PONOWNIE W GRANICACH
Maria zanurzyła pędzelek w farbie. Nisko pochyliła głowę, niespiesznie wiodąc po papierze smugę zieleni wyznaczającą kontury liści i kwiatów. Później cierpliwie wypełniała każdy kształt rozmytym kolorem, przechylając głowę na boki i wyobrażając sobie, że ma przed sobą nie chropowatą powierzchnię kartki, ale żywą, wonną ścianę splątanych, leśnych zarośli. Zerknęła na rozpostarty na stole oryginał i z zadowoleniem skinęła głową. Ta część księgi okazała się najmocniej zniszczona: pod wpływem wilgoci kartki zbrązowiały, papier był pofalowany i kruchy, przy każdym dotyku rozsypywał się na kawałki. Niełatwo było odtworzyć pierwotne kolory malunku. Na szczęście zapisały się one w pamięci Krystynki niczym powielone odbitki i korzystając ze wskazówek gospodyni, Maria mogła wiernie odtworzyć miniaturowe dzieła malarki wiosennych łąk.
Pamięć kociej opiekunki przypominała przepastną komodę. W czasie rozmów przy stole, podczas wędrówek po lesie czy kiedy siadały na stopniach ganku, obserwując snujące się po podleśnej łące mgły, kobieta chętnie uchylała jedną szufladę i wysupływała z niej upchnięte w ciasnych przegródkach wspomnienia, snując opowieści o minionych latach. Najchętniej mówiła o matce. Najwyraźniej teraz, kiedy Maria poznała już historię Krystyny, jej córka odczuwała gorącą potrzebę przywoływania wspólnie spędzonych chwil. O sobie napomykała rzadziej, a Maria nie wypytywała, czując w głębi serca, że musi być ku temu jakiś powód. Może zażyłość między nimi była zbyt świeża? Owszem, Krystynka wpuściła ją pod swój dach, ugościła w ciasnym pokoiku przytulonym do kuchni, ale czy to znaczy, że dopuściła ją do swojego życia?
Maria odchyliła się na oparcie krzesła, unosząc wyprostowane ręce nad głowę i wyciągając ciało. Od kilku godzin tkwiła nad ilustracjami i chociaż w dole pleców pojawiło się już znajome mrowienie, nie chciała odejść, dopóki nie skończy stronicy. Teraz zadowolona odłożyła malunek i zaczęła porządkować stół. Ostrożnie ujęła stary brulion i odłożyła go na półkę wąskiej bieliźniarki. Później zamknęła pojemnik z farbami i przetarła blat, na którym pojawiło się kilka plamek w różnych odcieniach zieleni i żółci. Złocista smuga ciągnęła się również przez przód bawełnianego T-shirtu, więc z cichym westchnieniem zastąpiła koszulkę inną. Przerzuciła brudne ubranie przez ramię, zebrała pędzle do mycia i wyszła do kuchni.
Mały domek otulała leniwa letnia cisza. Plastikowy budzik stojący na kredensie sennie odliczał sekundy, przesuwając wskazówkę z miłym dla ucha cykaniem. Drzwi - i te łączące sień z kuchnią, i te wiodące na podwórko - były szeroko otwarte. Gdzieś z oddali niosło się stłumione psie poszczekiwanie, w wysokiej trawie zaskrzeczał jakiś ptak. Maria przyniosła z łazienki miskę, napełniła ją ciepłą wodą ze stojącego na blasze gara i wrzuciła do środka zaplamioną koszulkę. Później otworzyła drzwiczki pieca, położyła na tlące się resztki nieco chrustu oraz kilka większych szczap i dmuchnęła w nie, mrużąc oczy, gdy w powietrzu zawirowały strzępki popiołu. Kiedy wesoły złocisty ognik zatańczył po drobnych gałązkach, zamknęła drzwiczki i przysunęła na środek blachy wypełniony wodą czajnik.
Uśmiechnęła się, stawiając na stole dwa wydobyte zza szyby kredensu kubki.
Rozpalanie ognia, kąpiele w metalowej balii, gotowanie na blasze, szybkie przepierki w misce - te i inne czynności składały się na życie w domku Krystynki. Na codzienność, którą Maria wciąż poznawała i której się uczyła. Gdy gospodyni po raz pierwszy poprosiła ją, by dorzuciła drew do pieca, zdrętwiała ze strachu, zaraz jednak naciągnęła grubą watowaną rękawicę i ostrożnie ujęła rygiel przy drzwiczkach. Jeśli się powiedziało "a", trzeba powiedzieć "b", napomniała się wtedy w duchu. Przyjmując gościnę Krystynki, nie była w pełni świadoma, jak skromne życie oferuje domek pod lasem. Prawda, bywała tu wcześniej pod nieobecność kociej opiekunki, widziała piec, umywalnię urządzoną w ciasnej komórce, drewniane łóżko z twardym siennikiem, studnię i stojące przy niej ocynkowane wiadro. Wiedziała, że aby wziąć kąpiel, trzeba nanieść wody z gara stojącego na blasze, a wcześniej ten napełnić i ogrzać. Co innego jednak widzieć i wiedzieć, a co innego poczuć ciężar tych obowiązków na własnych barkach. Maria poczuła. Oj, jak dotkliwie poczuła! Pierwszym dniom w domku pod lasem towarzyszył uciążliwy ból ramion. Zaniepokoiło ją nawet, czy to aby nie jakiś zdradliwy wirus, ale Krystynka wyśmiała jej obawy. "Po prostu mięśnie, nienawykłe do ciężkiej pracy, dają ci popalić", wyjaśniła. I zaraz tonem pocieszenia dodała: "Zobaczysz, będzie lepiej. Ani się obejrzysz, drzewo na pniaku ciupać będziesz, a muskuły wyrobisz twarde jak kamień!".
Wizja twardych muskułów nie zachwycała malarki, jednak musiała przyznać Krystynce rację: po kilku dniach nowe obowiązki przychodziły jej z mniejszym wysiłkiem, a przykre dolegliwości ustąpiły. Nabierała też wprawy, a wypadki z upuszczeniem wiadra mydlin i zalaniem sieni, wykipieniem zupy na blachę czy zadymieniem kuchni przez wrzucenie pod blachę niedosuszonego drewna, zdarzały się coraz rzadziej.
A smakując Krystynkowej codzienności, Maria obdarzyła starszą kobietę jeszcze większym podziwem i szacunkiem. Pod wieloma względami życie w domku pod lasem było znojne, malarka podejrzewała nawet, że przez brak podstawowych wygód dla wielu okazałoby się wprost nie do zniesienia. Oferowało jednak coś wyjątkowego. Chyba sama nie potrafiła do końca określić, co to takiego. Na pewno spokój i wyciszenie. Wrażenie, że powróciło się do korzeni.
Maria wychowała się w niewielkim miasteczku, z którego pochodzili jej rodzice. Cała rodzina rozsiała się nieopodal po okolicy, a najbliższa kuzynka i zarazem przyjaciółka mieszkała nawet na tej samej ulicy. Nie miała babci czy cioci mieszkających na wsi, gdzie mogłaby spędzić pachnące sianem i porzeczkami zrywanymi prosto z krzaka wakacje. A właśnie tak je sobie wyobrażała: mały domek, smużkę dymu leniwie snującą się z komina, metalowe wiadro postukujące o kamienną cembrowinę studni, strumień radośnie szemrzący za płotem, rozkosznie świetliste poranki, gdy słońce leniwie przesącza się przez sztachety płotu, i cieniste wieczory, otulone mrokiem wypełzającym spomiędzy drzew. Tutaj, w domku Krystynki, Maria odnosiła wrażenie, że dotyka przeszłości. Podobne uczucie towarzyszyło jej w siedlisku Kosińskiego, tam jednak dominowała aura tajemniczości podsycana niedomówieniami dotyczącymi nieżyjącego właściciela oraz pozostałych po nim obrazów i rzeźbionych mebli. Domek pod lasem zaś był oazą sielskości. Skromny, wypełniony sfatygowanymi, ale zadbanymi sprzętami, które służyły właścicielce przez wiele lat i były traktowane z szacunkiem, z kotami beztrosko wygrzewającymi się na schodach i parapetach, kundelkiem wietrzącym nosem pod płotem... Maria naprawdę dobrze się tu czuła i z wielką radością pogrążyła się w pracy nad ilustracjami do "Malarki wiosennych łąk".
Pogwizdujący na blasze czajnik wyrwał artystkę z zadumy. Nalała do szklanek herbacianej esencji z imbryczka stojącego na piecu i dolała wrzątku. Później zabrała miskę i wyszła przed dom.
Pod płotem stał nieduży stołek. Drewno, z którego wystrugano jego nogi, było poszarzałe ze starości, deszczu i mrozu. Krystynka często siadywała na nim obok krzaka porzeczki albo przy studni, a wtedy ze wszystkich możliwych zakamarków domu i ogrodu zbiegały się spragnione pieszczot zwierzęta. Puszek trącał udo opiekunki wilgotnym nosem, Biały kręcił ósemki wokół okutanych długą spódnicą nóg, Kitka natomiast bezceremonialnie garnęła się na kolana, z głośnym mruczeniem podsuwając łebek do głaskania. Zjawiał się także najnowszy podopieczny gospodyni, bury pręgowany Jasiek, wciąż trochę nieufny i z lekka obrażony za wycieczkę do gabinetu weterynaryjnego. Krążył wokół stołka na sztywno wyciągniętych łapach, raz za razem świstając powietrze pasiastym ogonem, i miauczał, domagając się uwagi. Maria bardzo lubiła obserwować Krystynkę i jej podopiecznych. Czasami siadała nieopodal nich ze szkicownikiem na kolanach i za pomocą lekkich linii przenosiła sceny podwórzowe na papier. Jeden z tych szkiców, ten pierwszy, wykonany w dniu, gdy wróciła do Granic, aby wysłuchać historii malarki wiosennych łąk, wisiał obecnie na honorowym miejscu w kuchni, obok obrazka Najświętszej Panienki i kalendarza Ochotniczej Straży Pożarnej w Granicach.
Dziś jednak w zasięgu wzroku nie było ani gospodyni, ani jej futerkowych przyjaciół. Maria postawiła miskę na stołku i zanurzyła dłonie w ciepłej wodzie. Na jej skórze wykwitła koronka mydlanej piany, smuga farby rozmyła się pod dotykiem palców. Podniosła koszulkę i mocno strząsnęła, a krople rozprysły dookoła, pięknie migocąc w słońcu. Malarka poczuła na karku znajomy dreszcz, wędrował po jej skórze zawsze, gdy widziała coś niezwykłego. Coś, co chciałaby przenieść na płótno. Uśmiechając się zagadkowo, podeszła do sznura rozwieszonego między dwoma owocowymi drzewami i przypięła ociekający wodą materiał drewnianymi klamerkami. Później w pozostałej po przepierce wodzie umyła pędzle, przeczesując palcami włosie. Z fascynacją obserwowała, jak barwy spływały z nich cienkimi strużkami, mieszając się i wirując w lśniącym tańcu z mydlinami.
Rozłożyła pędzle na stopniach ganku i z cichym jękiem wygięła plecy w łuk.
- Za bardzo się garbisz. - Głos Krystynki rozbrzmiał za plecami Marii tak niespodziewanie, że tej wyrwał się zduszony okrzyk. Krystynka wkroczyła na podwórko, zamiatając ścieżkę długą spódnicą w kolorowe kwiaty. Kiedyś musiały być jaskrawo czerwone, złociste i chabrowe, upływ czasu i częste pranie sprawiły jednak, że wypłowiały. Ich kontury sprawiały wrażenie rozmytych, przypominały nieco akwarele rozprowadzane przez Marię po papierze. Przez ramię Krystynka przerzuciła podniszczony plecak, w zgięciu łokcia trzymała zaś wiklinowy kosz wypełniony grzybami. Marię dobiegł wilgotny zapach lasu i mchu.
- E tam... - mruknęła.
- A potem plecy bolą i kręcisz się, jęczysz za ścianą... Myślisz, że nie słyszę? A może siennik w komorze za twardy?
- Skąd. Łóżko jest bardzo wygodne.
- Na pewno nie tak wygodne jak to w siedlisku. - Krystynka z uśmiechem dokuśtykała do schodów i postawiła koszyk na najniższym stopniu. Później zrzuciła z ramienia plecak. W środku zagrzechotały puszki. - I nie cygań mi tu, bo dzięki twojej uprzejmości spędziłam tam parę nocek i wiem, co mówię. Kacper Kosiński wie, co dobre!
- Naprawdę nie rozumiem, dlaczego upiera się pani określać tę izdebkę komorą - żachnęła się Maria. Krystynka właśnie sadowiła się obok koszyka, wyciągnęła więc rękę, aby podtrzymać ją w razie problemów. Choć od upadku ze schodów minęło już kilka tygodni, kostka czasami boleśnie o sobie przypominała i w najmniej spodziewanym momencie nogi zawodziły kocią opiekunkę. - To przecież uroczy pokoik...
- Moja matka zawsze mówiła, że to komora, dlatego i dla mnie komorą zostanie. Ty jednak możesz ją nazywać, jak ci pasuje. Bez względu na to, czym jest, cieszę się, że ci tam wygodnie. Ostrzegałam, że u mnie luksusu nie uświadczy...
- Jest dobrze - pospieszyła z zapewnieniem Maria i zapuściła zaciekawione spojrzenie do koszyka. - Leśne zbiory?
Krystynka skinęła głową, przebierając palcami wśród jasnobrązowych kapeluszy. Wydawały się lepkie, do niektórych przylgnęły sosnowe igły i wysuszone źdźbła trawy, inne nosiły ślady nadgryzień. Pewnie ucztowali na nich co mniejsi mieszkańcy lasu.
- Podgrzybki i kozaki, kilka koźlarzy czerwonych. Znalazłam na skraju lasu, tam gdzie osiki do wąwozu schodzą. Dobre miejsce, nasłonecznione... - mówiła gospodyni. Pulchne palce zwinnie oskubywały przyklejone trawki i ciskały je na ścieżkę. - Sosu grzybowego ugotuję. Grzyby uduszę ze szczyptą majeranku, podprawię kwaśną śmietaną. Tylko do wsi pójść muszę, bo w kubeczku może ze dwie łyżki zostały.
- Ja pójdę - zadeklarowała Maria.
Krystynka łypnęła na nią podejrzliwie.
- Myślisz, że nie zajdę?
Malarka uśmiechnęła się, słysząc zaczepną nutę w głosie kobiety.
- Wiem, że pani zajdzie - odparła uspokajająco. - Ale kto mi przed momentem garbienie nad obrazkami wypominał? Spacer dobrze mi zrobi, szczególnie że ostatnie trzy dni były deszczowe i nosa za próg chaty nie wyściubiłam. Albo nie, pojadę samochodem - zdecydowała po krótkim namyśle. - Zrobię większe zakupy, kupię soki, warzywa, owoce...
- A po co takie cuda? - prychnęła Krystynka. - Wody w studni już nie ma?
- Jest, jest, i to bardzo dobra. Ale mam swoje małe przyzwyczajenia, jednym z nich jest szklanka soku do śniadania. Kupię też karton mleka. I więcej puszek. - Uśmiechnęła się szelmowsko do gospodyni. - A także wielką pakę ulubionych granulek Białego, Kitki i Jaśka.
- Tylko uważaj, żeby ci mąż Ewy nie wcisnął tego taniego barachła!
- Oczywiście!
- Ostatnio mi wmawiał, że powinnam wziąć, bo koty i tak nie poczują różnicy! - bulwersowała się Krystynka. - Niech sam je zjada, skoro takie dobre!
- Proszę się nie martwić, wiem, co lubią pani pupile.
- Ewa nigdy by mi takiego paskudztwa nie sprzedała. Wie, że koty potrzebują dobrze zjeść.
- Pewnie, że tak. A jeśli już mówimy o Ewie, chętnie się z nią spotkam. Od dawna jej nie widziałam. Gdy ostatnio byłam w sklepie, za ladą stała ta młoda dziewczyna. Nie lubię, gdy mnie obsługuje, ma takie długie paznokcie i... Śmiem wątpić w ich czystość. - Maria wzdrygnęła się na wspomnienie nieprzyjemnego zgrzytu, jaki wydawały szpony ekspedientki przy zetknięciu z klawiaturą kasy fiskalnej. - Do tego ciągle się myli przy nabijaniu towarów na kasę i tak, wiem, że pomyłka może zdarzyć się każdemu, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że łatwiej skupiłaby się na tym, co robi, gdyby nieco rzadziej zerkała na leżącego na ladzie smartfona. Myśli pani, że powinnam powiedzieć Ewie? Sklep jest jedynym źródłem utrzymania jej rodziny. Co, jeśli klienci zdenerwują się na niedbalstwo tej dziewczyny i się zabiorą?
- A dokąd niby mieliby pójść? - Krystynka zaśmiała się sucho. - Gdzie robiliby codzienne sprawunki? Wisienka to jedyny sklep w Granicach. Był jeszcze nieduży kiosk na górce, nic wielkiego, pieczywo, słodycze, piwo, lody i napoje. Stara Jabłczyńska otworzyła do spółki z synową, ale ludziom nie chciało się dreptać, tyle co przejezdni czasem stanęli autem i kupili przekąski na drogę. A później ktoś zgłosił i się okazało, że na ten kioseczek pozwolenia nie miała. Kazali zamknąć i rozebrać. Stał parę lat, aż go złomiarze kawałek po kawałku na wózku wywieźli. Konkurencji się więc Ewunia bać nie musi, co wcale nie oznacza, że powodów do niepokoju nie ma. I wcale nie mam tu na myśli nieudolstwa tej dziewuchy.
- A co? - Maria otworzyła szerzej oczy.
- Nie powtarzam plotek. - Krystynka spuściła wzrok na koszyk i paznokciem kciuka zdrapała z kapelusza dorodnego prawdziwka kilka igieł. - Ale oczy mam na swoim miejscu. Ewa też je ma i powinna ich używać, żeby wiedzieć, co się dookoła niej dzieje. Dzisiaj jednak w sklepie jej nie spotkasz. Pojechała z dziećmi nad morze.
- Och, szkoda. - Nagle wyprawa do sklepu Wisienka wydała się Marii mniej atrakcyjna. Lubiła pogaduszki z Ewą. Ale rzeczywiście, mgliście pamiętała, że koleżanka wspominała o wyjeździe do wakacyjnego kurortu nad Bałtykiem. Dobrze, że się wybrała, przyda jej się odpocząć od codziennych obowiązków, pomyślała. Ostatnio wyglądała na bardzo zmęczoną.
- A jak już będziesz w sklepie, kup ze dwa kilo mąki. - Głos Krystynki wyrwał malarkę z zadumy. - Na północnym zboczu widziałam sporo borówek. Tam zawsze późno owocują, za to są soczyste i leciutko kwaskowate, takie jak lubię. Nazbieram ich z rana i ulepię na obiad pierogów. Zjemy z cukrem i śmietaną.
- Jak w dzieciństwie. - Maria uśmiechnęła się pod nosem.
- Co tam szepczesz?
- Nie pamiętam, kiedy jadłam domowe pierogi z borówkami. To musiało być jeszcze w podstawówce. W wakacyjne niedziele mama często zabierała nas do lasu. Mnie i Renatę, moją kuzynkę. Pakowała kanapki, wodę z sokiem w termosie i peleryny przeciwdeszczowe, smarowała nasze twarze czymś, co strasznie śmierdziało i miało odstraszać komary, ale najwyraźniej słabo działało, bo kiedy wracałyśmy, całe byłyśmy w swędzących bąblach. Każda dostawała w rękę metalowy garnuszek, do którego miała zbierać borówki. Oczywiście, robiła to głównie mama, bo my wolałyśmy wrzucać owoce do buzi i plotkować między krzaczkami, a kiedy nam się nudziło, ganiałyśmy się wokół drzew. Następnego dnia na obiad zawsze były pierogi... - Maria uśmiechnęła się do beztroskich, smakowitych wspomnień.
- Jeśli chcesz, możesz pójść jutro ze mną.
- Chyba zostanę i pomaluję. Po południu chciałabym pojechać do domu. Muszę zrobić pranie i zabrać kilka rzeczy, których zapomniałam spakować. Mogłabym... - Zawahała się, niepewna, czy jej propozycja nie obrazi starszej kobiety. - Mogłabym zabrać coś do wyprania w automacie, pościel albo ręczniki. Nie chcę, by mój pobyt stał się dla pani źródłem dodatkowych obowiązków.
- Przecież sama zaprosiłam, żebyś tu zamieszkała. - Krystynka zmarszczyła brwi.
- Wiem. Ale mam wyrzuty sumienia, że tak się pani wtarabaniłam na głowę. Teraz i gotowania więcej, i sprzątania, a to nieszczęsne pranie... Podziwiam, naprawdę - westchnęła Maria, kręcąc głową.
- Mam dwie silne ręce, które z wykręceniem ręcznika radzą sobie jeszcze całkiem dobrze. Poza tym miałam kiedyś pralkę, niedużą, wirnikową. Ale pewnego dnia zgrzytnęła, aż iskry się posypały, i już jej więcej do kontaktu nie włączyłam. Jest tu w Granicach taki Felek, złota rączka. Pytałam, czy by nie naprawił, przyszedł, rzucił okiem i ręce rozłożył, że do takiego zabytku to już nawet części nie produkują. Zabytek! - Krystynka zaniosła się śmiechem i nieoczekiwanie puściła do Marii oko. - Może powinnam ją spieniężyć do jakiegoś muzeum, jak myślisz? Zdaje się, że stoi w szopie, upchnięta w którymś kącie.
- Szkoda, że nic nie dało się zrobić...
- Coś tam by się dało, Felek mówił, że mógłby pokombinować, ale gwarancji nie da, że mnie nie porazi, jak prąd poczuje. No to ja podziękowałam, wolę po tej ziemi jeszcze troszkę podreptać. Mam dla kogo żyć. Jeśli nawet nie dla ludzi, to dla tych bezbronnych stworzeń ganiających po krzakach i podwórkach opuszczonych domów, co mnie każdego dnia wypatrują, czy idę z plecakiem.
Maria pogroziła gospodyni palcem.
- Jak to nie dla ludzi? Niech mi pani uwierzy, że są tacy, co im pani dobro leży na sercu. Ewa chociażby. I ten pan, który zajeżdża do wsi na rowerze. O sobie już nawet nie wspomnę, bo chyba pani dobrze wie...
- Więc nie znudziło ci się jeszcze towarzystwo starej kobiety? - W głosie Krystynki zabrzmiała osobliwa nuta.
- A gdzie tam! Choćby w tej chwili przed furtką zjawił się Kacper Kosiński i zaofiarował, że przez resztę lata mogę za darmo mieszkać w siedlisku, nie opuściłabym mojej przytulnej izdebki z widokiem na...
- Wychodek - podsunęła usłużnie Krystynka. Po jej wargach błąkał się figlarny uśmieszek.
Maria udała, że marszczy brwi z dezaprobatą.
- Dębinę - odrzekła z naciskiem.
Rzeczywiście, wąskie okienka pokoiku wychodziły na tylne podwórko i rosnące tuż za płotem mocarne dęby, ale również na przyklejoną do ogrodzenia drewnianą budkę z wyciętym w drzwiach serduszkiem. Widok tego zdobienia niezmiennie bawił Marię. Ten, kto je wykonał, miał fantazję i poczucie humoru. Albo po prostu bardzo lubił odwiedzać "świątynię dumania". Obecnie wygódka nie była już używana, zastąpiono ją sedesem w łazience. Podobnie jak wszystko w domku pod lasem, odznaczał się on dość archaicznym wyglądem i był mocno sfatygowany, pozwalał jednak załatwiać potrzeby fizjologiczne bez konieczności opuszczania budynku. Podłączono go do bardzo prymitywnej kanalizacji. Rurą do zbiornika na gnojówkę, prostolinijnie objaśniła pierwszego wieczoru Krystynka. Przestarzały, ale wciąż bardzo popularny na wsi sposób.
Przestarzały czy nie, Maria gorąco doceniała, że nie musi po zmroku wychodzić do wygódki na podwórku. Z pewnością siedziałaby w niej jak na szpilkach, kurczowo zaciskając dłonie i wsłuchując się w dobiegające zza płotu trzaski i szelesty lasu. Nie wycisnęłaby z siebie ani kropelki albo z nerwów dostałaby rozstroju żołądka!
- Co do Kacpra Kosińskiego... - Krystynka wyciągnęła przed siebie nogi i krytycznie przyjrzała się przykurzonym fałdom kwiecistej spódnicy. - Raczej nie zaproponuje ci gościny. Widziałam we wsi jego samochód. Wrócił z dziewczynką do siedliska.
- Nie wiedziałam, że wyjeżdżał - zdziwiła się Maria.
- Spędzili tutaj dwa pierwsze tygodnie wakacji, a później po tę małą przyjechała matka. On też zaraz wyjechał. Nie patrz tak na mnie. Nie wiedziałabym, gdybym akurat nie była w stodole, kiedy tamta przyjechała. Pierwszy raz ją na oczy widziałam i pewnie szybko ponownie nie zobaczę. Na pierwszy rzut oka dało się poznać, że źle się tu czuła. Źdźbło trawy połaskotało ją po kostce, a ona podskoczyła spłoszona, jakby poczuła dotyk węża na gołej skórze. Zabrała dziewczynkę i pojechała... - powtórzyła w zamyśleniu Krystynka. - Ale teraz Kacper wrócił tu z córką i pewnie zostanie do końca lata.
- Tak właśnie planował - przyznała Maria i po krótkim milczeniu dodała z westchnieniem: - Mam nadzieję, że nie będą mu przeszkadzały moje wycieczki nad staw. Lubię to miejsce. To właśnie tam ponownie zaczęłam szkicować. Całe siedlisko okazało się lekiem dla mojej duszy, ale właśnie nad stawem się przebudziłam. Mogłabym godzinami wpatrywać się w jego wody...
- Nie ty pierwsza dałaś się zaczarować temu bajorku obrośniętemu tatarakiem, ale żałuj, żeś go nie widziała przed laty! Las się przeglądał w czyściutkiej toni, wiatr marszczył powierzchnię, tak wszystko lśniło i migotało, jakby nie staw, a szmaragd w trawie utkwił! A co do malowania... - Dłoń Krystynki przesunęła się po kamiennym stopniu i dotknęła schnących w popołudniowym słońcu pędzli. - Udało ci się skończyć tę stronicę, coś mi jej rano nie chciała pokazać?
- Tak, jest gotowa! - Maria z uśmiechem skinęła głową. - Niech pani nie wstaje, przyniosę!
Krystynka się skrzywiła, stając na nogi i otrzepując tył spódnicy.
- Muszę wstać, inaczej dupsko mi w kamień wrośnie! Wejdźmy do domu. Pora grzyby oczyścić i pokroić, a wcześniej jeszcze na Puszka krzyknąć muszę, bo się gdzieś w zaroślach łazęga zawieruszył. Pewnie poleciał za bażantem. Do pieca dorzuciłaś? - Utkwiła ciemne oczy w twarzy malarki.
Maria potarła dłonią czoło.
- Tak. Trochę drobnych gałązek i grubszy klocek, jak mnie pani uczyła. I zrobiłam herbatę. Pewnie już jest zimna - westchnęła, ganiąc się w duchu za roztargnienie.
Po paru chwilach i łykach przestudzonej herbaty głowy Marii i Krystynki wspólnie pochyliły się nad blokiem do akwareli ułożonym na kuchennym stole. W brulionie znajdowało się już kilka szkiców. Wszystkie wzbudziły gorący zachwyt kociej opiekunki, ale teraz, prezentując wypełniony barwami malunek, Maria nie potrafiła opanować zdenerwowania. Wstrzymała oddech i wpatrując się w twarz gospodyni, usiłowała odgadnąć, co tamta myśli.
Krystynka impulsywnie wyciągnęła dłoń, jakby palcem chciała musnąć wiosenny gąszcz zarośli, ostatecznie jednak cofnęła rękę i ścisnęła nią kurczowo krawędź stołu. Poczuła się onieśmielona. Obawia się, że coś zniszczy, rozmaże, przemknęło przez myśl Marii.
Krystynka uniosła głowę i spojrzała malarce w oczy. Uśmiechała się, ale jej spojrzenie było jak bezdenny ocean wzruszenia.
- Jakbym stała na skraju ścieżki i patrzyła na ten olchowy zagajnik... - szepnęła zdławionym głosem. - Jakbym czuła zapach wilgotnej czarnej ziemi i słyszała deszcz bębniący o liście... Dziękuję ci, Marysiu!
- Podoba się pani? - dopytywała nerwowo artystka. - Uznałam, że subtelne barwy akwareli...
- Czy mi się podoba?! Dzięki twojemu talentowi "Malarka wiosennych łąk" do mnie wraca i jest... jeszcze piękniejsza!