Rozdział 4
Burza z poprzedniego dnia ustała. Kiedy Mona parkuje samochód przed białą willą na Strömslund w Trollhättan, niebo jest błękitne i bezchmurne.
- No to jesteśmy na miejscu - oznajmia. W jednym ze szprosowych okien odbija się światło.
Hedda kiwa głową i patrzy na piękną willę z przełomu wieków, z oszkloną werandą na dolnej i górnej kondygnacji.
- No tak. Właśnie sobie uświadomiłam, że nigdy nie byłam w tej dzielnicy. A przecież mieszkam w Trollhättan praktycznie od urodzenia.
- Nie byłaś tu? - pyta Mona ze zdziwieniem, a jej wzrok pada na różowy skuter elektryczny, który stoi obok samochodów na szerokim podjeździe do garażu. Pasuje do tego miejsca, ale po drugiej stronie miasta, gdzie dorastała Hedda, byłby jak kwiatek do kożucha.
- Myślisz, że należy do Sophie? - pyta Hedda, widząc, na co patrzy Mona.
- Być może - odpowiada Mona, zerkając w jej stronę. Teraz, jak się zdaje, Hedda sądzi, że zlecenie jest w porządku, ale na początku komentowała je stwierdzeniami w stylu: "rozpuszczony bachor, który zapomina się odezwać" i "rozpieszczona nastolatka myśląca tylko o sobie".
Możliwe, że Sophie jest rozpieszczona, ale jej rodzice się niepokoją. Tak bardzo, że zaangażowali je do poszukiwań. Stanowczo zbyt wielu rodziców ma gdzieś swoje dzieci. Nie ulega wątpliwości, że państwo Öbergowie do takich nie należą. Choćby to sprawia, że warto się przyjrzeć tej sprawie. Oczywiście nie dla pieniędzy, tylko dlatego, że praca to najlepszy sposób na zajęcie czymś myśli.
Mona otwiera drzwi samochodu.
- Idziemy? - pyta, a Hedda potwierdza skinieniem.
Kiedy ruszają szeroką ogrodową ścieżką, Mona czuje na twarzy ciepło słońca. Przygląda się Heddzie. Gips wygląda niezgrabnie na jej szczupłych nogach, ale Hedda sprawnie dociera do celu i naciska przycisk dzwonka.
Drzwi się otwierają. W progu stoi Susanne Öberg. Ma na sobie wiązaną pod szyją błyszczącą kremową bluzkę i czarną marynarkę. Wygląda dokładnie tak, jak Mona ją zapamiętała. Jest równie wysoka i chuda. Ma nawet taką samą krótką fryzurę.
- Miło cię znowu zobaczyć po tylu latach, nawet jeśli okoliczności mogłyby być lepsze - mówi Mona, kiedy wchodzą do domu.
- Po szesnastu - odpowiada Susanne, mierząc ją wzrokiem od stóp do głów. - Ostatni raz widziałyśmy się w sądzie w Vänersborgu. Ty byłaś sędzią, a ja obrończynią. Mój klient został skazany na dwa lata więzienia za poważne nadużycie zaufania i fałszowanie sprawozdań finansowych. Do tego dostał pięcioletni zakaz prowadzenia działalności.
- Ależ masz pamięć - mówi Mona ze śmiechem i wskazuje ręką towarzyszkę. - To Hedda, moja współpracowniczka w agencji.
- Miło cię poznać. - Susanne ściska Heddzie dłoń. -Ale co wam się stało? Wasza ścieżka kariery jest chyba niebezpieczna - stwierdza, patrząc na nie ze zmartwioną miną. - Ty masz problem ze stopą - zwraca się do Heddy, a w kierunku Mony dodaje: - A ty... - urywa, dotykając swojej skroni.
Mona dotyka blizny. Przykryła ją makijażem i próbowała zasłonić włosami, ale Susanne zauważa każdy szczegół.
- To nic groźnego - mówi z uśmiechem, mimo że Susanne ma rację. Więcej niż raz sytuacja była niebezpieczna dla nich obu.
Susanne się jej przygląda, a po chwili wzrusza ramionami. Mona i Hedda ruszają za nią szerokim korytarzem.
- Po naszym spotkaniu podjadę do pracy - oznajmia. - Pracuję nad IPO. Debiutem giełdowym spółki - dodaje i zerka na Heddę, jakby chciała się upewnić, że ta rozumie, o czym mowa. - Od cholery roboty. Ślęczę nad tym dzień i noc i nagle dzieje się coś takiego. - Susanne kręci głową, wchodzą do kuchni. - To Rasmus, mój mąż - oznajmia. - I tata Sophie - dodaje po chwili.
Mona się uśmiecha, a Rasmus ucieka wzrokiem i wbija go w coś za jej plecami. Mona się odwraca i widzi, że do Susanne dołączyła wysoka, chuda dziewczynka.
- To Madeleine, młodsza siostra Sophie - oznajmia Susanne i obejmuje córkę w talii.
- Witaj, Madeleine. A może powinnam się do ciebie zwracać Madde? - odzywa się Mona i zauważywszy, jak podobne do siebie są matka i córka, posyła im uśmiech.
- Zwykle mówimy Madeleine - odpowiada Susanne zamiast dziewczynki, która uwalnia się z uścisku mamy i osuwa na krzesło przy stole. Wyciąga chudą dłoń w kierunku talerza z bułkami, ale spojrzenie Susanne sprawia, że natychmiast ją cofa.
Wszyscy pozostali też siadają przy stole, a kiedy Rasmus podaje herbatę, Susanne zaczyna mówić:
- No więc Sophie zaginęła w piątek. Mamy nadzieję, że pomożecie nam ją znaleźć.
Mona odpowiada skinieniem.
- Też mamy taką nadzieję. A co mówiła policja? - pyta i wskazuje głową Rasmusa, gdy ten napełnia jej filiżankę.
- Nie rozmawialiśmy z policją.
Mona nieruchomieje, zatrzymując filiżankę w połowie drogi do ust.
- Chwileczkę - mówi. - Sophie nie ma od trzech dni, a wy nie skontaktowaliście się z policją?
Susanne napotyka jej spojrzenie.
- Mówmy całkiem szczerze: oboje wiemy, że policja nam nie pomoże. Oczywiście, możemy złożyć zawiadomienie, ale sprawa wyląduje tylko na dnie wielkiego stosu na czyimś biurku. Takie przypadki po prostu nie są priorytetowe, zwłaszcza że już kiedyś zaginęła, a potem wróciła do domu - mówi Susanne, próbuje herbaty i odstawia kubek. - Poza tym nie chcę dostarczać ludziom rozrywki do kawy. Nie każdy policjant w tym mieście musi wiedzieć, że moja córka zaginęła, i plotkować na ten temat.
Mona odpowiada skinieniem. Susanne ma rację. Policja weźmie pod uwagę to, co zdarzyło się wcześniej, i nie przeznaczy na tę sprawę wielkich środków. Zgadza się też z koleżanką, że pojawią się plotki, ale w tej chwili nie to powinno być jej największym zmartwieniem.
- Mogło jej się stać coś złego - oznajmia, napotykając spojrzenie Susanne.
- Tak, choć pewnie niedługo wróci do domu. Tak jak mówiłam, nie byłby to pierwszy raz, kiedy postanowiła się z nami nie kontaktować, więc najpewniej nie grozi jej żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo.
- Ale jeśli uważacie, że to nic groźnego i wróci sama, to do czego jesteśmy wam potrzebne? - pyta Hedda.
Susanne odwraca się do niej.
- Pytanie jest jak najbardziej zasadne - ocenia z namysłem. - Sytuacja wygląda tak: całe nasze życie kręci się wokół Sophie. Gdzie jest, co robi, czy przyjdzie do domu, czy dobrze się czuje? Nie wiem, ile razy było tak, że czekaliśmy tu z obiadem, a ona nie przychodziła, chociaż się z nią umawialiśmy. Takie życie nas wyniszcza, trzeba z tym skończyć. - Susanne patrzy na męża, a on kiwa głową na potwierdzenie. - Myślę, że jeśli dotrzemy do źródła tego wszystkiego i raz na zawsze ustalimy, co się dzieje w jej życiu, może uda nam się to zatrzymać i sytuacja wróci do normy.