Piana dni - Boris Vian

-
Proszę czekać

III

Co­lin wy­siadł z me­tra i wszedł po scho­dach. Wy­nu­rzył się ze złej stro­ny i okrą­żył sta­cję, żeby się zo­rien­to­wać. Zba­dał kie­ru­nek wia­tru za po­mo­cą żół­tej je­dwab­nej chu­s­tecz­ki, a ko­lor po­rwa­ny z niej przez po­dmuch roz­po­starł się na po­tęż­nym bu­dyn­ku o nie­re­gu­lar­nej for­mie, na­da­jąc mu tym sa­mym wy­gląd pły­wal­ni-lo­do­wi­ska Mo­li­tor.

Przed nim znaj­do­wa­ła się pły­wal­nia zi­mo­wa. Prze­szedł tam­tę­dy i bocz­nym wej­ściem, prze­dzie­ra­jąc się przez dwu­skrzy­dłe, oszklo­ne drzwi o mie­dzia­nych po­rę­czach, prze­do­stał się do wnę­trza tego skost­nia­łe­go or­ga­ni­zmu. Wy­cią­gnął swo­ją kar­tę wstę­pu, któ­ra pu­ści­ła oko do kon­tro­le­ra za po­mo­cą dwóch wy­cię­tych dziu­rek. Kon­tro­ler od­po­wie­dział po­ro­zu­mie­waw­czym uśmie­chem, lecz mimo to wy­ciął trze­cią dziu­rę w po­ma­rań­czo­wym kar­to­nie i kar­ta zo­sta­ła ośle­pio­na. Co­lin wsa­dził ją bez skru­pu­łów do swo­jej por­t­skór­ki z ro­syj­skiej mo­net­ki i ru­szył w lewo gu­mo­wo­chod­ni­ko­wym ko­ry­ta­rzem, któ­ry pro­wa­dził do usta­wio­nych rzę­dem ka­bin. Na par­te­rze nie było już wol­nych miejsc. Wszedł więc po be­to­no­wych scho­dach, mi­ja­jąc isto­ty po­tęż­ne, bo wspar­te na pio­no­wych me­ta­lo­wych ostrzach, któ­re pró­bo­wa­ły nadać swym pi­ru­etom wy­gląd na­tu­ral­ny, mimo wy­raź­nych utrud­nień. Ja­kiś męż­czy­zna w bia­łym swe­trze otwo­rzył mu ka­bi­nę, za­in­ka­so­wał na­pi­wek, któ­ry za­pew­ne póź­niej wy­dał na je­dze­nie, jako że wy­glą­dał na kłam­czu­cha. Po­tem po­zo­sta­wił go w tym in pace, uprzed­nio nie­dba­le na­kre­śliw­szy kre­dą ini­cja­ły klien­ta na czar­nym pro­sto­ką­cie, umiesz­czo­nym w tym celu we­wnątrz ka­bi­ny. Co­lin za­uwa­żył, że męż­czy­zna miał gło­wę by­najm­niej nie ludz­ką, lecz go­łę­bią, i cał­kiem nie po­tra­fił zro­zu­mieć, dla­cze­go przy­dzie­lo­no go do ob­słu­gi lo­do­wi­ska, a nie ba­se­nu.

Z ta­fli do­cho­dził owal­ny od­głos, któ­ry mu­zy­ka pły­ną­ca z gło­śni­ków roz­sta­wio­nych do­oko­ła do­dat­ko­wo za­gęsz­cza­ła. Szu­ra­nie łyż­wia­rzy nie osią­gnę­ło jesz­cze tego na­tę­że­nia dźwię­ków go­dzin szczy­tu, kie­dy moż­na je po­rów­nać z od­gło­sem re­gi­men­tu pie­cho­ty brną­ce­go w chla­pią­cym o bruk błoc­ku. Co­lin po­szu­ki­wał wzro­kiem Ali­zy i Chic­ka, lecz ci nie po­ja­wia­li się na lo­dzie. Mi­ko­łaj miał do nich do­łą­czyć nie­co póź­niej; zo­sta­ła mu jesz­cze ro­bo­ta w kuch­ni przy szy­ko­wa­niu po­łu­dnio­we­go po­sił­ku.

Co­lin roz­sz­nu­ro­wał buty i stwier­dził, że po­de­szwy cał­kiem ode­szły. Wy­cią­gnął z kie­sze­ni rol­kę przy­lep­ca, lecz było go zbyt mało. To­też usta­wił buty w ma­łej ka­łu­ży, któ­ra utwo­rzy­ła się pod ce­men­to­wą ła­wecz­ką, i skro­pił je skon­den­so­wa­nym na­wo­zem, żeby skó­ra od­ro­sła. Wło­żył parę weł­nia­nych skar­pet o sze­ro­kich, na prze­mian żół­tych i fio­le­to­wych pa­skach, a na nie - buty łyż­wiar­skie. Kra­wę­dzie ły­żew roz­dzie­la­ły się z przo­du, by po­zwo­lić mu na ła­twiej­sze do­ko­ny­wa­nie zmian kie­run­ku jaz­dy.

Wy­szedł i udał się pię­tro ni­żej. Nogi wy­gi­na­ły mu się nie­co na per­fo­ro­wa­nym kau­czu­ko­wym chod­ni­ku, któ­rym wy­ście­lo­ne były be­to­no­we ko­ry­ta­rze. Kie­dy już od­wa­żył się wsko­czyć na ta­flę, mu­siał w wiel­kim po­śpie­chu wy­co­fać się po dwóch drew­nia­nych schod­kach, żeby unik­nąć upad­ku: ja­kaś łyż­wiar­ka, wy­wi­nąw­szy wspa­nia­łe­go orła, znio­sła w tym mo­men­cie wiel­kie jajo, któ­re roz­pry­sło się u stóp Co­li­na.

Pod­czas gdy je­den z gierm­ków-czy­ści­cie­li zbie­rał roz­sy­pa­ne ka­wał­ki, Co­lin do­strzegł Chic­ka i Ali­zę, su­ną­cych po dru­giej stro­nie lo­do­wi­ska. Dał im znak, któ­re­go nie do­strze­gli, i udał się na ich spo­tka­nie, nie zwra­ca­jąc jed­nak uwa­gi na ruch okręż­ny. Na sku­tek tego bły­ska­wicz­nie po­wstał po­kaź­nych roz­mia­rów tłum pro­te­stu­ją­cych, do któ­rych z se­kun­dy na se­kun­dę do­łą­cza­li lu­dzie ma­cha­ją­cy de­spe­rac­ko rę­ka­mi, no­ga­mi, ra­mio­na­mi i ca­ły­mi cia­ła­mi, do­pó­ki nie zwa­li­li się na pierw­szych po­le­głych. Słoń­ce roz­pu­ści­ło na­wierzch­nię, któ­ra chlu­po­ta­ła pod całą tą kupą.

W krót­kim cza­sie zgro­ma­dzi­ło się tam dzie­więć dzie­sią­tych łyż­wia­rzy, a Chick i Ali­za we­szli w wy­łącz­ne po­sia­da­nie ca­łej ta­fli, no, pra­wie ca­łej. Po­de­szli do ko­tłu­ją­cej się masy i Chick, roz­po­znaw­szy Co­li­na po jego dwu­dziel­nych łyż­wach, wy­rwał go z kłę­bo­wi­ska, cią­gnąc za kost­ki. Po­da­li so­bie ręce. Chick przed­sta­wił Ali­zę, i Co­lin za­jął miej­sce po jej le­wej stro­nie, pod­czas gdy Chick był już po pra­wi­cy.

Prze­je­chaw­szy na pra­wy ko­niec lo­do­wi­ska, sta­nę­li tak, by zro­bić miej­sce gierm­kom-czy­ści­cie­lom, któ­rzy nie ma­jąc na­dziei na od­na­le­zie­nie w ku­pie ofiar ni­cze­go, prócz nie­cie­ka­wych strzę­pów roz­sz­cze­pio­nych in­dy­wi­du­al­no­ści, chwy­ci­li za swo­je skro­bacz­ki, żeby usu­nąć ca­łość kupy, i spy­cha­li ją do dziu­ry na wy­skrob­ki, nu­cąc hymn Mo­li­to­ru uło­żo­ny w 1709 przez Va­il­lant-Co­utu­rie­ra, a za­czy­na­ją­cy się od słów:

Pa­nie i Pa­no­wie,

Opu­ście ta­flę

(Je­śli ła­ska),

By­śmy mo­gli

Przy­stą­pić do sprzą­ta­nia.

Ca­łość, pod­kre­ślo­na dźwię­ka­mi klak­so­nu, mia­ła wzbu­dzić w ot­chła­niach naj­bar­dziej za­twar­dzia­łych dusz dreszcz trwo­gi nie do opa­no­wa­nia.

Łyż­wia­rze, któ­rzy jesz­cze trzy­ma­li się na no­gach, przy­kla­snę­li tym po­czy­na­niom, a resz­ta znik­nę­ła w za­pad­ni. Chick, Ali­za i Co­lin zmó­wi­li krót­ki pa­cierz i przy­stą­pi­li do dal­szej jaz­dy.

Co­lin przy­glą­dał się Ali­zie. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści ubra­na była w bia­ły swe­ter i żół­tą spód­ni­cę. Na no­gach mia­ła bia­ło-żół­te bu­ci­ki i łyż­wy ho­ke­jo­we. No­si­ła je­dwab­ne przy­dy­mio­ne poń­czo­chy i bia­łe skar­pe­ty za­wi­nię­te tuż nad kost­ką na cho­lew­ce bu­tów za­sznu­ro­wa­nych bia­ły­mi ba­weł­nia­ny­mi sznu­ro­wa­dła­mi, trzy­krot­nie opa­su­ją­cy­mi kost­kę. Oprócz tego po­sia­da­ła ja­sno­zie­lo­ny je­dwab­ny sza­lik i blond wło­sy, nad­zwy­czaj gę­ste, oka­la­ją­ce jej twarz spo­istą, kę­dzie­rza­wą masą. Spo­glą­da­ła za po­mo­cą błę­kit­nych otwar­tych oczu, a jej trój­wy­mia­ro­wość była ogra­ni­czo­na zło­ta­wą, świe­żą skó­rą. Mia­ła to­czo­ne ra­mio­na i łyd­ki, wą­ską ta­lię i biust tak pięk­nie za­ry­so­wa­ny, że rzec by moż­na - fo­to­gra­fia.

Co­lin po­pa­trzył z dru­giej stro­ny, żeby od­zy­skać utra­co­ną rów­no­wa­gę. Uda­ło mu się, to­też spusz­cza­jąc oczy, za­py­tał Chic­ka, czy wę­gorz przy­jął mu się bez pro­ble­mów.

- Daj spo­kój - po­wie­dział Chick. - Całą noc ło­wi­łem w moim kra­nie, żeby zo­ba­czyć, czy też ja­kie­goś nie zła­pię. Ale do mnie przy­cho­dzą tyl­ko pstrą­gi.

- Mi­ko­łaj nie­wąt­pli­wie bę­dzie umiał coś z nich zro­bić! - za­pew­nił Co­lin... - Ma pani - rzekł, zwra­ca­jąc się ra­czej do Ali­zy - nie­zwy­kle uta­len­to­wa­ne­go wuja.

- To chlu­ba na­szej ro­dzi­ny - po­wie­dzia­ła Ali­za. - Moja mat­ka nie może od­ża­ło­wać, że wy­da­ła się za zwy­kłe­go pro­fe­so­ra ma­te­ma­ty­ki, pod­czas gdy jej brat zro­bił taką ka­rie­rę.

- Twój oj­ciec jest ma­te­ma­ty­kiem?

- Tak, wy­kła­da w Col­le­ge de Fran­ce i jest człon­kiem In­sty­dru­tu, czy coś w tym ro­dza­ju... - po­wie­dzia­ła Ali­za. - Po­ża­ło­wa­nia god­ne... i to w wie­ku trzy­dzie­stu ośmiu lat. W koń­cu, mógł się tro­chę po­sta­rać. Ale na szczę­ście, jest jesz­cze wuj Mi­ko­łaj.

- Czyż nie miał zja­wić się tu dziś rano? - za­py­tał Chick.

Cu­dow­ny za­pach uno­sił się z ja­snych wło­sów Ali­zy. Co­lin od­su­nął się nie­co.

- Są­dzę, że się tro­chę spóź­ni. Rano coś mu cho­dzi­ło po gło­wie... A może tak przy­szli­by­ście obo­je na obiad? Zo­ba­czy­my, co to było ta­kie­go!

- Do­bra - po­wie­dział Chick. - Lecz je­śli są­dzisz, że przyj­mę taką pro­po­zy­cję, to stwa­rzasz so­bie fał­szy­wą kon­cep­cję wszech­świa­ta. Trze­ba ci zna­leźć ja­kąś czwar­tą. In­a­czej nie pusz­czę Ali­zy do cie­bie, uwiódł­byś ją dźwię­ka­mi swo­je­go pia­nok­taj­lu, a tego bym nie chciał.

- Och! - za­pro­te­sto­wał Co­lin. - Sły­szy go pani?

Lecz nie usły­szał już od­po­wie­dzi, bo ja­kiś nad­mier­nej dłu­go­ści osob­nik, któ­ry już od pię­ciu mi­nut da­wał po­pi­sy szyb­kiej jaz­dy, wła­śnie prze­je­chał mu mię­dzy no­ga­mi, wy­cią­gnąw­szy się mak­sy­mal­nie do przo­du, a po­wsta­ły w ten spo­sób prze­ciąg uniósł Co­li­na kil­ka me­trów w górę. Ucze­pił się wy­stę­pu na ga­le­rii pierw­sze­go pię­tra, do­pro­wa­dził do po­rząd­ku i opadł obok Chic­ka i Ali­zy, w nie­wła­ści­wym zresz­tą kie­run­ku.

- Po­win­no im się za­bro­nić tak szyb­kiej jaz­dy - po­wie­dział Co­lin.

Na­stęp­nie uczy­nił znak krzy­ża, gdyż łyż­wiarz roz­trza­skał się o ścia­nę re­stau­ra­cji na prze­ciw­le­głym krań­cu lo­do­wi­ska i po­zo­stał tam przy­kle­jo­ny jak me­du­za z pa­pier mâché, roz­szar­pa­na przez okrut­ne­go ba­cho­ra.

Gierm­ko­wie-czy­ści­cie­le czy­ni­li po­now­nie swo­ją po­win­ność, a je­den z nich umie­ścił lo­do­wy krzyż na miej­scu wy­pad­ku. W cza­sie gdy top­niał, nad­zor­ca pusz­czał mu­zy­kę ko­ściel­ną.

Póź­niej wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my. Chick, Ali­za i Co­lin krę­ci­li się da­lej.

II

- Ten pasz­tet z wę­go­rza jest wy­śmie­ni­ty - po­wie­dział Chick. - Kto pod­su­nął ci myśl, żeby go po­dać?

- Mi­ko­łaj sam wpadł na ten po­mysł - po­wie­dział Co­lin. - Jest taki wę­gorz, a ra­czej był, któ­ry co­dzien­nie pod­pły­wał do jego umy­wal­ki przez in­sta­la­cję z zim­ną wodą.

- To cie­ka­we! - za­wo­łał Chick. - A po co?

- Wy­sta­wiał łeb i opróż­niał tub­kę pa­sty do zę­bów, wy­ci­ska­jąc ją zę­ba­mi. Mi­ko­łaj uży­wa wy­łącz­nie ame­ry­kań­skiej pa­sty ana­na­so­wej, i to mu­sia­ło go sku­sić.

- A jak go zła­pał? - za­py­tał Chick.

- Za­miast tub­ki po­ło­żył ca­łe­go ana­na­sa. Kie­dy wę­gorz jadł pa­stę, mógł ją prze­łknąć, a na­stęp­nie scho­wać gło­wę, lecz z ana­na­sem mu się to nie uda­ło. Im bar­dziej cią­gnął, tym moc­niej jego zęby wbi­ja­ły się w ana­na­sa. Mi­ko­łaj...

Co­lin prze­rwał.

- Co Mi­ko­łaj? - za­py­tał Chick.

- Wa­ham się, czy po­wie­dzieć, bo mogę ci ode­brać ape­tyt.

- Śmia­ło - po­wie­dział Chick. - I tak już mi go wie­le nie zo­sta­ło.

- Mi­ko­łaj wszedł w tym mo­men­cie i uciął mu gło­wę brzy­twą. Po­tem od­krę­cił kran i wy­szła cała resz­ta.

- To wszyst­ko? - za­py­tał Chick. - Na­łóż mi jesz­cze pasz­te­tu. Mam na­dzie­ję, że ten wę­gorz po­sia­da w ru­rach licz­ną ro­dzi­nę.

- Mi­ko­łaj pod­ło­żył pa­stę ma­li­no­wą, żeby to spraw­dzić... - po­wie­dział Co­lin. - Ale po­wiedz, ta Ali­za, o któ­rej na­po­mkną­łeś...?

- Wła­śnie mam ją przed ocza­mi - po­wie­dział Chick. - Spo­tka­łem ją na wy­kła­dzie Jean-Sol Par­tre'a. Le­że­li­śmy obo­je na brzu­chu pod es­tra­dą, i tak ją wła­śnie po­zna­łem.

- Jaka ona jest?

- Nie po­tra­fię ci jej opi­sać - po­wie­dział Chick. - Jest... jest ład­na...

- Ach! - wes­tchnął Co­lin.

Nad­cho­dził Mi­ko­łaj. Niósł in­dycz­kę.

- Niech Mi­ko­łaj z nami usią­dzie - po­wie­dział Co­lin. - W koń­cu, jak to za­uwa­żył Chick, je­ste­śmy pra­wie ro­dzi­ną.

- Je­śli to Panu nie spra­wi róż­ni­cy, zaj­mę się naj­pierw my­sza­mi - od­parł Mi­ko­łaj. - In­dycz­ka jest po­dzie­lo­na... Sos jest tam...

- Za­raz coś zo­ba­czysz - po­wie­dział Co­lin. - Jest to sos z kre­mu man­go­we­go z do­dat­kiem ja­łow­ca, za­szy­ty w zraz za­wi­ja­ny z cie­lę­ci­ny. Tu na­ci­skasz, a tędy wy­cho­dzi struż­ka­mi.

- Eks­tra! - za­chwy­cił się Chick.

- Czy nie ze­chciał­byś mi opi­sać, w jaki spo­sób uda­ło ci się za­wrzeć z nią zna­jo­mość? - do­py­ty­wał się Co­lin.

- No cóż... - za­czął Chick. - Za­py­ta­łem ją, czy lubi Jean-Sol Par­tre'a, a ona od­po­wie­dzia­ła mi, że ko­lek­cjo­nu­je jego dzie­ła... Wte­dy po­wie­dzia­łem: "Ja też"... I za każ­dym ra­zem, gdy jej coś mó­wi­łem, od­po­wia­da­ła "Ja też"... i vice ver­sa... Wte­dy na ko­niec, po pro­stu dla do­ko­na­nia eg­zy­sten­cja­li­stycz­ne­go do­świad­cze­nia, rze­kłem jej: "Bar­dzo mi się pani po­do­ba", a ona od­par­ła: "Och!".

- Do­świad­cze­nie się nie uda­ło - stwier­dził Co­lin.

- Tak - przy­znał Chick. - Lecz jed­nak nie ucie­kła. Wte­dy po­wie­dzia­łem: "Ja idę tędy", a ona: "A ja nie", i do­da­ła: "Ja idę tam­tę­dy".

- To nad­zwy­czaj­ne! - za­pew­nił Co­lin.

- Wte­dy ja po­wie­dzia­łem: "To ja też" - rzekł Chick. - I by­łem wszę­dzie, gdzie i ona...

- No i jak to się skoń­czy­ło? - za­py­tał Co­lin.

- Hmmm... - po­wie­dział Chick. - Była wła­śnie naj­wyż­sza pora, żeby pójść do łóż­ka...

Co­lin za­krztu­sił się i wy­pił pół li­tra bur­gun­da, nim do­szedł do sie­bie.

- Ju­tro nie­dzie­la - rzekł Chick. - Pój­dę z nią na śli­zgaw­kę. Idziesz z nami? Po­sta­no­wi­li­śmy wy­brać się rano, tak żeby było mało lu­dzi. Tro­chę się de­ner­wu­ję, bo sła­bo jeż­dżę, ale bę­dzie­my mo­gli po­roz­ma­wiać o Par­trze.

- Pój­dę - obie­cał Co­lin. - Pój­dę z Mi­ko­ła­jem. Może ma jesz­cze ja­kieś sio­strze­ni­ce.

X

- Chciał­bym się za­ko­chać - po­wie­dział Co­lin. - Ty chciał­byś się za­ko­chać. On chciał­by się za­ko­chać. My, wy chcie­li­by­śmy, chcie­li­by­ście się... Oni rów­nież chcie­li­by się za­ko­chać...

Wią­zał kra­wat przed lu­strem w ła­zien­ce.

"Zo­sta­ła mi do wło­że­nia ma­ry­nar­ka i płaszcz, i sza­lik, i rę­ka­wicz­ka pra­wa, i rę­ka­wicz­ka lewa. A ka­pe­lu­sza - nie, żeby się nie po­tar­gać".

- A ty, co tu ro­bisz?

Zwró­cił się do sza­rej, czar­no­wą­sej my­szy, któ­ra z pew­no­ścią nie znaj­do­wa­ła się na swo­im miej­scu, sie­dząc w kub­ku do my­cia zę­bów, na­wet je­śli wspie­ra­ła się łok­cia­mi o brzeg te­goż kub­ka, przy­braw­szy obo­jęt­ną minę.

- Wy­obraź so­bie - po­wie­dział do my­szy, sta­jąc na brze­gu wan­ny (pro­sto­kąt­nej i żół­to ema­lio­wa­nej), żeby się do niej przy­bli­żyć - że u Prze­mą­drzal­skich zja­wi się mój sta­ry przy­ja­ciel Choc.

Mysz przy­tak­nę­ła.

- Wy­obraź so­bie, bo cze­mu by nie, że ma on ku­zyn­kę. By­ła­by ubra­na w bia­ły swe­ter, żół­tą spód­ni­cę i na­zy­wa­ła­by się Al... na przy­kład Ali­ma­za...

Mysz skrzy­żo­wa­ła łap­ki i wy­da­wa­ła się za­sko­czo­na.

- Być może nie jest to ład­ne imię - po­wie­dział Co­lin. - Ale ty je­steś my­szą, a masz wąsy. No i co?

Pod­niósł się.

- Już trze­cia. Wi­dzisz, ile cza­su przez cie­bie tra­cę. Chick i... Chick przyj­dzie z pew­no­ścią bar­dzo wcze­śnie.

Po­śli­nił pa­lec i uniósł go nad gło­wę. Pra­wie na­tych­miast opu­ścił go z po­wro­tem. Bu­cha­ło jak z pie­ca.

- Mi­łość wisi w po­wie­trzu - stwier­dził. - Nie­źle grze­je.

- Ja wsta­ję, ty, on wsta­je, my, wy, oni wsta­je­my, wsta­je­cie, wsta­ją. Chcesz wyjść z kub­ka?

Mysz do­wio­dła, że nie po­trze­bu­je ni­czy­jej po­mo­cy, wy­cho­dząc sa­mo­dziel­nie i od­gry­za­jąc ka­wa­łek my­dła w kształ­cie smocz­ka.

- Nie na­krusz wszę­dzie - po­wie­dział Co­lin. - Ależ z cie­bie ła­kom­czu­cha!

Wy­szedł, udał się do swo­je­go po­ko­ju, i wło­żył ma­ry­nar­kę.

"Mi­ko­łaj pew­nie już wy­szedł... On to musi znać nad­zwy­czaj­ne dziew­czy­ny... Po­wia­da­ją, że pa­nien­ki z Au­teu­il słu­żą u fi­lo­zo­fów jako bony do pra­wie wszyst­kie­go..."

Za­mknął drzwi do swe­go po­ko­ju.

"Pod­szew­ka przy pra­wym rę­ka­wie tro­chę się od­pru­ła... A ja nie mam już przy­lep­ca... Trud­no, przy­bi­ję gwoź­dziem..."

Drzwi za­mknę­ły się za nim z od­gło­sem dło­ni spa­da­ją­cej na nagi po­śla­dek... Aż za­drżał...

"Chcę my­śleć o czymś in­nym... Po­wiedz­my, że stłu­kę so­bie pysk na scho­dach..."

Chod­nik na scho­dach, w ko­lo­rze ja­snej mal­wy, był zu­ży­ty tyl­ko co trze­ci sto­pień: istot­nie, Co­lin za­wsze scho­dził w try miga. Za­cze­pił nogą o ni­klo­wa­ny drą­żek i ude­rzył się o po­ręcz.

"Będę miał na­ucz­kę, żeby nie ga­dać głu­pot. Do­brze mi tak. Ja, ty je­stem, on jest idio­ta...!"

Coś go uwie­ra­ło w ple­cy. Zszedł­szy na dół, zro­zu­miał, co to było, i wy­cią­gnął cały drą­żek zza koł­nie­rza płasz­cza.

Ze­wnętrz­ne drzwi za­mknę­ły się za nim z od­gło­sem po­ca­łun­ku zło­żo­ne­go na na­gim ra­mie­niu...

"A cóż cie­ka­we­go sły­chać na uli­cy?"

Na pierw­szym pla­nie wi­dać było dwóch ro­bot­ni­ków ziem­nych gra­ją­cych w kla­sy. Brzuch tego więk­sze­go pod­ska­ki­wał w cał­kiem in­nym mo­men­cie niż jego wła­ści­ciel. Za­miast ka­my­ka uży­wa­li po­ma­lo­wa­ne­go na czer­wo­no kru­cy­fik­su, przy któ­rym bra­ko­wa­ło krzy­ża.

Co­lin wy­mi­nął ich.

Po le­wej i po pra­wej wzno­si­ły się pięk­ne kon­struk­cje le­pia­nek z za­su­wa­ny­mi okna­mi. Ja­kaś ko­bie­ta wy­chy­la­ła się przez okno. Co­lin prze­słał jej ca­łu­sa, ona zaś strzep­nę­ła mu na gło­wę dy­wa­nik spod łóż­ka, z czar­no-srebr­ne­go mol­to­nu, któ­re­go nie lu­bił jej mąż.

Skle­py roz­we­se­la­ły okrut­ny wy­gląd po­tęż­nych bu­dyn­ków. Wy­sta­wa z to­wa­ra­mi dla fa­ki­rów przy­cią­gnę­ła uwa­gę Co­li­na. Po­rów­nu­jąc z ubie­głym ty­go­dniem, do­strzegł pod­wyż­kę cen sa­łat­ki z tłu­czo­ne­go szkła i gwoź­dzi do wy­ście­ła­nia łó­żek.

Mi­nął psa i dwie inne oso­by. Mróz za­trzy­mał lu­dzi w do­mach. Ci, któ­rym uda­ło się wy­rwać z jego oko­wów, zo­sta­wia­li strzę­py ubrań i umie­ra­li na an­gi­nę.

Po­li­cjant na skrzy­żo­wa­niu owi­nął się z gło­wą w pe­le­ry­nę. Po­dob­ny był do wiel­kie­go czar­ne­go pa­ra­so­la. Kel­ne­rzy z po­bli­skiej ka­wiar­ni bie­ga­li wo­kół nie­go dla roz­grzew­ki.

Dwo­je za­ko­cha­nych ca­ło­wa­ło się w bra­mie.

"Nie chcę ich wi­dzieć... Ja nie... ja nie chcę ich wi­dzieć... Nu­dzą mnie..."

Co­lin prze­szedł na dru­gą stro­nę uli­cy. W bra­mie ca­ło­wa­ło się dwo­je za­ko­cha­nych.

Za­mknął oczy i ru­szył pę­dem.

Bar­dzo szyb­ko je otwo­rzył, bo przed ocza­mi miał całe sta­da dziew­czyn, a to pro­wa­dzi­ło do zbo­cze­nia z dro­gi. Jed­na szła tuż przed nim. Po­dą­ża­ła w tym sa­mym kie­run­ku. Wi­dać było jej ład­ne nogi wy­sta­ją­ce z bia­łych ba­ran­ko­wych bot­ków, płaszcz z de­ka­ty­zo­wa­nej skó­ry pan­du­ra i do­bra­ny to­czek. Pod tocz­kiem - rude wło­sy. Płaszcz po­sze­rzał jej ra­mio­na i tań­czył wo­kół niej.

"Chcę ją wy­prze­dzić... Chcę zo­ba­czyć jej twarz".

Wy­prze­dził ją i gorz­ko za­pła­kał. Li­czy­ła co naj­mniej pięć­dzie­siąt dzie­więć lat. Usiadł na skra­ju chod­ni­ka i jesz­cze tro­chę po­pła­kał. To przy­no­si­ło mu wi­docz­ną ulgę, a łzy za­ma­rza­ły z ci­chym chrzę­stem i roz­pry­ski­wa­ły się o gład­ki gra­nit chod­ni­ka.

Po ja­kichś pię­ciu mi­nu­tach spo­strzegł, że znaj­du­je się przed do­mem Izis Prze­mą­drzal­skiej. Obok nie­go prze­szły dwie pa­nien­ki i znik­nę­ły w bra­mie bu­dyn­ku.

Jego ser­ce nad­mier­nie wez­bra­ło, sta­ło się lek­kie, po­de­rwa­ło go z zie­mi i Co­lin wszedł za dziew­czy­na­mi.

IX

"Wło­żę be­żo­wy gar­ni­tur i nie­bie­ską ko­szu­lę, be­żo­wo-czer­wo­ny kra­wat, dziur­ko­wa­ne za­mszo­we buty i czer­wo­no-be­żo­we skar­pet­ki. Naj­pierw do­ko­nam ablu­cji, ogo­lę się i do­kład­nie obej­rzę. I pój­dę do kuch­ni za­py­tać Mi­ko­ła­ja..."

- Czy ze­chce Mi­ko­łaj udać się ze mną na tań­ce?

- O Boże - po­wie­dział Mi­ko­łaj. - Je­śli Pan bar­dzo na­le­ga, to pój­dę, lecz w prze­ciw­nym ra­zie był­bym szczę­śli­wy, mo­gąc ure­gu­lo­wać kil­ka spraw, któ­rych pil­ność jest do­praw­dy na­glą­ca.

- Czy będę nie­dy­skret­ny, Mi­ko­ła­ju, do­py­tu­jąc się, o co cho­dzi?

- Je­stem - od­parł Mi­ko­łaj - prze­wod­ni­czą­cym Kół­ka Fi­lo­zo­ficz­ne­go Służb Do­mo­wych w na­szej dziel­ni­cy, a co za tym idzie, czu­ję się zmu­szo­ny do pew­nej obo­wiąz­ko­wo­ści na spo­tka­niach.

- Nie śmiem za­py­tać Mi­ko­ła­ja o te­mat dzi­siej­szych ob­rad...

- Bę­dzie­my mó­wi­li o za­an­ga­żo­wa­niu. Stwier­dzo­no ist­nie­nie pew­nej pa­ra­le­li mię­dzy za­an­ga­żo­wa­niem zgod­nym z teo­rią Jean-Sol Par­tre'a a za­an­ga­żo­wa­niem lub po­now­nym za­an­ga­żo­wa­niem się w woj­ny ko­lo­nial­ne i za­an­ga­żo­wa­niem bądź wy­pła­ca­niem gaży przez oso­by pry­wat­ne służ­bom, zwa­nym do­mo­wy­mi.

- To by do­pie­ro mo­gło za­in­te­re­so­wać Chic­ka! - po­wie­dział Co­lin.

- Przy­kro mi sza­le­nie - po­wie­dział Mi­ko­łaj - ale Kół­ko jest bar­dzo eks­klu­zyw­ne. Pan Chick nie mógł­by zo­stać przy­ję­ty. Wy­łącz­nie służ­by do­mo­we...

- Dla­cze­go - za­py­tał Co­lin - za­wsze uży­wa Mi­ko­łaj licz­by mno­giej?

- Z pew­no­ścią Pan za­uwa­żył - po­wie­dział Mi­ko­łaj - że o ile sło­wo "słu­żą­cy" jest ła­god­ne, o tyle "słu­żą­ca" na­bie­ra w spo­sób oczy­wi­sty agre­syw­ne­go zna­cze­nia...

- Ra­cja. Czy zda­niem Mi­ko­ła­ja spo­tkam dzi­siaj brat­nią du­szę? Od­po­wia­da­ła­by mi brat­nia du­sza w ro­dza­ju sio­strze­ni­cy Mi­ko­ła­ja...

- Po­peł­nia Pan błąd, my­śląc o mo­jej sio­strze­ni­cy - po­wie­dział Mi­ko­łaj - wy­ni­ka bo­wiem z ostat­nich wy­da­rzeń, że Pan Chick pierw­szy do­ko­nał Wy­bo­ru...

- Ale, Mi­ko­ła­ju - po­wie­dział Co­lin - ja tyl­ko bar­dzo chciał­bym się za­ko­chać...

De­li­kat­ny ob­ło­czek uniósł się z dziób­ka czaj­ni­ka, a Mi­ko­łaj po­szedł otwo­rzyć. Do­zor­ca przy­niósł dwa li­sty.

- Jest ja­kaś pocz­ta? - za­py­tał Co­lin.

- Bar­dzo Pana prze­pra­szam, ale oba są do mnie. Czyż­by Pan ocze­ki­wał ja­kichś no­win?

- Chciał­bym, żeby na­pi­sa­ła do mnie ja­kaś pa­nien­ka - rzekł Co­lin. - Po­ko­chał­bym ją bar­dzo.

- Aku­rat mamy po­łu­dnie - uciął Mi­ko­łaj. - Czy ze­chciał­by Pan zjeść śnia­da­nie? - Jest mie­lo­ny ogon wo­ło­wy i dzba­nek aro­ma­tycz­ne­go pon­czu z ma­śla­ny­mi grzan­ka­mi z an­cho­is.

- Dla­cze­go Chick nie chce przyjść na obiad z sio­strze­ni­cą Mi­ko­ła­ja, je­śli nie za­pro­szę ja­kiejś in­nej pa­nien­ki?

- Ze­chce mi Pan wy­ba­czyć - po­wie­dział Mi­ko­łaj - ale ja po­stą­pił­bym tak samo. Pan jest nie­wąt­pli­wie dość przy­stoj­nym chłop­cem...

- Mi­ko­ła­ju - po­wie­dział Co­lin - je­śli dziś wie­czór nie za­ko­cham się, ale tak na­praw­dę, ja... za­cznę ko­lek­cjo­no­wać dzie­ła księż­nej de Bo­vo­uard i zro­bię brzyd­ki ka­wał mo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi Chic­ko­wi.

XII

- Spo­tkasz się z nią jesz­cze? - za­py­tał Chick. Sie­dzie­li wła­śnie przy sto­le, nad ka­bacz­ką na­dzie­wa­ną orze­cha­mi, ostat­nim dzie­łem Mi­ko­ła­ja.

- Nie wiem - po­wie­dział Co­lin. - Nie wiem, co ro­bić. No wiesz, to do­brze wy­cho­wa­na dziew­czy­na. Ostat­nim ra­zem, u Izis, wy­pi­ła dużo szam­pa­na.

- Było jej z tym cał­kiem do twa­rzy - po­wie­dział Chick. - Jest bar­dzo ład­na. Nie rób ta­kiej miny! - Wy­obraź so­bie, że dziś zna­la­złem wy­da­nie Wstęp­ne­go wy­bo­ru przed nud­no­ścia­mi Par­tre'a na nie­ząb­ko­wa­nym pa­pie­rze to­a­le­to­wym.

- Skąd ty bie­rzesz na to pie­nią­dze? - za­py­tał Co­lin.

Chick spo­chmur­niał.

- Dro­go mnie to kosz­tu­je, lecz nie mogę się bez nie­go obejść. Po­trze­bu­ję Par­tre'a. Je­stem ko­lek­cjo­ne­rem. Mu­szę mieć wszyst­ko, co na­pi­sał.

- Ależ on bez prze­rwy coś pi­sze! - za­uwa­żył Co­lin. - Pu­bli­ku­je co naj­mniej pięć ar­ty­ku­łów ty­go­dnio­wo...

- Do­brze o tym wiem... - po­wie­dział Chick.

Co­lin na­ło­żył mu ka­bacz­ki.

- A jak mógł­bym znów spo­tkać Chloe? - za­py­tał.

Chick spoj­rzał na nie­go i uśmiech­nął się.

- No tak - po­wie­dział. - A ja ci tu za­wra­cam gło­wę hi­sto­ria­mi o Jean-Sol Par­trze. Bar­dzo chciał­bym ci po­móc... Co mogę dla cie­bie zro­bić?

- To strasz­ne - rzekł Co­lin. - Je­stem jed­no­cze­śnie zroz­pa­czo­ny i okrop­nie szczę­śli­wy. Jak to przy­jem­nie mieć na coś ocho­tę do tego stop­nia.

- Chciał­bym - kon­ty­nu­ował - po­ło­żyć się w lek­ko spa­lo­nej tra­wie, na su­chej zie­mi, w peł­nym słoń­cu, wiesz, w tra­wie żół­tej jak sło­ma, łam­li­wej, peł­nej ma­łych ży­ją­tek i rów­nie su­che­go mchu. Moż­na po­ło­żyć się na brzu­chu i ob­ser­wo­wać. Po­trzeb­ne jest jesz­cze ogro­dze­nie z ży­wo­pło­tu i ka­mie­ni oraz ko­śla­we drze­wa i zie­lo­ne list­ki. Wte­dy jest tak bło­go...

- A Chloe? - za­py­tał Chick.

- I Chloe, oczy­wi­ście - po­wie­dział Co­lin. - Chloe w wy­obraź­ni.

Mil­cze­li przez kil­ka chwil. Sko­rzy­sta­ła z tego ka­raf­ka, wy­da­jąc kry­sta­licz­ny dźwięk, któ­ry od­bił się od ścian.

- Na­lej so­bie jesz­cze sau­ter­nes - po­wie­dział Co­lin.

- Do­brze - od­po­wie­dział Chick. - Dzię­ku­ję.

Mi­ko­łaj wno­sił wła­śnie ciąg dal­szy: chleb ana­na­so­wy w po­ma­rań­czo­wym kre­mie.

- Dzię­ku­ję - po­wie­dział Co­lin. - Jak Mi­ko­łaj są­dzi, co po­wi­nie­nem uczy­nić, aby znów spo­tkać się z dziew­czy­ną, w któ­rej się za­ko­cha­łem?

- O Boże, pro­szę Pana - po­wie­dział Mi­ko­łaj - taki fakt rze­czy­wi­ście może za­ist­nieć... Mu­szę wy­znać Panu, że nig­dy mi się nic ta­kie­go nie przy­da­rzy­ło.

- No ja­sne - po­wie­dział Chick. - Jest Mi­ko­łaj zbu­do­wa­ny jak John­ny We­is­smül­ler. Ale to w koń­cu nie re­gu­ła!

- Dzię­ku­ję Panu za tę oce­nę, któ­ra za­pad­nie głę­bo­ko w me ser­ce! - od­rzekł Mi­ko­łaj. - Ra­dził­bym - cią­gnął, zwra­ca­jąc się do Co­li­na - po­sta­rać się o zgro­ma­dze­nie za po­śred­nic­twem oso­by, u któ­rej spo­tkał Pan tę, któ­rej obec­no­ści wy­da­je się Panu bra­ko­wać, pew­nych in­for­ma­cji o oby­cza­jach i miej­scach uczęsz­cza­nych przez tę ostat­nią.

- Mimo zło­żo­no­ści tych sfor­mu­ło­wań - po­wie­dział Co­lin - są­dzę, Mi­ko­ła­ju, że fak­tycz­nie ist­nie­je taka moż­li­wość. Ale sam Mi­ko­łaj ro­zu­mie, za­ko­cha­ny to jak idio­ta. Wła­śnie dla­te­go nie po­wie­dzia­łem Chic­ko­wi, że my­śla­łem o tym już od daw­na.

Mi­ko­łaj po­wró­cił do kuch­ni.

- Ten chło­pak jest nie­oce­nio­ny! - stwier­dził Co­lin.

- Tak - po­wie­dział Chick. - Na­praw­dę po­tra­fi ku­cha­rzyć.

Na­pi­li się jesz­cze sau­ter­nes. Nad­cho­dził Mi­ko­łaj, nio­sąc ol­brzy­mi tort.

- Jest to do­dat­ko­wy de­ser - po­wie­dział.

Co­lin wziął nóż i po­wstrzy­mał się w mo­men­cie, gdy miał już za­dra­snąć gład­ką po­wierzch­nię.

- Jest zbyt pięk­ny. Za­cze­kaj­my chwi­lę.

- Ocze­ki­wa­nie - po­wie­dział Chick - jest jak pre­lu­dium w to­na­cji mi­no­ro­wej.

- A ty skąd­żeś to wy­trza­snął? - za­py­tał Co­lin.

Ujął szklan­kę Chic­ka i na­peł­nił ją zło­ci­stym wi­nem, cięż­kim i ru­chli­wym jak za­gęsz­czo­ny eter.

- Nie wiem - po­wie­dział Chick. - To taka nie­spo­dzie­wa­na myśl.

- Skosz­tuj! - po­wie­dział Co­lin.

Wspól­nie wy­chy­li­li kie­li­chy.

- Strasz­li­we! - po­wie­dział Chick, któ­re­go oczy za­czę­ły świe­cić jak dwie czer­wo­na­we, mi­go­czą­ce la­tar­nie.

Co­lin trzy­mał się za pierś.

- O nie, to jesz­cze lep­sze! - po­wie­dział. - Nie­po­dob­ne do cze­go­kol­wiek zna­ne­go.

- No i co z tego - po­wie­dział Chick. - Ty też je­steś nie­po­dob­ny do cze­go­kol­wiek zna­ne­go.

- Je­stem pe­wien - po­wie­dział Co­lin - że je­śli wy­pi­je­my tyle, ile trze­ba, Chloe zja­wi się tu na­tych­miast.

- Tego na­le­ża­ło­by do­wieść! - po­wie­dział Chick.

- Pro­wo­ku­jesz mnie! - od­rzekł Co­lin, wy­cią­ga­jąc kie­li­szek.

Chick na­peł­nił oba.

- Za­cze­kaj! - po­wie­dział Co­lin.

Zga­sił ży­ran­dol i lam­pę oświe­tla­ją­cą stół. Je­dy­nie w ką­cie świe­ci­ła zie­lo­na lamp­ka przy szkoc­kiej iko­nie, przed któ­rą Co­lin za­zwy­czaj od­da­wał się me­dy­ta­cjom.

- Och... - szep­nął Chick.

W krysz­ta­le wino lśni­ło fos­fo­ry­zu­ją­cym i nie­wy­raź­nym bla­skiem, któ­ry, rzec by moż­na, ema­no­wał z mi­ria­dów róż­no­ko­lo­ro­wych świetl­nych punk­ci­ków.

- Pij! - po­wie­dział Co­lin.

Wy­pi­li. Po­świa­ta po­zo­sta­ła na ich war­gach. Co­lin po­now­nie za­pa­lił świa­tło. Wy­glą­dał, jak­by się wa­hał, czy stać da­lej, czy usiąść.

- Wy­ją­tek nie czy­ni re­gu­ły - po­wie­dział. - My­ślę, że mo­że­my do­koń­czyć bu­tel­kę.

- A może po­kro­imy tort? - za­pro­po­no­wał Chick.

Co­lin wziął srebr­ny nóż i za­czął kre­ślić spi­ra­lę na wy­gła­dzo­nej bie­li tor­tu. Na­gle za­trzy­mał się i spoj­rzał na swo­je dzie­ło ze zdzi­wie­niem.

- Mam pe­wien po­mysł - rzekł.

Urwał liść ostro­krze­wu z bu­kie­tu sto­ją­ce­go na sto­le i pod­niósł tort. Za­krę­ciw­szy nim szyb­ko na czub­ku pal­ca, dru­gą ręką umie­ścił je­den z kol­ców ostro­krze­wu w row­ku spi­ra­li.

- Słu­chaj...! - po­wie­dział.

Chick słu­chał. To była Chloe w aran­ża­cji Duke'a El­ling­to­na.

Chick spoj­rzał na Co­li­na. Był cał­kiem bla­dy.

Chick wziął nóż z jego rąk i sta­now­czym ru­chem wbił w tort. Prze­kro­ił go na pół. We­wnątrz był nowy ar­ty­kuł Par­tre'a dla Chic­ka i rand­ka z Chloe dla Co­li­na.

XI

Już od pierw­sze­go pię­tra moż­na było usły­szeć nie­wy­raź­ny zgiełk przy­ję­cia u ro­dzi­ców Izis. Scho­dy trzy­krot­nie za­krę­ca­ły i wzmac­nia­ły dźwię­ki na klat­ce, jak skrzy­deł­ka w cy­lin­drycz­nym re­zo­na­to­rze wi­bra­fo­nu. Co­lin wcho­dził z no­sem na wy­so­ko­ści ob­ca­sów obu pa­nie­nek. Pięk­ne wzmoc­nio­ne ob­ca­sy z ja­sne­go ny­lo­nu, wy­so­kie buty z de­li­kat­nej skó­ry i szczu­płe kost­ki. Wy­żej szwy lek­ko zmarsz­czo­nych poń­czoch, po­dob­ne do dłu­gich gą­sie­nic, i wy­raź­ne za­głę­bie­nia mię­dzy ścię­gna­mi ko­la­no­wy­mi. Co­lin za­trzy­mał się i stra­cił dwa stop­nie. Ru­szył po­now­nie. Te­raz wi­dział brzeg poń­czoch tej z le­wej, po­dwój­ny rząd oczek i ocie­nio­ną biel uda. Su­kien­ka tej dru­giej, pła­sko pli­so­wa­na, nie do­star­cza­ła po­dob­nej roz­ryw­ki, lecz pod bo­bro­wym fu­trem jej bio­dra wy­da­wa­ły się bar­dziej okrą­głe niż tej dru­giej i two­rzy­ły za­ła­mu­ją­cą się na prze­mian zmarszcz­kę. Co­lin, przez skrom­ność, za­czął się przy­pa­try­wać jej sto­pom i spo­strzegł, że sta­nę­ły na dru­gim pię­trze.

Po­dą­żył za dwie­ma dziew­czy­na­mi, któ­rym po­ko­jów­ka wła­śnie otwo­rzy­ła.

- Dzień do­bry, Co­lin - po­wie­dzia­ła Izis. - Jak się pan mie­wa?

Przy­cią­gnął ją do sie­bie i po­ca­ło­wał w oko­li­cy wło­sów. Ład­nie pach­nia­ła.

- Ależ to nie moje uro­dzi­ny! - za­pro­te­sto­wa­ła Izis - tyl­ko Du­pon­ta!

- Gdzie jest Du­pont? Niech mu po­win­szu­ję!

- Obrzy­dli­stwo - po­wie­dzia­ła Izis. - Dziś rano za­pro­wa­dzi­li­śmy go do po­strzy­ga­cza, żeby był pięk­ny. Wy­ką­pa­li­śmy go, a o dru­giej przy­szli tu­taj trzej jego przy­ja­cie­le z pacz­ką wstręt­nych sta­rych ko­ści i za­bra­li go ze sobą. Na pew­no wró­ci w opła­ka­nym sta­nie!

- W koń­cu to jego uro­dzi­ny - za­uwa­żył Co­lin.

Przez szcze­li­nę mię­dzy po­dwój­ny­mi drzwia­mi wi­dział dziew­czę­ta i chłop­ców. Kil­ko­ro z nich tań­czy­ło. Więk­szość, sto­jąc jed­ni przy dru­gich z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi do tyłu, w pa­rach tej sa­mej płci, wy­mie­nia­ła z nie­zbyt prze­ko­ny­wa­ją­cy­mi mi­na­mi nie­zbyt prze­ko­ny­wa­ją­ce po­glą­dy.

- Pro­szę zdjąć płaszcz - po­wie­dzia­ła Izis. - Chodź­my, za­pro­wa­dzę pana do mę­skiej szat­ni.

Ru­szył za nią, mi­ja­jąc w przej­ściu dwie inne pa­nien­ki, któ­re po­brzę­ku­jąc to­reb­ka­mi i pu­der­nicz­ka­mi, po­wra­ca­ły z po­ko­ju Izis prze­kształ­co­ne­go w szat­nię dam­ską. Pod su­fi­tem wi­sia­ły że­la­zne haki wy­po­ży­czo­ne od rzeź­ni­ka, a żeby było ład­niej, Izis po­ży­czy­ła rów­nież dwie do­brze wy­pa­tro­szo­ne gło­wy ba­ra­nie, któ­re uśmie­cha­ły się ser­decz­nie.

Szat­nia mę­ska, za­ło­żo­na w ga­bi­ne­cie ojca Izis, opie­ra­ła swo­je ist­nie­nie na tym fak­cie, że usu­nię­to z te­goż ga­bi­ne­tu wszel­kie me­ble. Rzu­ca­ło się swo­ją ka­po­tę - i po wy­ści­gach. Co­lin nie omiesz­kał tak uczy­nić i za­trzy­mał się przed lu­strem.

- No, chodź­my - nie­cier­pli­wi­ła się Izis. - Przed­sta­wię pana cza­ru­ją­cym pa­nien­kom.

Przy­cią­gnął ją do sie­bie za oba nad­garst­ki.

- Masz cu­dow­ną su­kien­kę - rzekł jej.

Była to zwy­czaj­na weł­nia­na su­kien­ka w ko­lo­rze mig­da­ło­wej zie­le­ni, z wiel­ki­mi gu­zi­ka­mi ze zło­co­nej ce­ra­mi­ki i z krat­ką z ku­te­go że­la­za, two­rzą­cą kar­czek na ple­cach.

- Po­do­ba się panu? - za­py­ta­ła Izis.

- Jest za­chwy­ca­ją­ca - rzekł Co­lin. - Czy moż­na wsa­dzić rękę za kra­ty bez oba­wy, że coś ugry­zie?

- Nie ra­dzę ry­zy­ko­wać - po­wie­dzia­ła Izis.

Wy­swo­bo­dzi­ła się, schwy­ci­ła Co­li­na za rękę i za­cią­gnę­ła go na śro­dek ca­łej tej łaź­ni. Ro­ze­pchnę­li dwo­je nowo przy­by­łych płci spi­cza­stej, wpa­dli w po­ślizg na za­krę­cie ko­ry­ta­rza i osią­gnę­li samo sed­no przez drzwi ja­dal­ni.

- Coś po­dob­ne­go! - po­wie­dział Co­lin. - Ali­za i Chick już tu są?

- Tak - po­wie­dzia­ła Izis. - Chodź­my, to pana przed­sta­wię...

Po­ło­wa pa­nie­nek nada­wa­ła się do przed­sta­wie­nia. Jed­na z nich no­si­ła weł­nia­ną su­kien­kę w ko­lo­rze mig­da­ło­wej zie­le­ni, z wiel­ki­mi gu­zi­ka­mi ze zło­co­nej ce­ra­mi­ki i karcz­kiem o szcze­gól­nym kształ­cie.

- Pro­szę mnie przed­sta­wić zwłasz­cza tam­tej - po­wie­dział Co­lin.

Izis po­trzą­snę­ła nim, żeby go uspo­ko­ić.

- Bę­dzie pan wresz­cie grzecz­ny?

A on ob­ser­wo­wał już cał­kiem inną i cią­gnął za rękę swo­ją prze­wod­nicz­kę.

- To jest Co­lin - po­wie­dzia­ła Izis. - Co­lin, przed­sta­wiam panu Chloe.

Co­lin prze­łknął śli­nę. W ustach czuł nie­smak przy­pa­lo­nych ra­cu­chów.

- Dzień do­bry! - po­wie­dzia­ła Chloe.

- Dzień... czy jest pani za­aran­żo­wa­na przez Duke'a El­ling­to­na? - za­py­tał Co­lin.

I za­raz uciekł, bo był prze­ko­na­ny, że pal­nął głup­stwo.

Chick zła­pał go za połę ma­ry­nar­ki.

- Gdzie tak pę­dzisz? Chy­ba nie chcesz już iść? Po­patrz.

Wy­cią­gnął z kie­sze­ni ksią­żecz­kę opra­wio­ną w czer­wo­ny sa­fian.

- Jest to pierw­sze wy­da­nie Pa­ra­dok­su o Wy­mio­ci­nach Par­tre'a.

- Więc jed­nak go do­pa­dłeś? - za­py­tał Co­lin.

Ale przy­po­mniał so­bie, że wła­śnie ucie­ka, i uciekł.

Dro­gę za­gro­dzi­ła mu Ali­za.

- Więc to tak, ucie­ka pan, nie za­tań­czyw­szy ze mną na­wet je­den je­dy­ny raz? - stwier­dzi­ła.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć - po­wie­dział Co­lin - lecz wła­śnie się zbłaź­ni­łem i głu­pio mi tu zo­stać.

- Jed­nak kie­dy się tak na pana pa­trzy, to nie po­zo­sta­je nic in­ne­go, jak tyl­ko to za­ak­cep­to­wać...

- Ali­zo... - jęk­nął Co­lin, obej­mu­jąc ją i przy­ci­ska­jąc po­li­czek do jej wło­sów.

- Co ta­kie­go, mój sta­ry?

- Niech to li­cho, gęś i szlag! Psia­krew, cho­le­ra ja­sna. Wi­dzi pani tam­tą dziew­czy­nę?

- Chloe?

- Zna ją pani! - za­wo­łał Co­lin. - Pal­ną­łem jej głu­po­tę, i wła­śnie ucie­kam.

Nie do­dał, że w klat­ce pier­sio­wej czuł coś na kształt nie­miec­kie­go mar­sza woj­sko­we­go, w któ­rym sły­chać je­dy­nie wiel­ki bę­ben...

- Jest ład­na, nie­praw­daż? - za­py­ta­ła Ali­za.

Chloe mia­ła kar­mi­no­we usta, brą­zo­we wło­sy, szczę­śli­wą minę, a jej su­kien­ka nie mia­ła z tym nic wspól­ne­go.

- Ja się nie ośmie­lę! - po­wie­dział Co­lin.

Po­tem jed­nak pu­ścił Ali­zę i po­szedł po­pro­sić Chloe. Po­pa­trzy­ła na nie­go. Uśmiech­nę­ła się i po­ło­ży­ła pra­wą rękę na jego ra­mie­niu. Czuł jej de­li­kat­ne pal­ce na swo­jej szyi. Zmniej­szył od­le­głość mię­dzy cia­ła­mi za po­mo­cą prze­ka­za­ne­go z mó­zgu, przez parę roz­trop­nie wy­bra­nych ner­wów czasz­ko­wych, skur­czu pra­we­go bi­cep­sa.

Chloe spoj­rza­ła na nie­go raz jesz­cze. Mia­ła błę­kit­ne oczy. Po­trzą­snę­ła gło­wą, żeby od­rzu­cić w tył swo­je kę­dzie­rza­we i lśnią­ce wło­sy, i zde­cy­do­wa­nym ru­chem przy­ło­ży­ła skroń do po­licz­ka Co­li­na.

Wo­kół na­sta­ła gę­sta ci­sza, a więk­sza część ca­łej resz­ty świa­ta prze­sta­ła się li­czyć.

Lecz jak tego moż­na było ocze­ki­wać, pły­ta się skoń­czy­ła. Do­pie­ro wów­czas Co­lin po­wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści i spo­strzegł, że su­fit jest prze­zro­czy­sty i za­glą­da­ją przez nie­go są­sie­dzi z góry, że gę­sta grzy­wa mor­skich iry­sów za­kry­wa dol­ną część ścian, a kłę­by róż­no­ko­lo­ro­wych ga­zów wy­do­by­wa­ją się z roz­miesz­czo­nych tu i ów­dzie otwo­rów oraz że jego przy­ja­ciół­ka Izis stoi przed nim i po­da­je mu w niec­ce ni­dziań­skiej kru­che cia­stecz­ka.

- Dzię­ku­ję, Izis - po­wie­dzia­ła Chloe, po­trzą­sa­jąc lo­ka­mi.

- Dzię­ku­ję, Izis - po­wie­dział Co­lin, bio­rąc mi­nia­tu­ro­we­go ekler­ka z ga­tun­ku roz­ga­łę­zio­nych.

- Niech pani ża­łu­je - zwró­cił się do Chloe. - Są wy­śmie­ni­te.

I za­raz się za­krztu­sił, na­tra­fiw­szy nie­szczę­śli­wie na drut kol­cza­sty ukry­ty w ciast­ku.

Chloe uśmiech­nę­ła się, uka­zu­jąc swe pięk­ne zęby.

- Co się sta­ło?

Mu­siał ją pu­ścić i od­szedł, żeby wy­kasz­leć się do woli, aż wresz­cie uspo­ko­ił się. Chloe po­de­szła z dwie­ma szklan­ka­mi.

- Pro­szę to wy­pić - po­wie­dzia­ła. - Po­czu­je się pan le­piej.

- Dzię­ku­ję - od­parł Co­lin. - To szam­pan?

- To taka mie­szan­ka.

Wy­pił tęgi łyk i omal się nie udu­sił. Chloe nie mo­gła po­wstrzy­mać się od śmie­chu. Chick i Ali­za po­de­szli do nich.

- Co się sta­ło? - za­py­tał Chick.

- On nie umie pić! - po­wie­dzia­ła Chloe.

Ali­za wal­nę­ła go de­li­kat­nie w ple­cy, aż za­dud­ni­ło. Jak ba­lij­ski gong. Wszy­scy od razu prze­sta­li tań­czyć i ru­szy­li do sto­łu.

- No, wresz­cie - ucie­szył się Chick. - Mamy świę­ty spo­kój. Może by tak na­sta­wić ja­kąś do­brą pły­tę?

Pu­ścił oko do Co­li­na...

- A gdy­by tak za­tań­czyć prze­lećm­nie? - za­pro­po­no­wa­ła Ali­za.

Chick mysz­ko­wał w ster­cie płyt koło gra­mo­fo­nu.

- Za­tańcz ze mną, Chick - po­pro­si­ła Ali­za.

- Już - po­wie­dział Chick. - Tyl­ko pusz­czę pły­tę.

Było to bo­ogie-wo­ogie.

Chloe cze­ka­ła.

- Chy­ba nie bę­dzie­cie tań­czyć prze­lećm­nie pod tę me­lo­dię? - za­py­tał obu­rzo­ny Co­lin.

- Cze­mu by nie...? - od­parł Chick.

- Pro­szę na to nie pa­trzeć - po­wie­dział Co­lin do Chloe.

Ob­jął ją, a ona skry­ła oczy w oko­li­cy koł­nie­rzy­ka be­żo­wej ma­ry­nar­ki Co­li­na. Po­chy­lił lek­ko gło­wę i po­ca­ło­wał ją mię­dzy uchem a ra­mie­niem. Za­drża­ła, lecz nie od­su­nę­ła głów­ki.

Co­lin rów­nież nie cof­nął ust.

Tym­cza­sem Ali­za i Chick od­da­wa­li się im­po­nu­ją­cej de­mon­stra­cji prze­lećm­nie w sty­lu mu­rzyń­skim.

Pły­ta prze­le­cia­ła bar­dzo szyb­ko. Ali­za wy­rwa­ła się i po­szła szu­kać na­stęp­nej. Chick opadł na tap­czan. Co­lin i Chloe sta­li na wprost nie­go. Zła­pał ich za nogi i oba­lił obok sie­bie.

- No jak tam, ro­bacz­ki, w po­rząd­ku?

Co­lin usiadł, a Chloe usa­do­wi­ła się koło nie­go.

- Miłe dziew­czę, no nie? - za­uwa­żył Chick.

Chloe uśmiech­nę­ła się. Co­lin nic nie od­rzekł, tyl­ko oplótł ra­mie­niem szy­ję Chloe i za­czął ba­wić się od nie­chce­nia pierw­szym gu­zi­kiem jej su­kien­ki, któ­ra roz­pi­na­ła się z przo­du.

Nad­cho­dzi­ła Ali­za.

- Po­suń się, Chick, chcę usiąść mię­dzy Co­li­nem a tobą.

Umia­ła wy­brać pły­tę. Była to Chloe w aran­ża­cji Duke'a El­ling­to­na. Co­lin sku­bał zę­ba­mi wło­sy Chloe w oko­li­cy ucha. Wy­szep­tał:

- To wła­śnie cała pani.

I za­nim Chloe zdą­ży­ła coś od­po­wie­dzieć, wszy­scy po­wró­ci­li na par­kiet, zdaw­szy so­bie w koń­cu spra­wę, że chwi­la była jed­nak nie­od­po­wied­nia na za­sia­da­nie do sto­łu.

- Och! - za­wo­ła­ła Chloe. - Jaka szko­da...!

VI

- Czy robi Mi­ko­łaj szpi­ko­wa­ną pie­czeń cie­lę­cą na dzi­siej­szy wie­czór? - za­py­tał Co­lin.

- O Boże! - za­wo­łał Mi­ko­łaj. - Pan mnie nie uprze­dził. Mia­łem zgo­ła inny pro­jekt.

- Dla­cze­go, psia­krew, cho­le­ra ja­sna - po­wie­dział Co­lin - mówi do mnie Mi­ko­łaj bez prze­rwy z du­żej li­te­ry?

- Je­śli Pan ze­chce po­zwo­lić mi na po­da­nie po­wo­dów, to wy­ja­śnię, że nie­ja­ka za­ży­łość jest do przy­ję­cia je­dy­nie wte­dy, gdy obie stro­ny za­cho­wu­ją pew­ne gra­ni­ce, co tu aku­rat wca­le nie ma miej­sca.

- Ależ Mi­ko­łaj jest wy­nio­sły - po­wie­dział Co­lin.

- Je­stem dum­ny z mo­jej po­zy­cji, pro­szę Pana - po­wie­dział Mi­ko­łaj - i Pan z pew­no­ścią nie po­wi­nien mieć mi tego za złe.

- Oczy­wi­ście - po­wie­dział Co­lin. - Lecz chciał­bym, aby Mi­ko­łaj był mniej ofi­cjal­ny.

- Ży­wię do Pana szcze­re, choć ukry­te uczu­cie - po­wie­dział Mi­ko­łaj.

- Je­stem z tego po­wo­du dum­ny i szczę­śli­wy i od­wza­jem­niam je. Tak więc, cóż Mi­ko­łaj poda dziś wie­czór?

- Trzy­mać się będę raz jesz­cze tra­dy­cji Gouf­fégo, przy­go­to­wu­jąc tym ra­zem krwa­wą kisz­kę w musz­ka­to­ło­wym por­to.

- Jak to się robi? - za­py­tał Co­lin.

- W spo­sób na­stę­pu­ją­cy: Wziąć kisz­kę i obe­drzeć ze skó­ry, nie zwa­ża­jąc na jej wrza­ski. Skó­rę sta­ran­nie prze­cho­wać. Kisz­kę na­szpi­ko­wać ho­ma­rzy­mi od­nó­ża­mi po­kra­ja­ny­mi w cien­kie pla­stry pusz­czo­ny­mi co koń wy­sko­czy na roz­grza­ne ma­sło. Rzu­cić na lód do cien­kie­go ron­del­ka. Prze­gar­nąć wę­gle i na uzy­ska­nej w ten spo­sób po­wierzch­ni roz­sta­wić gu­stow­ne garn­ki z du­szo­ną gra­si­cą. Kie­dy kisz­ka wyda głu­chy dźwięk, wy­cią­gnąć ją szyb­ko z ognia i za­lać do­brym por­to. Wy­beł­tać pla­ty­no­wą wa­rzą­chwią. Na­sma­ro­wać bryt­fan­kę i scho­wać ją, żeby nie za­rdze­wia­ła. Tuż przed po­da­niem za­lać wy­wa­rem z ćwiart­ki mle­ka i oran­ża­dy w prosz­ku. Przy­brać gra­si­cą, po­dać i wy­nieść się w cho­le­rę.

- Od­ję­ło mi mowę! - po­wie­dział Co­lin. - Gouf­fé był na­praw­dę wiel­kim czło­wie­kiem. Niech mi Mi­ko­łaj po­wie, czy będę miał ju­tro prysz­cza na no­sie?

Mi­ko­łaj skon­sul­to­wał kul­fo­na Co­li­na i wy­snuł wnio­sek ne­ga­tyw­ny.

- A sko­ro już przy tym je­stem, czy nie wie Mi­ko­łaj, jak się tań­czy prze­lećm­nie?

- Oso­bi­ście trzy­mam się ra­czej po­ła­mań­ca w sty­lu Gam­bet­ty oraz tra­mon­ta­ny z kur­su otwar­te­go w ostat­nim se­me­strze w Neu­il­ly i nie po­sia­dłem do­głęb­nie prze­lećm­nie, lecz opa­no­wa­łem je­dy­nie jego pod­sta­wy.

- Czy Mi­ko­łaj uwa­ża - za­py­tał Co­lin - że moż­na po­siąść nie­zbęd­ną tech­ni­kę w cią­gu jed­ne­go se­an­su?

- Wy­da­je mi się, że tak - od­parł Mi­ko­łaj. - Samo sed­no nie jest zbyt skom­pli­ko­wa­ne. Na­le­ży uni­kać je­dy­nie gru­biań­skich po­my­łek i wy­kro­czeń prze­ciw do­bre­mu sma­ko­wi. Mo­gło­by to po­le­gać na przy­kład na tań­cze­niu prze­lećm­nie w ryt­mie bo­ogie-wo­ogie.

- To by­ła­by po­mył­ka?

- To by­ło­by wy­kro­cze­nie prze­ciw­ko do­bre­mu sma­ko­wi.

Mi­ko­łaj odło­żył na stół grejp­fru­ta, któ­re­go osku­bał w trak­cie roz­mo­wy, i opłu­kał ręce w zim­nej wo­dzie.

- Czy Mi­ko­łaj jest za­ję­ty? - za­py­tał Co­lin.

- O Boże, skąd, pro­szę Pana, wszyst­ko go­tu­je się samo.

- Więc będę zo­bo­wią­za­ny, je­śli Mi­ko­łaj na­uczy mnie pod­staw prze­lećm­nie - po­wie­dział Co­lin. - Chodź­my do li­ving-ro­omu, na­sta­wię pły­tę.

- Ra­dził­bym Panu tem­po na­stro­jo­we w sty­lu Chloe w aran­ża­cji Duke'a El­ling­to­na albo Con­cer­to for John­ny Hod­ges... Coś, co ci zza Atlan­ty­ku okre­śla­ją jako mo­ody lub sul­try tune.

VIII

- Na pew­no się Panu uda! - za­wo­łał Mi­ko­łaj. - Jesz­cze je­den wy­si­łek.

- Ale dla­cze­go - za­py­tał zla­ny po­tem Co­lin - wy­bie­ra się wol­ny ka­wa­łek? Prze­cież to jest o wie­le trud­niej­sze.

- Jest pe­wien po­wód - po­wie­dział Mi­ko­łaj. - Na ogół tan­cerz i tan­cer­ka trzy­ma­ją się w śred­niej od­le­gło­ści jed­no od dru­gie­go. Przy wol­nej mu­zy­ce moż­na dojść do re­gu­la­cji fa­lo­wa­nia, w taki spo­sób, aby źró­dła sta­łe zna­la­zły się w po­ło­wie wy­so­ko­ści oboj­ga part­ne­rów: po­ru­sza­ją się więc sto­py i gło­wa. Jest to re­zul­tat, któ­ry teo­re­tycz­nie po­win­no się osią­gnąć. Lecz zda­rza­ją się, co jest po­ża­ło­wa­nia god­ne, oso­by bez skru­pu­łów, któ­re tań­czą prze­lećm­nie na spo­sób czar­nu­chów, w tem­pie szyb­kim.

- To zna­czy? - za­py­tał Co­lin.

- To zna­czy, że przy jed­nym źró­dle sta­łym w sto­pach, przy dru­gim - w gło­wie, i przy ru­cho­mym, nie­ste­ty, ele­men­cie po­śred­nim na wy­so­ko­ści lę­dź­wi, punk­ta­mi sta­ły­mi bądź pseu­do­spo­je­nia­mi po­zo­sta­ją je­dy­nie ko­la­na i mo­stek.

Co­lin spą­so­wiał.

- Ro­zu­miem! - po­wie­dział.

- Przy bo­ogie - pod­su­mo­wał Mi­ko­łaj - efekt jest, nie bój­my się tego po­wie­dzieć, jesz­cze bar­dziej ob­sce­nicz­ny, zwa­żyw­szy na to, że me­lo­dia jest na ogół ob­se­syj­na.

Co­lin trwał po­grą­żo­ny w roz­my­śla­niach.

- Gdzie Mi­ko­łaj na­uczył się prze­lećm­nie? - za­py­tał Mi­ko­ła­ja.

- Na­uczy­ła mnie sio­strze­ni­ca... - po­wie­dział Mi­ko­łaj. - Kom­plet­ną teo­rię prze­lećm­nie spo­rzą­dzi­łem na pod­sta­wie roz­mów z moim szwa­grem. Jest człon­kiem Aka­de­mii, o czym Pan bez wąt­pie­nia wie, i uchwy­ce­nie me­to­dy nie sta­no­wi­ło dla nie­go pro­ble­mu. Po­wie­dział mi na­wet, że uda­ło mu się to dzie­więt­na­ście lat temu...

- Sio­strze­ni­ca Mi­ko­ła­ja ma osiem­na­ście lat? - za­py­tał Co­lin.

- I trzy mie­sią­ce... - spro­sto­wał Mi­ko­łaj. - Je­że­li nie je­stem już Panu po­trzeb­ny, wró­cę do kuch­ni.

- Niech Mi­ko­łaj idzie, i dzię­ku­ję - po­wie­dział Co­lin, zdej­mu­jąc pły­tę, któ­ra wła­śnie się za­trzy­ma­ła.

XIII

Co­lin cze­kał na Chloe, sto­jąc w ką­cie pla­cu. Plac był okrą­gły, znaj­do­wa­ły się tam Go­łę­bie, Skwe­rek i Ła­wecz­ki oraz Ko­ściół przed nim, na ma­ka­da­mie - auta i au­to­bu­sy. Słoń­ce tak­że cze­ka­ło na Chloe, ale mo­gło przy­najm­niej za­ba­wiać się ro­bie­niem cie­ni, zmu­sza­niem do kieł­ko­wa­nia zia­re­nek dzi­kiej fa­so­li w od­po­wied­nich szpar­kach, trza­ska­niem okien­ni­ca­mi i za­wsty­dza­niem la­tar­ni za­pa­lo­nej na sku­tek nie­świa­do­mo­ści ze stro­ny ja­kie­goś ga­zow­ni­ka.

Co­lin ro­lo­wał brzeg swo­ich rę­ka­wi­czek i przy­go­to­wy­wał pierw­sze zda­nie. Zmie­nia­ło się ono co­raz szyb­ciej, w mia­rę jak zbli­ża­ła się wła­ści­wa go­dzi­na. Nie wie­dział zu­peł­nie, co ro­bić z Chloe. Może za­pro­sić ją do her­ba­ciar­ni, ale at­mos­fe­ra jest tam na ogół nie­mi­ła i jesz­cze te czter­dzie­sto­let­nie żar­łocz­ne damy, któ­re zja­da­ją sie­dem kre­mó­wek, od­chy­la­jąc przy tym mały pa­lec. Pa­skudz­two. Ob­żar­stwo to­le­ro­wał je­dy­nie u męż­czyzn, u któ­rych na­bie­ra ono zgo­ła in­ne­go zna­cze­nia, nie uj­mu­jąc im przy tym wro­dzo­nej god­no­ści. Do kina - też nie, na pew­no nie bę­dzie chcia­ła. Na po­sło­drom - też nie, bo nie bę­dzie się jej po­do­ba­ło. Na wy­ści­gi cie­ląt - też nie, bo się bę­dzie bała. Do Szpi­ta­la Dzie­ciąt­ka Je­zus - też nie, bo to za­bro­nio­ne. Nie do Luw­ru, bo za asy­ryj­ski­mi che­ru­bi­na­mi kry­ją się ob­le­śni star­cy. Na Dwo­rzec Świę­te­go Ła­za­rza - też nie, bo tam są tyl­ko same tacz­ki i ani jed­ne­go po­cią­gu.

- Dzień do­bry!

Chloe za­szła go od tyłu. Ścią­gnął szyb­ko rę­ka­wicz­kę. Za­plą­tał się w nią, pal­nął się pię­ścią w nos, krzyk­nął "Aj!" i uści­snął jej dłoń. Śmia­ła się.

- Ale ma pan za­kło­po­ta­ną minę!

No­si­ła fu­tro w ko­lo­rze wło­sów z dłu­gim wło­siem, to­czek, rów­nież fu­trza­ny, i krót­kie bot­ki z fu­trza­ny­mi cho­lew­ka­mi.

Uję­ła Co­li­na pod rękę.

- Pro­szę po­dać mi ra­mię. Dzi­siaj coś nie jest pan zbyt śmia­ły...

- Ostat­nim ra­zem szło mi le­piej - przy­znał Co­lin.

Znów się za­śmia­ła. Spoj­rza­ła na nie­go i za­śmia­ła się jesz­cze gło­śniej.

- Żar­tu­je so­bie pani ze mnie - mar­kot­nie po­wie­dział Co­lin. - To nie po chrze­ści­jań­sku.

- Cie­szy się pan, że mnie wi­dzi? - za­py­ta­ła Chloe.

- Tak... - po­wie­dział Co­lin.

Szli pierw­szym na­po­tka­nym chod­ni­kiem. Mała ró­żo­wa chmur­ka spły­nę­ła z góry i zbli­ża­ła się w ich kie­run­ku.

- Dzia­łać? - za­pro­po­no­wa­ła.

- Dzia­łaj! - ze­zwo­lił Co­lin i chmur­ka oto­czy­ła ich szczel­nie.

We­wnątrz było cie­pło i pach­nia­ło cu­krem cy­na­mo­no­wym.

- Już nas nie wi­dać! - stwier­dził Co­lin. - A my wi­dzi­my ich wszyst­kich.

- Tro­chę prze­świ­tu­je - po­wie­dzia­ła Chloe. - Le­piej uwa­żać.

- Nie szko­dzi, i tak jest przy­jem­niej - po­wie­dział Co­lin. - Co chcia­ła­by pani ro­bić?

- Po pro­stu spa­ce­ro­wać... Nie po­do­ba się to panu?

- To pro­szę opo­wie­dzieć ja­kąś hi­sto­rię...

- Nie znam się na hi­sto­rii zbyt do­brze - od­par­ła Chloe. - Mo­że­my oglą­dać wy­sta­wy. Pro­szę po­pa­trzeć na tę! Dość cie­ka­wa.

W wi­try­nie pięk­na ko­bie­ta spo­czy­wa­ła na sprę­ży­nu­ją­cym ma­te­ra­cu. Biust mia­ła nagi, a ja­kiś apa­rat szo­ro­wał jej pier­si pod włos za po­mo­cą dłu­gich, je­dwa­bi­stych szczo­tek z bia­łe­go de­li­kat­ne­go wło­sia. Na pla­ka­cie wid­niał na­pis: Za­osz­czę­dzi­cie bu­tów dzię­ki "An­ty­po­dzie Wie­leb­ne­go Ka­ro­la".

- Nie­zły po­mysł! - po­wie­dzia­ła Chloe.

- Ależ to nie ma żad­ne­go związ­ku! - za­uwa­żył Co­lin. - O wie­le przy­jem­niej ro­bić to ręcz­nie.

Chloe spło­ni­ła się.

- Pro­szę nie mó­wić ta­kich rze­czy. Nie lu­bię chłop­ców, któ­rzy plo­tą po­dob­ne okro­pień­stwa w obec­no­ści dziew­cząt.

- Prze­pra­szam naj­moc­niej! - po­wie­dział Co­lin. - Ja nie chcia­łem...

Minę miał tak skru­szo­ną, że uśmiech­nę­ła się i lek­ko go po­kle­pa­ła, by po­ka­zać, że już się tak bar­dzo nie gnie­wa.

Na na­stęp­nej wy­sta­wie gru­bas w rzeź­nic­kim far­tu­chu szlach­to­wał sie­rot­ki. Była to wi­try­na pro­pa­gan­do­wa Opie­ki Spo­łecz­nej.

- Oto na co na­sze pie­nią­dze - po­wie­dział Co­lin. - Sprzą­ta­nie tego co wie­czór musi okrop­nie dro­go kosz­to­wać.

- One chy­ba nie są praw­dzi­we! - krzyk­nę­ła za­nie­po­ko­jo­na Chloe.

- Któż to może wie­dzieć? - rzekł Co­lin. - W Opie­ce Spo­łecz­nej mają ich na kopy.

- Nie po­do­ba mi się to - po­wie­dzia­ła Chloe. - Kie­dyś nie było ta­kich wy­staw pro­pa­gan­do­wych. Wca­le nie uwa­żam, żeby na tym po­le­gał po­stęp.

- To bez zna­cze­nia - po­wie­dział Co­lin. - Dzia­ła tyl­ko na tych, któ­rzy wie­rzą w te bzdu­ry.

- A to...? - spy­ta­ła Chloe.

Na wy­sta­wie stał brzuch na gu­mo­wych kół­kach, moc­no za­okrą­glo­ny i do­brze na­pcha­ny. Na kart­ce moż­na było prze­czy­tać: Twój rów­nież nie bę­dzie się marsz­czył, je­śli wy­pra­su­jesz go Że­laz­kiem Elek­trycz­nym.

- Ależ ja go znam! - po­wie­dział Co­lin. - To brzuch Sie­rio­ży, mo­je­go po­przed­nie­go ku­cha­rza. Co on tu może ro­bić?

- Nic nie robi! - po­wie­dzia­ła Chloe. - Niech pan już da spo­kój z tym brzu­chem. I tak jest zbyt tłu­sty...

- Bo on na­praw­dę znał się na kuch­ni!

- Chodź­my stąd - po­wie­dzia­ła Chloe. - Mam już dość wy­staw, nie po­do­ba­ją mi się.

- A co bę­dzie­my ro­bić? - za­py­tał Co­lin. - Może pój­dzie­my gdzieś na her­ba­tę?

- Och! Pora jest nie­wła­ści­wa... a poza tym ja tego zbyt­nio nie lu­bię.

Co­lin wes­tchnął z ulgą i pę­kły mu szel­ki.

- Co to za dźwięk?

- Na­stą­pi­łem na su­chą ga­łąz­kę - wy­ja­śnił Co­lin, czer­wie­nie­jąc.

- A gdy­by­śmy tak po­szli do La­sku? - za­py­ta­ła Chloe.

Co­lin spoj­rzał na nią uszczę­śli­wio­ny.

- Wspa­nia­ły po­mysł... Ni­ko­go tam nie bę­dzie.

Chloe spą­so­wia­ła.

- To wca­le nie dla­te­go. A zresz­tą - do­rzu­ci­ła, żeby się ze­mścić - nie zej­dzie­my z głów­nych ale­jek, bo gdzie in­dziej moż­na prze­mo­czyć so­bie nogi.

Przy­ci­snął tro­chę moc­niej ra­mię, któ­re czuł przy swo­im.

- Pój­dzie­my przej­ściem pod­ziem­nym - po­wie­dział.

Po obu stro­nach przej­ścia cią­gnę­ły się sze­re­gi wiel­kich wo­lier, w któ­rych Ukła­da­cze Miej­scy skła­do­wa­li Go­łę­bie Za­mien­ne na Skwe­ry i Po­mni­ki. Była tak­że Szkół­ka Wró­bli i sły­chać było szcze­biot ma­łych wró­bel­ków. Lu­dzie rzad­ko tam­tę­dy prze­cho­dzi­li, skrzy­dła wszyst­kich tych pta­ków ro­bi­ły bo­wiem strasz­ny prze­ciąg, któ­ry uno­sił ma­leń­kie bia­łe i nie­bie­skie piór­ka.

- One nig­dy nie prze­sta­ją się krę­cić - stwier­dzi­ła Chloe - po­pra­wia­jąc to­czek, by nie ule­ciał.

- Nie są to te same przez cały czas - za­uwa­żył Co­lin.

Wal­czył z po­ła­mi swo­je­go płasz­cza.

- Przejdź­my szyb­ko przez go­łę­bie. Wró­ble ro­bią mniej­szy wiatr - po­wie­dzia­ła Chloe, tu­ląc się do Co­li­na.

Przy­spie­szy­li kro­ku i wy­rwa­li się z nie­bez­piecz­nej stre­fy. Chmur­ka nie po­pły­nę­ła za nimi. Ru­szy­ła na skró­ty i cze­ka­ła na nich już po dru­giej stro­nie.

V

Co­lin szedł po­spiesz­nie przez roz­świe­tlo­ne uli­ce. Wiał su­chy i ostry wiatr, a małe, po­trza­ska­ne ta­fel­ki lodu pę­ka­ły z chrzę­stem pod jego sto­pa­mi.

Lu­dzie cho­wa­li nosy w co tyl­ko mo­gli: w koł­nie­rze płasz­czy, w sza­li­ki, muf­ki, uj­rzał na­wet jed­ne­go uży­wa­ją­ce­go w tym celu dru­cia­nej klat­ki na ptasz­ki, któ­rej sprę­ży­nu­ją­ce drzwicz­ki od­ci­ska­ły mu się na czo­le.

"Ju­tro pój­dę do Prze­mą­drzal­skich" - my­ślał Co­lin.

To byli wła­śnie ro­dzi­ce Izis.

"Dziś wie­czór zjem ko­la­cję z Chic­kiem... Wra­cam do domu, żeby się przy­go­to­wać na ju­tro..."

Zro­bił wiel­ki krok, żeby omi­nąć szpa­rę mię­dzy ka­fla­mi, któ­ra zda­wa­ła się wy­glą­dać dość groź­nie.

"Je­śli uda mi się zro­bić dwa­dzie­ścia kro­ków, nie na­dep­tu­jąc na szcze­li­nę, nie będę miał ju­tro prysz­cza na no­sie".

- Nie ma się co przej­mo­wać - po­wie­dział, roz­kła­da­jąc się na ca­łej dłu­go­ści przy dzie­wią­tej szpa­rze. - Wszyst­ko to bzdu­ry. I tak nie będę miał prysz­cza.

Po­chy­lił się i ze­rwał nie­bie­sko-ró­żo­wą or­chi­deę, któ­rą mróz wy­wa­bił spod zie­mi.

Pach­nia­ła zu­peł­nie jak wło­sy Ali­zy.

"Ju­tro zo­ba­czę Ali­zę!"

Tej my­śli po­wi­nien był unik­nąć. Peł­ne pra­wo do Ali­zy miał Chick.

"Ju­tro na pew­no znaj­dę ja­kąś dziew­czy­nę!"

Lecz jego my­śli ja­koś po­zo­sta­ły przy Ali­zie.

"Czyż na­praw­dę mó­wią o Jean-Sol Par­trze, kie­dy są sami...?"

Chy­ba le­piej było nie my­śleć o tym, co ro­bią, kie­dy są sami.

"Ile ar­ty­ku­łów na­pi­sał Jean-Sol Par­tre w cią­gu tego roku...?"

W każ­dym ra­zie za mało miał cza­su, by prze­li­czyć je wszyst­kie przed doj­ściem do domu.

"Co Mi­ko­łaj przy­go­tu­je na dzi­siej­szy wie­czór...?" Je­śli się do­brze za­sta­no­wić, to po­do­bień­stwo Ali­zy i Mi­ko­ła­ja nie ma w so­bie ni­cze­go nad­zwy­czaj­ne­go, w koń­cu po­cho­dzą z jed­nej ro­dzi­ny".

Tyle że zno­wu zbli­żył się do za­ka­za­ne­go te­ma­tu.

"Cóż, py­tam raz jesz­cze, Mi­ko­łaj przy­go­tu­je na dzi­siej­szy wie­czór? Nie wiem, co Mi­ko­łaj, któ­ry jest tak po­dob­ny do Ali­zy, przy­go­tu­je na dzi­siej­szy wie­czór... Mi­ko­łaj jest star­szy o je­de­na­ście lat od Ali­zy. Czy­li ma dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Jest bar­dzo uta­len­to­wa­ny w kwe­stiach ku­li­nar­nych. Na pew­no zro­bi szpi­ko­wa­ną pie­czeń cie­lę­cą".

Co­lin do­cho­dził już do domu.

"W oknach kwia­ciar­ni nig­dy nie ma krat. Nikt nie chce kraść kwia­tów".

Nie ma w tym ni­cze­go dziw­ne­go. Ze­rwał jesz­cze sza­ro­po­ma­rań­czo­wą or­chi­deę, któ­rej de­li­kat­na ko­ro­na za­raz się odła­ma­ła. Lśni­ła róż­ny­mi bar­wa­mi.

"Ma taki ko­lor jak czar­no­wą­sa mysz... I już je­stem u sie­bie".

Co­lin wszedł po scho­dach z ka­mie­nia odzia­ne­go w weł­nę. Wsa­dził w za­mek sre­brzy­sto­lu­strza­nych drzwi mały zło­ty klu­czyk.

- Do mnie, moi wier­ni słu­dzy! Bo oto wró­ci­łem do domu!

Rzu­cił płaszcz na krze­sło i po­szedł zaj­rzeć do Mi­ko­ła­ja.

I

Co­lin koń­czył wła­śnie to­a­le­tę. Wy­cho­dząc z ką­pie­li, owi­nął się ob­szer­nym ręcz­ni­kiem frot­té, spod któ­re­go wy­sta­wa­ły mu je­dy­nie nogi i tors. Ze szkla­nej eta­żer­ki zdjął pul­we­ry­za­tor i roz­py­lił na swo­je ja­sne wło­sy pach­ną­cą, gę­stą oliw­kę. Jego bursz­ty­no­wy grze­bień roz­dzie­lił je­dwa­bi­stą masę na dłu­gie, po­ma­rań­czo­we ko­smy­ki po­dob­ne do bruzd, któ­re ra­do­sny oracz robi wi­del­cem w dże­mie mo­re­lo­wym. Co­lin odło­żył grze­bień i uzbro­iw­szy się w ob­ci­nacz do pa­znok­ci, przy­ciął uko­śnie ką­ci­ki swych ma­to­wych po­wiek, aby przy­dać spoj­rze­niu ta­jem­ni­czo­ści. Czyn­ność tę mu­siał czę­sto po­wta­rzać, bo­wiem szyb­ko od­ra­sta­ły. Za­pa­lił małą lamp­kę umiesz­czo­ną w po­więk­sza­ją­cym lu­ster­ku i na­chy­lił się nad nim, aby skon­tro­lo­wać stan swe­go na­skór­ka. Kil­ka wą­grów wy­sta­wa­ło w oko­li­cy skrzy­de­łek nosa. Gdy tyl­ko uj­rza­ły od­bi­cie swej brzy­do­ty w po­więk­sza­ją­cym lu­ster­ku, bły­ska­wicz­nie ukry­ły się pod skó­rą, a Co­lin za­do­wo­lo­ny zga­sił lamp­kę. Roz­wią­zał ręcz­nik, któ­ry opa­sy­wał mu bio­dra, i jed­nym z jego ko­niusz­ków prze­su­nął mię­dzy pal­ca­mi sto­py, by osu­szyć ostat­nie śla­dy wil­go­ci.

W lu­strze moż­na było do­strzec, do kogo jest po­dob­ny, mia­no­wi­cie do tego blon­dy­na, któ­ry gra Sli­ma w Ho­ly­wo­od Can­te­en. Gło­wę miał okrą­głą, uszy małe, pro­sty nos i zło­ci­stą cerę. Uśmie­chał się czę­sto uśmie­chem bo­ba­ska, w związ­ku z czym zro­bił mu się w pod­bród­ku do­łe­czek. Był dość wy­so­ki, szczu­pły, dłu­go­no­gi i bar­dzo miły. Imię Co­lin wła­ści­wie do nie­go pa­so­wa­ło. Do dziew­cząt mó­wił ła­god­nie, do chłop­ców we­so­ło. Pra­wie za­wsze był w do­brym hu­mo­rze, a przez resz­tę cza­su spał.

Opróż­nił wan­nę, wy­bi­ja­jąc dziu­rę w jej dnie. Pod­ło­ga ła­zien­ki, wy­ło­żo­na ja­sno­żół­ty­mi płyt­ka­mi, była po­chy­lo­na i kie­ro­wa­ła wodę do otwo­ru umiesz­czo­ne­go do­kład­nie nad biur­kiem są­sia­da z dołu. Ja­kiś czas temu ów, nie uprze­dziw­szy Co­li­na, prze­niósł swo­je biur­ko do in­ne­go po­miesz­cze­nia, i te­raz woda lała mu się pro­sto do kre­den­su.

Wsu­nął sto­py w san­da­ły ze skó­ry gac­ka wiel­ko­ucha i przy­odział się w ele­ganc­ki do­mo­wy gar­ni­tur. Spodnie były z ak­sa­mi­tu w prąż­ki o zie­lo­nym od­cie­niu bar­dzo głę­bo­kiej wody, a ma­ry­nar­ka - z orze­cho­we­go atła­su. Po­wie­sił ręcz­nik na su­szar­ce, a dy­wa­nik ką­pie­lo­wy prze­ło­żył przez brzeg wan­ny i po­sy­pał go gru­bo­ziar­ni­stą solą, żeby zwró­cił całą po­chło­nię­tą wodę. Dy­wa­nik za­czął się śli­nić, wy­pusz­cza­jąc całe ki­ście ba­nie­czek my­dla­nych.

Wy­szedł z ła­zien­ki i udał się do kuch­ni, aby nad­zo­ro­wać ostat­nie przy­go­to­wa­nia do po­sił­ku. Jak w każ­dy po­nie­dzia­łek, wie­czo­rem na ko­la­cję miał przyjść Chick, a miesz­kał tuż-tuż. Co praw­da, była do­pie­ro so­bo­ta, lecz Co­lin od­czu­wał gwał­tow­ną po­trze­bę zo­ba­cze­nia Chic­ka i chciał z nim wy­pró­bo­wać menu opra­co­wa­ne z nie­zmą­co­ną ra­do­ścią przez Mi­ko­ła­ja, no­we­go ku­cha­rza. Chick też był ka­wa­le­rem, tak jak Co­lin miał dwa­dzie­ścia dwa lata, ta­kie same gu­sta li­te­rac­kie, tyl­ko mniej pie­nię­dzy. Co­lin po­sia­dał wy­star­cza­ją­cą for­tu­nę, by żyć jak na­le­ży, nie pra­cu­jąc na in­nych, zaś Chick mu­siał co ty­dzień cho­dzić do mi­ni­ster­stwa, by spo­tkać się ze swo­im wu­jem i po­ży­czyć od nie­go pie­nią­dze, gdyż za­wód in­ży­nie­ra nie przy­no­sił mu do­cho­dów po­zwa­la­ją­cych na utrzy­ma­nie się na po­zio­mie ta­kim, jak ro­bot­ni­cy, któ­ry­mi za­rzą­dzał, a wia­do­mo, jak trud­no jest kie­ro­wać ludź­mi le­piej od nas odzia­ny­mi i od­ży­wio­ny­mi. Co­lin po­ma­gał mu naj­le­piej jak umiał, za­pra­sza­jąc go na ko­la­cję, kie­dy tyl­ko było to moż­li­we, lecz duma Chic­ka zmu­sza­ła go do za­cho­wa­nia ostroż­no­ści, by nie oka­zać przez nad­mier­ną tro­skli­wość, że pra­gnie mu przyjść z po­mo­cą.

Ko­ry­tarz pro­wa­dzą­cy do kuch­ni był ja­sny i oszklo­ny z oby­dwu stron, a z każ­dej świe­ci­ło jed­no słon­ko, bo Co­lin lu­bił świa­tło. Ze wszyst­kich moż­li­wych miejsc wy­sta­wa­ły kra­ny ze sta­ran­nie wy­czysz­czo­ne­go mo­sią­dzu. Igrasz­ki pro­mie­ni sło­necz­nych na kur­kach da­wa­ły ba­jecz­nie pięk­ne efek­ty. Ku­chen­ne mysz­ki lu­bi­ły tań­czyć przy dźwię­kach, ja­kie wy­da­wa­ło świa­tło sło­necz­ne, pa­da­jąc na kra­ny, i uga­nia­ły się za ma­ły­mi ku­lecz­ka­mi po­wsta­ły­mi z pro­my­ków, któ­re roz­pry­ski­wa­ły się na po­sadz­ce jak stru­my­ki żół­tej rtę­ci. Prze­cho­dząc, Co­lin po­gła­skał jed­ną z my­szy; mia­ła bar­dzo dłu­gie czar­ne wąsy, była sza­ra, szczu­pła, o cu­dow­nie błysz­czą­cym fu­ter­ku. Ku­charz do­sko­na­le je kar­mił, jed­nak­że nie po­zwa­lał, aby zbyt­nio uty­ły. My­szy nie ha­ła­so­wa­ły w cią­gu dnia i ba­wi­ły się wy­łącz­nie na ko­ry­ta­rzu.

Co­lin po­pchnął ema­lio­wa­ne drzwi kuch­ni. Ku­charz Mi­ko­łaj czu­wał nad swo­ją ta­bli­cą roz­dziel­czą. Sie­dział przed pul­pi­tem, rów­nież ema­lio­wa­nym na żół­to, na któ­rym znaj­do­wa­ły się ze­ga­ry od­po­wia­da­ją­ce po­szcze­gól­nym przy­rzą­dom ku­chen­nym cią­gną­cym się wzdłuż ścian. Wska­zów­ka ku­chen­ki elek­trycz­nej, na­sta­wio­nej na pie­czo­ną in­dycz­kę, wa­ha­ła się mię­dzy "pra­wie" a "już". Wkrót­ce na­le­ża­ło ją wy­jąć. Mi­ko­łaj na­ci­snął zie­lo­ny gu­zik, któ­ry uru­cho­mił czuj­nik do­ty­ko­wy. Prze­nik­nął on w głąb, nie na­po­tkaw­szy opo­ru, i wska­zów­ka w tym mo­men­cie sta­nę­ła na "już". Szyb­kim ru­chem od­ciął do­pływ prą­du do ku­chen­ki i włą­czył pod­grze­wacz ta­le­rzy.

- Czy to bę­dzie do­bre? - za­py­tał Co­lin.

- Może Pan być pe­wien! - po­twier­dził Mi­ko­łaj. - In­dycz­ka była wy­śmie­ni­cie ska­li­bro­wa­na.

- A cóż Mi­ko­łaj przy­go­to­wał na przy­staw­kę?

- O Boże. Tym ra­zem ni­cze­go nie wy­my­śli­łem. Ogra­ni­czy­łem się do po­peł­nie­nia pla­gia­tu na Gouf­fém.

- Mógł Mi­ko­łaj wy­brać gor­sze­go mi­strza! - za­uwa­żył Co­lin. - A któ­rą część jego dzie­ła ze­chce nam od­two­rzyć?

- Rzecz do­ty­czy stro­ny 638 jego Książ­ki ku­char­skiej. Prze­czy­tam Panu od­po­wied­ni aka­pit.

Co­lin za­siadł na ta­bo­re­cie wy­ło­żo­nym po­ro­wa­tym kau­czu­kiem i po­kry­tym im­pre­gno­wa­nym je­dwa­biem do­bra­nym do ko­lo­ru ścian, a Mi­ko­łaj roz­po­czął tymi sło­wy:

- Przy­go­to­wać go­rą­cy pasz­tet w cie­ście, jak na przy­staw­kę. Wziąć du­że­go wę­go­rza i po­ciąć go na trzy­cen­ty­me­tro­we dzwon­ka. Dzwon­ka wło­żyć do garn­ka, do­dać bia­łe­go wina, sól, pieprz, po­kro­jo­ną w pla­stry ce­bu­lę, na­tkę pie­trusz­ki, ty­mia­nek, liść lau­ro­wy i ostry zą­bek czosn­ku.

- Ten zą­bek nie jest tak ostry, jak bym so­bie tego ży­czył - rzekł Mi­ko­łaj - lecz oseł­ka jest zbyt zu­ży­ta.

- Każę ją wy­mie­nić - od­parł Co­lin.

Mi­ko­łaj cią­gnął da­lej:

- Ugo­to­wać. Wy­jąć wę­go­rza z garn­ka i wło­żyć go do bryt­fan­ki. Wy­war prze­ce­dzić przez je­dwab­ne sit­ko, do­pie­przyć i od­pa­ro­wać tak, by sos się­gał do wy­so­ko­ści łyż­ki. Prze­pu­ścić przez gazę, za­lać wę­go­rza so­sem i go­to­wać przez dwie mi­nu­ty. Umie­ścić go w pasz­te­cie. Ufor­mo­wać na brze­gu cia­sta ob­wód­kę z pa­nie­ro­wa­nych grzyb­ków, a po­środ­ku umie­ścić kęp­kę kar­pie­go mle­czu. Pod­lać po­zo­sta­łą reszt­ką sosu.

- Zgo­da - przy­zwo­lił Co­lin. - Są­dzę, że Chic­ko­wi bę­dzie to sma­ko­wa­ło.

- Nie mam jesz­cze przy­jem­no­ści znać Pana Chic­ka - stwier­dził Mi­ko­łaj - lecz gdy­by mu to nie sma­ko­wa­ło, na­stęp­nym ra­zem przy­go­tu­ję coś in­ne­go, co po­zwo­li mi na okre­śle­nie nie­mal z peł­ną do­kład­no­ścią prze­strzen­ne­go po­rząd­ku jego sma­ków i nie­sma­ków.

- No! - rzekł Co­lin. - Zo­sta­wiam Mi­ko­ła­ja sa­me­go. Zaj­mę się na­kry­ciem.

Ru­szył ko­ry­ta­rzem w prze­ciw­nym kie­run­ku i prze­kro­czył służ­bów­kę, aby za­trzy­mać się w ma­łej ja­dal­nio-pra­cow­ni, któ­rej ja­sno­błę­kit­ny dy­wan i be­żo­wo­ró­żo­we ścia­ny da­wa­ły od­po­czy­nek otwar­tym oczom.

Sal­ka, mniej wię­cej czte­ry na pięć me­trów, wy­cho­dzi­ła dwo­ma okna­mi na uli­cę Lo­uisa Arm­stron­ga. Lu­stra, po­zba­wio­ne pod­le­wu, wy­su­wa­ły się po bo­kach i po­zwa­la­ły na prze­nik­nię­cie wio­sen­nych za­pa­chów, je­śli tyl­ko ta­kie po­ja­wi­ły się na ze­wnątrz. Po prze­ciw­le­głej stro­nie je­den z ką­tów po­miesz­cze­nia zaj­mo­wał dę­bo­wy stół. Dwie usta­wio­ne pro­sto­pa­dle ła­wecz­ki od­po­wia­da­ły dwóm kra­wę­dziom sto­łu, a sta­ran­nie do­bra­ne krze­sła, wy­ście­ła­ne błę­kit­nym sa­fia­nem, ozda­bia­ły dwa wol­ne boki. W skład wy­po­sa­że­nia wcho­dził tak­że dłu­gi, ni­ski me­bel prze­ro­bio­ny na pły­to­te­kę, wy­so­kiej ja­ko­ści gra­mo­fon i dru­gi me­bel, sy­me­trycz­ny w sto­sun­ku do pierw­sze­go, za­wie­ra­ją­cy wio­sła, ta­le­rze, szklan­ki i inne ak­ce­so­ria, ja­ki­mi cy­wi­li­zo­wa­ni lu­dzie po­słu­gu­ją się przy je­dze­niu.

Co­lin wy­brał ja­sno­nie­bie­ski ob­rus pa­su­ją­cy do dy­wa­nu. Po­środ­ku sto­łu umie­ścił pa­te­rę w kształ­cie sło­ja z for­ma­li­ną, w któ­rej dwa ku­rze em­brio­ny zda­wa­ły się na­śla­do­wać Wid­mo Róży w cho­re­ogra­fii Ni­żyń­skie­go. Do­oko­ła roz­rzu­cił kil­ka ga­łą­zek mi­mo­zy rze­my­ko­wej. Ogrod­nik jego przy­ja­ciół uzy­ski­wał ją po­przez krzy­żo­wa­nie po­spo­li­tej mi­mo­zy ku­li­stej ze wstąż­ka­mi czar­nej lu­kre­cji, któ­rą moż­na do­stać w pa­sman­te­rii tuż koło szko­ły. Na­stęp­nie wziął dla każ­de­go po dwa ta­le­rzy­ki z bia­łej por­ce­la­ny in­kru­sto­wa­nej krzy­ży­ka­mi z prze­zro­czy­ste­go zło­ta i sztuć­ce z nie­rdzew­nej sta­li o ażu­ro­wych trzon­kach; w każ­dym - mię­dzy dwie­ma szyb­ka­mi z plek­si­gla­su - sie­dzia­ła wy­pcha­na bie­dron­ka i przy­no­si­ła szczę­ście. Do­dał jesz­cze krysz­ta­ło­we kie­li­chy i ser­wet­ki uło­żo­ne w kształ­cie księ­że­go bi­re­tu; za­bra­ło mu to tro­chę cza­su. Za­le­d­wie skoń­czył te przy­go­to­wa­nia, gdy dzwo­nek od­padł od ścia­ny, oznaj­mia­jąc na­dej­ście Chic­ka.

Co­lin wy­rów­nał wy­ima­gi­no­wa­ną fałd­kę na ob­ru­sie i po­szedł otwo­rzyć.

- Jak się masz? - za­py­tał Chick.

- A ty? - od­parł Co­lin. - Zdej­mij płaszcz i chodź zo­ba­czyć, co upich­cił Mi­ko­łaj.

- Twój nowy ku­charz?

- Tak - po­wie­dział Co­lin. - Wy­mie­ni­łem go z ciot­ką na sta­re­go. Plus kilo bel­gij­skiej kawy.

- Do­bry jest? - za­py­tał Chick.

- Wy­glą­da na to, że wie, co robi. - To uczeń Gouf­fégo.

- Tego fa­ce­ta z ku­fra? - za­nie­po­ko­ił się wy­stra­szo­ny Chick.

Jego czar­ne wą­si­ki opa­dły tra­gicz­nie.

- Nie, ba­ra­nie, Ju­les'a Gouf­fégo, zna­ne­go kuch­mi­strza.

- Och, wiesz! Ja... - rzekł Chick - poza Jean-Sol Par­tre'em nie czy­tam wie­le.

Po­dą­żył za Co­li­nem przez wy­kła­da­ny ka­fel­ka­mi ko­ry­tarz, po­gła­skał mysz i prze­cho­dząc, po­chwy­cił do swo­jej za­pal­nicz­ki kil­ka kro­pe­lek słoń­ca.

- Mi­ko­ła­ju - po­wie­dział Co­lin, wcho­dząc - przed­sta­wiam ci mo­je­go przy­ja­cie­la Chic­ka.

- Dzień do­bry Panu - po­wie­dział Mi­ko­łaj.

- Dzień do­bry, Mi­ko­ła­ju - od­parł Chick. - Czy Mi­ko­łaj przy­pad­kiem nie ma sio­strze­ni­cy imie­niem Ali­za?

- Ależ tak, pro­szę Pana - po­wie­dział Mi­ko­łaj. - Zresz­tą, to bar­dzo ład­na dziew­czy­na, że ośmie­lę się wtrą­cić.

- Jest do Mi­ko­ła­ja bar­dzo po­dob­na - stwier­dził Chick. - Cho­ciaż, je­śli cho­dzi o klat­kę pier­sio­wą, wi­dać nie­ja­kie róż­ni­ce.

- Ja je­stem dość sze­ro­ki - po­wie­dział Mi­ko­łaj - a ona roz­wi­nę­ła się ra­czej w kie­run­ku pro­sto­pa­dłym, je­że­li po­zwo­li mi Pan na ta­kie spre­cy­zo­wa­nie za­gad­nie­nia.

- No, pro­szę - po­wie­dział Co­lin - mo­że­my się czuć pra­wie jak w ro­dzi­nie. Nie mó­wił mi Mi­ko­łaj, że ma sio­strze­ni­cę.

- Moja sio­stra się sto­czy­ła, pro­szę Pana - wes­tchnął Mi­ko­łaj. - Ukoń­czy­ła fi­lo­zo­fię. Nikt nie lubi się chwa­lić ta­ki­mi rze­cza­mi w ro­dzi­nie dum­nej ze swych tra­dy­cji...

- Hmm... - po­wie­dział Co­lin - są­dzę, że chy­ba Mi­ko­łaj ma ra­cję. W każ­dym ra­zie ro­zu­miem do­sko­na­le. Więc niech Mi­ko­łaj po­ka­że nam ten pasz­tet z wę­go­rzem.

- W tym mo­men­cie by­ło­by nie­bez­piecz­nie otwo­rzyć pie­cyk - ostrzegł Mi­ko­łaj. - Mo­gło­by to do­pro­wa­dzić do wy­su­sze­nia za­war­to­ści spo­wo­do­wa­ne­go wtar­gnię­ciem po­wie­trza nie tak bo­ga­te­go w parę wod­ną jak to, któ­re aku­rat tam się znaj­du­je.

- Wolę mieć nie­spo­dzian­kę - po­wie­dział Chick, oglą­da­jąc go po raz pierw­szy do­pie­ro na sto­le.

- Nie po­zo­sta­je mi nic in­ne­go, jak zgo­dzić się z Pa­nem - po­wie­dział Mi­ko­łaj. - Mogę pro­sić Pana o ze­zwo­le­nie na po­wrót do mo­ich za­jęć?

- Niech Mi­ko­łaj pra­cu­je, bar­dzo pro­szę.

Mi­ko­łaj po­wró­cił do swe­go za­ję­cia, któ­re po­le­ga­ło na wy­do­by­ciu z for­my fi­le­tów z soli w ga­la­re­cie, upstrzo­nych ka­wał­ka­mi tru­fli, a prze­zna­czo­nych do przy­bra­nia ryb­nej prze­ką­ski. Co­lin i Chick opu­ści­li kuch­nię.

- Łyk­niesz coś na ape­tyt? - za­in­te­re­so­wał się Co­lin. - Mój pia­nok­tajl jest już ukoń­czo­ny, mógł­byś go wy­pró­bo­wać.

- Dzia­ła? - za­py­tał Chick.

- Do­sko­na­le. Tro­chę się na­bie­dzi­łem, żeby go wy­re­gu­lo­wać, ale re­zul­tat prze­kra­cza wszel­kie moje ocze­ki­wa­nia. Na ba­zie Black and Tan Fan­ta­sy otrzy­ma­łem mie­szan­kę na­praw­dę pio­ru­nu­ją­cą.

- A na czym po­le­ga dzia­ła­nie urzą­dze­nia? - za­py­tał Chick.

- Każ­dej nu­cie - od­parł Co­lin - od­po­wia­da je­den ga­tu­nek al­ko­ho­lu, li­kie­ru bądź aro­ma­tu. Pe­dał moc­ny to bita pia­na, a sła­by - lód. Aby otrzy­mać wodę sel­cer­ską, trze­ba wy­ko­nać tryl w gór­nym re­je­strze. Ser­wo­wa­ne ilo­ści są po­chod­ną cza­su trwa­nia: trzy­dzie­st­ce­dwój­ce od­po­wia­da jed­na szes­na­sta miar­ki, ćwierć­nu­cie - cała miar­ka, ca­łej nu­cie - po­czwór­na miar­ka. Kie­dy gra się po­wol­ną me­lo­dię, uru­cha­mia­ny jest cały sys­tem re­je­strów, tak aby nie zwięk­szyć ilo­ści pły­nu - co da­ło­by kok­tajl na­zbyt ob­fi­ty - lecz za­war­tość al­ko­ho­lu. I za­leż­nie od cza­su trwa­nia me­lo­dii, moż­na, je­śli się chce, róż­ni­co­wać war­tość jed­nej miar­ki, zmniej­sza­jąc ją, na przy­kład, do jed­nej set­nej, by za po­mo­cą bocz­nej re­gu­la­cji móc otrzy­mać tru­nek za­wie­ra­ją­cy peł­ną gamę dźwię­ków.

- Ależ to skom­pli­ko­wa­ne - po­wie­dział Chick.

- Ca­łość jest ste­ro­wa­na za po­mo­cą prze­łącz­ni­ków elek­trycz­nych i prze­kaź­ni­ków. Nie po­da­ję ci szcze­gó­łów, i tak je znasz. A poza tym pia­ni­no na­praw­dę dzia­ła.

- To cu­dow­ne! - za­wo­łał Chick.

- Jest tyl­ko jed­na kło­po­tli­wa spra­wa - po­wie­dział Co­lin - ten moc­ny pe­dał z bitą pia­ną. Mu­sia­łem za­mon­to­wać spe­cjal­ny sys­tem za­łą­cza­nia, bo kie­dy gra się ka­wa­łek na­zbyt hot, do kok­taj­lu wpa­da­ją ka­wał­ki omle­tu, co cięż­ko jest prze­łknąć. Ja to jesz­cze zmie­nię. Na ra­zie wy­star­czy uwa­żać. Żeby otrzy­mać świe­żą śmie­ta­nę, trze­ba wziąć dol­ne sol.

- Zro­bię go so­bie na ba­zie Lo­ve­less Love - po­wie­dział Chick. - To bę­dzie strasz­ne.

- Na ra­zie pia­nok­tajl jest jesz­cze w skła­dzi­ku, gdzie urzą­dzi­łem so­bie warsz­tat - po­wie­dział Co­lin - bo ścian­ki ochron­ne nie są jesz­cze przy­krę­co­ne. Chodź­my. Na po­czą­tek na­sta­wię go na dwa kok­taj­le, tak mniej wię­cej po dwie­ście mi­li­li­trów.

Chick za­siadł do for­te­pia­nu. Pod ko­niec me­lo­dii frag­ment przed­niej pły­ty opu­ścił się z su­chym trza­skiem i uka­zał się rząd szkla­nek. Dwie z nich wy­peł­nio­ne były po brze­gi ape­tycz­ną mik­stu­rą.

- Mia­łem stra­cha - rzekł Co­lin. - W pew­nym mo­men­cie za­fał­szo­wa­łeś. Na szczę­ście utrzy­ma­łeś się w me­lo­dy­ce.

- To on pil­nu­je me­lo­dy­ki? - za­py­tał Chick.

- Nie za­wsze - od­parł Co­lin. - To by­ło­by zbyt skom­pli­ko­wa­ne. Jest tyl­ko kil­ka za­leż­no­ści. Pij i chodź do sto­łu.