Rozdział 1
Ryzyk-fizyk
Obowiązkową służbę wojskową pełniłem jako strażak w duńskich wojskach lądowych, więc wiem, co znaczy alarm. Podobną sytuację alarmową przeżywałem właśnie na boisku. Był 1999 rok, a ja grałem właśnie w Manchesterze United na Camp Nou. Do końca meczu pozostawało 11 minut i 10 sekund.
Pstryknęliśmy przełącznik. Bez paniki i specjalnych poleceń ze strony menedżera przeszliśmy w tryb gry, który lubiłem określać jako "ryzyk-fizyk". Mam na myśli mentalność doświadczonego hazardzisty, który postanawia wejść "all-in". Rzuciliśmy wszystkie siły, żeby odwrócić losy meczu.
W trybie ryzyk-fizyk wszystkie normalne elementy gry idą w odstawkę, nikt nie przejmuje się trzymaniem pozycji czy ustaleniami taktycznymi. Nikt nie przejmuje się, jak to wszystko wygląda, nikt się nie martwi, że rywal może strzelić jeszcze jednego gola i kompletnie nas pogrążyć. Nikt nie myśli negatywnie, wszyscy grają do przodu, w każdym podaniu, w każdym zagraniu, w każdej akcji. Napastnicy biegną pod bramkę, a za nimi ruszają obrońcy, czasem nawet bramkarz. Stawiamy wszystko na jedną kartę.
W 1999 roku tryb ryzyk-fizyk wszedł nam w krew. W meczach z Arsenalem, Liverpoolem, Charltonem, Juventusem i Interem Mediolan strzelaliśmy gole w końcówkach, łamaliśmy serca kibicom rywali, wygrywaliśmy w ostatnich minutach. Mieliśmy własny sposób na spotkania, w których musieliśmy gonić wynik, tyle że tego dnia na Camp Nou, na 11 minut i 10 sekund przed końcem, znajdowaliśmy się w mocno nieciekawej sytuacji. W tej konkretnej chwili piłka szybowała nad moją głową i zmierzała do pustej bramki, a przynajmniej tak to wyglądało.
Przelobował mnie Mehmet Scholl, wprowadzony na boisko rezerwowy Bayernu Monachium, gracz najwyższego formatu. Wyskoczyłem do piłki z maksymalnie wyciągniętą lewą ręką w białej rękawicy, ale wiedziałem już, że uderzył idealnie - zrobił to tak, żeby piłka wpadła tuż pod poprzeczkę. Przekręciłem się w locie, by wylądować twarzą do bramki. Chciałem widzieć, co stanie się z piłką.
Bayern wyszedł na prowadzenie w szóstej minucie i od tego momentu trudno nam było złamać Bawarczyków. Gdyby w tamtym momencie podwyższyli na 2 : 0, Puchar Europy mieliby w garści. Widziałem, jak piłka opada i leci w kierunku mojej bramki.
Dobra, mógłbym przedstawić to w bardzo dramatyczny sposób, napisać, jakie myśli i emocje kłębiły mi się w głowie. Oto, jak wyglądała moja sytuacja:
Peter Schmeichel. Ostatni mecz w barwach Manchesteru United. W tym konkretnym spotkaniu pełnię funkcję kapitana. Finał Ligi Mistrzów, walka o Puchar Europy, na którego punkcie zacząłem mieć obsesję.
Gram w klubie, który pokochałem jeszcze jako mały chłopiec w Danii. W latach 70. mieszkałem w bloku na obrzeżach Kopenhagi. Na ścianach pokoju miałem plakaty z Lou Macarim i Gordonem Hillem.
Mam 35 lat i żadnego pomysłu na to, jak potoczy się moja dalsza kariera. Nie mam nowego klubu, nie mam planu, zarezerwowałem tylko ciężarówkę przeprowadzkową, która zabierze cały dobytek rodziny Schmeichelów z domu w Bramhall tam, dokąd każę jechać kierowcy.
Mam dwoje dzieci, Kaspra i Cecilie, które siedzą wśród tego 90-tysięcznego tłumu. Alex Ferguson, nasz menedżer, rzucił w przerwie jedną z najlepszych kwestii, jakie kiedykolwiek usłyszałem z ust szkoleniowca: "Po zakończeniu meczu Puchar Europy będzie stał dwa metry od was, ale jeśli przegracie, nie będziecie mogli nawet go dotknąć".
Mógłbym powiedzieć, że to wszystko przeleciało mi wtedy przez myśl - ale to nieprawda. W głowie miałem kompletną pustkę. Nigdy nie pozwalałem sobie na sentymenty, przynajmniej nie jako piłkarz. W jaki sposób emocje miałyby mi pomóc w wygrywaniu? Poza tym w trybie ryzyk-fizyk nie ma miejsca na nic, co mogłoby wpłynąć na nasze myślenie i decyzje. Chodzi o to, żeby wszystko - pod względem mentalnym, fizycznym czy piłkarskim - włożyć w pogoń za wynikiem. Gdy choćby przez chwilę zaczniesz myśleć o czymś innym, wszystko stracone. Właśnie dlatego nie myślałem wtedy o niczym. Po prostu.
Piłka podcięta przez Scholla zdążyła mnie już minąć, więc patrzyłem, jak opada. Wiem, że nie musi trafić do siatki, że może uderzyć w słupek lub w poprzeczkę - albo po prostu wpaść do bramki, ale tej ostatniej ewentualności nie biorę pod uwagę. Obejrzyjcie sobie nagranie z tego meczu: gdy piłka odbija się od słupka, potem od ziemi, a następnie wpada mi w rękawice, jestem już w połowie odwrócony w kierunku boiska, żeby posłać ją daleko przed siebie i zainicjować kolejny atak.
Gdy ja łapię piłkę, Jaap Stam też obraca się już twarzą do bramki rywala, a Ryan Giggs, Dwight York i Teddy Sheringham oczekują ode mnie podania nogą albo z wyrzutu. Oni też znajdują się w trybie ryzyk-fizyk. Wszyscy gramy w nim przez większą część drugiej połowy. Sześć minut po lobie Scholla Carsten Jancker przyłożył z przewrotki w poprzeczkę. Może to zabrzmi śmiesznie, a nawet arogancko, ale ten strzał w ogóle mnie nie ruszył. Wiedziałem, że piłka nie wpadnie do siatki - podpowiadało mi to całe moje bramkarskie doświadczenie.
Na tym właśnie polega tryb ryzyk-fizyk. Myśli się wtedy: nic nie jest w stanie mi zaszkodzić.
Tryb ryzyk-fizyk powstał na długo przed zbudowaniem zespołu z 1999 roku. Giggsy, Denis Irwin i ja graliśmy razem wystarczająco długo, by pamiętać, jak w 1993 odrobiliśmy straty, a potem po golach Steve'a Bruce'a z 86. i 96. minuty wygraliśmy z Sheffield Wednesday. To wtedy ukuto termin "Fergie Time". W następnych latach tylko umacnialiśmy w sobie tę nakierowaną na ryzyko mentalność. Fergie chętnie ryzykował, a mnie jego nastawienie bardzo odpowiadało. Potrafił zdjąć obrońców, wpuścić dodatkowego napastnika, postawić Giggsa na lewej obronie, a do ataku rzucić Bruce'a i Gary'ego Pallistera. Przez zespół przechodził wtedy jakby wstrząs elektryczny, jak na pobudkę: panowie, musimy! Nie mieliśmy problemu z podejmowaniem tak dużego ryzyka, bo wiedzieliśmy, że chce tego nasz menedżer.
Na Camp Nou zaczęliśmy ryzykować dość wcześnie. Gdzieś koło 70. minuty Jaap Stam przejął piłkę głęboko na naszej połowie, podał ją Davidowi Beckhamowi i dalej po prostu biegł przed siebie, za linię środkową i daleko na połowę Bayernu. Dosłownie minutę wcześniej Teddy wszedł za Jaspera Blomquista. Tak oto zyskaliśmy nie tylko dodatkowego napastnika, ale też piłkarza znakomicie grającego głową, do którego mogliśmy zagrywać górne piłki. Właśnie wtedy zaczęliśmy ryzykować. Najpierw głową próbował Dwight Yorke, ale trochę mu zabrakło, potem z przewrotki uderzał Andy Cole, wysoko i agresywnie grali Denis i Gary Neville, a ja starałem się jak najszybciej wznawiać grę dalekimi wykopami albo podawać piłkę ręką po ziemi. Czuliśmy, jak z minuty na minutę zmienia się dynamika meczu. Okazje bramkowe Bayernu nie robiły na nas wrażenia, ponieważ godziliśmy się z takim obrotem spraw - płaciliśmy cenę za to, że sami stwarzaliśmy sytuacje strzeleckie.
Pierwszym drobnym pęknięciem w Bayernie było zejście z murawy Lothara Matthäusa. Już zawsze będzie krytykowany za to, że opuścił boisko w tamtym finale, ale miał wtedy 38 lat i widać był po nim zmęczenie. Wyczerpaliśmy go fizycznie. Stanowił jednak filar Bayernu, to on organizował grę w obronie monachijczyków, w szczególności przy stałych fragmentach gry. Jego zejście z murawy sprawiło, że spotęgował się chaos, który sialiśmy na boisku.
U nas wszedł Ole Gunnar Solskj?r, porządnie poirytowany. Trudno mu było pogodzić się z decyzją, że menedżer nie dał mu zagrać od pierwszej minuty. Myślał sobie wtedy: "Dwadzieścia minut do końca, a ten robi zmianę... No dobra, to będzie moje dwadzieścia minut". Widok Solskj?ra wbiegającego na boisko wzbudził we mnie dodatkowy optymizm. Było widać, że jest skoncentrowany, że porusza się po boisku w zdecydowany sposób.
Już przy pierwszym kontakcie z piłką zmusił Olivera Kahna do interwencji, uderzając głową. Potem Teddy nie najlepiej przymierzył po podaniu piętą od Solskj?ra. Dwukrotnie blisko zdobycia bramki był Yorkey. Raz po podaniu od Gary'ego, który - podobnie jak Denis - odgrywał teraz rolę bardziej skrzydłowego niż obrońcy i grał niesamowicie wysoko.
Doskonale wiedzieliśmy, czym ryzykujemy, grając tak na hurra. Piłka cały czas powracała w okolice pola karnego Bawarczyków, a my mieliśmy tam teraz Yorkeya, Ryana, Teddy'ego i Ole, który posiadał szczególny talent do ustawiania się we właściwym miejscu. Gdy rywale wybijali piłkę głową z dala od bramki, zbierali ją nasi pomocnicy i od razu posyłali z powrotem w ich szesnastkę. To było błędne koło: im bardziej naciskaliśmy, tym bardziej monachijczycy się cofali, co oznaczało, że niespecjalnie mieliśmy się kim bronić, więc musieliśmy naciskać jeszcze bardziej. Do tego dochodził czynnik psychologiczny. Rywale wiedzieli, że często strzelamy gole w końcówkach meczów, więc gdy zaczynaliśmy grać w ten sposób, obawiali się nas jakby bardziej. Gdy udawało im się wyrwać z piłką do przodu, myślałem sobie: No dalej, chodźcie i strzelajcie, przynajmniej oddacie nam piłkę. Czy to szaleństwo? Nie wiem, może. Mimo wszystko w trybie ryzyk-fizyk myśli się tylko o pozytywach.
Podobnie jak my, Bayern przystępował do tego meczu z zamiarem sięgnięcia po potrójną koronę. Ottmar Hitzfeld, trener Bawarczyków, w 1997 roku pokonał nas jako szkoleniowiec Borussii Dortmund. Tym razem Bayern okazał się jedynym zespołem w całym sezonie, którego nie udało nam się pokonać. Dwukrotnie ścieraliśmy się z nim w fazie grupowej i dwukrotnie remisowaliśmy. Grało się nam z nimi dziwnie i ciężko, na murawie byli bardzo uporządkowani, do tego świetnie prowadzeni z ławki. Wystarczyło spojrzeć na nich w tunelu: Matthäus, Stefan Effenberg, Mario Basler, Oli Kahn - sami fantastyczni zawodnicy. Wyszli w ustawieniu, które miało utrudnić nam życie: pięciu obrońców, czterech pomocników i tylko jeden Carsten Jancker w ataku. Hitzfeld wykazał się nie lada sprytem - taka taktyka nie zostawiała zbyt wiele miejsca dla Coleya i Yorkeya.
W dniach poprzedzających to spotkanie Fergie postanowił nas nie przemęczać. Trening na Camp Nou wieczorem na dzień przed meczem był lekki, może nawet nigdy wcześniej nie mieliśmy tak luźnych zajęć. Ćwiczyliśmy utrzymywanie się przy piłce, a Fergie tryskał humorem i sam kopał piłkę. W przygotowaniach do finału chodziło o to, żebyśmy poczuli się szczęśliwi i rozluźnieni. Prawie w ogóle nie zajmowaliśmy się kwestiami taktycznymi, a przedmeczowa odprawa, która odbyła się jeszcze w hotelu w Sitges, była krótka. Menedżer przez 15 minut przekonywał nas o naszej sile, opowiadał nam, jak bardzo jest z nas dumny, i mówił, że stajemy przed szansą sięgnięcia po najważniejsze trofeum, jakie można wygrać. "Więc idźcie i to wygrajcie", rzucił.
Grałem jednak pod jego wodzą już ładnych parę lat i znałem jego sztuczki. Doskonale wiedziałem, że nie był tak rozluźniony, za jakiego usiłował uchodzić. Gdy chodził w kółko, pogwizdywał i mruczał jakąś melodię, nie był bynajmniej zrelaksowany, wręcz przeciwnie - czuł się spięty i starał się to ukryć. Niemalże woleliśmy, żeby wydawał charakterystyczne dla siebie dźwięki, czyli pokasływał i odchrząkiwał, bo to dowodziło, że jest podenerwowany, ale przynajmniej wiedzieliśmy wtedy, na czym stoimy.
W hotelu w Sitges było jednak sporo mruczenia, pogwizdywania i udawanego luzu. Bacznie przyglądałem się menedżerowi, więc wiem, że przed tamtym finałem denerwował się bardziej niż przed jakimkolwiek innym meczem. Gdy wspominał w przerwie, że jeśli przegramy, nie dadzą dotknąć nam pucharu, to mówił tyleż o nas, co o sobie. To był jego 13. sezon pracy w Manchesterze United, 25. rok na stanowisku menedżera i o niczym nie marzył bardziej niż o triumfie w Lidze Mistrzów. Do końca finału pozostawało 45 minut, a my przegrywaliśmy 0 : 1. Fergie jeszcze nigdy nie był tak blisko, a jednocześnie tak daleko od sięgnięcia po to trofeum.
Przed meczem myśleliśmy o dwóch rzeczach. Po pierwsze, martwiliśmy się stanem murawy - to właśnie o niej rozmawialiśmy w autokarze, gdy wracaliśmy z treningu na Camp Nou. Była po prostu bardzo twarda, niemalże jak w sali gimnastycznej, więc należało przykładać większą wagę do tego, jak prowadzi się piłkę. Jak to wpłynie na mecz? Roy Keane i Paul Scholes nie mogli grać za kartki, więc na treningu menedżer wystawił w pomocy Davida Beckhama i Nicky'ego Butta. Nietrudno było odgadnąć, jaki ułożył sobie plan na mecz. Ryan czuł się rozczarowany i miał do tego pełne prawo.
Gdy Fergie ogłosił wyjściową jedenastkę, faktycznie w środku pomocy znaleźli się Becks i Butty. Po lewej stronie miał zagrać Jesper Blomqvist, więc Ryanowi zostawała prawa strona. Fergie miał sporo szczęścia w tym finale i upiekło mu się między innymi mimo wyboru takiego, a nie innego składu. Ryan lepiej wypadłby w środku pola, a David na swojej typowej pozycji prawego pomocnika. Co prawda Beckham zagrał świetnie, bo zawsze harował jak wół, ale Ryan sprawdziłby się na tej pozycji równie dobrze, a przecież naszym absolutnie największym problemem w tamtym meczu był brak dośrodkowań Davida.
Yorkey nazywał Davida najbardziej niedocenianym piłkarzem, co przy sławie Beckhama brzmiało naprawdę dziwnie, ale doskonale rozumiem, o co mu chodziło. Nie da się przecenić jakości jego podań. Były po prostu niesamowite. Nigdy przedtem ani już nigdy potem nikt tak nie dogrywał piłki. Ten, kto ma Davida wyłącznie za modnisia, najzwyczajniej w świecie nie zna się na piłce.
Coley i Yorkey żyli z podań Davida. Bez nich napastnicy byli pozbawieni piłki, zwłaszcza że Ryan zbiegał do środka, więc nie miał kto dośrodkowywać. Trafiliśmy na inteligentnego rywala, bo piłkarze Bayernu przez cały czas zmuszali nas do gry środkiem, gdzie mocno zagęścili pole. W pierwszej części meczu górowali nad nami organizacją gry przy stałych fragmentach. Do tego uwzględnili również stan murawy. Wiedzieli, że na tak twardej nawierzchni podawana do tyłu piłka będzie podskakiwać, więc Jancker ruszał na mnie za każdym razem, gdy futbolówka toczyła się w moją stronę. Od pierwszego gwizdka robiliśmy wrażenie zdenerwowanych i niepewnych siebie, a monachijczycy to wykorzystali. Strzelili gola. Jancker wywalczył rzut wolny, a potem stało się coś, za co byłem potem obwiniany przez ludzi, którzy w ogóle nie znają się na bramkarskim rzemiośle.
Uzyskanie licencji trenerskiej UEFA Pro wymaga przeprowadzenia samodzielnych badań nad jakimś zagadnieniem, a następnie przedstawienia prezentacji na forum grupy. Zabiegałem o tę licencję w ośrodku piłkarskim St. George's Park, a mówiłem o rzutach wolnych bezpośrednich. W Danii opracowano system monitorowania lotu piłeczek w golfie, TrackMan, który powoli wdraża się też w świecie piłki nożnej - pozwala on gromadzić dane na temat rzutów wolnych. Wykorzystałem je w moich badaniach i odkryłem coś fascynującego. Okazało się, że po idealnie wykonanym rzucie wolnym piłka - statystycznie rzecz ujmując - leci dokładnie przez sekundę, i to bez względu na to, skąd i w jaki sposób została uderzona. Co to znaczy dla bramkarza? Że ma sekundę, by podjąć trzy działania: reakcję, ruch w kierunku lecącej futbolówki i obronę. Im dłuższy czas na reakcję zapewni sobie bramkarz, tym łatwiej będzie mu przy dwóch pozostałych elementach. Dlatego piłkarz wykonujący rzut wolny powinien myśleć: "W jaki sposób mogę skrócić czas golkipera na reakcję? Co zrobić, żeby jak najpóźniej zobaczył piłkę?".
Moją prezentację zakończyłem analizą gola strzelonego mi w tamtym meczu na Camp Nou. Ustawiony na skraju pola karnego i po mojej prawej stronie Basler uderzył nisko i zakręcił piłkę wokół muru, a ja nawet nie drgnąłem. Wyglądało to tak, jakbym się wygłupił, choć uważali tak tylko ludzie ze starej szkoły myślenia o piłce. "Bramkarz nie może pozwolić, by strzelono mu takiego gola, bla, bla, bla" - nawijał o tym choćby Ron Atkinson w komentarzu na antenie ITV.
Ale jak zachowali się w tej sytuacji piłkarze Bayernu? Wtedy nie obowiązywały jeszcze nowe przepisy, na mocy których zawodnicy drużyny atakującej nie mogą ustawiać się w murze. Gdy Basler szykował się do strzału, do naszego muru podbiegł Jancker, za nim ustawił się Jaap, a na skraju muru znalazł się jeszcze Markus Babbel, który nie pozwalał się wypchnąć Butty'emu. Wcześniej precyzyjnie ustawiłem czteroosobowy mur, ale nagle miałem na jego bokach czterech dodatkowych piłkarzy. Wszyscy w jakiś sposób przysłaniali mi piłkę. Babbel kompletnie zasłonił mi widok, więc musiałem zrobić krok w prawo, by zobaczyć futbolówkę. Gdy to zrobiłem, Babbel obrócił się i schylił, a Basler podkręcił piłkę i umieścił ją dokładnie tam, gdzie jeszcze przed chwilą stałem. Faktycznie, wyglądało to głupio, ale był to efekt przemyślanych i zaplanowanych przygotowań do rzutu wolnego - na tym polega robota bramkarza. W dużej mierze sprowadza się ona nie do spektakularnych robinsonad, tylko do pilnowania drobiazgów, takich jak właściwe ustawienie czy przeniesienie ciężaru ciała na odpowiednią stopę. Przy okazji trzeba pogodzić się z pewnymi niedogodnościami, bo czasem jakaś interwencja wygląda słabo, a nawet bardzo słabo... Przynajmniej w oczach tych, którzy się na tym nie znają.
Czy gol Baslera siedział mi w głowie? Absolutnie nie. Nigdy nie rozmyślałem o wpuszczonych bramkach czy popełnionych błędach, na pewno zaś nie w trakcie meczu. Czas na analizy jest później. Nigdy nie miałem problemu z odsuwaniem od siebie różnych myśli, zresztą jest to moja ogólna zasada życiowa: po co rozwodzić się nad tym, co było? W życiu trzeba iść do przodu - Kierkegaard nadawałby się na bramkarza.
Jeszcze na długo przed końcem pierwszej połowy myślałem: Dociągnijmy to do przerwy, wtedy się przegrupujemy. Bayern nie dawał nam grać, mieliśmy problemy dosłownie we wszystkich aspektach gry. Nie ulegało wątpliwości, że w drugiej połowie musimy coś zmienić. W przerwie Fergie po raz pierwszy od tygodnia na nas warknął. Tamta przemowa - o pięknym pucharze, o który zabiegaliśmy przez całe życie i któremu powinniśmy się w drodze na boisko dobrze przyjrzeć, bo przy takiej grze nie będziemy go mogli nawet dotknąć - poszła nam w pięty. Mimo to menedżer nie dokonał potrzebnych nam zmian taktycznych. Gdy w ramach pierwszej zmiany na boisko wszedł Teddy, nie Ole, wyglądało to dziwnie. Dlaczego w takiej sytuacji nie wszedł Ole?
Nie wiem, jaki zamysł miał nasz trener, ale jego decyzje okazały się słuszne. Ten mecz można opisać i w ten sposób: Fergie postawił na niewłaściwych pomocników, a potem zmianami odmienił oblicze gry, nawet jeśli wyszło mu to trochę przypadkiem. Tylko kogo obchodzi, co zamierzał sir Alex? Na pewno nie mnie. Gdyby wystawił idealny skład i pokonalibyśmy Bayern zdecydowanie, 3 : 0, nie sięgnęlibyśmy po potrójną koronę w takim stylu, w jakim ostatecznie to zrobiliśmy. Czyż tamten mecz nie jest tak naprawdę piękną metaforą życia? Nic nie jest doskonałe, ale metodą prób i błędów można znaleźć skuteczne rozwiązania.
No to jak w końcu złamaliśmy Bayern?
Wszyscy wiedzą, że w 34. sekundzie doliczonego czasu gry Teddy wyrównał stan meczu. W porządku, a pamiętacie, kto wywalczył ten rzut rożny? Wykonywaliśmy rzut rożny z lewej strony, po tym jak jeden z naszych zawodników dośrodkował lewą nogą z lewego skrzydła.
Nie wiecie?
Ciągle nic?
No to wam powiem: Gary Neville.
Dokładnie tak, nasz prawy obrońca, być może nawet nasz najbardziej zdyscyplinowany i trzymający się wytycznych zawodnik. Właśnie tak - to Gary Neville wypracował dla nas rzut rożny, pojawiając się nagle przy linii bocznej na lewym skrzydle. Na tym polega tryb ryzyk-fizyk. Niewykluczone, że wtedy Gary znalazł się z piłką przy chorągiewce w lewym narożniku boiska po raz pierwszy i ostatni w karierze, no ale cóż... W trybie ryzyk-fizyk podążasz tam, dokąd prowadzi cię gra. Gary popędził na lewą stronę, żeby wrzucić piłkę w pole karne, a potem tam został, na wypadek gdyby zawodnicy Bayernu wybili piłkę - i faktycznie do niego wróciła.
Gary myślał wyłącznie o tym, co można zyskać. Gdyby Bayern wyprowadził kontrę i strzelił gola, bo Gary'ego ciągle brakowało na jego nominalnej pozycji, byłoby po meczu, a kibice obwinialiby go o to bez końca. W trybie ryzyk-fizyk nikt nie obawia się jednak kompromitacji i właśnie dlatego, gdy David ustawiał piłkę w narożniku boiska, ja również wybiegłem z bramki i ruszyłem w pole karne Bawarczyków. Miałem taką małą umowę z asystentami Fergiego - najpierw z Brianem Kiddem, potem ze Steve'em McClarenem - krzyczałem w stronę ławki, a oni informowali mnie, że właśnie minęło podstawowe 90 minut. Wiedziałem, że to już doliczony czas gry, bo Steve pokazał mi umówiony znak skrzyżowanych nadgarstków. Teraz albo nigdy.
Moje ostatnie chwile w koszulce Manchesteru United mogły minąć pod znakiem wielkiej kompromitacji. Wyobraźcie sobie, że Bayern wybija piłkę po dośrodkowaniu Davida, kontruje i umieszcza futbolówkę w pustej bramce. Zostałbym facetem, który w ostatnich minutach w barwach Czerwonych Diabłów wpuszcza śmiesznego gola. Kiedy jednak biegłem w pole karne rywala, o niczym takim nie myślałem. Interesowało mnie wyłącznie to, żeby zasiać tam chaos. Przez całe spotkanie Bayern był znakomicie zorganizowany i nawet w tych kilku sytuacjach, w których mogliśmy jakoś próbować wykorzystać podania Davida - z rzutów wolnych i rożnych - monachijczycy mieli nas rozpracowanych i szczelnie nas kryli. Zamierzałem w końcu przerwać ten ład i porządek. Uporaliście się ze wszystkim, ale zobaczymy, czy poradzicie sobie ze mną, pomyślałem.
Nie chodziło mi o to, że zamierzałem zdobyć bramkę, choć karierę zakończyłem z jednym z najokazalszych dorobków strzeleckich wśród bramkarzy. Udało mi się strzelić 11 goli w klubach i reprezentacji. To tylko jedno trafienie mniej niż mieli łącznie na koncie Gary Neville i Jamie Carragher. W moim pierwszym sezonie w karierze seniorskiej broniłem barw klubu Gladsaxe-Hero i też strzeliłem wtedy gola. Uderzyłem głową po rzucie wolnym i tą bramką uratowałem nasz zespół przed spadkiem do niższej klasy rozgrywkowej. W reprezentacji trafiłem do siatki z rzutu karnego, a w barwach Manchesteru United zdobyłem bramkę w europejskich pucharach, konkretnie w meczu z Rotorem Wołgograd. No ale jak często coś takiego się zdarza? Niezbyt często. Zdecydowanie więcej razy wbiegałem w pole karne rywala.
Nie pobiegłem w pole karne Bayernu z myślą, że strzelę gola i zostanę bohaterem. Starałem się po prostu zrobić coś innego, nowego, żeby wybić rywali z rytmu. David nawet na mnie zaczekał. Wiedział, że się tam pojawię, podobnie jak cały zespół. Gdy przegrywaliśmy i goniliśmy wynik, w ostatnich minutach zawsze tak robiłem, to był element mojego stylu, naszego stylu. Traktowaliśmy to jako kolejne zagranie w trybie ryzyk-fizyk, dodatkowy przycisk, który mogliśmy wcisnąć, ostatni możliwy element układanki.
Pobiegłem w miejsce, gdzie piłka najczęściej lądowała po wrzutkach Davida. Nie jestem mistrzem gry głową, instynktownie wyskakuję pod piłkę, żeby móc ją sięgnąć rękami i chwycić. Praktycznie do wszystkich strzałów głową, jakie udało mi się oddać, składałem się zbyt wcześnie lub zbyt późno. Tak też było i tym razem. Obejrzyjcie sobie powtórkę, a zobaczycie, że wyskoczyłem do piłki idealnie... żeby ją złapać. Delikatnie dotknąłem jej czubkiem głowy, ale to nie miało żadnego znaczenia. Liczył się chaos, który wywołałem.
Ściągnąłem na siebie trzech rywali, bo rzucili się ku mnie Babbel, Jens Jeremies i Thomas Linke. Całe ich szczelne i uporządkowane krycie posypało się w tym momencie, ponieważ trzech ich zawodników instynktownie ruszyło w stronę wielkiego blondasa w zielonym stroju, który - z zupełnie niezrozumiałych powodów - szturmował ich pole karne. Automatycznie oznaczało to, że trzech naszych będzie miało swobodę, a jednym z nich okazał się Yorkey. Nie udała mu się próba zagrania piłki z powrotem w poprzek pola karnego, przez co piłkę wybił Michael Tarnat, ale stracił akurat równowagę i nie trafił w futbolówkę czysto. Ryan uderzył ze skraju pola karnego, jednak też źle wymierzył. I właśnie w ten sposób piłka trafiła do Teddy'ego, również niekrytego, a ten wpakował ją do siatki.
No więc wyglądało to tak: jedno dobre dośrodkowanie z rzutu rożnego, jedna chybiona główka bramkarza, nieczyste zagranie Yorkeya, nieczyste zagranie Tarnata, byle jaki strzał i byle jakie wykończenie akcji. Te wszystkie czynniki sumują się w jedno - chaos. W trybie ryzyk-fizyk chodzi właśnie o sianie chaosu. Piłkarze Bayernu byli wstrząśnięci, widziało się to na ich twarzach. Pamiętam, jak Becks po czerwonej kartce na mundialu w 1998 roku mówił dziennikarzom: "To tylko piłka, ona nie jest w życiu najważniejsza". Cóż, David był wtedy jeszcze młodym chłopakiem i moim zdaniem bardzo się mylił.
Dlaczego? Ponieważ jeśli człowiek jest zwycięzcą, jeśli znajduje się akurat w samym sercu rywalizacji o coś, piłka nożna jest najważniejszą rzeczą w życiu. Musi nią być, zawodnik musi ją tak traktować. W pomeczowym wywiadzie na Camp Nou Fergie powiedział, że to najwspanialszy moment w jego życiu. Stwierdził tak facet, który ma trzech synów i gromadkę wnuków. Gdy się przegrywa, człowiek czuje się dokładnie odwrotnie - ma poczucie, że to absolutnie najgorszy moment w jego życiu i nic, ale to zupełnie nic nie jest w stanie go pocieszyć. Właśnie przed taką perspektywą stanęli w tamtej chwili gracze Bayernu. Po tym, jak przez cały finałowy mecz kontrolowali sytuację, po trafieniach w słupek i poprzeczkę, nagle mogli wszystko stracić. Zachowywali się niczym dzieci we mgle.
Gdy wejdzie się w tryb ryzyk-fizyk, nie ma już odwrotu. Zostaje się w nim, aż zadanie zostanie wykonane. Można było przyrównać nas do myśliwych - gdy poczuliśmy krew, parliśmy naprzód, cały czas naprzód, aż upolowaliśmy ofiarę. Nikomu nie przeszło nawet przez myśl, żeby czekać na dogrywkę. Ole wywalczył kolejny rzut rożny i wbiegł w ich pole karne. David znów znakomicie podał, a chaos, jaki wytworzyliśmy przy okazji pierwszej bramki, ciągle jeszcze miał wpływ na piłkarzy Bayernu. Nie wiedzieli, gdzie mają się podziać, co ze sobą zrobić. Tarnat stał przy słupku, tylko że tak naprawdę to się o niego opierał, jak gdyby czekał na przystanku na autobus - o co w tym chodziło? Przeciwnicy pozwolili Teddy'emu uderzyć czysto głową, a potem złota noga Ole zwieńczyła dzieło. Kahn nawet nie zareagował, gdy piłka wpadała do bramki. Wyglądał, jakby nadal był w szoku po wyrównującym golu.
W pierwszym odruchu chciałem pobiec przed siebie i dołączyć do świętujących kolegów, ale się opanowałem. Gdybym pobiegł tam, gdzie byli wszyscy moi partnerzy, musiałbym potem pędzić z powrotem, a przecież - zupełnie niespodziewanie - od triumfu w Lidze Mistrzów dzieliły nas dosłownie sekundy. Manchester United nie potrzebował bramkarza, któremu serce wali w tempie 180 uderzeń na minutę, gdyby trzeba było wybronić ostatni atak rywali. Dlatego, podążając za jakimś impulsem, wykonałem salto, które zostało nawet pokazane w telewizji, bo realizator miał akurat przypływ trzeźwości umysłu. Gdy tylko skończyłem się cieszyć, poczułem olbrzymie nerwy i napięcie.
Odkąd wróciłem w moje pole karne po wyrównującym golu Teddy'ego, byłem podenerwowany jak jeszcze nigdy dotąd. Myślałem wtedy: Będzie dogrywka, złota bramka, teraz nie mogę popełnić błędu i czegoś wpuścić. Gdy Ole strzelał drugiego gola, ja robiłem głębokie wdechy i usiłowałem nad sobą zapanować. Zwykle podczas meczów się nie denerwuję, ale tym razem byłem po prostu przerażony. Wyszliśmy jednak na prowadzenie 2:1, pozostawało jeszcze kilka sekund tej zabawy, a Bayern wznawiał grę. W głowie miałem tylko jedno: Nie strzelajcie, proszę, tylko nie strzelajcie, w tym stanie niczego nie obronię. Te kilka sekund ciągnęło się niczym godziny. Wtem jednak rozległ się gwizdek Pierluigiego Colliny. Jasna cholera! Co się właśnie stało?
Co się właśnie stało?
Potem nadeszło to drugie uczucie. No tak... ale czego wszyscy się spodziewali? Jesteśmy Manchesterem United, odrabiamy straty nawet w beznadziejnych sytuacjach, to nasz znak rozpoznawczy, nasza specjalność.
Do Barcelony przyjechaliśmy, nie przegrawszy meczu od grudnia. Podejmowaliśmy kolejnych rywali i dawaliśmy im radę, mieliśmy mecz średnio co 4,6 dnia. Graliśmy w ten sposób od 1993 roku, od starcia z Sheffield Wednesday.
"Oni się nie poddają, nigdy. Właśnie tak to wygraliśmy", powiedział menedżer w krótkim wywiadzie, zaraz po tym, jak rzucił nieśmiertelne słowa: "Futbol, cholera jasna!".
Zareagował również na słowa reportera ITV Gary'ego Newborna, gdy ten pochwalił naszego szkoleniowca za wysłanie mnie pod bramkę rywala przy okazji rzutu rożnego, po którym wyrównaliśmy. "Nigdzie go nie wysyłałem, sam tam pobiegł, ale co to za różnica...", odparł Fergie.
To, co wydarzyło się tamtego wieczoru na Camp Nou, wymyka się wszelkim próbom opisu. Ale w tamtym momencie miałem poczucie, że dokładnie tak powinno to wyglądać - jeśli wziąć pod uwagę naszą drogę do tego finału, był to idealny styl triumfu w tych rozgrywkach. Podczas przygotowań do meczu z Bayernem nie umiałem przestać myśleć o tym, że będziemy grać 26 maja, czyli w dniu 90. urodzin sir Matta Busby'ego. Zmarł on w 1994 roku, ale wcześniej zdążyłem poznać go na tyle dobrze, że dokładnie wiedziałem, ile znaczyło dla niego odzyskanie tytułu mistrza Anglii przez Manchester United jeszcze za jego życia. Dlatego odzyskanie tytułu najlepszego klubu w Europie dokładnie w 90. urodziny sir Matta również wydawało się niezwykle trafne.
Co ze mną? Moja ostatnia interwencja w barwach Manchesteru United polegała na odebraniu Pucharu Europy z rąk Lennarta Johanssona oraz wzniesieniu tego pięknego, starego trofeum ku niebu (za drugie ucho trzymał je Fergie). Roy pauzował za kartki, a to oznaczało, że już od rozegranego przed pięcioma tygodniami półfinału z Juventusem wiedziałem, że to ja będę kapitanem w finale i mam szansę na taki triumfalny moment. Nigdy jednak nie próbowałem go sobie wyobrażać. W trakcie przygotowań do starcia z Bayernem nie pozwoliłem sobie choćby na jedną myśl typu: To mój ostatni mecz w Manchesterze United, jak zakończy się ta podróż? Jak ten finał ułoży się dla mnie?
W tamtym niesamowitym zespole mieliśmy zupełnie inne nastawienie. Co się stało po końcowym gwizdku Colliny? Jakie to uczucie faktycznie dotknąć tego pucharu? O czym myślałem, biegnąc i wskakując na Teddy'ego? Albo gdy unosiłem Raimonda van der Gouwa, gdy świrowaliśmy przed wręczeniem trofeum? Z ręką na sercu: nie mam pojęcia.
Kompletna pustka. Czasami sport na najwyższym poziomie porównuje się do przebywania w szybkowarze - dokładnie wiadomo, co się dzieje po otwarciu urządzenia: cała para ulatuje i nic z niej nie zostaje. Wspomnienia z tego, co działo się po zakończeniu spotkania, nie są moje - w całości pochodzą ze zdjęć i tego, co opowiadają inni, z materiału telewizyjnego, artykułów prasowych i powszechnie znanych anegdot. Bardzo słabo, jak przez mgłę pamiętam nawet imprezę, która odbyła się po meczu w hotelu Arts Barcelona. Dokładnie pamiętam tylko jedno: jak Fergie i Martin usiłowali nakłonić mnie do podpisania nowego kontraktu i pozostania w klubie.
Ale to już historia na później.
Pamiętam jedną rzecz z okresu od końcowego gwizdka do opuszczenia Camp Nou na pokładzie klubowego autokaru, którym jechałem całkowicie oszołomiony i ciągle jeszcze nie dowierzając w to, co się stało. Pamiętam, jak mój syn Kasper oraz Charlie, syn Teddy'ego, nagle pojawili się w szatni.
Kasper miał opuścić stadion wraz z matką i siostrą jednym z autokarów przygotowanych przez organizatora. Tak to właśnie wygląda na najważniejszych meczach FIFA i UEFA: detale typu transport dla rodzin zawodników czy gości ze specjalnymi wejściówkami są dopięte na ostatni guzik. Przyjeżdża się i wyjeżdża specjalnym pojazdem, dostaje się w nim konkretne miejsce, godziny przyjazdu i odjazdu są dokładnie określone, podobnie jak miejsce odjazdu i cel podróży. W tamtych czasach telefony komórkowe nie były jeszcze tak powszechne jak dziś, więc choć wizyta naszych synów w szatni okazała się czymś absolutnie wspaniałym i wyjątkowym, to jednak fakt, że się jej nie spodziewaliśmy, sprawił, że mieliśmy z Teddym małe zmartwienie.
Chłopców nie było w autokarze, w którym powinni się znaleźć. Czy ich matki wiedzą, gdzie są dzieci? Jak możemy się z nimi skontaktować i powiedzieć im, że nasi synowie są bezpieczni?
Dopadliśmy jakichś działaczy, którzy przekazywali tę wiadomość z ust do ust, aż w końcu dotarła ona do obu mam. Zorganizowaliśmy chłopakom podwózkę do hotelu. Dopiero później zadaliśmy sobie najbardziej oczywiste pytanie: jakim cudem w ogóle dotarli do szatni?
Na stadionie było 90 tysięcy ludzi, panowało istne szaleństwo. Obowiązywały też ścisłe regulacje UEFA - według nich Camp Nou został podzielony na "strefy", do których dostęp możliwy był na podstawie specjalnej akredytacji. Ani Kasper, ani Charlie nie mówili po hiszpańsku. Nie mieli też pieniędzy. Mimo to mijali kolejne punkty kontrolne i na każdym z nich jakoś się wykpili, bo w końcu znaleźli się w szatni.
Przecież wyglądali na dwóch zupełnie przypadkowych chłopców. Choć z drugiej strony... Widzieliście kiedyś ich twarze? Podobno przy spotkaniu z każdym kolejnym pracownikiem ochrony wskazywali na swoje buzie i mówili: "Popatrz, moim tatą jest Teddy Sheringham. Spójrz, moim tatą jest Peter Schmeichel".