Podziękowania
Jak dobrze wiedzieli Aztekowie, w pojedynkę nikt nigdy niczego nie
osiągnie. Z pewnością to, że zdołałam napisać tę książkę, zawdzięczam
setkom ludzi, którzy wpłynęli na moje życie - tym, którzy mnie wychowali
i kochali, tym, którzy mnie uczyli albo studiowali ze mną, którzy ze mną
pracowali albo dzielili się swoją wiedzą o dawnej Ameryce Łacińskiej. Ta
lista jest tak długa, a wpływy tych osób były tak różnorodne, że czasami
myśl o tym mnie przytłacza. Proszę, byście wszyscy wiedzieli, że wobec
każdego z was odczuwam należną wdzięczność i podobnie jak Aztekowie mam
nadzieję, że sposobem życia i staraniami na rzecz ludzi przyszłości
spłacę mój dług wobec wszechświata.
Wśród tych osób są dwie grupy ludzi, którzy tak bardzo mi pomogli przy
realizacji tego projektu, że muszę wymienić ich nazwiska. Jedna składa
się z naukowców zajmujących się językiem nahuatl, których prace
umożliwiły napisanie tego dzieła. Poprzednią książkę zadedykowałam dwóm
niedawno zmarłym gigantom intelektualnym, Jamesowi Lockhartowi i Luisowi
Reyesowi Garcíi, których przekłady tekstów z języka nahuatl stały się
podstawą mojej pracy. Na jej stronach wyraziłam również wdzięczność
nieżyjącym już Indze Clendinnen i Sabine MacCormack. Jednak potem
dotarło do mnie, że nie powinnam czekać z mówieniem głośno o moim długu,
aż osoby, u których go zaciągnęłam, odejdą z tego świata. Szczerze
dziękuję Michelowi Launeyowi i Rafaelowi Tenie, skromnym ludziom, którzy
wnieśli zapierający dech w piersiach wkład do wiedzy o tekstach w nahuatl. Przypominacie mi Nanahuatzina, chociaż mam nadzieję, że nie
uważacie swojej pracy za ofiarę.
Druga grupa obejmuje meksykańskich intelektualistów - nauczycieli,
wykładowców, badaczy, pisarzy, wydawców i filmowców - którzy w kilku
ostatnich latach ciepło przyjęli moje dokonania i osobiście podzielili
się ze mną swoimi, czym niezmiernie wzbogacili tę książkę. Pokornie
dziękuję (w porządku alfabetycznym) Sergiowi Casasowi Candarabemu,
Albertowi Cortésowi Calderónowi, Margaricie Flores, Renému Garcíi
Castro, Lidii Gómez Garcíi, Edith González Cruz, Maríi Teresie Jarquín
Ortedze, Marcowi Antoniowi Landavazo, Manuelowi Lucero, Hectorowi de
Mauleón Rodríguezowi, Erice Pani, Ethelii Ruiz Medrano, Marcelowi
Uribemu i Ernestowi Velázquezowi Brise?o. Wasza duma ze swojego
dziedzictwa kulturowego, otwartość i przenikliwość zainspirowały mnie
bardziej, niż potrafię wyrazić.
Nie mogę wpaść w nastrój liryczny i nie wspomnieć o tych, którzy
zapewnili mi środki egzystencji; Aztekowie na pewno nie byliby tak
naiwni. Przed laty American Philosophical Society przyznało mi grant,
dzięki któremu mogłam wyjechać do Biblioth?que nationale de France i obejrzeć dzieła Juana Buenaventury Zapaty y Mendozy. Złapałam bakcyla i od tamtej pory przeszukuję roczniki nahuatlańskie. Później dzięki
stypendium z John Simon Guggenheim Memorial Foundation i urlopowi
naukowemu udzielonemu przez Rutgers University mogłam przeprowadzić
niezbędne badania całego tego gatunku, natomiast subwencja z prowadzonego przez National Endowment for the Humanities programu Public
Scholars pozwoliła mi oderwać się na rok od nauczania i pisać dzień w dzień.
Moje badania nie byłyby możliwe, gdyby nie żmudna praca personelu
instytucji, które przechowują i chronią te roczniki i inne ważne teksty.
Przez lata przyjmowało mnie wiele z nich: biblioteka i archiwum
Instituto Nacional de Antropología e Historia w stolicy Meksyku,
Biblioth?que nationale de France, British Library, biblioteka
Uniwersytetu w Uppsali, New York Public Library i biblioteka American
Museum of Natural History.
Dziękuję członkom mojej rodziny za to, jacy są. Moja siostra Cynthia i bratowa Patricia są najdzielniejszymi z kobiet. Wasze dzieci i wnuki
będą wspominały was z miłością i uwielbieniem. Z dumą patrzę, jak mój
partner, John, i moi dwaj synowie, Loren i Cian, stawiają czoło życiowym
wyzwaniom. Już od lat wszyscy trzej musicie dzielić się mną z wieloma
innymi osobami - studentami, moimi starzejącymi się rodzicami, wcześniej
przysposobionymi dziećmi i żyjącymi w mojej głowie postaciami
historycznymi - ale to wy zawsze będziecie moimi ukochanymi.
Słowniczek
Większość poniższych terminów pochodzi z języków nahuatl (N) i hiszpańskiego (H).
Acolhua (N) - mówiąca językiem nahuatl grupa etniczna, która w wiekach czternastym i piętnastym zamieszkiwała terytorium na wschód od
wielkiego jeziora w Dolinie Meksyku. Składała się z wielu altepetli, z których najbardziej znanymi są Texcoco i miasto na stanowisku
archeologicznym Teotihuacan.
Altepetl (l.mn. altepeme) (N) - termin w języku nahuatl
oznaczający każde państwo bez względu na to, jak duże, ale najczęściej
używany na określenie miejscowego państwa etnicznego. Naszym najlepszym
jego odpowiednikiem byłoby "miasto-państwo".
Audiencia (H) - sąd najwyższy Nowej Hiszpanii z siedzibą w mieście
Meksyk. Rada sprawująca władzę pod nieobecność urzędującego wicekróla.
Cabildo (H) - rada miejska w stylu hiszpańskim. Określenie to
odnosiło się do rady złożonej z przedstawicieli rdzennej ludności, która
zajmowała się lokalnymi sprawami wewnętrznymi.
Calli (N) - dosłownie "dom" lub "gospodarstwo domowe". Często bywało
metaforą większego organizmu politycznego. Także jedna z czterech nazw
zmieniających się cyklicznie lat.
Calpolli (N) - dosłownie "wielki dom". Kluczowy element altepetlu.
Można go uważać za połączenie okręgu administracyjnego i parafii.
Chalchihuitl (N) - zielony kamień szlachetny. Termin często
przekładany na języki europejskie jako "jadeit". Nahua bardzo go cenili
i dlatego używali jego nazwy jako metafory tego, co bardzo kochali.
Cziczimekowie (N) - dosłownie "ludzie psy". Termin używany przez
Nahua na określenie "dzikich" lub koczowniczych plemion zajmujących się
głównie łowiectwem. Mexica byli dumni ze swojego cziczimeckiego
dziedzictwa.
Chinampa (N) - sztuczna, usypana w płytkiej wodzie wysepka, na
której prowadzono intensywną gospodarkę rolną.
Cihua albo cihuatl (N) - dosłownie "kobieta", ale słowo to było
też cząstką wyrazów złożonych o różnych znaczeniach. Cihuapilli
nazywano kobietę wysokiego rodu, a nawet królową. Cihuacoatl
(dosłownie "kobieta wąż") było tytułem najwyższej doradczyni króla
Mexica.
Cofradía (H) - sodalicja albo bractwo religijne, często zakładane w kolonialnej Ameryce Południowej przez jej rdzennych mieszkańców i ludzi
sprowadzonych z Afryki dla wzajemnego wsparcia w takich sprawach jak
koszty pogrzebu.
Culhua (N) - grupa etniczna zamieszkująca w czternastym wieku
środkową część Doliny Meksyku.
Doctrina (H) - hiszpańska nazwa chrześcijańskiej indoktrynacji, ale
odnosi się do zarządzanej przez zakonników parafii rdzennej ludności.
Don/do?a (H) - hiszpański tytuł stawiany przed imieniem, jak "sir" i "lady" w języku angielskim [czy "pan" i "pani" w polskim - A.J.].
Używane przez Nahua we wczesnym okresie kolonialnym tylko w odniesieniu
do hiszpańskiej szlachty i członków ich własnych wysokich rodów.
Encomienda (H) - prawo wyzyskiwania tubylczej ludności do pracy i nakładania danin na altepetle. Z nielicznymi wyjątkami nadawane było
Hiszpanom.
Fray (H) - tytuł nadawany zakonnikowi, z hiszpańskiego fraile.
Gobernador (H) - gubernator i głowa tubylczego cabilda. Początkowo
stanowiska te zajmowali tlatoani, ale później wybierano ich spośród
całej tubylczej arystokracji.
Gwardian - przełożony domu zakonnego.
Kacyk - słowo z języka rodziny arawackiej albo karaibskiej
oznaczające wodza, często używane zamiast tlatoani.
Macehualli (l.mn. macehualtin) (N) - tubylec z gminu. Czasami
autochtoni określali w ten sposób siebie w odróżnieniu od Hiszpanów.
Marqués (H) - markiz, pan regionu przygranicznego. Tytuł ten nosiło
kilku wicekrólów, ale kiedy Nahua używali go, nie wymieniając
konkretnego nazwiska, odnosił się do Hernanda Cortésa lub jego
prawowitego syna.
Mestizo (H) - osoba o mieszanym, hiszpańsko-tubylczym pochodzeniu;
Metys.
Mexica (N) - Meszikowie, grupa etniczna dominująca w środkowym
Meksyku przed przybyciem Hiszpanów. Obecnie nazywana Aztekami.
Nahua (N) - Ten, kto mówi językiem nahuatl. Do Nahua należeli Mexica
i dziesiątki innych grup etnicznych w Meksyku.
Nahuatl (N) - język politycznie dominującego ludu, który przed
przybyciem Hiszpanów stał się lingua franca w środkowym Meksyku.
Nowa Hiszpania - wielka hiszpańska kolonia obejmująca tereny
obecnego Meksyku i ziemie zajęte później przez Stany Zjednoczone.
Otomi - Indianie żyjący w rozproszeniu w różnych miejscach
środkowego Meksyku, uważani przez Nahua za barbarzyńców, prawdopodobnie
pierwotni mieszkańcy tych ziem.
Pilli (l.mn. pipiltin) (N) - tubylcza arystokracja.
Pinome - użytkownicy języka pinotl, zwanego też popoluca, żyjący na
wschód od głównej doliny. Postrzegani przez Nahua jako "niżsi",
zajmowali te tereny przed nimi.
Pulque (H) - napój alkoholowy pędzony ze sfermentowanego soku agawy.
Quauhpilli (N) - dosłownie "orli pan". Arystokrata nie z urodzenia,
lecz z powodu zasług. Czasami zostawali nimi ludzie z gminu, którzy
wyróżnili się na polu bitwy, a czasami arystokraci sprowadzeni z innych
altepetli.
Trójprzymierze - piętnastowieczny sojusz trzech rodów rządzących
Tenochtitlanem, Texcoco i Tlacopanem. Nie był on formalną ani polityczną
ligą, ale między jego członkami istniało rzeczywiste porozumienie.
Tacuba - hiszpańska nazwa Tlacopanu, altepetlu Tepaneków.
Tecpan (N) - dosłownie "miejsce, gdzie jest pan". Pierwotnie pałac
miejscowego władcy. Po podboju nazwa domu gminnego, w którym obradowało
tubylcze cabildo.
Tenochtitlan (N) - pierwotnie mała wioska założona przez Mexica na
wyspie na jeziorze Texcoco, później stolica wielkiego państwa. Po
podboju miejsce, w którym powstało miasto Meksyk. Mieszkańców miasta
zwano Tenochca.
Tepanekowie (N) - używająca języka nahuatl grupa etniczna, która
zamieszkiwała terytorium na zachód od wielkiego jeziora w Dolinie
Meksyku. Tworzyło ją wiele odrębnych altepetli, w tym tak dobrze znane
jak Azcapotzalco i Tlacopan.
Teuctli (l.mn. teteuctin) (N) - władca, głowa dynastii
posiadającej ziemie i zwolenników.
Tlatoani (N) - dosłownie "ten, który mówi", domyślnie w imieniu
grupy. Dynastyczny władca altepetlu; w tej książce termin ten tłumaczę
jako "król". Czasami nazywano tak najwyższego przedstawiciela władzy
hiszpańskiej, takiego jak wicekról.
Tlaxcala (N) - duży altepetl tuż za główną doliną, który oparł się
próbom podboju przez Mexica oraz ich sojuszników. Tlaxcalanie zostali
jednymi z pierwszych sprzymierzeńców Hiszpanów.
Tochtli (N) - dosłownie "królik", ale często metafora złego losu, a także nazwa jednego z cyklicznie zmieniających się lat.
Tollan (N) - dosłownie "miejsce trzcin". Miasto rzeczywiście
istniejące w środkowym Meksyku, ale w starych opowieściach często
pojawiało się jako nazwa utopijnego społeczeństwa z zamierzchłej
przeszłości.
Totonakowie (N) - grupa etniczna żyjąca koło obecnego Veracruz.
-tzin (N) - przyrostek w języku nahuatl, często używany jako forma
grzecznościowa, ale czasami wyrażający po prostu uczucie do ukochanej
osoby lub obiekt o podrzędnym statusie.
Wicekról albo virrey (H) - przedstawiciel hiszpańskiego monarchy
w jednym z rejonów Nowego Świata. Początkowo było tylko dwóch -
wicekrólowie Nowej Hiszpanii i Peru.
Wojny kwietne - uprawiana w czasach przedkolonialnych gra zespołowa
mająca postać udawanych bitew, w których jednak zawodnicy niekiedy
ginęli.
Visitador (H) - inspektor. Królowie hiszpańscy często wysyłali
inspektorów, by kontrolowali ich namiestników w obu Amerykach.
Xiuhpohualli (N) - dosłownie "obrachunek lat". Tradycyjny gatunek
przekazów ustnych opowiadających o historii Nahua, po podboju często
utrwalanych w piśmie.
Zakonnicy bosi - zakony żebracze, których członkowie chodzili boso
albo tylko w sandałach, co symbolizowało złożone przez nich śluby
ubóstwa.
Kilka słów o terminologii, przekładach i wymowie
Przedstawienie historii jakiegoś narodu innym nacjom w zrozumiały i możliwy dla nich do przyjęcia sposób napotyka wiele trudności. W tym
wypadku nawet nazwa tego ludu sprawia kłopot, gdyż - ściśle biorąc - lud
zwany Aztekami nigdy nie istniał. Żaden naród tak siebie nie nazywał.
Słowo to utworzono w osiemnastym wieku na opisanie ludu, który dominował
w środkowym Meksyku, gdy przybyli tam Hiszpanie. Jego użycie często
wprawia w konsternację, ponieważ niektórzy stosują go w takim znaczeniu,
jakie nadali mu osiemnasto- i dziewiętnastowieczni uczeni, a inni dla
opisania nie tylko grupy dominującej, ale także wszystkich, nad którymi
ona panowała, a więc mieszkańców wiosek w większej części środkowego
Meksyku i kilku rozsianych jeszcze szerzej, na terenach sięgających na
południu aż po Salwador. W tej książce odnosi się ono do ludu, który ze
swojego miasta-państwa sprawował władzę nad tym regionem, oraz
wszystkich innych żyjących w Kotlinie Meksykańskiej1,
które związane z nim były ścisłym sojuszem. Chociaż słowo Aztek
pojawia się w podtytule i we wstępie - gdzie jest konieczne ze względów
komunikacyjnych - nie będę nim zbytnio szafowała. Pisząc o grupie
etnicznej, która wyrosła tam na potęgę, i o jej grupach sojuszniczych,
używam słowa, którym same się one określały - Mexica (wym.: meszika).
Natomiast w odniesieniu do innych ludów zamieszkujących środkowy Meksyk,
które miały własne język oraz kulturę i w większości - ale bynajmniej
nie wszystkie - zostały podbite przez Mexica, stosuję nazwę, którą same
sobie nadały: Nahua. Poza wstępem używam terminu Aztek tylko wtedy,
gdy omawiam jego późniejsze postrzeganie - to, co na ogół sądzi się o sposobie myślenia i postępowania "Azteków".
Podobnie rzecz się ma ze wszystkimi innymi ludami, które żyły w Ameryce
Północnej i Południowej, zanim dotarł tam ktokolwiek inny. Z czasem
zaczęto nadawać im inne nazwy niż te, jakich sami używali, niektóre
pejoratywne, niektóre nie. Obecnie ich potomkowie w różnych regionach
mają różnorakie preferencje co do tego, jak powinno się ich nazywać. W Kanadzie z reguły wolą określenie "pierwsze narody", a w Meksyku
"ludność rdzenna". W Stanach Zjednoczonych niektórzy wybierają nazwę
"rodowici Amerykanie", a inni "amerykańscy Indianie" lub po prostu
"Indianie". Każda grupa etniczna ma historycznie uzasadnione powody do
preferowanej przez siebie nazwy. Nie wybieram żadnej z nich; używam ich
wymiennie.
Trzeba również podejmować decyzje, jak tłumaczyć słowa z ich języków. Na
przykład ilekroć Mexica chcieli, by słuchacze wiedzieli, że kobieta z wysokiego rodu, o której mówią, pochodzi z linii, z której zrodzą się
następcy, nazywali ją inhueltiuh, czyli "naszą starszą siostrą". Brzmi
to niezgrabnie, zastąpiłam je więc słowem "księżniczka", aczkolwiek ci,
którzy znają Mexica, dobrze wiedzą, że w ich języku nie ma słowa o dokładnie takim znaczeniu. Weźmy inny przykład. Na wieczornych
uroczystościach występujący tam znawcy dawnych dziejów przedstawiali je
zgromadzonym w skomponowanych przez siebie pieśniach. Pisząc o tych
historykach, będących zarazem artystami, nazywam ich niekiedy "bardami",
ale inni być może woleliby określenie "opowiadacze i piewcy historii".
Po prostu nie ma idealnego rozwiązania tego rodzaju problemów
translatorskich. Czytelnikom, którzy chcą większej dokładności, pomogą
przypisy.
Trudności może także sprawiać przedstawianie imion w oryginalnym
brzmieniu. Słowa "Chimalxochitl"1 nie wymówi żadna osoba
nieznająca języka, do którego ono należy. Czytelnik, który będzie
bohatersko z nim się zmagał, może stracić wątek. Jednak jeśli dziewczynę
o tym imieniu nazwie się po prostu "Kwiatem-Tarczą", to czy zniknie ona
w gąszczu uroczych, poetyckich słów? Czy potraktujemy ją z góry, jeśli
nie będzie "Elżbietą" albo "Marią"? W książce tej staram się rozwiązać
ów problem, podając na przemian to jedno, to drugie możliwe imię, ale
zawsze ilekroć jakiś ustęp może zdezorientować czytelnika, służę
angielskim przekładem.
Gdy jakieś słowo z języka azteckiego, czyli nahuatl (nałatl), pojawia
się w tym tekście po raz pierwszy, podaję w nawiasie jego przybliżoną
wymowę. We względnie łatwym wypowiadaniu większości słów z nahuatl
pomogą czytelnikom trzy zasady. Po pierwsze, spółgłoskę zapisywaną
literami "tl" wymawia się miękko; w angielskim najbliższym jej
odpowiednikiem jest prosty dźwięk "t"2. Po drugie, ilekroć po
literze "h" następuje "u", oznacza to dźwięk "ł". (Ilustracją obu tych
zasad jest słowo "Nahuatl"). I, na koniec, nasz dźwięk "sz" zapisuje się
literą "x". Warto zapamiętać tę zasadę, ponieważ jest to dźwięk
powszechny w tym języku. Na przykład ludzie, których nazywamy
"Aztekami", określali się mianem "Mexica", co wymawia się "meszika", a zatem słowo "xochitl", oznaczające kwiat, brzmi "szoczitl"3.
Ci, którzy chcą lepiej poznać ten piękny język, mogą skorzystać z kilku
wspaniałych książek2.
Aztecka nazwa słonecznika (przyp. tłum.). [wróć]
Angielski ma ograniczoną możliwość artykulacji zlepków spółgłoskowych, Polakowi jednak wymowa końcowego "l" w tej spółgłosce, wyraźnie słyszalnego w wymowie oryginalnej, nie powinna nastręczać problemów (przyp. red. meryt.). [wróć]
Książka jest adresowana do czytelnika anglojęzycznego, a wymowa nie jest podana według międzynarodowej transkrypcji fonetycznej, lecz w sposób zrozumiały dla osób, które nie znają tego zapisu. Nie chcę dokonywać ekwilibrystyki językowej ani zmieniać tekstu, więc podaję zamiast nich w ten sam sposób polską wymowę (przyp. tłum.). [wróć]
Wstęp
Wysocy urzędnicy Mexica w pełnym rynsztunku bojowym. Bodleian Libraries, University of Oxford, Codex Mendoza, MS. Arch. Selden. A.1, folio 67r.
Pióro poruszające się po papierze cicho skrzypiało, po czym niemal
zgrzytnęło, gdy nagle zostało obrócone pod dziwnym kątem w celu
przekreślenia jednego słowa. Powstał kleks. Pisarz przerwał; musiał
pomyśleć. Nie to chciał napisać. Popatrzył na biały arkusz leżący na
drewnianym stole. Pisarzem tym był rodowity Amerykanin, potomek
migrantów, którzy niegdyś przybyli tu z pustynnych ziem na północy, ale
jego życie całkowicie różniło się od życia jego przodków. Był rok 1612,
a ulice miasta Meksyk za zakratowanym oknem skąpane były w słońcu
odbijającym się od kolorowych płytek, metalowych kołatek, gładkich ścian
z suszonej cegły. Mijali je ludzie, śmiejąc się i rozmawiając,
zachwalając swoje towary, poganiając dzieci, by się pospieszyły,
niektórzy po hiszpańsku, inni po "meksykańsku", jak Hiszpanie nazywali
język miejscowych Indian. Siedząc w swoim zacienionym pokoju, don
Domingo - albo Chimalpahin, jak czasami mawiał o sobie - czuł spokój.
Był zajęty. Od przybycia Hiszpanów minęło niemal sto lat, ale postacie w jego głowie żyły trzysta lat wcześniej. W wyobraźni słyszał ich głosy.
"Proszę - pokonany wódz błagał mężczyznę, który go powalił - zlituj się
nad moją córką", "Xicmotlaocollili yn nochpochtzin". Mówił językiem
Azteków i don Domingo zapisał jego słowa w tym języku. Wierzył w pokonanego wodza, wiedział, że kiedyś człowiek ten żył i oddychał, tak
jak teraz on. Ukochana babcia Chimalpahina, która zmarła zaledwie kilka
lat wcześniej, była tuż po hiszpańskim podboju małą dziewczynką, ale w dzieciństwie otaczali ją ludzie, którzy żyli w innych czasach, więc don
Domingo czuł każdym włóknem swego ciała, że nie były to czasy mityczne.
Obrócił się i spojrzał na źródło, z którego korzystał - stos starych,
postrzępionych papierów, na których wiele lat temu ktoś inny opisał
ówczesne wydarzenia. Starał się znaleźć w gęsto zapisanym rękopisie
właściwy ustęp. Był zmęczony i przez chwilę zastanawiał się, czy nie
skończyć na ten dzień, ale porzucił tę myśl i kontynuował pracę. Jego
celem było ni mniej, ni więcej, tylko zachowanie historii swego ludu
jako części światowego dziedzictwa, a miał jeszcze setki stron do
napisania.
* * *
Schodząc z jednej z oszałamiająco wysokich meksykańskich piramid,
zwiedzający je niemal spodziewa się poczuć obecność duszy azteckiej
księżniczki. Osoba mniej skłonna do podróży może mieć nadzieję, że
patrząc przez szkło na fascynujący krzemienny nóż, który dzięki
osadzonym w nim turkusowym oczom wygląda jak żywy, albo na małą złotą
żabkę uchwyconą przez artystę w chwili, gdy szykowała się do skoku,
dozna objawienia i ujrzy życie pradawnych rdzennych Amerykanów. Ale nikt
by się nie spodziewał, że usłyszy wydobywający się spomiędzy
bibliotecznych półek głos szydzącej z wrogów azteckiej księżniczki. A to
właśnie przydarzyło mi się pewnego dnia przed piętnastoma laty.
Na ogół uważa się, że bez względu na to, czy stoją w nich rzędy
oprawnych w skórę woluminów czy komputerów, w bibliotekach jest bardzo
cicho. Można jednak wyobrazić sobie bibliotekę jako świat głosów
utrwalonych i zachowanych na zawsze dzięki jednemu z największych
ludzkich wynalazków - pismu. Z tego punktu widzenia biblioteka nagle
staje się bardzo gwarnym miejscem. W teorii znajdują się tam fragmenty
wszystkich rozmów, jakie kiedykolwiek prowadzono. W rzeczywistości
niektóre głosy są niemal niesłyszalne. Na przykład nawet ktoś, kto
rozpaczliwie stara się zrozumieć, co krzyczy aztecka księżniczka, może
mieć z tym kłopot. Pojawia się na szczycie piramidy, gdzie ma zostać
złożona w ofierze, ale zwykle milczy. Głos towarzyszący tej scenie jest
głosem Hiszpana, który mówi nam, co - jego zdaniem - musiała ona myśleć
i o czym być przekonana. Zamiast jej słów słyszymy słowa zakonników i konkwistadorów, których pisma leżą na bibliotecznych półkach.
Przez wiele pokoleń naukowcy, którzy chcieli się dowiedzieć, jak
wyglądało życie dawnych rdzennych Amerykanów, studiowali przedmioty
odkrywane podczas wykopalisk archeologicznych i czytali słowa
Europejczyków, którzy zaczęli pisać o Indianach, gdy tylko ich spotkali.
Z nich wyciągali wnioski, które uważali za prawidłowe. Ale nieuchronnie
prowadziło to do zniekształceń. Dla porównania: nigdy nie uznano by, że
na podstawie kilkudziesięciu znalezisk i setki tekstów w języku
angielskim, bez uwzględnienia jakiegokolwiek napisanego po francusku czy
łacinie, można twierdzić, iż rozumie się średniowieczną Francję. W odniesieniu do Indian stosowano jednak inne standardy.
Obraz Azteków, który wyłania się z tych badań, mrozi krew w żyłach. Ów
krzemienny nóż z osadzonymi w nim oczami, kamienie ofiarne i szeregi
pali, na które nadziewano ludzkie czaszki, zostawiają niezatarte ślady w umyśle. Patrząc na nie, my, współcześni, wyobrażamy sobie towarzyszącą
im scenę - wypowiadane słowa, muzykę i kontekst. Widzimy orgie przemocy,
takie jak ta, która została przedstawiona w filmie Apocalypto. Takie
same obrazy ukazują podręczniki, które uczą młodych ludzi, że
szlachetniejsi krajowcy tylko czekali, aż ktoś wyzwoli ich spod tego
okrutnego jarzma. Książki napisane przez szesnastowiecznych Hiszpanów
wyrabiają w czytelnikach przekonanie, że ludy podbite przez
konkwistadorów były skrajnie barbarzyńskie, że Bóg chciał końca ich
cywilizacji, ponieważ uosabiała wszystkie najgorsze cechy ludzkiej
natury. Nawet te, które wyszły spod pióra bardziej współczujących
obserwatorów - Hiszpanów, którzy mieszkali w rdzennych indiańskich
społecznościach - traktują protekcjonalnie lud, którego nigdy nie
zrozumieli, gdyż interpretowali wydarzenia z europejskiego punktu
widzenia i ponieważ były niezgodne z ich oczekiwaniami, postrzegali je
jako co najmniej dziwaczne.
Aztekowie nigdy nie rozpoznaliby siebie w obrazie ich świata
przedstawionym w naszych książkach i nakręconych przez nas filmach.
Uważali się za ludzi pokornych, którzy w złej sytuacji postąpili, jak
mogli najlepiej, i wykazali się męstwem, za co zostali nagrodzeni.
Wierzyli, że świat już czterokrotnie się zapadł i dzięki niezwykłej
odwadze zwykłego człowieka żyją pod piątym słońcem. Starcy opowiadali
wnukom: "Kiedy wszystko pogrążone było w mroku, a świt nie nadchodził,
bogowie zebrali się na naradę". Potem poprosili błądzących w ciemnościach nielicznych ludzi i zwierzęta, żeby jakiś lub jakieś z nich
zgłosił czy zgłosiło się na ochotnika, by dokonać samospalenia i sprowadzić nowy świt. Wtedy wystąpił bardzo pewien siebie mężczyzna i powiedział, że on to zrobi. "Kto jeszcze?" - zapytali bogowie, ale
odpowiedziała im cisza. "Nikt nie miał odwagi, nikt się nie poruszył".
Bogowie wezwali więc innego mężczyznę, który siedział i przysłuchiwał
się w milczeniu. Nazywał się Nanahuatzin (Nanałacin). Nie uważał się za
bohatera, ale chętnie podjął się tego zadania, gdyż wcześniej bogowie
byli dla niego dobrzy. Obu przygotowano do złożenia w ofierze, przy czym
ów dumny bohater dostał piękny, cenny ekwipunek, Nanahuatzin zaś tylko
papierowe ozdóbki, trzciny i igły sosnowe. Wreszcie nadszedł czas.
Bohater ruszył. "Buchnęły wysokie płomienie i zdjął go strach.
Przerażony zatrzymał się, odwrócił, cofnął... spróbował ponownie... ale nie
mógł się zdobyć na odwagę, by to zrobić". Bogowie obrócili się do
Nanahuatzina. "Zebrał się w sobie, zacisnął powieki, ale się nie
zawahał". Skoczył. "Jego skóra zaskwierczała". Bogowie czekali. "Wtedy
niebo wokół się zaróżowiło". Na wschodzie wzeszło słońce, wszędzie
sięgnęły jego życiodajne promienie. Nanahuatzin zrobił bez fanfar to, co
musiał zrobić, by ocalić życie na ziemi3.
Aztekowie byli mistrzami sztuki opowiadania i w szesnastym wieku, w ciągu kilkudziesięciu lat po podboju, spisali wiele ze swoich opowieści.
Hiszpańscy zakonnicy nauczali azteckich chłopców transkrypcji dźwięków
ich języka w alfabecie łacińskim, więc używali oni tego narzędzia do
utrwalenia w piśmie sporej części swojej literatury ustnej. Nie to było
zamiarem Hiszpanów. Żarliwi ojcowie wielebni uczyli ich alfabetu po to,
by mogli studiować Biblię i pomagali im szerzyć zasady chrześcijaństwa.
Jednak uczniowie nie uważali, że muszą się ograniczać w wykorzystywaniu
nowej umiejętności. Zasady pisania nie były dla nich zaskoczeniem, gdyż
ich lud miał już od dawna zestaw wystandaryzowanych piktograficznych
symboli, za pomocą których tworzył piękne książki harmonijkowe, niektóre
dla kapłanów używających ich w wieszczbiarstwie, inne dla urzędników
prowadzących rejestry corocznych danin i wykazy granic posiadłości
ziemskich. Żadne z tych dzieł nie przetrwało - spłonęły w ogniskach
rozpalanych przez konkwistadorów, ale ważny okazał się sam fakt, że
kiedyś istniały, gdyż Aztekowie natychmiast się zorientowali, jak cenne
może być dla nich przyjęcie tego nowego, fonetycznego systemu. Mogli go
używać do zapisywania wszystkiego, co chcieli, i to nie tylko po
hiszpańsku, ale również dla oddania brzmienia słów i całych zdań w ich
własnym języku - nahuatl.
Tym, co najczęściej spisywali w zaciszu swoich domów, z dala od oczu
Hiszpanów, użytkownicy nahuatl, była ich historia. Przed podbojem
istniał u nich zwyczaj sporządzania xiuhpohualli (szupołali), czyli
"obrachunków lat" lub "obrachunków rocznych", które zachodni historycy
nazwali "rocznikami". Polegał on na tym, że znawcy dziejów tego ludu
opowiadali o nich na publicznych zgromadzeniach, które odbywały się na
placach znajdujących się między pałacami i świątyniami. Opisywali je
skrupulatnie rok po roku, a gdy dochodzili do dramatycznych momentów,
występowali inni mówcy, którzy przedstawiali ten sam okres z innych
punktów widzenia, dopóki zgromadzenie nie zrozumiało całego ciągu
wydarzeń. Ten schemat był odzwierciedleniem rotacyjnego charakteru
wszystkich aspektów ich życia, które było zorganizowane w taki sposób,
by nikt nie musiał cały czas wykonywać nieprzyjemnych prac ani nie
posiadał nieograniczonej władzy - różne grupy przekazywały sobie
wzajemnie swoje funkcje i zadania. Na ogół podczas tych zgromadzeń
opowiadano historie, które mogły zainteresować ogół - dojście wodzów do
władzy i ich (naturalną lub przedwczesną) śmierć, wojny oraz ich powody,
niezwykłe zjawiska i przerażające egzekucje. Chociaż preferowano pewne
tematy, nie były to opisy bezosobowe, gdyż różne społeczności i różne
jednostki wzbogacały je o różne szczegóły. Rozłamy polityczne
przedstawiano w barwnych dialogach pomiędzy reprezentantami różnych
szkół myślenia. Czasami dyskutanci przechodzili na czas teraźniejszy,
jakby odgrywali sztukę teatralną. Niekiedy gromkim głosem stawiali
pytania, na które mogli odpowiadać chętni słuchacze4.
Po podboju biegle posługujący się alfabetem łacińskim młodzi ludzie
zaczęli spisywać opowieści starców, starannie transkrybując ich słowa, i przechowywać te foliały na specjalnych półkach albo zamknięte w pudełkach, innej przywiezionej przez Hiszpanów innowacji. Z upływem lat
coraz mniej osób pamiętało dawne czasy i opowieści te stawały się coraz
bardziej lapidarne, przekształcając się w zwykłe opisy ważnych wydarzeń
z danego roku. Mimo to autorzy trzymali się tradycyjnego sposobu
zapisywania dziejów rok po roku, od góry do dołu karty, a niekiedy od
lewej do prawej na długim pasie papieru, zwykle włączając daty według
dawnego kalendarza. Ten styl burzy stereotyp rdzennych Amerykanów jako
ludzi uważających, że wszystko ma charakter cykliczny, gdyż opisy te
zawsze były liniowe, zawierały hipotezy na temat przyczyn i skutków,
pomagały czytelnikom czy słuchaczom zrozumieć, jaki ciąg wydarzeń
doprowadził do tego, co działo się w chwili obecnej, a także poznać to z ich przeszłości, co pozwalało im obrać drogę w przyszłość. Niektórzy z tych pisarzy wywodzili się od azteckich zdobywców, inni spośród ich
przyjaciół i sojuszników, jeszcze inni spomiędzy wrogów. Najbardziej
płodny z nich, don Domingo Chimalpahin z podbitego miasta Chalco,
zapełnił wyraźnym pismem setki stron, korzystając z opisów sporządzonych
przez ludzi, którzy żyli w czasach niezbyt odległych od podboju, oraz z opowieści, które dawano mu do transkrybowania. Za dnia pracował dla
Hiszpanów w jednym z ich kościołów, ale wieczorami oddawał się swojej
pasji.
Długo, zbyt długo, niezbyt się zajmowano xiuhpohualli. Są napisane w języku, w którym potrafi czytać stosunkowo niewiele osób, a prezentowane
w nich podejście do historii jest tak odmienne od zachodniego, że trudno
je zrozumieć. A zatem wybierano inne źródła i na ich podstawie napisano
kilka dobrych książek5. Niemniej warto uważnie czytać
oryginalne azteckie historie. Cierpliwość zostanie nagrodzona, tak jak
była nagradzana u Azteków.
W ich rocznikach słyszymy, jak rozmawiają, śpiewają, śmieją się i krzyczą. Okazuje się, że świata, w którym żyli, nie można
scharakteryzować jako z natury okrutnego czy bezwzględnego, choć
oczywiście niekiedy taki był. Mieli złożone, bardzo sprawnie działające
systemy polityczny i handlowy, ale zdawali sobie sprawę, że popełniają
błędy. Byli wdzięczni bogom, chociaż czasami narzekali na ich
nieprzychylność. Wychowywali dzieci tak, by postępowały etycznie i wstydziły się egoizmu, ale bywały jednostki, które przejawiały tę cechę.
Uważali, że trzeba cieszyć się życiem: wesoło tańczyli, śpiewali poezję,
lubili dobre dowcipy, ale radosne chwile, kiedy tryskali humorem i ironią, przeplatały się z poważnymi i smutnymi. Nie mogli znieść widoku
brudnej podłogi, bo w ich mniemaniu świadczyła o głębszym nieporządku. A przede wszystkim byli elastyczni. Wielokrotnie dowiedli, że gdy
zmieniają się warunki, potrafią się do nich przystosować. Byli mistrzami
przetrwania.
* * *
Pewnego dnia w bibliotece słowa jednego z tekstów Chimalpahina ułożyły
się w logiczną całość i usłyszałam aztecką księżniczkę krzyczącą na
swoich wrogów. Pojmali ją i domagała się, by złożyli ją w ofierze. Byłam
zaskoczona, ponieważ zupełnie nie pasowało to do scenariusza, według
którego - jak mnie nauczono - powinna się zachowywać. Nie groziła wrogom
ani nie poddawała się im jako branka, nie przyrzekała świętoszkowato ani
godząc się z losem, że umrze, by ugłaskać bogów i uchronić świat od
zagłady. Wściekała się z powodu pewnej sytuacji politycznej, która w końcu stała się dla mnie zrozumiała, kiedy wystarczająco dużo
przeczytałam. Wykazywała się odwagą. W tamtej chwili uświadomiłam sobie,
że ludzie, których zaczynałam poznawać za pośrednictwem ich słów, byli
zbyt skomplikowani, aby zmieścić się w ramach, w jakie na podstawie
starych źródeł - znalezisk archeologicznych i świadectw Hiszpanów -
długo ich wtłaczano. Kiedy zmieniały się okoliczności, zmieniały się też
ich wierzenia i praktyki. Naprawdę zaczęłam ich rozumieć, dopiero
słuchając ich rozmów o wydarzeniach, w których uczestniczyli. Nie mogłam
wniknąć do ich świata z aprioryczną wiedzą o tym, kim byli i w co
wierzyli, patrząc przez jej pryzmat na to, co mówili i robili.
W książce tej, opartej na rocznikach w języku nahuatl, przedstawiam pięć
odkryć dotyczących Azteków. Po pierwsze, chociaż przypuszczano, że ich
polityczne życie kręciło się wokół religijnie umotywowanego przekonania
o konieczności składania dla zadowolenia bogów ofiar z ludzi, ich
roczniki ukazują, że nigdy nie było to ich nadrzędnym celem. Twierdzono,
że Aztekowie uważali, iż muszą podbijać inne ludy po to, by mieć
niezbędną liczbę ofiar, albo - jak utrzymywali cynicy - tylko tak
mówili, by uzasadnić swoje przyrodzone pragnienie panowania. Tymczasem z ich własnych opowieści jasno wynika, że doskonale rozumieli, iż polityki
nie stanowią bogowie ani twierdzenia o bogach, lecz zmieniające się
układy władzy. Wódz, który miał wiele żon, mógł spłodzić dosłownie
kilkudziesięciu synów, a wokół nich powstawały rywalizujące ze sobą
stronnictwa wywodzące się z grup, z których pochodziły ich matki.
Słabsza frakcja w jednym mieście-państwie mogła zawrzeć sojusz z tracącą
wpływy frakcją ich braci w innym mieście-państwie, wespół z nią obalić
panującego władcę z innej linii rodowej i zmienić polityczną mapę
regionu. Autorzy roczników przedstawiali niemal wszystkie wojny
prowadzone przez Azteków w kategoriach tej polityki dynastycznej.
Jeńców, którzy kończyli na kamieniach ofiarnych, traktowano zwykle jako
straty uboczne ponoszone w autentycznych walkach o władzę. Dopiero pod
koniec epoki dominacji Azteków, kiedy ich władza niepomiernie wzrosła,
regularnie mordowano dziesiątki ofiar, by wytworzyć sprzyjającą jej
utrzymaniu atmosferę przerażenia.
Po drugie, badacze dziejów Azteków zawsze przejawiali skłonność do
dzielenia ich na złych i dobrych. Jak inaczej można było wyjaśnić, że
obok siebie żyli brutalni wojownicy i łagodni rolnicy albo że w krainie
pięknej poezji istnieli posiadacze niewolników? Ale ci sami ludzie mogli
w jednej porze roku uprawiać kukurydzę, a w innej być wojownikami, a mężczyzna, który wieczorem dął w konchę i recytował wiersze o głębokiej
treści, mógł później przywołać przerażoną niewolnicę. Podobnie jak
działo się w innych dominujących kulturach, przemoc stosowali przeważnie
na obrzeżach swojego politycznego świata. W centrum umożliwiało to
gromadzenie bogactw i budowę oraz rozwój pięknego miasta, którego
obywatele mieli dość wolnego czasu i energii, by pisać poezję, tworzyć
aromatyczne napoje czekoladowe, a czasami nawet dyskutować o moralności.
Po trzecie, wylano morze atramentu, zastanawiając się nad pytaniem, jak
garstka Europejczyków zdołała doprowadzić do upadku tak potężnego
królestwa, ale każde pokolenie naukowców ignorowało pewne aspekty
ówczesnej rzeczywistości, których - jak wynika z ich pism - byli
świadomi sami Aztekowie. Historycy niemal do końca XX wieku oskarżali
Azteków o fatalizm i irracjonalność, nie zważając na liczne dowody
świadczące o ich strategicznym myśleniu. W ostatnich czasach
przypuszczano, że do ich pokonania przyczyniła się powszechna nienawiść,
którą żywiły do nich inne ludy i która skłoniła je do sprzymierzenia się
z Hiszpanami. Ale przecież królewski ród aztecki był skoligacony prawie
ze wszystkimi rodami panującymi w tamtym regionie. Owszem, niektórzy ich
nienawidzili, ale inni dążyli do tego, by stać się nimi. Wszystkie
roczniki wyraźnie pokazują, że Aztekowie widzieli wielką przewagę
techniczną Hiszpanów, co wymagało dokonania szybkiego rachunku strat i zysków. Możliwe, myśleli niektórzy z nich, że ta wojna położy kres
wszystkim wojnom, i u progu nowej epoki politycznej chcieli być po
stronie zwycięzców.
Po czwarte, ci, którzy przeżyli wojnę z Hiszpanami i pierwszą wielką
epidemię chorób przywleczonych przez przybyszów z Europy, zobaczyli ze
zdziwieniem, że słońce nadal wschodzi i zachodzi, a życie trwa. Nie
mieli czasu na użalanie się nad sobą. Ci, którzy podczas wojny byli
dziećmi, dorośli i mieli własne oczekiwania, a dzieci urodzone po tym
kataklizmie siłą rzeczy nie pamiętały wydarzeń, które wycisnęły piętno
na starszych. O dziwo, roczniki świadczą o tym, że nie tylko młodzi
okazali się gotowi do eksperymentowania z nowymi potrawami, technikami,
zwierzętami i bogami przywiezionymi zza morza. Osoby, które były już
dorosłe w chwili ich przybycia, wytyczały drogę, ukazując na przykład
korzyści płynące z używania alfabetu fonetycznego czy ucząc się, jak
zbudować łódź większą od wszystkich azteckich czółen albo wieżę w kształcie prostopadłościanu zamiast piramidy. Nie wszyscy przejawiali tę
ciekawość i pragmatyzm, ale cechowały one wielu. Poza tym, mimo że
Aztekowie przyswoili sobie od Hiszpanów użyteczne elementy życia,
wykazali się zdolnością zachowania swojego poglądu na świat.
Na koniec, po piąte, w następnych dwóch pokoleniach coraz więcej
tubylców musiało się zmagać z wprowadzonym przez Hiszpanów wyzyskiem
gospodarczym, a jeszcze większe rzesze doznawały niesprawiedliwości na
tle rasowym. Ale nawet wtedy nie dali się zniszczyć i zachowali
równowagę. Podobnie jak wiele innych ludów w różnych miejscach i czasach
musieli się pogodzić z nowymi realiami, żeby nie zwariować. Pewne osoby
z pokolenia ich wnuków, chociażby wspomniany już Chimalpahin, zajęły się
zapisywaniem wszystkiego, co pamiętały z dziejów swojego ludu, by ta
wiedza nie zginęła na zawsze. Stali się prawdziwymi uczonymi, chociaż
Hiszpanie nie uważali ich za nich. To dzięki ich wysiłkom możemy teraz
zrekonstruować, co myślał lud, do którego należeli. Krótko mówiąc,
Aztekowie zostali podbici, ale uratowali się przed zagładą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki