Poniedziałek, 17 kwietnia
Godzina 15.01
Bergman była spokojna i rozluźniona. Schildt namówił ją i Tingströma na wspólny lunch. Wybrał restaurację Brasserie Lipp, która leżała przy Avenyn, głównej i reprezentacyjnej alei Göteborga. Przez cały czas zabawiał ich anegdotami z okresu, gdy studiował prawo na uniwersytecie. Kiedy wracali na komendę, przez szarą mgłę przebiło się wiosenne słońce. Poczuli się tak, jakby powietrze nasycone było nadzieją i optymizmem. Tingström zapowiedział, że przyjdzie na popołudniową odprawę, ponieważ chciałby usłyszeć, w którym kierunku zmierza śledztwo. Jeśli stwierdzi, że dochodzenie jest wielowątkowe i skomplikowane, przez kilka następnych dni nie przydzieli ekipie żadnej innej sprawy. Bergman odnosiła czasem wrażenie, że naczelnik ma szósty zmysł, dzięki któremu potrafił przewidzieć, że dane śledztwo się rozwinie i zrobi się z niego poważna sprawa. Rzadko uczestniczył w początkowej fazie dochodzenia, ale jeśli to robił, ta decyzja po czasie zwykle okazywała się słuszna.
Tym razem doszła do wniosku, że Tingström przesadził. Trudno jej było uwierzyć, że dochodzenie, które zostało wszczęte wcześnie rano, zamieni się w równie długie i skomplikowane śledztwo jak to, które trwało siedem miesięcy i zakończyło się w poprzednim tygodniu. Brakowało jej energii i chęci niezbędnych do szybkiego rozwiązania tej sprawy. Zastanawiała się, czy nie poprosić Tingströma, żeby powierzył to śledztwo komuś innemu. Tylko komu? Kto miałby ochotę je przejąć? Odpowiedź brzmiała "nikt" i przyszła jej do głowy w tej samej chwili, w której zadała sobie te pytania. Znała samą siebie na tyle dobrze, że mogła się spodziewać szybkiego przezwyciężenia chwilowego kryzysu i sprawnego poprowadzenia śledztwa. Jedyny efekt byłby taki, że nadepnęłaby komuś na odcisk i narobiła sobie wrogów w komendzie. Jeśli ktoś jest komisarzem policji kryminalnej, to nie powinien się poddawać tylko dlatego, że od czasu do czasu czuje się zmęczony albo wyczerpany. To tak, jakby wypisała sobie na czole, że ma tej pracy dosyć. Z drugiej strony prawda była taka, że niejedna osoba chętnie zajęłaby jej miejsce.
Tymczasem cała ekipa zebrała się w salce konferencyjnej. Tingström też się zjawił. Wszyscy czekali, aż zacznie się odprawa. Na razie prowadzili luźne rozmowy, których głównym tematem była pogoda. Bergman spojrzała na zegarek i głęboko odetchnęła. Musi zebrać siły i skupić się na spotkaniu.
- Myślę, że możemy zacząć - powiedziała i odwróciła się do Falk i Alfredssona: - Jak wam poszło w szpitalu?
Oboje popatrzyli na siebie, jakby nie wiedzieli, które ma zacząć. Thomas skinął Karin głową.
- Nie było to takie proste, jak by się mogło wydawać. Wiemy, kim są ofiary, wiemy też, że najprawdopodobniej nie zostały obrabowane, ponieważ znaleziono przy nich portfele, klucze i telefony komórkowe. Mężczyzna, który został znaleziony jako drugi, nadal jest nieprzytomny. Ma strzaskaną tylną część czaszki i doznał krwawienia wewnętrznego. Lekarz, z którym rozmawialiśmy, był sceptyczny. Powiedział, że rokowania na przeżycie są słabe, ponieważ rentgen wykazał niską aktywność mózgu. Jeśli pobity mężczyzna przeżyje, do końca życia będzie odczuwał skutki uboczne.
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, była prawie namacalna. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że jeśli ofiara umrze, będą musieli zmienić kwalifikację czynu z pobicia na zabójstwo lub pobicie ze skutkiem śmiertelnym.
- Ofiara ma pięćdziesiąt sześć lat, nazywa się Lars-Ove Karlsson i pochodzi z Grebbestad. Na razie nie wiemy o nim zbyt wiele. Jedna z pielęgniarek próbowała się dodzwonić do rodziny, ale bez powodzenia. Razem z Thomasem wykonaliśmy kilka rutynowych czynności. Karlsson jest zameldowany w Grebbestadzie. Kawaler, nie ma dzieci, niekarany.
Falk zrobiła krótką przerwę, żeby informacje, które przed chwilą przekazała, zapadły wszystkim w pamięci.
- Drugi z mężczyzn nazywa się Johan Wilhelmsson. Ma trzydzieści cztery lata i jest kościelnym kantorem w Bankerydzie. Na szczęście odzyskał przytomność. Zdaniem lekarza, z którym rozmawialiśmy, nad Wilhelmssonem czuwał anioł stróż, ponieważ mężczyzna doznał jedynie wstrząsu mózgu i ma dwa złamane żebra. W tylnej części głowy założono mu kilka szwów. Kiedy go przywieziono do szpitala, był nieprzytomny, ale po odzyskaniu przytomności natychmiast oznajmił, że chce wrócić do domu. Był oburzony tym, że o zdarzeniu powiadomiono jego żonę, i zagroził, że oskarży szpital o złamanie tajemnicy pacjenta. Nie chciał nam zdradzić, co robił w Göteborgu, i nie wypowiedział się na temat nocnego napadu. Jest wkurzony, a nam zarzuca, że mieszamy się w jego sprawy prywatne. Twierdzi, że nic nie widział, nic nie słyszał i nie zrobił nic, co byłoby sprzeczne z prawem. Nie zamierza też dokonywać żadnego zgłoszenia. Zagroził, że jeśli nie zostawimy go w spokoju i nie pozwolimy mu wrócić do domu, oskarży nas o prześladowanie. Jedna z pielęgniarek, która rozmawiała przez telefon z jego żoną, zeznała, że pani Wilhelmsson była bardzo zdziwiona, kiedy usłyszała, że jej mąż jest w Göteborgu.
- Wniosek jest taki, że kantor cierpi na paranoję albo bardzo się czegoś boi - wtrącił Alfredsson. - Tak czy inaczej, zachowywał się cholernie dziwnie.
Falk skinęła głową. Bergman wstała z krzesła i oparła się dłońmi o stół.
- Uważam, że najpierw powinniśmy przejrzeć zgromadzony materiał i go omówić, a dopiero potem zacząć się zastanawiać, kto mógł być sprawcą obu pobić i dlaczego kantor zachowuje się tak dziwnie. Proponuję, żeby każdy poszedł zrobić sobie kawy. Wygląda na to, że nasza dyskusja trochę się przeciągnie.
Po powrocie do sali Bergman wypiła trochę kawy i odstawiła kubek na stół, jakby chciała dać do zrozumienia, że czas zabrać się do pracy.
- Nina i Viking, jak wam poszło?
Johansson przerzucił kilka kartek w notatniku, chrząknął i odparł:
- Przede wszystkim zgadzam się z tym, co powiedziała Karin. Sprawa rzeczywiście nie wydaje się tak prosta, jak to wyglądało na początku. Zaczęliśmy od zapoznania się z treścią obu zgłoszeń. Rozmowy wykonano z tego samego numeru, który należy do Marty Cronström. Mieszka przy Andra L?nggatan, więc od razu do niej pojechaliśmy. Nina musiała przez pewien czas negocjować z nią przez otwór na listy i dopiero po dłuższych namowach Cronström uchyliła drzwi na tyle, że mogliśmy jej pokazać nasze legitymacje służbowe. W końcu musieliśmy ją nastraszyć, że jeśli nam nie otworzy, zabierzemy ją na przesłuchanie na komendę. Rozpłakała się, otworzyła drzwi i wpuściła nas do środka. Zaczęliśmy ją uspokajać, porozmawialiśmy o kilku nieistotnych sprawach i nagle ni stąd, ni z owąd oznajmiła, że to ona zadzwoniła na numer alarmowy i zgłosiła, że na ulicy przed oknem jej kuchni leży mężczyzna. Wyjaśniła, że na starość ma kłopoty ze snem i zwykle budzi się około czwartej. Idzie wtedy do kuchni, robi sobie kawę i czeka, aż dostarczą jej gazetę. Tamtego ranka przypadkowo wyjrzała przez okno i zobaczyła, że na chodniku ktoś leży i mocno krwawi. Chciała jakoś pomóc, ale wolała pozostać anonimowa, żeby się w coś nie wplątać. Nic więcej się od niej nie dowiedzieliśmy, ale odnieśliśmy wrażenie, że albo kłamie, albo coś ukrywa. Myślę, że wie więcej, niż powiedziała.
Alfredsson trzasnął notesem o stół.
- Przecież to jakaś farsa! Na dodatek jeden z pobitych nam grozi, że oskarży nas o wszystko, co najgorsze. To jest chore!
W miarę, jak się nakręcał, robił się coraz bardziej czerwony na twarzy.
- Gdyby policja przerwała na miesiąc jakieś dochodzenie, zostałaby oskarżona, że nic nie robi. Posłuchajcie tylko, czego się dowiedzieliśmy od tych tak zwanych policjantów, Hultberga i Svahna. Nawiasem mówiąc, obaj grozili, że wyślą nas na dywanik do komendanta regionalnego policji.
Bergman westchnęła w myślach. O co mu znowu chodzi? Od pewnego czasu zrobił się zrzędliwy i stale się czepia drobiazgów, na które nie powinien marnować czasu.
- Uspokój się, a złość zachowaj na inne okazje. Wszyscy wiemy, że ludzie, którzy się czegoś boją, zachowują się właśnie w taki sposób.
Bergman musiała czasem traktować niektórych członków swojej ekipy tak, jakby była ich matką. Z Thomasem też tak było: kiedy górę brał jego temperament, musiała go okiełznywać.
- Karin, czy możesz nam wyjaśnić, o co chodzi z Hultbergiem i Svahnem?
Alfredsson otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Bergman popatrzyła na niego ostrym wzrokiem.
- Czekamy.
- Obaj pełnili nocny dyżur, więc potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby przywrócić ich do życia. Łatwo się domyślić, że byli na nas źli i odesłali nas do raportu, w którym opisali to, co się wydarzyło w czasie nocnego wyjazdu. Potem dodali, że jeśli chcemy się dowiedzieć czegoś więcej, powinniśmy się skontaktować z komendantem regionalnym policji. Na koniec stwierdzili, że mają już po dziurki w nosie tak zwanych kolegów z Göteborga, którzy najnormalniej w świecie ich prześladują, i ostrzegli, że więcej na to nie pozwolą.
- Prześladują? Thomas, czy możesz wyjaśnić, dlaczego użyli tego słowa?
Bergman dobrze wiedziała, że Alfredsson potrafi kogoś przestraszyć samym wyglądem. Zwłaszcza gdy się nad kimś pochyla. Przytłacza rozmówcę swoim ogromnym ciałem i robi groźne miny, których się nauczył w czasie występów w telewizji. Policjanci z Grebbestad na pewno nie uznali takiego zachowania za koleżeńskie.
Alfredsson zrobił niewinną minę i wzruszył ramionami, ale Bergman zdążyła zauważyć jego ledwo skrywany uśmiech.
- Nie mam pojęcia, o czym mówią. Z tego, co tu usłyszałem, wynika, że "prześladowanie" to jedno z modnych słów, których niektórzy lubią używać w kontekście policjantów.
Lekceważący ton Alfredssona wywołał w głowie Bergman tępy ból wzmagający się z każdym wypowiadanym przez niego słowem. Chciała mu się jakoś odciąć, ale do rozmowy niespodziewanie włączył się Tingström.
- Dzisiaj już dwa razy dzwonił do mnie komendant regionalny policji. Wyraźnie dał mi do zrozumienia, że naszych kolegów z Grebbestad mamy zostawić w spokoju. Kazał ich traktować tak, jakbyśmy chcieli poszukać błędów w ich pracy, a nie odtrącić ich samych. Celem programu wymiany jest, jak sama nazwa wskazuje, wymiana doświadczeń. Innymi słowy, komendant nie życzy sobie żadnych telefonów ze skargami. Od nikogo. Nie chce też, żeby w ewaluacji pojawiły się negatywne oceny i komentarze. Zostało nam kilka dni. Potem się ich pozbędziemy i wrócą do nas nasi ludzie.
Wszyscy popatrzyli na Tingströma ze zdziwieniem. Nie byli przyzwyczajeni do sytuacji, gdy naczelnik mówi podniesionym głosem albo kogoś krytykuje, zwłaszcza kogoś takiego jak komendant policji.
- Ingrid, w przyszłości to ty będziesz się kontaktować z Hultbergiem i Svahnem. Obchodź się z nimi jak z jajkiem.
Bergman popatrzyła mu w oczy i skinęła głową. Domyśliła się, że jeśli naczelnik zdecydował się na taką interwencję słowną, musiał być pod silną presją swoich przełożonych.
- W takim razie zostały nam do omówienia dwie sprawy: kij i raport techniczny. Nino, czy masz coś do przekazania?
- Niestety nie. Nilsson powiedział, że wstępny raport przyśle najwcześniej jutro po południu.
- A personel karetki pogotowia? Zeznali coś ważnego?
- Też nie. Zdziwiło ich tylko, że policjanci, którzy przyjechali na miejsce po pierwszym wezwaniu, nie zabezpieczyli terenu i prawie w ogóle nie wychodzili z radiowozu. To byli ci sami ratownicy, którzy przyjechali do drugiego wezwania. Jeden z nich wskazał naszym kolegom kij, który leżał kilka metrów od ofiary.
- Szkoda, że nie słyszy tego komendant regionalny policji - wtrącił ironicznym tonem Alfredsson.
Bergman poczuła, jak ogarnia ją złość.
- Rzeczywiście, bo najpierw kazałby ci się zamknąć, a potem by ci przypomniał, że prowadzimy poważne śledztwo. Niestety, to na nas spadnie obowiązek naprawienia błędów, które zostały popełnione nocą.
Wstała z krzesła i podeszła do okna. Musiała zapanować nad nerwami, żeby nie wybuchnąć.
- Myślę, że powinniśmy od razu ruszyć z kopyta. Będziemy potrzebowali dodatkowych ludzi, żeby przesłuchać mieszkańców.
Bergman zerknęła na naczelnika, który skinął głową na znak, że akceptuje jej propozycję.
- Ktoś musiał coś widzieć albo słyszeć. Podejrzewamy, że do obu napadów doszło nad ranem. Pierwsza ofiara została zgłoszona za dziesięć piąta. Prawdopodobnie nie leżała tam zbyt długo. Na tej ulicy jest zawsze pełno ludzi, więc do pierwszego ataku mogło dojść nie później niż w ciągu trzech kwadransów przed zgłoszeniem.
Bergman zrobiła przerwę i rozejrzała się po pokoju. Wszyscy skinęli głowami na znak, że podążają za jej tokiem rozumowania.
- O tej porze dnia na ulice wyjeżdżają zwykle pierwsi kurierzy, służby oczyszczania miasta i taksówkarze. Są też klienci kin erotycznych, imprezowicze, którzy wracają do domu po nocnej balandze, albo zwykli ludzi w drodze do pracy. Ta ulica jest inna od pozostałych, więc trudno nam będzie znaleźć świadków, którzy zechcą opowiedzieć, co tam robili o tej porze. Proponuję zwołać konferencję prasową i zwrócić się do społeczeństwa z apelem o pomoc. Musimy obiecać, że każdy, kto się do nas zgłosi, pozostanie anonimowy.
- Przydzielę wam dodatkowych ludzi do przesłuchiwania okolicznych mieszkańców - zadeklarował Tingström.
- Dzięki. W takim razie skontaktuję się z naszymi technikami. Poproszę, żeby zabezpieczyli miejsca zdarzeń i poszukali śladów, które jeszcze nie zostały zatarte. Musimy ponownie przesłuchać Cronström, ale trochę z tym poczekamy, żeby zdążyła ochłonąć. Karin i Thomas: przed wyjściem z biura zadzwońcie do szpitala i poproście lekarzy, żeby przed wypisaniem kantora do domu koniecznie się z nami skontaktowali. Niech zadzwonią, jeśli Karlsson odzyska przytomność, i niech się z nami kontaktują w każdej innej sprawie, która dotyczy obu ofiar.
- Zajmę się tym - obiecała Falk.
- Świetnie. Jutro musimy przesłuchać kantora i wydobyć z niego więcej informacji. Na rannej odprawie przedyskutujemy, jak się do tego zabrać. Mam nadzieję, że po przesłuchaniu mieszkańców będziemy wiedzieć więcej. Jakieś pytania? Mamy jeszcze coś do omówienia?
Bergman rozejrzała się, ale wszyscy pokręcili głowami. Spojrzała na Alfredssona, który zrobił to samo.
- Okej, w takim razie spotykamy się jutro o wpół do ósmej rano.
Wszyscy jak na dany sygnał wstali z krzeseł i opuścili pokój. Czuli powagę sytuacji. Spokój, który nastał po zakończeniu ostatniego śledztwa, trwał krótko i minął po weekendzie. Zamyślona Bergman podeszła do okna, zamknęła je i popatrzyła na Tingströma, który nadal siedział przy stole.
- Jak myślisz, czy oba napady coś łączy?
- Tak, ale moim zdaniem nie miały podłoża rabunkowego. Być może ktoś chciał dowalić homoseksualistom i nie wiedział, że jedną z ofiar jest ojciec rodziny. Obie ofiary zostały potraktowane bardzo brutalnie.
- Bez względu na to, kim jest sprawca, wygląda na to, że nie zamierzał okraść swoich ofiar. Jeśli jednak ktoś wpadł na pomysł, żeby w ten sposób piętnować homoseksualistów, może to oznaczać, że sprawca nie boi się użyć przemocy, a coś takiego tylko rozbudza jego apetyt. Nie raz to widzieliśmy, prawda?
- Masz rację. Poczekajmy na to, co zeznają mieszkańcy. Jeśli nie wypłynie nic nowego, trzeba będzie przesłuchać kantora. W razie konieczności zmusimy go do mówienia. Bierzmy się do roboty, a potem wracajmy do domu.