Pewnego dnia... o świcie, - o majowym wczesnym świcie, w małym
domku, przywartym do ziemi pokrzywionemi ścianami, otwarło się
okienko i w obramieniu fuksyi rozkwitłych zamajaczyła siwa głowa i
zaszemrał cichy, monotonny głos.
Pan Pliszka odmawiał pacierze poranne.
Miasto spało jeszcze.
Senne i ciężkie mroki przygniatały świat ciszą tą dziwną,
roztęsknioną, łzawą ciszą świtania...
Domy, fabryki, ogrody - kłębowiskami ciał bezwładnych i
nieprzytomnych majaczyły w mrokach; tylko gdzieniegdzie: na
dachach, w oślepłych oknach, na czubach drzew - ślizgały się
brzaski zórz, jakby uśmiechy śniących, jakby spojrzenia, zamglone
marzeniem, jakby rumieniec trwogi przed dniem, który się już
czołgał w przestrzeniach, już się chwiał na krawędziach nocy i
zielonemi oczami troski obejmował ziemię.
Cicho było.
Modlitwy pana Pliszki szemrały, jak młode liście brzóz, a z domów,
zgubionych w ciemnościach, z rynien niewidzialnych, opadały ciężkie
krople rosy i biły w dach domku; biły monotonnie, bezustannie...
usypiająco...
Pan Pliszka kończył pacierze i mocno bił się w piersi.
- Kruczek!
Pies cicho przybiegł z głębi ciemnej izby i wskoczył na parapet
okna.
- Klęknij, durniu! Służ! Patrz tam! Tam jest, durniu, Pan twojego
pana, rozumiesz?
Kruczek zawarczał, usiadł na ogonie, oparł się grzbietem o fuksye
i bezmyślnie patrzył w ciemność.
- Nie oszukuj Pana Boga! Mądrala! będzie się podpierał!
Ale Kruczek już nie słuchał pana Pliszki, zeskoczył na podwórze i
szczekał pod bramą.
- Ciemnem i głupiem zwierzęciem tylko zostaniesz! - mruknął z
goryczą, wynosząc zegarek do okna. Zdumiał się, bo była dopiero
czwarta; nigdy się tak wcześnie nie budził.
- Chory jestem, czy co?... Półtorej godziny do fabryki!
Położył się cicho na łóżko, aby nikogo nie budzić, i leżał dosyć
długo, z drugiej izby rozlegało się donośne chrapanie kilku
śpiących, a od trzeciej, maleńkiej, dochodził częsty kaszel...
- Buty ma dziurawe i kaszle! - pomyślał i wstał, bo świt już
zaglądał w okno i rozbielał wnętrze izdebki.
A w przestrzeniach wrzał cichy, a śmiertelny bój z dniem
zwycięskim. Pan Pliszka siedział w oknie i machinalnie przesuwał
ziarna różańca, machinalnie powtarzał pacierz i nasłuchiwał.
Jaskółki zaczęły słodko szczebiotać nad oknem, jakby modlitwę do
zórz coraz jaśniejszych i do dnia...
Ziemia jakby się prężyła ze snu, a sadzawki fabryczne, niby oczy,
pokryte pasami mglistych bielm, otwierały powieki zmroków i
patrzały sennie poprzez rzęsy topoli, pochylonych nad niemi.
Czerwone mury fabryk ociekały rosą i drgały w brzaskach jakby
dreszczem przebudzania. Długie szyje kominów fabrycznych, niby
żórawie, czuwające nad stadem dachów, wyciągały w blaskach świtania
dzioby czerwone i piły światło...
A długie błotniste drogi, ścieżki, rowy, szyny kolejowe, strugi
wody, ulice czarne jeszcze - pod mgłami oddechów prostowały
zmęczone, przepracowane ciała, przeciągały się sennie i zapadały w
ciężkie, odrętwiające marzenie o długim odpocznieniu, o śnie
długim... długim...
I pan Pliszka marzył; przesuwał różaniec, szeptał modlitwy,
błądził oczami po konturach domów - ale nic nie widział, zatopiony
w sobie, w jakiejś ciężkiej mgle myśli - w tumanie uczuć
rozpierzchłych, w chaosie dziwnych drgnień duszy, dziwnych błysków,
przeczuć, słów, obrazów, a niepokojów... Kłębiło się w nim i
rozrastało coś, czego zupełnie nie rozumiał. Czuł tylko, że
przenika go głucha tęsknota - ale za czem?... Nie wiedział, jak nie
wiedział nawet nazwy tego uczucia, które mu serce rozprężało.
Drzewa w pewne dnie marcowe, w straszne dni słoty i zimna i
wichrów, tak samo tęsknią - ale drzewa tęsknią do wiosny i słońca,
a ludzie? Ludzie, jak drzewa, wiecznie konające, za tem, co było...
tęsknią i płaczą...
Pan Pliszka ocknął się, bo w mgle szarości, zapełniającej
podwórze, rozległ się ostry, długi, monotonny skrzyp...
- Antoni! - pomyślał.
Tak, to był Antoni, stary robotnik, któremu kiedyś wybuch kotła
wyparzył oczy, a który teraz pompował wodę na piętra, ciągnął ją
kołem ogromnem. Widać go było w brzasku świtania, jakby poza szybą
zmatowaną, pochylał się automatycznie, równo, jednakowo, niby
wierne ludzkie wahadło...
A koło skrzypiało przeciągle, jęcząco, krzykiem spracowanego
żelaza... A Kruczek namiętnie szczekał na starego kundla, który
przyprowadzał ślepca do roboty.
Pan Pliszka nie mógł się dzisiaj doczekać gwizdawki.
Poszedł do kuchenki i pocichu rozpalał ogień na kominku.
- Czy to już czas? - zapytał głos z kąta, przysłoniętego
parawanem.
- Jeszcze, cichocie, pani, bo się chłopiec obudzi...
Poszedł do drugiego kąta, gdzie stał drugi parawan; tam spał
chłopiec, na stoliku było pełno porozrzucanych książek i kajetów,
tornister leżał na ziemi, a mundur pod stołem...
Pan Pliszka posprzątał wszystko i poskładał, popatrzył na
czerwoną, śpiącą twarz chłopca, uśmiechnął się dziwnie i, zabrawszy
jego buty, poszedł je czyścić. Na dworze, przed domem je czyścił,
żeby nie zbudzić nikogo. Buty były mizerne, smutne buty sztubaka,
pełne ran, szwów i łat - liryczne buty nędzy, bez podeszew,
wierzchów, obcasów, a z dumnie sterczącemi jedynie całemi uszami.
Pan Pliszka je reparował i czyścił z miłością prawdziwą, z tym
swoim dziwnym, pełnym słodyczy uśmiechem starego psa.
Dzień już szedł wielkimi krokami, bo już okna na czwartych
piętrach były różowe, na trzecich białe, na drugich szare, jakby z
mgły lodowatej, a na pierwszych połyskiwały twardym, zimnym
blaskiem polerowanego bazaltu.
- Trzeba mu kupić buty - pomyślał i drgnął gwałtownie, bo
ochrypły, przeraźliwy głos gwizdawki fabrycznej rozdarł ciszę.
W izbie powstał gwałtowny ruch wstawania; cztery postacie
zamajaczyły na tapczanach i pośpiesznie szykowały się do roboty.
- Coś mi jest! - pomyślał pan Pliszka i przyśpieszył kroku, bo już
z kotłowni buchały czerwone płomienie ognisk, a szyby błyskały w
dolnych salach fabryki.
Stanął na codziennym posterunku, przy windzie, pochwycił drucianą
linkę i czekał na sygnały...
Sale były jeszcze ciche, zmroczone, zalane na dole elektrycznem
światłem, a w wyższych piętrach przesycone mdłymi brzaskami dnia, w
których majaczyły potężne korpusy maszyn - niby stado bydląt
potwornych, leżących bezwładnie, a przyczajonych jakby do skoku.
Pasy i transmisye zwieszały się ciężko, niby żyły wyprute, niby
ramiona, sennie opuszczone.
Robotnicy wpadali pośpiesznie, witali się skinieniem, oglądali
tępo po salach i przywierali do maszyn cicho i pokornie, z jakąś
uległością bojaźliwą. Niedokończone w drodze pacierze brzmiały
gdzieniegdzie wpośród żelaznych szkieletów maszyn; gdzieniegdzie
rozmowa, czasem trwożny głos zabrzmiał głośniej, ale przycichał
natychmiast, tylko zmęczone spojrzenia biegały ku oknom, poza
któremi stały zielone drzewa, ku polom, jakie widać było, pokryte
młodą runią zbóż, ku lasom dalekim, dalekim... ku słońcu, ciepłu,
powietrzu, swobodzie...
Naraz ryknął sygnał roboty!
Ludzie się wyprostowali automatycznie, maszyny drgnęły, strumień
strasznej siły rozlał się wskróś fabryki... Pasy się skurczyły i
naprężyły... dreszcz wstrząsnął zębatemi kołami maszyn...
zadygotały żelazne bestye, zatrzęsły się ściany, pochylili się
ludzie. Ruch pierwszy... jakby pod uderzeniem huraganu... mgnienie
wahania... cichy jęk oporu... stłumiony oddech maszyn i ludzi...
przyduszony strasznem rzężeniem wysiłku... Zmagania się sił...
głuchy śmiertelny bój... a potem nagły, ogromny, wstrząsający
murami krzyk maszyn zwyciężonych i puszczonych w ruch.
- Winda! czwarte - huczał głos ponurem echem w głębokiej ciemnej
studni czteropiętrowej, w której pracował pan Pliszka ze swoją
windą.
Pociągnął za sznur i płynął cicho w górę, bez szelestu, jak
potworny pająk po sieci rozpiętej.
- Winda, farbiarnia!
Zapadał znowu na dół, w ciemności; tylko przez czworokątne otwory
w ścianach migały mu przed oczyma, jak w kalejdoskopie, piętra,
sale, ludzie, maszyny, towary, okna. Minął suszarnię, jasną,
zróżowioną blaskami poranku strefę, która owiała go rozpalonem,
straszliwie suchem powietrzem i głuchym, niepokojącym szumem
maszyn, pokrytych w metalowe pudła; spadł przez apreturę, przez
warstwy zapachów sody, mydła szarego, rozgrzanych smarów, chlorku,
wilgotnych a gorących wyziewów prasowanych materyałów, i przez
szary, rozłzawiony odblask dnia trzeciego piętra; przedzierał się
przez postrzygalnię, przez dziwny, białawy świat pyłów
bawełnianych, w którym połyskiwały zimno długie, poskręcane ostrza
maszyn strzyżących, a ludzie majaczyli jakby w tumanie śnieżnym -
niby gorączkowa wizya rozszalałej w męce pracy fabryki.
A potem, niżej jeszcze: - przez pralnię; przez gąszcz stłoczonych,
rozkrzyczanych warsztatów, przez sieć pasów i transmisyi, co
tysiącami ramion, niby głowonogi potworne, dusiły wszystko,
obejmowały sobą, goniły, chwytały, spadały z pod sufitów, rzucały
się przez piętra, przez mury, przez dziedzińce i zdyszane, a
niezmożone rzucały się na wały, na koła, ześlizgiwały się,
podnosiły, okręcały wszędzie i, przeniknięte mocą straszną,
rozszalałe, dzikie w swej potędze - przepełniały fabrykę
przyciszonym, a strasznym krzykiem tryumfu!
A potem niżej jeszcze - na samo dno fabryki; tam, gdzie już nie
było świtania, ani dnia, ani nocy - do farbiarni, gdzie światła
gazowe w tumanach par kolorowych rozkrążały tęczowe, przegniłe
blaski; w monotonny plusk płuczkarń, w chlupot roztrzepywanej
bezustannie wody, w gryzące zapachy farb gotowanych, w jęk
przeciągły maszyn, w chaos krzyków, ruchów i barw zmatowanych, w
nadludzki spazm wysiłków maszyn i ludzi.
- Winda! grzmiał krzyk z góry, a pan Pliszka pociągał za sznur i
jechał; przejechał znowu te cztery piętra - strefy, zabierał ludzi,
towary, wózki, przystawał na mgnienie przed otworami sal, zapadał w
noce, w mroki, w świtanie, wynurzał się w brzaskach dnia na
wyższych piętrach, widział słońce w suszarni i czarną linię lasów
dalekich, widział młode liście topoli niżej, widział przymglone
sadzawki jeszcze niżej, a potem zgarniała go noc i majaki maszyn
kołysały się w cieniach i mrokach sal dolnych, a on jechał jednako
cicho, powolnie, automatycznie...
Pan Pliszka jeździł już tak lat dwadzieścia.
Nie chorował nigdy, nie brał urlopu nigdy.
Był najstarszą maszyną fabryki, tylko maszyną, bo już zwolna
zapominał o sobie, o własnem życiu, a chwilami już nie wiedział,
czem był kiedyś i gdzie? Nie myślał już i nie marzył, nie mógł
nawet, bo, ilekroć siedział wieczorem w swojej izbie, to zapadał w
dziwny stan kontemplacyi maszyn - czuł wtedy w sobie cały ruch
fabryki, przesuwały się przez jego duszę nieskończone zwoje pasów,
migotały zmalowane barwy materiałów, drgały ruchy maszyn, podnosiły
się w nim koła pełne błysków stali, okrywał go dziwny, przyduszony
tuman krzyków fabryki, migotały w nim, jak cienie nikłe, jak cienie
zapamiętane, sylwetki ludzi - a wszystko przyciszone, a tak
wyraźne, tak żywe, tak jasne, że nieraz bał się poruszyć, aby nie
być stratowany przez potwory, które w nim się przelewały, które w
nim żyły.
I zwolna, zwolna żył tylko życiem fabryki, rozumiał i odczuwał
tylko życie maszyn, i o nich tylko myślał, a myślał z trwogą i
czułością niezmierną.
Cóż go obchodzić mogli ludzie, którzy, jak fala, przepływali tylko
przez fabrykę, cóż go mogli obchodzić ci ludzie, którzy, jak psy,
warowali na usługach maszyn, którzy, jak nikłe cienie, tulili się
trwożnie do kolosów: służyli im, zależeli od nich, żyli z łaski
tych potężnych, tych nieśmiertelnych i tych strasznych w swojej
mądrości i potędze...
Uśmiechał się pogardliwie, patrząc na ich pogięte ciała, na ich
trupie, wycieńczone twarze, na ich spracowane ręce... czemże byli
wobec tych potężnych, których stalowe, połyskliwe ciała widział
ciągle, czemże byli wobec sił tamtych? marnością, pyłkiem,
niczem...
Przez dwadzieścia lat pan Pliszka widział już dziesiątki tysięcy
tych ludzkich nędznych istnień, wyżętych przez maszyny, niby
łachmany, i wyrzuconych na śmietnik: a maszyny były, a fabryka
trwała.
Pogardzał też ludźmi, a wielbił maszyny.
I żył coraz głębiej życiem fabryki.
Tygodnie poznawał po niedzielach, bo odwiedzał wtedy swojego
kapitana. No i wiedział, że, jeśli w suszarni, na czwartem piętrze,
rano świeci słońce, to już napewno wiosna, a jak w apreturze - to
lato jest z pewnością. Zimę poznawał po śniegu, no i po tem, że w
postrzygalni palono światło do południa.
I zresztą nic go nie obchodziło; był nawet dobry i uczynny, ale tą
dobrocią bierną automatu, bez udziału woli i świadomości.
Takim był pan Pliszka do dzisiaj.
Ale dzisiaj zaczęło się w nim dziać coś niezrozumiałego.
Obudził się tak wcześnie! A przed samem śniadaniem umyślnie
podciągnął się na czwarte piętro i, sparty o kratę, oddzielającą
jego studnię od sali, patrzał w okno, w niebo, po którem płynęły
chmury zróżowione, dziwnie podobne do rozszarpanych, czystych bel
bawełny... A gdy rozległ się sygnał śniadaniowy, opuścił się na dół
i wyszedł przez fabrykę, na słońce, i bezwiednie przysunął się do
robotników.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.