Petyhorzec - Władysław Łoziński

Kup ebooka

9.90 zł
8.22 zł (8,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I.

...Kie­dy z cho­rą­gwią moją sta­łem we Lwo­wie, przy­jeż­dżał do mnie i do ofi­ce­rów mo­ich bar­dzo czę­sto nie­ja­ki Ra­fał Krysz­pin, to­wa­rzysz pe­ty­hor­ski1, mło­dy człek jesz­cze, z po­czci­wej ro­dzi­ny szla­chec­kiej, gdzieś na Li­twie osia­dłej, uro­dzi­wy, grzecz­ny i we­so­łej bar­dzo fan­ta­zji. Był on na­ufra­gus2 w tych stro­nach, bo rzu­ci­ły go tu na Ruś owe nie­szczę­śli­we przy­go­dy pu­blicz­ne, któ­re Bóg ze­słał w owych cza­sach na tę mi­zer­ną oj­czy­znę na­szą3. Nie wiem, czy miał wię­cej lat dwu­dzie­stu kil­ku; dziw­nej przy­jem­no­ści był brat i to­wa­rzysz, do uciesz­nych żar­tów, fi­glów i bom­ban­sów4 szcze­gól­nie spraw­ny, a już to cięż­ka mu­sia­ła być me­lan­cho­lia, któ­rej by kon­cep­ta­mi swe­mi nie po­tra­fił od­pę­dzić.

Spadł na Ruś tu­tej­szą, jak z musz­kie­tu wy­strze­lo­ny, głod­ny i goły jak Ta­ta­rzyn na ste­pie; w jed­nym ko­le­cie5 i bur­ce6, na zbie­dzo­nej szka­pie przedarł się pod Lwów i w Żół­kwi nie­spo­dzie­wa­ne zna­lazł przy­tu­le­nie. Ro­dzi­ce jego byli szlach­ta słusz­ni i po­sse­sio­na­ti7, oj­ciec wku­pił go na re­gestr8 cho­rą­gwi pe­ty­hor­skiej, nie­gdyś imie­nia Jegomo­ści Kró­le­wi­cza Xa­wie­ra, a że był wiel­ki przy­ja­ciel i ad­he­rent9 księ­cia wo­je­wo­dy wi­leń­skie­go10, więc kie­dy ten pan prze­ciw Mo­skwie w pole ru­szył, mło­dy Krysz­pin za kon­fe­de­ra­cją pod zna­ki Ra­dzi­wił­łow­skie po­spie­szył. Nie­dłu­ga to była kam­pa­nia; ksią­żę wo­je­wo­da nie­ba­wem pla­cu ustą­pić mu­siał; a kto z jego woj­ska za­wcza­su o so­bie nie ra­dził, temu kwa­śno było. Krysz­pin do­stał się w ręce fur­wach­tu11 ro­syj­skie­go, ale że był zu­chwa­łe­go ani­mu­szu, gdzieś na noc­le­gu sza­bli się do­rwał, ko­za­ków dwóch za­rą­bał, trze­cie­go z ko­nia zsa­dził i na ko­zac­kiej szka­pie uciekł. Do pana ojca wra­cać i trud­no było, i nie­bez­piecz­no, zre­zol­wo­wał12 się tedy iść za for­tu­ną pana wo­je­wo­dy, tak so­bie my­śląc, że go kę­dyś jesz­cze ry­sią13 do­pę­dzi na po­pa­sie. Szu­kał Ra­dzi­wił­ła jak wia­tra w polu, a że mu ktoś po­wie­dział, że pan ten pew­nie do swych dóbr żół­kiew­skich uszedł, wziął się w te stro­ny, a kie­dy po mno­gich awan­tu­rach i do­brze za­znaw­szy bie­dy sta­nął w Żół­kwi, bar­dzo mu było mar­kot­no, bo się prze­ko­nał na­resz­cie, że Ra­dzi­wił­ła tam nie masz, a za to jest ro­syj­ska ko­men­da bia­ło­zer­skie­go puł­ku z kor­pu­su ge­ne­ra­ła Kre­czet­ni­ko­wa. Miał już drap­nąć zno­wu, kie­dy oto spo­ty­ka na­gle do­bre­go zna­jo­me­go, Li­twi­na tak­że, a na­wet krew­nia­ka swe­go, JMpa­na Mar­choc­kie­go, cze­śni­ka14 czer­wo­no­grodz­kie­go, cho­rą­że­go pe­ty­hor­skie­go zna­ku, któ­re­mu to Mar­choc­kie­mu ksią­żę wo­je­wo­da wi­leń­ski od­dał ju­rys­dyk­cję15 zam­ko­wą, jako sta­ro­ście. Ten go tedy wziął, ogar­nął, przed ro­syj­ski­mi zwia­da­mi ucho­wał i u sie­bie chęt­nym ser­cem aż do dal­szej ja­kiej mu­ta­cji16 rze­czy za­trzy­mał.

Krysz­pin w Żół­kwi sro­dze się nu­dził i na su­kurs17 pie­nięż­ny od ojca cze­kał, a od cza­su do cza­su do Lwo­wa za­glą­dał, gdzie, że lu­bił we­so­łą i woj­sko­wą kom­pa­nię, do mnie i do ofi­ce­rów mo­ich się przy­py­tał, nie ba­cząc na to, że my, dra­go­nia cu­dzo­ziem­skie­go au­to­ra­men­tu, jako żoł­nie­rze Kró­la Jegomo­ści za inną szli par­tią.

- A to mnie nie za­wa­dzi - ma­wiał do nas - że ja z wać­pa­na­mi ko­mi­ty­wę przy­ja­ciel­ską trzy­mam, abym do was nie strze­lał, kie­dy ze swo­imi będę, a wać­pa­nom w polu do oczu sta­nę.

Bar­dzo my tego Krysz­pi­na po­lu­bi­li, a już naj­bar­dziej za jego wdzięcz­ne śpie­wa­nie przy szpi­ne­cie18, za opo­wie­ści kro­to­chwil­ne i prze­róż­ne frasz­ki i prze­kwin­ty19, któ­re za­wsze bez ni­czy­je­go kon­temp­tu20 były, bo wszyst­kich śmie­szył, a ni­ko­go nie ugryzł.

Owo pew­ne­go razu przy­je­chał do Lwo­wa Krysz­pin na owej szka­pie ko­zac­kiej, na któ­rej był uciekł, a któ­rej się cią­gle trzy­mał, ja­kieś nie­sły­cha­ne cno­ty co dzień w niej od­kry­wa­jąc, i za­dy­sza­ny przy­biegł na na­szą kwa­te­rę z wiel­ką no­wi­ną, jako mu pan oj­ciec jego przez pi­sa­rza eko­no­mii z Li­twy wra­ca­ją­ce­go, tro­chę pie­nię­dzy przy­słał i pod ry­go­rem do po­wro­tu wzy­wał, al­bo­wiem po klę­sce księ­cia wo­je­wo­dy wiel­ką we­ksą21 jest uci­śnio­ny, i pod obu­chem róż­nych kon­dem­nat22 ję­czy, a par­tia prze­ciw­na z wszyst­kich wio­sek, któ­re od księ­cia w te­nu­cie23 miał, już go wy­trzę­sła, a na­wet na oj­co­wiź­nie wiel­ką opre­sję mu czy­ni - tak że po­mo­cy mu sy­now­skiej trze­ba ko­niecz­nie. Tedy, jak pra­wił Krysz­pin, choć rad temu jest, że już w Żół­kwi na ła­sce pana Mar­choc­kie­go sie­dzieć nie po­trze­bu­je, tak prze­cie mu bar­dzo mar­kot­no, że nas po­że­gnać bę­dzie mu­siał, kto wie, czy na wi­dze­nie jesz­cze, a je­śli na wi­dze­nie, czy na złe albo do­bre. Owóż, żeby osło­dzić go­rycz se­pa­ra­cji24, pro­si nas wszyst­kich ofi­ce­rów, aby­śmy do nie­go do Żół­kwi je­cha­li ko­niecz­nie na że­gna­nie, a on na tę ser­decz­ną wa­le­tę25 chce nas ugo­ścić po pe­ty­hor­sku, z przy­stoj­ną pro­fu­zją26 łez i wina, ja­kie­go pew­nie na­wet Jmć pan Za­cha­ry­asz Łada Za­wey­da, mój won­czas sub­al­tern-ofi­cer27, co pod róż­ny­mi zna­ki i w róż­nych służ­bach wa­lecz­nie pi­jał i jest exper­tus spe­cja­li­sta, z pew­no­ścią nie za­sma­ko­wał ni­g­dy.

Nie było rady i spo­so­bu od­mó­wić - po­je­cha­li­śmy tedy w pię­ciu do Żół­kwi, gdzie Krysz­pin, w zam­ku ma­jąc swo­ją kwa­te­rę u pana Mar­choc­kie­go, z wiel­ką uczci­wo­ścią nas po­dej­mo­wał i aż do wie­cze­rzy za­trzy­mał, na któ­rej in­ter po­cu­la28 do wiel­kiej ocho­ty wszyst­kim nam przy­szło, tak, że i ja, com w trun­kach za­wsze wstrze­mięź­li­wej mia­ry ba­czył, tym ra­zem dla tej ani­ma­cji jego ser­decz­nej nie­co po­nad sztrych29 za­ży­łem. Krysz­pin już prze­stał śpie­wać, a Za­wey­da za­czął, co znak był oczy­wi­sty, że obaj miar­ki moc­no prze­bra­li, ja prze­cież trzy­ma­łem się tyle, aby pa­mię­tać o so­bie i że już czas, aby do Lwo­wa nocą wra­cać, bo na­za­jutrz z rana każ­dy z nas ja­kiś służ­bo­wy or­dy­nans30 miał, a pan ko­men­dant Ko­ry­tow­ski pod su­ro­wą ani­ma­dwer­sją31 re­gu­la­men­tów32 ry­go­ru prze­strze­gał. Za­wey­da okrut­nym gło­sem po­czął pieśń pi­jac­ką:

Bibe, bibe, bibe, bibe!

Tu qui sa­tis bibe, bibe!

Tum Za­wey­da im­pe­rat!33

A bio­rąc na sztych bied­ne­go Krysz­pi­na, któ­re­go twarz go­rza­ła w pło­mie­niach, do nie­go kie­ro­wał swo­je kon­cep­ta i stro­fy - ale kie­dy już za­czął sro­dze chry­pieć i le­d­wie skoń­czyć mógł apo­stro­fę:

Krysz­pin ca­put tibi fu­mat,

Ne quis ignis te con­su­mat,

Stin­gue mero ci­tius!34 -

nie da­łem już da­lej stin­gu­ere35 tego po­ża­ru, któ­ry taką oli­wą ga­szo­ny był­by z na­szych łbów na Żół­kiew się prze­niósł i całe sła­wet­ne mia­sto w noc­nej spo­koj­no­ści za­lar­mo­wał, ale po­rwa­łem się szyb­ko, szpa­dę prze­pa­sa­łem i da­łem moim ofi­ce­rom sy­gnał do że­gna­nia. Pro­te­sto­wał się Krysz­pin, pu­ścić nie chciał, pra­wie na pro­gu się kładł, a wi­dząc, że na próż­no, rze­cze:

- Tedy ja was od­pro­wa­dzę!

Za­wo­łał na wy­rost­ka, ka­zał osio­dłać "ciot­kę", bo tak na­zy­wał swo­ją szka­pę ko­zac­ką, siadł i z nami dro­gą lwow­ską się pu­ścił.

Za­po­mnia­łem z góry po­wie­dzieć, że to zimą było; dzień pięk­ny był, kie­dy­śmy do Żół­kwi je­cha­li, ale te­raz nocą, choć du­że­go mro­zu nie było i le­d­wie bło­to tęgo za­krze­pło na dro­dze, na­gle wiel­ka się wzię­ła za­wie­ru­cha. Le­d­wie kil­ka Zdro­waś Ma­rio uje­cha­li­śmy za mia­sto, kie­dy tak się mio­tać po­czę­ła śnież­ni­ca, że świa­ta wi­dać nie było. Roz­ma­wiać z sobą nie moż­na, na­wet Za­wey­da mil­czeć mu­siał, spró­bo­waw­szy kil­ka razy, że wia­tru nie prze­ga­da. Tak tedy po­chy­liw­szy się w sio­dle je­cha­li­śmy da­lej, je­den o dru­gim nie wie­dząc. Ja­koś po go­dzi­nie dro­gi wiatr się po­ło­żył, śnieg ustał, chmu­ry po­dar­ły się w duże szma­ty na nie­bie i księ­życ wy­to­czył się ja­sny i ru­mia­ny jak du­kat ho­len­der­ski na nie­bo. Do­pie­ro te­raz je­den i dru­gi koł­nierz z uszu spu­ścił, śnieg strze­pał i do­ko­ła się roz­gląd­nął, czy­śmy gdzie w tej za­dym­ce nie zbłą­dzi­li z dro­gi.

- Krysz­pin! A gdzie Krysz­pin? - za­wo­łał na­raz Za­wey­da.

Sta­nę­li­śmy, ogląd­nę­li się dokoła - Krysz­pi­na nie ma!

Rada w radę, gdzie by się po­dział, a choć z po­cząt­ku tro­chę nam o nie­go trwoż­no było, tak so­bie prze­cie jego znik­nię­cie skom­bi­no­wa­li­śmy, że za­pew­ne jesz­cze za­raz za Żół­kwią, kie­dy śnież­ni­ca z ta­kim im­pe­tem się ze­rwa­ła, do domu się wró­cił - a na­wet praw­dę szcze­rą mó­wiąc, nikt z nas po tylu wi­wa­tach ju­ra­men­tu36 by był nie zło­żył, jako Krysz­pin istot­nie wy­je­chał z nami z Żół­kwi, bo w gło­wie tak samo prusz­no było, jak na dwo­rze od za­dym­ki. Noc nad­to była bar­dzo po­god­na, księ­życ w peł­ni, mro­zu ma­lut­ko - nic mu się stać nie mo­gło.

Nie ze wszyst­kim mie­li­śmy ra­cją, jak się póź­niej po­ka­za­ło, ale w to ugad­nę­li­śmy prze­cież, że mu się nic złe­go nie sta­ło, ow­szem daj Pa­nie Boże każ­de­mu taką przy­go­dę, jaka się jemu zda­rzy­ła. Czy­sta to oso­bli­wość była i dłu­go wszy­scy w tych stro­nach o niej mó­wi­li - tan­dem37 i ja ją mię­dzy moje opo­wie­ści kła­dę.

II.

Był za­cny szlach­cic Or­tyń­ski, cze­śnik zwi­no­grodz­ki, któ­ry mię­dzy Lwo­wem a Żół­kwią na cale so­wi­tej wło­ści sie­dział, a famę miał wiel­ce bo­ga­te­go, ale nad mia­rę oszczęd­ne­go człe­ka. Ter po­sse­sio­na­tus38, bo oprócz wio­ski, na któ­rej miesz­kał, dwie inne za Rawą po­sia­dał jesz­cze, a nad­to sumy miał na każ­dym pra­wie pań­skim klu­czu w oko­li­cy. Lo­ko­wał na do­bry pro­cent pie­nią­dze, miał hi­po­tecz­ki okrą­głe i u pana wo­je­wo­dy Cet­ne­ra, i u pani kasz­te­la­no­wej Hu­miec­kiej, i na Żół­kiewsz­czyź­nie u księ­cia Ra­dzi­wił­ła, a na­wet ły­kom39 ku­li­kow­skim i żół­kiew­skim po­ży­czał, a skrzyn­ka w domu mimo to peł­na była. Za to prze­cież z skrom­ne­go szla­chec­kie­go sta­nicz­ku nie wy­cho­dził; nikt by był nie po­znał po szla­chet­ce, że taki so­bie za­pa­śny, bo tem bar­dziej się krył z for­tu­ną, że wiel­ce ma­łe­go ani­mu­szu już z na­tu­ry i trwoż­li­wy bar­dzo w zwy­kłym cza­sie, wśród po­wszech­nych za­bu­rzeń po­li­tycz­nych tej pory nie­szczę­snej bał się okrut­nie ja­kiej wy­gra­wa­cji40 lub we­ksy, a że w ser­cu był wiel­ki opo­nent kró­la i całą du­szą kon­fe­de­ra­cji sprzy­jał, tedy choć się z tem ni­g­dy nie po­ka­zy­wał, prze­cie wła­sne­go się cie­nia bał, i z tego na­wet w po­wie­cie był zna­ny.

Ten pan Or­tyń­ski wdo­wiec był i miał tyl­ko je­dy­nacz­kę cór­kę, pan­nę Mar­cy­bel­lę, pan­nę wiel­ce gład­ką i uro­dzi­wą, ale ją trzy­mał w domu jak w klasz­to­rze wraz z ciot­ką ja­kąś da­le­ką i za mąż wy­dać nie chciał, mimo że siła słusz­nych mia­ła kon­ku­ren­tów, co że czy­nił, jed­ni mó­wi­li, ze skąp­stwa, aby zię­cio­wi opra­wy w pro­por­cji do for­tu­ny nie dać, a dru­dzy, że z wiel­kie­go afek­tu ro­dzi­ciel­skie­go do onej cór­ki, któ­rą tak mi­ło­wał, że roz­sta­nia prze­nieść by nie mógł, choć nie­je­den z ka­wa­le­rów ma­wiał, że i z po­sa­gu by re­zy­gno­wał, a gołą pan­nę rad by brał, cze­mu ja choć już sta­ry, bar­dzo łac­no wie­rzę. Je­den prze­cie kon­ku­rent sta­tecz­nie koło ojca i pan­ny za­cho­dził, a to pan pod­sę­dek41 Omę­ta, i ten choć u pan­ny żad­nych aspek­tów42 nie miał, pola nie ustę­py­wał, bo i tro­chę ojca miał po so­bie, i cór­kę cier­pli­wo­ścią a uprzy­krze­niem znie­wo­lić się spo­dzie­wał.

Owo tej sa­mej nocy ten pan Or­tyń­ski z swo­ich raw­skich wło­ści, na któ­rych tyl­ko pod­sta­ro­ście­go43 miał, wra­cał do sie­bie, a kie­dy go bu­rza za­sko­czy­ła, w karcz­mie pod Żół­kwią prze­cze­kał i do­pie­ro po ja­snym mie­siącz­ku w dal­szą dro­gę się pu­ścił. Le­d­wie ćwierć mili uje­chał, kie­dy tuż obok dro­gi na polu wi­dzi w świe­tle księ­ży­co­wym ko­nia, sto­ją­ce­go nad czemś czar­nym, co od­bi­ja­ło wy­raź­nie na bia­łym śnie­gu. Koń był ko­zac­ki i po ko­zac­ku okul­ba­czo­ny i stał gdy­by mar­twy, że zda­ło się, ja­ko­by straż trzy­mał przy czemś.

- Ju­rasz! Co to za koń tam w polu? - pyta pan Or­tyń­ski, wy­chy­la­jąc się z ka­ła­masz­ki44.

- I koń, i człek ja­kiś koło nie­go, jeno że albo spi, albo za­marzł...

- Jeź­li spi, to go zbudź - mówi pan Or­tyń­ski - a jak za­marzł, to wiecz­ne mu od­po­czy­wa­nie... Ale wi­dzi mi się, że spi tyl­ko.

Ju­rasz zlazł z ko­zła, po­szedł do ko­nia i zo­ba­czył, że w śnie­gu leży mło­dy czło­wiek w ciem­nej bur­ce, ja­kiej ka­wa­le­ria na­ro­do­wa uży­wa­ła, w koł­pacz­ku45 pil­śnio­wym46 na woj­sko­wy mo­de­lusz47, w du­żych sztyl­pach48 z ostro­ga­mi i przy sza­bli. Wziął Ju­rasz obu­rącz le­żą­ce­go za bary, po­trząsł nim jak sno­pem raz, po­trząsł dru­gi, że już by in­ne­go i roz­trząsł był z kre­te­sem, ale on nie­bo­ra­czek ani po­wiek nie roz­warł, ani naj­mniej­sze­go dał zna­ku ży­wo­ta.

- Za­marzł pa­nie! - rze­cze.

- Re­qu­ie­scat in pace...49 - mruk­nął pan Or­tyń­ski a z cie­ka­wo­ści do­dał jesz­cze: - Czy ko­zak?

- Nie ko­zak, pa­nie; sza­bla od sre­bra i ubra­nie też bar­dzo fo­rem­ne... Tak coś z szla­chec­ka wy­glą­da!

Pan Or­tyń­ski zdję­ty cie­ka­wo­ścią, a i chrze­ściań­ską kom­mi­ze­ra­cją50 po tro­sze, bo to i jaki zna­jo­my do­bry lub są­siad mógł być, choć tego szka­pa ko­zac­ka nie po­ka­zy­wa­ła - zrzu­cił z ra­mion niedź­wiad­ki i tak w sa­mej li­siu­rze51 po­szedł ku le­żą­ce­mu. Pa­trzy, leży mło­dy czło­wiek bez tchu, ubra­ny przy­stoj­nie, z sza­bel­ką mi­ster­nej ro­bo­ty, sre­brem bitą, z egre­tą52 ta­koż srebr­ną u koł­pa­ka i zło­ci­stą agra­fą53 przy bur­ce - snać człek przed­niej­szej kon­dy­cji. Po­chy­lił się ku nie­ży­we­mu, zdjął rę­ka­wi­cę z jed­nej ręki, pa­trzy, jest pier­ścień z klej­no­tem szla­chec­kim, jeno her­bu od­róż­nić nie moż­na po oćmie54. Ka­zał jesz­cze raz i dru­gi po­trząść le­żą­ce­go, huk­nąć co siły nad uszy­ma, strze­lić z bata nad gło­wą - źle, ani weź. Za­marzł i kwi­ta.

- A co te­raz zro­bić? - my­śli so­bie pan Or­tyń­ski, już tro­chę prze­stra­szo­ny i na sa­me­go sie­bie zły, że dla pło­chej cie­ka­wo­ści za­trzy­mał się w dro­dze, a te­raz przy­go­dy się do­py­tał i kło­po­tu. Je­chać da­lej i zo­sta­wić nie­zna­jo­me­go, nie­ludz­ka rzecz; a nuż żyw jesz­cze, a gdy go od­je­dzie, do­pie­ro za­mar­z­nie na­praw­dę. Wieźć z sobą - tak­że źle, go­rzej może; przy­wie­ziesz do domu tru­pa; co z nim zro­bisz; masz to­bie go­ścia! Może naj­le­piej i zo­sta­wić; a com ja temu wi­nien; za­marzł beze mnie, nie od­mar­z­nie przy mnie... Ot naj­le­piej, wró­cę z nim do karcz­my, tam zo­sta­wię, a sam się od wszyst­kie­go sal­wo­wać55 będę... Kie­dy bo szlach­cic, wi­dać to z sza­bli i z klej­no­tu - a kie­dy szlach­cic, to i ka­to­lik - ostat­nia tan­dem rzecz zo­sta­wić zwło­ki u żyda. A nuż nie­bo­ra­czek przy so­bie grosz ma jaki, obe­drą go; na su­mie­niu to bę­dzie... Zresz­tą wra­cać do karcz­my taka dro­ga, jak do domu. Co ro­bić?

Treść dostępna w wersji pełnej.