I.
...Kiedy z chorągwią moją stałem we Lwowie, przyjeżdżał do mnie i do oficerów moich bardzo często niejaki Rafał Kryszpin, towarzysz petyhorski1, młody człek jeszcze, z poczciwej rodziny szlacheckiej, gdzieś na Litwie osiadłej, urodziwy, grzeczny i wesołej bardzo fantazji. Był on naufragus2 w tych stronach, bo rzuciły go tu na Ruś owe nieszczęśliwe przygody publiczne, które Bóg zesłał w owych czasach na tę mizerną ojczyznę naszą3. Nie wiem, czy miał więcej lat dwudziestu kilku; dziwnej przyjemności był brat i towarzysz, do uciesznych żartów, figlów i bombansów4 szczególnie sprawny, a już to ciężka musiała być melancholia, której by konceptami swemi nie potrafił odpędzić.
Spadł na Ruś tutejszą, jak z muszkietu wystrzelony, głodny i goły jak Tatarzyn na stepie; w jednym kolecie5 i burce6, na zbiedzonej szkapie przedarł się pod Lwów i w Żółkwi niespodziewane znalazł przytulenie. Rodzice jego byli szlachta słuszni i possesionati7, ojciec wkupił go na regestr8 chorągwi petyhorskiej, niegdyś imienia Jegomości Królewicza Xawiera, a że był wielki przyjaciel i adherent9 księcia wojewody wileńskiego10, więc kiedy ten pan przeciw Moskwie w pole ruszył, młody Kryszpin za konfederacją pod znaki Radziwiłłowskie pospieszył. Niedługa to była kampania; książę wojewoda niebawem placu ustąpić musiał; a kto z jego wojska zawczasu o sobie nie radził, temu kwaśno było. Kryszpin dostał się w ręce furwachtu11 rosyjskiego, ale że był zuchwałego animuszu, gdzieś na noclegu szabli się dorwał, kozaków dwóch zarąbał, trzeciego z konia zsadził i na kozackiej szkapie uciekł. Do pana ojca wracać i trudno było, i niebezpieczno, zrezolwował12 się tedy iść za fortuną pana wojewody, tak sobie myśląc, że go kędyś jeszcze rysią13 dopędzi na popasie. Szukał Radziwiłła jak wiatra w polu, a że mu ktoś powiedział, że pan ten pewnie do swych dóbr żółkiewskich uszedł, wziął się w te strony, a kiedy po mnogich awanturach i dobrze zaznawszy biedy stanął w Żółkwi, bardzo mu było markotno, bo się przekonał nareszcie, że Radziwiłła tam nie masz, a za to jest rosyjska komenda białozerskiego pułku z korpusu generała Kreczetnikowa. Miał już drapnąć znowu, kiedy oto spotyka nagle dobrego znajomego, Litwina także, a nawet krewniaka swego, JMpana Marchockiego, cześnika14 czerwonogrodzkiego, chorążego petyhorskiego znaku, któremu to Marchockiemu książę wojewoda wileński oddał jurysdykcję15 zamkową, jako staroście. Ten go tedy wziął, ogarnął, przed rosyjskimi zwiadami uchował i u siebie chętnym sercem aż do dalszej jakiej mutacji16 rzeczy zatrzymał.
Kryszpin w Żółkwi srodze się nudził i na sukurs17 pieniężny od ojca czekał, a od czasu do czasu do Lwowa zaglądał, gdzie, że lubił wesołą i wojskową kompanię, do mnie i do oficerów moich się przypytał, nie bacząc na to, że my, dragonia cudzoziemskiego autoramentu, jako żołnierze Króla Jegomości za inną szli partią.
- A to mnie nie zawadzi - mawiał do nas - że ja z waćpanami komitywę przyjacielską trzymam, abym do was nie strzelał, kiedy ze swoimi będę, a waćpanom w polu do oczu stanę.
Bardzo my tego Kryszpina polubili, a już najbardziej za jego wdzięczne śpiewanie przy szpinecie18, za opowieści krotochwilne i przeróżne fraszki i przekwinty19, które zawsze bez niczyjego kontemptu20 były, bo wszystkich śmieszył, a nikogo nie ugryzł.
Owo pewnego razu przyjechał do Lwowa Kryszpin na owej szkapie kozackiej, na której był uciekł, a której się ciągle trzymał, jakieś niesłychane cnoty co dzień w niej odkrywając, i zadyszany przybiegł na naszą kwaterę z wielką nowiną, jako mu pan ojciec jego przez pisarza ekonomii z Litwy wracającego, trochę pieniędzy przysłał i pod rygorem do powrotu wzywał, albowiem po klęsce księcia wojewody wielką weksą21 jest uciśniony, i pod obuchem różnych kondemnat22 jęczy, a partia przeciwna z wszystkich wiosek, które od księcia w tenucie23 miał, już go wytrzęsła, a nawet na ojcowiźnie wielką opresję mu czyni - tak że pomocy mu synowskiej trzeba koniecznie. Tedy, jak prawił Kryszpin, choć rad temu jest, że już w Żółkwi na łasce pana Marchockiego siedzieć nie potrzebuje, tak przecie mu bardzo markotno, że nas pożegnać będzie musiał, kto wie, czy na widzenie jeszcze, a jeśli na widzenie, czy na złe albo dobre. Owóż, żeby osłodzić gorycz separacji24, prosi nas wszystkich oficerów, abyśmy do niego do Żółkwi jechali koniecznie na żegnanie, a on na tę serdeczną waletę25 chce nas ugościć po petyhorsku, z przystojną profuzją26 łez i wina, jakiego pewnie nawet Jmć pan Zacharyasz Łada Zaweyda, mój wonczas subaltern-oficer27, co pod różnymi znaki i w różnych służbach walecznie pijał i jest expertus specjalista, z pewnością nie zasmakował nigdy.
Nie było rady i sposobu odmówić - pojechaliśmy tedy w pięciu do Żółkwi, gdzie Kryszpin, w zamku mając swoją kwaterę u pana Marchockiego, z wielką uczciwością nas podejmował i aż do wieczerzy zatrzymał, na której inter pocula28 do wielkiej ochoty wszystkim nam przyszło, tak, że i ja, com w trunkach zawsze wstrzemięźliwej miary baczył, tym razem dla tej animacji jego serdecznej nieco ponad sztrych29 zażyłem. Kryszpin już przestał śpiewać, a Zaweyda zaczął, co znak był oczywisty, że obaj miarki mocno przebrali, ja przecież trzymałem się tyle, aby pamiętać o sobie i że już czas, aby do Lwowa nocą wracać, bo nazajutrz z rana każdy z nas jakiś służbowy ordynans30 miał, a pan komendant Korytowski pod surową animadwersją31 regulamentów32 rygoru przestrzegał. Zaweyda okrutnym głosem począł pieśń pijacką:
Bibe, bibe, bibe, bibe!
Tu qui satis bibe, bibe!
Tum Zaweyda imperat!33
A biorąc na sztych biednego Kryszpina, którego twarz gorzała w płomieniach, do niego kierował swoje koncepta i strofy - ale kiedy już zaczął srodze chrypieć i ledwie skończyć mógł apostrofę:
Kryszpin caput tibi fumat,
Ne quis ignis te consumat,
Stingue mero citius!34 -
nie dałem już dalej stinguere35 tego pożaru, który taką oliwą gaszony byłby z naszych łbów na Żółkiew się przeniósł i całe sławetne miasto w nocnej spokojności zalarmował, ale porwałem się szybko, szpadę przepasałem i dałem moim oficerom sygnał do żegnania. Protestował się Kryszpin, puścić nie chciał, prawie na progu się kładł, a widząc, że na próżno, rzecze:
- Tedy ja was odprowadzę!
Zawołał na wyrostka, kazał osiodłać "ciotkę", bo tak nazywał swoją szkapę kozacką, siadł i z nami drogą lwowską się puścił.
Zapomniałem z góry powiedzieć, że to zimą było; dzień piękny był, kiedyśmy do Żółkwi jechali, ale teraz nocą, choć dużego mrozu nie było i ledwie błoto tęgo zakrzepło na drodze, nagle wielka się wzięła zawierucha. Ledwie kilka Zdrowaś Mario ujechaliśmy za miasto, kiedy tak się miotać poczęła śnieżnica, że świata widać nie było. Rozmawiać z sobą nie można, nawet Zaweyda milczeć musiał, spróbowawszy kilka razy, że wiatru nie przegada. Tak tedy pochyliwszy się w siodle jechaliśmy dalej, jeden o drugim nie wiedząc. Jakoś po godzinie drogi wiatr się położył, śnieg ustał, chmury podarły się w duże szmaty na niebie i księżyc wytoczył się jasny i rumiany jak dukat holenderski na niebo. Dopiero teraz jeden i drugi kołnierz z uszu spuścił, śnieg strzepał i dokoła się rozglądnął, czyśmy gdzie w tej zadymce nie zbłądzili z drogi.
- Kryszpin! A gdzie Kryszpin? - zawołał naraz Zaweyda.
Stanęliśmy, oglądnęli się dokoła - Kryszpina nie ma!
Rada w radę, gdzie by się podział, a choć z początku trochę nam o niego trwożno było, tak sobie przecie jego zniknięcie skombinowaliśmy, że zapewne jeszcze zaraz za Żółkwią, kiedy śnieżnica z takim impetem się zerwała, do domu się wrócił - a nawet prawdę szczerą mówiąc, nikt z nas po tylu wiwatach juramentu36 by był nie złożył, jako Kryszpin istotnie wyjechał z nami z Żółkwi, bo w głowie tak samo pruszno było, jak na dworze od zadymki. Noc nadto była bardzo pogodna, księżyc w pełni, mrozu malutko - nic mu się stać nie mogło.
Nie ze wszystkim mieliśmy racją, jak się później pokazało, ale w to ugadnęliśmy przecież, że mu się nic złego nie stało, owszem daj Panie Boże każdemu taką przygodę, jaka się jemu zdarzyła. Czysta to osobliwość była i długo wszyscy w tych stronach o niej mówili - tandem37 i ja ją między moje opowieści kładę.
II.
Był zacny szlachcic Ortyński, cześnik zwinogrodzki, który między Lwowem a Żółkwią na cale sowitej włości siedział, a famę miał wielce bogatego, ale nad miarę oszczędnego człeka. Ter possesionatus38, bo oprócz wioski, na której mieszkał, dwie inne za Rawą posiadał jeszcze, a nadto sumy miał na każdym prawie pańskim kluczu w okolicy. Lokował na dobry procent pieniądze, miał hipoteczki okrągłe i u pana wojewody Cetnera, i u pani kasztelanowej Humieckiej, i na Żółkiewszczyźnie u księcia Radziwiłła, a nawet łykom39 kulikowskim i żółkiewskim pożyczał, a skrzynka w domu mimo to pełna była. Za to przecież z skromnego szlacheckiego staniczku nie wychodził; nikt by był nie poznał po szlachetce, że taki sobie zapaśny, bo tem bardziej się krył z fortuną, że wielce małego animuszu już z natury i trwożliwy bardzo w zwykłym czasie, wśród powszechnych zaburzeń politycznych tej pory nieszczęsnej bał się okrutnie jakiej wygrawacji40 lub weksy, a że w sercu był wielki oponent króla i całą duszą konfederacji sprzyjał, tedy choć się z tem nigdy nie pokazywał, przecie własnego się cienia bał, i z tego nawet w powiecie był znany.
Ten pan Ortyński wdowiec był i miał tylko jedynaczkę córkę, pannę Marcybellę, pannę wielce gładką i urodziwą, ale ją trzymał w domu jak w klasztorze wraz z ciotką jakąś daleką i za mąż wydać nie chciał, mimo że siła słusznych miała konkurentów, co że czynił, jedni mówili, ze skąpstwa, aby zięciowi oprawy w proporcji do fortuny nie dać, a drudzy, że z wielkiego afektu rodzicielskiego do onej córki, którą tak miłował, że rozstania przenieść by nie mógł, choć niejeden z kawalerów mawiał, że i z posagu by rezygnował, a gołą pannę rad by brał, czemu ja choć już stary, bardzo łacno wierzę. Jeden przecie konkurent statecznie koło ojca i panny zachodził, a to pan podsędek41 Omęta, i ten choć u panny żadnych aspektów42 nie miał, pola nie ustępywał, bo i trochę ojca miał po sobie, i córkę cierpliwością a uprzykrzeniem zniewolić się spodziewał.
Owo tej samej nocy ten pan Ortyński z swoich rawskich włości, na których tylko podstarościego43 miał, wracał do siebie, a kiedy go burza zaskoczyła, w karczmie pod Żółkwią przeczekał i dopiero po jasnym miesiączku w dalszą drogę się puścił. Ledwie ćwierć mili ujechał, kiedy tuż obok drogi na polu widzi w świetle księżycowym konia, stojącego nad czemś czarnym, co odbijało wyraźnie na białym śniegu. Koń był kozacki i po kozacku okulbaczony i stał gdyby martwy, że zdało się, jakoby straż trzymał przy czemś.
- Jurasz! Co to za koń tam w polu? - pyta pan Ortyński, wychylając się z kałamaszki44.
- I koń, i człek jakiś koło niego, jeno że albo spi, albo zamarzł...
- Jeźli spi, to go zbudź - mówi pan Ortyński - a jak zamarzł, to wieczne mu odpoczywanie... Ale widzi mi się, że spi tylko.
Jurasz zlazł z kozła, poszedł do konia i zobaczył, że w śniegu leży młody człowiek w ciemnej burce, jakiej kawaleria narodowa używała, w kołpaczku45 pilśniowym46 na wojskowy modelusz47, w dużych sztylpach48 z ostrogami i przy szabli. Wziął Jurasz oburącz leżącego za bary, potrząsł nim jak snopem raz, potrząsł drugi, że już by innego i roztrząsł był z kretesem, ale on nieboraczek ani powiek nie rozwarł, ani najmniejszego dał znaku żywota.
- Zamarzł panie! - rzecze.
- Requiescat in pace...49 - mruknął pan Ortyński a z ciekawości dodał jeszcze: - Czy kozak?
- Nie kozak, panie; szabla od srebra i ubranie też bardzo foremne... Tak coś z szlachecka wygląda!
Pan Ortyński zdjęty ciekawością, a i chrześciańską kommizeracją50 po trosze, bo to i jaki znajomy dobry lub sąsiad mógł być, choć tego szkapa kozacka nie pokazywała - zrzucił z ramion niedźwiadki i tak w samej lisiurze51 poszedł ku leżącemu. Patrzy, leży młody człowiek bez tchu, ubrany przystojnie, z szabelką misternej roboty, srebrem bitą, z egretą52 takoż srebrną u kołpaka i złocistą agrafą53 przy burce - snać człek przedniejszej kondycji. Pochylił się ku nieżywemu, zdjął rękawicę z jednej ręki, patrzy, jest pierścień z klejnotem szlacheckim, jeno herbu odróżnić nie można po oćmie54. Kazał jeszcze raz i drugi potrząść leżącego, huknąć co siły nad uszyma, strzelić z bata nad głową - źle, ani weź. Zamarzł i kwita.
- A co teraz zrobić? - myśli sobie pan Ortyński, już trochę przestraszony i na samego siebie zły, że dla płochej ciekawości zatrzymał się w drodze, a teraz przygody się dopytał i kłopotu. Jechać dalej i zostawić nieznajomego, nieludzka rzecz; a nuż żyw jeszcze, a gdy go odjedzie, dopiero zamarznie naprawdę. Wieźć z sobą - także źle, gorzej może; przywieziesz do domu trupa; co z nim zrobisz; masz tobie gościa! Może najlepiej i zostawić; a com ja temu winien; zamarzł beze mnie, nie odmarznie przy mnie... Ot najlepiej, wrócę z nim do karczmy, tam zostawię, a sam się od wszystkiego salwować55 będę... Kiedy bo szlachcic, widać to z szabli i z klejnotu - a kiedy szlachcic, to i katolik - ostatnia tandem rzecz zostawić zwłoki u żyda. A nuż nieboraczek przy sobie grosz ma jaki, obedrą go; na sumieniu to będzie... Zresztą wracać do karczmy taka droga, jak do domu. Co robić?
Treść dostępna w wersji pełnej.