Piana dni - Boris Vian

Reflow text when sidebars are open.
Colin wysiadł z metra i wszedł po schodach. Wynurzył się ze złej strony i okrążył stację, żeby się zorientować. Zbadał kierunek wiatru za pomocą żółtej jedwabnej chusteczki, a kolor porwany z niej przez podmuch rozpostarł się na potężnym budynku o nieregularnej formie, nadając mu tym samym wygląd pływalni-lodowiska Molitor.
Przed nim znajdowała się pływalnia zimowa. Przeszedł tamtędy i bocznym wejściem, przedzierając się przez dwuskrzydłe, oszklone drzwi o miedzianych poręczach, przedostał się do wnętrza tego skostniałego organizmu. Wyciągnął swoją kartę wstępu, która puściła oko do kontrolera za pomocą dwóch wyciętych dziurek. Kontroler odpowiedział porozumiewawczym uśmiechem, lecz mimo to wyciął trzecią dziurę w pomarańczowym kartonie i karta została oślepiona. Colin wsadził ją bez skrupułów do swojej portskórki z rosyjskiej monetki i ruszył w lewo gumowochodnikowym korytarzem, który prowadził do ustawionych rzędem kabin. Na parterze nie było już wolnych miejsc. Wszedł więc po betonowych schodach, mijając istoty potężne, bo wsparte na pionowych metalowych ostrzach, które próbowały nadać swym piruetom wygląd naturalny, mimo wyraźnych utrudnień. Jakiś mężczyzna w białym swetrze otworzył mu kabinę, zainkasował napiwek, który zapewne później wydał na jedzenie, jako że wyglądał na kłamczucha. Potem pozostawił go w tym in pace, uprzednio niedbale nakreśliwszy kredą inicjały klienta na czarnym prostokącie, umieszczonym w tym celu wewnątrz kabiny. Colin zauważył, że mężczyzna miał głowę bynajmniej nie ludzką, lecz gołębią, i całkiem nie potrafił zrozumieć, dlaczego przydzielono go do obsługi lodowiska, a nie basenu.
Z tafli dochodził owalny odgłos, który muzyka płynąca z głośników rozstawionych dookoła dodatkowo zagęszczała. Szuranie łyżwiarzy nie osiągnęło jeszcze tego natężenia dźwięków godzin szczytu, kiedy można je porównać z odgłosem regimentu piechoty brnącego w chlapiącym o bruk błocku. Colin poszukiwał wzrokiem Alizy i Chicka, lecz ci nie pojawiali się na lodzie. Mikołaj miał do nich dołączyć nieco później; została mu jeszcze robota w kuchni przy szykowaniu południowego posiłku.
Colin rozsznurował buty i stwierdził, że podeszwy całkiem odeszły. Wyciągnął z kieszeni rolkę przylepca, lecz było go zbyt mało. Toteż ustawił buty w małej kałuży, która utworzyła się pod cementową ławeczką, i skropił je skondensowanym nawozem, żeby skóra odrosła. Włożył parę wełnianych skarpet o szerokich, na przemian żółtych i fioletowych paskach, a na nie - buty łyżwiarskie. Krawędzie łyżew rozdzielały się z przodu, by pozwolić mu na łatwiejsze dokonywanie zmian kierunku jazdy.
Wyszedł i udał się piętro niżej. Nogi wyginały mu się nieco na perforowanym kauczukowym chodniku, którym wyścielone były betonowe korytarze. Kiedy już odważył się wskoczyć na taflę, musiał w wielkim pośpiechu wycofać się po dwóch drewnianych schodkach, żeby uniknąć upadku: jakaś łyżwiarka, wywinąwszy wspaniałego orła, zniosła w tym momencie wielkie jajo, które rozprysło się u stóp Colina.
Podczas gdy jeden z giermków-czyścicieli zbierał rozsypane kawałki, Colin dostrzegł Chicka i Alizę, sunących po drugiej stronie lodowiska. Dał im znak, którego nie dostrzegli, i udał się na ich spotkanie, nie zwracając jednak uwagi na ruch okrężny. Na skutek tego błyskawicznie powstał pokaźnych rozmiarów tłum protestujących, do których z sekundy na sekundę dołączali ludzie machający desperacko rękami, nogami, ramionami i całymi ciałami, dopóki nie zwalili się na pierwszych poległych. Słońce rozpuściło nawierzchnię, która chlupotała pod całą tą kupą.
W krótkim czasie zgromadziło się tam dziewięć dziesiątych łyżwiarzy, a Chick i Aliza weszli w wyłączne posiadanie całej tafli, no, prawie całej. Podeszli do kotłującej się masy i Chick, rozpoznawszy Colina po jego dwudzielnych łyżwach, wyrwał go z kłębowiska, ciągnąc za kostki. Podali sobie ręce. Chick przedstawił Alizę, i Colin zajął miejsce po jej lewej stronie, podczas gdy Chick był już po prawicy.
Przejechawszy na prawy koniec lodowiska, stanęli tak, by zrobić miejsce giermkom-czyścicielom, którzy nie mając nadziei na odnalezienie w kupie ofiar niczego, prócz nieciekawych strzępów rozszczepionych indywidualności, chwycili za swoje skrobaczki, żeby usunąć całość kupy, i spychali ją do dziury na wyskrobki, nucąc hymn Molitoru ułożony w 1709 przez Vaillant-Couturiera, a zaczynający się od słów:
Panie i Panowie,
Opuście taflę
(Jeśli łaska),
Byśmy mogli
Przystąpić do sprzątania.
Całość, podkreślona dźwiękami klaksonu, miała wzbudzić w otchłaniach najbardziej zatwardziałych dusz dreszcz trwogi nie do opanowania.
Łyżwiarze, którzy jeszcze trzymali się na nogach, przyklasnęli tym poczynaniom, a reszta zniknęła w zapadni. Chick, Aliza i Colin zmówili krótki pacierz i przystąpili do dalszej jazdy.
Colin przyglądał się Alizie. Dziwnym zbiegiem okoliczności ubrana była w biały sweter i żółtą spódnicę. Na nogach miała biało-żółte buciki i łyżwy hokejowe. Nosiła jedwabne przydymione pończochy i białe skarpety zawinięte tuż nad kostką na cholewce butów zasznurowanych białymi bawełnianymi sznurowadłami, trzykrotnie opasującymi kostkę. Oprócz tego posiadała jasnozielony jedwabny szalik i blond włosy, nadzwyczaj gęste, okalające jej twarz spoistą, kędzierzawą masą. Spoglądała za pomocą błękitnych otwartych oczu, a jej trójwymiarowość była ograniczona złotawą, świeżą skórą. Miała toczone ramiona i łydki, wąską talię i biust tak pięknie zarysowany, że rzec by można - fotografia.
Colin popatrzył z drugiej strony, żeby odzyskać utraconą równowagę. Udało mu się, toteż spuszczając oczy, zapytał Chicka, czy węgorz przyjął mu się bez problemów.
- Daj spokój - powiedział Chick. - Całą noc łowiłem w moim kranie, żeby zobaczyć, czy też jakiegoś nie złapię. Ale do mnie przychodzą tylko pstrągi.
- Mikołaj niewątpliwie będzie umiał coś z nich zrobić! - zapewnił Colin... - Ma pani - rzekł, zwracając się raczej do Alizy - niezwykle utalentowanego wuja.
- To chluba naszej rodziny - powiedziała Aliza. - Moja matka nie może odżałować, że wydała się za zwykłego profesora matematyki, podczas gdy jej brat zrobił taką karierę.
- Twój ojciec jest matematykiem?
- Tak, wykłada w College de France i jest członkiem Instydrutu, czy coś w tym rodzaju... - powiedziała Aliza. - Pożałowania godne... i to w wieku trzydziestu ośmiu lat. W końcu, mógł się trochę postarać. Ale na szczęście, jest jeszcze wuj Mikołaj.
- Czyż nie miał zjawić się tu dziś rano? - zapytał Chick.
Cudowny zapach unosił się z jasnych włosów Alizy. Colin odsunął się nieco.
- Sądzę, że się trochę spóźni. Rano coś mu chodziło po głowie... A może tak przyszlibyście oboje na obiad? Zobaczymy, co to było takiego!
- Dobra - powiedział Chick. - Lecz jeśli sądzisz, że przyjmę taką propozycję, to stwarzasz sobie fałszywą koncepcję wszechświata. Trzeba ci znaleźć jakąś czwartą. Inaczej nie puszczę Alizy do ciebie, uwiódłbyś ją dźwiękami swojego pianoktajlu, a tego bym nie chciał.
- Och! - zaprotestował Colin. - Słyszy go pani?
Lecz nie usłyszał już odpowiedzi, bo jakiś nadmiernej długości osobnik, który już od pięciu minut dawał popisy szybkiej jazdy, właśnie przejechał mu między nogami, wyciągnąwszy się maksymalnie do przodu, a powstały w ten sposób przeciąg uniósł Colina kilka metrów w górę. Uczepił się występu na galerii pierwszego piętra, doprowadził do porządku i opadł obok Chicka i Alizy, w niewłaściwym zresztą kierunku.
- Powinno im się zabronić tak szybkiej jazdy - powiedział Colin.
Następnie uczynił znak krzyża, gdyż łyżwiarz roztrzaskał się o ścianę restauracji na przeciwległym krańcu lodowiska i pozostał tam przyklejony jak meduza z papier mâché, rozszarpana przez okrutnego bachora.
Giermkowie-czyściciele czynili ponownie swoją powinność, a jeden z nich umieścił lodowy krzyż na miejscu wypadku. W czasie gdy topniał, nadzorca puszczał muzykę kościelną.
Później wszystko wróciło do normy. Chick, Aliza i Colin kręcili się dalej.
- Ten pasztet z węgorza jest wyśmienity - powiedział Chick. - Kto podsunął ci myśl, żeby go podać?
- Mikołaj sam wpadł na ten pomysł - powiedział Colin. - Jest taki węgorz, a raczej był, który codziennie podpływał do jego umywalki przez instalację z zimną wodą.
- To ciekawe! - zawołał Chick. - A po co?
- Wystawiał łeb i opróżniał tubkę pasty do zębów, wyciskając ją zębami. Mikołaj używa wyłącznie amerykańskiej pasty ananasowej, i to musiało go skusić.
- A jak go złapał? - zapytał Chick.
- Zamiast tubki położył całego ananasa. Kiedy węgorz jadł pastę, mógł ją przełknąć, a następnie schować głowę, lecz z ananasem mu się to nie udało. Im bardziej ciągnął, tym mocniej jego zęby wbijały się w ananasa. Mikołaj...
Colin przerwał.
- Co Mikołaj? - zapytał Chick.
- Waham się, czy powiedzieć, bo mogę ci odebrać apetyt.
- Śmiało - powiedział Chick. - I tak już mi go wiele nie zostało.
- Mikołaj wszedł w tym momencie i uciął mu głowę brzytwą. Potem odkręcił kran i wyszła cała reszta.
- To wszystko? - zapytał Chick. - Nałóż mi jeszcze pasztetu. Mam nadzieję, że ten węgorz posiada w rurach liczną rodzinę.
- Mikołaj podłożył pastę malinową, żeby to sprawdzić... - powiedział Colin. - Ale powiedz, ta Aliza, o której napomknąłeś...?
- Właśnie mam ją przed oczami - powiedział Chick. - Spotkałem ją na wykładzie Jean-Sol Partre'a. Leżeliśmy oboje na brzuchu pod estradą, i tak ją właśnie poznałem.
- Jaka ona jest?
- Nie potrafię ci jej opisać - powiedział Chick. - Jest... jest ładna...
- Ach! - westchnął Colin.
Nadchodził Mikołaj. Niósł indyczkę.
- Niech Mikołaj z nami usiądzie - powiedział Colin. - W końcu, jak to zauważył Chick, jesteśmy prawie rodziną.
- Jeśli to Panu nie sprawi różnicy, zajmę się najpierw myszami - odparł Mikołaj. - Indyczka jest podzielona... Sos jest tam...
- Zaraz coś zobaczysz - powiedział Colin. - Jest to sos z kremu mangowego z dodatkiem jałowca, zaszyty w zraz zawijany z cielęciny. Tu naciskasz, a tędy wychodzi strużkami.
- Ekstra! - zachwycił się Chick.
- Czy nie zechciałbyś mi opisać, w jaki sposób udało ci się zawrzeć z nią znajomość? - dopytywał się Colin.
- No cóż... - zaczął Chick. - Zapytałem ją, czy lubi Jean-Sol Partre'a, a ona odpowiedziała mi, że kolekcjonuje jego dzieła... Wtedy powiedziałem: "Ja też"... I za każdym razem, gdy jej coś mówiłem, odpowiadała "Ja też"... i vice versa... Wtedy na koniec, po prostu dla dokonania egzystencjalistycznego doświadczenia, rzekłem jej: "Bardzo mi się pani podoba", a ona odparła: "Och!".
- Doświadczenie się nie udało - stwierdził Colin.
- Tak - przyznał Chick. - Lecz jednak nie uciekła. Wtedy powiedziałem: "Ja idę tędy", a ona: "A ja nie", i dodała: "Ja idę tamtędy".
- To nadzwyczajne! - zapewnił Colin.
- Wtedy ja powiedziałem: "To ja też" - rzekł Chick. - I byłem wszędzie, gdzie i ona...
- No i jak to się skończyło? - zapytał Colin.
- Hmmm... - powiedział Chick. - Była właśnie najwyższa pora, żeby pójść do łóżka...
Colin zakrztusił się i wypił pół litra burgunda, nim doszedł do siebie.
- Jutro niedziela - rzekł Chick. - Pójdę z nią na ślizgawkę. Idziesz z nami? Postanowiliśmy wybrać się rano, tak żeby było mało ludzi. Trochę się denerwuję, bo słabo jeżdżę, ale będziemy mogli porozmawiać o Partrze.
- Pójdę - obiecał Colin. - Pójdę z Mikołajem. Może ma jeszcze jakieś siostrzenice.
- Chciałbym się zakochać - powiedział Colin. - Ty chciałbyś się zakochać. On chciałby się zakochać. My, wy chcielibyśmy, chcielibyście się... Oni również chcieliby się zakochać...
Wiązał krawat przed lustrem w łazience.
"Została mi do włożenia marynarka i płaszcz, i szalik, i rękawiczka prawa, i rękawiczka lewa. A kapelusza - nie, żeby się nie potargać".
- A ty, co tu robisz?
Zwrócił się do szarej, czarnowąsej myszy, która z pewnością nie znajdowała się na swoim miejscu, siedząc w kubku do mycia zębów, nawet jeśli wspierała się łokciami o brzeg tegoż kubka, przybrawszy obojętną minę.
- Wyobraź sobie - powiedział do myszy, stając na brzegu wanny (prostokątnej i żółto emaliowanej), żeby się do niej przybliżyć - że u Przemądrzalskich zjawi się mój stary przyjaciel Choc.
Mysz przytaknęła.
- Wyobraź sobie, bo czemu by nie, że ma on kuzynkę. Byłaby ubrana w biały sweter, żółtą spódnicę i nazywałaby się Al... na przykład Alimaza...
Mysz skrzyżowała łapki i wydawała się zaskoczona.
- Być może nie jest to ładne imię - powiedział Colin. - Ale ty jesteś myszą, a masz wąsy. No i co?
Podniósł się.
- Już trzecia. Widzisz, ile czasu przez ciebie tracę. Chick i... Chick przyjdzie z pewnością bardzo wcześnie.
Poślinił palec i uniósł go nad głowę. Prawie natychmiast opuścił go z powrotem. Buchało jak z pieca.
- Miłość wisi w powietrzu - stwierdził. - Nieźle grzeje.
- Ja wstaję, ty, on wstaje, my, wy, oni wstajemy, wstajecie, wstają. Chcesz wyjść z kubka?
Mysz dowiodła, że nie potrzebuje niczyjej pomocy, wychodząc samodzielnie i odgryzając kawałek mydła w kształcie smoczka.
- Nie nakrusz wszędzie - powiedział Colin. - Ależ z ciebie łakomczucha!
Wyszedł, udał się do swojego pokoju, i włożył marynarkę.
"Mikołaj pewnie już wyszedł... On to musi znać nadzwyczajne dziewczyny... Powiadają, że panienki z Auteuil służą u filozofów jako bony do prawie wszystkiego..."
Zamknął drzwi do swego pokoju.
"Podszewka przy prawym rękawie trochę się odpruła... A ja nie mam już przylepca... Trudno, przybiję gwoździem..."
Drzwi zamknęły się za nim z odgłosem dłoni spadającej na nagi pośladek... Aż zadrżał...
"Chcę myśleć o czymś innym... Powiedzmy, że stłukę sobie pysk na schodach..."
Chodnik na schodach, w kolorze jasnej malwy, był zużyty tylko co trzeci stopień: istotnie, Colin zawsze schodził w try miga. Zaczepił nogą o niklowany drążek i uderzył się o poręcz.
"Będę miał nauczkę, żeby nie gadać głupot. Dobrze mi tak. Ja, ty jestem, on jest idiota...!"
Coś go uwierało w plecy. Zszedłszy na dół, zrozumiał, co to było, i wyciągnął cały drążek zza kołnierza płaszcza.
Zewnętrzne drzwi zamknęły się za nim z odgłosem pocałunku złożonego na nagim ramieniu...
"A cóż ciekawego słychać na ulicy?"
Na pierwszym planie widać było dwóch robotników ziemnych grających w klasy. Brzuch tego większego podskakiwał w całkiem innym momencie niż jego właściciel. Zamiast kamyka używali pomalowanego na czerwono krucyfiksu, przy którym brakowało krzyża.
Colin wyminął ich.
Po lewej i po prawej wznosiły się piękne konstrukcje lepianek z zasuwanymi oknami. Jakaś kobieta wychylała się przez okno. Colin przesłał jej całusa, ona zaś strzepnęła mu na głowę dywanik spod łóżka, z czarno-srebrnego moltonu, którego nie lubił jej mąż.
Sklepy rozweselały okrutny wygląd potężnych budynków. Wystawa z towarami dla fakirów przyciągnęła uwagę Colina. Porównując z ubiegłym tygodniem, dostrzegł podwyżkę cen sałatki z tłuczonego szkła i gwoździ do wyściełania łóżek.
Minął psa i dwie inne osoby. Mróz zatrzymał ludzi w domach. Ci, którym udało się wyrwać z jego okowów, zostawiali strzępy ubrań i umierali na anginę.
Policjant na skrzyżowaniu owinął się z głową w pelerynę. Podobny był do wielkiego czarnego parasola. Kelnerzy z pobliskiej kawiarni biegali wokół niego dla rozgrzewki.
Dwoje zakochanych całowało się w bramie.
"Nie chcę ich widzieć... Ja nie... ja nie chcę ich widzieć... Nudzą mnie..."
Colin przeszedł na drugą stronę ulicy. W bramie całowało się dwoje zakochanych.
Zamknął oczy i ruszył pędem.
Bardzo szybko je otworzył, bo przed oczami miał całe stada dziewczyn, a to prowadziło do zboczenia z drogi. Jedna szła tuż przed nim. Podążała w tym samym kierunku. Widać było jej ładne nogi wystające z białych barankowych botków, płaszcz z dekatyzowanej skóry pandura i dobrany toczek. Pod toczkiem - rude włosy. Płaszcz poszerzał jej ramiona i tańczył wokół niej.
"Chcę ją wyprzedzić... Chcę zobaczyć jej twarz".
Wyprzedził ją i gorzko zapłakał. Liczyła co najmniej pięćdziesiąt dziewięć lat. Usiadł na skraju chodnika i jeszcze trochę popłakał. To przynosiło mu widoczną ulgę, a łzy zamarzały z cichym chrzęstem i rozpryskiwały się o gładki granit chodnika.
Po jakichś pięciu minutach spostrzegł, że znajduje się przed domem Izis Przemądrzalskiej. Obok niego przeszły dwie panienki i zniknęły w bramie budynku.
Jego serce nadmiernie wezbrało, stało się lekkie, poderwało go z ziemi i Colin wszedł za dziewczynami.
"Włożę beżowy garnitur i niebieską koszulę, beżowo-czerwony krawat, dziurkowane zamszowe buty i czerwono-beżowe skarpetki. Najpierw dokonam ablucji, ogolę się i dokładnie obejrzę. I pójdę do kuchni zapytać Mikołaja..."
- Czy zechce Mikołaj udać się ze mną na tańce?
- O Boże - powiedział Mikołaj. - Jeśli Pan bardzo nalega, to pójdę, lecz w przeciwnym razie byłbym szczęśliwy, mogąc uregulować kilka spraw, których pilność jest doprawdy nagląca.
- Czy będę niedyskretny, Mikołaju, dopytując się, o co chodzi?
- Jestem - odparł Mikołaj - przewodniczącym Kółka Filozoficznego Służb Domowych w naszej dzielnicy, a co za tym idzie, czuję się zmuszony do pewnej obowiązkowości na spotkaniach.
- Nie śmiem zapytać Mikołaja o temat dzisiejszych obrad...
- Będziemy mówili o zaangażowaniu. Stwierdzono istnienie pewnej paraleli między zaangażowaniem zgodnym z teorią Jean-Sol Partre'a a zaangażowaniem lub ponownym zaangażowaniem się w wojny kolonialne i zaangażowaniem bądź wypłacaniem gaży przez osoby prywatne służbom, zwanym domowymi.
- To by dopiero mogło zainteresować Chicka! - powiedział Colin.
- Przykro mi szalenie - powiedział Mikołaj - ale Kółko jest bardzo ekskluzywne. Pan Chick nie mógłby zostać przyjęty. Wyłącznie służby domowe...
- Dlaczego - zapytał Colin - zawsze używa Mikołaj liczby mnogiej?
- Z pewnością Pan zauważył - powiedział Mikołaj - że o ile słowo "służący" jest łagodne, o tyle "służąca" nabiera w sposób oczywisty agresywnego znaczenia...
- Racja. Czy zdaniem Mikołaja spotkam dzisiaj bratnią duszę? Odpowiadałaby mi bratnia dusza w rodzaju siostrzenicy Mikołaja...
- Popełnia Pan błąd, myśląc o mojej siostrzenicy - powiedział Mikołaj - wynika bowiem z ostatnich wydarzeń, że Pan Chick pierwszy dokonał Wyboru...
- Ale, Mikołaju - powiedział Colin - ja tylko bardzo chciałbym się zakochać...
Delikatny obłoczek uniósł się z dzióbka czajnika, a Mikołaj poszedł otworzyć. Dozorca przyniósł dwa listy.
- Jest jakaś poczta? - zapytał Colin.
- Bardzo Pana przepraszam, ale oba są do mnie. Czyżby Pan oczekiwał jakichś nowin?
- Chciałbym, żeby napisała do mnie jakaś panienka - rzekł Colin. - Pokochałbym ją bardzo.
- Akurat mamy południe - uciął Mikołaj. - Czy zechciałby Pan zjeść śniadanie? - Jest mielony ogon wołowy i dzbanek aromatycznego ponczu z maślanymi grzankami z anchois.
- Dlaczego Chick nie chce przyjść na obiad z siostrzenicą Mikołaja, jeśli nie zaproszę jakiejś innej panienki?
- Zechce mi Pan wybaczyć - powiedział Mikołaj - ale ja postąpiłbym tak samo. Pan jest niewątpliwie dość przystojnym chłopcem...
- Mikołaju - powiedział Colin - jeśli dziś wieczór nie zakocham się, ale tak naprawdę, ja... zacznę kolekcjonować dzieła księżnej de Bovouard i zrobię brzydki kawał mojemu przyjacielowi Chickowi.
- Spotkasz się z nią jeszcze? - zapytał Chick. Siedzieli właśnie przy stole, nad kabaczką nadziewaną orzechami, ostatnim dziełem Mikołaja.
- Nie wiem - powiedział Colin. - Nie wiem, co robić. No wiesz, to dobrze wychowana dziewczyna. Ostatnim razem, u Izis, wypiła dużo szampana.
- Było jej z tym całkiem do twarzy - powiedział Chick. - Jest bardzo ładna. Nie rób takiej miny! - Wyobraź sobie, że dziś znalazłem wydanie Wstępnego wyboru przed nudnościami Partre'a na nieząbkowanym papierze toaletowym.
- Skąd ty bierzesz na to pieniądze? - zapytał Colin.
Chick spochmurniał.
- Drogo mnie to kosztuje, lecz nie mogę się bez niego obejść. Potrzebuję Partre'a. Jestem kolekcjonerem. Muszę mieć wszystko, co napisał.
- Ależ on bez przerwy coś pisze! - zauważył Colin. - Publikuje co najmniej pięć artykułów tygodniowo...
- Dobrze o tym wiem... - powiedział Chick.
Colin nałożył mu kabaczki.
- A jak mógłbym znów spotkać Chloe? - zapytał.
Chick spojrzał na niego i uśmiechnął się.
- No tak - powiedział. - A ja ci tu zawracam głowę historiami o Jean-Sol Partrze. Bardzo chciałbym ci pomóc... Co mogę dla ciebie zrobić?
- To straszne - rzekł Colin. - Jestem jednocześnie zrozpaczony i okropnie szczęśliwy. Jak to przyjemnie mieć na coś ochotę do tego stopnia.
- Chciałbym - kontynuował - położyć się w lekko spalonej trawie, na suchej ziemi, w pełnym słońcu, wiesz, w trawie żółtej jak słoma, łamliwej, pełnej małych żyjątek i równie suchego mchu. Można położyć się na brzuchu i obserwować. Potrzebne jest jeszcze ogrodzenie z żywopłotu i kamieni oraz koślawe drzewa i zielone listki. Wtedy jest tak błogo...
- A Chloe? - zapytał Chick.
- I Chloe, oczywiście - powiedział Colin. - Chloe w wyobraźni.
Milczeli przez kilka chwil. Skorzystała z tego karafka, wydając krystaliczny dźwięk, który odbił się od ścian.
- Nalej sobie jeszcze sauternes - powiedział Colin.
- Dobrze - odpowiedział Chick. - Dziękuję.
Mikołaj wnosił właśnie ciąg dalszy: chleb ananasowy w pomarańczowym kremie.
- Dziękuję - powiedział Colin. - Jak Mikołaj sądzi, co powinienem uczynić, aby znów spotkać się z dziewczyną, w której się zakochałem?
- O Boże, proszę Pana - powiedział Mikołaj - taki fakt rzeczywiście może zaistnieć... Muszę wyznać Panu, że nigdy mi się nic takiego nie przydarzyło.
- No jasne - powiedział Chick. - Jest Mikołaj zbudowany jak Johnny Weissmüller. Ale to w końcu nie reguła!
- Dziękuję Panu za tę ocenę, która zapadnie głęboko w me serce! - odrzekł Mikołaj. - Radziłbym - ciągnął, zwracając się do Colina - postarać się o zgromadzenie za pośrednictwem osoby, u której spotkał Pan tę, której obecności wydaje się Panu brakować, pewnych informacji o obyczajach i miejscach uczęszczanych przez tę ostatnią.
- Mimo złożoności tych sformułowań - powiedział Colin - sądzę, Mikołaju, że faktycznie istnieje taka możliwość. Ale sam Mikołaj rozumie, zakochany to jak idiota. Właśnie dlatego nie powiedziałem Chickowi, że myślałem o tym już od dawna.
Mikołaj powrócił do kuchni.
- Ten chłopak jest nieoceniony! - stwierdził Colin.
- Tak - powiedział Chick. - Naprawdę potrafi kucharzyć.
Napili się jeszcze sauternes. Nadchodził Mikołaj, niosąc olbrzymi tort.
- Jest to dodatkowy deser - powiedział.
Colin wziął nóż i powstrzymał się w momencie, gdy miał już zadrasnąć gładką powierzchnię.
- Jest zbyt piękny. Zaczekajmy chwilę.
- Oczekiwanie - powiedział Chick - jest jak preludium w tonacji minorowej.
- A ty skądżeś to wytrzasnął? - zapytał Colin.
Ujął szklankę Chicka i napełnił ją złocistym winem, ciężkim i ruchliwym jak zagęszczony eter.
- Nie wiem - powiedział Chick. - To taka niespodziewana myśl.
- Skosztuj! - powiedział Colin.
Wspólnie wychylili kielichy.
- Straszliwe! - powiedział Chick, którego oczy zaczęły świecić jak dwie czerwonawe, migoczące latarnie.
Colin trzymał się za pierś.
- O nie, to jeszcze lepsze! - powiedział. - Niepodobne do czegokolwiek znanego.
- No i co z tego - powiedział Chick. - Ty też jesteś niepodobny do czegokolwiek znanego.
- Jestem pewien - powiedział Colin - że jeśli wypijemy tyle, ile trzeba, Chloe zjawi się tu natychmiast.
- Tego należałoby dowieść! - powiedział Chick.
- Prowokujesz mnie! - odrzekł Colin, wyciągając kieliszek.
Chick napełnił oba.
- Zaczekaj! - powiedział Colin.
Zgasił żyrandol i lampę oświetlającą stół. Jedynie w kącie świeciła zielona lampka przy szkockiej ikonie, przed którą Colin zazwyczaj oddawał się medytacjom.
- Och... - szepnął Chick.
W krysztale wino lśniło fosforyzującym i niewyraźnym blaskiem, który, rzec by można, emanował z miriadów różnokolorowych świetlnych punkcików.
- Pij! - powiedział Colin.
Wypili. Poświata pozostała na ich wargach. Colin ponownie zapalił światło. Wyglądał, jakby się wahał, czy stać dalej, czy usiąść.
- Wyjątek nie czyni reguły - powiedział. - Myślę, że możemy dokończyć butelkę.
- A może pokroimy tort? - zaproponował Chick.
Colin wziął srebrny nóż i zaczął kreślić spiralę na wygładzonej bieli tortu. Nagle zatrzymał się i spojrzał na swoje dzieło ze zdziwieniem.
- Mam pewien pomysł - rzekł.
Urwał liść ostrokrzewu z bukietu stojącego na stole i podniósł tort. Zakręciwszy nim szybko na czubku palca, drugą ręką umieścił jeden z kolców ostrokrzewu w rowku spirali.
- Słuchaj...! - powiedział.
Chick słuchał. To była Chloe w aranżacji Duke'a Ellingtona.
Chick spojrzał na Colina. Był całkiem blady.
Chick wziął nóż z jego rąk i stanowczym ruchem wbił w tort. Przekroił go na pół. Wewnątrz był nowy artykuł Partre'a dla Chicka i randka z Chloe dla Colina.
Już od pierwszego piętra można było usłyszeć niewyraźny zgiełk przyjęcia u rodziców Izis. Schody trzykrotnie zakręcały i wzmacniały dźwięki na klatce, jak skrzydełka w cylindrycznym rezonatorze wibrafonu. Colin wchodził z nosem na wysokości obcasów obu panienek. Piękne wzmocnione obcasy z jasnego nylonu, wysokie buty z delikatnej skóry i szczupłe kostki. Wyżej szwy lekko zmarszczonych pończoch, podobne do długich gąsienic, i wyraźne zagłębienia między ścięgnami kolanowymi. Colin zatrzymał się i stracił dwa stopnie. Ruszył ponownie. Teraz widział brzeg pończoch tej z lewej, podwójny rząd oczek i ocienioną biel uda. Sukienka tej drugiej, płasko plisowana, nie dostarczała podobnej rozrywki, lecz pod bobrowym futrem jej biodra wydawały się bardziej okrągłe niż tej drugiej i tworzyły załamującą się na przemian zmarszczkę. Colin, przez skromność, zaczął się przypatrywać jej stopom i spostrzegł, że stanęły na drugim piętrze.
Podążył za dwiema dziewczynami, którym pokojówka właśnie otworzyła.
- Dzień dobry, Colin - powiedziała Izis. - Jak się pan miewa?
Przyciągnął ją do siebie i pocałował w okolicy włosów. Ładnie pachniała.
- Ależ to nie moje urodziny! - zaprotestowała Izis - tylko Duponta!
- Gdzie jest Dupont? Niech mu powinszuję!
- Obrzydlistwo - powiedziała Izis. - Dziś rano zaprowadziliśmy go do postrzygacza, żeby był piękny. Wykąpaliśmy go, a o drugiej przyszli tutaj trzej jego przyjaciele z paczką wstrętnych starych kości i zabrali go ze sobą. Na pewno wróci w opłakanym stanie!
- W końcu to jego urodziny - zauważył Colin.
Przez szczelinę między podwójnymi drzwiami widział dziewczęta i chłopców. Kilkoro z nich tańczyło. Większość, stojąc jedni przy drugich z rękami założonymi do tyłu, w parach tej samej płci, wymieniała z niezbyt przekonywającymi minami niezbyt przekonywające poglądy.
- Proszę zdjąć płaszcz - powiedziała Izis. - Chodźmy, zaprowadzę pana do męskiej szatni.
Ruszył za nią, mijając w przejściu dwie inne panienki, które pobrzękując torebkami i puderniczkami, powracały z pokoju Izis przekształconego w szatnię damską. Pod sufitem wisiały żelazne haki wypożyczone od rzeźnika, a żeby było ładniej, Izis pożyczyła również dwie dobrze wypatroszone głowy baranie, które uśmiechały się serdecznie.
Szatnia męska, założona w gabinecie ojca Izis, opierała swoje istnienie na tym fakcie, że usunięto z tegoż gabinetu wszelkie meble. Rzucało się swoją kapotę - i po wyścigach. Colin nie omieszkał tak uczynić i zatrzymał się przed lustrem.
- No, chodźmy - niecierpliwiła się Izis. - Przedstawię pana czarującym panienkom.
Przyciągnął ją do siebie za oba nadgarstki.
- Masz cudowną sukienkę - rzekł jej.
Była to zwyczajna wełniana sukienka w kolorze migdałowej zieleni, z wielkimi guzikami ze złoconej ceramiki i z kratką z kutego żelaza, tworzącą karczek na plecach.
- Podoba się panu? - zapytała Izis.
- Jest zachwycająca - rzekł Colin. - Czy można wsadzić rękę za kraty bez obawy, że coś ugryzie?
- Nie radzę ryzykować - powiedziała Izis.
Wyswobodziła się, schwyciła Colina za rękę i zaciągnęła go na środek całej tej łaźni. Rozepchnęli dwoje nowo przybyłych płci spiczastej, wpadli w poślizg na zakręcie korytarza i osiągnęli samo sedno przez drzwi jadalni.
- Coś podobnego! - powiedział Colin. - Aliza i Chick już tu są?
- Tak - powiedziała Izis. - Chodźmy, to pana przedstawię...
Połowa panienek nadawała się do przedstawienia. Jedna z nich nosiła wełnianą sukienkę w kolorze migdałowej zieleni, z wielkimi guzikami ze złoconej ceramiki i karczkiem o szczególnym kształcie.
- Proszę mnie przedstawić zwłaszcza tamtej - powiedział Colin.
Izis potrząsnęła nim, żeby go uspokoić.
- Będzie pan wreszcie grzeczny?
A on obserwował już całkiem inną i ciągnął za rękę swoją przewodniczkę.
- To jest Colin - powiedziała Izis. - Colin, przedstawiam panu Chloe.
Colin przełknął ślinę. W ustach czuł niesmak przypalonych racuchów.
- Dzień dobry! - powiedziała Chloe.
- Dzień... czy jest pani zaaranżowana przez Duke'a Ellingtona? - zapytał Colin.
I zaraz uciekł, bo był przekonany, że palnął głupstwo.
Chick złapał go za połę marynarki.
- Gdzie tak pędzisz? Chyba nie chcesz już iść? Popatrz.
Wyciągnął z kieszeni książeczkę oprawioną w czerwony safian.
- Jest to pierwsze wydanie Paradoksu o Wymiocinach Partre'a.
- Więc jednak go dopadłeś? - zapytał Colin.
Ale przypomniał sobie, że właśnie ucieka, i uciekł.
Drogę zagrodziła mu Aliza.
- Więc to tak, ucieka pan, nie zatańczywszy ze mną nawet jeden jedyny raz? - stwierdziła.
- Proszę mi wybaczyć - powiedział Colin - lecz właśnie się zbłaźniłem i głupio mi tu zostać.
- Jednak kiedy się tak na pana patrzy, to nie pozostaje nic innego, jak tylko to zaakceptować...
- Alizo... - jęknął Colin, obejmując ją i przyciskając policzek do jej włosów.
- Co takiego, mój stary?
- Niech to licho, gęś i szlag! Psiakrew, cholera jasna. Widzi pani tamtą dziewczynę?
- Chloe?
- Zna ją pani! - zawołał Colin. - Palnąłem jej głupotę, i właśnie uciekam.
Nie dodał, że w klatce piersiowej czuł coś na kształt niemieckiego marsza wojskowego, w którym słychać jedynie wielki bęben...
- Jest ładna, nieprawdaż? - zapytała Aliza.
Chloe miała karminowe usta, brązowe włosy, szczęśliwą minę, a jej sukienka nie miała z tym nic wspólnego.
- Ja się nie ośmielę! - powiedział Colin.
Potem jednak puścił Alizę i poszedł poprosić Chloe. Popatrzyła na niego. Uśmiechnęła się i położyła prawą rękę na jego ramieniu. Czuł jej delikatne palce na swojej szyi. Zmniejszył odległość między ciałami za pomocą przekazanego z mózgu, przez parę roztropnie wybranych nerwów czaszkowych, skurczu prawego bicepsa.
Chloe spojrzała na niego raz jeszcze. Miała błękitne oczy. Potrząsnęła głową, żeby odrzucić w tył swoje kędzierzawe i lśniące włosy, i zdecydowanym ruchem przyłożyła skroń do policzka Colina.
Wokół nastała gęsta cisza, a większa część całej reszty świata przestała się liczyć.
Lecz jak tego można było oczekiwać, płyta się skończyła. Dopiero wówczas Colin powrócił do rzeczywistości i spostrzegł, że sufit jest przezroczysty i zaglądają przez niego sąsiedzi z góry, że gęsta grzywa morskich irysów zakrywa dolną część ścian, a kłęby różnokolorowych gazów wydobywają się z rozmieszczonych tu i ówdzie otworów oraz że jego przyjaciółka Izis stoi przed nim i podaje mu w niecce nidziańskiej kruche ciasteczka.
- Dziękuję, Izis - powiedziała Chloe, potrząsając lokami.
- Dziękuję, Izis - powiedział Colin, biorąc miniaturowego eklerka z gatunku rozgałęzionych.
- Niech pani żałuje - zwrócił się do Chloe. - Są wyśmienite.
I zaraz się zakrztusił, natrafiwszy nieszczęśliwie na drut kolczasty ukryty w ciastku.
Chloe uśmiechnęła się, ukazując swe piękne zęby.
- Co się stało?
Musiał ją puścić i odszedł, żeby wykaszleć się do woli, aż wreszcie uspokoił się. Chloe podeszła z dwiema szklankami.
- Proszę to wypić - powiedziała. - Poczuje się pan lepiej.
- Dziękuję - odparł Colin. - To szampan?
- To taka mieszanka.
Wypił tęgi łyk i omal się nie udusił. Chloe nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Chick i Aliza podeszli do nich.
- Co się stało? - zapytał Chick.
- On nie umie pić! - powiedziała Chloe.
Aliza walnęła go delikatnie w plecy, aż zadudniło. Jak balijski gong. Wszyscy od razu przestali tańczyć i ruszyli do stołu.
- No, wreszcie - ucieszył się Chick. - Mamy święty spokój. Może by tak nastawić jakąś dobrą płytę?
Puścił oko do Colina...
- A gdyby tak zatańczyć przelećmnie? - zaproponowała Aliza.
Chick myszkował w stercie płyt koło gramofonu.
- Zatańcz ze mną, Chick - poprosiła Aliza.
- Już - powiedział Chick. - Tylko puszczę płytę.
Było to boogie-woogie.
Chloe czekała.
- Chyba nie będziecie tańczyć przelećmnie pod tę melodię? - zapytał oburzony Colin.
- Czemu by nie...? - odparł Chick.
- Proszę na to nie patrzeć - powiedział Colin do Chloe.
Objął ją, a ona skryła oczy w okolicy kołnierzyka beżowej marynarki Colina. Pochylił lekko głowę i pocałował ją między uchem a ramieniem. Zadrżała, lecz nie odsunęła główki.
Colin również nie cofnął ust.
Tymczasem Aliza i Chick oddawali się imponującej demonstracji przelećmnie w stylu murzyńskim.
Płyta przeleciała bardzo szybko. Aliza wyrwała się i poszła szukać następnej. Chick opadł na tapczan. Colin i Chloe stali na wprost niego. Złapał ich za nogi i obalił obok siebie.
- No jak tam, robaczki, w porządku?
Colin usiadł, a Chloe usadowiła się koło niego.
- Miłe dziewczę, no nie? - zauważył Chick.
Chloe uśmiechnęła się. Colin nic nie odrzekł, tylko oplótł ramieniem szyję Chloe i zaczął bawić się od niechcenia pierwszym guzikiem jej sukienki, która rozpinała się z przodu.
Nadchodziła Aliza.
- Posuń się, Chick, chcę usiąść między Colinem a tobą.
Umiała wybrać płytę. Była to Chloe w aranżacji Duke'a Ellingtona. Colin skubał zębami włosy Chloe w okolicy ucha. Wyszeptał:
- To właśnie cała pani.
I zanim Chloe zdążyła coś odpowiedzieć, wszyscy powrócili na parkiet, zdawszy sobie w końcu sprawę, że chwila była jednak nieodpowiednia na zasiadanie do stołu.
- Och! - zawołała Chloe. - Jaka szkoda...!
- Czy robi Mikołaj szpikowaną pieczeń cielęcą na dzisiejszy wieczór? - zapytał Colin.
- O Boże! - zawołał Mikołaj. - Pan mnie nie uprzedził. Miałem zgoła inny projekt.
- Dlaczego, psiakrew, cholera jasna - powiedział Colin - mówi do mnie Mikołaj bez przerwy z dużej litery?
- Jeśli Pan zechce pozwolić mi na podanie powodów, to wyjaśnię, że niejaka zażyłość jest do przyjęcia jedynie wtedy, gdy obie strony zachowują pewne granice, co tu akurat wcale nie ma miejsca.
- Ależ Mikołaj jest wyniosły - powiedział Colin.
- Jestem dumny z mojej pozycji, proszę Pana - powiedział Mikołaj - i Pan z pewnością nie powinien mieć mi tego za złe.
- Oczywiście - powiedział Colin. - Lecz chciałbym, aby Mikołaj był mniej oficjalny.
- Żywię do Pana szczere, choć ukryte uczucie - powiedział Mikołaj.
- Jestem z tego powodu dumny i szczęśliwy i odwzajemniam je. Tak więc, cóż Mikołaj poda dziś wieczór?
- Trzymać się będę raz jeszcze tradycji Gouffégo, przygotowując tym razem krwawą kiszkę w muszkatołowym porto.
- Jak to się robi? - zapytał Colin.
- W sposób następujący: Wziąć kiszkę i obedrzeć ze skóry, nie zważając na jej wrzaski. Skórę starannie przechować. Kiszkę naszpikować homarzymi odnóżami pokrajanymi w cienkie plastry puszczonymi co koń wyskoczy na rozgrzane masło. Rzucić na lód do cienkiego rondelka. Przegarnąć węgle i na uzyskanej w ten sposób powierzchni rozstawić gustowne garnki z duszoną grasicą. Kiedy kiszka wyda głuchy dźwięk, wyciągnąć ją szybko z ognia i zalać dobrym porto. Wybełtać platynową warząchwią. Nasmarować brytfankę i schować ją, żeby nie zardzewiała. Tuż przed podaniem zalać wywarem z ćwiartki mleka i oranżady w proszku. Przybrać grasicą, podać i wynieść się w cholerę.
- Odjęło mi mowę! - powiedział Colin. - Gouffé był naprawdę wielkim człowiekiem. Niech mi Mikołaj powie, czy będę miał jutro pryszcza na nosie?
Mikołaj skonsultował kulfona Colina i wysnuł wniosek negatywny.
- A skoro już przy tym jestem, czy nie wie Mikołaj, jak się tańczy przelećmnie?
- Osobiście trzymam się raczej połamańca w stylu Gambetty oraz tramontany z kursu otwartego w ostatnim semestrze w Neuilly i nie posiadłem dogłębnie przelećmnie, lecz opanowałem jedynie jego podstawy.
- Czy Mikołaj uważa - zapytał Colin - że można posiąść niezbędną technikę w ciągu jednego seansu?
- Wydaje mi się, że tak - odparł Mikołaj. - Samo sedno nie jest zbyt skomplikowane. Należy unikać jedynie grubiańskich pomyłek i wykroczeń przeciw dobremu smakowi. Mogłoby to polegać na przykład na tańczeniu przelećmnie w rytmie boogie-woogie.
- To byłaby pomyłka?
- To byłoby wykroczenie przeciwko dobremu smakowi.
Mikołaj odłożył na stół grejpfruta, którego oskubał w trakcie rozmowy, i opłukał ręce w zimnej wodzie.
- Czy Mikołaj jest zajęty? - zapytał Colin.
- O Boże, skąd, proszę Pana, wszystko gotuje się samo.
- Więc będę zobowiązany, jeśli Mikołaj nauczy mnie podstaw przelećmnie - powiedział Colin. - Chodźmy do living-roomu, nastawię płytę.
- Radziłbym Panu tempo nastrojowe w stylu Chloe w aranżacji Duke'a Ellingtona albo Concerto for Johnny Hodges... Coś, co ci zza Atlantyku określają jako moody lub sultry tune.
- Na pewno się Panu uda! - zawołał Mikołaj. - Jeszcze jeden wysiłek.
- Ale dlaczego - zapytał zlany potem Colin - wybiera się wolny kawałek? Przecież to jest o wiele trudniejsze.
- Jest pewien powód - powiedział Mikołaj. - Na ogół tancerz i tancerka trzymają się w średniej odległości jedno od drugiego. Przy wolnej muzyce można dojść do regulacji falowania, w taki sposób, aby źródła stałe znalazły się w połowie wysokości obojga partnerów: poruszają się więc stopy i głowa. Jest to rezultat, który teoretycznie powinno się osiągnąć. Lecz zdarzają się, co jest pożałowania godne, osoby bez skrupułów, które tańczą przelećmnie na sposób czarnuchów, w tempie szybkim.
- To znaczy? - zapytał Colin.
- To znaczy, że przy jednym źródle stałym w stopach, przy drugim - w głowie, i przy ruchomym, niestety, elemencie pośrednim na wysokości lędźwi, punktami stałymi bądź pseudospojeniami pozostają jedynie kolana i mostek.
Colin spąsowiał.
- Rozumiem! - powiedział.
- Przy boogie - podsumował Mikołaj - efekt jest, nie bójmy się tego powiedzieć, jeszcze bardziej obsceniczny, zważywszy na to, że melodia jest na ogół obsesyjna.
Colin trwał pogrążony w rozmyślaniach.
- Gdzie Mikołaj nauczył się przelećmnie? - zapytał Mikołaja.
- Nauczyła mnie siostrzenica... - powiedział Mikołaj. - Kompletną teorię przelećmnie sporządziłem na podstawie rozmów z moim szwagrem. Jest członkiem Akademii, o czym Pan bez wątpienia wie, i uchwycenie metody nie stanowiło dla niego problemu. Powiedział mi nawet, że udało mu się to dziewiętnaście lat temu...
- Siostrzenica Mikołaja ma osiemnaście lat? - zapytał Colin.
- I trzy miesiące... - sprostował Mikołaj. - Jeżeli nie jestem już Panu potrzebny, wrócę do kuchni.
- Niech Mikołaj idzie, i dziękuję - powiedział Colin, zdejmując płytę, która właśnie się zatrzymała.
Colin czekał na Chloe, stojąc w kącie placu. Plac był okrągły, znajdowały się tam Gołębie, Skwerek i Ławeczki oraz Kościół przed nim, na makadamie - auta i autobusy. Słońce także czekało na Chloe, ale mogło przynajmniej zabawiać się robieniem cieni, zmuszaniem do kiełkowania ziarenek dzikiej fasoli w odpowiednich szparkach, trzaskaniem okiennicami i zawstydzaniem latarni zapalonej na skutek nieświadomości ze strony jakiegoś gazownika.
Colin rolował brzeg swoich rękawiczek i przygotowywał pierwsze zdanie. Zmieniało się ono coraz szybciej, w miarę jak zbliżała się właściwa godzina. Nie wiedział zupełnie, co robić z Chloe. Może zaprosić ją do herbaciarni, ale atmosfera jest tam na ogół niemiła i jeszcze te czterdziestoletnie żarłoczne damy, które zjadają siedem kremówek, odchylając przy tym mały palec. Paskudztwo. Obżarstwo tolerował jedynie u mężczyzn, u których nabiera ono zgoła innego znaczenia, nie ujmując im przy tym wrodzonej godności. Do kina - też nie, na pewno nie będzie chciała. Na posłodrom - też nie, bo nie będzie się jej podobało. Na wyścigi cieląt - też nie, bo się będzie bała. Do Szpitala Dzieciątka Jezus - też nie, bo to zabronione. Nie do Luwru, bo za asyryjskimi cherubinami kryją się obleśni starcy. Na Dworzec Świętego Łazarza - też nie, bo tam są tylko same taczki i ani jednego pociągu.
- Dzień dobry!
Chloe zaszła go od tyłu. Ściągnął szybko rękawiczkę. Zaplątał się w nią, palnął się pięścią w nos, krzyknął "Aj!" i uścisnął jej dłoń. Śmiała się.
- Ale ma pan zakłopotaną minę!
Nosiła futro w kolorze włosów z długim włosiem, toczek, również futrzany, i krótkie botki z futrzanymi cholewkami.
Ujęła Colina pod rękę.
- Proszę podać mi ramię. Dzisiaj coś nie jest pan zbyt śmiały...
- Ostatnim razem szło mi lepiej - przyznał Colin.
Znów się zaśmiała. Spojrzała na niego i zaśmiała się jeszcze głośniej.
- Żartuje sobie pani ze mnie - markotnie powiedział Colin. - To nie po chrześcijańsku.
- Cieszy się pan, że mnie widzi? - zapytała Chloe.
- Tak... - powiedział Colin.
Szli pierwszym napotkanym chodnikiem. Mała różowa chmurka spłynęła z góry i zbliżała się w ich kierunku.
- Działać? - zaproponowała.
- Działaj! - zezwolił Colin i chmurka otoczyła ich szczelnie.
Wewnątrz było ciepło i pachniało cukrem cynamonowym.
- Już nas nie widać! - stwierdził Colin. - A my widzimy ich wszystkich.
- Trochę prześwituje - powiedziała Chloe. - Lepiej uważać.
- Nie szkodzi, i tak jest przyjemniej - powiedział Colin. - Co chciałaby pani robić?
- Po prostu spacerować... Nie podoba się to panu?
- To proszę opowiedzieć jakąś historię...
- Nie znam się na historii zbyt dobrze - odparła Chloe. - Możemy oglądać wystawy. Proszę popatrzeć na tę! Dość ciekawa.
W witrynie piękna kobieta spoczywała na sprężynującym materacu. Biust miała nagi, a jakiś aparat szorował jej piersi pod włos za pomocą długich, jedwabistych szczotek z białego delikatnego włosia. Na plakacie widniał napis: Zaoszczędzicie butów dzięki "Antypodzie Wielebnego Karola".
- Niezły pomysł! - powiedziała Chloe.
- Ależ to nie ma żadnego związku! - zauważył Colin. - O wiele przyjemniej robić to ręcznie.
Chloe spłoniła się.
- Proszę nie mówić takich rzeczy. Nie lubię chłopców, którzy plotą podobne okropieństwa w obecności dziewcząt.
- Przepraszam najmocniej! - powiedział Colin. - Ja nie chciałem...
Minę miał tak skruszoną, że uśmiechnęła się i lekko go poklepała, by pokazać, że już się tak bardzo nie gniewa.
Na następnej wystawie grubas w rzeźnickim fartuchu szlachtował sierotki. Była to witryna propagandowa Opieki Społecznej.
- Oto na co nasze pieniądze - powiedział Colin. - Sprzątanie tego co wieczór musi okropnie drogo kosztować.
- One chyba nie są prawdziwe! - krzyknęła zaniepokojona Chloe.
- Któż to może wiedzieć? - rzekł Colin. - W Opiece Społecznej mają ich na kopy.
- Nie podoba mi się to - powiedziała Chloe. - Kiedyś nie było takich wystaw propagandowych. Wcale nie uważam, żeby na tym polegał postęp.
- To bez znaczenia - powiedział Colin. - Działa tylko na tych, którzy wierzą w te bzdury.
- A to...? - spytała Chloe.
Na wystawie stał brzuch na gumowych kółkach, mocno zaokrąglony i dobrze napchany. Na kartce można było przeczytać: Twój również nie będzie się marszczył, jeśli wyprasujesz go Żelazkiem Elektrycznym.
- Ależ ja go znam! - powiedział Colin. - To brzuch Sierioży, mojego poprzedniego kucharza. Co on tu może robić?
- Nic nie robi! - powiedziała Chloe. - Niech pan już da spokój z tym brzuchem. I tak jest zbyt tłusty...
- Bo on naprawdę znał się na kuchni!
- Chodźmy stąd - powiedziała Chloe. - Mam już dość wystaw, nie podobają mi się.
- A co będziemy robić? - zapytał Colin. - Może pójdziemy gdzieś na herbatę?
- Och! Pora jest niewłaściwa... a poza tym ja tego zbytnio nie lubię.
Colin westchnął z ulgą i pękły mu szelki.
- Co to za dźwięk?
- Nastąpiłem na suchą gałązkę - wyjaśnił Colin, czerwieniejąc.
- A gdybyśmy tak poszli do Lasku? - zapytała Chloe.
Colin spojrzał na nią uszczęśliwiony.
- Wspaniały pomysł... Nikogo tam nie będzie.
Chloe spąsowiała.
- To wcale nie dlatego. A zresztą - dorzuciła, żeby się zemścić - nie zejdziemy z głównych alejek, bo gdzie indziej można przemoczyć sobie nogi.
Przycisnął trochę mocniej ramię, które czuł przy swoim.
- Pójdziemy przejściem podziemnym - powiedział.
Po obu stronach przejścia ciągnęły się szeregi wielkich wolier, w których Układacze Miejscy składowali Gołębie Zamienne na Skwery i Pomniki. Była także Szkółka Wróbli i słychać było szczebiot małych wróbelków. Ludzie rzadko tamtędy przechodzili, skrzydła wszystkich tych ptaków robiły bowiem straszny przeciąg, który unosił maleńkie białe i niebieskie piórka.
- One nigdy nie przestają się kręcić - stwierdziła Chloe - poprawiając toczek, by nie uleciał.
- Nie są to te same przez cały czas - zauważył Colin.
Walczył z połami swojego płaszcza.
- Przejdźmy szybko przez gołębie. Wróble robią mniejszy wiatr - powiedziała Chloe, tuląc się do Colina.
Przyspieszyli kroku i wyrwali się z niebezpiecznej strefy. Chmurka nie popłynęła za nimi. Ruszyła na skróty i czekała na nich już po drugiej stronie.
Colin szedł pospiesznie przez rozświetlone ulice. Wiał suchy i ostry wiatr, a małe, potrzaskane tafelki lodu pękały z chrzęstem pod jego stopami.
Ludzie chowali nosy w co tylko mogli: w kołnierze płaszczy, w szaliki, mufki, ujrzał nawet jednego używającego w tym celu drucianej klatki na ptaszki, której sprężynujące drzwiczki odciskały mu się na czole.
"Jutro pójdę do Przemądrzalskich" - myślał Colin.
To byli właśnie rodzice Izis.
"Dziś wieczór zjem kolację z Chickiem... Wracam do domu, żeby się przygotować na jutro..."
Zrobił wielki krok, żeby ominąć szparę między kaflami, która zdawała się wyglądać dość groźnie.
"Jeśli uda mi się zrobić dwadzieścia kroków, nie nadeptując na szczelinę, nie będę miał jutro pryszcza na nosie".
- Nie ma się co przejmować - powiedział, rozkładając się na całej długości przy dziewiątej szparze. - Wszystko to bzdury. I tak nie będę miał pryszcza.
Pochylił się i zerwał niebiesko-różową orchideę, którą mróz wywabił spod ziemi.
Pachniała zupełnie jak włosy Alizy.
"Jutro zobaczę Alizę!"
Tej myśli powinien był uniknąć. Pełne prawo do Alizy miał Chick.
"Jutro na pewno znajdę jakąś dziewczynę!"
Lecz jego myśli jakoś pozostały przy Alizie.
"Czyż naprawdę mówią o Jean-Sol Partrze, kiedy są sami...?"
Chyba lepiej było nie myśleć o tym, co robią, kiedy są sami.
"Ile artykułów napisał Jean-Sol Partre w ciągu tego roku...?"
W każdym razie za mało miał czasu, by przeliczyć je wszystkie przed dojściem do domu.
"Co Mikołaj przygotuje na dzisiejszy wieczór...?" Jeśli się dobrze zastanowić, to podobieństwo Alizy i Mikołaja nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego, w końcu pochodzą z jednej rodziny".
Tyle że znowu zbliżył się do zakazanego tematu.
"Cóż, pytam raz jeszcze, Mikołaj przygotuje na dzisiejszy wieczór? Nie wiem, co Mikołaj, który jest tak podobny do Alizy, przygotuje na dzisiejszy wieczór... Mikołaj jest starszy o jedenaście lat od Alizy. Czyli ma dwadzieścia dziewięć lat. Jest bardzo utalentowany w kwestiach kulinarnych. Na pewno zrobi szpikowaną pieczeń cielęcą".
Colin dochodził już do domu.
"W oknach kwiaciarni nigdy nie ma krat. Nikt nie chce kraść kwiatów".
Nie ma w tym niczego dziwnego. Zerwał jeszcze szaropomarańczową orchideę, której delikatna korona zaraz się odłamała. Lśniła różnymi barwami.
"Ma taki kolor jak czarnowąsa mysz... I już jestem u siebie".
Colin wszedł po schodach z kamienia odzianego w wełnę. Wsadził w zamek srebrzystolustrzanych drzwi mały złoty kluczyk.
- Do mnie, moi wierni słudzy! Bo oto wróciłem do domu!
Rzucił płaszcz na krzesło i poszedł zajrzeć do Mikołaja.
Colin kończył właśnie toaletę. Wychodząc z kąpieli, owinął się obszernym ręcznikiem frotté, spod którego wystawały mu jedynie nogi i tors. Ze szklanej etażerki zdjął pulweryzator i rozpylił na swoje jasne włosy pachnącą, gęstą oliwkę. Jego bursztynowy grzebień rozdzielił jedwabistą masę na długie, pomarańczowe kosmyki podobne do bruzd, które radosny oracz robi widelcem w dżemie morelowym. Colin odłożył grzebień i uzbroiwszy się w obcinacz do paznokci, przyciął ukośnie kąciki swych matowych powiek, aby przydać spojrzeniu tajemniczości. Czynność tę musiał często powtarzać, bowiem szybko odrastały. Zapalił małą lampkę umieszczoną w powiększającym lusterku i nachylił się nad nim, aby skontrolować stan swego naskórka. Kilka wągrów wystawało w okolicy skrzydełek nosa. Gdy tylko ujrzały odbicie swej brzydoty w powiększającym lusterku, błyskawicznie ukryły się pod skórą, a Colin zadowolony zgasił lampkę. Rozwiązał ręcznik, który opasywał mu biodra, i jednym z jego koniuszków przesunął między palcami stopy, by osuszyć ostatnie ślady wilgoci.
W lustrze można było dostrzec, do kogo jest podobny, mianowicie do tego blondyna, który gra Slima w Holywood Canteen. Głowę miał okrągłą, uszy małe, prosty nos i złocistą cerę. Uśmiechał się często uśmiechem bobaska, w związku z czym zrobił mu się w podbródku dołeczek. Był dość wysoki, szczupły, długonogi i bardzo miły. Imię Colin właściwie do niego pasowało. Do dziewcząt mówił łagodnie, do chłopców wesoło. Prawie zawsze był w dobrym humorze, a przez resztę czasu spał.
Opróżnił wannę, wybijając dziurę w jej dnie. Podłoga łazienki, wyłożona jasnożółtymi płytkami, była pochylona i kierowała wodę do otworu umieszczonego dokładnie nad biurkiem sąsiada z dołu. Jakiś czas temu ów, nie uprzedziwszy Colina, przeniósł swoje biurko do innego pomieszczenia, i teraz woda lała mu się prosto do kredensu.
Wsunął stopy w sandały ze skóry gacka wielkoucha i przyodział się w elegancki domowy garnitur. Spodnie były z aksamitu w prążki o zielonym odcieniu bardzo głębokiej wody, a marynarka - z orzechowego atłasu. Powiesił ręcznik na suszarce, a dywanik kąpielowy przełożył przez brzeg wanny i posypał go gruboziarnistą solą, żeby zwrócił całą pochłoniętą wodę. Dywanik zaczął się ślinić, wypuszczając całe kiście banieczek mydlanych.
Wyszedł z łazienki i udał się do kuchni, aby nadzorować ostatnie przygotowania do posiłku. Jak w każdy poniedziałek, wieczorem na kolację miał przyjść Chick, a mieszkał tuż-tuż. Co prawda, była dopiero sobota, lecz Colin odczuwał gwałtowną potrzebę zobaczenia Chicka i chciał z nim wypróbować menu opracowane z niezmąconą radością przez Mikołaja, nowego kucharza. Chick też był kawalerem, tak jak Colin miał dwadzieścia dwa lata, takie same gusta literackie, tylko mniej pieniędzy. Colin posiadał wystarczającą fortunę, by żyć jak należy, nie pracując na innych, zaś Chick musiał co tydzień chodzić do ministerstwa, by spotkać się ze swoim wujem i pożyczyć od niego pieniądze, gdyż zawód inżyniera nie przynosił mu dochodów pozwalających na utrzymanie się na poziomie takim, jak robotnicy, którymi zarządzał, a wiadomo, jak trudno jest kierować ludźmi lepiej od nas odzianymi i odżywionymi. Colin pomagał mu najlepiej jak umiał, zapraszając go na kolację, kiedy tylko było to możliwe, lecz duma Chicka zmuszała go do zachowania ostrożności, by nie okazać przez nadmierną troskliwość, że pragnie mu przyjść z pomocą.
Korytarz prowadzący do kuchni był jasny i oszklony z obydwu stron, a z każdej świeciło jedno słonko, bo Colin lubił światło. Ze wszystkich możliwych miejsc wystawały krany ze starannie wyczyszczonego mosiądzu. Igraszki promieni słonecznych na kurkach dawały bajecznie piękne efekty. Kuchenne myszki lubiły tańczyć przy dźwiękach, jakie wydawało światło słoneczne, padając na krany, i uganiały się za małymi kuleczkami powstałymi z promyków, które rozpryskiwały się na posadzce jak strumyki żółtej rtęci. Przechodząc, Colin pogłaskał jedną z myszy; miała bardzo długie czarne wąsy, była szara, szczupła, o cudownie błyszczącym futerku. Kucharz doskonale je karmił, jednakże nie pozwalał, aby zbytnio utyły. Myszy nie hałasowały w ciągu dnia i bawiły się wyłącznie na korytarzu.
Colin popchnął emaliowane drzwi kuchni. Kucharz Mikołaj czuwał nad swoją tablicą rozdzielczą. Siedział przed pulpitem, również emaliowanym na żółto, na którym znajdowały się zegary odpowiadające poszczególnym przyrządom kuchennym ciągnącym się wzdłuż ścian. Wskazówka kuchenki elektrycznej, nastawionej na pieczoną indyczkę, wahała się między "prawie" a "już". Wkrótce należało ją wyjąć. Mikołaj nacisnął zielony guzik, który uruchomił czujnik dotykowy. Przeniknął on w głąb, nie napotkawszy oporu, i wskazówka w tym momencie stanęła na "już". Szybkim ruchem odciął dopływ prądu do kuchenki i włączył podgrzewacz talerzy.
- Czy to będzie dobre? - zapytał Colin.
- Może Pan być pewien! - potwierdził Mikołaj. - Indyczka była wyśmienicie skalibrowana.
- A cóż Mikołaj przygotował na przystawkę?
- O Boże. Tym razem niczego nie wymyśliłem. Ograniczyłem się do popełnienia plagiatu na Gouffém.
- Mógł Mikołaj wybrać gorszego mistrza! - zauważył Colin. - A którą część jego dzieła zechce nam odtworzyć?
- Rzecz dotyczy strony 638 jego Książki kucharskiej. Przeczytam Panu odpowiedni akapit.
Colin zasiadł na taborecie wyłożonym porowatym kauczukiem i pokrytym impregnowanym jedwabiem dobranym do koloru ścian, a Mikołaj rozpoczął tymi słowy:
- Przygotować gorący pasztet w cieście, jak na przystawkę. Wziąć dużego węgorza i pociąć go na trzycentymetrowe dzwonka. Dzwonka włożyć do garnka, dodać białego wina, sól, pieprz, pokrojoną w plastry cebulę, natkę pietruszki, tymianek, liść laurowy i ostry ząbek czosnku.
- Ten ząbek nie jest tak ostry, jak bym sobie tego życzył - rzekł Mikołaj - lecz osełka jest zbyt zużyta.
- Każę ją wymienić - odparł Colin.
Mikołaj ciągnął dalej:
- Ugotować. Wyjąć węgorza z garnka i włożyć go do brytfanki. Wywar przecedzić przez jedwabne sitko, dopieprzyć i odparować tak, by sos sięgał do wysokości łyżki. Przepuścić przez gazę, zalać węgorza sosem i gotować przez dwie minuty. Umieścić go w pasztecie. Uformować na brzegu ciasta obwódkę z panierowanych grzybków, a pośrodku umieścić kępkę karpiego mleczu. Podlać pozostałą resztką sosu.
- Zgoda - przyzwolił Colin. - Sądzę, że Chickowi będzie to smakowało.
- Nie mam jeszcze przyjemności znać Pana Chicka - stwierdził Mikołaj - lecz gdyby mu to nie smakowało, następnym razem przygotuję coś innego, co pozwoli mi na określenie niemal z pełną dokładnością przestrzennego porządku jego smaków i niesmaków.
- No! - rzekł Colin. - Zostawiam Mikołaja samego. Zajmę się nakryciem.
Ruszył korytarzem w przeciwnym kierunku i przekroczył służbówkę, aby zatrzymać się w małej jadalnio-pracowni, której jasnobłękitny dywan i beżoworóżowe ściany dawały odpoczynek otwartym oczom.
Salka, mniej więcej cztery na pięć metrów, wychodziła dwoma oknami na ulicę Louisa Armstronga. Lustra, pozbawione podlewu, wysuwały się po bokach i pozwalały na przeniknięcie wiosennych zapachów, jeśli tylko takie pojawiły się na zewnątrz. Po przeciwległej stronie jeden z kątów pomieszczenia zajmował dębowy stół. Dwie ustawione prostopadle ławeczki odpowiadały dwóm krawędziom stołu, a starannie dobrane krzesła, wyściełane błękitnym safianem, ozdabiały dwa wolne boki. W skład wyposażenia wchodził także długi, niski mebel przerobiony na płytotekę, wysokiej jakości gramofon i drugi mebel, symetryczny w stosunku do pierwszego, zawierający wiosła, talerze, szklanki i inne akcesoria, jakimi cywilizowani ludzie posługują się przy jedzeniu.
Colin wybrał jasnoniebieski obrus pasujący do dywanu. Pośrodku stołu umieścił paterę w kształcie słoja z formaliną, w której dwa kurze embriony zdawały się naśladować Widmo Róży w choreografii Niżyńskiego. Dookoła rozrzucił kilka gałązek mimozy rzemykowej. Ogrodnik jego przyjaciół uzyskiwał ją poprzez krzyżowanie pospolitej mimozy kulistej ze wstążkami czarnej lukrecji, którą można dostać w pasmanterii tuż koło szkoły. Następnie wziął dla każdego po dwa talerzyki z białej porcelany inkrustowanej krzyżykami z przezroczystego złota i sztućce z nierdzewnej stali o ażurowych trzonkach; w każdym - między dwiema szybkami z pleksiglasu - siedziała wypchana biedronka i przynosiła szczęście. Dodał jeszcze kryształowe kielichy i serwetki ułożone w kształcie księżego biretu; zabrało mu to trochę czasu. Zaledwie skończył te przygotowania, gdy dzwonek odpadł od ściany, oznajmiając nadejście Chicka.
Colin wyrównał wyimaginowaną fałdkę na obrusie i poszedł otworzyć.
- Jak się masz? - zapytał Chick.
- A ty? - odparł Colin. - Zdejmij płaszcz i chodź zobaczyć, co upichcił Mikołaj.
- Twój nowy kucharz?
- Tak - powiedział Colin. - Wymieniłem go z ciotką na starego. Plus kilo belgijskiej kawy.
- Dobry jest? - zapytał Chick.
- Wygląda na to, że wie, co robi. - To uczeń Gouffégo.
- Tego faceta z kufra? - zaniepokoił się wystraszony Chick.
Jego czarne wąsiki opadły tragicznie.
- Nie, baranie, Jules'a Gouffégo, znanego kuchmistrza.
- Och, wiesz! Ja... - rzekł Chick - poza Jean-Sol Partre'em nie czytam wiele.
Podążył za Colinem przez wykładany kafelkami korytarz, pogłaskał mysz i przechodząc, pochwycił do swojej zapalniczki kilka kropelek słońca.
- Mikołaju - powiedział Colin, wchodząc - przedstawiam ci mojego przyjaciela Chicka.
- Dzień dobry Panu - powiedział Mikołaj.
- Dzień dobry, Mikołaju - odparł Chick. - Czy Mikołaj przypadkiem nie ma siostrzenicy imieniem Aliza?
- Ależ tak, proszę Pana - powiedział Mikołaj. - Zresztą, to bardzo ładna dziewczyna, że ośmielę się wtrącić.
- Jest do Mikołaja bardzo podobna - stwierdził Chick. - Chociaż, jeśli chodzi o klatkę piersiową, widać niejakie różnice.
- Ja jestem dość szeroki - powiedział Mikołaj - a ona rozwinęła się raczej w kierunku prostopadłym, jeżeli pozwoli mi Pan na takie sprecyzowanie zagadnienia.
- No, proszę - powiedział Colin - możemy się czuć prawie jak w rodzinie. Nie mówił mi Mikołaj, że ma siostrzenicę.
- Moja siostra się stoczyła, proszę Pana - westchnął Mikołaj. - Ukończyła filozofię. Nikt nie lubi się chwalić takimi rzeczami w rodzinie dumnej ze swych tradycji...
- Hmm... - powiedział Colin - sądzę, że chyba Mikołaj ma rację. W każdym razie rozumiem doskonale. Więc niech Mikołaj pokaże nam ten pasztet z węgorzem.
- W tym momencie byłoby niebezpiecznie otworzyć piecyk - ostrzegł Mikołaj. - Mogłoby to doprowadzić do wysuszenia zawartości spowodowanego wtargnięciem powietrza nie tak bogatego w parę wodną jak to, które akurat tam się znajduje.
- Wolę mieć niespodziankę - powiedział Chick, oglądając go po raz pierwszy dopiero na stole.
- Nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z Panem - powiedział Mikołaj. - Mogę prosić Pana o zezwolenie na powrót do moich zajęć?
- Niech Mikołaj pracuje, bardzo proszę.
Mikołaj powrócił do swego zajęcia, które polegało na wydobyciu z formy filetów z soli w galarecie, upstrzonych kawałkami trufli, a przeznaczonych do przybrania rybnej przekąski. Colin i Chick opuścili kuchnię.
- Łykniesz coś na apetyt? - zainteresował się Colin. - Mój pianoktajl jest już ukończony, mógłbyś go wypróbować.
- Działa? - zapytał Chick.
- Doskonale. Trochę się nabiedziłem, żeby go wyregulować, ale rezultat przekracza wszelkie moje oczekiwania. Na bazie Black and Tan Fantasy otrzymałem mieszankę naprawdę piorunującą.
- A na czym polega działanie urządzenia? - zapytał Chick.
- Każdej nucie - odparł Colin - odpowiada jeden gatunek alkoholu, likieru bądź aromatu. Pedał mocny to bita piana, a słaby - lód. Aby otrzymać wodę selcerską, trzeba wykonać tryl w górnym rejestrze. Serwowane ilości są pochodną czasu trwania: trzydziestcedwójce odpowiada jedna szesnasta miarki, ćwierćnucie - cała miarka, całej nucie - poczwórna miarka. Kiedy gra się powolną melodię, uruchamiany jest cały system rejestrów, tak aby nie zwiększyć ilości płynu - co dałoby koktajl nazbyt obfity - lecz zawartość alkoholu. I zależnie od czasu trwania melodii, można, jeśli się chce, różnicować wartość jednej miarki, zmniejszając ją, na przykład, do jednej setnej, by za pomocą bocznej regulacji móc otrzymać trunek zawierający pełną gamę dźwięków.
- Ależ to skomplikowane - powiedział Chick.
- Całość jest sterowana za pomocą przełączników elektrycznych i przekaźników. Nie podaję ci szczegółów, i tak je znasz. A poza tym pianino naprawdę działa.
- To cudowne! - zawołał Chick.
- Jest tylko jedna kłopotliwa sprawa - powiedział Colin - ten mocny pedał z bitą pianą. Musiałem zamontować specjalny system załączania, bo kiedy gra się kawałek nazbyt hot, do koktajlu wpadają kawałki omletu, co ciężko jest przełknąć. Ja to jeszcze zmienię. Na razie wystarczy uważać. Żeby otrzymać świeżą śmietanę, trzeba wziąć dolne sol.
- Zrobię go sobie na bazie Loveless Love - powiedział Chick. - To będzie straszne.
- Na razie pianoktajl jest jeszcze w składziku, gdzie urządziłem sobie warsztat - powiedział Colin - bo ścianki ochronne nie są jeszcze przykręcone. Chodźmy. Na początek nastawię go na dwa koktajle, tak mniej więcej po dwieście mililitrów.
Chick zasiadł do fortepianu. Pod koniec melodii fragment przedniej płyty opuścił się z suchym trzaskiem i ukazał się rząd szklanek. Dwie z nich wypełnione były po brzegi apetyczną miksturą.
- Miałem stracha - rzekł Colin. - W pewnym momencie zafałszowałeś. Na szczęście utrzymałeś się w melodyce.
- To on pilnuje melodyki? - zapytał Chick.
- Nie zawsze - odparł Colin. - To byłoby zbyt skomplikowane. Jest tylko kilka zależności. Pij i chodź do stołu.