnieć, jak namiętnie go całowałaś, a ja głupi myślałem, że między nami to coś poważnego, coś na stałe. A tu taki strzał prosto w serce. A mówią, że rude to wredne. Wiesz, że przez osiemdziesiąt dziewięć dni od naszego rozstania jeździłem twoim autobusem, o twojej porze, w nadziei, że cię tam spotkam, że mi to jakoś wytłumaczysz. Wreszcie, po jakimś czasie, zrozumiałem, że zmieniłaś pracę, albo nie chcesz już mnie oglądać. Przeklinałem tą miłość każdego dnia. Teraz już spokojnie mogę o tym mówić. Rano ją przeklinałem, a wieczorem dziękowałem Bogu za wszystkie spędzone z tobą chwile. Wydawało mi się, że moja miłość wystarczy za nas oboje. Jednak później do mnie dotarło, że to musi działać w obie strony. Zrozumiałem, że ty nie potrafisz kochać, a twój czajnik nigdy nie zagwizdał. I to wcale nie była twoja wina, po prostu jesteś zbyt ładna i ze zbyt wielką łatwością ci wszystko przychodzi. Jednak miłość to nie jest ładna kiecka, fajna fryzura, piękna buzia, czy śliczne ciało. Pewnie i tak jest na początku, ale to zauroczenie z czasem przechodzi w codzienną rzeczywistość, niepopłacone rachunki, popsuta pralka, pusta lodówka, choroba ukochanej osoby, różnego rodzaju zmartwienia. Wtedy dopiero się sprawdzasz, czy nie wybuchniesz, czy nie odejdziesz, czy nie zostawisz tego, którego myślałaś że kochasz. Miłość jest tym wszystkim, co następuje później. Nam widać nie było dane tego przeżyć. Życzę ci żebyś była szczęśliwa, bo piękna już i tak pozostaniesz na zawsze - powiedział dotykając palcami kosmyka jej włosów na czole. Jednak nie potrafił wstać i odejść, siedzieli tak przez dłuższą chwilę, tylko patrząc sobie w oczy.
- Jakkolwiek by mi się życie nie ułożyło, nigdy o tobie nie zapomnę - wyznała wreszcie Matylda. Już od dawna wiedziała, że to najpiękniejsze z uczuć cały czas miała przy sobie, na wyciągnięcie ręki. - Jeżeli istnieje jakakolwiek definicja miłości, to teraz wiem, że były we mnie całe jej pokłady, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, jednak zrozumiałam to za późno - przyznała uśmiechając się. - Dziewczynka czy chłopiec? - spytała po chwili zmieniając temat.
- Słucham? - odpowiedział pytaniem Jurek, trochę się przy tym gubiąc.
- Powiedziałeś, że zostałeś tatą. Spytałam czy masz synka, czy córeczkę - mówiąc to, Matylda delikatnie się uśmiechnęła.
- Nigdy się nie ożeniłem, nigdy nie zostałem ojcem, nigdy też nie przestałem cię kochać - powiedział biorąc jej rękę w swoje dłonie, wzruszając przy tym ramionami. - A jeżeli już jesteśmy przy dzieciach, bardzo bym chciał je mieć, z kimś takim jak ty - dodał patrząc w jej śliczne oczy.
- Czy to jest jakaś gra? - spytała niewinnie marszcząc czoło, zaskoczona takim zwrotem akcji.
- Tak, to jest gra. Całe życie jest grą, a ty jesteś w niej główną wygraną.
- Mam nadzieję, że tym razem, uda mi się tego nie spieprzyć - powiedziała Matylda dotykając dłonią jego złotej czupryny.