Rozdział 1
CARO
Zaproszenie nadeszło, gdy Caro była w drodze na siłownię. Listonosz wręczył jej kopertę wraz z rachunkiem i katalogiem odzieżowym. Wymienili kilka zwykłych uprzejmości na temat wspaniałej pogody i głośnego remontu trzy domy dalej. W normalnych okolicznościach Caro wsiadłaby do lexusa, wypociła się na body pumpie, a następnie spędziła godzinkę w kawiarni, lawirując pośród zawiłej hierarchii grupki zbierającej się na kawę po zajęciach i starannie dobierając tematy do swoich rozmówczyń.
Teraz jednak nie ruszyła się z domu. Usiadła na schodach - dokładnie na trzecim stopniu od dołu - trzymając w dłoniach kosztowną kopertę i wpatrując się w rodowy herb wytłoczony na papeterii o gramaturze sto czterdzieści.
Pot zbierał jej się nad górną wargą.
Nerwowo obracała kopertę w rękach. Przeszło jej przez myśl, żeby porzucić ją na blacie, wyjść z domu i spędzić dzień zgodnie z planem, ale chorobliwa ciekawość zjadała ją od środka i wiedziała, że i tak nie zdołałaby zrobić nic produktywnego. Otworzyła kopertę szybko i bez zbędnych ceregieli, niestarannie i od niechcenia rozdzierając gruby papier.
Lady Bellinger pragnie zaprosić
Państwa Caroline i Briana Carmichaelów
na ceremonię odsłonięcia pomnika upamiętniającego sir Charlesa i Henry'ego Bellingerów,
która odbędzie się w niedzielę, 15 lipca,
w rezydencji Riverside Gardens 6, Chiswick.
Wstęp tylko za okazaniem zaproszenia
Caro wlepiała wzrok w fikuśną czarną czcionkę przez nieskończenie długą chwilę; mogło minąć kilka sekund albo i pół poranka - litery raz po raz wyostrzały się i rozmazywały.
Odsłonięcie pomnika. Nie mogła sobie wyobrazić niczego gorszego niż przestępowanie z nogi na nogę na wypielęgnowanym trawniku Bellingerów, słuchanie przemówień i oczekiwanie na chwilę, kiedy to naturalnej wielkości podobizna Henry'ego spojrzy na nią z góry jak Jezus.
Caro wstała. Powoli wypuściła z siebie powietrze. Henry Bellinger od dawna nie odstępował jej na krok - gdziekolwiek by poszła, zawsze czaił się gdzieś na marginesie jej pola widzenia. Widziała go w twarzach ludzi mijanych w autobusie czy na lotnisku. Ni stąd, ni zowąd kątem oka dostrzegała jego szerokie ramiona, roześmiane oczy i dołeczki. Ale wtedy sobowtór wstawał z miejsca i nie dorównywał mu wzrostem albo się uśmiechał i nie zgadzały się zęby - i z Henry'ego na powrót zmieniał się w nieznajomego w drodze do samolotu.
Caro oparła się o balustradę, czując, jak rzeźbiona poręcz wbija jej się w plecy. Ponownie przeczytała treść zaproszenia. Riverside Gardens - całkiem niedaleko. Zastanawiała się, kogo jeszcze zaprosiła lady Bellinger. Skoro ona znalazła się na liście, to z pewnością byli na niej i pozostali; ta stara wiedźma nie miała przecież powodów, by potraktować Caro w wyjątkowy sposób. Przypuszczała, że prywatny sekretarz Bellingerów miał ręce pełne roboty, by ich wszystkich namierzyć.
Przez moment opierała się pokusie, by grzecznie odmówić, wykręcić się wcześniejszymi zobowiązaniami, i poczuła chwilową ulgę. Nie zamierzała jednak dawać lady Bellinger takiej satysfakcji.
Drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich Mary-Anne, sprzątaczka Caro.
- Nie spodziewałam się tu pani zastać, pani Carmichael - bąknęła zdumiona widokiem Caro w hallu.
- Nie, właśnie wychodziłam. Przepraszam, Mary-Anne. - Caro była wyraźnie speszona. Obecność sprzątaczki ją zaskoczyła, jakby szef przyłapał ją na drzemce w pracy, i teraz pospiesznie sięgnęła po swoją torbę na siłownię i klucze, odkładając zaproszenie.
- Wszystko w porządku, pani Carmichael? - zapytała Mary-Anne, ruszając naprzód, jak gdyby chciała jej pomóc.
- Tak, jak najbardziej w porządku. - Caro zgarnęła swoje rzeczy. Kątem oka zerknęła na siebie w lustrze wiszącym w hallu. Wyglądała całkowicie normalnie; może nieco bledsza niż zwykle, ale na jej twarzy nie było ani krzty poruszenia. - Nie będę ci się plątać pod nogami, Mary-Anne. Możesz działać. - I wymknęła się na dwór.
Na zewnątrz powietrze znad rzeki i spaliny samochodów przywróciły ją do rzeczywistości. Nie zamierzała stchórzyć, myślała, idąc do samochodu. Stawi temu czoła, jak należy. Caroline, wystarczy złapać dystans - to proste. Wyobraź sobie, że stoisz na deskach teatru, że odgrywasz rolę samej siebie. Technika przekazana jej przez matkę, sposób na oderwanie się od własnych emocji. Jedna z wielu porad na znalezienie sobie bogatego męża. W tym jednak przypadku Caro czuła, że potrzebna jest jej grubsza zbroja, coś, co ochroni ją przed ukradkowymi spojrzeniami innych gości, mamrotanymi pod nosem kondolencjami, smutkiem niezrealizowanych planów - a przynajmniej przed wyniosłym lekceważeniem lady Bellinger.
Otwierając pilotem samochód, pomyślała, że mogłaby zorganizować kolację w przeddzień uroczystości. Zapewnić sobie posiłki, zwerbować do swojej drużyny kilku kluczowych graczy. Mogłaby zaprosić ich do siebie na noc; jej dom znajdował się przecież najbliżej rezydencji Bellingerów - cała grupa mogła się u niej zatrzymać. Zerknęła do kalendarza. Sobota, 14 lipca; jej mąż Brian i ich najstarsza córka Bethany spędzali wieczór na kolacji w Barnes Rugby Club. Idealnie.
Wsiadła do lexusa i usadowiła się w obitym kremową skórą wnętrzu, zadowolona, że jej plan zaczął nabierać kształtów. Nawet nie było tak źle - wystawna kolacja z przyjaciółmi jak za starych, dobrych czasów młodości. Przypomniały jej się ciężkie od wilgoci popołudnia na łódkach - wyrzeźbione smukłe ciała, słodkie lepkie drinki i ociekające od potu studenckie potańcówki. Miłosne podboje. Roześmiane beztroskie twarze, pełne nadziei i ideałów. Noce, w których się nie budziła, wpatrując tępo w sufit. Obietnice, jakie niosło ze sobą życie.
Stuknęła kilka razy w ekran telefonu i wyszukała numer do George'a Kingsleya. Ostatnie, co o nim słyszała, to to, że wyprowadził się do Henley-on-Thames, jego żona Audrey spodziewała się dziecka, a on pracował w londyńskim City w nudnej firmie zajmującej się zarządzaniem aktywami. Miał w zwyczaju mówić rzeczy w stylu: "kapitalnie" i "spektakularnie". Był dokładnie tym, na kogo jej zdaniem zawsze się zapowiadał. Poza tym George był typem osoby, która ze wszystkimi utrzymywała kontakt.
Caro pisała i kasowała wiadomość na WhatsAppie pięciokrotnie, aż wreszcie wydała jej się odpowiednio swobodna i bezceremonialna:
George, dawno się nie widzieliśmy. Pomyślałam, że zorganizuję kolację przed memoriałem - może mi wtedy podpowiesz, czego się na nim spodziewać. Nigdy w czymś takim nie brałam udziału. Daj znać, mieszkam w Barnes, więc możesz u mnie zostać na noc, jeśli chcesz. Caro
Od razu poczuła się lepiej. Zerknęła na zegarek; na body pump było już za późno, ale wciąż miała czas, by zdążyć na kawkę po ćwiczeniach. Albo i na kieliszek wina. Caro starała się nie pić w tygodniu. Ale, jak zażartowała jedna z matek przy szkolnej bramie dziś rano, czwartek to w końcu mały piątek.
Lexus sunął drogą z cichym pomrukiem. Odpowiedź od George'a nadeszła w ciągu kilku minut. Odczytał ją robotyczny głos samochodowego asystenta:
Caro! Słyszałem, że wróciłaś ze Szwajcarii. Kolacja to świetny pomysł. To smutna okazja, ale przecież ważna - jakoś to ogarniemy. Byłem umówiony na wieczór przed memoriałem z Travisem, może mogę go ze sobą przyprowadzić? Fajnie będzie pogadać i wypić razem drinka - i to bez obaw, że dziecko się obudzi. G.
Caro skręciła na parking siłowni Virgin Active i pomyślała nad listą gości. Może i nie wpadłaby na to, by umieścić na niej Travisa Lawrence'a-Dixona, ale w porządku, mogła przecież go wcisnąć.
Otworzyła drzwi samochodu. Świeciło słońce. Nałożyła okulary, wyciągnęła portfel z torby na siłownię i zauważyła, że wychodząc w pośpiechu, zabrała ze sobą zaproszenie. Nieoczekiwanie poczuła w samochodzie obecność Henry'ego Bellingera. Jego migdałowe uśmiechnięte oczy wpatrywały się w nią z miękkiego skórzanego siedzenia obok.
Poczuła, jak ściska ją w gardle, a całe ciało zaczyna ją mrowić. Wcale nie chciała dać się wciągnąć w przeszłość. Teraz przecież żyła nowym życiem. Życiem, w które wepchnęła się siłą. Skóra zaczynała ją swędzieć, palić; miała ochotę zerwać z szyi złoty łańcuszek, zedrzeć obcisłą koszulkę z lycry. Nie mogła znieść myśli o tym, co by było, gdyby... Czerwona i ociekająca potem, czuła, że jeszcze chwila i przestanie panować nad oddechem - i wtedy zatrąbił klakson.
Znajoma z siłki, Fliss Weschler, pomachała jej, manewrując swoim audi, a Caro zdołała się wyrwać z ataku paniki.
Uniosła trzęsącą się dłoń. Dudnienie jej serca zwolniło. Poczuła, jak fala przerażenia ustępuje. Łyk wina - o tak, właśnie to było jej teraz potrzebne. Na szczęście Fliss lubiła się napić i nie odmówiłaby kieliszka schłodzonego chablis.
Caro sięgnęła za siebie i z głupią ostrożnością chwyciła zaproszenie. Obróciła je w dłoni i przeczytała raz jeszcze. Kartka papieru - nic więcej. Nie mogła jej skrzywdzić. Słowa to tylko słowa.
Kiedy wsuwała ją w boczną kieszeń torebki, jej oczy ześlizgnęły się na litery układające się w napis "Bellinger" wytłoczony na wierzchu - a wysiadając z samochodu, żeby przywitać Fliss, odnotowała w pamięci, że i ona, i Brian powinni zamówić spersonalizowaną papeterię.