Piatek, który zmienił wszystko. Męka Pańska w świetle zdumiewających odkryć i niezwykłych wizji mistycznych - Aleksandra Polewska

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Piłat zatem powiedział do Niego: "A więc jesteś królem?". <Odpowiedział Jezus>: "Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu" (J 18,37).

MĘKA PAŃSKA W ŚWIETLE RELACJI NAOCZNEGO ŚWIADKA

Podstawowym źródłem naszej wiary i wiedzy o męce i śmierci Jezusa Chrystusa są cztery Ewangelie. Niemniej jedna z nich - ta, której autorem jest św. Jan - jest pod tym względem absolutnie wyjątkowa. Jan bowiem był jedynym, spośród apostołów i ewangelistów, naocznym świadkiem tego okrutnego, absurdalnie niesprawiedliwego i jednocześnie nieskończenie zbawiennego widowiska. Do pasyjnych fragmentów Ewangelii św. Mateusza, Marka i Łukasza będziemy się wielokrotnie odwoływać na stronicach tej książki, jednak niezwykłemu opisowi Męki Pańskiej, sporządzonemu przez św. Jana, poświęcimy szczególną uwagę.

Ulubieniec Mistrza

… i jego bezcenna, bezpośrednia relacja

Jan był najmłodszym spośród dwunastu apostołów i uchodził za ulubieńca Jezusa. Swego Mistrza poznał przez Jana Chrzciciela, bo to do grona jego właśnie uczniów należał na początku. Jan był nie tylko najmłodszym z apostołów, ale również pierwszym z nich, który poszedł za Chrystusem. W Wielki Piątek 33 roku jako jedyny nie tylko nie zaparł się swego Pana w obawie przed represjami, ale również jako jedyny trwał przy Nim aż do złożenia Jego ciała do grobu. To jemu Jezus oddał pod opiekę swoją Matkę. Jan jako jedyny z apostołów nie poniósł śmierci męczeńskiej, a to dlatego, że za męczeństwo policzono mu odważne, choć bardzo bolesne trwanie przy Chrystusie w dniu Jego męki i śmierci. Jak pisze Tertulian, jeden z najwybitniejszych wczesnochrześcijańskich pisarzy, umiłowany uczeń Jezusa otarł się o męczeństwo, gdy na rozkaz cesarza Domicjana zanurzono go we wrzącym oleju, ale nie zginął. Mało tego, nie doznał najmniejszego nawet urazu i wyszedł z oleju odmłodzony. Wstrząśnięty tym faktem cesarz - który nieco wcześniej próbował bezskutecznie otruć św. Jana- około 95 roku zesłał go na grecką wyspę Patmos, gdzie apostoł spisał księgę Apokalipsy. To właśnie z jej tekstu dowiadujemy się, że stał on na czele gmin chrześcijańskich w Efezie, Smyrnie, Pergamonie, Tiatyrze, Sardes, Filadelfii i Laodycei. Zresztą, jak mówi tradycja, do Efezu zabrał ze sobą Maryję i również tam napisał swoją Ewangelię. Po śmierci Domicjana w 96 roku Jan mógł opuścić wyspę swego zesłania. Wrócił najprawdopodobniej do Efezu, gdzie zmarł około 100 roku. Tam też został pochowany. Według tradycji nad jego grobem wzniesiono bazylikę. Ostatnia wzmianka o grobie św. Jana w Efezie pochodzi z VI wieku. W 1936 roku archeolodzy odnaleźli w Efezie ślady grobu, w którym najprawdopodobniej złożono ciało umiłowanego ucznia Chrystusa (jako ciekawostkę dodam, że od 2009 roku relikwie Jana Ewangelisty przechowywane są w kościele środowisk twórczych w Warszawie). Jak mówią uczeni bibliści, zanim Jan spisał swoją Ewangelię, przeczytał wnikliwie Ewangelie św. Mateusza, Marka i Łukasza (zwanych synoptykami, a ich ewangelie nazywane są synoptycznymi). Nie chcąc powielać faktów opisanych przez nich, uzupełnia w swym dziele uwiecznione przez nich zdarzenia i pisze o tym, co oni pominęli. Ze szczególną starannością przedstawia pojmanie, proces, drogę krzyżową, ukrzyżowanie, śmierć i pogrzeb Chrystusa, których był świadkiem. Tak więc utrwalony przez Jana opis męki Pańskiej jest dla całego chrześcijańskiego świata absolutnie bezcenny. Jest jego osobistym wspomnieniem, choć zapewne najbardziej bolesnym ze wszystkich. Niestety, nie zachował się oryginał Ewangelii św. Jana, który - jak twierdzą uczeni - powstawał partiami między 70 a 100 rokiem I wieku. Zachował się natomiast maleńki fragmencik greckiego tłumaczenia, które według niektórych naukowców mogło zostać spisane zaledwie kilkanaście lat po śmierci Jana Ewangelisty…

Papirus Rylandsa

Najstarsze manuskrypty zawierające Janową relację Męki Pańskiej

Opowieść ta rozpoczyna się wśród straganów tonącego w kurzu egipskiego bazaru, między którymi pewnego dnia 1920 roku przechadzał się niejaki Bernard Pyne Grenfell, profesor egiptologii i wybitny znawca papirusów. Gdy tylko kończył kolejny semestr wykładów w Oksfordzie, przeprawiał się pociągiem na południe Europy, by stamtąd popłynąć do kraju faraonów i na ziemi, po której stąpał niegdyś Echnaton, poszukiwać kolejnych starożytnych i bezcennych zwojów, opisujących nieistniejące już cywilizacje. Tuż po pierwszej wojnie światowej archeologia wciąż była na tyle młodą dyscypliną naukową, że sprzedaż najprawdziwszych antycznych skarbów (najczęściej skradzionych) na lokalnych bazarach nie tylko była jeszcze legalna, ale też nikogo nie dziwiła. Panująca w Europie moda na starożytne pamiątki ściągała do Egiptu rzesze wygłodniałych kupców. Sprytni Egipcjanie sprzedawali więc Europejczykom zarówno prawdziwe zabytkowe perły, jak i falsyfikaty - stare gliniane dzbanki z utrąconym uchem albo celowo podniszczone całkiem nowe papirusy. Profesor Grenfell był jednak jednym z tych amatorów bazarowych artefaktów, których właściwie nie sposób było oszukać. Pewnego dnia u jednego z handlarzy papirusami dostrzegł coś, co laik mógłby wziąć za zwykły, stary śmieć. Był to niewielki fragment zbrązowiałego papirusu, na którego obu stronach widniały przyblakłe greckie litery. Egipski straganiarz wyjaśnił szybko, że choć ów artefakt wygląda kiepsko, to jest jednym z najstarszych, jakie kiedykolwiek widział. Grenfell był przyzwyczajony do tego rodzaju gorących zapewnień egipskich handlarzy. Wiedział, że straganiarz jest mu gotów wmówić, patrząc przy tym głęboko w oczy i przysięgając na wszystkie świętości, że tak naprawdę to fragment miłosnego listu Kleopatry do Marka Antoniusza. Jednak ten zagadkowy strzęp papirusu zdawał się osobiście przekonywać profesora o swej niezwykłości. Egiptolog zakupił go, a gdy wrócił do dusznego, taniego hoteliku, przyjrzał się dokładniej pozostałościom greckich napisów. Nie miał pojęcia, że dokonał właśnie najważniejszej transakcji w swoim życiu, stając się właścicielem najstarszego istniejącego fragmentu Ewangelii św. Jana.

Tylko dwadzieścia lat później

Rekonstrukcja tekstu, datowanie papirusu i jego identyfikacja zajęła badaczom kilkanaście lat. W 1934 roku Colin H. Roberts ogłosił światu, że odkryto fragment Ewangelii św. Jana pochodzący z czasów cesarza Hadriana. Uczeni zgodnie stwierdzili, że tekst powstał około 125 roku. Niestety, Bernard Grenfell, który zmarł w 1926 roku, nie mógł już tego usłyszeć. Dziś papirus ten jest jednym z największych skarbów Biblioteki Uniwersytetu Johna Rylandsa w Manchesterze (Wielka Brytania) i choć oficjalnie nosi nazwę papirusu P52, powszechnie nazywany jest po prostu papirusem Rylandsa. Współcześni uczeni badający papirus P52 twierdzą, że mógł on powstać nawet przed 117 rokiem, czyli jeszcze za panowania Trajana. Wartość tego papirusu została już od pierwszej chwili wysoko oceniona przez uczonych - pisze ojciec Jacek Salij OP w jednej ze swych publikacji. - Papirus bowiem jest młodszy od autografu Janowej Ewangelii o zaledwie mniej więcej dwadzieścia lat. A co jest w tym wszystkim najważniejsze: tekst, który przekazuje papirus Rylandsa, jest zupełnie identyczny - słowo w słowo - z tym tekstem, jaki zawierają dwudziestowieczne greckie wydania Ewangelii: bez żadnych uzupełnień i bez żadnych skreśleń. Nawiasem warto wspomnieć, że papirus Rylandsa nie tylko jest dowodem-faktem na autentyczność Ewangelii św. Jana. Pochodzi on z Egiptu, a więc dwadzieścia lat od czasu swego powstania Ewangelia św. Jana znalazła się już o 1000 kilometrów od Efezu, miejsca swego powstania! Fakt ten, wziąwszy pod uwagę ówczesne środki wymiany myśli, bardzo wiele mówi o natychmiastowym i zdecydowanym przyjęciu czwartej Ewangelii za księgę świętą przez wszystkich chrześcijan, również przez chrześcijan egipskich.

Czy Ty jesteś Królem żydowskim?

Jaki jednak konkretnie fragment Ewangelii zrekonstruowano w oparciu o szczątki papirusu P52? Otóż jest to rozmowa, jaka toczyła się między Chrystusem a Piłatem kilka godzin przed śmiercią Jezusa na krzyżu. Na stronie recto musiał widnieć ten oto tekst grecki (wytłuszczone są te słowa, które do dziś zachowały się na papirusie):

????? ??? ?????? ? ??????? ?????? ????? ????? ???? ??? ????? ???? ??????? ????? ????? ???? ?? ???????? ???? ??? ??????? ?????????? OY???? ??? ? ????? ??? ????? ??????? ?? ????? ???????? ???? ?????? ??????? ??????????? ???????? ??? ????? ??? ?? ?????????? ? ??????? ??? ???????? ??? ?????? ??? ????? ???? ?? ?? ???????? ??? ???????N (J 18,31-33).

Co w tłumaczeniu na język polski brzmi następująco:

Piłat więc rzekł do nich: "Weźcie go sobie i osądźcie według swojego prawa". Odpowiedzieli mu Żydzi: "Nam nie wolno nikogo zabić". Tak miało się spełnić słowo Jezusa, w którym zapowiedział, jaką śmiercią miał umrzeć. Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa, rzekł do Niego: "Czy Ty jesteś Królem żydowskim?" (J 18,31-33).

Na stronie verso papirusu zapisano po grecku (wytłuszczenie analogicznie jak wyżej):

????? ??? ???? ? ??????? ?????? ???????? ?? ?? ???????? ? ?????? ?? ?????? ??? ???????? ???? ??? ??? ????? ?????????? ??? ??? ????? ??????? ??? ??? ?????? ??? ????????? ?? ??????? ??? ? ?? ?? ??? ???????? ?????? ??? ??? ????? ????? ???? ? ??????? ?? ????? ??????? ??? ????? ????? ????? ??????? ???? ???? ????????? ??? ????? ?????? ??? ???????? ??????? ?? ???? ?????? (J 18,37-38).

Co znaczy:

Piłat zatem powiedział do Niego: "A więc jesteś królem?" <Odpowiedział Jezus:> "Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu". Rzekł do Niego Piłat: "Cóż to jest prawda?" To powiedziawszy, wyszedł powtórnie do Żydów i rzekł do nich: "Ja nie znajduję w Nim żadnej winy (…). (J 18,37-38).

Męczeństwo Janowej Ewangelii

Jeszcze w 1933 roku, a więc rok przed opublikowaniem przez Colina H. Robertsa wyników badań paleograficznych dotyczących odnalezionego przez Bernarda Grenfella papirusu, zwanego dziś papirusem 52, racjonalistyczni bibliści dowodzili, że Ewangelia według św. Jana powstawała w latach 135-140 po Chrystusie. W piątej dekadzie II wieku została zmodyfikowana. W oparciu o te założenia, rzeczeni uczeni sformułowali też wniosek, że znana nam treść Ewangelii św. Jana mogła nie mieć zbyt wiele wspólnego nie tylko z oryginałem (który powstał i tak podejrzanie późno), ale i w ogóle z faktami. Co jest niezwykle interesujące, najważniejsze odkrycia papirusowe XX wieku, odnoszące się do autentyczności zapisów ewangelicznych, dotyczyły właśnie tej Ewangelii. Podkreślić należy, że o ile przez minione wieki prawdziwość ewangelii synoptycznych nie wzbudzała żadnych znaczących wątpliwości, o tyle Ewangelia św. Jana była przedmiotem zdecydowanych i regularnych ataków. Można wręcz rzec, że doświadczała swoistego męczeństwa. Odkrycie i zbadanie papirusu Rylandsa odmieniło na zawsze status autentyczności biografii Jezusa spisanej przez Jego umiłowanego ucznia. Dodam, że w latach 30. XX wieku ogłoszono wyniki badań nad pochodzącymi z pierwszej połowy III wieku papirusami Chestera Beatty'ego, które zawierają treść wszystkich czterech ewangelii. Wyniki te stały się kolejnym dowodem na to, że przez siedemnaście stuleci treść ewangelii nie uległa żadnym zmianom. Powyższe ustalenia obaliły teorię racjonalistycznych biblistów, którzy twierdzili, że teksty ewangelii ewoluowały z każdym kolejnym wiekiem. W 1956 roku odkryto pochodzący z końca II wieku tak zwany papirus Bodmera II, zawierający 14 rozdziałów Ewangelii św. Jana. Rękopis ten niczym nie różni się od 14 rozdziałów Ewangelii św. Jana, jaką znamy z Biblii. Nie zawiera wprawdzie opisu męki i zmartwychwstania, nie mniej w niczym nie umniejsza to jego doniosłej wartości.

Oczami świadka

Z Ewangelii św. Jana

Przyjrzyjmy się zatem dokładnie relacji naocznego świadka męki i śmierci Chrystusa, która - jak już dowiedziono naukowo - przez 2000 lat pozostała niezmieniona w swej treści.

ROZDZIAŁ 18

Pojmanie

To powiedziawszy, Jezus wyszedł z uczniami swymi za potok Cedron. Był tam ogród, do którego wszedł On i Jego uczniowie. Także i Judasz, który Go wydał, znał to miejsce, bo Jezus i uczniowie Jego często się tam gromadzili. Judasz, otrzymawszy kohortę oraz strażników od arcykapłanów i faryzeuszów, przybył tam z latarniami, pochodniami i bronią. A Jezus wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: "Kogo szukacie?" Odpowiedzieli Mu: "Jezusa z Nazaretu". Rzekł do nich Jezus: "JA JESTEM". Również i Judasz, który Go wydał, stał między nimi. Skoro więc [Jezus] rzekł do nich: "JA JESTEM", cofnęli się i upadli na ziemię. Powtórnie ich zapytał: "Kogo szukacie?" Oni zaś powiedzieli: "Jezusa z Nazaretu". Jezus odrzekł: "Powiedziałem wam, że Ja jestem. Jeżeli więc Mnie szukacie, pozwólcie tym odejść". Stało się tak, aby się wypełniło słowo, które wypowiedział: "Nie utraciłem żadnego z tych, których Mi dałeś". Wówczas Szymon Piotr, który miał miecz, dobył go, uderzył sługę arcykapłana i odciął mu prawe ucho. A słudze było na imię Malchos. Na to rzekł Jezus do Piotra: "Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam wypić kielicha, który Mi podał Ojciec?".

Przed Annaszem. Zaparcie się Piotra

Wówczas kohorta oraz trybun razem ze strażnikami żydowskimi pojmali Jezusa, związali Go i zaprowadzili najpierw do Annasza. Był on bowiem teściem Kajfasza, który owego roku pełnił urząd arcykapłański. Właśnie Kajfasz poradził Żydom, że lepiej jest, aby jeden człowiek zginął za naród. A szedł za Jezusem Szymon Piotr razem z innym uczniem. Uczeń ten był znany arcykapłanowi i dlatego wszedł za Jezusem na dziedziniec [pałacu] arcykapłana, natomiast Piotr zatrzymał się przed bramą, na zewnątrz. Wszedł więc ów drugi uczeń, znany arcykapłanowi, pomówił z odźwierną i wprowadził Piotra do środka. A służąca odźwierna rzekła do Piotra: "Czy może i ty jesteś jednym spośród uczniów tego człowieka?" On odpowiedział: "Nie jestem". A że było zimno, strażnicy i słudzy, rozpaliwszy ognisko, stali przy nim i grzali się. Wśród nich stał także Piotr i grzał się [przy ogniu]. Arcykapłan więc zapytał Jezusa o Jego uczniów i o Jego naukę. Jezus mu odpowiedział: "Ja przemawiałem jawnie przed światem. Nauczałem zawsze w synagodze i w świątyni, gdzie się gromadzą wszyscy Żydzi. Potajemnie zaś nie nauczałem niczego. Dlaczego Mnie pytasz? Zapytaj tych, którzy słyszeli, co im mówiłem. Przecież oni wiedzą, co powiedziałem". Gdy to rzekł, jeden ze sług obok stojących spoliczkował Jezusa, mówiąc: "Tak odpowiadasz arcykapłanowi?" Odrzekł mu Jezus: "Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?" Następnie Annasz wysłał Go związanego do arcykapłana Kajfasza.

A Szymon Piotr stał i grzał się [przy ogniu]. Powiedzieli wówczas do niego: "Czy i ty nie jesteś jednym z Jego uczniów?" On zaprzeczył, mówiąc: "Nie jestem". Jeden ze sług arcykapłana, krewny tego, któremu Piotr odciął ucho, rzekł: "Czyż nie ciebie widziałem razem z Nim w ogrodzie?" Piotr znowu zaprzeczył, i zaraz zapiał kogut.

Przed Piłatem

Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać i móc spożyć Paschę. Dlatego Piłat wyszedł do nich na zewnątrz i rzekł: "Jaką skargę wnosicie przeciwko temu człowiekowi?" W odpowiedzi rzekli do niego: "Gdyby to nie był złoczyńca, nie wydalibyśmy Go tobie". Piłat więc rzekł do nich: "Weźcie Go sobie i osądźcie według swojego prawa!" Odpowiedzieli mu Żydzi: "Nam nie wolno nikogo zabić". Tak miało się spełnić słowo Jezusa, w którym zapowiedział, jaką śmiercią miał umrzeć.

Przesłuchanie

Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa, rzekł do Niego: "Czy Ty jesteś Królem żydowskim?" Jezus odpowiedział: "Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?" Piłat odparł: "Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Co uczyniłeś?" Odpowiedział Jezus: "Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd". Piłat zatem powiedział do Niego: "A więc jesteś królem?" Odpowiedział Jezus: "Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu". Rzekł do Niego Piłat: "Cóż to jest prawda?" To powiedziawszy, wyszedł powtórnie do Żydów i rzekł do nich: "Ja nie znajduję w Nim żadnej winy. Jest zaś u was zwyczaj, że na Paschę uwalniam wam jednego [więźnia]. Czy zatem chcecie, abym wam uwolnił Króla żydowskiego?" Oni zaś powtórnie zawołali: "Nie tego, lecz Barabasza!" A Barabasz był rozbójnikiem.

ROZDZIAŁ 19

"Oto Człowiek"

Wówczas Piłat zabrał Jezusa i kazał Go ubiczować. A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: "Witaj, Królu żydowski!" I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: "Oto wyprowadzam Go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy". Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: "Oto Człowiek". Gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: "Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!" Rzekł do nich Piłat: "Zabierzcie Go i sami ukrzyżujcie! Ja bowiem nie znajduję w Nim winy". Odpowiedzieli mu Żydzi: "My mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Bożym".

Gdy Piłat usłyszał te słowa, jeszcze bardziej się uląkł. Wszedł znów do pretorium i zapytał Jezusa: "Skąd Ty jesteś?" Jezus jednak nie dał mu odpowiedzi. Rzekł więc Piłat do Niego: "Nie chcesz ze mną mówić? Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić Ciebie i mam władzę Ciebie ukrzyżować?" Jezus odpowiedział: "Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry. Dlatego większy grzech ma ten, który Mnie wydał tobie". Odtąd Piłat usiłował Go uwolnić. Żydzi jednak zawołali: "Jeżeli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się cezarowi".

Wyrok

Gdy więc Piłat usłyszał te słowa, wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata. Był to dzień Przygotowania Paschy, około godziny szóstej. I rzekł do Żydów: "Oto wasz król!" A oni krzyczeli: "Precz! Precz! Ukrzyżuj Go!" Piłat powiedział do nich: "Czyż króla waszego mam ukrzyżować?" Odpowiedzieli arcykapłani: "Poza cezarem nie mamy króla". Wtedy więc wydał Go im, aby Go ukrzyżowano.

Droga krzyżowa i ukrzyżowanie

Zabrali zatem Jezusa. A On sam, dźwigając krzyż, wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota. Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa. Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: "Jezus Nazarejczyk, Król żydowski". Napis ten czytało wielu Żydów, ponieważ miejsce, gdzie ukrzyżowano Jezusa, było blisko miasta. A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim. Arcykapłani żydowscy mówili do Piłata: "Nie pisz: Król żydowski, ale że On powiedział: Jestem Królem żydowskim". Odparł Piłat: "Com napisał, napisałem".

Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza jedna część; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: "Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć". Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty, a o moją suknię rzucili losy. To właśnie uczynili żołnierze.

Testament dany z krzyża

A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: "Niewiasto, oto syn Twój". Następnie rzekł do ucznia: "Oto Matka twoja". I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

Śmierć Jezusa

Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: "Pragnę". Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: "Dokonało się!" I skłoniwszy głowę, oddał ducha.

Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat - ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem - Żydzi prosili Piłata, aby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana. I znowu na innym [miejscu] mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili.

Złożenie Jezusa do grobu

Potem Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, lecz krył się z tym z obawy przed Żydami, poprosił Piłata, aby mógł zabrać ciało Jezusa. A Piłat zezwolił. Poszedł więc i zabrał Jego ciało. Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa nocą, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i owinęli je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania. A na miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo. Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu.

Z objawień bł. Anny Katarzyny Emmerich

Gdzie jest Weronika?

Słynne objawienia historyczne bł. Anny Katarzyny Emmerich, niemieckiej mistyczki żyjącej w XIX wieku, przypominające relację "na żywo" z procesu Jezusa, drogi krzyżowej, śmierci na krzyżu czy zmartwychwstania - blisko 10 lat temu zainspirowały Mela Gibsona do realizacji głośnego filmu "Pasja". Męka i zmartwychwstanie według objawień wyniesionych na ołtarze mistyków, w moim pierwotnym zamyśle, miała stanowić osobną część tejże książki. Kiedy jednak uzmysłowiłam sobie, jak liczne, szczegółowe i interesujące są owe pasyjne wizje bł. Katarzyny, postanowiłam zmienić plany i przepleść nimi - niczym niezwykłymi, słownymi ilustracjami - całą publikację. Każdą jej część. Niektóre fragmenty objawień błogosławionej będą integralną partią poszczególnych rozdziałów. Inne, tak jak ta, przerywnikami między kolejnymi jej tematami. Niemiecka mistyczka jest jedną z nielicznych, którzy doznali łaski objawień związanych z męką, śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa i jedyną spośród nich, którym dane zostało widzieć aż tyle. Niektórzy twierdzą, że spisane przez Klemensa Brentano treści tychże objawień są niczym dodatkowa, mistyczna ewangelia (bo podkreślić należy, że wizje błogosławionej obejmują całe życie Chrystusa). Tak więc kolejne opisy najświeższych i nieco starszych ustaleń uczonych badających za pomocą poetyckich "szkiełka i oka" rozmaite aspekty męki, śmierci i powstania z grobu Jezusa, równoważyć będziemy obrazami widzianymi "oczyma duszy" błogosławionej mistyczki. Rozpoczniemy od opowieści o postaci, której nie opisuje żaden ewangelista (nawet św. Jan!), natomiast Kościół od wieków przywołuje ją w czasie rozważań szóstej stacji drogi krzyżowej. Mowa oczywiście o Weronice i jej chuście, którą otarła twarz Jezusowi. Dowiadujemy się o niej z apokryfów, które wcale nie wymieniają jej imienia. Imię Weronika, jako swoisty symbol, powstało kilka stuleci po śmierci Chrystusa. Zrodziło się z połączenia dwóch słów: vera - prawdziwy i ikon - wizerunek. Mówią one o prawdziwym obliczu Jezusa, które miało odbić się na tkaninie. W jednej z wizji Katarzyny Emmerich Weronika nosi imię Serafia. Oto jej historia:

Pochód posuwał się teraz długą ulicą, skręcającą nieco na lewo, przeciętą wielu bocznymi uliczkami. Co chwila napotykano gromadki porządniejszych Żydów, dążących do świątyni. Niektórzy z nich na widok pochodu cofali się spiesznie z faryzejskich fałszywych skrupułów, by się nie zanieczyścić; u innych znowu czytało się w twarzach pewną litość nad Jezusem. Mniej więcej na dwieście kroków od bramy, przy której Jezus niedawno upadł, stał po lewej stronie ulicy piękny dom, oddzielony od ulicy dziedzińcem, na który wchodziło się tarasem po schodach; dziedziniec otoczony był szerokim murem, zamkniętym z przodu błyszczącą kratą. Gdy orszak dom ten mijał, wybiegła z niego naprzeciw okazała, słuszna matrona, prowadząca dziewczynkę za rękę. Była to Serafia, żona Syracha, jednego z członków "Wielkiej Rady", której dzisiejszy uczynek miłosierny miał zjednać imię Weroniki od słowa "vera ikon" (prawdziwy wizerunek). Serafia przygotowała w domu wyborne wino zaprawione korzeniami, z tą myślą pobożną, że pokrzepi nim Pana podczas okropnej drogi krzyżowej. W bolesnym oczekiwaniu nie mogła się doczekać tej chwili, więc już przedtem wybiegła raz z domu i starała się dostać do Jezusa. Widziałam ją w pobliżu orszaku już wtenczas, gdy nastąpiło spotkanie Jezusa z Matką Najświętszą. Chodziła koło orszaku w zasłonie na twarzy, prowadząc za rękę małą dziewczynkę, którą przyjęła na wychowanie, nie mając własnych dzieci. Nie mogła jednak znaleźć sposobności, by dostać się przez ciżbę pachołków aż do Jezusa, wróciła więc do domu i tu oczekiwała Pana.

Widząc, że orszak się zbliża, wybiegła na ulicę z chustą przewieszoną przez ramię; obok niej szła owa dziewczynka, może dziewięcioletnia, niosąca pod okryciem dzbanuszek z winem. Pachołkowie, idący na przedzie, chcieli ją odpędzić, ale na próżno. Miłość ku Jezusowi i litość wezbrały w sercu Serafii, zapomniała o wszystkim i gwałtem zaczęła się przeciskać przez motłoch, żołnierzy i siepaczy, a za nią biegła dziewczynka, trzymając się jej sukni. Docisnąwszy się do Jezusa, upadła przed Nim na kolana, podniosła chustę, rozpostartą do połowy i rzekła błagalnie: "Pozwól mi otrzeć oblicze Pana mego". Zamiast odpowiedzi ujął Jezus chustę lewą ręką, przycisnął ją dłonią do krwawego oblicza, przesunął nią po twarzy ku prawej ręce, i zwinąwszy chustę obiema rękami, oddał ją z podzięką Serafii; ta ucałowała ją, wsunęła pod płaszcz i wstała z ziemi. Trwało to wszystko zaledwie dwie minuty. Śmiały postępek Serafii oszołomił na razie żołnierzy i siepaczy, motłoch zaczął się cisnąć bliżej, by widzieć całe zajście, skutkiem czego musiano na chwilę wstrzymać pochód i to umożliwiło Weronice podanie chusty. Lecz wnet ochłonęli siepacze i żołnierze ze zdumienia; gdy dziewczynka podniosła nieśmiało wino, by podać je Jezusowi, odepchnęli ją, zaczęli łajać i lżyć. Nadbiegli wnet Faryzeusze, rozgniewani przerwą w pochodzie, a jeszcze bardziej tym aktem publicznej czci, oddanej Jezusowi.

Siepacze zaczęli na nowo szarpać i bić Jezusa, co widząc Serafia, uciekła z dzieckiem do domu. Zaledwie zdołała wejść do komnaty i położyć chustę na stole, a zaraz upadła zemdlona na ziemię; dziewczynka uklękła przy niej z dzbanuszkiem, płacząc i zawodząc żałośnie. Przypadkiem wszedł pewien dobry przyjaciel ich rodziny i znalazł ją leżącą jak martwą na podłodze, a na stole ujrzał chustę, na której z zadziwiającą dokładnością odbite było okropnie skrwawione oblicze Jezusa. Przerażony, ocucił zemdlałą i pokazał jej to cudo. Serafia z tęsknym, żałosnym sercem upadła na kolana przed chustą i zawołała: "Teraz już opuszczę, wszystko, kiedy Pan raczył mi zostawić tak cenną pamiątkę". Chusta ta był to szeroki pas z delikatnej wełny, trzy razy dłuższy niż szeroki. Noszono zwykle takie chusty przewieszone przez szyję, czasem drugą jeszcze na ramionach. Według ówczesnego zwyczaju uważano to sobie za obowiązek, by napotkawszy kogoś płaczącego, frasobliwego, znużonego, chorego, zatrzymać się i otrzeć mu twarz tą chustą; było to oznaką współczucia i litości względem bliźniego. Także przy pewnych okazjach obdarowywano się takimi chustami. Weronika zawiesiła swą drogocenną chustę w głowach swego posłania i nie rozłączała się z nią. Po śmierci Serafii przeszła chusta ta za pośrednictwem świętych niewiast w ręce Matki Bożej, a potem przez Apostołów dostała się do skarbca najcenniejszych pamiątek Kościoła. Serafia była krewną Jana Chrzciciela, ojciec jej bowiem był bratem stryjecznym Zachariasza. Pochodziła z Jerozolimy; pamiętam, gdy przyniesiono Maryję jako czteroletnie dziecko na służbę do świątyni, to udał się Joachim, Anna i ich znajomi do domu rodzinnego Zachariasza, stojącego niedaleko targu rybnego. Mieszkał tam jakiś stary krewny Zachariasza i jego wuj, a dziadek Serafii. Serafia była mniej więcej o pięć lat starsza od Najśw. Panny. Drugi raz widziałam ją na zaślubinach Maryi z Józefem. Była ona także krewną starego Symeona, który prorokował o Jezusie podczas ofiarowania Go w świątyni, i od malutkości przyjaźniła się z jego synami. Ci już z dawna za przykładem ojca swego odczuwali pragnienie i tęsknotę za Mesjaszem, a i Serafia ją podzielała. Oczekiwanie na Zbawiciela nurtowało długo w sercach niektórych bogobojnych ludzi jak tajemna, miłosna tęsknota. Inni, obojętniejsi, nie doznawali podobnych przeczuć. Gdy Jezus jako dwunastoletni chłopiec został w Jerozolimie, by nauczać w świątyni, Serafia, niezamężna jeszcze, gdyż dopiero później wyszła za mąż, posyłała Mu posiłek do małej gospody przed miastem, gdzie Jezus nocował. Gospoda ta leżała na kwadrans drogi przed Jerozolimą od strony Betlejem. Tu przepędziła Maryja z Józefem i dwoma starcami dzień i dwie noce, gdy po narodzeniu Chrystusa szła z Betlejem ofiarować Go w świątyni. Gospodarze byli Esseńczykami, gospodyni zaś była krewną Joanny Chusa; znali oni dobrze św. Rodzinę i Jezusa. Gospoda ta była umyślnie zbudowanym przytułkiem dla ubogich, a Jezus i uczniowie nieraz znajdowali tu schronienie. Nauczając ostatnimi czasy w świątyni, nieraz zachodził tu Jezus, a Serafia przysyłała Mu tam posiłek. Gospodarzem był już teraz kto inny. Syrach, mąż jej, potomek czystej Zuzanny, był członkiem "Wielkiej Rady". Z początku nieprzychylny był bardzo Jezusowi i nie raz musiała Serafia dosyć wycierpieć od niego za przestawanie z świętymi niewiastami i Jezusem. Kilka razy zdarzało się nawet, że zamykał ją za to w piwnicy. Później uległ przedstawieniom Józefa z Arymatei i Nikodema, złagodniał znacznie i już nie bronił swej żonie być wyznawczynią Jezusa. Na rozprawie sądowej u Kajfasza wczoraj w nocy i dziś rano oświadczył się wraz z Nikodemem, Józefem z Arymatei i innymi dobrze myślącymi za Zbawicielem, i wraz z nimi także wystąpił z "Rady". Serafia była dziś jeszcze piękną, okazałą niewiastą, choć minęła jej już pięćdziesiątka. Podczas tryumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, obchodzonego w Niedzielę Palmową, znajdowała się w gronie niewiast wśród tłumu z dzieckiem na ręku.

Wtenczas to zdjęła okrycie z głowy i za przykładem innych rozpostarła je na drodze pod nogami Zbawiciela, by mu cześć oddać i chwałę. Tę samą chustę wyniosła teraz Panu w pochodzie, smutniejszym wprawdzie, ale bardziej zwycięskim, by otrzeć nią ślady cierpienia z Jego Boskiego oblicza. Chusta ta zjednała właścicielce miłosiernej nowe, tryumfalne imię "Weronika", a dla Kościoła stała się drogocenną relikwią, czczoną publicznie przez wszystkich wiernych. W trzecim roku po wniebowstąpieniu Chrystusa wysłał był cesarz rzymski posłów do Jerozolimy w celu zebrania świadectw i ścisłego zbadania różnych pogłosek, krążących o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. Dla lepszego przedstawienia cesarzowi sprawy, zabrali posłowie ze sobą do Rzymu Nikodema, Serafię i krewnego Joanny Chusa, ucznia Epafrę, Ten ostatni, przedtem sługa i posłaniec kapłanów przy świątyni, jako uczeń również służył z prostotą innym uczniom. Będąc z Apostołami w wieczerniku, widział Jezusa naocznie zaraz w pierwszych dniach po zmartwychwstaniu i później jeszcze nieraz przed wniebowstąpieniem. Widziałam Weronikę na posłuchaniu u cesarza. Posłuchanie odbywało się w niewielkiej, czworobocznej komnacie bez okien; światło spływało do pokoju przez umyślne otwory w suficie, dające się dowolnie otwierać i zamykać za pomocą sznurów. Cesarz był nieco słaby, więc spoczywał na wspaniałym, podwyższonym łożu, osłoniętym kosztowną kotarą. Dworzanie znajdowali się w przedpokoju, a cesarz rozmawiał sam na sam z Weroniką. Miała ona przy sobie chustę, którą otarła twarz Jezusowi i jeden całun z Jego grobu. Na chuście, dość długiej, odbite było na jednym końcu oblicze Jezusa. Nie było to czyste malowidło, bo odbite razem z krwią. Twarz święta wyglądała dość szeroko, gdyż powstała przez przyłożenie chusty do całej twarzy wokoło. Weronika pokazała ten wizerunek cesarzowi, ująwszy chustę w dłoń za dłuższy koniec. Na całunie grobowym odciśnięty był ślad ciała Jezusa poranionego biczowaniem. Nie uważałam czy cesarz dotykał się tych chust, lub czy Weronika potarła go nimi, ale zapewne sam widok ich uleczył go, bo zaraz wyzdrowiał. Cesarz chciał Weronikę koniecznie zatrzymać w Rzymie i nawet ofiarowywał jej na własność dom, posiadłości i liczną służbę, lecz Weronika jedno tylko miała pragnienie, a to, [by] powrócić do Jerozolimy i umrzeć tam, gdzie Jezus umarł. Rzeczywiście wróciła wkrótce wraz z towarzyszami do Jerozolimy. Podczas prześladowania chrześcijan tamże, kiedy to Łazarz wraz z siostrami wyzuty został z majętności, uciekła z kilkoma niewiastami; złapano ją jednak i osadzono w więzieniu, w którym umarła śmiercią głodową, jako męczennica za prawdę, za Jezusa, którego nieraz karmiła chlebem doczesnym i który nawzajem posilał ją na żywot wieczny Swym Ciałem i Krwią Najświętszą.

ROZDZIAŁ II

Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza został skazany na śmierć przez prokuratora Poncjusza Pilatusa (Tacyt).

MĘKA PAŃSKA I ZMARTWYCHWSTANIE W ŚWIETLE POZABIBLIJNYCH ŹRÓDEŁ HISTORYCZNYCH

Dziś nikt już chyba nie kwestionuje faktu, że Jezus Chrystus był postacią historyczną. O Jego istnieniu mówią przecież nie tylko ewangelie, Dzieje Apostolskie czy listy apostołów, ale również źródła pozabiblijne, wśród których znajdujemy również zapisy najznamienitszych kronikarzy antyku. Warto wiedzieć, że niektóre z owych pozabiblijnych, pochodzących z I wieku dokumentów potwierdzających istnienie Jezusa, wspominają także o Jego męce i zmartwychwstaniu. Mało tego, do dziś zachowały się dwa dowody bezpośrednio związane z Chrystusową męką.

O autorach owych zapisów oraz okolicznościach, w jakich powstały, chcę opowiedzieć w niniejszej części książki. Zresztą nie tylko opowiedzieć, ale przede wszystkim zacytować je w całości.

Tacyt

… i pożar Rzymu

Nasz przegląd pozabiblijnych i pozachrześcijańskich źródeł wspominających o Chrystusie, Jego męce i zmartwychwstaniu rozpoczniemy od kronik największego z historyków Imperium Romanum, niejakiego Publiusza Korneliusza Tacyta. Ten wybitny kronikarz przyszedł na świat w Galii 22 lata po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, to jest w roku 55, a jego największe dzieła: "Dzieje" i "Roczniki", zachowały się do naszych czasów. Na kartach "Roczników" właśnie Tacyt - który słynął z ogromnej rzetelności - w 115 roku opisał zdarzenie z okresu panowania Nerona, skądinąd świetnie nam znane z sienkiewiczowskiego "Quo vadis?". Za panowania cesarza-artysty wybuchł w Rzymie wielki pożar. Nieoczekiwanie Wieczne Miasto obiegła wieść, że to sam władca wydał rozkaz podpalenia stolicy imperium, a lud rzymski, usłyszawszy ją, wszczął bunt przeciw Neronowi. Zatrwożony cesarz, chcąc uciszyć oburzenie swych podwładnych, wpadł na pomysł, aby o umyślne podpalenie miasta oskarżyć chrześcijan, których - jak podkreśla Tacyt - nienawidził. I tak oto pisze on o Chrystusie i Jego męce w kontekście pożaru Rzymu:

Atoli ani pod wpływem zabiegów ludzkich, ani darowizn cesarza i ofiar błagalnych na rzecz bogów, nie ustępowała hańbiąca pogłoska i nadal wierzono, że pożar był nakazany. Aby ją więc usunąć, podstawił Neron winowajców i dotknął najbardziej wyszukanymi kaźniami tych, których znienawidził dla ich sromoty, a których gmin chrześcijanami nazywał. Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza skazany został na śmierć przez prokuratora Poncjusza Pilatusa, a przytłumiony na razie zgubny zabobon znowu wybuchnął nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy, dokąd wszystko, co potworne lub sromotne, zewsząd napływa i licznych znajduje zwolenników.

Pliniusz Młodszy

… w liście do cesarza Trajana

Gajusz Pliniusz Cecyliusz Drugi, zwany także Młodszym, urodził się w 61 roku w Lombardii i choć był świetnym mówcą, niezłym prawnikiem, sprawnym senatorem, a także namiestnikiem Bitynii i Pontu, do historii przeszedł jako wybitny epistolograf, czyli poeta korespondencji. Do dziś zachowało się aż 247 listów jego pióra. Najsłynniejszy z nich opisuje wybuch Wezuwiusza, zniszczenie Pompei i Herkulanum oraz śmierć obserwującego erupcję Pliniusza Starszego, jego wuja. Drugim najczęściej cytowanym tekstem jego pióra jest fragment listu do cesarza Trajana (który notabene darzył Pliniusza szczególnymi względami) dotyczącego chrześcijan. Co prawda, Pliniusz nie wspomina w nim ani słowem o męce czy zmartwychwstaniu, niemniej wyraźnie wymienia imię Chrystusa i już z tego tylko względu warto się z owym zapisem zapoznać osobiście.

Zapewniali zaś [chrześcijanie - przyp. aut.], że to było z ich strony największą winą czy też błędem, iż w oznaczonym dniu przed świtem schodzili się i na przemian śpiewali pieśni ku czci Chrystusa jako Boga i zobowiązywali się przysięgą, nie do jakiejś zbrodni, ale że nie będą popełniać rozboju ani cudzołóstwa, nie będą oszukiwać i wypierać się powierzonego im mienia, gdyby wzywano ich [do zwrotu - przyp. aut.]. Po dokonaniu tego mieli zwyczaj się rozchodzić i znowu się zbierać dla spożycia pokarmu, ale całkiem zwykłego i niewinnego; zaprzestali to czynić po moim edykcie, którym zakazałem religijnych zebrań - zgodnie z Twymi poleceniami. Dlatego tym bardziej uznałem za rzecz konieczną wydobyć, nawet na torturach, z dwóch niewolnic, które podobno nazywano pomocnicami, co w tym jest prawdy. Dowiedziałem się tylko tego, że są to niecne zabobony, przekraczające wszelką miarę.

Józef Flawiusz

… i spór o Mesjasza

Józef Flawiusz pochodził z jerozolimskiego rodu Machabeuszy. Przyszedł na świat w 37 roku. W drugiej połowie lat 60. I wieku wziął czynny udział w powstaniu żydowskim przeciw Rzymianom. Kiedy został pojmany przez rzymskich żołnierzy, przepowiedział ich dowódcy, że ten pewnego dnia zostanie cesarzem Rzymu i w ten sposób uniknął kary śmierci. Został wtrącony do więzienia, a po dwóch latach uwolniony na rozkaz człowieka, który darował mu karę śmierci i rzeczywiście został cesarzem imperium. Wespazjan, bo o nim mowa, nie zapomniał proroctwa żydowskiego powstańca. Aby go uhonorować, postanowił spełnić jego największe marzenie, jakim było spisanie dziejów Izraela. Dostał więc od cesarza willę w Rzymie, przydomek Flawiusz i dożywotnie utrzymanie. Dzięki temu wsparciu między rokiem 90 a 94 stworzył między innymi monumentalne dzieło zatytułowane "Dawne dzieje Izraela", w którym wymienia imię Chrystusa, a także - jak twierdzi wielu naukowców - obwieszcza ludzkości, że to właśnie Jezus z Nazaretu był oczekiwanym przez Żydów Mesjaszem. Józef, pisząc o Chrystusie, dotyka również kwestii Jego męki i zmartwychwstania.

W tym czasie żył Jezus, człowiek mądry, jeżeli w ogóle można go nazwać człowiekiem - pisze Flawiusz. - Czynił bowiem rzeczy niezwykłe i był nauczycielem ludzi, którzy z radością przyjmują prawdę. Zjednał sobie wielu Żydów, jako też Greków. On to był Chrystusem. A gdy wskutek doniesienia najznakomitszych u nas mężów Piłat zasądził go na śmierć krzyżową, jego dawni wyznawcy nie przestali go miłować. Albowiem trzeciego dnia ukazał się im znów jako żywy, co o nim, jak i wiele innych zdumiewających rzeczy przepowiedzieli boscy prorocy. I odtąd, aż po dzień dzisiejszy, istnieje plemię chrześcijan, którzy od niego otrzymali tę nazwę.

Niektórzy badacze pism starożytnych uważają za niemożliwe, by będący Żydem Flawiusz, w dodatku pochodzący z rodu kapłańskiego, sugerował w swej kronice, że Jezus to oczekiwany od wieków przez Izraelitów Mesjasz. Według nich, gdyby żydowski kronikarz dopuścił się takiego przedstawienia Jezusa w swym dziele, zostałby natychmiast uznany za zdrajcę swej religii. Uczeni ci twierdzą, że Józef musiał być świadom, iż zapisem takim ściągnąłby na siebie ogromne problemy i w związku z tym nigdy nie podjąłby takiego ryzyka, nawet jeśli w głębi duszy wierzyłby w to, że Chrystus jest Synem Bożym. Naukowcy krytykujący zacytowaną powyżej treść żywią przekonanie, że została ona źle zinterpretowana podczas rekonstruowania dzieła Flawiusza, a prawidłowa jej wersja powinna brzmieć następująco:

W tym czasie żył [niejaki] Jezus, człowiek mądry, jeżeli w ogóle można go nazwać człowiekiem. Czynił bowiem rzeczy niezwykłe i był nauczycielem ludzi, którzy z radością przyjmują prawdę. Zjednał sobie wielu Żydów, jako też Greków. [Mniemano, że] On to był Chrystusem. [Lecz nie był nim według mniemania] najznakomitszych u nas mężów. [Z tej przyczyny] Piłat zasądził go na śmierć krzyżową [i spowodował jego śmierć]. Jego dawni wyznawcy nie przestali [o nim głosić], że ukazał im się trzeciego dnia [po śmierci] znów jako żywy, co o nim, jak i wiele innych zdumiewających rzeczy [zaświadczyli] i przepowiedzieli boscy prorocy. I odtąd, aż po dzień dzisiejszy, istnieje plemię chrześcijan, którzy od niego otrzymali tę nazwę.

Inna grupa uczonych - zajmujących się odtwarzaniem kronik Józefa Flawiusza - za ich rdzenną wersję uznaje tak zwaną wersję arabską, odkrytą przez profesora Salomona Pinesa w kronikach Agapiosa z X wieku. Według nich, gdy autor "Dawnych dziejów Izraela pisał, że Jezus z Nazaretu może być Mesjaszem, nie ryzykował zupełnie niczym, gdyż nie stwierdził jednoznacznie, iż Chrystus był Synem Boga, dopuścił tylko taką ewentualność. Mieszkał w Rzymie i żył dostatnio dzięki środkom otrzymywanym z cesarskiego skarbca, był obywatelem rzymskim, który podlegał prawu rzymskiemu. Jego rodacy - nawet ci potencjalnie najbardziej oburzeni - zupełnie mu nie zagrażali. Z taką pozycją mógł śmiało - przynajmniej wobec Żydów - pozwolić sobie na dużą niezależność poglądów, wierząc w mesjanizm straconego na krzyżu niezwykłego Nazarejczyka. Według profesora Pinesa i zwolenników jego teorii prawidłowa rekonstrukcja zapisu Flawiusza o Chrystusie powinna wyglądać tak:

W tym czasie żył pewien mędrzec zwany Jezusem. Był to człowiek dobry i sprawiedliwy. Wielu Żydów i ludzi innych narodowości stało się jego uczniami. Piłat skazał go na ukrzyżowanie i śmierć. Lecz jego uczniowie nie przestali w niego wierzyć. Mówili, że żyje i ukazał im się trzy dni po ukrzyżowaniu. On być może był tym Mesjaszem, odnośnie którego prorocy przepowiadali wielkie, cudowne rzeczy.

Niezależnie od sporów badaczy kronik Józefa Flawiusza jednego możemy być absolutnie pewni: ten największy żydowski historyk antyku w dziele, które nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, pisze nie tylko o istnieniu Chrystusa, ale również o jego śmierci i zmartwychwstaniu.

Gacjusz Swetoniusz

Jezus Chrystus w "Żywotach cezarów"

Imię Chrystusa - choć nieco zniekształcone - pojawia się również w kronikach Gajusza Swetoniusza. Swetoniusz, bo tak najczęściej nazywa się tego rzymskiego pisarza, urodził się około 69 roku i przyjaźnił się zarówno z Tacytem, jak i Pliniuszem Młodszym. Jego najsłynniejszym dziełem są "Żywoty cezarów", na kartach których, pisząc o Klaudiuszu, wspomina o Jezusie.

[Klaudiusz - przyp. aut.] Żydów wypędził z Rzymu za to, że bezustannie wichrzyli podżegani przez Chrestosa.

Dzieło "Żywoty cezarów" - powstałe między 120 a 121 rokiem, a więc blisko 90 lat po śmierci Chrystusa - jest kolejnym pozabiblijnym i pozachrześcijańskim źródłem historycznym dowodzącym Jego istnienia.

Poncjusz Piłat?

… i niezwykły odpis wyroku

Titulus Crucis - czyli tablica z krzyża Chrystusa, błędnie funkcjonująca w świadomości większości chrześcijan jako napis złożony z liter "INRI" - nie tylko zachowała się do naszych czasów (uściślając, zachowała się prawa połowa), ale była instytucją rzymskiego prawa proceduralnego. W świetle jego litery określano ją mianem Titulus damnationis, czyli - tłumacząc dosłownie - tytułem potępienia. Najczęściej jednak określa się ją mianem tablicy zbrodni. Natomiast termin Titulus Crucis odnosi się tylko i wyłącznie do tablicy zbrodni, która zawisła na krzyżu Jezusa i tłumaczy się go jako: tablica z krzyża. W Imperium Romanum zawieszano je nad głowami ukrzyżowanych skazańców, by każdy, kto obok nich przechodził, mógł się dowiedzieć, za jaki czyn owy nieszczęśnik poniósł karę śmierci (oczywiście pod warunkiem, że przechodzień potrafił czytać). Większość z nas żywi przekonanie, że Titulus Crucis był pergaminowym zwojem, na którym widniały cztery litery rozpoczynające następujące łacińskie słowa: Iesus (Jezus) Nazarenus (Nazarejczyk) Rex (Król) Iudaeorum (Żydowski). Dzieje się tak oczywiście na skutek uproszczeń stosowanych przez wszelkiego kalibru artystów i rzemieślników tworzących figury ukrzyżowanego Chrystusa i malujących Jego portrety. Weźmy dla przykładu maleńki krucyfiks noszony na łańcuszku, wykonywany przez jubilera. Niemożliwym byłoby umieszczenie na nim pełnego zapisu z Jezusowej tablicy zbrodni, uczynionego przez Poncjusza Piłata, zwłaszcza że zapisany był po hebrajsku, grecku i łacinie. Symboliczny łaciński skrót tego zdania, używany przez stulecia przez artystów i rzemieślników, wydaje się być jak najbardziej zrozumiały. Podobnie zresztą da się wytłumaczyć przedstawianie przez powyższych titulusa jako pergaminu - zwłaszcza że również w takiej postaci stosowano go w cesarstwie rzymskim.

Titulus damnationis, Titulus Crucis

Titulus damnationis, a więc de facto również Titulus Crucis, można porównać do współczesnego odpisu wyroku skazującego. Owe osobliwe odpisy najczęściej umieszczano na szerokich deskach i mocowano nad głowami ukrzyżowanych skazańców. Przygotowanie drewnianego titulusa rozpoczynało się od pomalowania białym wapnem przeznaczonej na niego deski. Białe tło doskonale kontrastowało z tekstem umieszczanym na nim przy pomocy czarnej farby, informującym, za jakie przestępstwo dany człowiek został skazany na śmierć krzyżową. Niekiedy napisy na titulusach wykonywano również farbą czerwoną. Zdarzało się także, że najpierw ryto je w desce, a dopiero później malowano farbą. Badania archeologiczne dowiodły, że istniały też titulusy pergaminowe, których wykonanie wymagało o wiele mniej wysiłku. Te drewniane były zdecydowanie praktyczniejsze, gdyż można ich było używać wiele razy. Często wystarczało zmycie bądź zamalowanie wapnem istniejącego napisu i tablica była gotowa do umieszczenia na niej nowej treści. Tytuły zbrodni bywały niesione przez któregoś z żołnierzy z kompanii egzekucyjnej przed prowadzonym na śmierć skazańcem. Czasami też mocowano do niego sznur i wieszano skazańcowi na szyi, by dodatkowo go upokorzyć przed egzekucją. Przechowywany w rzymskiej bazylice Świętego Krzyża z Jerozolimy Titulus Crucis wykonany został z drzewa orzechowego Juglans Regia (jak podkreśla włoski botanik profesor Elio Corona: bardzo starego drzewa orzechowego), które występuje na Bliskim Wschodzie i we wschodnich częściach basenu Morza Śródziemnego. Długość titulusa wynosi 25 centmetrów, jego szerokość to 14 centymetrów, a grubość deski - 26 milimetrów. Relikwia waży 687 gramów. Możemy wnioskować, że cała relikwia mogła mieć długość około 50 centymetrów, zważywszy że inne odkryte tablice zbrodni z czasów rzymskich mają właśnie takie wymiary. Titulus z Chrystusowego krzyża został przełamany wzdłuż lewej krawędzi, co spowodowało przecięcie widniejącego na nim napisu mniej więcej w środku. Napis, o czym była już mowa wcześniej, był w trzech językach: hebrajskim, greckim oraz łacińskim. Brzmiał on następująco: "Jezus Nazarejczyk, Król żydowski". Zaznaczyć należy, że imię Jezus - w języku greckim i łacińskim - zostało zapisane w skrócie, co jest dość niezwykłe i do czego jeszcze wrócimy, oraz to, że napisy po grecku i łacinie naniesiono w lustrzanym odbiciu (czyli od prawej do lewej z odwróconymi literami). Na relikwii zachowały się także do dziś ślady wapna oraz resztki czarnej farby w zagłębieniach pozostałych po wyrytych w desce literach.

Czterech ewangelistów i trzy języki

Skoro wiemy już, jak funkcjonował Titulus damnationis w rzymskim prawie karnym i jak wygląda Titulus Crucis, przyjrzyjmy się, w jaki sposób ów przedmiot opisano w czterech ewangeliach kanonicznych. Ewangelista Jan o Jezusowej tablicy zbrodni pisze w następujący sposób: Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: "Jezus Nazarejczyk, Król żydowski". Napis ten czytało wielu Żydów, ponieważ miejsce, gdzie ukrzyżowano Jezusa, było blisko miasta. A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim. Arcykapłani żydowscy mówili do Piłata: "Nie pisz: Król żydowski, ale że on powiedział: Jestem Królem żydowskim". Odparł Piłat: "Com napisał, napisałem" (J 19,19-22). Relacja Jana dotycząca Titulus Crucis jest najobszerniejszą z ewangelicznych. Pozostałe trzy ewangelie poświęcają Chrystusowej tablicy zbrodni dokładnie po jednym zdaniu. I tak św. Mateusz stwierdza: A nad głową Jego umieścili napis z podaniem Jego winy: "To jest Jezus, Król żydowski" (Mt 27,37). Święty Marek w tej kwestii wypowiada się równie lakonicznie: Był też napis z podaniem Jego winy, tak ułożony: "Król żydowski" (Mk 15,26). Ewangelista Łukasz natomiast dorzuca jeszcze zwięzłą informację o językach, w jakich dokonano zapisu na titulusie Chrystusa: Był także nad Nim [Jezusem - przyp. aut.] napis <w języku greckim, łacińskim i hebrajskim:> "To jest Król żydowski" (Łk 23,38).

Nietrudno zauważyć, że każdy z ewangelistów pisze o Titulus Crucis nieco inaczej. Jan wskazuje, że napis sporządził sam Piłat, a jego brzmienie nie odpowiadało Żydom, którzy domagali się korekty treści. Mówi też o trzech językach, w których rzymski prokurator zapisał informację o Jezusie z Nazaretu, a także o kolejności, w jakiej zostały one przez niego użyte. Informacja z Ewangelii św. Jana o treści Jezusowej tablicy zbrodni pokrywa się w 75 procentach z napisem wyrytym na Titulusie Crucis przechowywanym w bazylice Świętego Krzyża. Istniejąca do dziś prawa połowa tablicy ma wyryte na sobie słowa "Jezus Nazarejczyk" i fragmenty słowa: "Król". Z zachowanych dokumentów pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa wiemy, że na drugiej połowie titulusa, istniejącej w momencie powstania owych dokumentów, widniał przymiotnik "żydowski" zapisany w tych samych trzech językach. Kolejność użycia języków wskazana przez Jana Apostoła nie zgadza się z kolejnością widoczną na tablicy z krzyża. Jan stwierdza, że pierwszym z tych języków był hebrajski, co poświadcza zachowana relikwia męki. Drugim według niego był łaciński, a trzecim grecki, podczas gdy titulus przedstawia kolejność odwrotną. Jeszcze inna kolejność występuje w Ewangelii św. Łukasza, gdzie grecki wymieniony jest jako pierwszy, łaciński jako drugi, a hebrajski jako trzeci. Czy zatem owe sprzeczności między ewangelicznymi zapisami a zachowanym do dziś titulusem mogą sugerować, że owa relikwia męki i śmierci Chrystusa jest po prostu fałszywa? Naukowcy - głównie Peter Carsten Thiede z Uniwersytetu Ben-Guriona w Beer Szebie i profesor Israel Roll z Tel Awiwu - twierdzą, że nie. Jeśli titulus byłby falsyfikatem, fałszerz najprawdopodobniej trzymałby się którejś z kolejności użycia języków podanych w ewangeliach. Z dużą dozą prawdopodobieństwa sugerowałby się zapisem św. Jana, który przecież był naocznym świadkiem wydarzeń Wielkiego Piątku, w dodatku stał pod krzyżem, na którym wisiała tablica zbrodni. Hipoteza ta wydaje się jak najbardziej logiczna, bowiem każdy rasowy fałszerz dba, na ile jest tylko w stanie, o stworzenie iluzji autentyczności. W tym miejscu jednak rodzi się inne pytanie: Skoro Jan stał pod krzyżem i widział titulus na własne oczy, dlaczego w swej Ewangelii zamienił miejscami łacinę i grekę? Bibliści twierdzą, że Ewangelia św. Jana jest prawdopodobnie najmłodszą z czterech ewangelii kanonicznych. Wszystko wskazuje na to, że Jan spisywał ją etapami, w dodatku wiele lat po ukrzyżowaniu Jezusa. Istnieje hipoteza mówiąca, że umiłowany uczeń Chrystusa, pisząc o Jego tablicy zbrodni, zwyczajnie się pomylił. Według innej teorii Jan w oryginalnym zapisie swej Ewangelii mógł podać kolejność dokładnie taką, jaka widnieje na titulusie, a mniej lub bardziej zamierzonego przekłamania mógł się dopuścić kopista. Najstarszy zachowany do dziś fragment Ewangelii według św. Jana pochodzi ze 125 roku i opisuje przesłuchanie Jezusa przez Piłata. Nie wiemy więc, jak brzmiał pierwotny jej zapis i czy jakieś detale tego rękopisu nie zostały omyłkowo zmienione podczas przepisywania bądź tłumaczenia.

Kolejność według Sozomenosa

Warto w tym miejscu wspomnieć o innej historycznej ciekawostce. W latach 70. IV wieku w Gazie przyszedł na świat niejaki Sozomenos, autor wczesnochrześcijańskiego opracowania pod tytułem "Historia Kościoła". W swej młodości spotkał naocznych świadków odkrycia krzyża Chrystusa i de facto również Jego tytułu winy, przez co poznał dodatkowe szczegóły dotyczące tychże relikwii. Sozomenos w swym dziele opisuje Titulus Crucis jako oddzielny kawałek deski, na którym znajdowała się inskrypcja, na białym tle, hebrajskimi, greckimi i łacińskimi literami, zawierająca następujące słowa: "Jezus Nazarejczyk, Król Żydów". Jak podkreśla Bogdan Kwiatek w swej publikacji o tytule winy, Sozomenos jako pierwszy podał porządek wierszy w takiej kolejności, jaki widać na titulusie. Zapis ten powstał około 444 roku, a więc mniej więcej 120 lat po odkryciu świętych artefaktów przez Helenę.

Skrót imienia Jezus

Tezie o fałszerstwie relikwii przeczy również inny fakt. Jak już wspomniałam, imię Jezusa w zapisach greckim i łacińskim umieszczono na titulusie w skrócie. W linijce greckiej przed wyrazem "Nazarejczyk" umieszczono wyłącznie litery "IS" (gr. Ihsosus), które można porównać do polskich skrótów imion Stanisław - St., Władysław - Wł. czy Czesław - Cz. W linii łacińskiej zaś imię Jezus symbolizuje wyłącznie litera "I" (łac. Iesus). Jak pisze Bogdan Kwiatek w publikacji "Titulus Crucis. Milczący świadek Męki Pańskiej" (dodam, że pierwszej w Polsce publikacji dotyczącej badań naukowych, którym poddano tablicę z krzyża), powołując się na wspomnianych już uczonych Thiede'a i Roll'a: Skrót imienia Iesous/Iesus jako I. jest typowy dla rzymskich inskrypcji pisanych po łacinie. Podobnie "Yeshu/Yehoshua" było popularnym imieniem w I wieku (Józef Flawiusz wspomina 16 osób o takim imieniu), dlatego wskazano na wyjątkowe "Nazarenus" [Nazarejczyk - przyp. aut.] jako na określenie człowieka pochodzącego z małej wioski w Galilei (co jest istotne zwłaszcza dla rzymskiego urzędu), a taki skrót w przeciwieństwie do świadectwa Jana byłby nie do pomyślenia przez chrześcijańskiego fałszerza.

Piłat uparł się przy swoim

W tym miejscu warto również przytoczyć niezwykle interesujący wyjątek z objawień historycznych bł. Anny Katarzyny Emmerich dotyczący titulusa właśnie:

(…) Drugą sprzeczkę wszczęli znów [arcykapłani - przyp. aut.], gdy Piłat ułożył napis na krzyż. Napis wykonany był pokostem na ciemnobrunatnej deszczułce w trzech rzędach. Arcykapłani domagali się, by zamiast słów: "Król żydowski" napisane było: "Ten, co podawał się za Króla żydowskiego". Lecz Piłat zniecierpliwiony już, zawołał szyderczo: "Com napisał, napisałem". (…) By umieścić ten napis ułożony przez Piłata, trzeba było przedłużyć górne ramię krzyża, które dotychczas było tak samo długie, jak na krzyżach dwóch łotrów. I na to nie chcieli się zgodzić Żydzi właśnie dlatego, by nie potrzeba było umieszczać napisu. Lecz Piłat uparł się przy swoim i musiano ostatecznie krzyż przedłużyć, przybiwszy u góry kawałek drewna; teraz już było miejsce na napis. Tak więc otrzymał ostatecznie krzyż ten kształt pełen znaczenia, jak to zrządziła Opatrzność Boża i tak przedstawiał mi się zawsze w widzeniu.

Crimen laesae maiestatis

A co wedle prawa rzymskiego - gdyby oczywiście zadość uczyniono procedurom (podkreślam: procedurom, nie sprawiedliwości) - powinno zostać napisane na tytule winy Chrystusa? Być może crimen laesae maiestatis - to znaczy: "przestępstwo umniejszenia majestatu", które odpowiada współczesnej zdradzie stanu. Bo jak przekonywali Piłata Żydzi, każdy, kto ogłasza się królem wbrew cezarowi, jest jego wrogiem, a wróg cezara to wróg imperium.

Tytuł winy przepołowiony

Tuż po pogrzebie Chrystusa Titulus Crucis wraz z krzyżem Jezusa, krzyżami skazanych wraz z Nim łotrów i gwoździami, które tkwiły w Jego ciele, zniknął na niemal trzy wieki. O okolicznościach jego zaginięcia opowiem w części poświęconej odkryciom archeologicznym związanym z męką i zmartwychwstaniem. W tym miejscu natomiast ograniczę się jedynie do informacji, że odnalazła go cesarzowa Helena, matka Konstantyna Wielkiego, dopiero w 325 lub 326 roku. Cesarzowa, późniejsza święta Kościoła katolickiego, miała w zwyczaju dzielić odnalezione przez siebie relikwie, a następnie ich części lub cząstki rozsyłać do najważniejszych zakątków ówczesnego chrześcijańskiego świata. Najbardziej znaczącymi spośród nich były oczywiście: Jerozolima, Rzym i Konstantynopol. Titulus Crucis na polecenie Heleny przepołowiono. Jego lewa połowa popłynęła z cesarzową do Rzymu, zaś prawa pozostała w Świętym Mieście. Pierwsza zachowała się do naszych czasów i można ją oglądać w rzymskiej bazylice Świętego Krzyża z Jerozolimy, która niegdyś była częścią pałacu św. Heleny. Prawa połowa zaginęła. Zachowały się na szczęście dokumenty potwierdzające jej obecność w Jerozolimie i opisujące jej wygląd. Jeden z dokumentów spisany został w 383 roku przez pielgrzymującą po Ziemi Świętej mniszkę Egerię. Drugi - pochodzący z 570 roku - jest dziełem niejakiego Antoniego z Piacenzy, również pielgrzyma. Zarówno Egeria, jak i Antoni twierdzą jednogłośnie, że relikwię (połowy) tytułu winy Chrystusa można zobaczyć w Świętym Mieście. Wykonana jest ona z drzewa orzechowego i widnieją na niej dwa słowa: "Król żydowski" po hebrajsku, grecku i łacinie. Oboje również dodają, że na tablicy zachowały się ślady bielenia jej wapnem. Kiedy i w jakich okolicznościach jerozolimska połowa titulusa zniknęła, nie wiadomo. Możliwe, że jak wiele innych relikwii została wywieziona z Jerozolimy około VII wieku - kiedy to miastu zagrażali muzułmanie - aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Istnieje piętnastowieczny zapis uczyniony ręką Guillaume'a Duranda, który głosi: Tabliczkę, na której Piłat napisał "Jezus z Nazaretu, Król żydowski" widziałem w Paryżu w kaplicy [Sainte-Chapelle] sławnego króla Francji, razem z koroną z cierni. To jedyny dokument, który wspomina o obecności jerozolimskiej połowy relikwii w Paryżu. Jeśli poświadczał prawdę, możemy przypuszczać, że jerozolimska część titulusa mogła zaginąć na dobre w czasie rewolucji francuskiej. Nie można jednak wykluczyć, że zniknęła o wiele wcześniej i nigdy nie dotarła do Europy.

Titulus i paleografia porównawcza

Titulus Crucis poddano wnikliwej analizie naukowej. Oczywiście głównie po to, by sprawdzić, czy nie jest średniowiecznym (bo jak wiadomo średniowiecze było swoistym "złotym wiekiem" fałszerzy relikwii) lub współczesnym cesarzowej Helenie falsyfikatem. Do datowania - czyli określania wieku - przedmiotów drewnianych stosuje się często metodę dendrochronologiczną. Polega ona na analizie słojów (czyli przyrostów rocznych) drzew i pozwala ustalić wiek badanych próbek drewna z dokładnością do roku, a czasem nawet do sezonu danego roku. Ponieważ jednak rozmiary titulusa uniemożliwiły jej zastosowanie (zachowany fragment drewna okazał się zbyt mały), zwrócono się z prośbą o pomoc do paleografów specjalizujących się w badaniu rozmaitych form i elementów stylu pisma. Paleografowie dzięki analizie porównawczej zachowanych inskrypcji są w stanie określić nie tylko czas ich powstania, ale również obszar geograficzny ich pochodzenia. Naukowcy badający relikwię nie wiedzieli, czym ona naprawdę jest. Mieli określić wiek drewnianej tablicy na podstawie stylu pisma, w jakim wyryto widniejące na niej słowa. Zupełnie niezależnie od siebie zapis hebrajski badali profesor Hannah Eshel i doktor Gabriel Barkay. Oboje stwierdzili, że tak zwany żydowski styl pisma, który charakteryzują pochyłe litery z długimi "ogonkami" był typowy w Palestynie dla późnego okresu Drugiej Świątyni - czyli I wieku. Stosowano ten styl jeszcze przez dwa kolejne stulecia, toteż naukowcy orzekli, że napis nie został wyżłobiony wcześniej niż w I i później niż w III wieku. O badaniu napisów w pozostałych językach Grzegorz Górny w "Świadkowie tajemnicy. Śledztwo w sprawie relikwii Chrystusowych" pisze następująco: Badanie inskrypcji napisanej po grecku zlecono innym paleografom, specjalizującym się w analizie pisma właśnie w tym języku. Ich uwagę zwrócił zwłaszcza styl litery Alfa oraz monogram Omikron-Ypsilon. W rezultacie profesor Peter Carsten Thiede z Uniwersytetu Ben-Guriona w Beer Szebie i doktor Leah di Segni z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie doszli do wniosku, że napis w języku greckim pochodzi z I wieku. Ustalenia te potwierdzili także żydowscy naukowcy, profesorowie Israel Roll i Ben Isaac z Tel Awiwu. Michael Hesemann zwrócił się do nich z prośbą o zbadanie inskrypcji wyrytej na "titulusie" po łacinie. Obaj, niezależnie od siebie, uznali, że dekoratywny styl, w jakim został wykonany napis, charakterystyczny jest dla liternictwa wczesnego cesarstwa rzymskiego, czyli dla I wieku. Paleografowie zwrócili uwagę na stylistyczne podobieństwo łączące badaną inskrypcję z innym napisem pochodzącym z I stulecia. (…) Reasumując, wszyscy paleografowie badający "titulus" wykluczyli, by mógł on pochodzić z czasów św. Heleny bądź okresu średniowiecza. Jednocześnie uznali, że napisy na tablicy musiały powstać między I a III stuleciem po Chrystusie, choć większość z nich wskazywała zdecydowanie na I wiek.

Hesemann ogłasza: To autentyczny tytuł winy Jezusa

Prawdopodobnie cytowani wyżej autorzy, Bogdan Kwiatek i Grzegorz Górny ani ja nie napisalibyśmy o Titulusie Crucis niczego więcej poza tym, że relikwia uznawana według tradycji za tablicę z krzyża Chrystusowego jest przechowywana od wieków w rzymskiej bazylice Świętego Krzyża z Jerozolimy, gdyby nie niezwykły badacz relikwii urodzony w 1964 roku - niemiecki historyk i dziennikarz Michael Hesemann. On to właśnie pod koniec lat 90. XX wieku, zaintrygowany sekretami owej relikwii, doprowadził do uruchomienia złożonego procesu badań naukowych, których wyniki opisał w nadzwyczaj interesującej publikacji zatytułowanej "Titulus Crucis". Titulus Crucis jest autentycznym tytułem winy Jezusa Chrystusa - brzmiała konkluzja analiz naukowców sformułowana przez Hesemanna w 1999 roku. W roku 2000 jeden z badających titulusa paleografów, wspomniany już Peter Carsten Thiede, opublikował kolejną książkę, w której potwierdził tezę ogłoszoną rok wcześniej przez Hesemanna. Charakter napisu jest zaskakujący - podkreślił Thiede. - Ktokolwiek napisał ten tekst nie był ani kopistą, ani fałszerzem. Żaden średniowieczny ani żyjący za panowania Konstantyna Wielkiego fałszerz - jak zaznacza Thiede - nie miał wiedzy dotyczącej krojów pisma hebrajskiego, łacińskiego i greckiego jakie stosowano w I wieku na Bliskim Wschodzie. Profesor podtrzymał również w publikacji twierdzenie, że żaden fałszerz nie użyłby skrótu imienia "Jezus" i nie ignorowałby ewangelicznych zapisów dotyczących kolejności użycia poszczególnych trzech języków na titulusie.

Com napisał, napisałem

Com napisał, napisałem - cytuje Piłata komentującego treść tytułu winy Jezusa w swej Ewangelii św. Jan, a wielu z nas traktuje ów cytat dosłownie. Czy jednak treść titulusa rzeczywiście została wyryta w orzechowej desce ręką Poncjusza Piłata? To niemal pewne, że nie. Słowa: Com napisał, napisałem, należy raczej rozumieć jako: Co rozkazałem napisać to rozkazałem. Prokurator prowincji bowiem nie mógł się osobiście zajmować wypisywaniem licznych tytułów zbrodni skazanych przez siebie na śmierć nieszczęśników. Oczywiście, gdyby wyraził od czasu do czasu takie życzenie, z pewnością nikt by mu tego nie zabronił, nie mniej w przypadku Titulus Crucis ta sytuacja nie miała miejsca. Bogdan Kwiatek w cytowanej już wcześniej publikacji problem ten przedstawia następująco: Titulus (…) prawdopodobnie został napisany przez oficera, być może centuriona, który jako tako posiadł sztukę pisania. Sposób wykonania titulusa każe przypuszczać, że został on napisany przez niezbyt doświadczonego pisarza, może Lewitę, nie znającego innych języków, piszącego pod dyktando.

Tytuł winy tytułem królewskim

Bogdan Kwiatek zaznacza również, że wątpliwe jest, by tytuły winy stosowano powszechnie przy egzekucjach w oddalonych prowincjach rzymskich. Wyraźnie sugeruje, że Piłat rozkazał go wypisać i powiesić na krzyżu Jezusa nie po to, by zadość uczynić wymogom rzymskich procedur karnych, ale by załatwić osobiste porachunki z Żydami, którzy szantażem zmusili go do skazania Chrystusa na śmierć. Zastosowanie, forma i treść titulusa wskazuje na to, że był on raczej przejawem złośliwego odwetu wobec nich. Po pierwsze, na tablicy z krzyża nie podano, za jakie przestępstwo Jezus został skazany. Napis Jezus Nazarejczyk, Król żydowski nie spełnia w najmniejszym stopniu wymogów, jakim powinien odpowiadać tekst umieszczony na tablicy zbrodni. Po drugie, jest on wyraźną kpiną z Żydów, którzy domagali się śmierci Chrystusa, oskarżając Go, że bluźni przeciw Bogu, mówiąc iż jest Synem Bożym i Królem. Po trzecie, titulus w przeciwieństwie do tytułów zbrodni pełniących funkcję tablic wielokrotnego użytku wygląda na bardzo szczególny kawałek deski, który miał być użyty tylko raz. Litery na nim są głęboko wyżłobione. To, że litery były na tytułach winy wycinane dłutem było raczej rzadkim przypadkiem - powiedział badający relikwię archeolog Werner Eck. Jak wyjaśnić te związane z titulusem intrygujące fakty? Czy jest to dziś w ogóle możliwe? Benedykt XVI w drugim tomie swego głośnego dzieła "Jezus z Nazaretu" na wszystkie owe niejasności rzuca światło płynące z wiary i widzi w nich głęboki zamysł Boży. Piłat (…) jako "tytuł" na krzyżu "przestępstwo" Jezusa sformułował w osobliwy sposób: "Jezus Nazarejczyk, Król żydowski" (J 19,19) - pisze papież. - Do tego czasu Jezus unikał tytułu Mesjasza lub króla, albo też łączył go od razu ze swoją Męką (zob. Mk 8,27-31), chcąc tym sposobem zapobiec fałszywym interpretacjom. Teraz tytuł "Król" może być widoczny dla wszystkich. W trzech znanych wtedy językach zostaje publicznie ogłoszony Królem. Zrozumiałe jest, że członków Sanhedrynu obraził ten tytuł; Piłat chciał w nim z pewnością wyrazić także swój cynizm w stosunku do władz żydowskich i - z opóźnieniem wprawdzie - zemścić się na nich. Jednak napis ten, równający się uroczystemu ogłoszeniu Jezusa Królem, jest teraz widoczny dla całej historii świata. Jezus został "wywyższony". Krzyż jest Jego tronem, z którego przyciąga świat ku sobie. Z tego miejsca całkowitego oddania siebie samego, z tego miejsca prawdziwie Boskiej miłości, króluje On na swój sposób, jako rzeczywisty Król - w sposób, którego nie mogli zrozumieć ani Piłat, ani członkowie Sanhedrynu.

W świetle tego zapisu możemy więc zaryzykować stwierdzenie, że litery Jezusowego titulusa wyżłobiono starannie zapewne po to (choć żłobiący je człowiek nie był tego świadomomy), by w przeciwieństwie do malowanych na warstwie wapna były czytelne również w XXI wieku. Bądź, co bądź Titulus Crucis to także pierwszy dokument oficjalnie (choć niezamierzenie) obwieszczający światu, kim naprawdę jest Jezus.

Tajemniczy urzędnik rzymski

… i ślady certyfikatu pogrzebowego na Całunie Turyńskim

Zgodnie z prawem rzymskim osoby skazane na śmierć chowano we wspólnej mogile. Była to niejako dodatkowa kara wymierzana im po śmierci. Rok po pochówku we wspólnym grobie ciała ekshumowano i wydawano rodzinie, dlatego też w dniu grzebania do każdego z ciał przyklejano specjalny identyfikator. Część uczonych twierdzi, że był to kawałek pergaminu, na którym zapisywano atramentem dane skazańca. Inni - w tym syndonolodzy Grazia Siliato i Marcel Alonso - są zdania, że nie był to pergamin, ale fragment tkaniny w kształcie litery "U", układany bądź mocowany na kleju do chusty, którą zwyczajowo owijano głowę martwego skazańca. Kształt litery "U" ułatwiał ułożenie owego paska materiału, na którym zapisywano informacje o nieżyjącym przestępcy, wokół jego twarzy. Wszystko wskazuje na to, że również ciało Chrystusa miało po zdjęciu z krzyża zostać złożone we wspólnej mogile, a następnie wydane Jego Matce i uczniom dopiero rok po jego śmierci. Co może o tym świadczyć?

Nie przystał on na ich uchwałę

Po pierwsze, zapisy ewangelistów: Potem Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, lecz krył się z tym z obawy przed Żydami, poprosił Piłata, aby mógł zabrać ciało Jezusa. A Piłat zezwolił. Poszedł więc i zabrał Jego ciało. Przybył również i Nikodem (…) i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i owinęli je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania (J 19,38-40). O prośbie skierowanej do Piłata o wydanie ciała Chrystusa i zgodzie rzymskiego prokuratora, pisze także św. Mateusz: Pod wieczór przyszedł zamożny człowiek z Arymatei, imieniem Józef, który też był uczniem Jezusa. Udał się on do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Wówczas Piłat kazał je wydać. Józef zabrał ciało, owinął je w czyste płótno i złożył w swoim nowym grobie, który kazał wykuć w skale (Mt 27,57-60). Ewangelista Marek natomiast przedstawia ten fakt w następujący sposób: (…) Przyszedł Józef z Arymatei, szanowany członek Rady, który również wyczekiwał królestwa Bożego. Śmiało udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Piłat (…) wydał ciało Józefowi. Ten zakupił płótna, zdjął Jezusa [z krzyża], owinął w płótno i złożył w grobie, który wykuty był w skale (Mk 15,43-46a). Ewangelia według św. Łukasza ukazuje tę historię z pewnymi godnymi uwagi wyróżnikami: A był tam człowiek dobry i sprawiedliwy imieniem Józef, członek Rady. Nie przystał on na ich uchwałę i postępowanie. (…) On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie wykutym w skale (…) (Łk 23,50-53). Jak widzimy, Łukasz jest jedynym ewangelistą, który pisze, że ciało Jezusa zdjął z krzyża Józef z Arymatei i nie przystał on na ich uchwałę i postępowanie. Łukasz nie wyjaśnia, o czyje uchwały i postępowanie chodzi, jednak w kontekście przepisów rzymskich i wzmianek o zgodzie Piłata na wydanie ciała Jezusa, można przypuszczać, że właśnie o rzeczoną zasadę grzebania ciał skazańców we wspólnej mogile.

Certyfikat pogrzebowy Jezusa

Kolejnym potwierdzeniem tezy o pierwotnym zamiarze pochowania Chrystusa w grobie z innymi straceńcami jest Całun Turyński. Na powiększeniach jego fotografii już w roku 1978 (kiedy po raz pierwszy poddano relikwię szeroko zakrojonym badaniom) włoski syndonolog Pietro Ungolotti dostrzegł, dzięki zastosowaniu kolorowych filtrów, tajemnicze napisy, a raczej ich fragmenty. Krótko później przyjrzał się im dokładniej paleograf i papirolog ksiądz profesor Aldo Marastoni. Widniejące na całunie znaki przypominały mu litery łacińskie, greckie i hebrajskie. Badacz szybko zorientował się, że litery na tkaninie nie zachowały się nie dlatego, że niegdyś naniesiono je bezpośrednio na nią, ale dlatego, że całun zetknął się z innym przedmiotem, na którym owe litery wcześniej wymalowano pędzelkiem, a atrament, którego użyto do pisania, po prostu nie zdążył wyschnąć. Napis więc najzwyczajniej w świecie odbił się na materiale relikwii. Podkreślić jednak należy, że ów przedmiot, który zetknął się z całunem, nie był przypadkowy. Ksiądz Marastoni wyjaśnił, że był nim najprawdopodobniej wspomniany wcześniej identyfikator, nazywany przez uczonych certyfikatem zgonu, certyfikatem pogrzebowym czy kapturem hańby. Według profesora Marastoniego certyfikat, który dotykał całunu, nie był ani pergaminowy, ani tkany, ale składał się z trzech kawałków drewna. Badanie i rekonstruowanie jego treści trwało ponad 30 lat. Ogromny trud w jego odtworzenie włożył wybitny francuski sydonolog André Marion z Instytutu Optyki w Orsay, a po jego śmierci pracę kontynuowała doktor Barbara Frale z Archiwów Watykańskich. W 2009 roku doktor Frale ukończyła analizy odbitych na Całunie napisów oraz rekonstrukcję ich treści i udostępniła światowym mediom pełne ich brzmienie:

W 16 roku panowania cesarza Tyberiusza Jezus Nazarejczyk, stracony wieczorem po skazaniu na śmierć przez rzymskiego sędziego, gdyż władze hebrajskie uznały go za winnego, niniejszym jest wysłany do pochówku z obowiązkiem oddania rodzinie dopiero po upływie pełnego roku.

Pod zacytowanym tekstem, który zapisano w języku hebrajskim, łacińskim i greckim widnieją jeszcze dwa słowa: Podpisano przez.

I choć imienia tajemniczego urzędnika, który ów dokument wystawiał, nie udało się już odtworzyć, doktor Barbara Frale nie ma wątpliwości, że na Całunie Turyńskim odbił się certyfikat pogrzebowy Jezusa Chrystusa. Tak więc mamy kolejny - pozabiblijny i pozachrześcijański - dowód jego istnienia. Na koniec tej opowieści przypomnę tylko, że w grudniu 2011 roku naukowcy badający Całun Turyński jednoznacznie i definitywnie orzekli, że nie jest on średniowiecznym fałszerstwem, jak od 1988 roku głoszono, ale pochodzi z I wieku. A gdyby komuś i tego było mało, dodam, że paleografowie badający litery uwiecznione na relikwii, stwierdzili, że ich kształt jest charakterystyczny dla czasów Imperium Romanum i na przykład zwrot INNECE (oznaczający: Na śmierć) utrwalono szczególnym rodzajem pisma, używanym w pierwszym stuleciu.

Skądinąd ciekawe, co stało się z samym certyfikatem, prawda? Być może gdzieś jeszcze istnieje…

Mara Bar-Serapion

… o przyczynie klęski powstańców żydowskich

Poza rzymskimi i żydowskimi, pozabiblijnymi i pozachrześcijańskimi źródłami świadczącymi o historyczności osoby Jezusa i Jego męki, zachował się również bardzo interesujący syryjski dowód Jego życia i śmierci. Jest to pochodzący prawdopodobnie z 73 roku fragment listu syryjskiego stoika Mara Bar-Serapiona do syna. W treści listu uwięziony ojciec wspomina powstanie żydowskie, które wybuchło w Palestynie przeciw Rzymianom w 66 roku. Mara Bar-Serapion nie wymienia w nim co prawda imienia Jezusa, ale bez trudu można się domyślać, że o Nim właśnie pisze. W latach 70. I stulecia chrześcijaństwo było już w Syrii ugruntowane i autor listu z pewnością słyszał nie tylko o mądrości Chrystusa, ale również o Jego królowaniu. Serapion sugeruje w liście, że porażka powstania żydowskiego była karą dla Izraelitów za ukrzyżowanie Jezusa. Oto najistotniejszy fragment tego listu:

(…) Jakiej korzyści doznali Ateńczycy z tego, że zabili Sokratesa, co zostało im odpłacone klęską głodu i zarazą? Albo mieszkańcy wyspy Samos, spaliwszy Pitagorasa, za co ich cały kraj w jednej chwili został przykryty piaskiem? Albo Żydzi z zamordowania ich mądrego króla, za co wkrótce zostali pozbawieni królestwa? (…).

Z objawień bł. Anny Katarzyny Emmerich

Skazałem tego Jezusa na śmierć krzyżową

Skoro tyle powiedzieliśmy już sobie o Titulusie Crucis i o tym, że nie spełniał on wymogów co do treści stawianych przez literę prawa rzymskiego, przyjrzyjmy się sentencji wydanego przez Poncjusza Piłata wyroku, który skazał Jezusa na ukrzyżowanie. Wyroku, którego treść poznała podczas jednego ze swych historycznych objawień znana nam już niezwykła niemiecka mistyczka.

(…) Chociaż Piłat pytał się, co to jest prawda, nie tyle jednak dbał o prawdę, jak raczej szukał pozorów, by w sposób odpowiedni wycofać się z tego kłopotu. Niepewność dręczyła go więcej jeszcze niż przedtem. Sumienie mówiło mu, że Jezus jest niewinny, żona zapewniała, że to święty; z jednej strony szeptał mu do ucha zabobon: "Jezus jest nieprzyjacielem twych bożków", z drugiej strony mówiło mu tchórzostwo: "Jezus sam jest Bogiem i potrafi się zemścić srogo". W tej trwożnej niepewności jeszcze raz zaklął Jezusa uroczyście, by mu powiedział, kim jest. Lecz Jezus, nie odpowiadając wprost, wyliczył mu znowu wszystkie jego najtajniejsze grzechy, przepowiedział mu przyszły haniebny koniec i oznajmił wreszcie, że w owym dniu ostatnim sądzić go będzie sprawiedliwym sądem, siedząc na tronie obłoków. Podrażniony tymi słowy, skłonny był Piłat raczej do potępienia, niż do uwolnienia Jezusa. Gniewało go to, że Jezus czytał tak dokładnie w jego brudnej duszy, a sam pozostał niezbadany, że ten, którego kazał ubiczować, a mógł kazać ukrzyżować, przepowiadał mu haniebny koniec życia; i to go gniewało, że te usta, niesplamione nigdy kłamstwem, nie wymówiwszy ani jednego słowa na swe usprawiedliwienie, teraz w ostatniej swej chwili wzywają go przed Swój sąd sprawiedliwy; w dzień ostatni. Poruszyło to strasznie jego dumę; lecz chwiejny i podły jego charakter nie dał się wyłącznie opanować dumie, bo równocześnie przejmowała go trwoga i mroczne przeczucie, że groźby Pana urzeczywistnią się kiedyś naprawdę. Ostatecznie więc ze względu na to, jeszcze raz próbował uwolnić Jezusa. Gdy jednak posłyszał groźby Żydów, że w takim razie oskarżą go przed cesarzem, wzięło w nim górę tchórzostwo, chociaż z innej już pobudki. Obawa przed ziemskim cesarzem przeważyła w nim bojaźń przed królem, którego państwo nie było z tego świata.

Zresztą tak myślał ten podły, chwiejny łotr: "Jeśli On umrze, to wraz z Nim pójdzie do grobu to, co On wie o mnie i co mi przepowiadał, a tak będę spokojny". Zagrożony odpowiedzialnością przed cesarzem, zgodził się Piłat na żądanie Żydów wbrew przyrzeczeniu danemu żonie, wbrew prawu, sprawiedliwości i własnemu przekonaniu. Z obawy przed cesarzem wydał Żydom niewinną krew Jezusa; a dla usprawiedliwienia się przed własnym sumieniem nie miał nic, chyba polanie rąk wodą i słowa przy tym wyrzeczone: "Nie winienem ja krwi tego sprawiedliwego! Wy sami baczcie na odpowiedzialność!" - O nie, Piłacie! Mylisz się! Ty sam bacz na to! Nazywasz Go sprawiedliwym, nie znajdujesz w Nim winy, a oddajesz na wylanie krew Jego. Jesteś niesprawiedliwym, niesumiennym sędzią! Tę samą krew, którą Piłat chciał zmyć ze swych rąk, a nie mógł jej zmyć z sumienia, ściągali krwiożerczy Żydzi przekleństwem na siebie i swoje dzieci. Żądali, by ta krew Jezusa, która dla nas woła o miłosierdzie, wzywała pomsty Bożej na nich. Krzyczeli więc co sił: "Krew Jego niech spadnie na nas i na nasze dzieci!".

Wśród tej wrzawy przeraźliwej kazał Piłat przygotować wszystko do wydania uroczystego wyroku. Przyniesiono mu inny ubiór urzędowy, zarzucono na barki płaszcz, a na głowę założono koronę, w której połyskiwał kosztowny kamień. W ten sposób ustrojony, zeszedł Piłat z tarasu w otoczeniu żołnierzy. Przed nim niesiono berło, szli pachołcy sądowi i pisarze ze zwojami ksiąg i tabliczkami. Na przedzie szedł trębacz, dmący na puzonie. Tak wyruszono na rynek ku trybunie, służącej do wygłaszania wyroków. Trybuna ta, o której już wspominałam, leżąca naprzeciw placu biczowania, był to okrągły taras, pięknie obmurowany, wysoki, a zwał się Gabbata. Tylko z niego ogłoszone wyroki miały pełną siłę i prawomocność. Na trybunę wiodły z kilku stron schody; na górze było siedzenie dla Piłata, a za nim ławka dla innych członków trybunału; siedzenie Piłata pokryte było czerwonym suknem; na nim leżała niebieska poduszka, obszyta żółtymi taśmami. Wkoło rozstawieni byli żołnierze, niektórzy zaś stali na stopniach. Część Faryzeuszów odeszła już do świątyni; zostali tylko Annasz, Kajfasz i 28 radnych, i ci poszli ku trybunie zaraz, gdy Piłat zaczął się przebierać w urzędowe suknie. Obydwóch łotrów przyprowadzono tu już przedtem, gdy Piłat, wskazując na Jezusa, mówił: "Oto człowiek!".

Gdy już Piłat zajął miejsce, przyprowadzono przed trybunę Jezusa tak, jak był, w czerwonym płaszczu, z koroną cierniową na głowie, ze związanymi rękoma. Żołnierze i siepacze poprowadzili Go środkiem szydzącego tłumu i postawili między dwoma łotrami. Wtedy Piłat zawołał jeszcze raz głośno do Żydów: "Patrzcie, oto wasz król!". "Precz z Nim! Ukrzyżuj Go!" - rozległy się okrzyki. - "Czy mam ukrzyżować waszego króla?" - zapytał znowu Piłat. A na to zawołali arcykapłani: "Nie mamy innego króla, tylko cesarza!". Zamilkł na to Piłat i już więcej nie mówił nic ani za Jezusem, ani do Niego samego. Zaczęło się wygłaszanie wyroku na Jezusa. Dwaj łotrzy już dawniej skazani byli na krzyż, lecz za staraniem arcykapłanów odłożono egzekucję na dziś; dla tym większego pohańbienia Jezusa postarali się arcykapłani, by zawisł na krzyżu między dwoma łotrami. Krzyże łotrów leżały opodal już gotowe; przynieśli je pomocnicy krzyżujących. Krzyża Jezusa nie było jeszcze, prawdopodobnie dlatego, że nie ogłoszono dotąd wyroku śmierci.

Najświętsza Panna, która odeszła była przedtem po publicznym wystawieniu Jezusa, wróciła teraz w otoczeniu niewiast i przecisnęła się przez tłumy ludu, by słyszeć wyrok śmierci wydawany na Jej Syna i Boga. Jezus, otoczony siepaczami, śledzony złośliwymi, szyderczymi spojrzeniami Swych wrogów, stał na dole u stóp trybuny. Piłat kazał zadąć w puzon, by wrzawa ucichła, i z lękiem, pomieszanym ze złością, zaczął wygłaszać wyrok. Widok tej podłej dwulicowości Piłata, nasycony tryumf i pragnienie krwi arcykapłanów, nieskończone męki Najświętszego Zbawiciela, niewypowiedziana trwoga i smutek Matki Jego świętej i świętych niewiast, dalej to chciwe, złośliwe czyhanie Żydów na zgubę Jezusa, obojętna wyniosłość żołnierzy, wreszcie widok tych szkaradnych postaci diabelskich, uwijających się w ciżbie, wszystko to rozstroiło mnie do głębi i przygnębiło tak, że czułam się bliską skonania. Ach! To ja tam powinnam była stać, gdzie stał mój najukochańszy Oblubieniec; wtenczas wyrok byłby sprawiedliwy.

Przypatrzmy się teraz treści wyroku, wydanego na Jezusa. Na wstępie wymieniał Piłat wszystkie zaszczytne tytuły cesarza Klaudiusza, w którego imieniu wydawał wyrok. We właściwym oskarżeniu zaznaczył, że arcykapłani na sądzie swoim potępili Jezusa jako podburzyciela, rokoszanina, łamiącego prawa żydowskie, czyniącego się Synem Bożym i każącego nazywać się Królem żydowskim, i że lud jednogłośnie zażądał na Niego kary śmierci przez ukrzyżowanie. Dalej oświadczał Piłat, ten łotr niesprawiedliwy, który niedawno tyle kroć zapewniał publicznie o niewinności Jezusa, że i on uznaje za słuszny ten wyrok arcykapłanów. Zakończył zaś tymi słowy: "A więc skazuję Jezusa Nazareńskiego, Króla żydowskiego, na śmierć, którą ma ponieść przez przybicie na krzyż". Zaraz też rozkazał oprawcom krzyż przynieść. Zdaje mi się, ale nie ręczę z pewnością, że po odczytaniu wyroku złamał Piłat długą laskę z rdzeniem w środku i rzucił ją pod nogi Jezusowi. Słuchając wyroku, wyglądała przepełniona smutkiem Matka Jezusa jak umierająca. Oto słyszała, że nie ma już ratunku dla Jej najświętszego, najukochańszego Syna, że musi umrzeć straszną, haniebną śmiercią. Wiedziała, że koniecznym to jest dla zbawienia ludzkości, ale serce Jej macierzyńskie wzdragało się przed tą koniecznością, więc przeniknął je nowy miecz boleści. Z pomocą niewiast odprowadził ją Jan na bok, by szydercze spojrzenia zaślepionych Żydów nie urągały boleściom matki ich Odkupiciela, by nowy grzech nie obciążał ich duszy. Ale Maryja nie mogła spokojnie siedzieć, kiedy męczono Jej Syna, więc znowu wybrała się na obchód "drogi krzyżowej". Kazała się oprowadzać wszędzie, po wszystkich miejscach, które uświęcił Jezus Swym cierpieniem. Tajemnicze nabożeństwo najświętszego współcierpienia z Jezusem kazało Jej składać ofiarę z łez bolesnych wszędzie, gdzie zrodzony przez Nią Odkupiciel cierpiał za grzechy ludzi, Swych braci przybranych. Jak Jakub, na pamiątkę danej obietnicy, postawił kamień i poświęcił go przez pomazanie olejem, tak Maryja brała w posiadanie wszystkie te miejsca cierpień Chrystusa, poświęcając je Swymi łzami, ustanawiając je jako miejsca czci dla przyszłego Kościoła, Matki nas wszystkich.

Ogłosiwszy wyrok, zasiadł Piłat do napisania go, po czym stojący za nim pisarze zrobili coś trzy odpisy, czy więcej. Niektóre części musieli podpisać i inni urzędnicy, posłano więc z tym do nich pachołków. Nie wiem już, czy to należało do wyroku, czy też były to inne jakie rozkazy. Prócz tego napisał Piłat osobny wyrok na Jezusa, wykazujący jasno jego dwulicowość i fałszywość, opiewał bowiem całkiem inaczej, niż wydany ustnie. Uważałam, że pisał to z rozstrojem wielkim, niejako wbrew swej woli; zdawało się, jak gdyby mściwy duch złości kierował jego ręką.

Treść tego wyroku była następująca:

"Arcykapłani żydowscy i "Rada" przyprowadzili do mnie niejakiego Jezusa z Nazaretu, oskarżonego o podburzanie ludu, bluźnierstwa i łamanie prawa. Chociaż właściwie nie można było udowodnić słuszności tych zarzutów, jednak zmuszony niejako przez tychże arcykapłanów i "Radę", a przy tym, chcąc zapobiec groźnemu rozruchowi wśród ludu, skazałem tego Jezusa na śmierć krzyżową, jako przestępcę przeciw ich Zakonowi; domagali się bowiem stanowczo Jego śmierci, a ja nie chciałem być oskarżonym przed cesarzem jako niesprawiedliwy dla Żydów sędzia i poplecznik rozruchów. Wydałem Go im w celu ukrzyżowania wraz z dwoma innymi skazanymi zbrodniarzami, których egzekucję odłożono do dziś za staraniem arcykapłanów, pragnących, by Jezus wraz z nimi był powieszony".

Wyrok ten kazał Piłat przepisać kilka razy i odpisy rozesłać w różne miejsca. Arcykapłanom jednak nie w smak przypadła treść wyroku; głównie nie podobała im się wzmianka, że za ich staraniem odłożono egzekucję łotrów, by ich razem z Jezusem ukrzyżować. Rozpoczęli nawet o to kłótnię z Piłatem. (…) Niesprawiedliwy wyrok wydany został według naszego czasu około dziesiątej godziny rano.