Piąty student - Jon R. Katzenbach

Reflow text when sidebars are open.
Timothy Warner znalazł ciało swojego stryja tylko dlatego, że rano obudził się z intensywnym i przerażająco znajomym łaknieniem, wewnętrzną pustką, która buczała głęboko i bez przerwy, niczym głośny, fałszywy akord zagrany na gitarze elektrycznej. Najpierw miał nadzieję, że to jakaś resztka snu o bezkarnym obalaniu kolejnych lufek zmrożonej wódki. Wtedy przypomniał sobie, że nie pije już dziewięćdziesiąt dziewięć dni, i uświadomił, że jeżeli chce dotrwać do stu, musi bardzo się postarać, aby przebrnąć ten dzień na trzeźwo. I dlatego, kiedy tylko stopami dotknął zimnej podłogi obok łóżka, i jeszcze zanim zerknął przez okno, jaka jest pogoda, albo jeszcze zanim przeciągnął ramiona nad głową, próbując tak wmusić trochę siły w zmęczone mięśnie, już sięgnął po iPhone'a, klikając aplikację podliczającą jego trzeźwość. Wczorajsze dziewięćdziesiąt osiem przeskoczyło na dziewięćdziesiąt dziewięć.
Przez chwilę wpatrywał się w cyfry. Już nie czuł oszałamiającej satysfakcji, nie czuł nawet odrobiny radości z sukcesu. Tamten entuzjazm minął. Teraz rozumiał, że licznik stanowi tylko kolejne przypomnienie, że ciągle ryzykuje - błędem, rezygnacją, tym, że się pomyli, potknie.
A wtedy byłby już martwy.
Może nie tak od razu, ale wcześniej czy później. Czasem myślał, że trzeźwość jest takim chwianiem się na krawędzi wysokiego klifu, kiedy w głowie kręci się od patrzenia pod nogi, prosto w Wielki Kanion, a ciałem bez przerwy szarpie wicher. Wystarczy mocny podmuch, żeby runąć głową w dół.
Wiedział o tym tyle, ile mógł wiedzieć każdy.
Po drugiej stronie pokoju stało tanie lustro, wysokie na trzy czwarte, w czarnych ramach i oparte o ścianę jego niewielkiego mieszkania, zaraz obok drogiego roweru, którym jeździł na zajęcia - samochód oraz prawo jazdy stracił przy okazji ostatniego niepowodzenia. Teraz miał na sobie tylko luźną bieliznę, stał i patrzył na swoje ciało.
Tak naprawdę wcale nie podobało mu się to, co widział.
Kiedyś był szczupły i muskularny, teraz zrobił się chudy jak trup. Tylko żebra i mięśnie, do tego kiepski tatuaż ze smutną twarzą klauna na lewym ramieniu, pamiątka po pijackiej nocy. Kruczoczarne włosy nosił długie, potargane. Ciemne brwi i ujmujący, trochę krzywy uśmiech sprawiały, że wyglądał na milszego, niż sądził, że naprawdę jest. Nie miał pojęcia, czy jest przystojny, chociaż dziewczyna, którą uważał za naprawdę piękną, powiedziała mu kiedyś, że tak. Miał długie, chude ręce oraz nogi biegacza. W liceum był rezerwowym skrzydłowym drużyny futbolowej i wzorowym uczniem, takim gościem, do którego chodziło się po pomoc przed sprawdzianem z chemii albo kiedy trzeba było oddać niebezpiecznie zaległy esej z angielskiego. Jeden z największych zawodników z drużyny, olbrzym grający na pierwszej linii, skradł mu cztery litery ze środka imienia, tłumacząc, że po prostu Tim albo Timmy nie pasują do jego często nawiedzonego wyglądu. "Moth", czyli Ćma, przyjęło się, czym Timothy Warner zbytnio się nie przejął, bo uważał, że ćmy mają sporo zalet i ryzykują lot niebezpiecznie blisko płomieni, pchane obsesją poszukiwania światła. Od tamtej pory rzadko używał pełnego imienia, wyjąwszy różne formalne okazje, spotkania rodzinne czy mityngi anonimowych alkoholików, kiedy przedstawiał się słowami: "Cześć, jestem Timothy i jestem alkoholikiem".
Nie sądził, żeby jego będący gdzieś daleko rodzice albo tak bardzo odizolowani starszy brat i siostra w ogóle pamiętali to licealne przezwisko. Jedyną osobą, która używała go regularnie i z czułością, był jego stryj, do którego numer pospiesznie teraz wybierał, patrząc na swoje odbicie. Ćma wiedział, że musi chronić się przed sobą samym, a telefon do stryja stanowił całkiem niezły pierwszy krok do samoocalenia.
Tak jak się spodziewał, usłyszał automatyczną sekretarkę: "Tutaj doktor Warner. Obecnie jestem u pacjenta. Proszę zostawić wiadomość, odezwę się niezwłocznie".
- Stryju Edzie, tutaj Ćma. Dzisiaj od rana naprawdę strasznie mnie ciśnie. Muszę pójść na spotkanie. Możesz do mnie przyjść, do Redemptora Jeden, dzisiaj tak na szóstą wieczorem? Zobaczymy się i może będziemy mogli potem pogadać. Myślę, że jakoś dam radę przetrzymać ten dzień.
Nie wiedział, że to ostatnia taka krucha obietnica.
Nie wiedział o tym również stryj.
Może, pomyślał Ćma, powinienem iść na południowe spotkanie w klubie studenckim na uniwersytecie albo na poranne spotkanie na tyłach sklepu Armii Zbawienia, tylko sześć ulic stąd. A może po prostu lepiej wpełznąć z powrotem do łóżka, naciągnąć sobie kołdrę na głowę i schować się tak aż do spotkania o szóstej.
Najbardziej odpowiadały mu spotkania wczesnym wieczorem w Pierwszym Kościele Redemptorystów, który razem ze stryjem w skrócie nazywali Redemptorem Jeden, z wygody i po to, żeby dać świątyni nazwę egzotycznego kosmolotu. Przychodził tam regularnie, tak jak wielu prawników, lekarzy oraz innych profesjonalistów, którzy woleli wyznawać swoje żądze w zacisznej, wyłożonej boazerią kościelnej sali spotkań, na mięciutkich, obitych sztuczną skórą sofach - a nie tam, gdzie zwykle odbywały się takie spotkania, czyli w niskich piwnicznych izbach, na składanych metalowych krzesełkach i w ostrym świetle znad głowy. Bogaty fundator przez alkohol stracił kiedyś brata i to za jego pieniądze były te wygodne siedzenia oraz świeża kawa. Redemptor Jeden robił wrażenie miejsca ekskluzywnego. Ćma, jak na razie, pozostawał tam najmłodszy.
Dawni pijacy i byli nałogowcy, którzy zjawiali się w Redemptorze Jeden, pochodzili z dalekich światów, o których Ćmie ciągle kiedyś opowiadano i do których miał kiedyś trafić. A przynajmniej ci, którzy przypuszczalnie nie znali go dobrze, uważali, że powinien zostać lekarzem, prawnikiem albo odnoszącym sukcesy biznesmenem.
Ale niepijącym lekarzem, uzależnionym prawnikiem albo naćpanym biznesmenem.
Ręka lekko mu zadrżała. Pomyślał sobie: Nikt przecież nie powie dzieciakowi, że jak dorośnie, to ma też szansę zostać pijakiem albo ćpunem. Nie w starym, dobrym USA. Nie w Kraju Wielkich Możliwości. Tutaj mu powiemy, że jak dorośnie, to może zostać prezydentem. Ale i tak znacznie więcej ludzi kończy jako pijacy.
Łatwo było dojść do tego wniosku.
Uśmiechnął się krzywo, dodając w myślach: A pewnie ten jeden czy dwa dzieciaki, którym naprawdę ktoś powiedział, że będą pijakami, są później tak zmotywowani, żeby tego uniknąć, że w końcu zostają prezydentami.
Zostawił iPhone'a na blacie w łazience, żeby usłyszeć, jeśli ktoś będzie dzwonił, a potem wskoczył pod gorący, buchający parą prysznic. Miał nadzieję, że gęsty szampon i parząca woda zmyją zaskorupiałe warstwy niepokoju.
Na wpół już wysechł, kiedy zabrzęczał telefon.
- Stryj Ed?
- Cześć, Ćma, właśnie odebrałem twoją wiadomość. Masz kłopoty?
- Mam kłopoty.
- Duże kłopoty?
- Jeszcze nie. Po prostu, no wiesz, chce mi się. Trochę mną trzepie.
- Czy stało się coś konkretnego, wiesz, coś, co spowodowało...
Ćma wiedział, że stryj zawsze się interesował tym leżącym u podstaw "dlaczego", bo pomagało mu w ustaleniu opartego na nim "co".
- Nie. Nie wiem. Nic. Ale dzisiaj rano od razu to poczułem, jak tylko otworzyłem oczy. Jak gdybym po przebudzeniu zobaczył na skraju łóżka upiora, który tam sobie siedzi i się na mnie gapi.
- Okropne - powiedział stryj. - Ale ty znasz tego upiora. - Zamilkł, robiąc taką charakterystyczną, psychiatryczną pauzę. Odmierzał słowa niczym staranny stolarz obliczający wymiary. - Myślisz, że jest sens czekać do szóstej? Co ty na to, żeby się zobaczyć wcześniej?
- Mam zajęcia przez prawie cały dzień. Powinienem dać radę.
- Jeżeli w ogóle pójdziesz na te zajęcia.
Ćma zamilkł. No jasne.
- Jeżeli - kontynuował stryj - nie wyjdziesz teraz z mieszkania, nie skręcisz ostro w lewo i nie polecisz od razu do tego dużego sklepu z gorzałą na LeJeune Road. Wiesz, tego z takim cholernie wielkim czerwonym i mrugającym neonem, który zna każdy pijak w hrabstwie Dade. No i mają tam darmowy parking.
Ostatnie słowa zabarwił pogardą i sarkazmem.
Ćma znowu nie odpowiedział. Zastanowił się: Czy przypadkiem właśnie tego nie chciałem zrobić? Możliwe, że gdzieś w jego głębi czaiła się odpowiedź "tak", której nie słyszał jeszcze wyraźnie, ale która była już gotowa, aby huknąć. Stryj doskonale wiedział o tej wewnętrznej rozmowie, jeszcze zanim do niej w ogóle doszło.
- Myślisz, że dasz radę skręcić w prawo, szybciutko pedałować na tym swoim rowerze i pojechać prosto na uczelnię? Myślisz, że dasz radę wytrzymać przez te wszystkie zajęcia... Co masz dzisiaj rano?
- Seminarium dla zaawansowanych o dzisiejszym znaczeniu zasad Jeffersona. Czy to, co ten wielki człowiek powiedział i zrobił dwieście pięćdziesiąt lat temu, wciąż jeszcze znajduje jakieś zastosowanie. Potem, po lunchu, dwie godziny obowiązkowego wykładu ze statystyki.
Stryj ponownie mu przerwał, a Ćma wyobraził sobie, że Ed się uśmiecha.
- Dobra, Jefferson zawsze jest cholernie ciekawy. Niewolnice i seks. Szalenie sprytne wynalazki i niesamowita architektura. W porządku, ale te zajęcia ze statystyki dla zaawansowanych to jest nuda. Jak się w ogóle w nie wpakowałeś, skoro robisz doktorat z historii Stanów Zjednoczonych? Co ma piernik do wiatraka? Czegoś takiego chyba nie da się wytrzymać na trzeźwo?
Ten żart często się pojawiał. Ćma lekko się uśmiechnął.
- Piernik do wiatraka ma mąkę - oznajmił, a jako historyka bawiło go, że użył młodzieżowego żartu, który już dawno wyszedł z mody.
- A może pójdźmy na kompromis? - zaproponował stryj. - Spotkamy się w Redemptorze Jeden o szóstej, tak jak mówiłeś. Ale wcześniej pójdziesz na lunchowe spotkanie w kampusie. W południe. Jak tam się zjawisz, to do mnie zadzwonisz. Na tym spotkaniu nawet nie musisz wstawać i w ogóle otwierać gęby, jeżeli nie będziesz miał ma to ochoty. Po prostu tam bądź. Zadzwoń do mnie też, jak stamtąd wyjdziesz. Potem zadzwoń znowu, kiedy pójdziesz na zajęcia ze statystyki. I kiedy z nich wyjdziesz. A za każdym razem nie rozłączaj się, dopóki nie usłyszę w tle ględzenia prowadzącego spotkanie. To właśnie mam usłyszeć. Miły, spokojny i nudny wykład. A nie brzęk szkła.
Ćma wiedział, że stryj to stary alkoholik i świetnie zna te niezliczone wymówki, wyjaśnienia i wykręty od wszystkiego poza kolejnym drinkiem. Jego ciąg trzeźwych dni liczył już dobrych parę tysięcy. Może z siedem. Ćma uważał ten wynik za naprawdę imponujący. Stryj Ed był kimś więcej niż dobroczyńcą. Był niczym Wergiliusz dla pijackiego Dantego. Ćma wiedział, że stryj Ed uratował mu życie i że zrobił to więcej niż jeden raz.
- Dobra - powiedział. - To spotykamy się o szóstej?
- Tak. Zajmij mi jakieś wygodne miejsce, bo mogę się spóźnić kilka minut. Wypadła mi nagła wizyta późnym popołudniem.
- Ktoś taki jak ja? - zapytał Ćma.
- Ćma, mój chłopcze. Nie ma nikogo drugiego takiego jak ty - odparł stryj, przeciągając samogłoski w udawanym południowym akcencie. - Niiii. Raczej jakaś zdołowana mężatka z przedmieść, taka o smutnych oczach, której właśnie kończą się pigułki i panikuje, bo jej terapeuta pojechał na urlop. Potrzebuje mnie tylko do podpisania jej świętej i przemądrzałej recepty. Do zobaczenia wieczorem. I dzwoń. Za każdym razem. Pamiętaj, będę czekał.
- Zadzwonię. Dzięki, stryju Edzie.
- Nie ma sprawy.
Jednak, oczywiście, była.
Ćma dzwonił, za każdym razem przez kilka chwil bezpiecznie gadając ze stryjem o jakichś drobnostkach. Na spotkaniu w południu miał się w ogóle nie odzywać, ale pod koniec sesji, za namową młodego profesora teologii prowadzącego spotkanie, wstał i podzielił się obawami związanymi ze swoim porannym pragnieniem. Prawie wszystkie głowy wokół pokiwały ze zrozumieniem.
Po wyjściu ze spotkania wziął swój górski rower Trek 20 i zabrał na uniwersytecki stadion. Nowoczesna tartanowa bieżnia wokół boiska do piłki nożnej była pusta i chociaż znak ostrzegawczy zabraniał studentom samowolnego wchodzenia na teren obiektu, Ćma przeniósł rower nad obrotową bramką, szybko rozejrzał się na lewo i na prawo, upewniając się, że jest sam, a potem zaczął robić kolejne okrążenia.
Stopniowo zwiększał prędkość, pobudzany klekotaniem tylnych przerzutek przekładni podczas niebezpiecznych przechyłów na zakrętach, i jeszcze bezchmurnym lazurowym niebem, typowym dla zimowego popołudnia w Miami. Kiedy napierał nogami na pedały, czuł, że mięśnie prężą się pełne energii, a pragnienie usuwało się gdzieś na bok i tonęło w nim głęboko. Z czterech okrążeń nagle zrobiło się dwadzieścia. Oczy zaczynały go piec od potu. Słyszał, jak coraz mocniej dyszy z wysiłku. Był jak bokser, gdy po kolejnym prawym sierpowym przeciwnik zaczyna się wreszcie chwiać. Nie przestawaj zadawać ciosów - powiedział sobie. Zwycięstwo miał już w swoim zasięgu.
Kiedy zrobił dwudzieste ósme kółko, gwałtownie zahamował. Opony zapiszczały na czerwonej syntetycznej nawierzchni. Lada chwila mógł się zjawić ochroniarz kampusu. Ćma i tak już przegiął.
Ale co mi zrobi? Nakrzyczy na mnie? - pomyślał. Wlepi mandat za to, że próbuję być trzeźwy?
Ćma z powrotem przeniósł rower nad furtką. Potem spokojnie wrócił do żelaznego stojaka przy budynku uczelni, gdzie przypiął treka i poszedł na zajęcia ze statystyki. Mijając ochroniarza w małym białym SUV-ie, pomachał wesoło, ale kierowca nie odpowiedział. Spodziewał się, że teraz będzie śmierdział, bo pot wyschnie w klimatyzowanej sali, ale zbytnio tym nie przejmował.
Jakimś cudem ten dzień zmieniał się w całkiem zwyczajny, jednak optymistyczny.
Sto dni wydawało się nie tylko realne, ale i w zasięgu.
Zanim Ćma wszedł do Redemptora Jeden i skierował się do sali spotkań, trochę poczekał na zewnątrz, tak mniej więcej do szóstej. W kościele było już dwadzieścioro mężczyzn i kobiet, siedzących w kręgu. Każdego pozdrowił skinieniem głowy albo lekkim machnięciem ręki. W powietrzu wisiała mgiełka papierosowego dymu. Nałóg dozwolony pijakom, pomyślał Ćma. Spojrzał na zgromadzonych. Lekarz, prawnik, inżynier, profesor. Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg. I jeszcze on: doktorant. Z tyłu sali stał czarny dębowy stół, a na nim termos z kawą i ceramiczne kubki. Była także mała tuba z błyszczącego metalu, pełna lodu, do tego cały wybór dietetycznych napojów oraz butelkowanej wody.
Ćma znalazł sobie miejsce, na krześle obok położył swój podniszczony studencki plecak. Stali bywalcy bez trudu odgadli, że zajmuje je dla stryja. Zresztą to właśnie Ed wprowadził Ćmę do Redemptora Jeden, zgromadzenia nałogowców z wyższych sfer.
Dopiero kwadrans po rozpoczęciu spotkania, Ćma zaczął się nerwowo wiercić, nigdzie nie widząc nawet śladu stryja. Coś tutaj nie grało, jak fałszywa nuta. Stryj Ed czasem spóźniał się kilka minut, ale kiedy mówił, że przyjdzie, to się zawsze zjawiał. Ćma bez przerwy odwracał głowę od przemawiającej akurat osoby i zerkał w stronę drzwi. Spodziewał się, że lada chwila stryj przez nie wejdzie, przepraszając za spóźnienie.
Mówca, wahając się, opowiadał o oxycontinie oraz uczuciu ciepła, jakie mu dawał. Ćma postarał się słuchać uważniej. Pomyślał, że najczęściej opowiada się właśnie o cieple. Poszczególne warianty różniły się tylko nieznacznie, w zależności od tego, czy ktoś opowiadał o lekarstwach na bazie morfiny, o metaamfetaminie domowej produkcji czy o tanim dżinie kupionym w sklepie. Gwałtowne, przyjemne ciepło, przenikające głowę i ciało, zdające się opatulać duszę. Doświadczał tego uczucia przez kilka lat własnego nałogu, podejrzewał, że jego stryj tak samo, i to przez parę dekad.
Ciepło, pomyślał Ćma. Co za obłęd, mieszkać w Miami, gdzie zawsze jest upał i jeszcze potrzebować ciepła?
Starał się skupić na przemawiającym mężczyźnie. To był inżynier - sympatyczny facet w średnim wieku, trochę przysadzisty i łysy, specjalista od tolerancji i naprężeń. Pracował dla jednej z większych firm budowlanych w mieście.
Ćma odwrócił się, słysząc otwieranie drzwi, ale weszła przez nie kobieta - asystentka prokuratora stanowego, starsza od niego pewnie z kilkanaście lat. Brunetka, zasadnicza, w dopasowanym niebieskim żakiecie i ze skórzaną aktówką zamiast modnej torebki. Nawet po pracy wydawała się starannie poukładana. Przychodziła do Redemptora Jeden od niedawna. Zjawiła się dotąd tylko na kilku spotkaniach i mówiła niewiele, więc dla stałych bywalców w dużym stopniu pozostawała zagadką. Niedawno się rozwiodła. Specjalistka od ciężkich przestępstw. Ulubiony narkotyk: kokaina. "Cześć, jestem Susan i jestem uzależniona". Teraz wymamrotała przeprosiny, nie kierując ich do nikogo konkretnego, i cicho wślizgnęła się na krzesło z tyłu sali.
Kiedy przyszła kolej na wypowiedź Ćmy, jąkał się i plątał.
Spotkanie zakończyło się bez jego stryja.
Wyszedł razem z pozostałymi. Na przykościelnym parkingu wymienił kilka numerów telefonów i niedbałych uścisków, jak to zwykle po spotkaniu. Inżynier zapytał o stryja, a Ćma odpowiedział, że Ed miał się dzisiaj zjawić, ale trafił mu się nagły pacjent. Słuchający go inżynier, kardiochirurg i profesor filozofii pokiwali głowami, w specyficzny sposób typowy dla trzeźwiejących nałogowców, jak gdyby uznając, że to, co usłyszeli, zarazem jest, jak i nie jest prawdopodobne. Każdy oznajmił, że jeśli Ćma miałby ochotę pogadać, to może dzwonić.
Żaden z uczestników spotkania nie był na tyle nieuprzejmy, żeby zwrócić Ćmie uwagę na to, że po treningu na bieżni strasznie śmierdzi. Ćma był najmłodszym bywalcem Redemptora Jeden, dlatego wszyscy dawali mu taryfę ulgową. Pewnie dlatego że przypominał ich samych - tyle że sprzed dwudziestu, może więcej lat. Poza tym każdy uczestnik spotkań dobrze znał towarzyszące nałogom przykre zapachy wymiocin, odchodów i rozpaczy. To ich pewnie uodparniało na przenikliwy odór.
Ćma stał, przebierając nogami. Przyglądał się, jak pozostali odchodzą. Wciąż było ciepło, zdawało się, że wieczór opatulił się wilgotnym, grubym kocem, kryjąc Ćmę w gęstniejącym cieniu. Poczuł, że znowu się poci.
Nie był pewien, kiedy w końcu postanowił pojechać do gabinetu stryja.
Po prostu uniósł wzrok i zorientował się, że siedzi na rowerze, energicznie pedałując w tamtą stronę.
Wokół niego samochody cięły noc. Ćma miał pojedyncze czerwone światło przymocowane do ramy tylnego koła, ale wątpił, żeby wiele mu to dawało. Kierowcy z Miami dosyć swobodnie podchodzili do przepisów ruchu drogowego. Czasem można było odnieść wrażenie, że ustąpienie drogi rowerzyście stanowi dla nich albo straszliwą utratę twarzy, albo zadanie przekraczające umiejętności. Przywykł, że mniej więcej co sto metrów ktoś zajeżdża mu drogę albo o mało nie potrąca. Tak w głębi duszy nawet lubił bezustanne ryzykowanie zmiażdżeniem przez samochód.
Gabinet stryja mieścił się w niewielkim budynku, dziesięć przecznic od drogich sklepów na Miracle Mile w Coral Gables i tylko ze trzy kilometry od kampusu uniwersyteckiego. Za dzielnicą handlową trasa zmieniała się w czteropasmowy bulwar, gdzie jeżdżono zbyt szybko i gdzie za często zmieniały się światła, a z lewej i prawej strony pełno było sfrustrowanych kierowców mercedesów i bmw spieszących się do domu po pracy. Drogę dzieliła szeroka wyspa obsadzona palmami i powyginanymi drzewami mangrowymi. Sztywno wyprostowane palmy wydawały się takie purytańskie, za to stare mangrowce były prawdziwymi węzłami gordyjskimi - diabelnie zniekształcone, całe powykręcane ze starości. Obie jezdnie sprawiały wrażenie zadaszonych, stanowiły jak gdyby tunele wśród chaotycznie rosnących gałęzi. Reflektory aut wykrawały świetlne łuki w przestrzeniach między pniami.
Ćma pedałował szybko. Unikał samochodów, a czasem ignorował czerwone światło, jeśli wiedział, że zdoła bezpiecznie przejechać przez skrzyżowanie. Nie raz ktoś na niego trąbił, czasem tylko dlatego, że jako rowerzysta znalazł się na jezdni, zajmując przestrzeń, którą inni uważali za zarezerwowaną dla swoich przerośniętych SUV-ów.
Kiedy Ćma dotarł pod budynek, w którym mieścił się gabinet stryja, ciężko dyszał. Łomotał mu puls. Przypiął rower do pobliskiego drzewa. Trzypiętrowy budynek z czerwonej cegły wydawał się stary i nieciekawy, zwłaszcza w mieście pełnym ludzi młodych, nowoczesnych i fajnych. Na tyłach były szerokie okna, wychodzące na kilka bocznych uliczek, parking, samotna palma - i niewiele poza tym. Ćma zawsze uważał, że to bardzo niepozorne miejsce jak na człowieka odnoszącego takie zawodowe sukcesy.
Poszedł na tyły budynku, gdzie zobaczył srebrny kabriolet porsche stryja, stojący na parkingu.
Ćma nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Pacjent? Nagły wypadek?
Zawahał się, zanim ruszył na górę w stronę kawalerki. Powiedział sobie, że mógłby po prostu poczekać przy porsche, a stryj prędzej czy później sam się zjawi.
Musiało mu wypaść co ważnego. To pewnie ta wizyta, o której mówił, że przez nią się spóźni do Redemptora Jeden. Pewnie okazało się, że to coś poważniejszego niż tylko recepta na zoloft. Może jakaś mania, halucynacje. Utrata kontroli nad sobą. Zagrożenie życia. Szpital. Cokolwiek. Chciał sam uwierzyć w historyjkę, którą jeszcze niedawno opowiadał znajomym z Redemptora Jeden.
Wjechał windą na ostatnie piętro. Stanęła, skrzypiąc i z lekkim szarpnięciem. W budynku panowała cisza. Domyślił się, że żaden z kilkunastu terapeutów wynajmujących tutaj gabinety nie pracuje do późna. Tylko kilku zatrudniało sekretarki. Ich pacjenci dobrze wiedzieli, kiedy przyjść i kiedy pójść.
Przy gabinecie stryja mieściła się niewielka, niezbyt komfortowa poczekalnia ze starymi kolorowymi magazynami na stojaku. W samym gabinecie, nieco większym, stało biurko, krzesło i leżanka. Tej ostatniej stryj Ed używał już znacznie rzadziej niż kilkanaście lat temu.
Ćma cicho wszedł do poczekalni i sięgnął do przycisku dzwonka, tuż obok drzwi. Nad dzwonkiem wisiała przyklejona taśmą klejącą ręcznie napisana wiadomość dla pacjentów: "Proszę, zadzwoń głośno dwa razy, żebym wiedział, że przyszedłeś, a potem sobie usiądź".
I właśnie to zamierzał zrobić Ćma. Ale jego palec zastygł nad dzwonkiem, gdy zauważył, że drzwi do gabinetu są uchylone.
Podszedł do nich.
- Stryju Edzie? - zawołał głośno.
Potem pchnął drzwi, tak aby całkiem je otworzyć.
Oto, co Ćma zdołał zrobić:
Powstrzymał się od krzyku.
Spróbował dotknąć ciała, ale krew i tłustawa, kleista substancja mózgowa z rany ziejącej na głowie, która pochlapała biurko oraz pobrudziła białą koszulę i barwny krawat stryja, sprawiła, że jednak cofnął rękę. Nie dotknął także małego półautomatycznego pistoletu, który leżał na podłodze obok wyciągniętej prawej ręki stryja. Wydawało mu się, że palce stryja Eda zastygły jak szpony.
Wiedział, że stryj jest martwy, ale nie zdołał wypowiedzieć słowa "martwy".
Zadzwonił na 911. Trzęsąc się.
Wysłuchał swojego piskliwego głosu proszącego o pomoc i podającego adres gabinetu, a każde słowo brzmiało, jak gdyby wypowiadał je ktoś obcy.
Rozglądał się wokół, starając się zapisać wszystko w pamięci, aż to, co w siebie wchłaniał, całkiem go wyczerpało. Nic z tego, co oglądał, niczego nie wyjaśniało.
Ciężko opadł na podłogę, czekał.
Wściekłym wysiłkiem powstrzymywał łzy, gdy składał wyjaśnienia przybyłej po kilku minutach policji. Godzinę później złożył jeszcze jedno zeznanie, powtarzając wszystko, co powiedział już wcześniej, tej znanej mu tylko z imienia Susan, ubranej w niebieski żakiet asystentce prokuratura stanowego, którą wieczorem widział w Redemptorze Jeden. Nie wspomniała o tym, podając mu wizytówkę.
Poczekał, aż zjawi się na wpół karawan, na wpół ambulans patologa sądowego, i przyglądał się dwóm pracownikom w białych kombinezonach, pakującym ciało stryja do czarnego winylowego worka na zwłoki, który potem ułożyli na noszach. Dla nich to była rutyna, zajmowali się trupem z nonszalancją zawodowców. Zanim domknięto zamek worka, Ćma przez chwilę patrzył na obwiedzioną czerwienią dziurę w skroni stryja. Był pewien, że nigdy nie zapomni tego widoku.
Powtórzył: "Nie wiem", kiedy detektyw o zmęczonym głosie zapytał: "Dlaczego pański stryj chciałby się zabić?" Potem jeszcze dodał: "Był szczęśliwy. Nic mu nie dolegało. Wszystkie problemy zostawił za sobą. Przebył długą drogę".
Nagle sam zadał pytanie detektywowi:
- Dlaczego pan uważa, że on się zabił? Przecież by tego nie zrobił. Absolutnie nie ma o tym mowy.
Detektyw wydawał się nieporuszony i nie odpowiedział. Ćma rozejrzał się wokół dzikim wzrokiem, sam nie wiedząc, dlaczego jest pewien, że stryj nie popełnił samobójstwa. Coś mu jednak mówiło, że ma rację.
Odrzucił propozycję odwiezienia do domu, złożoną przez asystentkę prokuratora. Stał przy drzwiach, a technicy kryminalistyczni niedbale przeglądali gabinet. Zajęło im to kilka godzin. Spędził ten czas na próbach oczyszczenia myśli.
A potem, kiedy zniknęły już ostanie migacze policyjnych radiowozów, Ćma osunął się w wir bezradności, nie myśląc o tym, co w ogóle robi, a może myśląc, że to właśnie ostatnia rzecz, jaka została mu do zrobienia. Potem ruszył poszukać czegoś do picia.
Jesteś zabójczynią.
Nie, nie jestem.
Owszem, jesteś. Zabiłaś go. Albo ją. Ty to zrobiłaś. Nikt inny. Ty sama, właśnie ty. Zabójczyni. Morderczyni.
Nie zrobiłam tego. Nie zrobiłam. Nie mogłabym. Nie tak naprawdę.
Owszem, mogłabyś. I to zrobiłaś. Zabójczyni.
Tydzień po poddaniu się aborcji Andy Candy leżała w pozycji embrionalnej, skulona wśród różowych falban i pastelowych poduch, w małej sypialni skromnego domu, w którym się wychowała. Candy nie było jej prawdziwszym imieniem, tylko dziecięcym przezwiskiem, którym od urodzenia zwracał się do niej kochający, a teraz już zmarły ojciec. Ojciec miał na imię Andrew, a ona miała być chłopcem i otrzymać je po nim.
Jej nazwisko brzmiało Martine, było wymawiane z delikatnym francuskim akcentem i stanowiło pamiątkę po przodkach przybyłych do Ameryki prawie sto pięćdziesiąt lat temu. Kiedyś Andy Candy marzyła o wyjeździe do Paryża. Chciała złożyć hołd swoim korzeniom, zobaczyć wieżę Eiffla, jeść kruszące się croissanty i słodkie ciasteczka, a może nawet romansować ze starszym mężczyzną, tak jak w filmach Nowej Fali. To była jedna z wielu miłych fantazji o tym, co zrobi, gdy tylko skończy uniwersytet ze świeżutkim dyplomem z literatury angielskiej w kieszeni. Na ścianie sypialni miała nawet kolorowy plakat z trzymającą się za ręce parą zakochanych spacerujących nad październikową Sekwaną. Plakat promował uproszczoną wizję miasta pokazywaną przez biura podróży - "Paryż, miasto kochanków" - którą Andy Candy kiedyś uważała za całkowicie prawdziwą. Tak naprawdę to nawet nie mówiła po francusku i właściwie nie znała nikogo, kto by mówił, nigdy nie wyjeżdżała do jakiegoś pięknego miejsca, wyjąwszy wycieczkę szkolną do Montrealu, na spektakl Czekając na Godota. Poza nauczycielami nie słyszała nikogo mówiącego po francusku.
Jednak w każdym języku Andy Candy była teraz pełna bólu, łez, straszliwej rozpaczy i bez przerwy spierała się sama ze sobą. Raz była składającym dłonie suplikantem z udręką błagającym o wybaczenie, a chwilę potem ciskała na siebie gromy, bardziej nawet niż gorliwy oskarżyciel. Robiła to jak zimny, nieubłagany inkwizytor.
Nie miałam wyboru. Żadnego. Naprawdę. Co ja mogłam zrobić?
Każdy ma jakiś wybór. Wiele wyborów. Wybrałaś źle i dobrze o tym wiesz.
Nie, wcale nie. Nie miałam innego wyjścia. Zrobiłam to, co było trzeba. Bardzo mi przykro, bardzo, bardzo, bardzo, ale tak było trzeba.
To takie łatwe, morderczyni. Ta-kie ła-twe. A dla kogo tak było trzeba?
Dla każdego.
Naprawdę dla każdego? Jesteś pewna? Co za kłamstwo. Kłamczucha. Zabójczyni. Kłamczucha-zabójczyni.
Andy Candy przytulała podniszczonego pluszowego misia. Naciągnęła na głowę ręcznie wykonaną kołdrę ozdobioną czerwonymi sercami i żółtymi kwiatami, jak gdyby chciała w ten sposób odciąć się od furii wewnętrznego sporu. Czuła w sobie dwie walczące ze sobą części: jedną marudną i pełną skruchy, drugą natarczywą. Chciałaby znowu być dzieckiem. Zadygotała, zaszlochała i przyszło jej do głowy, że tuląc wypchanego pluszaka, może jakoś zrzuci z siebie minione lata, powędruje z powrotem do czasów, kiedy wszystko było znacznie prostsze. Zupełnie jakby chciała ukryć się w swojej przeszłości, tak aby przyszłość nie zdołała jej dostrzec i wytropić.
Andy Candy zatopiła twarz w sztucznym futrze zabawki i łkała, starając się zdusić płacz, żeby nikt nie mógł jej podsłuchać. Potem uniosła pluszowego zwierzaka do jednego ucha, a do drugiego przytknęła zaciśniętą pięść, jakby chciała się odciąć się od dźwięków wewnętrznej kłótni.
To nie była moja wina, ja byłam ofiarą. Wybaczcie mi. Proszę.
Nigdy.
Matka Andy Candy przesunęła palcami po krucyfiksie wiszącym na szyi, a potem dotknęła środkowego C na klawiaturze panina. Palce zawisły nad kością słoniową mniej więcej tak jak palce Adriena Brody'ego w jej ulubionym filmie Pianista. Nie wydając żadnego dźwięku, zamknęła oczy i grała nokturn Chopina. Wcale nie musiała słyszeć nut, aby słuchać muzyki. Jej dłonie przetaczały się nad rzędem błyszczących klawiszy niczym grzywy fal na oceanie.
Jednocześnie wiedziała, że w swojej sypialni jej córka zanosi się teraz niepohamowanym szlochem. Tych dźwięków również nie słyszała, ale podobnie do muzyki Chopina i one miały krystaliczną czystość. Westchnęła głęboko, i położyła dłonie na kolanach, jak gdyby właśnie skończyła recital i czekała na oklaski. Chopin wybrzmiał, zastąpiony koncertem smutku, o którym wiedziała, że trwa teraz gdzieś na tyłach domu.
Wzruszyła ramionami i obróciła się na stołku. Następny uczeń miał przyjść dopiero za pół godziny, więc miała czas, aby pójść do Andy i ją pocieszyć. Jednak w ciągu ostatniego tygodnia próbowała to zrobić wiele razy, a wszystkie uściski, głaskanie po plecach, gładzenie po włosach i delikatnie wypowiadane słowa kończyły się tylko jeszcze większymi łzami. Dała sobie spokój z racjonalnym: "Gwałt na randce to nie twoja wina..."; czułym: " Nie możesz się sama karać..."; i wreszcie nawet z całkiem praktycznym: "Słuchaj, Andy, nie możesz się tutaj chować. Musisz się pozbierać i stawić czoło życiu. Wydanie na świat niechcianego dziecka to dopiero grzech..."
Nie wiedziała, czy sama wierzy w te ostatnie słowa.
Spojrzała na podniszczoną kanapę w salonie, gdzie usadowiły się psy: na pół mops, na pół pudel, szczeniak o głupkowatym wyglądzie i złocistej sierści i smutnooki chart. W spojrzeniu czworonogów było pytanie: "I co teraz? I co ze spacerem?" Kiedy na nie popatrzyła, zaczęły merdać trzema ogonami różnych kształtów i rozmiarów.
- Teraz nie ma spaceru - oznajmiła. - Później.
Psy przygarnął jej mąż, weterynarz o miękkim sercu, ratując przed uśpieniem. Nadal merdały ogonami, chociaż, jak sądziła, zrozumiały powód przełożenia spaceru. Psy już tak mają, pomyślała. Wiedzą, kiedy jesteś szczęśliwy. I wiedzą, gdy ci smutno.
Minęło sporo czasu, od kiedy ktokolwiek mógł nazywać ten dom szczęśliwym.
- Andrea - powiedziała matka Andy Candy, znużonym tonem, w którym brzmiał już tylko brak nadziei. - Idę do ciebie.
Tak powiedziała, ale nie ruszyła się ze stołka przy pianinie.
Zadzwonił telefon.
Pomyślała, że nie powinna odbierać, chociaż nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego. Sięgnęła jednak po słuchawkę, jednoczenie spoglądając na trzy psy, którym wskazała kierunek do miejsca, gdzie, jak wiedziała, cierpi teraz jej córka.
- Marsz do pokoju Andy Candy. Szybko. Spróbujcie ją rozweselić.
Trzy psy, wykazując się posłuszeństwem, które sporo mówiło o treserskich umiejętnościach jej męża, zeskoczyły z kanapy i z entuzjazmem ruszyły korytarzem. Wiedziała, że jeżeli drzwi do sypialni Andy Candy będą zamknięte, to zaczną szczekać. Hybryda mopsa i pudla stanie na tylnych łapach, a przednimi zacznie gorączkowo drapać, z natarczywością mówiącą: "Wpuść mnie". Jeżeli drzwi będą uchylone, szczeniak, największy z całej trójki, barkiem rozewrze je szerzej, a potem najkrótszą możliwą drogą wszystkie czworonogi pobiegną w stronę łóżka. To dobry pomysł, pomyślała matka Andy Candy. Może dzięki nim Andy poczuje się lepiej.
- Halo? - powiedziała do słuchawki.
- Pani Martine?
- Tak, słucham.
Głos po drugiej stronie wydawał się dziwnie znajomy, chociaż jakiś taki niepewny, nawet drżący.
- Mówi Timothy Warner...
Przypływ wspomnień i drobna przyjemność.
- Ćma! Ćma, ale niespodzianka...
Wahanie.
- Chciałbym... eee... zadzwonić do Andrei i pomyślałem, że może pani mogłaby mi podać numer do niej na uczelnię...
Matka Andy Candy nie odpowiedziała od razu. Jak przez mgłę przypomniała sobie, że ten Ćma, sam z dumą noszący szkolne przezwisko, zwracał się do jej córki, używając pełnego imienia. Nie zawsze, ale dosyć często mówił całe "Andrea", przez co wiele zyskiwał w oczach matki dziewczyny.
- Słyszałem o doktorze Martine - dodał ostrożnie. - Wysłałem kondolencje. Powinienem zadzwonić, ale...
Wiedziała, że chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tak naprawdę nie było już nic więcej do powiedzenia.
- Tak, dostaliśmy je. To było bardzo miłe z twojej strony. On cię zawsze lubił. Dziękuję. Ale dlaczego teraz dzwonisz? Nie odzywałeś się od lat!
- Tak. Chyba od czterech. Może trochę krócej.
To już cztery lata minęły od śmierci jej męża na raka jelita.
- Ale dlaczego akurat teraz? - powtórzyła. Nie wiedziała, czy powinna chronić przed nim córkę. Andy Candy skończyła dwadzieścia dwa lata i większość ludzi uważała ją za dorosłą, ale tej młodej kobiecie chlipiącej w zamkniętym pokoju zdecydowanie bliżej było do dziecka. Ćma, którego znała kilka lat temu, nie stanowił większego zagrożenia, jednak cztery lata to szmat czasu i nie miała pojęcia, kim teraz się stał. Ludzie się zmieniają, pomyślała. Zaskoczył ją ten niespodziewany telefon. Czy rozmowa z pierwszym poważnym chłopakiem córki mogła jej teraz pomóc, czy raczej ją zranić?
- Ja tylko chciałem... - umilkł. Westchnął zrezygnowany. - Jeśli pani nie chce mi dać jej numeru, nic szkodzi...
- Ona jest w domu.
Kolejna krótka chwila ciszy.
- Myślałem, że właśnie kończy studia. Czy nie broni się w czerwcu?
- Miała parę komplikacji - Matka Andy Candy uznała, że to wystarczająco neutralne określenie nagłej, nieplanowanej ciąży.
- To tak jak ja - powiedział Ćma. - Właśnie dlatego chciałem z nią pozmawiać.
Matka Andy Candy umilkła. Wpatrywała się w równanie, które właśnie układało się w jej głowie. To było nawet coś więcej niż matematyka, to był podkład muzyczny do rozpędzonych emocji. Kiedyś to Ćma grał w życiu jej córki główne akordy. Wcale nie była pewna, czy nastał właściwy czas, żeby zagrał je znowu. Z drugiej strony, Andy Candy mogła się słusznie wściec, gdyby się dowiedziała, że dzwonił dawny chłopak, a matka nie dopuściła do rozmowy, kierując się źle pojmowaną potrzebą ochrony. Niepewna, jak odpowiedzieć, poszła na ostrożny matczyny kompromis:
- Wiesz co, Ćma? Zapytam, czy chce z tobą rozmawiać. Jeśli powie, że nie, to sam wiesz...
- Rozumiem. Tych kilka lat temu raczej nie rozstaliśmy się w zgodzie. Ale dziękuję. Doceniam.
- Dobrze. To poczekaj.
A jeśli obiecam, że już nigdy, przenigdy nikogo ani niczego nie zabiję, to dasz mi spokój? Proszę.
Nie składaj obietnic, których nie zdołasz dotrzymać, zabójczyni.
Psy obskoczyły Andy Candy dokładnie tak, jak im kazano. Próbowały dostać się pod pościel, do jej twarzy. Odsuwały nosami poduszkę i koce, starały się zlizać łzy. Były niepowstrzymane w swoim psim entuzjazmie. Inkwizytor z wnętrza Andy Candy jak gdyby na nowo przyczaił się w jakimś wewnętrznym cieniu, a ją obległy sapiące psy, domagające się poświęcenia im uwagi. Usta dziewczyny rozciągnęły się w nieznacznym uśmiechu i zdusiły ostatni szloch. Trudno było cierpieć, gdy lgnęły do niej kochające zwierzaki - ale zarazem trudno było nie cierpieć.
Nie słyszała matki stojącej pod drzwiami, dopóki ta się nie odezwała.
- Andy?
Natychmiastowa, automatyczna odpowiedź:
- Zostaw mnie samą.
- Telefon do ciebie.
- Nie chcę z nikim rozmawiać.
- Wiem - łagodnie odparła matka. A potem dodała: - To Ćma.
Andy Candy odetchnęła gwałtownie. W ciągu ułamków sekund zalały ją wspomnienia, dobre i szczęśliwe, ścierające się ze smutnymi i pełnymi udręki.
- Jest na linii, czeka - powtórzyła matka.
- A czy on wie... - zaczęła Andy Candy, ale przerwała, bo przecież znała odpowiedź. Oczywiście, że nie wie.
To była jedna z tych chwil, kiedy Andy Candy natychmiast zrozumiała, że jeśli powie "nie" albo "weź od niego numer, później oddzwonię" lub "powiedz, żeby zadzwonił później" to niezależnie od powodu, dla którego telefonował, ów powód wyparuje i przepadnie na zawsze. Nie była pewna, co powinna zrobić. Nurt przeszłości porwał ją niczym silny prąd odciągający od bezpiecznej plaży. Przypomniała sobie śmiech, miłość, podniecenie, przygodę, nieco bólu i trochę przyjemności, a potem wściekłość oraz taki inny rodzaj depresji, gdy ze sobą zerwali. Moja pierwsza licealna miłość, pomyślała. Moja jedyna prawdziwa miłość. To pozostawia głęboki ślad.
Miała ochotę powiedzieć matce: "Dzięki, ale nie, dziękuję bardzo. Mam już w życiu wystarczająco dużo bólu. Teraz po prostu chcę być sama. I nie zamierzam się tłumaczyć". Ale nie zrobiła tego, nie wypowiedziała żadnej z myśli rozlegających się teraz w niej echem.
- Odbiorę - powiedziała, zaskakując samą siebie. Wstała, a psy rozpierzchły się po podłodze.
Sięgnęła po telefon. Uniosła słuchawkę w stronę ucha, ale zatrzymała w pół drogi i ze złością spojrzała na matkę, która natychmiast wycofała się na korytarz, poza zasięg głosu. Andy Candy wzięła głęboki oddech, zastanawiając się przez chwilę, czy zdoła mówić tak, by głos jej nie drżał, a potem wyszeptała łagodnie:
- Ćma?
- Cześć, Andy - powiedział Ćma.
Dwa słowa, wypowiedziane z odległości wielu kilometrów i lat - jednak zarówno odległość, jak i czas skurczyły się w jedną chwilę, pędząc wspólnie niczym w trakcie eksplozji. Miała wrażenie, że Ćma nagle stanął obok w niej w tym pokoju i głaszcze po policzku. Odruchowo uniosła rękę, jak gdyby naprawdę poczuła ten dotyk.
- Minęło dużo czasu - powiedziała.
- Wiem. Ale sporo o tobie myślałem - odparł Ćma. - Ostatnio nawet jeszcze więcej. Co tam u ciebie?
- Niezbyt dobrze - odpowiedziała.
Westchnął.
- U mnie też.
- Po co w ogóle dzwonisz? - zapytała.
Andy Candy zaskoczyła własna opryskliwość. Pomyślała, że to do niej niepodobne, chociaż rozumiała także, że może postępować źle. Już samo słuchanie głosu dawnego chłopaka wypełniało ją tyloma sprzecznymi uczuciami, że nie wiedziała nawet, czy w ogóle powinna z nim rozmawiać.
- Mam problem - oznajmił.
Mówił powoli i z namysłem, co nie pasowało do Ćmy, którego pamiętała, impulsywnego, pełnego wręcz szatańskiej energii. Starała się wyczuć, jakim człowiekiem stał się w ciągu minionych lat.
- Nie - poprawił się. - Mam wiele problemów. Małych i dużych. I nie wiem, do kogo innego mógłbym się zwrócić. Niewielu jest teraz ludzi, którym mogę zaufać. Dlatego pomyślałem o tobie.
Nie wiedziała, czy to był komplement.
- Słucham - rzuciła i od razu uświadomiła sobie, że jeśli chce, żeby kontynuował, to powinna powiedzieć coś więcej. Ćma już taki był. Wystarczało lekkie szturchnięcie i od razu się otwierał. - Dlaczego najpierw nie zadzwoniłeś do...
- Mojego stryja - powiedział szybko, przerywając jej. A potem powtórzył, sam do siebie: - Mojego stryja ... - Te dwa słowa wydawały się rozbrzmiewać przepełniającą je rozpaczą i goryczą. - Ufałem mu, ale on umarł.
- Przykro mi to słyszeć - odparła Andy Candy. - Był psychiatrą, prawda?
- Tak. Pamiętasz.
- Spotkałam go tylko raz albo dwa. Nie był taki jak inni z twojej rodziny. Lubiłam go. Był zabawny. Tyle pamiętam. Jak on?...
Nie musiała kończyć pytania.
- Nie tak jak twój tata. Nie chorował. Nie było szpitala ani księdza. Mój stryj się zastrzelił. A raczej tak właśnie wszyscy myślą. Cała ta moja rodzina o spiętych pośladkach i cholerne gliny.
Andy Candy milczała.
- Wątpię, żeby się zabił - podjął Ćma.
- Wątpisz?
- Tak.
- To jak...
- Jest tylko jedna inna możliwość. Myślę, że go zamordowano.
Przez chwilę milczała.
- Dlaczego tak uważasz?
- On by się nie zabił. To do niego nie pasowało. Pokonał tyle problemów, że jakiś nowy, o ile w ogóle by zaistniał, aż tak nie wytrąciłby go z równowagi. I nie zostawiłby mnie całkiem samego. Nie teraz, nie ma mowy. A skoro on tego nie zrobił musiał to zrobić ktoś inny.
Andy Candy uświadomiła sobie, że tak naprawdę to żadne wyjaśnienie. Cały ten wniosek opierał się na bardzo kruchych podstawach.
- Do mnie należy odnalezienie tego, kto go zabił - głos stał się chłodny i twardy, ledwie go poznawała. - Nikt inny nie będzie szukał. Tylko ja.
Znowu zamilkła. Ta rozmowa była całkiem inna, niż się spodziewała, nawet jeśli nie wiedziała, czego właściwie powinna się spodziewać.
- Dlaczego - zaczęła, tak naprawdę nie oczekując odpowiedzi.
- A kiedy już go znajdę, to będę musiał go zabić. Kimkolwiek jest - oznajmił Ćma.
Co za niespodziewana zaciekłość. Nie zadzwoni po gliny, czy nawet po prostu czegoś z tym nie zrobi, czegoś takiego niekreślonego, niewyraźnego, takiego naprawdę do zaaprobowania. Andy Candy była zaszokowana, zdumiona, przeraziła się. Ale nie odłożyła słuchawki.
- Potrzebuję twojej pomocy - powiedział Ćma.
Pomoc mogła oznaczać wiele rzeczy. Andy Candy opadła z powrotem na łóżko, gwałtownie, jak gdyby mocno ją pchnięto. Trzasnęła słuchawką. Nie była pewna, czy zdoła nabrać powietrza.
Zabójczyni.
Nie składaj obietnic, których nie zdołasz dotrzymać.
Na spotkanie wybrał miejsce, które wydawało się neutralne i miłe.
A przynajmniej nie przywoływało czegoś z przeszłości i niczego nie mówiło o jego przewidywaniach związanych z przyszłością - o ile jakakolwiek istniała. Jechał autobusem i muskał palcami fotografię przedstawiającą Andy w wieku siedemnastu lat. Szczęśliwą, zerkającą znad burgera z frytkami. Jednak odepchnął to wspomnienie.
- Cześć. Mam na imię Timothy, jestem alkoholikiem. Jestem trzeźwy od trzech dni.
- Cześć, Timothy! - odpowiedzieli zgromadzeni w Redemptorze Jeden.
Pomyślał, że cała grupa wydaje się przygnębiona tym, co się stało, ale szczerze się cieszy, że znowu z nią jest. Gdy na początku spotkania niezgrabnie wślizgnął się do środka, kilku stałych bywalców podniosło się z krzeseł i uściskało go z radością, a jeszcze paru opatuliło kondolencjami, o których wiedział, że na pewno są szczere. Miał pewność, że wszyscy dowiedzieli się o śmierci stryja i bez trudu potrafili sobie wyobrazić, w co go wepchnęła. Kiedy przyszła jego kolej aby przemówić, pomyślał sobie, że może znaczyć dla nich wszystkich więcej niż oni dla niego, chociaż dokładnie nie wiedział dlaczego.
- Całe trzy cholerne dni - powtórzył, zanim usiadł.
Ćma zapisał w swoim mentalnym kalendarzu, co robił przez dotychczasowych dziewięćdziesiąt godzin trzeźwości.
Dzień pierwszy:
Obudził się na czerwonym piachu baseballowego boiska Małej Ligi. Nie pamiętał, gdzie spędził większą część nocy. Zginął mu portfel i jeden but. Wszystko przytłaczał smród wymiocin. Nie miał pojęcia, skąd wziął siły, aby utykając, powrócić tych dwadzieścia siedem przecznic do domu. Oczywiście najpierw musiał się zorientował, gdzie w ogóle jest. Ostatnich kilka skrzyżowań przekuśtykał na stopie otartej przez chodnik do żywego mięsa. Już w mieszkaniu wysunął się z ubrania niczym wąż ze zużytej skóry i doprowadził do porządku - gorący prysznic, czesanie, potem jeszcze mycie zębów. Wszystko, co miał na sobie, wyrzucił do śmietnika. Uświadomił sobie, że od śmierci stryja minęły dwa tygodnie, a on przez ten czas ani razu nie był w domu. Nawet się cieszył z tego, że urwał mu się film, bo dzięki temu nie pamiętał, na jakich jeszcze innych boiskach spał.
Powiedział sobie, że ma się teraz zebrać do kupy, cały dzień spędził w zacienionym mieszkaniu, chory, ze skurczonym żołądkiem. Dzienne poty zmieniły się w nocne poty. Bał się wychodzić na zewnątrz, jak gdyby tuż za drzwiami czekała na niego zmysłowa, uwodzicielska syrena, kusząc, żeby wybrał się do sklepu z gorzałą albo najbliższego baru. Niczym Odyseusz z antycznych mitów próbował się przywiązać liną do masztu.
Dzień drugi:
Pod koniec dnia siedział obolały i trzęsący się na podłodze obok łóżka. Odsłuchał w końcu serię wiadomości od swoich rodziców. Byli wściekli, rozczarowani i przypuszczalnie także zmartwieni, chociaż niełatwo było to wychwycić. Nagrali mu się na sekretarce, więc z pewnością wiedzieli, gdzie zniknął, chociaż bez żadnych konkretów. Zresztą wcale nie musieli znać adresów spelun, które go przygarnęły. Dowiedział się też, że przegapił pogrzeb stryja. To wywołało u niego godzinny atak szlochu.
Zaskoczyło go trochę, że potem nie wyszedł jednak na drinka. Drżały mu ręce, ale nawet ten drobny akt oporu przeciwko nałogowi podniósł go, na duchu. Powtarzał sobie jak mantrę: Rób tak, jak robiłby stryj Ed, rób tak, jak robiłby stryj Ed. Nocą trząsł się pod cienkim kocem, chociaż w mieszkaniu panował duszny skwar, a powietrze było ciężkie i wilgotne.
Dzień Trzeci:
Rano, kiedy już zaczynał mu przechodzić łupiący ból głowy i niekontrolowane drgawki, zadzwonił do Susan, asystentki prokuratora stanowego, tej, od której dostał wizytówkę. Nie wydawała się zdziwiona, że go słyszy, ani też, że tak długo zwlekał z odezwaniem się.
- Timothy, to zamknięta sprawa, a właściwie prawie zamknięta - poinformowała spokojnie. - Właśnie czekamy na ostateczne wyniki toksykologii. Przykro mi to mówić, ale wszystko wskazuje na samobójstwo.
Nie wyjaśniła, dlaczego jest jej przykro, a Ćma nie zapytał. Odparł tylko słabym głosem:
- Ciągle w to nie wierzę. Mogę przeczytać te akta, zanim je schowacie?
- Naprawdę myślisz, że to ci pomoże? - spytała.
Było jasne, że w tym kontekście słowo "pomoże" nie miało nic wspólnego ze śmiercią jego stryja.
- Tak - odparł, ale bez przekonania. Umówił się, że przyjdzie do niej do biura, jakoś w tygodniu.
Kiedy odłożył słuchawkę, wrócił do łóżka i ponad godzinę wpatrywał się w sufit. Postanowił dwie rzeczy. Po pierwsze, jeszcze dzisiaj wieczorem wróci do Redemptora Jeden, bo właśnie tego chciałby stryj. Po drugie, zadzwoni do Andy Candy, bo gdy próbował znaleźć chociaż jedną osobę na całym świecie, która wysłuchałaby go, nie uznając przy tym za na wpół oszalałego z rozpaczy, za gadającego bez sensu pijanego głupka - to tylko ona przychodziła mu na myśl.
Ćma miał całkiem niezłe połączenie autobusowe do Matheson Hammock Park. Siedział z tyłu i na kilka centymetrów uchylił sobie szybę, aby czuć nieprzytłumiane ustawicznym, chłodnym nawiewem klimatyzacji zapachy hortensji, azalii i keroseny, unoszące się wśród popołudniowego upału. W autobusie oprócz niego siedziało tylko kilka osób. Ćma patrzył na czarną kobietę - domyślił się, że pochodziła z Jamajki - w białym pielęgniarskim kitlu, która trzymała egzemplarz Hiszpańskiego dla początkujących z pozaginanymi rogami. Zauważył, że porusza ustami, ucząc się języka, którego znajomość była niezbędna, gdy się pracowało w Miami.
U stóp Ćmy leżała plastikowa reklamówka z dużą kanapką media noche, którą kupił na spółkę dla siebie i Andy, oraz z wodą mineralną i gazowaną lemoniadą. Pamiętał, że Andy Candy lubiła ją pić, gdy urządzali sobie pikniki w South Beach albo Bill Baggs State Park na Key Biscayne.
Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zabrał ją do Matheson Hammock, co w niemałym stopniu przesądziło o wyborze właśnie tego miejsca. Z parkiem nie wiązały ich żadne wspólne wspomnienia. Żadnego muskania warg, jedwabistego dotyku młodych ciał w ciepłej wodzie.
Pomyślał, że o miłosnych marzeniach najlepiej zapomnieć.
Nie wiedział, czy Andy Candy w ogóle się pojawi. Powiedziała, że przyjdzie, a teraz, kiedy stryj nie żył, była najbardziej słowną osobą, jaką w ogóle znał. Jednak tkwiący w nim realista - chociaż przyznawał, że niewiele go już pozostało - nie wyzbył się wątpliwości. Ćma zdawał sobie sprawę, że przez telefon mówił mętnie, zagadkami i pewnie brzmiał przerażająco, kiedy tak nagle wspomniał o morderstwie.
- Ja bym nie przyszedł na spotkanie ze sobą - wyszeptał, gdy autobus zatrzymał się na przystanku. Wstał i wygramolił się z wozu w blask słonecznego wczesnego popołudnia.
Ruszył szeroką ścieżką równoległą do wjazdu do parku. Po drodze, w cieniu cyprysów minęło go kilku biegaczy. Zignorował budkę z koralowca, gdzie jakaś młoda kobieta sprzedawała bilety i mapy pod dużym szyldem z napisem "Ginący habitat Florydy", pokazującym kurczące się terytoria zamieszkane przez miejscową faunę. Zatrzymał się obok palm rosnących na skraju Biscayne Bay. Para młodych Latynosów właśnie odbywała tam próbę ślubu. Ksiądz się uśmiechał i próbował rozładować napięcie dowcipami, które ani trochę nie śmieszyły żadnej z matek przyszłych nowożeńców.
Ćma czekał na skraju parkingu, na ławce, w cieniu pojedynczej palmy. Słyszał piskliwy śmiech dochodzący z krańca parku, gdzie w szerokiej, płytkiej i sztucznej lagunie mieściło się specjalne miejsce do zabaw dla małych dzieci. W blasku słońca pobliska plaża wydawała się jaśnieć srebrem.
Już miał wyciągnąć komórkę i sprawdzić, która godzina, ale zrezygnował z tego. Jeśli Andy Candy się spóźniała, nie chciał o tym wiedzieć. Liczenie na innych zawsze niesie ryzyko, pomyślał. Mogą nie przyjść. Mogą umrzeć.
Zamknął na chwilę oczy, chroniąc je przed jaskrawym blaskiem, i policzył uderzenia serca, jak gdyby sprawdzając puls własnych emocji. Kiedy otworzył powieki, zobaczył, że na parking wjeżdża mały czerwony sedan i zatrzymuje się na jego skraju. Tak jak wiele aut w Miami miał przyciemniane szyby, jednak Ćma dostrzegł jasne włosy i już wiedział, że to Andy Candy.
Wstał, zanim wysiadła z samochodu. Pomachał do niej. Odmachała.
Wyblakłe dżinsy na długich nogach, jasny podkoszulek w pastelowym niebieskim kolorze. Włosy związała z tyłu w swobodny koński ogon, co zwykle robiła przed bieganiem albo pójściem na basen. Na widok Ćmy zsunęła na czoło okulary przeciwsłoneczne. Ich spojrzenia się spotkały. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, starając się dostrzec wszystkie podobieństwa i zmiany. Gdy ruszyła w jego stronę, z każdym jej krokiem czuł narastające w pragnienie ucieczki.
Andy Candy o mało nie zatrzymała się w połowie drogi. Ćma wydał się jej chudy, jak gdyby te wszystkie lata od ukończenia liceum jakoś okroiły jego i tak już smukłe ciało. Zmierzwione włosy miał dłuższe, niż pamiętała, a ubranie wisiało luźno jak na wieszaku. Nie wiedziała, co ma powiedzieć. Nie była pewna, czy powinna go pocałować, uściskać po przyjacielsku, czy tylko podać rękę - czy może w ogóle nic nie robić. Nie chciała się wahać, nie chciała też wyglądać na zbyt gorliwą.
Spokojnie przeszła przez parking. Nie za szybko, nie za wolno, powtarzała sobie w myślach
Ruszył przed siebie, wychodząc z cienia palmy. Pomachaj. Uśmiechnij się. Zachowuj się normalnie, cokolwiek to znaczy, instruował się w duchu.
Spotkali się w połowie drogi
Zaczął unosić ramiona, aby ją objąć.
Pochylił się do przodu, lecz Andy Candy trzymała ręce wyciągnięte przed siebie.
Ta niezręczna pozycja zaowocowała czymś w rodzaju półdotyku. Ich ramiona spoczęły nawzajem na łokciach. Utrzymali między sobą niewielki dystans.
- Cześć, Ćma.
- Cześć, Andreo.
Uśmiechnęła się.
- Dużo czasu minęło.
Pokiwał głową.
- Powinienem... - zaczął i urwał.
Potrząsnęła głową.
- Wiesz, nie sądziłam, że jeszcze kiedyś cię spotkam. Myślałam, że po prostu poszedłeś swoją drogą, a ja swoją. W sumie tak było.
- Mamy trochę wspólnych wspomnień - zauważył.
Wzruszyła ramionami.
- Nastoletnich wspomnień. I to wszystko.
- Bardziej niż nastoletnich - odparł. - Kilka nawet całkiem dorosłych - uśmiechnął się.
- Tak, to też pamiętam - powiedziała, odwzajemniając uśmiech.
- A teraz jesteśmy tutaj - stwierdził.
- Tak. Teraz jesteśmy tutaj.
Milczeli przez chwilę.
- Kupiłem jedzenie i coś do picia - oznajmił Ćma. - Może znajdziemy sobie stół piknikowy i tam pogadamy?
- Dobrze - zgodziła się.
Kiedy tylko usiedli przy zacienionym stole, powiedział:
- Przepraszam, że mówiłem tak, wiesz, wtedy przez telefon...
- Byłeś przerażający. Prawie miałam nie przyjść.
- Kanapką dzielimy się po połowie - oznajmił. - Lemoniada jest cała dla ciebie.
Uśmiechnęła się półgębkiem.
- Pamiętałeś. Nie wiem, czy ją piłam, od kiedy... - urwała. Nie chciała powiedzieć "od kiedy zerwaliśmy", ale i tak zrozumiał, o co jej chodzi. Pchnęła kanapkę w jego stronę. - Już jadłam lunch. Ty zjedz. Wyglądasz, jakbyś marnie się odżywiał.
W jej głosie zabrzmiała surowa nuta.
Pokiwał głową, uznając trafność spostrzeżenia.
- A ty wciąż jesteś piękna. Nawet piękniejsza, niż kiedy... - nie dokończył. On też nie chciał przypominać o ich rozstaniu.
Wzruszyła ramionami.
- Wcale nie czuję się piękna - powiedziała. - Tylko trochę starsza. - I dodała z uśmiechem: - Oboje jesteśmy starsi.
Ćma ugryzł kęs kanaki, a Andy wciąż mu się przypatrywała. Pomyślał, że patrzy na niego jak właściciel zakładu pogrzebowego na nieboszczyka, któremu ma wybrać strój do trumny.
- Ćma, co się z tobą działo? - zapytała.
- Chodzi ci o...
- Tak, po tym, jak zerwaliśmy.
- Poszedłem do college'u. Dostawałem naprawdę dobre oceny. Ukończyłem college z wyróżnieniem, ale nie poszedłem na studia prawnicze, jak chciał mój tata. Zacząłem studia doktoranckie z historii Stanów Zjednoczonych, bo nie wyobrażałem sobie, żebym mógł robić coś innego. Z jego punktu widzenia badanie minionych wydarzeń jest całkowicie bezużyteczne, nawet jeśli właśnie to uwielbiam robić.
Przerwał na chwilę. Wiedział, że nie pytała go o studia.
- Zacząłem mieć problemy z alkoholem - wyznał cicho. - Mnóstwo problemów. Jestem jednym z tych, których psychiatrzy, tacy jak mój stryjek, nazywają nałogowymi pijakami. Zacząłem zaraz po opuszczeniu domu. To było jak chodzenie po cienkiej linie. Pierwszy krok - dobre oceny. Drugi krok - upić się. Trzeci krok - egzamin zdany na bardzo dobry. Czwarty krok - bardzo się upić. Wiesz, jak to jest.
- A teraz? - zapytała.
- Takie problemy zostają na zawsze - powiedział. - Ale stryj Ed mnie dopilnował, odpowiednio ustawił.
Czasem przenikliwe spojrzenie jest równie wymowne jak pytanie. I właśnie takiego spojrzenia użyła Andy, aby skłonić Ćmę, żeby mówił dalej.
- A teraz umarł. Znalazłem jego ciało.
- Zastrzelił się. Mówiłeś, że...
- Że w to nie wierzę - przerwał jej. - Kurwa, ani przez chwilę nie wierzyłem.
Nagła wulgarność stanowiła coś w rodzaju okna prosto na wściekłość, której Andy u Ćmy nie pamiętała. Dłuższą chwilę wpatrywał się w bladoniebieskie niebo. Potem znowu zmusił się do mówienia.
- Właśnie o tym mówiłem przez telefon. Ed by mnie nie zostawił. Byliśmy wspólnikami. Mieliśmy umowę. Nie wiem, może ty nazwałabyś to układem. Taką obietnicę. Nam obu to pasowało. On był trzeźwy, bo mi pomagał. Ja byłem trzeźwy, bo pomagałem jemu, pozwalając mu, żeby mi pomagał. Ciężko to zrozumieć na trzeźwo. Przepraszam, jeśli to nie ma sensu, ale tak właśnie było.
Czuł się zakłopotany, opisując siebie jako pijaka, nieważne, ile w tym było prawdy. Spojrzał na Andy. Już nie była tamtą dziewczyną z liceum, z którą przeżył swój pierwszy raz, przy okazji zabierając jej dziewictwo. Kobieta siedząca przed nim wydawała się dziełem jakiegoś artysty, który wziął szkicowy wizerunek nastolatki, a potem dodał kolor, nieco pełniejsze kształty i tak stworzył pełny portret.
Andy Candy pokiwała głową. Uderzyło ją, że prawdopodobnie nikogo w swoim życiu nie znała lepiej niż Ćmy i zarazem nikt nie był jej bardziej obcy.
- A teraz? - zapytała. - Chcesz zabić jakiegoś tajemniczego kogoś?
Ćma uśmiechnął się.
- To brzmi głupio, prawda?
Andy Candy nie odpowiedziała. Ani nie odwzajemniła uśmiechu.
- Tak właśnie planuję - oznajmił.
- Dlaczego?
- To sprawa honoru - odparł, nieco unosząc głos w szekspirowskim stylu. - Przynajmniej to mogę zrobić.
- To głupie - stwierdziła Andy Candy. - I wcale nie romantyczne. Nie jesteś gliną. Nic nie wiesz o zabijaniu.
- Szybko się uczę.
I znowu nastał okruch ciszy. Ćma odwrócił się, tak żeby widzieć morze.
- Nie spodziewałem się, że zrozumiesz - stwierdził. A to, co naprawdę chciał powiedzieć, brzmiało: "Mam dług i zamierzam go spłacić, a nie ufam nikomu innemu, zwłaszcza jakiemuś gliniarzowi czy sędziemu". Nie powiedział tego. Pomyślał, że może powinien, potem jednak doszedł do wniosku, że nie.
Andy spojrzała na te same odległe błękitne fale.
- A jednak się spodziewałeś - oznajmiła. - Inaczej byś do mnie nie zadzwonił.
Zaczęła się podnosić z miejsca. Głosy w jej głowie krzyczały: "Idź stąd! Szybko, idź!" Wydawały natarczywe, schizofreniczne polecenia, gromkie, nieznoszące sprzeciwu, Idź stąd natychmiast. Tego Ćmy, którego kochałaś, już nie ma.
- Andy - powiedział ostrożnie. - Nie wiem, do kogo innego mógłbym się jeszcze zwrócić.
Usiadła ponownie. Pociągnęła długi łyk słodkiej gazowanej lemoniady.
- Ćma, dlaczego uważasz, że mogę ci pomóc?
- Nie wiem. Po prostu pamiętam, że... - przerwał.
Spojrzała na niego, potem na morze, potem na niebo. Wyciągnęła przed siebie rękę, ale gwałtownie ją cofnęła. Musiał dostrzec ten ruch, bo z powrotem odwrócił się w jej stronę i położył swoją dłoń na jej dłoni. Przez chwilę spoglądała w dół, na ich dłonie. Czuła, jak elektryczna pamięć przenika przez skórę. Wysunęła rękę.
- Nie dotykaj mnie - powiedziała cicho, niemal szeptem.
- Przepraszam. Nie miałem zamiaru...
- Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie dotykał. - Te słowa wypadły jej z ust, na wpół rozpaczliwe, na wpół wściekłe. Nagle wystraszyła się, że zaraz zacznie płakać i wszystko, co jej się przytrafiło, gwałtownie wypłynie na powierzchnię. Widziała, że Ćma stara się zrozumieć.
- W ogóle nie powinnam się z tobą spotykać - dodała łagodniej. - Złamałeś mi serce.
Ćma potrząsnął głową.
- Swoje serce też złamałem. Byłem głupi Andy. Przepraszam.
- Nie chcę przeprosin - odparła. Wzięła głęboki oddech, wślizgując się w uporządkowany, oficjalny ton. - Bez najmniejszych wątpliwości, to był błąd. Słyszysz mnie? Błąd. A co chcesz, żebym teraz zrobiła?
- Straciłem prawo jazdy. Możesz mnie podwieźć w kilka miejsc?
- Tak. Mogłabym to zrobić.
- A towarzyszyć mi, kiedy będę rozmawiał z paroma osobami?
- Tak. Jeśli to wszystko.
- Nie - powiedział wolno. - Jest jeszcze jedno.
- Dobra. Co?
- Jeżeli teraz uznasz, że jestem kompletnym świrem, to mi powiedz. A potem odejdź na zawsze.
Miał teraz oznajmić jedyną rzecz, którą musiał jej powiedzieć, i jedyną, którą ćwiczył, jadąc autobusem do parku.
Umilkła. Część niej nalegała: Powiedz mu to już teraz, potem wstań, wyjdź i nawet się nie oglądaj. Andy Candy poczuła się, jakby osuwała się po stromej skale, nie mogąc znaleźć uchwytu. Spojrzała na Ćmę i pomyślała, że powinna to dla niego zrobić, bo przecież kiedyś go kochała z żarliwą nastoletnią gorliwością, a pomaganie mu będzie stanowić jedyny sposób na pozbycie się wszystkich resztek tamtego uczucia, które jeszcze gdzieś w niej tkwiły.
Koniec wersji demonstracyjnej.