Piąta powieść - Konrad Modzelewski

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (25,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Niedziela, 2.07.2017, godzina 10.15

To nie jest dobry poranek. Gdyby użyć skali szkolnej - załapałby się ledwo na dwóję na szynach. Nie śpię zbyt długo, godzinę, może półtorej w autokarze, potem z pół godziny z głową na starbucksowym stole na lotnisku London Stansted. I to tyle, jeśli chodzi o nocny wypoczynek. Rozsiadam się z tyłu samolotu, zapinam pasy i zrezygnowany próbuję zasnąć. Bezskutecznie. Przeklinam w duchu swoją głupotę - nie naładowałem Ipoda, jedyną zaś książkę, jaką mam ze sobą - Jak być asertywnym? - skończyłem czytać jakieś dwa dni temu. Który to już raz? Następnym razem muszę pamiętać o zapasowej lekturze.

Stewardesy skończyły właśnie pokaz pantomimy, a ja nadal w kropce. Ani usnąć, ani poczytać, ani posłuchać. Kapota. Perspektywa dwóch niewygodnych godzin nasączonych nudą. Jak ja nienawidzę tego modnego ostatnio nicnierobienia. I strasznie chce mi się jarać.

Jestem Larry. Od wczesnej podstawówki wszyscy tak na mnie mówią, nawet rodzina. W sumie nic nadzwyczajnego, w młodym wieku ksywki pojawiają się z byle powodu. Miałem koszulkę z napisem "Larry" i z jakimś numerem na plecach. Siedem albo osiem, nie pamiętam dokładnie. Pewnie zrobiona na cześć jakiegoś koszykarza z Ameryki. Nosiłem ją często na wuefie i jako że starszy już wuefista nie miał zbyt dobrej pamięci do imion - nazywał podopiecznych tak, jak ich widział. I tak powstało sporo przezwisk na lata - Pinglarz, Beczka, Żółwiu, Wiśnia, Jordan, no i Larry. Spodobało mi się. Larry brzmi lepiej niż Zygmunt.

Samolot wjeżdża na pas startowy, wciska wszystkich w fotel i zaczyna się wznosić. Mija kilka minut od startu i staruszka obok mnie zaczyna chrapać. I to Chrapać przez duże CH. Kurde mol. Mam miejsce 26B, środkowe z trzech, czyli najgorsza możliwa opcja. Przy oknie są przynajmniej widoki. Albo można się oprzeć o ścianę i pochrapać - jak widać. Chociaż najlepiej, to wiadomo, przy alejce, nie trzeba się wtedy przepychać, gdy się zachce do kibelka. Na miejscu C siedzi jednak piegowata dziewczyna w dżinsowej kurtce. Całkiem ładna, ale wygląda na licealistkę. W głowie jej pewnie tylko malowanie paznokci i selfiacze na Instagramie. O dziwo, na kolanach ma książkę obłożoną w gazetę. Ani na chwilę do niej nie zagląda. No tak, bo i po co. Samolot w końcu przestaje zadzierać nosa, a lampka rozkazująca zapiąć pasy przestaje świecić. Ruda dziewczyna wstaje i idzie na tył samolotu, lekko chwiejnym krokiem. Pijana czy co? Może za dużo aviomarinu? Po chwili nadjeżdża wózek z serwisem, ale dziesięć złotych za puszkę coli to ja dziękuję bardzo, jednak nie chce mi się pić.

Ruda zostawiła książkę na fotelu. Niech to szlag. Chociaż z dwojga złego lepiej, niżby miała zostawić paczkę fajek. Mijają minuty, pieguska nie wraca, staruszka nadal afiszuje się ze słabą przepustowością dróg oddechowych, a ja siedzę i patrzę na porzuconą lekturę jak na zakazany owoc. Ulegam. Porywam książkę, otwieram na przypadkowej stronie i zaczynam czytać. Cokolwiek to jest - lepszy rydz niż nic.

18.11.1993

Wróciłem do domu pod wieczór, bo po lekcjach poszliśmy z chłopakami na rower. Rodziców jeszcze nie było, zrobiłem sobie kanapki z nutellą. Facetka zadała na jutro dwa zadania z matmy, ale lepiej spisać od kogoś rano na wychowawczej. Nakarmiłem kota, popykałem trochę na Pegazusie i poszedłem w kimę.

Obudził mnie donośny głos ojca. Darł się na matkę, po chwili matka darła się na niego. Mimo że od kuchni dzieliły mnie dwie pary drzwi - słyszałem wszystko bardzo wyraźnie. Kurde. Gdyby oni się spierali chociaż o to, czy oskarżony jest mordercą, o rozwiązanie problemu głodu na świecie albo o istnienie czy nieistnienie Boga. Ale nie. Oni drą się o północy tylko dlatego, że jedno wyszło w kapciach na ganek, albo dlatego, że drugie dostało wczoraj surówkę na talerzu z daniem głównym zamiast w osobnej miseczce. Sprawy najwyższej wagi, nie ma co. Żenada. Czy oni nie słyszeli, że istnieje coś takiego jak rozwód?

No właśnie, nie słyszeli? Tylko po co mieliby się rozwodzić, skoro z kolejnymi partnerami pewnie znowu mieliby to samo. I co to w ogóle jest? Jakiś durny pamiętnik nastolatka? I na cholerę ktoś owija książkę w gazetę, i to jeszcze w "Wyborczą"?

W końcu wraca ruda. Jest blada, na kurtce ma kilka mokrych plam. "Rzygałaś?" - mam na końcu języka, ale zamiast tego mówię:

- Przepraszam, pożyczyłem na chwilę twoją książkę.

- To nie jest moja książka - odpowiada.

- Nie jest?

Dziewczyna cały czas ma kwaśną minę, zdecydowanie nie wykazuje chęci do rozmowy z nieznajomym.

- Niech pan sobie weźmie, mnie się już nie przyda.

Chcę odpowiedzieć, że żaden ze mnie pan, że jestem Larry, chcę już przejść na ty i podziękować, ale pieguska wciska do uszu słuchawki, zamyka oczy i jakby nigdy nic odchyla się w fotelu.

- Dziękuję - mówię już chyba sam do siebie.

Kątem oka dostrzegam, jak budzi się staruszka. Ziewa przeciągle, nie mogę się powstrzymać, ziewam i ja.

- Co mówiłeś, drogi chłopcze? - pyta.

Z deszczu pod rynnę. Najpierw grozi mi nuda, a teraz, gdy już mam co robić - zaczyna zagadywać mnie sąsiadka od okna. Już chyba wolałem jej chrapanie - wcześniej przynajmniej nie musiałem utrzymywać kontaktu wzrokowego i przytakiwać. Ma fioletowe włosy. Ciekawe, jaki zakład musiała przegrać, żeby wybrać akurat taki kolor. A może miał być blond, ale nie wyszedł?

I na nic mi była książka o asertywności. Chcąc nie chcąc, dowiaduję się, że owa pani lubi pielić w ogródku, że sąsiadka z góry głośno szura krzesłem, że zwykle razem z mężem ogrywają Bułakowskich w brydża, że na Polsacie reklamy coraz dłuższe, że jutro ma padać, ale pojutrze już nie, że wnuczka Julcia mówiła wierszyk na zakończenie roku w szkole, że leki coraz droższe, że syn z Anglii funty przysyła, że lubi latać samolotem, choć leci dopiero drugi raz, że nie przeszkadza jej, że synowa nie mówi po polsku, i że jakoś się dogadują, i że ma na imię Teresa. Nie chciałem być nieuprzejmy, najwyraźniej babinka musiała się komuś wygadać, tylko czemu, cholera jasna, akurat mi? Cóż, może dlatego, że tylko ja siedzę obok niej. Wreszcie wpada mi do głowy sposób ucieczki, eureka!

- Przepraszam, muszę iść do toalety - ogłaszam, licząc, że ruda też usłyszy i wstanie, żeby mnie przepuścić.

- Tak, najlepsze ogórki to na placu Szembeka sprzedają, tylko trzeba z rana kupować, bo potem już poprzebierane... - Nie przerywa sobie staruszka.

Odwracam się w stronę piegowatej dziewczyny i delikatnie trącam ją w łokieć.

- Przepraszam, przepuścisz mnie? Muszę iść do toalety.

Zero reakcji, szturcham jeszcze raz, nieco mocniej. Z ucha wypada jej jedna słuchawka.

- Haaalo? Jest tam kto? Muszę iść do toalety.

Dopiero teraz zauważam, że dziewczyna nie oddycha.

Rozdział 2

Najgorsze były pierwsze dni po lądowaniu. Dni pełne snucia się niczym zombi, pełne odpalania jednego papierosa od drugiego, pełne przeklinania i plucia sobie w brodę. Dni bez kontaktu ze światem, bez maili, bez telefonów. Pełne bezmyślnego patrzenia w telewizor, przeżyte na kawie i puszkowanej makreli w sosie pomidorowym.

Dni pełne wyrzutów sumienia.

Dominika. A więc tak miała na imię. Dlaczego dowiaduję się tego dopiero teraz, z gazety? Nagłówek brzmi Samobójstwo w samolocie. Nadal nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Resztę lotu pamiętam jak przez mgłę. Czuję się fatalnie. Całe szczęście, że w końcu wyszedłem z domu. Odchodzę dwa kroki od kiosku i czytam:

Drugiego lipca 2017 roku na trasie lotu Londyn-Stansted-Warszawa-Modlin doszło do tragedii. Osiemnastoletnia Dominika B. zażyła na pokładzie śmiertelną dawkę leków nasennych, które popiła alkoholem kupionym na lotnisku. Akcja reanimacyjna w trakcie lotu zakończyła się niepowodzeniem. Mieszkanka Warszawy zażyła leki w toalecie, po czym wróciła na miejsce i zasnęła. Jeden ze współpasażerów zorientował się, że dziewczyna nie oddycha, i wezwał pomoc - na pokładzie był lekarz - niestety, było już za późno. Rodzina w żałobie.

"Samobójstwa wśród młodych ludzi z dużych miast stają się coraz częstsze. Jedyne, co możemy w tej sprawie zrobić, to prewencja oraz odpowiednie uświadamianie młodzieży" - komentuje dr Wincent Lisowski.

Sranie w banie, sam jesteś prewencja i uświadamianie młodzieży.

Mogłem ocalić jej życie. Gdybym się zorientował w porę - zmusiłbym ją do zwymiotowania i mogłaby przeżyć. Tak jak kiedyś cudem uratowałem Sylwię.

Sylwia.

Poznaliśmy się na trzecim roku studiów. Miała tego dnia dwanaście kolczyków w lewym uchu i jeden w nosie, długie do ramion niebieskie włosy, a ubrana była w jaskrawoczerwoną sukienkę. Podeszła zapytać, czy mam zapalniczkę.

- Niestety, nie mam... Ale mam zapałki! - powiedziałem.

- Proszę, proszę, chłopczyk z zapałkami - odparła i zalotnie zatrzepotała rzęsami.

"Chłopczyk z zapałkami", tak mnie zapisała w telefonie i nigdy tego nie zmieniła. Następnego dnia poznałem jej kota, tydzień później rodziców, dwa lata później przypieczętowaliśmy nasz związek kredytem hipotecznym i przygarnięciem drugiego czworonoga.

Nigdy się nie dowiedziałem, dlaczego Sylwia chciała odejść z tego świata. Potem nie mieliśmy już okazji szczerze porozmawiać. Szkoda. Nigdy mi nie wybaczyła, że ją odratowałem. Minęło sporo czasu, ale chyba już jej lepiej. Obecnie ma męża, trójkę dzieci i na Facebooku sprawia wrażenie szczęśliwej. Tylko czy przypadkiem na Facebooku wszyscy nie sprawiają takiego wrażenia?

Zupełnie nie kumam, jak ktokolwiek, a już na pewno ktoś tak energiczny i radosny jak Sylwia, może chcieć odebrać sobie życie. Moje życie do usłanych różami zdecydowanie nie należy - jeśli jest usłane czymkolwiek, to co najwyżej jakąś kalarepą - ale żeby od razu chcieć umierać? Jeżeli założyć, że i tak przez całą wieczność czeka mnie później jedno wielkie nic, to po co się tam śpieszyć?

* * *

Piątek, 13.10.2017, godzina 13.30

Minęło sporo czasu od tego feralnego lotu. Rzuciłem się w wir pracy i wreszcie mi trochę lepiej. Trochę. Całe szczęście, że w przeciwieństwie do większości społeczeństwa lubię to, co robię.

Piątek rano. Moje rano, czyli trzynasta trzydzieści. Znowu położyłem się spać o świcie po całej nocy obrabiania fotek. Ale lepiej tak, niż przerwać robotę w połowie. Tak, tym się właśnie zajmuję, fotografuję. Wielu w mojej branży nazywa to teraz inaczej. Oni twierdzą, że nie robią zdjęć, tylko "chwytają chwile" albo "łapią wspomnienia". Wymyślają też inne takie nowomodne farmazony, ostatnio jeden ogłaszał w Internecie, że "rejestruje marzenia". Ja zamiast tego wszystkiego po prostu robię te pieprzone zdjęcia.

Przerzucam stertę ubrań na drugą stronę kanapy i rozsiadam się przed telewizorem. Na stole stawiam przygotowane przed chwilą najlepsze możliwe śniadanie - ogromną kawę wedle mojego ulubionego przepisu: dwie czubate łyżeczki rozpuszczalnej, trzy cukru, pół na pół z mlekiem, obowiązkowo z meniskiem wypukłym. Kubek trochę brudny, ale piłem w nim kawę tuż przed pójściem spać, więc już nie było sensu myć.

Zbliżam kubek do ust - kawa idealna, jak zawsze. Wypijam połowę, odstawiam i biorę się do przekładania rzeczy na stole w poszukiwaniu pilota. Przedzieram się przez książki, talerze, kubki, obiektywy, skarpety i stare faktury. O, Lego Darth Vader, szukałem cię ostatnio, mały draniu. Zrzucam na podłogę opakowania po czipsach, rozładowane baterie i puste paczki papierosów. A nie, jedna nie jest pusta, całe szczęście. Przypalam papierosa i szukam dalej. Dokopuję się w końcu do pilota i gdy próbuję odkleić go od stołu - mój wzrok przykuwa obłożona w gazetę książka, którą znalazłem w samolocie. Zupełnie o niej zapomniałem. Zaciągam się jeszcze kilka razy i gdy docieram do filtra, zauważam, że w zasięgu nie mam żadnej popielniczki, wrzucam więc peta do najbliższego utytłanego kubka. Zaczynam czytać, tym razem od pierwszej strony:

1.09.1993

Dziś był pierwszy dzień w nowej szkole. O dziewiątej zaczynało się rozpoczęcie roku. Mama poszła do pracy i zapomniała mi uprać białą koszulę. Po prostu super. Najpierw długo szukałem w koszu na pranie, potem jeszcze prasowanie. Trochę śmierdziała, więc wypsikałem się dezodorantem Bond. I w końcu poszedłem spóźniony. Ale przypał. Najpierw mieliśmy przyjść do naszej sali, a później już całą klasą na gimnastyczną, na przemowy. Dobiegłem do klasy dwadzieścia po dziewiątej, a tam nikogo. Nie znałem jeszcze za dobrze rozkładu szkoły, więc nim znalazłem halę, było już wpół do. Akurat jakaś starsza dziewczyna kończyła mówić wiersz do mikrofonu. "I nieważne, kto ma rację, bo za rok znowu wakacje!" No, no, chyba sama to napisała. Usłyszałem brawa, dyrka wyszła na środek i chyba chciała sobie poprzemawiać. Ale zamiast tego spojrzała w moją stronę i powiedziała przez mikrofon: "Zygmunt, nie stój w przejściu, siadaj do swojej klasy, tam jest czwarta B", i wskazała ręką, dokąd mam iść. Że też musiała mnie zapamiętać, jak mnie stary zapisywał do szkoły. Ale kicha, tak być wywołanym przed wszystkimi. Zwłaszcza że nikogo jeszcze wtedy nie znałem. A ta do mnie po imieniu. Ze zdenerwowania nie zwróciłem uwagi, co gadała dalej, i poszedłem na to swoje nieszczęsne miejsce. Słyszałem tylko śmiechy i usiadłem czerwony jak burak.

Ale numer, miałem podobną sytuację, gdy zmieniłem szkołę. Pamiętam, że wtedy też dyrka wywołała mnie po imieniu i... zaraz. Tu też jest Zygmunt? Ktoś o mnie książkę napisał czy jak? Niezły zbieg okoliczności, nie ma co. Nie odrywając wzroku od książki, pociągam łyk kawy. I natychmiast żałuję. Odruchowo wypluwam całą zawartość - kawa niczym ze zraszacza rozpryskuje się na książkę, na graty na stole, na kawałek dywanu, a dwie najodważniejsze kropelki dolatują aż do telewizora. Bo w kawie pływa pet.

Jezu, Larry, ogarnij się. Odkładam książkę na kanapę i włączam telewizor. Na Cartoon Network trafiam na Laboratorium Dextera. Puszczają właśnie odcinek, w którym Dexter uczy się francuskiego, ale ma awarię maszyny uczącej. Odtąd jedyne słowa, jakie chłopak potrafi wymówić, to: omelette du fromage. Uwielbiam ten epizod, choć znam go już na pamięć. Pogłaśniam, żeby słyszeć z kuchni, i idę nastawić wodę na kawę zastępczą, tym razem bezpetową.

Siadam z nową kawą przed telewizorem i w tym samym momencie dzwoni telefon. To Wiśnia, kumpel z podstawówki.

- Omelette du fromage? - pytam.

- Cześć, Larry, tylko mi znowu nie zaczynaj z tym omletdifromażowaniem.

- Omelette?

- Dobra, streszczam się, zanim się rozkręcisz. Bilardzik wieczorem aktualny?

Niech to szlag, zupełnie zapomniałem. I co teraz? Nie mam sumienia, żeby znowu przekładać spotkanie, z drugiej strony strasznie mi się nie chce dziś wychodzić.

- Siema, Wiśnia. Jasne, że aktualny. - Ach, ta moja asertywność. - Dwudziesta może być?

- A nie miała być dziewiętnasta? No spoko, niech ci będzie. To wpadnij do mnie na biforka i śmigniemy piechotką do Areny.

- Super, widzimy się.

- Trzymaj się, stary.

* * *

- Halo, ploszę pana, czy pan śpi? - Słyszę głos dziecka. Nie otwieram oczu. Łudzę się, że to nie do mnie. - Halo, haloooo, ploszę pana? - Czuję, jak coś szturcha mnie w nogę. Albo ktoś. Niezbyt z tego powodu szczęśliwy powoli otwieram oczy. No tak, tramwaj prawie pusty, ale z jakiegoś powodu baba z dzieckiem musiała usiąść akurat naprzeciwko mnie.

- Nie śpię - mówię, choć powinienem raczej powiedzieć "JUŻ nie śpię". - Tak sobie tylko oczy zamknąłem.

Dzieciak ubrany w koszulkę ze Sponge Bobem nie ma dwóch górnych jedynek, dałbym mu może z siedem lat, ale cholera go wie, nie znam się na dzieciach. Siedząca obok niego prawdopodobna rodzicielka co kilka sekund przesuwa palcem po ekranie telefonu i nie zwraca uwagi na berbecia. Przekręcam głowę, by popatrzeć przez okno, ale chłopiec zaczyna znowu:

- Ploszę pana, ploszę pana?

- No?

- A czy łabędzie to umiom latać?

- Jeśli już, to umieją, a nie umiom.

- Czyli umiom czy nie umiom? - dopytuje chłopiec.

- Nie mam pojęcia i mam to w d... - W porę gryzę się w język i nie kończę zdania. Ukradkiem zerkam na matkę chłopca, chyba nie słuchała tego, co powiedziałem. Ale i tak robi mi się wstyd. Przecież to tylko dziecko. - Nie mam pojęcia i... I miałem to właśnie sprawdzić. Czekaj, młody.

Wyciągam komórkę i wpisuję frazę "czy łabędzie latają". Okazuje się, że tak.

- Tak, łabędzie umieją latać - obwieszczam z triumfem wszem wobec. "Zapytaj.onet.pl" jak zawsze niezawodne przy trudnych pytaniach. Teraz chłopiec usatysfakcjonowany odpowiedzią na pewno da mi spokój.

- Ploszę pana, ploszę pana?

- No?

- A czemu żaby som zielone?

A czemu ze wszystkich ludzi na świecie właśnie mnie musisz o to pytać? Normalnie ja nie mogę, Jezus Maria. Z jakiegoś powodu gdziekolwiek się pojawiam, zawsze znajdzie się ktoś, kto koniecznie chce ze mną porozmawiać. To chyba przez tę moją durną, nadmierną uprzejmość ciągle daję się złapać w pułapkę tych jakże światowych small talków. Rzadko się golę, jeszcze rzadziej czeszę, żaden ze mnie przystojniak. Może przyciąga ich właśnie moje przeciętniactwo? Niski, w dżinsach i koszuli, w dodatku z poczciwą gębą. Ten gość nie może być groźny! Pozawracajmy mu gitarę! Z pewnością nie ma nic lepszego do roboty niż wysłuchiwanie naszych durnych życiorysów! Noż kurde, normalnie cały czas to samo. A to w autobusie, a to w kolejce w warzywniaku, a to na basenie, a to w kinie, czy choćby i w tramwaju. Zawsze napatoczy się jakiś zaprzyjaźniacz - zagadywacz. Żebym chociaż nie był taką miękką fają i od czasu do czasu odpysknął jakimś słówkiem z mocno dźwięczną literką "r". No ale nie, przecież ja to ja, choćbym gotował się w środku, to zawsze palnę jakieś "proszę bardzo" czy "nie ma problemu". I potem już nie ma odwrotu - miła i niech ją szlag niezobowiązująca rozmowa gotowa. Ależ proszę bardzo.

Tak też było i tym razem, mija dobre dziesięć minut, podczas których odpowiadam na pytania małego gałgana, zanim w końcu słyszę z głośników zbawienne "Przystanek centrum". Wysiadam.