Rozdział 1
Nigdy nie paliłam, ale to ostatni dzień sziwy po śmierci mojej mamy, więc w zasadzie czemu nie. Trzymam papierosa między zębami i stoję na tarasie za domem, przyglądając się meblom ogrodowym, teraz zabrudzonym przez deszcze, choć jeszcze dwa miesiące temu zachwycały nieskazitelną bielą. Mama zawsze dbała, żeby wszystko było czyste. W ogóle dbała o wszystko.
Carol zawsze pozostawała wierna swoim zasadom:
- Nie wyrzucać dżinsów, które nadają się jeszcze do noszenia.
- Zawsze mieć w domu parę świeżych cytryn.
- Chleb w lodówce można trzymać przez tydzień, a w zamrażalniku przez dwa miesiące.
- Odplamiacz OxiClean poradzi sobie z każdą plamą.
- Lepiej uważać z wybielaczem.
- Latem ubrania lniane są wygodniejsze niż bawełniane.
- Uprawiać zioła zamiast kwiatów.
- Farba nie gryzie, a wyrazisty kolor potrafi odmienić każde wnętrze.
- Na spotkanie w restauracji przychodzi się o czasie, a gdy jest się zaproszonym do czyjegoś domu, dobrze jest się spóźnić pięć minut.
- Nie palić papierosów.
Na dobrą sprawę jeszcze go nie zapaliłam.
-
Carol Almea Silver była filarem społeczności, osobą uwielbianą przez wszystkich, których spotkała na swojej drodze. W ubiegłym tygodniu otworzyliśmy drzwi naszego domu przed ekspedientkami i manikiurzystkami, kobietami z miejscowej świątyni, kelnerami z restauracji Craig's i pielęgniarkami ze szpitala Cedars-Sinai. Zjawiło się też dwoje kasjerów z oddziału banku City National w Roxbury. Jak wyjaśnili: "Przynosiła nam swoje wypieki i zawsze miała przygotowany numer telefonu". Nie zabrakło również małżeństw z klubu towarzyskiego Brentwood. Była też Irene Newton, która co czwartek jadła z moją mamą lunch w formie bufetu w Il Pastaio. Przyszedł nawet barman z hotelu Bel-Air, do którego Carol chodziła na zimne martini. Każdy miał o niej coś do opowiedzenia.
Moja mama była pierwszą osobą, do której zgłaszano się po sprawdzone przepisy (garść cebuli, do tego czosnek, nie zapomnij o szczypcie cukru), i ostatnią, do której dzwoniło się nocą, kiedy nie można było zasnąć (szklanka gorącej wody z cytryną, olejek lawendowy i magnez w tabletkach). Znała dokładne proporcje oliwy z oliwek i czosnku w każdym daniu i potrafiła z łatwością przygotować kolację z trzech dowolnych produktów znalezionych w spiżarni. Miała odpowiedź na wszystko. W przeciwieństwie do mnie. A teraz już nie mogę się do niej zwrócić z żadnym pytaniem.
- Cześć. - Słyszę głos Erica gdzieś z wnętrza domu. - Gdzie są wszyscy?
Eric jest moim mężem i naszym ostatnim gościem na dzisiaj. Choć nie powinno tak być. Powinien towarzyszyć nam przez cały czas, tak jak my siedząc na niskim i twardym krześle, uwięziony pomiędzy zapiekankami makaronowymi, wiecznie dzwoniącym telefonem i niekończącymi się cmoknięciami wymalowanych szminką ust sąsiadek i kobiet, które przedstawiają się jako moje ciocie. Zamiast tego stanął przed chwilą w wejściu do domu, teraz należącego już tylko do mojego ojca, i czeka na zaproszenie do środka.
Zamykam oczy. Może jeśli nie będę go widziała, przestanie mnie szukać. Może spowije mnie jasność tego ostentacyjnie pięknego majowego dnia i zniknę w blasku mocno świecącego słońca, którego zuchwałość przypomina kobietę rozmawiającą głośno przez telefon przy stole. Kto cię tu w ogóle zaprosił?
Wsuwam papierosa do kieszeni dżinsów. W tej chwili nie wyobrażam sobie, jak będzie wyglądał mój świat bez mamy ani kim bez niej będę. Nie dociera do mnie jeszcze, że już nigdy więcej nie zabierze mnie na wtorkowy lunch, a wcześniej nie podjedzie pod mój dom, nie zatrzyma auta przy krawężniku, nie przejmując się zakazem parkowania, i nie wbiegnie do środka z torbą wypakowaną artykułami spożywczymi, kosmetykami do pielęgnacji skóry albo nowym swetrem kupionym w Off 5th. Trudno mi pojąć, że jeśli zadzwonię do niej, jej telefon będzie dzwonić i dzwonić, bo na drugim końcu nie ma już nikogo, kto odebrałby połączenie i powiedział: "Katy, skarbie, zaczekaj chwilę. Mam mokre ręce". Jestem niemal pewna, że nigdy nie pogodzę się ze stratą jej ciepłej, serdecznej obecności. Utratą miejsca, w którym zawsze czułam się jak w domu. Bo moja mama jest wielką miłością mojego życia. A teraz już jej nie ma.
- Eric, wejdź do środka. Czemu tak stoisz na dworze? - Słyszę głos mojego taty dobiegający z domu.
Zaprasza Erica do środka. Mojego męża, który mieszka w naszym domu w Culver City, dwanaście i pół minuty drogi stąd. Erica, który wziął urlop w Disneyu, gdzie pracuje jako kierownik produkcji filmowej, żeby być przy mnie w tym trudnym okresie. Erica, z którym zaczęłam spotykać się w wieku dwudziestu dwóch lat, czyli osiem lat temu. Erica, który wynosi śmieci, potrafi ugotować makaron i zawsze opuszcza po sobie deskę sedesową. Którego ulubionym serialem jest Współczesna rodzina i który płakał na każdym odcinku Parenthood. Któremu ubiegłego wieczoru w naszej kuchni, którą pomogła mi urządzić moja mama, powiedziałam, że nie wiem, czy będę potrafiła nadal być jego żoną.
Jeśli miłością twojego życia jest twoja matka, w jakim położeniu stawia to twojego męża?
- Hej - odzywa się Eric na mój widok. Wychodzi na zewnątrz i mruży oczy. Nieznacznie unosi rękę w geście powitania.
Odwracam się. Na stoliku ogrodowym ze szklanym blatem ustawiona jest taca z powoli obsychającymi plastrami sera. Chociaż na dworze jest ciepło, mam na sobie ciemne dżinsy i wełniany sweter. To dlatego, że w środku jest zimno. Mama lubiła chłód w domu, a ojciec zdążył się do tego przyzwyczaić i chyba nie jest świadom, że może być inaczej.
- Cześć - odpowiadam.
Przytrzymuje dla mnie otwarte drzwi i wymijam go, żeby wejść do środka. Mimo niskiej temperatury w domu jest przytulnie jak zawsze. Moja mama była projektantką wnętrz, cenioną za domowe ciepło swoich projektów. Nasz dom był jej sztandarowym osiągnięciem. Słusznych rozmiarów meble, kwieciste nadruki i bogactwo faktur. Mieszanka stylu Ralpha Laurena z estetyką Laury Ashley, uzupełniona parą bardzo ładnych mokasynów Tod's i śnieżnobiałą koszulą z kołnierzykiem przypinanym guzikami. Uwielbiała drewno i tekstylia, w szczególności lniane, ze starannie wykonanymi przeszyciami.
W lodówce nigdy nie brakowało jedzenia. W spiżarce zawsze czekało parę butelek wina, a na stole każdego dnia stał wazon ze świeżo ściętymi kwiatami. Tymczasem Eric i ja od trzech lat bezskutecznie usiłujemy założyć ogródek ziołowy.
Uśmiecham się do niego. Próbuję przyjąć swój zwyczajny wyraz twarzy, ale nie potrafię. Nie wiem już, kim tak naprawdę jestem. Nie mam pojęcia, jak sobie bez niej radzić.
"Katy, przeżywasz żałobę" - powiedział mi Eric poprzedniego wieczoru. "To dla ciebie bardzo trudne chwile. Nie możesz podejmować teraz takich decyzji. Ludzie nie rozwodzą się w trakcie wojny. Dajmy sobie trochę czasu". Nie wiedział tylko, że dałam sobie już wystarczająco dużo czasu. Całe miesiące. Odkąd mama zachorowała, zastanawiałam się nad autentycznością mojego małżeństwa. Decyzja o rozstaniu z Erikiem nie była podyktowana wyłącznie jej śmiercią. Wynikała raczej z rozmyślania o śmierci jako takiej. W mojej głowie pojawiło się pytanie, czy Eric jest człowiekiem, u którego boku chciałabym spędzić ostatnie dni swojego życia, czy nasze małżeństwo udźwignie ciężar choroby mojej mamy i co z niego pozostanie, gdy będzie już po wszystkim.
Nie mieliśmy jeszcze dzieci. W końcu nadal sami nimi byliśmy, prawda? Poznaliśmy się w wieku dwudziestu dwóch lat jako studenci ostatniego roku na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara. Eric był liberałem ze Wschodniego Wybrzeża, planującym karierę w polityce lub dziennikarstwie. Z kolei ja, od urodzenia mieszkająca w Los Angeles, mocno przywiązana do swoich rodziców i do drzew palmowych, miałam poczucie, że dwie godziny drogi to największa odległość, na jaką mogę oddalić się od domu.
Chodziliśmy razem na obowiązkowe zajęcia z kinematografii, na które oboje zapisaliśmy się z lekkim opóźnieniem, gdy rok akademicki rozpoczął się już na dobre. Usiadł koło mnie pierwszego dnia semestru letniego. Wysoki, odrobinę niezdarny chłopak. Uśmiechnął się do mnie, zaczęliśmy rozmawiać, a pod koniec wykładu wkręcił długopis w moje loki. Miałam wtedy długie, kręcone włosy. Jeszcze nie zaczęłam uparcie ich prostować. Pociągnął za długopis, rozwijając jeden z kędziorów. "Sprężyste" - stwierdził. Czerwienił się. Wcale nie był pewien, czy dobrze zrobił, ale nie wiedział, jak inaczej się zachować. Niezręczność tej sytuacji i absurdalność długopisu wkręconego w moje włosy przez zupełnie obcego mi człowieka sprawiły, że się roześmiałam.
Zaprosił mnie wtedy na kawę. Poszliśmy do klubu studenckiego i siedzieliśmy tam przez bite dwie godziny. Opowiedział mi o swojej rodzinie w Bostonie, o młodszej siostrze i o matce, która wykładała na uniwersytecie Tufts. Spodobało mi się, jak postrzegał bliskie mu kobiety. Mówił o nich w sposób pokazujący, że naprawdę się liczą, i to nie tylko dla niego.
Pocałował mnie dopiero po tygodniu, ale odkąd zaczęliśmy ze sobą chodzić, nic nie stanęło nam na drodze. Żadnego zrywania, ani jednej poważnej kłótni, bez dystansowania się od siebie. Nic ze stałego repertuaru dramatów młodej miłości. Po ukończeniu studiów dostał pracę w nowojorskiej redakcji "Chronicle", więc pojechałam za nim. Urządziliśmy się w malutkiej kawalerce w Greenpoint na Brooklynie. Pracowałam na własny rachunek jako copywriterka dla każdego, kto miał dla mnie jakieś zlecenie. Najczęściej pisałam teksty na blogi modowe, których prowadzący doceniali wsparcie językowe. Działo się to w 2015 roku, kiedy miasto dopiero co podniosło się z finansowej ruiny, a Instagram właśnie stawał się wszechobecny.
Po dwóch latach w Nowym Jorku przeprowadziliśmy się z powrotem do Los Angeles. Wynajęliśmy mieszkanie w Brentwood, blisko domu moich rodziców. Niedługo potem wzięliśmy ślub i kupiliśmy nieduży dom w Culver City, nieco dalszej części miasta. Zbudowaliśmy tam życie, do którego, jak wydaje mi się z perspektywy czasu, jeszcze nie dojrzeliśmy.
"Byłam już po trzydziestce, gdy poznałam twojego ojca" - usłyszałam od mamy po naszym powrocie ze Wschodniego Wybrzeża. "Masz jeszcze sporo czasu. Chyba wolałabym, żebyś się tak nie spieszyła". Ale kochałam Erica. Moja rodzina go uwielbiała. Ponadto od zawsze czułam się bardziej komfortowo wśród starszych ode mnie niż w towarzystwie moich rówieśników. Już w wieku dziesięciu lat miałam poczucie, że należę do grona dorosłych. Pragnęłam wszelkich atrybutów dojrzałości, które pokazałyby innym, że nie jestem już dzieckiem. Ustatkowanie się w młodym wieku wydawało mi się czymś właściwym. Nie potrafiłam zatrzymać biegu wydarzeń. Przyjmowałam wszystko bez mrugnięcia okiem. Aż do poprzedniego wieczoru, kiedy nagle zrozumiałam, że nie tędy droga.
- Przyniosłem pocztę - informuje mnie Eric.
Moja mama nie żyje. Co takiego może zawierać kawałek papieru, co w tej sytuacji byłoby warte przeczytania?
- Zjesz coś?
Dopiero po chwili dociera do mnie, że to pytanie było skierowane do Erica, a zadał je mój ojciec. Po kolejnych paru sekundach orientuję się, że odpowiedź jest twierdząca. Eric kiwa potakująco głową. Następnie zdaję sobie sprawę, że żaden z nich nie potrafi przygotować niczego do jedzenia. Ojcu, tak jak nam wszystkim, gotowała mama. Robiła to po mistrzowsku. Szykowała dla nas wyszukane śniadania. Frittata z kozim serem z wydrążonymi bajglami, do tego sałatka owocowa i filiżanka cappuccino. Gdy pięć lat temu tata przeszedł na emeryturę, rodzice zaczęli jadać na zewnątrz. Rozsiadali się na werandzie i nie ruszali się stamtąd przez następnych kilka godzin. Mama uwielbiała czytać niedzielne wydanie "New York Timesa", a popołudniami raczyła się mrożoną kawą. Ojciec lubił to samo co ona.
Chuck, mój tata, ubóstwiał swoją żonę Carol. W jego przekonaniu wymalowała gwiazdy na nocnym niebie i zawiesiła na nim błyszczący księżyc. Ale jej największym sekretem, choć tata musiał o tym wiedzieć, było to, że jej wielką miłością byłam ja. Kochała mojego ojca, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Jestem pewna, że na całym świecie nie znalazłby się mężczyzna, który mógłby zająć jego miejsce. Jednak relacja łącząca mnie z mamą była czymś wyjątkowym. Byłam dla niej jedyną, tak jak ona dla mnie.
Wydaje mi się, że miłość, jaką darzyła mnie mama, była pełniejsza i czystsza od uczucia, które żywiła do swojego męża. Gdyby zapytać ją, do kogo należy jej serce, odparłaby bez wahania: "Do Katy". "Jesteś dla mnie wszystkim" - zapewniała mnie. "Jesteś całym moim światem".
- Zostało jeszcze coś w lodówce - słyszę własne słowa.
Myślę o rozłożeniu sałaty na talerzach, podgrzaniu kurczaka i przysmażeniu ryżu na chrupko, dokładnie tak, jak lubi mój tata. Ale ojciec zniknął już w poszukiwaniu siekanej zieleniny, która z pewnością zdążyła namoknąć w zamkniętym pudełku. Nie pamiętam, kto ani kiedy ją przyniósł. Wiem tylko, że gdzieś tam jest.
Eric wciąż stoi w drzwiach.
- Myślałem, że porozmawiamy - odzywa się do mnie.
Wyszłam z domu poprzedniego wieczoru i przyjechałam prosto tutaj. Drzwi otworzyłam własnym kluczem, tak jak robiłam to tysiące razy. Wspięłam się po cichu na górę. Dochodziła północ. Wsunęłam głowę do sypialni rodziców, spodziewając się zobaczyć tam pogrążonego we śnie ojca, ale w pomieszczeniu nikogo nie było. Zajrzałam do pokoju gościnnego, jednak tam również go nie znalazłam. Zeszłam z powrotem na dół, do salonu. Tata spał na kanapie, a na podłodze leżała oprawiona w ramkę fotografia ślubna.
Przykryłam go kocem. Nawet się nie poruszył. Następnie wróciłam na piętro i położyłam się w łóżku rodziców, po stronie, którą zawsze zajmowała moja mama.
Gdy rano zeszłam na dół, tata parzył właśnie kawę. Nie wspomniałam ani słowem o kanapie, a on nie zapytał mnie, co robiłam na piętrze ani gdzie spałam. Wybaczamy sobie te drobne dziwactwa, małe odstępstwa od normy, dzięki którym jakoś się trzymamy.
- Katy - zwraca się do mnie Eric, gdy długo nie odpowiadam. - Porozmawiajmy.
Kłopot w tym, że wolałabym tego nie robić. Nie ufam sobie. Wszystko jest zbyt delikatne. Boję się, że jeśli tylko wypowiem jej imię, z mojego gardła zacznie wydobywać się wyłącznie krzyk.
- Jesteś głodny? - pytam Erica.
- Wrócisz do domu?
W jego głosie słychać echo niepokoju i dociera do mnie, zresztą nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich paru miesięcy, jak nieporadni oboje jesteśmy w obliczu dyskomfortu. Nie mamy pojęcia, jak prowadzić życie, z którego odpadło dno trzymające wszystko w ryzach. Nie tego oczekiwaliśmy po naszych rodzinach i naszym małżeństwie. Obiecywaliśmy sobie świetlaną przyszłość, ale nie wiemy, jak dotrzymać tych obietnic w ciemności, która niespodziewanie zapadła wokół nas.
- Chcę ci pomóc - deklaruje Eric. - Ale musisz ze mną porozmawiać.
- Muszę - powtarzam bezwiednie.
- Musisz.
- Czemu? - Zdaję sobie sprawę, że brzmię jak kapryśne dziecko, ale właśnie tak się czuję.
- Bo jestem twoim mężem - odpowiada. - To przecież ja. Po to tu jestem. Chcę pomóc.
Nagle ogarnia mnie tak dobrze mi znane uczucie gniewu, a w myślach pulsują zapisane pogrubioną czcionką słowa: "Ale nie możesz". Przez trzydzieści lat byłam przywiązana do najwspanialszej osoby na świecie. Do najlepszej mamy, najlepszej przyjaciółki, najlepszej żony. Do kogoś, kto nie miał sobie równych. Zawsze przy mnie była, a teraz jej nie ma. Nić, która nas łączyła, została bezpowrotnie przecięta, a ja nie mogę uwierzyć, jak niewiele mi pozostało. Jak bardzo drugorzędne wszystko się wydaje w porównaniu z tym, co utraciłam.
Kiwam głową, bo co innego miałabym zrobić. Eric wręcza mi stertę kopert.
- Powinnaś zajrzeć do tej na wierzchu - mówi.
Spoglądam w dół. Na kopercie nadrukowana jest nazwa linii lotniczych United Airlines. Czuję, jak moje palce zaciskają się na papierze.
- Dzięki.
- Chcesz zostać sama? - pyta Eric. - Mogę pójść po kanapki albo...
Przyglądam się mu. Ma na sobie koszulę oksfordzką i spodenki w kolorze khaki. Przenosi ciężar ciała na przemian z jednej nogi na drugą. Jego brązowe włosy są już zbyt długie z tyłu głowy, podobnie jak bokobrody. Przydałby mu się fryzjer. Na nosie ma okulary. "Gogusiowaty przystojniak" - tak określiła go moja mama, gdy jej go przedstawiłam.
- Nie - odpowiadam. - Nie trzeba.
Eric zwraca się do moich rodziców po imieniu. Zdejmuje w przedpokoju buty i kładzie nogi w skarpetkach na stoliku kawowym. Zagląda do lodówki, kiedy jest głodny, i uzupełnia dozownik, gdy zabraknie w nim mydła. To również jego dom.
- Pójdę się położyć - stwierdzam.
Odwracam się, żeby odejść, ale Eric wyciąga rękę i chwyta mnie za dłoń. Czuję ściskające ją chłodne czubki jego palców. Zupełnie jakby nadawał wiadomość alfabetem Morse'a. Jedno krótkie słowo: "Proszę".
- Później - rzucam. - Dobrze?
Puszcza mnie.
Wchodzę po schodach. Idę wzdłuż korytarza wyłożonego drewnianą boazerią, mijając drzwi do mojego dawnego pokoju, który wyremontowałam razem z mamą, gdy byłam na drugim roku studiów, a potem po raz kolejny, kiedy miałam dwadzieścia siedem lat. Jego ściany pokrywa tapeta w paski, na łóżku leży biała pościel, a szafa jest pełna sportowych bluz i sukienek na ramiączkach. W szafce na lekarstwa znajduje się cały zestaw moich kosmetyków do pielęgnacji skóry, teraz już dawno przeterminowanych.
"Masz tu wszystko, czego możesz potrzebować" - mawiała moja mama. Podobało jej się, że mogłam tu przenocować, jeśli zrobiło się późno. Nie musiałam niczego ze sobą zabierać, nawet szczoteczki do zębów.
Zatrzymuję się przed drzwiami do jej pokoju. Ile czasu mija, zanim całkowicie ulotni się czyjś zapach? Spędziła tu swoje ostatnie dni. Pielęgniarki z hospicjum zjawiały się i znikały jak duchy, w pokoju pachniało chorobą, szpitalem, plastikiem, rosołem warzywnym i skwaśniałym mlekiem. Teraz wszystko to zniknęło, na powrót zastąpione jej dawnym wiosennym zapachem. Ukrył się w pościeli, w dywanie i w zasłonach. Gdy otwieram jej szafę, odnoszę wrażenie, że mama siedzi w niej w kucki.
Zapalam światło i siadam pośród jej sukienek, blezerów i dżinsów, wyprasowanych, złożonych i rozwieszonych. Wdycham jej zapach. Po chwili przypominam sobie o kopertach, które nadal trzymam w dłoni. Pozwalam, żeby rozsypały się na podłodze. Z wyjątkiem jednej, tej, która znajdowała się na wierzchu. Wsuwam mały palec pod skrzydełko koperty i poruszam nim, stopniowo rozrywając papier. Nie stawia większego oporu.
W środku, tak jak się spodziewałam, znajduję dwa bilety lotnicze. Carol Almea Silver nie była kobietą, która wyciągałaby telefon, żeby pracownik lotniska mógł zeskanować wyświetlony na ekranie bilet. Wychodziła z założenia, że na udaną wycieczkę trzeba wybrać się z porządnym biletem.
Positano. 5 czerwca. Za sześć dni. Wspólna wyprawa matki i córki, do której wracałyśmy w rozmowach przez wiele lat, wreszcie przyjęła rzeczywistą formę.
Włochy od zawsze były dla mojej mamy wyjątkowym miejscem. Ostatnie wakacje przed poznaniem taty spędziła na Wybrzeżu Amalfi. W swoich wspomnieniach opisywała Positano, małe miasteczko nad brzegiem morza, jako prawdziwy raj na ziemi. Uwielbiała tamtejsze ubrania, jedzenie i światło. Zapewniała, że włoskie lody można jeść zamiast obiadu.
Eric i ja zastanawialiśmy się, czy nie wybrać się tam na miesiąc miodowy, pociągiem z Rzymu na południe i dalej łodzią na Capri. Ale byliśmy młodzi i oszczędzaliśmy na zakup domu, więc uznaliśmy taką wyprawę za zbytnią ekstrawagancję. Ostatecznie znaleźliśmy tani lot na Hawaje i zatrzymaliśmy się na trzy noce w hotelu Grand Wailea na Maui.
Przyglądam się biletom. Mama wciąż myślała o powrocie do Positano. Na początku planowała wyjazd z ojcem, ale wraz z upływem czasu zaczęła sugerować, że powinnyśmy pojechać tam tylko we dwie. Była pod tym względem niezwykle stanowcza - chciała pokazać mi miejsce, które na zawsze zapisało się w jej pamięci i było dla niej swoistą mekką, odwiedzoną tuż przed tym, jak stała się kobietą, żoną, a niedługo potem matką.
"To najwspanialsze miejsce pod słońcem" - zapewniała mnie. "Kiedy tam byłam, spaliśmy do południa, a potem wypływaliśmy łodzią w morze. Chodziliśmy do cudownej malutkiej knajpki tuż obok przystani. Nazywała się Chez Black. Jedliśmy makaron i małże, siedząc na piasku. Mam wrażenie, że to wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj".
Zdecydowałyśmy się na wyjazd. Zaczęło się od marzeń, które zamieniły się w luźne, nieśmiałe plany dotyczące bliżej nieokreślonej przyszłości, a potem, kiedy mama zachorowała, stały się naszym światełkiem w tunelu. "Gdy wyzdrowieję" ustąpiło miejsca "kiedy pojedziemy do Positano".
Zarezerwowałyśmy bilety. Mama zamówiła dla nas letnie swetry w odcieniach bieli i beżu, z kapeluszami przeciwsłonecznymi o szerokich rondach do kompletu. Aż do samego końca planowałyśmy i udawałyśmy, że to wciąż możliwe. Jeszcze tydzień przed jej śmiercią rozmawiałyśmy o wypoczynku pod włoskim słońcem. A teraz nadszedł czas wyjazdu, tyle że nie mam już z kim pojechać.
Przesuwam się tak, żeby oprzeć się plecami o bok szafy. O moje ramię ociera się zawieszony w niej płaszcz. Myślę o swoim mężu i o tacie, którzy zostali na dole. Mama miała z nimi lepszy kontakt niż ja. Przekonała Erica do podjęcia pracy w Disneyu, do poproszenia o podwyżkę, do zakupu samochodu, który bardzo chciał mieć, i do zainwestowania w porządny garnitur. Powtarzała, że "pieniądze zawsze się znajdą, a wspomnienia pozostają z nami do końca życia".
Mama wspierała tatę, gdy otwierał swój pierwszy sklep odzieżowy. Ani przez chwilę nie wątpiła, że może stworzyć własną markę ani w to, że mogą sami produkować ubrania. Miała doskonałe oko. Potrafiła na podstawie krótkiego spojrzenia ocenić, czy szpulka nici jest dobrej jakości. Pilnowała, aby każda sztuka odzieży oferowana w sklepie ojca odpowiadała jej standardom. Pełniła też funkcję sekretarki, odbierała telefony i przyjmowała zamówienia. Zatrudniła i przeszkoliła każdą osobę, która kiedykolwiek pracowała w ich firmie. Wyjaśniała im, dlaczego szew powinien być niewidoczny, a także na czym polega różnica między plisą a falbanką. Planowała chrzty i przyjęcia urodzinowe pracowników firmy oraz ich dzieci. W każdy piątek piekła ciasto.
Carol odnajdywała się w każdej sytuacji. A ja chowam się w jej garderobie, kompletnie zdezorientowana. Jakim cudem nie odziedziczyłam po niej żadnej z jej niezliczonych zdolności? Jedyna osoba, która wiedziałaby, jak poradzić sobie z jej śmiercią, odeszła.
Słyszę szelest papieru zgniatanego w mocno zaciśniętej dłoni. Nie mogłabym. Nie ma mowy. Mam pracę. I pogrążonego w żałobie ojca. No i męża.
Z dołu dociera do mnie brzęk patelni. Hałas spowodowany nieznajomością urządzeń, zawartości szafek i kuchennej choreografii. Wszyscy jesteśmy pogubieni.
Wiem tylko tyle, że nie ma jej w domu, w którym umarła. Nie ma jej na dole, w kuchni, którą uwielbiała. Nie ma jej w salonie, składającej koce i poprawiającej fotografie ślubne na ścianie. Nie ma jej w ogrodzie, przycinającej z założonymi rękawicami pędy pomidorów. Nie ma jej w tej szafie, w której nadal unosi się jej zapach.
Nie ma jej tutaj, dlatego mnie też nie może tu być.
Lot numer 363.
Chcę zobaczyć to, co widziała i co pokochała, zanim obdarzyła miłością mnie. Chcę pojechać tam, dokąd zawsze chciała wrócić. Odwiedzić to magiczne miejsce, które tak głęboko zakorzeniło się w jej wspomnieniach.
Podciągam kolana i chowam między nimi głowę. Czuję, jak coś uciska mnie w tylnej kieszeni spodni. Wyciągam z niej papierosa, zniekształconego i rozgrzanego ciepłem mojego ciała, który natychmiast rozpada mi się w rękach.
- Proszę... proszę... - wypowiadam na głos, czekając z nadzieją, aż mama lub chociaż szafa pełna jej ubrań powiedzą mi, co mam dalej robić.