Peter Nimble i magiczne oczy - jonathan auxier

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy. Pierwsze dziesięć lat Petera Nimble'a

Rozdział pierwszy

Pierwsze dziesięć lat Petera Nimble'a

Ci z was, którzy wiedzą co nieco o niewidomych dzieciach, z pewnością zdają sobie sprawę, że mogą z nich wyrosnąć znakomici złodzieje. Domyślacie się chyba, że niewidome dzieciaki mają doskonały węch i potrafią dokładnie określić, co leży za zamkniętymi drzwiami - czy jest to piękna tkanina, złoto czy masło orzechowe - i to z odległości pięćdziesięciu kroków. Co więcej, ich paluszki są wystarczająco drobniutkie, by prześlizgnąć się przez dziurkę od klucza, a uszy - wystarczająco wyczulone, by dosłyszeć najcichsze kliknięcie i zgrzyt każdej ruchomej części w najbardziej skomplikowanym zamku. Oczywiście minęły już czasy "wielkich" złodziei, dziś zostało już tylko kilkoro młodocianych złodziejaszków, ociemniałych czy też nie. Ale dawno, dawno temu świat był ich pełen. Oto historia najsłynniejszego złodzieja, jaki kiedykolwiek żył na tym świecie. Nazywał się, jak już pewnie zgadliście, Peter Nimble.

Jak większość niemowląt, Peter przyszedł na świat, nie mając wcale imienia. Pewnego ranka grupa pijanych, ale poczciwych marynarzy zauważyła go w koszyku dryfującym niedaleko ich statku. Nad głową chłopczyka unosił się wielki kruk, który - o zgrozo! - wydziobał mu oczy. Pełni odrazy marynarze zabili ptaka i oddali chłopca władzom najbliższego miasta portowego.

Chociaż pracownicy magistratu nie mieli pojęcia, co począć z niewidomym niemowlakiem, prawo wymagało, by nadali mu chociaż imię. Niedbałym gestem ochrzcili go, nadając imię Peter Nimble, niezbyt dokładnie zapamiętane ze starej kołysanki. Peter, którego cały majątek stanowiło nowe imię, został wysłany w świat.

Najpierw karmiła go mlekiem ranna kocia mama, którą spotkał, raczkując przed wejściem do lokalnej piwiarni. Kotka zgodziła się, by mały Peter zamieszkał z nią w zamian za iskanie kleszczy z jej futra - aż do tragicznego dnia kilka miesięcy później, kiedy właściciel piwiarni zauważył ich kryjówkę pod swoim progiem. Wściekły na odkryte w obejściu "szkodniki", mężczyzna wrzucił całą rodzinkę do worka i cisnął nim do zatoki.

Wtedy to Peter po raz pierwszy pokazał, co potrafi - wykorzystał zwinność swoich paluszków, by rozwiązać sznur, którym zawiązany był worek. Brak futra i wrodzona zwinność pomogły mu bez problemu wrócić na brzeg. Kotom, niestety, nie poszło tak łatwo.

* * *

Do tego momentu obserwowaliście raczej typowe dzieciństwo Petera - choć prawdopodobnie nieco inne od waszego. Było jednak tylko kwestią czasu, gdy Peter zaczął różnić się od swoich ząbkujących rówieśników. Pierwszą oznaką jego odmienności była osobliwa zdolność przetrwania. Ponieważ nie miał rodziców, którzy kupowaliby mu ubrania i jedzenie, uznał za konieczne wziąć sprawy w swoje ręce.

Czy może być coś prostszego niż odebrać dziecku cukierki? Każdy, kto próbował zabrać cokolwiek maluchowi, doskonale wie, na jakie przykrości, szlochania, a nawet kopanie (!) się naraża. Z kolei dzieci z łatwością zabierają nam rzeczy. Mały Peter, mimo że niewidomy, bez trudu wywąchiwał stoiska z owocami oraz wózki z warzywami, z których można było coś zwędzić. Raczkował wszędzie za swoim nosem i z miną niewiniątka wbijał ząbki we wszystko, co wpadło mu w ręce. Zwijał po prostu to, czego w danej chwili potrzebował - ubrania, posłania czy bandaże na oczy. Próbował zwędzić nawet buty, ale szybko okazało się, że woli chodzić boso. Kiedy skończył trzy lata, był już wykwalifikowanym kieszonkowcem i postrachem sprzedawców. Nieraz łapano go na gorącym uczynku, ale zawsze udawało mu się czmychnąć, zanim nadciągnęli posterunkowi.

Kiedy decydujemy się na przestępczy żywot, marnieją nasze szanse na normalne życie w społeczeństwie. Praworządni obywatele rzucają okiem na dzieciaki takie jak Peter i odwracają wzrok - nie proponują słodyczy, zabawek ani nadziei na adopcję. Tak więc nasz samotny chłopiec nie miał nic prócz gwarancji, że będzie dorastał w samotności.

Wszystko uległo zmianie, gdy pewnego dnia spotkał pana Jakuba - bardzo przedsiębiorczego człowieka.

Pan Jakub był wysokim, żylastym mężczyzną z umięśnionymi rękami i ogromną głową. Z powodu niezdarności nie mógł zrealizować swojego marzenia, by być... włamywaczem. W zamian za to pan Jakub został naganiaczem żebraków. Naganiacz żebraków, jak możecie sobie zapewne wyobrazić, to ktoś, kto ma do czynienia z żebrakami. Interes pana Jakuba polegał na adoptowaniu sierot, okaleczaniu ich i wysyłaniu na ulice, aby żebrały o pieniądze. Ci, którzy ośmielali się wrócić do domu z pustymi rękami, ryzykowali podduszeniem albo odesłaniem do przytułku. Mówiono, że przez ręce pana Jakuba przewinęło się mnóstwo sierot.

Peter miał pięć lat, kiedy pan Jakub po raz pierwszy wytropił go na targowisku, przy stoisku z owocami.

- Hej, chłopaku! - zawołał na jego widok. - Jak się nazywasz?

- Nazywają mnie niewidomym Petem, proszę pana - powiedział maluch, zbyt młody, by wiedzieć, że nie rozmawia się z obcymi.

Mężczyzna pochylił się i przyjrzał się chłopcu z bliska. Z doświadczenia wiedział, że niewidome dzieci bywają świetnymi żebrakami.

- Gdzie są twoi rodzice? - spytał.

- Nie mam rodziców - odparł chłopiec. Peter był już bardzo głodny, więc zręcznie sięgnął za swoje plecy i ukradł jabłko ze straganu.

Pan Jakub zaobserwował to kątem oka i niemal odebrało mu mowę. Chłopak wcale nie ściągnął jabłka z samego wierzchu, wydostał je ze środka, pozostawiając stragan w stanie prawie nienaruszonym. Dla zwykłych osób taki wyczyn byłby niemożliwy, ale dla tego brudnego dzieciaka wydawał się dziecinnie prosty. Pan Jakub od razu się zorientował, że ma do czynienia z bardzo utalentowanym złodziejaszkiem.

Mężczyzna pochylił się nad chłopcem i przyjrzał dokładnie jego delikatnym palcom.

- Cóż, Pete - powiedział słodkim głosem. - Nazywam się Jakub i jestem piekielnie zadowolony, że się poznaliśmy. Jestem, mój drogi, bardzo ważnym przedsiębiorcą, ale nie mam syna, z którym mógłbym podzielić się swoim bogactwem. - Pan Jakub wyjął jabłko z małej dłoni Petera i nie przerywając rozmowy, wgryzł się w owoc. - Czy zechciałbyś zostać moim wspólnikiem? - Znów ugryzł kęs jabłka. - Mógłbyś zamieszkać ze mną w mojej posiadłości, dostawać jedzenie i bawić się z moim psem, Zabijaką.

- A jaki to pies? - spytał Peter, mając nadzieję, że pies jest wystarczająco duży, by na nim jeździć.

- On jest... syjamczykiem - odparł pan Jakub po chwili zastanowienia.

- Czy syjamczyki są duże?

- Największe. Wydaje mi się, że mógłby cię połknąć w całości, gdyby tylko chciał - Pan Jakub wrzucił do ust ogryzek i łyknął go w całości. - A więc co ty na to, chłopcze?

* * *

Nie było żadnej posiadłości. Żadnych bogactw, służby ani ucztowania. Zabijaka naprawdę istniał, ale nie miał jednej nogi, był dość stary i - jak większość staruszków - nie cierpiał dzieci. Zamiast wozić Petera na plecach, większość czasu spędzał, utykając, warcząc i zlizując spływającą po mordzie ślinę.

Pan Jakub porzucił pracę werbownika żebraków i wcale tego nie żałował. Sprzedał swoje sieroty i całkowicie poświęcił się kształceniu Petera w złodziejskiej sztuce. Przez pierwszy rok zamykał wszystkie posiłki chłopca w starej marynarskiej skrzyni. Jeśli Peter chciał jeść, musiał samodzielnie otworzyć zamki. Płynęły z tego dwie korzyści: Peter uczył się złodziejskiego fachu, a pan Jakub oszczędzał na jedzeniu. Chłopiec chodził głodny przez ponad dwa tygodnie, zanim udało mu się zdobyć pierwszy posiłek w swoim nowym domu. Kiedy w końcu otworzył skrzynię, pozostawione tam resztki dawno się popsuły. Po pewnym czasie doszedł jednak do takiej wprawy, że potrafił otworzyć każdy zamek z kolekcji swojego opiekuna.

Pan Jakub uczył Petera również trudnej sztuki skradania się: jak czołgać się po podłodze, po dachu, a nawet po żwirze, by nie wydać najmniejszego dźwięku. Chłopiec szybko czynił postępy i wkrótce stał się mistrzem, potrafił wycinać dziury w oknach i posługiwać się liną. W wieku dziesięciu lat Peter Nimble był największym złodziejem, jakiego widział świat. Chociaż oczywiście... NIE WIDZIAŁ go nikt. Znajdowano jedynie otwarte sejfy i porzucone puste szkatułki na biżuterię.

Każdego wieczoru pan Jakub wysyłał Petera "na skok" do miasta. I każdego ranka Peter wracał do pana Jakuba ze zdobyczą - torbą pełną łupów.

- Robaku! - tak nazywał go mężczyzna - spisałeś się na medal. A teraz znikaj mi z oczu! - Po tych słowach zamykał chłopca w piwnicy, a na straży stawiał Zabijakę.

Tak naprawdę Peter nie miał nic przeciwko piwnicy. Był niewidomy, nie przeszkadzał mu brak światła, a siedzenie w piwnicy było z pewnością o wiele lepsze niż okradanie domów uczciwych ludzi. Peter, choć popełniał złe uczynki (z zasady każda kradzież jest zła), był dobrym dzieciakiem, który nie chciał mieć do czynienia ze złodziejstwem. Każdego ranka, kiedy zwijał się w kłębek do snu na wilgotnej piwnicznej podłodze, wyobrażał sobie, że przechytrzy Zabijakę, włamie się do wielkiego, pełnego skarbów, pokoju pana Jakuba i zwróci wszystkie skradzione przedmioty prawowitym właścicielom. Wyobrażał sobie, jak wdzięczni mieszkańcy ratują go przed okrutnym panem Jakubem i zapraszają, by na zawsze zamieszkał w dużym, ciepłym domu pełnym jedzenia, śpiewu i innych radosnych dzieci. Mówiąc krótko - śnił o własnym szczęściu. To jednak był tylko sen, a wraz z zachodem słońca chłopca znów budziły okrzyki pana Jakuba. Wyrzucany z domu, szedł okradać uczciwych ludzi.

Tak upływało życie Petera Nimble'a - nieszczęśliwego, źle traktowanego i zmuszanego do niecnych występków chłopca. Dzień po dniu, przez kolejne pory roku, przez kolejne lata... Aż nadeszło pewne bardzo szczególne, deszczowe popołudnie, kiedy po raz pierwszy spotkał kogoś, kto miał na zawsze odmienić jego życie.

Rozdział drugi. Tajemnicze pudełko komiwojażera

Rozdział drugi

Tajemnicze pudełko komiwojażera

Poza nocnymi kradzieżami Peter miał też obowiązki domowe. Co drugi wtorek, zgodnie z poleceniem pana Jakuba, miał przynieść (ukraść) jedzenie z rynku. Ten wtorek również nie był wyjątkiem.

- Wstawaj, robaku! - awanturował się o świcie pan Jakub, schodząc do piwnicy. - To dzień zakupów. Nie karmię cię po to, byś wylegiwał się tutaj przez cały ranek.

Peter spędził noc na złodziejskim wypadzie i położył się spać dopiero godzinę wcześniej.

- I tak mnie nie karmisz - wymamrotał w przypływie sennej bezmyślności.

W następnej chwili poczuł wielką, mięsistą łapę, która złapała go za włosy i postawiła na nogi. - Nie zapominaj, do kogo mówisz, robaku! - warknął pan Jakub, ciągnąc chuderlaka w górę po schodach przez cały dom. - Jesteś na podwójnej służbie: przyniesiesz mi jedzenie, pieniądze... i przegryzki dla Zabijaki!

Gdy go mijali, pies właśnie z lubością lizał gnaty.

- Tak, proszę pana! Proszę mi wybaczyć! - wyszeptał Peter ze skruchą. Doskonale wiedział, że lepiej nie pyskować, ale jak wiecie, słowa czasami same wyskakują z ust.

- Zachowaj swoje przeprosiny dla kata - powiedział pan Jakub, wypychając Petera na ulicę i rzucając za nim jego złodziejski worek. - Ma być pełny, gdy wrócisz! Albo... - pogroził, trzaskając drzwiami.

Peter podniósł się i przerzucił worek przez ramię. Nad jego głową kłębiły się chmury pełne ciężkich kropel deszczu. Chłopiec westchnął ciężko.

Deszcz to prawdziwy problem dla tych, którzy pracują tak jak Peter. Bo widzicie, kiedy pada, bogaci rzadko wychodzą z domów w obawie, że się rozpuszczą. A jeśli już wyjdą za drzwi, towarzystwa zazwyczaj dotrzymują im uzbrojeni w parasole służący, którzy pilnie strzegą ich przed kieszonkowcami. A w mieście nie ma lepszej rozrywki niż wieszanie kieszonkowców. Każdy przestępca, który w takich okolicznościach ma nadzieję ukraść portfel, naraża się na spore ryzyko. Dlatego Peterowi nie udało się zwinąć zbyt wiele podczas tego nieprzyjemnego, deszczowego popołudnia.

Usiłując skryć się za rogiem z koszulą pełną skradzionych brokułów i wędzonej ryby, rozmyślał, w jak wielkie tarapaty popadnie, jeśli nie przyniesie pieniędzy panu Jakubowi. I właśnie wtedy spostrzegł tłum ludzi zgromadzonych w porcie. Co za szczęście! Każdy kieszonkowiec marzy o tłumie. Co więcej, zarówno wszyscy służący z parasolkami, jak i ich państwo zdawali się na coś patrzeć. Chłopak odrzucił na bok "zakupy" i szybko zabrał się do roboty. Ostrożnie utorował sobie drogę wśród ludzi i zwijał zapatrzonym widzom sakiewki, jednocześnie usiłując odgadnąć, co wywołuje takie zamieszanie.

- Nie chcesz już wyglądać jak mnich? - zagrzmiał głos gdzieś nad głowami tłumu. - Czy twoja głowa jest łysa jak Alpy? Nie musi taka być! Ten wspaniały turban, zrobiony z niedźwiedziej skóry z dalekich Mórz Południowych w ciągu jednej nocy odbuduje wasze bujne loki!

Głos należał do mężczyzny stojącego gdzieś z lewej strony.

- Kapelusze na każdą głowę! Jeśli czegoś takiego szukałeś, nie szukaj dalej! - Jego głos był pewny i łagodny, a słowa jak zaklęcie przykuwały uwagę tłumu.

Mądrze byłoby przerwać na moment i wyjaśnić, jak wiele elementów tej sceny umknęło Peterowi. Nie widział chwiejącej się wieży kapeluszy na głowie mówcy, nie mógł dostrzec jego ostrej szczęki, czerwonego haczykowatego nosa i długich - jak u sowy - brwi. Peter wiedział tylko, że zawdzięcza mężczyźnie doskonałą okazję do działania wśród rozentuzjazmowanego tłumu.

Peter dalej zdobywał portfele, bez żadnych przeszkód wsuwając palce do kieszeni i torebek. Musiał hamować uśmiech - ludzie byli tak skupieni na popisach komiwojażera, że żaden z nich nic nie poczuł. Mężczyzna opowiadał, gdzie znalazł swoje cudowne wyroby. Twierdził, że podróżował poza krańce mapy poprzez wielkie niezbadane wody tego świata. Tam odkrył kapelusze szyte z tkanin, muchomorów i smoczej łuski.

- A wszystko to oferuję dziś w specjalnej cenie! - krzyknął.

Napełniając worek, Peter wsłuchiwał się w słowa mężczyzny. Rozmarzył się, bardzo chciał, aby takie magiczne miejsca naprawdę istniały - byłyby z pewnością o wiele bardziej atrakcyjne niż jego portowe miasto. "Nic takiego jednak nie istnieje - upomniał sam siebie - to tylko bajdurzenie od rzeczy, czysty nonsens".

- Mówisz, że to nonsens - zagrzmiał głos komiwojażera. - Może w inny sposób cię przekonam?

Peter zatrzymał się w pół gestu. Zabrzmiało to tak, jakby komiwojażer zwrócił się bezpośrednio do niego.

- Ależ tak, do ciebie mówię, chłopcze! - wykrzyknął głos.

Chłopiec wysunął dłoń, którą dopiero co wsunął w tylną kieszeń posterunkowego, gdyż poczuł, że oczy całego tłumu zwróciły się w jego stronę.

- Do mmmmnie? - wyjąkał, zasłaniając usta klapą swojego złodziejskiego worka.

- A do kogóż by innego? Zastanawiam się, czy mogę ci ukraść małą chwilę?

Peter ani drgnął.

Komiwojażer zmienił taktykę, kierując teraz słowa do stojącego przed Peterem mężczyzny.

- Panie posterunkowy? Czy może pan zejść z drogi, aby chłopiec mógł się do mnie przekraść?

Peterowi zaschło w gardle. Słuchał, jak przysadzisty przedstawiciel prawa drepcze wokół niego, odsuwając ludzi na bok swoją laską.

- Słyszeliście, co on mówi - powiedział władczym tonem. - Pozwólcie chłopakowi przejść!

Wszyscy czekali teraz, by Peter postąpił krok do przodu.

- Nie bądź nieśmiały, koleżko! - zaśmiał się komiwojażer. - To byłoby przestępstwo trzymać nas wszystkich w takim zawieszeniu.

Wyglądało na to, że mężczyzna wie, co Peter ma na sumieniu, i w ten sposób grozi mu, że zdradzi jego występki. Peter nie miał wyboru: usiłując wyglądać niegroźnie i niezdarnie, przedzierał się do przodu przez tłum. Komiwojażer złapał go za rękę i entuzjastycznie nią potrząsnął.

- Witaj na pokładzie! - Następnie zwrócił się do publiczności. - A teraz mam dla was, o szczęśliwcy, specjalny pokaz!

Peter starał się zorientować, co go otacza. Po prawej stronie miał komiwojażera, który pachniał mokrą wełną pomieszaną z zapachem rozczarowania. Tuż za nim stał wózek sprzedawcy, zaprzęgnięty w parę... nie, nie koni. Peter okradł cyrkowy tabor, gdy miał siedem lat i od tego czasu potrafił kapitalnie wyczuć nosem egzotyczne zwierzęta. Ale cóż to były za dziwne istoty?

- Trzymaj się z daleka od zebry, koleżko! Zebry kopią!

Tłum roześmiał się na to dobroduszne ostrzeżenie. Peterowi jednak daleko było do śmiechu. Mężczyzna dosłownie czytał mu w myślach. Ale to by było niemożliwe.

- A jednak się dzieje - powiedział mężczyzna, zniżając głos i pochylając się nad nim. - Potrzeba tylko trochę praktyki.

Peter odsunął się od nieznajomego i wpadł prosto na jego drewniany wózek. Starał się utrzymać równowagę, a wtedy jego ręce natrafiły na coś zimnego, metalowego i znajomego.

Zamek.

Peterowi serce zaczęło bić szybciej. Jeśli uwielbiał coś w swojej pracy, było to z pewnością otwieranie zamków. Uważał każdy zamek za osobiste wyzwanie. Z definicji zamki są stworzone po to, byś wiedział, czego ci nie wolno. Nie wolno ruszać jedzenia w skrzyni. Nie wolno uciekać z piwnicy. Nie wolno się dowiedzieć, co jest w wózku. Każdy zamek krył skarb, który domagał się uwolnienia, i Peter zawsze był szczęśliwy, gdy mógł mu pomóc.

Chłopak przejechał palcami po ryglu śliskim od deszczu. Zrobiono go z hartowanej stali, wykorzystywanej do ochrony największych sekretów. Przesunął dłonią dalej wzdłuż zamka, starając się wyczuć zawias, ale trafił na kolejny solidny zamek, który prowadził do następnego i następnego. Cały wózek pokryty był zamkami wszelkiego rozmiaru i kształtu. Uśmiechnął się do siebie - wszystko to stawało się coraz ciekawsze.

Kiedy Peter badał wózek, komiwojażer przemówił do tłumu.

- Nadszedł wreszcie czas, bym zaprezentował mój najbardziej niezwykły kapelusz, inny niż wszystkie razem wzięte! Stworzony specjalnie dla was!

Ludzie przysunęli się bliżej w niespokojnym oczekiwaniu.

- Wiemy, jaki jest podstawowy problem życia w mieście portowym - zapach! Jak możemy zachować godność w miejscu, które cuchnie rybami?

Wkoło rozległ się potwierdzający pomruk ludzi, którzy z odrazą wciągnęli nosem przykry zapach.

- Już nie będzie fetoru! - komiwojażer wyciągnął stertę lichych skórzanych czapek. - Te czapki, garbowane i formowane w najczystszym powietrzu Chmurlandii, gwarantują znikanie wszelkich przykrych zapachów u tego, kto je nosi.

Tłum zamruczał w zdumieniu.

- Mówicie, że to niemożliwe? Aby udowodnić, że mówię prawdę, skorzystam z opinii eksperta... który w życiu kieruje się wyłącznie nosem!

Peter, który wciąż dyskretnie badał zamki na wózku, opuścił ręce, ponieważ poczuł, że uwaga tłumu znów skierowana została na niego. Komiwojażer złapał go za ramię.

- Wszyscy wiedzą, że niewidomi mają kapitalny zmysł powonienia. Potrafią wyczuć nawet najdyskretniejsze zapachy. Dlatego zawołałem tego urwisa, by asystował przy moim pokazie - delikatnie popchnął Petera z powrotem w tłum. - Jeśli możesz, chłopcze, poproszę cię, żebyś powąchał tego tu posterunkowego.

Peter stał bez ruchu przed przedstawicielem prawa, który przerzucał niezręcznie ciężar swojego cielska z jednej nogi na drugą.

- No proszę. Powąchaj porządnie - powiedział komiwojażer do chłopca. - Czym on pachnie?

Peter zorientował się, że mężczyzna oczekuje szczerego raportu, a tymczasem prawda nie była zbyt przyjemna.

- Pachnie rybą, proszę pana.

Komiwojażer westchnął, wyraźnie zadowolony.

- Mówisz, że rybą? I czym jeszcze?

Peter znów użył nosa.

- I zatęchłym piwem?

- I?

Peter nie mógł się powstrzymać.

- I... świeżymi bąkami!

Tłum wybuchnął śmiechem na widok poczerwieniałego na twarzy posterunkowego.

- Zaiste, toksyczna mieszanka! - stwierdził komiwojażer.

- Ja wam dam! - pogroził posterunkowy. - Wygłupiajcie się tak dalej, a obu was aresztuję! - ale zanim zdążył zrobić cokolwiek, komiwojażer zaoferował mu skórzaną czapkę.

- Czy bylibyście tak dobrzy i założyli jedną z tych cudownych czapek na głowę?

Oficer, wciąż czerwony na twarzy, zdjął hełm i nasunął czapkę na łyse czoło. Uśmiechnął się do tłumu z zakłopotaniem.

Komiwojażer odwrócił się do Petera.

- I co teraz, chłopcze?

Peter zawahał się, mając nos zaledwie kilka centymetrów od spoconego brzuszydła posterunkowego. Zapach mężczyzny zupełnie się nie zmienił. Ale Peter był rezolutny i zrozumiał od razu, czego spodziewa się po nim komiwojażer. Nie ufał mu jeszcze zbytnio, ale gdzieś w głębi jego złodziejski instynkt podpowiadał mu, aby poddać się tej grze.

- I jak on teraz pachnie? - powtórzył komiwojażer z lekkim ponagleniem w głosie.

Peter głośno wciągnął powietrze i westchnął.

- Gdzie on sobie poszedł? - potknął się, robiąc krok do przodu i wąchając powietrze w udawanym zdezorientowaniu. - Posterunkowy był tu jeszcze chwilę temu... ale teraz jego zapach całkowicie zniknął!

Gapie roześmiali się ubawieni.

- No i widzicie! - powiedział komiwojażer, kłaniając się. - Jakiego potrzebujecie jeszcze dowodu?

Ludzie rzucali na scenę monety w kierunku mężczyzny, aby zdobyć jedną z jego cudownych czapek.

Kiedy ludzie rozpychali się, poszturchując się i pokrzykując, Peter poczuł się skołowany. Mógł się z łatwością wymknąć z tego miejsca z tym, co już ukradł. Wystarczyłoby kosztowności, żeby zadowolić pana Jakuba. Z drugiej strony był niezmiernie ciekaw, jaki tajemniczy skarb skrywa wnętrze wózka. Mimo że Peter nie za bardzo lubił okradać zwykłych ludzi, perspektywa oskubania komiwojażera nie wydała mu się specjalnie odstręczająca. Czy w końcu nie pomógł temu łajdakowi się obłowić? Peter postanowił jeszcze chwilę poczekać. - Czy potrzebuje pan pomocy? - spytał mężczyznę.

- Jaki jesteś rozsądny! - komiwojażer wrzucił chłopcu do ręki pustą sakiewkę. Nie była uszyta z płótna, ale z grubego aksamitu, a jej rzemyki ozdobiono zmyślnym haftem i małymi klejnocikami. - Pomóż mi zebrać pieniądze od tych zacnych ludzi. I przy okazji - pochylił się nad nim, poklepując złodziejską torbę przewieszoną przez ramię Petera - dyskretnie zwróć swoje zdobycze do kieszeni, z których pochodzą. Chłopiec, który dopuszcza się takich czynów, może zostać powieszony. - Wepchnął Petera w tłum. - Wynagrodzę ci to!

Peter przeciskał się przez tłum i zbierał monety od chętnych klientów. Za każdym razem, gdy przechodził obok kogoś, komu ukradł portfel, zwracał go, zanim ofiara mogła się zorientować, że czegoś jej brakuje. Robił to tak długo, aż opróżnił swoją złodziejską torbę i napełnił sakiewkę komiwojażera. Jej zapach był niezwykle intrygujący, niemal nie do wytrzymania, ale Peter wiedział, że nie wolno mu dotknąć nawet jednej monety. Jeśli ten dziwny komiwojażer naprawdę potrafił czytać w myślach, w ciągu jednej chwili złapałby go. Peter musiał być po prostu cierpliwy, aż sposobność sama się nawinie.

Kiedy mieszczanie w końcu się rozeszli w swych w skórzanych czapkach, obwąchując się nawzajem, komiwojażer wrócił do Petera.

- Dobrze wtedy zagrałeś. Nieźli z nas wspólnicy. Jak się nazywasz?

- Artur - odparł Peter, który nauczył się, by nie ufać nieznajomym.

- Naprawdę? - Mężczyzna wyjął mu z ręki sakiewkę. - Cóż, Arturze, nie mogłem nie zauważyć twojego zainteresowania moim wózkiem. Szkoda, że go nie widzisz, prawda?

- Wydaje się niezwykły - odparł Peter, starając się, by jego głos zabrzmiał jak najżałośniej. - Czuję na nim świeżą farbę.

- Czujesz coś jeszcze?

- Nie, proszę pana.

Komiwojażer podniósł poły swego fraka i wyjął wielki mosiężny pęk kluczy przytroczony do pasa. Zaczął otwierać dziesiątki zamków, które zabezpieczały drzwiczki jego wózka.

- Nigdy nie dość ostrożności. Bogactwa schowane w tym wózku mogą odmienić czyjś los na lepszy. Jednak nie spotkałem jeszcze złodzieja, który potrafiłby sforsować te wszystkie zamki.

Peter uśmiechał się do siebie, kiedy słyszał kolejne kliknięcia otwierających się kłódek. To był jego ulubiony dźwięk. Komiwojażer skończył z ostatnim zamkiem, otworzył drzwiczki wózka i zajrzał do środka. Gdy drzwiczki mijały nos Petera, puls mu przyspieszył. Spędził lata, ucząc się zapachów srebra, kości słoniowej i klejnotów - ale nic nie pachniało tak jak zawartość tego sejfu na kółkach. Mężczyzna upychał swoje zdobycze, a Peter zaprzągł do pracy wszystkie zmysły, aby przyswoić każdy szczegół skrytki: jak obszerna była kabina, jak solidna podłoga, jak znakomita zawartość. Kiedy skończył, komiwojażer zatrzasnął drzwiczki pojazdu i zamknął wszystkie zamki.

- No i wszystko znów bezpieczne - skwitował, otrzepując ręce. - I nie myśl, że o tobie zapomniałem! Tu masz coś za fatygę.

Rzucił małą monetę, którą Peter złapał w locie. Mężczyzna gwizdnął z uznaniem.

- Niezły masz refleks. Z takim chwytem kto potrzebowałby oczu?

Peter obrócił monetę w dłoni. Zrobiona była z ciężkiego metalu i w środku miała wyciętą dziurę.

- Bez wahania oddałbym swoje dłonie, gdybym tylko mógł widzieć - powiedział.

- O tak, z pewnością - łagodnie wymamrotał komiwojażer. Przez chwilę Peter słyszał napięcie w jego głosie, ale w końcu ten zakaszlał i klasnął w dłonie.

- Słuchaj, Arturze, umieram z pragnienia. Skoczę coś łyknąć w tawernie. Czy popilnowałbyś mi wózka? Jego zawartość jest zbyt szczególna, żeby wpaść w niepowołane ręce.

Peter nie mógł uwierzyć, że pójdzie mu aż tak łatwo.

- Cóż, wydaje mi się że mógłbym...

- Wspaniale! Wiedziałem, że mogę ci zaufać! - komiwojażer odkrzyknął przez ramię.

Kiedy przekroczył próg tawerny, odwrócił się i spojrzał na chłopca z daleka.

- To był dla mnie wielki zaszczyt, Peterze Nimble'u, pracować z tobą. Modlę się, byśmy wkrótce znowu się spotkali!

Mówiąc to, uchylił kapelusza i zniknął za drzwiami.

* * *

Peter forsował zamki w wózku przez niemal godzinę. Kiedy w końcu udało mu się włamać do środka, odkrył sakiewkę tam, gdzie położył ją komiwojażer. Przepełniona była monetami - w ilości, która zadowoliłaby pana Jakuba przez miesiąc.

Ale coś innego przykuło jego uwagę. Kiedy sięgał po wysadzaną klejnotami sakiewkę, dotknął ręką prostego, drewnianego pudełka, nie większego od bochenka chleba. Na jego pokrywie nie było żadnych zdobień ani ornamentów, nic prócz małego mosiężnego zamka. Peter dotknął dziurki od klucza i przeszył go nagły dreszcz. Wiedział, że właśnie ten przedmiot wywąchał już wcześniej, a było to coś cenniejszego od wszystkich otaczających go klejnotów. W odróżnieniu od tanich kapeluszy, to pudełko rzeczywiście wydawało się pochodzić z innego świata. Z jakiegoś miejsca poza mapą.

Peter zawahał się. Miał w swojej złodziejskiej torbie miejsce tylko na jedną rzecz, co oznaczało, że musi dokonać wyboru. Sakiewka pełna bogactwa albo pudełko pełne... tajemnic. Peter wybrał... pudełko i zniknął w deszczu, zanim ktokolwiek zdołał go nakryć.

Chwilę później chłopiec prześlizgnął się obok śpiącego Zabijaki i zszedł na palcach do swojej piwnicy. Zbliżał się zmierzch i niewiele czasu zostało, nim pan Jakub ponownie wyśle go do pracy w cudzych domach. Wycieńczony, ale i uradowany Peter przykucnął w kącie i wyjął ze swojej torby drewniane pudełko. Uśmiechnął się, wyczuwając bogaty, zatęchły zapach. Był on rozkoszny i upajający jak coś, czego nigdy wcześniej nie zaznał. Przy każdym kroku podróży do domu zapach ten stawał się bardziej wszechogarniający. A teraz chłopiec ledwie mógł go znieść.

Peter skierował ucho w stronę schodów, aby się upewnić, że jest sam. Przy odrobinie szczęścia mógłby uszczknąć co nieco dla siebie z zawartości pudełka, zanim resztę odda panu Jakubowi. Wystawił palec wskazujący i wsunął go do zamka. Klik. Zamek stanął otworem. Chłopiec podniósł wieczko i wyczuł, co jest w środku.

Pudełko zawierało sześć jajek.

Peter skrzywił się zmieszany i znów przebiegł dłonią po gładkich skorupkach. Nie było żadnego skarbu, tylko zwykłe kurze jaja. Podrapał się po szyi. Po otwarciu wieczka szczególny zapach stał się jeszcze silniejszy. Skarb musiał gdzieś tam się kryć. Chłopiec obmacał pudełko w poszukiwaniu spoiny albo śladów drugiego dna.

Wyjął jedno z jajek i zbliżył je do nosa. Pachniało... kosztownie - nawet bardziej kosztownie niż złoto. Jak to możliwe? Potarł delikatną skorupą o policzek.

- Co tam ukrywasz? - wyszeptał.

- Robaku!

W drzwiach stanął pan Jakub. Gramolił się na dół z Zabijaką u boku.

- Warzywa, które przyniosłeś, są rozmoczone! - powiedział, plując. Trzymał w ręku pół kabaczka, druga połowa zwisała mu z wykrzywionych z niesmakiem ust.

- Padało! - powiedział Peter, zamykając pudełko i stając na nogi. - W deszczu wszystko mięknie!

- Nie słucham wymówek!

Pan Jakub rzucił kabaczkiem w głowę Petera. Chłopiec mógł z łatwością uniknąć ciosu, ale już dawno temu nauczył się, że samoobrona jeszcze bardziej rozwścieczała pana Jakuba. Warzywo uderzyło go w ucho z mokrym plaśnięciem.

- Nie dlatego tu schodzę.

Pan Jakub zszedł wreszcie ze schodów, oblizując paluchy.

- Słyszałem, że przy porcie był dziś niezły tłum. Chcę dostać moje łupy.

- Było za wielu służących. Zdobyłem tylko to - powiedział chłopak, wręczając mu monetę z dziurą w środku.

Musicie pamiętać, że Peter stał w najciemniejszym kącie ciemnej piwnicy i tylko dlatego pan Jakub nie widział pudełka komiwojażera z sześcioma niezwykłymi jajkami. Jednak Zabijaka, którego węch był niemal tak dobry jak węch Petera, wyczuł je natychmiast. Skoczył do przodu i chwycił zębami chłopaka za nogę.

- Wygląda na to, że Zabijaka ma inne zdanie - warknął pan Jakub, podchodząc bliżej. - Co tam ukrywasz?

- Nic, to...

Ale było już za późno. Pies złapał drewniane pudełko i przyciągnął je do stóp pana. Pan Jakub schylił się, by zbadać jego zawartość.

- Dobry piesek - powiedział, pozwalając Zabijace zlizać resztki ze swojego podbródka. - Coś mnie tu bujasz, co, robaku? Zajrzyjmy do środka.

Otworzył wieczko i chciwie zaczął grzebać w jego wnętrzu, szukając skarbów.

- To tyle? - powiedział z obrzydzeniem. - Kilka zgniłych jajek?

- Wybacz mi! Myślałem, że jest pełne kosztowności, ale otworzyłem je dopiero w domu.

- A czemu do licha, ty idioto? - Pan Jakub podrzucił jajko i złapał je w powietrzu. - Przynajmniej będzie z nich lepsza kolacja niż z tych warzyw. Chodź, Zabijako.

Peter słuchał, jak pan Jakub z pudełkiem pełnym jaj pod pachą ponownie wspina się na schody.

- Proszę zaczekać! - chłopiec wrzasnął przeraźliwie. - One są zgniłe. Wszystkie co do jednego! - nie rozumiał dlaczego, ale czuł, że nie wolno mu stracić jajek.

Mężczyzna zatrzymał się i powąchał zawartość pudełka.

- Jesteś pewien? Moim zdaniem dobrze pachną.

- Wiesz, panie, jaki mam nos. Umiem wywąchać bogactwo, umiem wywąchać kłamstwo i wiek danej osoby. Te jajka są na wskroś przegniłe.

Peter wydał z siebie jęk, udając, że jest chory.

- Nawet stąd czuję taki smród, że ledwie oddycham.

Serce waliło mu jak oszalałe - nie mógł stracić tego pudełka.

- Proszę o wybaczenie. Obiecuję, że następnym razem przyniosę coś lepszego.

- Pewnie, że przyniesiesz - odparł pan Jakub. - A za karę będziesz musiał wąchać je nieco dłużej! - cisnął pudełkiem o podłogę. - Mam nadzieję, że zgarniesz dziś jeszcze coś więcej, żeby wynagrodzić mi stracony czas. Inaczej potłukę coś więcej niż jajka!

- Tak, proszę pana! Dziękuję za uprzejmość!

Pan Jakub chrząknął, trzaskając zamkami w drzwiach i powlókł się razem z Zabijaką z powrotem do kuchni. Kiedy Peter upewnił się, że jest sam, uspokoił rozdygotane nerwy i wymacał pudełko. Podniósł wieczko z obawą, że znajdzie tam spływającą żółtkiem katastrofę - ale jajka były w nienaruszonym stanie, wszystkie sześć. Podniósł jedno i delikatnie potrząsnął nim koło ucha. Żółtko zakołysało się w środku skorupki. Zastanawiał się, czy coś się z nich wykluje - może jakiś rzadki ptak? A może to było najbardziej odżywcze żółtko na świecie - specjalnie na omlet dla króla?

Myśl o omlecie wywołała u Petera głód. Mali chłopcy, jak wiecie, jedzą więcej niż zwykli ludzie - przynajmniej tak powinno być. Peter jednak był na ścisłej diecie, złożonej z rybich głów i obierków z cebuli, co - jak twierdził pan Jakub - kształtuje charakter. Chłopiec nieco mocniej potrząsnął jajkiem. Omlet dla króla? Oblizując usta, rozbił jajko i czekał, aż żółtko spłynie mu do gardła.

Zakrztusił się jednak twardym, okrągłym przedmiotem. Coś było nie tak. Kaszlnął i wypluł coś do rozbitej skorupki. To nie było zwykłe żółtko. Dotknął jego powierzchni, a wtedy po całym jego ciele rozeszło się przyjemne ciepło. Poczuł nieprzepartą potrzebę, by sprawdzić, czy w innych skorupach również kryje się ta niezwykła rzecz. Ostrożnie brał do ręki każde jajko, przełamywał ich skorupki na dwie równe części. Wlał każde żółtko do dolnej skorupki i ostrożnie położył je z powrotem w wykładanym miękko pudełku. Pochylił nad nimi głowę i czekał na cud.

Gdyby tylko Peter wiedział, na co patrzy... Niektóre rzeczy mogą być oczywiste dla ludzi widzących, takich ja czy ty, ale nie były oczywiste dla Petera. Na przykład książki, a także wszystkie zawarte w nich przygody i cuda zupełnie dla niego nie istniały. Kiedy wziął w dłonie jakiś tom, potrafił ocenić, z ilu stron się składa, a kiedy go powąchał - ile ma lat, wystarczyło, że przekartkował książkę, a wiedział, kto ją wcześniej czytał - ale nie był w stanie zgadnąć, jaki jest jej tytuł (chyba że był wygrawerowany na grzbiecie). A te sześć żółtek nie miało ani grzbietu, ani złocenia, ani niczego innego, co pozwoliłoby Peterowi je zidentyfikować.

- Coście za jedne? - spytał, wziąwszy pudełko w dłonie. Gdyby mógł widzieć, jego serce z pewnością by stanęło. Na jego twarzy pojawiłby się uśmiech, a suche gardło wydałoby pierwszy od wielu gorzkich lat prawdziwy śmiech. Ponieważ Peter Nimble trzymał w rękach coś tak cudownego, że aż trudno sobie to wyobrazić - coś, co można było określić tylko jednym słowem: magiczne.

Rozdział trzeci. Peter kontra gang "Pikuty"

Rozdział trzeci

Peter kontra gang "Pikuty"

Nocą przestał padać deszcz. Peter wyszedł z domu do pracy, gdy zegar na wieży wybił dziesiątą. Stracił cenne godziny snu, zastanawiając się nad pudełkiem komiwojażera, więc był wycieńczony, jeszcze zanim wystawił nogę na zewnątrz. Aż się skrzywił na myśl, jak trudna czeka go noc. Pan Jakub nigdy nie rzucał czczych pogróżek. Jeśli Peter chciał uniknąć lania, musiał sporo nakraść przed wschodem słońca.

Peter wyobraził sobie, że najlepiej będzie zacząć u komiwojażera. Wiedział z pierwszej ręki, że mężczyzna ma sakiewkę pełną monet i że ta aksamitna torebeczka wystarczy, by w pełni zadowolić pana Jakuba. Chłopiec wmawiał sobie, że właśnie dlatego go szuka, choć prawda była taka, że chodziło mu o coś zupełnie innego. Rozpaczliwie chciał dowiedzieć się czegoś więcej o dziwnych małych jajkach w dziwnym małym pudełku. Jego złodziejski zmysł podpowiadał mu, że te sześć jajek warte jest o wiele więcej niż wszystko, co dotychczas ukradł w całym swoim życiu.

Przekradł się koło Lombardu Pana Bibelota (gdzie często wpadał w interesach) i obok straganów rozstawionych wzdłuż ulicy Targowej (gdzie również zdarzało mu się "pracować"), aż w końcu dotarł do miejsca, w którym stacjonował komiwojażer. Wąchał zimne powietrze i szukał jakiegokolwiek śladu jego obecności. Nic z tego. Padł na ziemię i szukał w kałużach śladów woni zostawionych przez kółka wózka. Nic. Przeczesywał ulice, odwiedzał knajpy, penetrował doki, ale nie znalazł żadnego śladu. Wyglądało to tak, jakby tego człowieka nigdy tam nie było. Jedynym dowodem jego obecności było pudełko, które Peter trzymał pod pachą, i niezwykła tajemnica, która mu towarzyszyła.

* * *

Peter denerwował się coraz bardziej. Spędził całe godziny, szukając nieuchwytnego komiwojażera, i wciąż miał przed sobą zadanie zdobycia łupu wartego dwóch dni pracy.

- Gdyby ktoś mi powiedział, czym tak naprawdę są te jajka - wymamrotał, wyłażąc z okna na pięterku z czterema świecznikami, dwoma zegarami z kukułką i tanimi skórzanymi czapeczkami. Rozmyślania przerwał mu gwałtowny krzyk.

Krzyki, jak wiecie, to przerażające, przenikliwe dźwięki, które wydają z siebie nieznośni ludzie, gdy chcą przyciągnąć czyjąś uwagę. Rzadko odnoszą skutek, ponieważ większość słyszących po prostu zamyka uszy i nadal zajmuje się swoimi sprawami. Ale istnieje też inny rodzaj krzyku, którego nie można tak łatwo ignorować. To krzyk istoty stojącej w obliczu śmierci - pierwotny, pełen desperacji wrzask, który przemawia nie tyle do uszu, co do samej głębi naszej istoty. Peter wcześniej słyszał taki dźwięk tylko raz w życiu, kiedy uwalniał się z worka pełnego tonących kotków. A teraz znów go usłyszał. Jego źródło było gdzieś bardzo blisko.

Peter stanął na skraju dachu w całkowitym bezruchu. Jedna z najważniejszych umiejętności, które musi opanować każdy włamywacz, to pozostawanie w bezruchu. Mimo że robi to mniejsze wrażenie niż włamywanie się do sejfów albo wspinanie się na mury, jest równie przydatne. Po treningu u pana Jakuba chłopiec nauczył się powstrzymywać nawet bicie serca, tak by stróżujące psy całkowicie ignorowały go w ciemności (ta sztuczka nie działała jednak w przypadku Zabijaki). Peter wsłuchiwał się w zimne nocne powietrze. Pierwszy krzyk był tak krótki, że nie zdołał go zlokalizować.

Kilka chwil później znów go usłyszał. To musiało być jedno ze zwierząt z miejskiej stajni. Peter zawiesił na wpół pustą torbę na ramieniu. Miał przed sobą jeszcze sporo włamań i nie mógł sobie znów pozwolić na dekoncentrację. Jednak krzyki się powtarzały tak, że nie mógł ich dłużej znieść. Schował łupy i wybrał się na inspekcję.

Biegł przez miasto, aż dotarł do małej alejki za stajniami. Usłyszał coś, co przypominało rżenie konia. Słyszał też inne dźwięki, szydercze głosy i pojawiający się co pewien czas odgłos uderzenia metalu o bruk. Alejka gwałtowanie skręcała i Peter uderzył stopą o stary dzban. Potknął się i niemal upuścił swoje cenne pudełko z jajkami. Odzyskawszy równowagę, wystawił głowę za oświetlony światłem księżyca róg, by nasłuchiwać.

- Co za strzał! - ktoś zachęcał. - Prosto w pasek.

- A to błąd! Ostrze przekręci się dwa razy! - jęknął ktoś inny.

- Zamknij się i rzucaj wreszcie!

Peter podszedł nieco bliżej, starając się ocenić sytuację. Zwierzę pachniało jak szkapa albo muł - nie mógł mieć pewności, ponieważ blisko stąd było do stajni. Niezależnie od gatunku, zwierzę walczyło. Wtedy odezwał się niski głos, uciszający innych:

- Odsuńcie się, niedorajdy. Pokażę wam, jak to się robi.

Po tych słowach przeszedł Petera dreszcz. Rozpoznał ten głos. Należał on do Ryśka "Rysika".

"Rysik" był najokrutniejszym, najokropniejszym i najbardziej niebezpiecznym chłopcem w porcie. Był kilka lat starszy od Petera i dwa razy od niego wyższy. "Rysik" również był sierotą, ale z zupełnie innych powodów. Mówiono, że kiedy skończył osiem lat, jego ojciec, pijak siedzący za długi w więzieniu, sprzedał go na majtka pewnemu kapitanowi. "Rysik" śmiertelnie bał się wody i nie miał zamiaru nigdzie płynąć. Kiedy rodzice usiłowali go zmusić, pobił oboje, matkę i ojca, a potem wysłał ich na tamten świat za pomocą rysika, którym odrabiał lekcje gramatyki (tak zyskał swój przydomek). Kiedy na własne życzenie został sierotą, "Rysik" zebrał grupkę najokrutniejszych i pozbawionych serca chłopaków w mieście. Nazwali się gangiem "Pikuty".

Dla tych z was, którzy nigdy nie grali w tę grę, wyjaśnię, że pikuty to szaleńcza gra dla twardzieli, polegająca na rzucaniu nożem tak, by wbił się w ziemię. To względnie spokojna rozrywka, chyba że grali w nią "Rysik" i członkowie jego gangu. Wiadomo było, że chłopcy ci byli tak twardzi, że zamiast w ziemię, celowali nawzajem w swoje stopy... lub co gorsza - w stopy przypadkowego nieszczęśnika, który się akurat nawinął.

Peter, słysząc krzyki, wrzaski i stukot metalu dochodzące z ich kryjówki - próbował się zorientować, co się dzieje. Brzmiało to tak, jakby było tam pięciu chłopaków. I jedna ofiara. Z odgłosu kroków Peter wnioskował, że członkowie gangu najpewniej przyszpilili do ziemi jakieś zwierzę i rzucali w nie nożem tak, by wbijał się on w grzbiet. Peter oparł się o mur, szczęśliwy, że skrył się przed ich wzrokiem.

Tak przynajmniej mu się zdawało. W tej samej chwili ich zabawę przerwał okrzyk:

- Halo?! Kto idzie?! - zawołał jeden z chłopaków w stronę Petera. - Chyba widziałem, że coś tam się rusza na ulicy.

Reszta gangu zwróciła się w jego stronę i podeszła bliżej. Peter pozostawał bez ruchu. Po chłodzie na własnej skórze wiedział, że stoi w całkowitym cieniu, daleko od księżycowego światła. Dla bezpieczeństwa wstrzymał bicie serca.

- Nic nie widzę - powiedział po chwili "Rysik". - Tylko jakieś stare beczki.

Wtedy zabrzmiał głuchy odgłos szamotaniny i rozpaczliwe rżenie.

- Hej! Szkapa chce się nam urwać!

- Jeszcze nie skończyliśmy zabawy!

- Trzymaj ją!

Zwierzak starał się wykorzystać moment zamieszania, by uciec od swoich prześladowców. Peter nieco odetchnął, kiedy uwaga gangu skupiła się znów na zabawie.

Teraz pierwszą rzeczą, którą każdy chłopak albo ktokolwiek inny powinien zrobić w tak groźnej sytuacji, było zadanie sobie Pytań Łotrzyka. Peter, mistrz w swoim złodziejskim fachu, znał te pytania na pamięć.

Gdzie jestem?

Tuż za miejskim więzieniem, przed północą.

Czy mam gdzieś niedaleko jakichś przyjaciół?

Peter nie miał przyjaciół. Poza tym jako złodziej nie chciał być zauważony nocą.

Czy w pobliżu jest jakaś broń?

Peter pomyślał przez chwilę i uśmiechnął się. Być może miał coś jeszcze lepszego.

Wycofał się i pobiegł w stronę więzienia. Jedną chwilę i jeden popsuty zamek później był już za bramą, otoczony drzemiącymi więźniami. Przeszedł na palcach przez pusty więzienny korytarz i delikatnie usunął długi łańcuch i kilka par kajdan ze ściany. Dla zwykłej osoby ciche przeniesienie łańcucha jest właściwie niemożliwe: gdy tylko podniesiesz jeden koniec, zaraz inny upada, słyszysz tylko brzdęk za brzdękiem. Dla zwykłej osoby niemożliwe, ale nie dla Petera Nimble'a. Już po chwili wrócił w zaułek i cichutko pozakładał kajdany na nogi każdego z członków gangu.

Następnie wyszkolone palce Petera pozamykały zamki w kajdanach tak cicho, że żaden z łobuzów tego nie zauważył. Koniec łańcucha, uprzednio przewleczonego przez kajdany na ich nogach, rzucił przez róg ulicy, w poprzek rynku, aż na dach ratusza.

Każde szanujące się miasto ma co najmniej jeden wysoki budynek. Na szczycie tego budynku znajduje się zazwyczaj wielki, ważny zegar. W mieście Petera było podobnie. Dzwonnica ratusza została ostatnio wypatroszona, aby zrobić miejsce dla ogromnego mechanicznego zegara - był to pierwszy śmiały krok w nowoczesność. Co godzinę mechaniczny pelikan wyskakiwał na zewnątrz jak kukułka, aby wskazywać czas i robić nieco zamieszania, machając skrzydłami i kręcąc się w kółko. Peter słyszał, że wskazówki zegara zbliżały się do północy. Miał nadzieję, że ich mechanizm był wystarczająco silny na jego potrzeby.

Wziął łańcuch do ust, a potem otworzył drzwiczki konserwatora i wsunął się do wieży. Każdy fragment jej wnętrza wypełniał wolno pracujący mechanizm zegara. Peter znalazł mechanicznego pelikana siedzącego pomiędzy dwoma ogromnymi trybami, uśpionego w oczekiwaniu na kolejny występ. Chłopiec przyklęknął i zamocował łańcuch wokół mosiężnych stóp ptaka. Kiedy sprawdzał łączenia, jego wprawne złodziejskie ucho wyłowiło delikatne wibracje płynące z miejsca, gdzie na drugim krańcu rynku wiwatował i skandował gang "Pikuty". Plan Petera był już gotowy, teraz należało tylko powstrzymać gang od zabicia ofiary przed północą.

Peter wrócił na ulicę i idąc wzdłuż łańcucha, trafił z powrotem prosto do stajni. Na końcu uliczki przypomniał sobie pusty dzban po piwie, w który poprzednio kopnął - był to świetny sposób zwrócenia na siebie uwagi. Chłopiec podniósł dzban i wycelował go w najpaskudniejszy, najokropniejszy i najbardziej niebezpieczny głos w gangu.

Trach! Dzban rozbił się na głowie "Rysika", rozpadając się na setki kawałków.

- Auuuuuuuuuć! - wydarł się tamten, masując potłuczoną głowę. - Kto tam jest?

Było za późno, by się wycofać. Peter stanął w świetle księżyca.

- Jestem za tobą - powiedział, usiłując za wszelką cenę brzmieć odważnie. - I zaraz dostaniesz następnym, jeśli nie przestaniesz.

To było kłamstwo, Peter tak naprawdę nie mógł znaleźć nigdzie kolejnego dzbana.

- Patrzcie, patrzcie - wycedził "Rysik", podchodząc bliżej. - Widzę, że mamy tu jakiegoś naprawiacza świata.

- Ostrzegam - głos Petera załamał się. - Zostawcie tego konia.

- Konia? - zaszydził jeden z chłopaków. - Co ty, ślepy?

Ta ostatnia uwaga, mimo że prawdziwa, nie była wcale czymś miłym.

- Hej, ja cię wcześniej widziałem - odpowiedział inny chłopak. - To ty jesteś tym słabeuszem, którego trzyma u siebie Jakub - jego robakiem!

- Zobaczymy, kto jest słabeuszem - powiedział Peter, wracając do formy. - Macie dziesięć sekund.

Członkowie gangu śmiali się, okrążając go coraz ciaśniej i machając ostrzami w dłoniach. Peter pozostał tam, gdzie stał, uchylając się przed świstem ciosów.

- Jeszcze pięć sekund! - powiedział.

- To lepiej się pospieszę - dodał "Rysik". Szybki jak wiatr złapał Petera za gardło i podniósł go z ziemi.

Chłopiec zakaszlał i walczył, aby uwolnić szyję od ściskających ją palców.

- Już niemal czas - wykrztusił.

- Masz rację. - "Rysik" wzmocnił uścisk. - Już czas, żebyś przyłączył się do naszej zabawy w...

Być może zgadliście, że Rysiek "Rysik" chciał powiedzieć "pikuty", i mielibyście rację. Ale jego słowa zostały zagłuszone przez dźwięk wielkiego zegara wybijającego północ. Mechaniczny pelikan wyskoczył ze swojej grzędy, zaczął kręcić się i gdakać, a łańcuch okręcał się wokół niego jak nić w szpulce. Kajdany więźniów zacisnęły się. Zdumiony "Rysik" puścił Petera. Zanim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje, pięciu chłopaków z gangu "Pikuty" zostało przewróconych, przeciągniętych przez miasto i wyniesionych na zegarową wieżę, gdzie dyndali zaczepieni za kostki jak grono paskudnych, przeklinających winogron.

* * *

Podczas gdy "Rysik" i jego banda podziwiali widoki z ratusza, Peter podniósł się z ziemi i otrzepał ubranie. Słyszał nierówny oddech na końcu alejki i wiedział, że zwierzę jeszcze żyje. Czuł na kamieniach woń krwi płynącej z jego ran.

- Czy wszystko w porządku? - powiedział, podchodząc do niego bliżej.

Kiedy się zbliżył, nos wypełnił mu ostry zapach piżma. Był to zapach, który poznał tego popołudnia - zapach zebry.

- Jesteś zebrą komiwojażera - powiedział, wyciągając rękę. Zwierzę się nie cofnęło, ale przesunęło się bliżej i oparło nos o jego dłoń.

Peter uklęknął i ujął głowę zebry w swoje małe dłonie.

- Co oni ci zrobili? - powiedział, ostrożnie drapiąc zwierzę po karku. Zadrżało pod jego delikatnym dotykiem. Peter przycisnął dłoń do jego żeber, wyczuwając cienki puls. Kiedy pocieszał zebrę, jej puls stopniowo uspokajał się i wracał do normalności.

- Rozumiem, że twój pan cię porzucił - powiedział, pomagając zebrze wstać. - Gdybyś mogła mi powiedzieć coś o tych jajkach.

Na wzmiankę o jajkach zebra cichutko zarżała. Gdyby Peter wierzył w cuda, pomyślałby, że go zrozumiała. Ale to było niemożliwe... zwierzęta nie rozumieją mowy, a i same nie potrafią mówić. Jakby w odpowiedzi na jego pytanie zebra podeszła do końca alejki, gdzie leżało pudełko komiwojażera. Wzięła je w swój poraniony pysk i przyniosła Peterowi do stóp.

Chłopiec wahał się, co robić.

- Chcesz, żebym je otworzył? - spytał.

Zebra znów odpowiedziała, popychając jego rękę w stronę pudełka. Peter przyklęknął i wsunął palec do sponiewieranego zamka. Klik! Wieczko się otworzyło.

- I co teraz?

Usłyszał, jak zwierzę pochyla głowę i wącha zawartość pudełka. Następnie wzięło delikatnie zębami jedno żółtko i ostrożnie upuściło je na dłoń Petera, to samo zrobiło z drugim żółtkiem. Potem stanęło za chłopcem i ściągnęło mu bandaż z oczu.

- Przepraszam... - powiedział Peter. - Ale wciąż nie mogę zgadnąć, czego chcesz.

Sięgnął dłonią przed siebie, mając nadzieję, że zebra pokieruje jego ruchami, ale zwierzę po prostu zniknęło.

- Jesteś tu? - spytał, obracając się wokół własnej osi. Starał się usłyszeć gdzieś stukot kopyt albo pochrząkiwanie, ale nie było słychać zupełnie nic - miał tylko na dłoni dwa tajemnicze żółtka. Przejechał po nich palcami, w ich rozmiarze i fakturze było coś znajomego. Przycisnął nos do ich gładkiej powierzchni.

- Znam skądś ten zapach - wymamrotał do siebie. - Ale skąd?

I właśnie w tym momencie Peter przeżył coś, co medycy nazywają "retrospekcją". To medyczne określenie na wspomnienie zdarzeń z przeszłości. Peter westchnął, gdy zawładnęły nim dźwięki i zapachy z dawnych lat. Pamiętał wrzaski i krzyki. Pamiętał, że wciśnięto go do koszyka. Pamiętał, że miał taką samą parę żółtek - podobnych do tych - nim zostały brutalnie wydziobane z oczodołów.

- To para oczu - powiedział.

I aż usiadł w zdumieniu. Czy to możliwe? Kradzież pudełka pełnego oczu była aż nazbyt piękna dla niewidomego chłopca. Trzy pary, czekające na znalazcę. Przebadał każdą z nich, teraz potrafił odkryć delikatne różnice w ich wadze i rozmiarze. Pierwsze zostały ulepione z najdelikatniejszego złotego pyłu. Druga para została wykuta z czarnego, gładkiego onyksu, a ostatnia z dwóch nieoszlifowanych szmaragdów - najczystszych klejnotów, jakich kiedykolwiek dotykał. Peter podniósł złote oczy i poczuł, jak przyspiesza mu tętno. Tę parę wybrała dla niego zebra. Zwierzę dokładnie powiedziało Peterowi, co ma robić.

Chłopiec wziął głęboki oddech i uspokoił ręce. Bardzo delikatnie wsunął parę oczu w swoje oczodoły.

Zamrugał.

I w taki oto sposób Peter Nimble rozpłynął się w powietrzu.

Rozdział czwarty. Sir Spląt i znajomy głos

Rozdział czwarty

Sir Spląt i znajomy głos

W następnej chwili Peter poczuł, że znajduje się pod wodą. Ta zmiana otoczenia zbiła go z pantałyku. Nie był nawet w stanie zaczerpnąć powietrza, bo jego płuca zaraz napełniały się drapiącą słoną wodą. Młócił nogami, kopiąc w stronę - jak miał gorącą nadzieję - powierzchni wody. Kiedy wynurzył w końcu głowę, usłyszał dwa dźwięki: pierwszym był huczący odgłos wodospadu, drugim - wspaniała symfonia pobrzękującego szkła. Obrócił się wokół własnej osi, na ślepo szukając czegoś, co pozwoliłoby mu utrzymać się na powierzchni. Jedną ręką uderzył w coś małego i twardego. Zwykła butelka wody. Wyciągnął szeroko ręce i wyczuł pływające dokoła butelki różnych kształtów i rozmiarów. Gdzie był? Nurt wody szarpał go za nogi, usiłując wciągnąć w otchłań. Chłopiec prychał, chcąc utrzymać głowę nad powierzchnią.

- Pomocy! - krzyczał, kaszląc. - Niech ktoś mi pomoże!

Jak zapewne zgadujecie, Peter nie umiał zbyt dobrze pływać. Kilka spotkań z wodą nauczyło go trzymać się od niej w bezpiecznej odległości. Próbował sobie przypomnieć, co sprawiło, że znalazł się w takim położeniu. Ostatnie, co pamiętał, to złote gałki oczne, które wsunął sobie do oczodołów. I nagle - plum! - znalazł się w głębokiej wodzie, otoczony setkami pobrzękujących butelek.

I teraz miał umrzeć.

Dla złodzieja śmierć to dość prawdopodobny wypadek przy pracy. Peter nie raz już rozważał swój koniec, na szubienicy lub w szczękach psa. Jednak myśl o utonięciu napełniała go smutkiem. Odkrył pudełko pełne oczu tylko po to, by je zaraz stracić - zanim zdąży wypróbować pozostałe dwie pary.

Ciało Petera przeszył zimny dreszcz. Zanurzał się coraz głębiej i głębiej, a jego myśli tonęły w ponurych odmętach. Ostatnie bąbelki powietrza opuszczały jego usta i nos, wiedział, że już nigdy nie poczuje ciepła słońca, zapachu świeżej bryzy, nie usłyszy szumu deszczu. I nagle w jego uszach zabrzmiał słaby głos:

- Heeeej hoooo!!!

Dochodził gdzieś z góry. Stawał się coraz głośniejszy i głośniejszy, aż zanurzył się w wodzie. Peter słyszał teraz, że głos - zniekształcony przez strach i bąbelki - jest całkiem blisko. Ktoś kopnął go w głowę, rozpaczliwie usiłując wypłynąć na powierzchnię.

Kimkolwiek był, buty miał z żelaza. Cios, jaki Peter otrzymał, był wystarczającą zachętą, by znów wstąpiła w niego wola walki. Poczucie, że obok niego ktoś tak gwałtownie walczy o życie, zaszczepiło w Peterze nieodparte pragnienie, by samemu również przeżyć. Ostatkiem sił złapał nieznajomego za sierść i cudem wydostał się na powierzchnię wody.

- Puszczaj, brutalu - prychnął nieznajomy, kopiąc Petera po żebrach. - Nie po to tak daleko zaszedłem, żeby teraz zginąć z twoich łap!

Ci z was, którzy kiedykolwiek próbowali kogoś przytopić, doskonale wiedzą, że jest to o wiele trudniejsze, niż opowiadają książki i ballady. Kiedy twoja ofiara tonie, zamienia się w dzikie zwierzę, które drapie i kopie po to, by przeżyć. W takiej właśnie sytuacji znalazł się Peter - razem z nieznajomym parskali i walczyli na pobrzękującej od szkła powierzchni wody. Chłopiec czuł, że opuszczają go siły, spróbował więc dyplomacji.

- Poczekaj - powiedział, próbując się uwolnić. - Jak będziemy dalej tak walczyć, to z pewnością utoniemy. Musimy połączyć siły!

Cienkie ramię oplatające szyję Petera lekko poluzowało chwyt.

- A co dokładnie proponujesz? - spytał nieznajomy.

Peter machał nogami, usiłując utrzymać ich głowy nad wodą. Jego towarzysz był mały, ale dziwnie ciężki.

- Po pierwsze, zdejmij to futro i te ciężkie buty.

- Ha, ha, bardzo śmieszne! - odwarknął głos. - Masz jakieś inne olśniewające pomysły?

- Zachowaj spokój i daj mi się zastanowić - poprosił Peter, wypluwając słoną wodę.

Wiedział, że musi działać szybko, było mu strasznie zimno, w nogach czuł zmęczenie i wiedział, że nie utrzyma się na powierzchni zbyt długo. Poza tym trudno mu było się skupić z powodu ciągłego brzęczenia butelek wokoło. I wtedy wpadł mu do głowy pewien pomysł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki