ROZDZIAŁ 2
Danowi znowu śnił się ten sam koszmarny sen. Było wczesne popołudnie i jechał z Gayle na południe szosą numer sto jeden, wracając do Los Angeles po wizycie w San Luis Obispo. Ciepła bryza uderzała ich po twarzach, a Gayle lekko schrypniętym falsetem śpiewała piosenkę Scissors Sisters Comfortably Numb.
- Kiedy byłam mała, dostałam gorączki... i jak dwa balony spuchły moje rączki... hej, hej, hej!
- Jednej rzeczy nie odziedziczyłaś po matce - stwierdził Dan. - Jej głosu.
- Śpiewam jak anioł!
- Jasne... jak anioł, który przyciął sobie skrzydła suwakiem w rozporku!
Ocean właśnie połknął słońce i niebo nad ciemnym konturem szczytów gór Santa Ynez wyglądało jak zalane krwią. Dan nie bardzo wiedział, czy krew naprawdę ma taki kolor. Pamiętał, że jasne włosy Gayle były purpurowe, ale może nie przed wypadkiem, a po nim.
W tym sennym koszmarze silnik mustanga nie warczał jak silnik samochodu, tylko dudnił jak zbliżająca się burza, a nadjeżdżające z naprzeciwka samochody nie wydawały żadnego dźwięku i dopiero kiedy znalazły się na ich wysokości, rozlegał się odgłos przypominający trzaśnięcie gigantycznych drzwi.
W tym sennym koszmarze Dan nie czuł się pijany, choć w rzeczywistości był wtedy pod wpływem alkoholu. Pojechali z Gayle na wesele jego starego kumpla z Akademii Policyjnej, Gusa Webbera, a kiedy Dan i Gus się spotykali, zawsze sporo pili. Na weselu opróżnili we dwóch trzy butelki szampana i ponad dwadzieścia butelek piwa. Za Akademię Policyjną w Los Angeles! Za Dodgersów! I jeszcze raz za Achademie Polisijno w Losz Anglesz!
W tym sennym koszmarze - mimo że nie czuł się pijany - miał wrażenie, że wszystko się cofa. Droga śmigała do tyłu z prędkością prawie stu czterdziestu pięciu kilometrów na godzinę, tylko mewy wisiały na krwawym niebie w zupełnym bezruchu.
- Jedziesz jak wariat - stwierdziła Gayle.
- Co?
- Mówiłam ci wcześniej, że powinniśmy już jechać. Mówiłam! Co teraz zrobisz?
Popatrzył na zegar na desce rozdzielczej mustanga. Wskazywał 21:00. Gayle miała rację. Mają opóźnienie, więc kiedy dojadą do Santa Barbara, autostrada będzie już zamknięta. Wcisnął mocniej pedał gazu i strzałka prędkościomierza doszła do stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.
Minął ich kolejny jadący z naprzeciwka samochód - znowu huknęły wielkie drzwi - a potem nadjechały kolejne samochody, co wywołało całą serię huknięć, jakby ktoś uciekał w panice przez ogromny dom, zatrzaskując za sobą każde napotkane drzwi.
Kiedy dojeżdżali do Isla Vista, Dan ujrzał przed sobą tylne światła samochodu i musiał ostro zahamować.
- Boże... - jęknęła Gayle.
To, co następowało potem, powtarzało się w każdym koszmarze sennym i rozgrywało tak samo, jak rozegrało się w rzeczywistości. Przed nimi pełzł powolutku pomalowany dwoma odcieniami brązu campingobus, z którego rury wydechowej wydobywały się kłęby gęstego czarnego dymu. Na jego tylnym zderzaku była naklejka z napisem: JEZUS JEST PODEJRZANY.
- Co to znaczy? - spytał Dan, tak samo jak spytał w dniu wypadku. - Sądzisz, że chodzi o to, że ktoś go podejrzał, czy raczej o to, że Jezus zachowuje się w podejrzany sposób?
- Może o jedno i drugie.
- Może... ale wolałbym, aby ta sterta złomu nas przepuściła - mruknął.
Zatrąbił i zjechał na lewy pas, żeby wyprzedzić campingobusa, ale z naprzeciwka jechała ciężarówka, która włączyła długie światła i zaczęła trąbić, więc musiał zwolnić.
- Dan... bądź ostrożny. Proszę.
Popatrzył na nią i zamrugał, oślepiony przez ciężarówkę.
- Jak myślisz, od ilu lat jeżdżę samochodem? Od osiemnastu. I miałem tylko jeden wypadek, w dodatku nie z mojej winy.
Ponownie zjechał na lewy pas. Droga przed nimi wydawała się pusta, więc mocniej wcisnął pedał gazu.
- Dan!
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze.
W tym momencie zauważył, że campingobus jest holowany przez wielki ciągnik z naczepą, i stwierdził, że wyprzedzenie obu pojazdów zajmie mu znacznie więcej czasu, niż początkowo sądził. To, co wziął za dym z rury wydechowej campingobusa, było spalinami z umieszczonej pionowo rury wydechowej ciężarówki, rozchodzącymi się w taki sposób, że zasłaniały widok na jezdnię. W dodatku o przednią szybę mustanga przez cały czas uderzały mewy, rozpryskując się na miazgę i opryskując ich krwią.
- Dan, coś jedzie z naprzeciwka!
Włączył wycieraczki i na szybie pojawiły się dwa mętne, krwiste półksiężyce. Za nimi widział zbliżające się światła - cztery główne reflektory i kilka mniejszych, rosnące w przerażającym tempie. Autobus albo tir. Powietrze wypełniał ryk klaksonu, przypominający niezgrane trio trąbek.
Pozostawało mu tylko jedno: wcisnąć gaz do oporu. Kiedy znaleźli się prawie na wysokości przednich kół ciągnika, Dan - patrząc na wypełniające całą przednią szybę jaskrawe światło - pomyślał, że nigdy by nie przypuszczał, iż umrze w taki sposób.
Przez ułamek sekundy sądził, że jest już za późno, ale nagle znaleźli się przed ciągnikiem, więc szarpnął kierownicą w prawo i obok nich - trąbiąc jak szalona - przewaliła się gigantyczna cysterna z logo Amoco, a podmuch wiatru, jaki wywołała, był tak silny, że przyklejone do przedniej szyby mewie pióra oderwały się i wpadły do wnętrza mustanga.
- Cholera... - wymamrotał.
Popatrzył we wsteczne lusterko na znikającą cysternę i w tej samej chwili uderzyli w tył ciężarówki załadowanej rurami do montowania rusztowań. Jedna z nich przebiła przednią szybę i trafiła Gayle prosto w twarz.
* * *
W tym momencie zawsze się budził - z przebitą rurą twarzą Gayle przed oczami. Był to tak straszliwy obraz, że biegł do łazienki, pochylał się nad umywalką z ustami pełnymi żółci i czekał z zaciśniętymi powiekami, aż koszmar się rozpłynie.
Potem zawsze podnosił głowę i przyglądał się odbiciu swojej twarzy w lustrze - wymizerowanej, udręczonej twarzy z wystającymi kośćmi policzkowymi, spiczastym nosem i jasnoniebieskimi oczami, pokrytej kilkudniowym zarostem.
- To znowu ty... - powiedział tego poranka. - Ty nieszczęsny draniu...
Zadzwonił dzwonek u drzwi. Dan nadal wpatrywał się w swoje odbicie, ale kiedy dzwonek ponownie zaterkotał, poczłapał do salonu.
- Kto tam? - zapytał przez okno.
- To ja, Annie! Znowu krzyczałeś przez sen. Coś ci przyniosłam.
Podszedł do frontowych drzwi i otworzył je. Stała przed nimi młoda kobieta ze szklanką przykrytą ozdobionym paciorkami kawałkiem materiału. Miała latynoskie rysy, błyszczące czarne włosy, szeroko rozstawione brązowe oczy i lekko wydęte wargi. Była ubrana w patchworkową sukienkę, włosy przewiązała zieloną jedwabną apaszką, a na szyi miała korale z dużych drewnianych kulek. Jej dłonie i stopy pokrywały namalowane henną wzorki.
- Boże, Annie, tylko nie herbata z mirtu...
- Herbata z mirtu to najlepsze lekarstwo na senne koszmary.
- Wiem, ale smakuje jak kocie szczyny.
- Ostatnio te krzyki przez sen zdarzają ci się znacznie częściej. Choć raczej należałoby powiedzieć: "wrzaski".
- To był tylko zły sen.
- Masz ten sen od trzech lat. Jeśli to jeszcze trochę potrwa, twój stan się pogorszy.
Odwrócił się i poszedł z powrotem do salonu. Annie ruszyła za nim.
- Jest jeszcze gorąca - powiedziała. - Powinieneś ją wypić, póki jest gorąca.
- Dlaczego? Gorące kocie szczyny wcale nie smakują lepiej od zimnych kocich szczyn.
Annie postawiła szklankę na kontuarze maleńkiej kuchni.
- Jutro zaparzę ci pokrzywę. Powinna pomóc.
- Annie...
- Co?
- Nie rozumiem, czemu ten sen tak długo mnie prześladuje. Może to się nigdy nie skończy. Co wtedy?
Podeszła do niego i położyła dłoń na wysokości jego serca. Miał metr osiemdziesiąt sześć wzrostu, a Annie jedynie metr sześćdziesiąt trzy, jednak to ona była silniejsza.
- Gayle ciągle jeszcze tu jest, Dan. Nigdy nie zapomnisz tego, co się stało, ale dla swojego własnego dobra musisz się z tym pogodzić. Nie możesz się do końca życia obwiniać.
- Może mogłabyś mi zaparzyć trochę cykuty?
- Nie żartuj sobie. Od cykuty puchnie śluzówka dróg oddechowych i człowiek się dusi. To straszna śmierć.
- Gorsza niż śmierć od uderzenia rurą do rusztowania w twarz?
- Znacznie powolniejsza.
* * *
Poszedł na lunch do 25 Degrees, restauracji znajdującej się w stojącym przy Sunset hotelu Roosevelt, i usiadł na swoim ulubionym stołku w rogu baru. Zamówił kanapkę z trzema rodzajami sera i Krwawą Mary. Zaczął od pojadania oliwek i obserwowania ludzi siedzących w wielkich, wyłożonych skórą boksach.
25 Degrees to dość elegancka restauracja, ale panuje w niej swobodna atmosfera, a jej klientela składa się z dyrektorów, różnego rodzaju pośredników, turystów, rzeźbiarzy i bezrobotnych aktorów, dzielących się każdym hamburgerem i koktajlem.
- Znowu się spóźniłeś, detektywie - stwierdził barman Pedro, patrząc na zegar wiszący na ścianie.
Był to ich stały żart. Oznaczał on, że jak na dziś, Dan zaczynał pić dość wcześnie, ale jak na wczoraj, to zbyt późno.
- Źle spałem - odparł Dan i wypluł kilka pestek z oliwek.
- Wiesz, jakie jest na to lekarstwo?
- Mam niemiłe przeczucie, że zaraz mi powiesz.
- Powinieneś zawsze chodzić do łóżka z brzydką kobietą, bo wtedy trzeba udawać, że się śpi. Zamykasz oczy, głęboko oddychasz, nie kręcisz się ani nie poruszasz i zanim się zorientujesz, już śpisz.
- Dzięki za radę, ale nie znam żadnej brzydkiej kobiety.
- Możesz sobie pożyczyć moją żonę.
* * *
Kiedy Dan był w połowie kanapki z trzema rodzajami sera, zawibrował jego telefon.
- Dan? Tu Ernie Munoz.
- W tym tygodniu mam wolne.
- Wiem, ale właśnie straciliśmy trzech ludzi z wydziału VIN. Cusacka, Knudsena i Fusca.
- Jezu... kiedy?
- Mniej więcej czterdzieści pięć minut temu, w dodatku w bardzo dziwnych okolicznościach. Siedzieli w samochodzie przed restauracją Palm w Santa Monica i obserwowali Jeana-Christophe'a Artissona. Ich samochód się zapalił i sfajczyli się żywcem.
- Co to znaczy "zapalił się"?
- Świadkowie mówią, że nagle, sam z siebie, zaczął się palić jak raca na Czwartego Lipca. Nasi ludzie próbowali się z niego wydostać, ale z jakiegoś powodu im się to nie udało.
- Nie zostali zaatakowani? Nie podłożono bomby zapalającej?
- W pobliżu stała jakaś kobieta, która wykonywała jakieś gesty, ale nikt dokładnie nie widział, co się działo.
- Gesty?
- To wszystko, co powiedzieli świadkowie: gesty.
- A co z Zombie? Był w pobliżu? On sam albo jego zbiry?
- Hm... Zombie był w restauracji, właśnie zamawiał tuńczyka. Dwóch jego zbirów stało przed wejściem, ale kiedy samochód się zapalił, znajdowali się co najmniej pięćdziesiąt metrów od niego.
- Mogli podłożyć zapalnik?
- Jeżeli to zrobili, nikt tego nie widział. I jeszcze coś... W restauracji był też Szybcior Lebrun, z mikrofonem. Miał porozmawiać z Zombie o pożarze w Fellinim i wyciągnąć z niego przyznanie się. Kiedy samochód się zapalił, zaczął uciekać, ale zanim zdążył dobiec do przecznicy, padł martwy na chodnik.
- Jak to? Ktoś go zastrzelił?
- Nie było w nim dziur po pociskach, a na chodniku nie było krwi. Może dostał zawału.
Dan milczał przez chwilę.
- No dobra - powiedział w końcu. - Jadę do ciebie. Daj mi pięć minut.
Dopił Krwawą Mary, zawinął resztę kanapki w papierową serwetkę i zszedł z barowego stołka.
- Hej, detektywie! - zawołał za nim barman. - O której godzinie ma wpaść moja żona?
Dan machnął ręką jak porucznik Columbo i wyszedł na ulicę.