Perswazje - Jane Austen

Kup ebooka

29.99 zł
24.89 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

Sir Wal­ter Elliot z Kel­lynch Hall w hrab­stwie Somer­set był czło­wie­kiem, który dla wła­snej roz­rywki nie brał do ręki innej książki niż Alma­nach baro­ne­tów; tu znaj­do­wał zaję­cie w wol­nej chwili i pocie­sze­nie w chwili zgry­zoty; tu jego serce, ciało i dusza jed­no­czyły się w sza­cunku i uwiel­bie­niu, gdy kon­tem­plo­wał szczu­pły rejestr żyją­cych przed­sta­wi­cieli naj­daw­niej uty­tu­ło­wa­nych rodów; tu wszyst­kie przy­kre uczu­cia wywo­łane spra­wami domo­wymi zmie­niały się naj­oczy­wi­ściej w świe­cie we współ­czu­cie i wzgardę, kiedy prze­glą­dał nie­zli­czone nowe nada­nia z zeszłego wieku; tu wresz­cie, gdyby nawet wszyst­kie pozo­stałe karty nie miały zna­cze­nia, mógł z nie­słab­ną­cym zain­te­re­so­wa­niem zgłę­biać wła­sną histo­rię.

Oto stro­nica, na któ­rej zawsze otwie­rał się ulu­biony wolu­men:

Ellio­to­wie z Kel­lynch Hall

Wal­ter Elliot, uro­dzony 1 marca 1760 r., poślu­bił 15 lipca 1784 r. Elż­bietę, córkę oby­wa­tela ziem­skiego Jamesa Ste­ven­sona z South Park w hrab­stwie Glo­uce­ster, z któ­rej to mał­żonki (zmar­łej w 1800 r.) miał nastę­pu­jące potom­stwo: Elż­bietę uro­dzoną 1 czerwca 1785 r., Annę uro­dzoną 9 sierp­nia 1787 r., syna mar­two uro­dzo­nego 5 listo­pada 1789 r. oraz Mary uro­dzoną 20 listo­pada 1791 r.

Tak dokład­nie brzmiał ów para­graf począt­kowo, kiedy wyszedł z rąk dru­ka­rza, lecz sir Wal­ter popra­wił go, doda­jąc dla wia­do­mo­ści swo­jej i rodziny te oto słowa po dacie uro­dze­nia Mary: "Poślu­biła 16 grud­nia 1810 r. Karola, syna i spad­ko­biercę Karola Mus­grove'a, dzie­dzica na Upper­cross w hrab­stwie Somer­set" - oraz wpi­su­jąc dzień i mie­siąc, w któ­rym stra­cił żonę.

Potem cią­gnęła się w ogól­nie przy­ję­tej ter­mi­no­lo­gii histo­ria i dzieje świet­no­ści tego sta­ro­żyt­nego i sza­cow­nego rodu: że począt­kowo miał on sie­dzibę w Che­shire, że wzmianka o nim jest u Dug­dale'a1; że przed­sta­wi­ciele owego rodu pia­sto­wali urząd Naczel­nego Sze­ryfa2, repre­zen­to­wali okręg wybor­czy w trzech kolej­nych Par­la­men­tach, dawali dowody wiel­kiej lojal­no­ści i otrzy­mali god­ność baro­neta w pierw­szym roku pano­wa­nia Karola II; wyli­czone były rów­nież wszyst­kie Marie i Elż­biety, które poślu­bili - a całość skła­dała się na dwie pełne stro­nice for­matu duode­cimo i zamy­kała się her­bem, zawo­ła­niem i sło­wami: Główna sie­dziba - Kel­lynch Hall w hrab­stwie Somer­set - po czym nastę­po­wało dopi­sane ręką sir Wal­tera zakoń­cze­nie: - Domnie­many spad­ko­bierca Wil­liam Wal­ter Elliot, pra­wnuk dru­giego sir Wal­tera.

Próż­ność była jedną i jedyną tre­ścią cha­rak­teru sir Wal­tera, próż­ność męż­czy­zny i próż­ność baro­neta. W mło­do­ści sir Wal­ter był bar­dzo przy­stojny, a i teraz, w wieku pięć­dzie­się­ciu czte­rech lat, wciąż jesz­cze pozo­sta­wał pięk­nym męż­czy­zną. Nie­wiele kobiet poświę­cało swemu wyglą­dowi wię­cej czasu niż on, żaden też lokaj świeżo upie­czo­nego lorda nie mógł się bar­dziej niż on roz­ko­szo­wać swoją pozy­cją. Był zda­nia, że dobro­dziej­stwo urody ustę­puje jedy­nie dobro­dziej­stwu tytułu baro­neta, sir Wal­ter Elliot zaś, na któ­rego zlały się oba te bło­go­sła­wień­stwa, był nie­zmien­nie przed­mio­tem jego naj­go­ręt­szego sza­cunku i uwiel­bie­nia.

Z jed­nego wszakże powodu słusz­nie pysz­nił się swoją pozy­cją i urodą, im bowiem zapewne zawdzię­czał żonę obda­rzoną nie­prze­cięt­nym cha­rak­te­rem, lep­szym, niż sir Wal­ter na to zasłu­gi­wał. Lady Elliot była wspa­niałą kobietą, roz­sądną i miłą, a jej rozum i postępki - jeśli wyba­czymy jej mło­dzień­cze zaśle­pie­nie, które spra­wiło, że została lady Elliot - ni­gdy póź­niej nie wyma­gały pobła­ża­nia. Zaspo­ka­jała, łago­dziła czy też kryła sła­bostki męża i przez sie­dem­na­ście lat była ostoją jego god­no­ści. Choć sama nie czuła się naj­szczę­śliw­szą na świe­cie istotą, zna­la­zła w swo­ich obo­wiąz­kach, przy­ja­cio­łach i dzie­ciach wystar­cza­jące war­to­ści, by się przy­wią­zać do życia, dla­tego też nie było jej by­naj­mniej obo­jętne, kiedy przy­szło opu­ścić ten padół. Trzy córki, dwie star­sze w wieku szes­na­stu i czter­na­stu lat, to strasz­liwa spu­ści­zna, a raczej strasz­liwa odpo­wie­dzial­ność, jeśli matka powie­rza je auto­ry­te­towi i opiece zaro­zu­mia­łego, głu­piego ojca. Lady Elliot miała jed­nak pewną bar­dzo bli­ską przy­ja­ciółkę, roz­sądną, godną zaufa­nia kobietę, którą silne związki przy­jaźni skło­niły do osie­dle­nia się nie­opo­dal, we wsi Kel­lynch. Na jej to dobroci i pomocy pole­gała w głów­nej mie­rze lady Elliot, wie­rząc, że odpo­wied­nie zasady i wska­zówki, które tak pil­nie wpa­jała swoim cór­kom, zostaną jesz­cze utrwa­lone.

Owa przy­ja­ciółka i sir Wal­ter nie pobrali się, bez względu na to, co w związku ze sprawą pro­ro­ko­wali ich zna­jomi. Od śmierci lady Elliot upły­nęło trzy­na­ście lat, a oni wciąż byli sąsia­dami i bli­skimi przy­ja­ciółmi, i jedno pozo­sta­wało wdow­cem, dru­gie zaś - wdową.

Że owa lady Rus­sell, osoba poważ­nego wieku i cha­rak­teru, znaj­du­jąca się w dosko­na­łych warun­kach mate­rial­nych, nie myślała o powtór­nym zamąż­pój­ściu - to nie wymaga żad­nych uspra­wie­dli­wień przed opi­nią publiczną, która bar­dziej jest skłonna do bez­pod­staw­nego nie­za­do­wo­le­nia, kiedy kobieta wycho­dzi powtór­nie za mąż, niż kiedy nie wycho­dzi; lecz fakt, że sir Wal­ter żył dalej w samot­no­ści, wymaga wyja­śnień. Trzeba więc powie­dzieć, że sir Wal­ter jako dobry ojciec (po kilku cichych zawo­dach, z jakimi się spo­tkał, skła­da­jąc bar­dzo nie­ro­zumne oferty) szczy­cił się tym, że nie oże­nił się powtór­nie przez wzgląd na swoje uko­chane córki. Dla jed­nej z tych córek, naj­star­szej, istot­nie poświę­ciłby wszystko, na co nie miałby szcze­gól­nej ochoty. Elż­bieta w wieku szes­na­stu lat odzie­dzi­czyła to, co tylko mogła odzie­dzi­czyć z praw i pozy­cji swo­jej matki, a że była bar­dzo ładna i bar­dzo do ojca podobna, miała na niego duży wpływ i dobrze im było razem. Dwie młod­sze córki zaj­mo­wały pozy­cję o wiele pośled­niej­szą. Mary nabyła nieco sztucz­nej god­no­ści, sta­jąc się panią Karo­lową Mus­grove, lecz Anna, o fine­zyj­nym umy­śle i miłym uspo­so­bie­niu, cechach, które w oczach każ­dego roz­sąd­nego czło­wieka musiały ją sta­wiać bar­dzo wysoko - była niczym dla ojca i sio­stry. Słowo jej nie miało wagi - jej inte­resy musiały zawsze ustę­po­wać wobec cudzych inte­re­sów, była tylko Anną.

Ale dla lady Rus­sell była naj­droż­szą, naj­bar­dziej cenioną córką chrzestną, ulu­bie­nicą i przy­ja­ciółką. Lady Rus­sell kochała wszyst­kie trzy dziew­częta, ale tylko w Annie mogła się dopa­trzyć matki.

Kilka lat temu Anna Elliot była bar­dzo ładną dziew­czyną, lecz świe­żość jej szybko minęła; nawet jed­nak w latach roz­kwitu ojciec nie­wiele mógł się doszu­kać w uro­dzie córki cech god­nych podziwu (tak cał­ko­wi­cie odmienne były jej deli­katne rysy i łagodne ciemne oczy od jego rysów i oczu); kiedy zeszczu­plała i przy­wię­dła, nie mógł już zna­leźć w niej nic god­nego uwagi. Ni­gdy nie żywił wiel­kich nadziei, by kie­dy­kol­wiek w przy­szło­ści mógł wyczy­tać jej imię na jakiejś stro­nie ulu­bio­nej księgi, teraz zaś stra­cił je ze szczę­tem. Tylko w Elż­bie­cie spo­czy­wała nadzieja zawar­cia rów­no­rzęd­nego mał­żeń­stwa, Mary bowiem zwią­zała się ze starą rodziną zie­miań­ską, sza­cowną i majętną, lecz nie­wy­soko sko­li­ga­coną, wobec czego przy­nio­sła jej zaszczyt, ale sama by­naj­mniej go nie dostą­piła. Prę­dzej czy póź­niej Elż­bieta wyj­dzie odpo­wied­nio za mąż.

Zda­rza się cza­sami, że kobieta, mając lat dwa­dzie­ścia dzie­więć, jest ład­niej­sza niż przed dzie­się­ciu laty, a ogól­nie bio­rąc, jeśli nie doku­czyły jej tro­ski czy cho­roby, może to być okres życia, w któ­rym nie­wiele jesz­cze stra­ciła uro­ków. Tak wła­śnie rzecz się miała z Elż­bietą - wciąż była tą samą uro­dziwą panną Elliot, jaką zaczęła być trzy­na­ście lat temu; można więc wyba­czyć sir Wal­te­rowi, że zapo­mniał, ile jego naj­star­sza córka ma lat, a w naj­gor­szym wypadku uznać, że nie jest skoń­czo­nym sza­leń­cem, uwa­ża­jąc ją i sie­bie za osoby obda­rzone wiecz­nie kwit­nącą urodą, obra­ca­jące się pośród szcząt­ków urody wszyst­kich wokół - ów dżen­tel­men bowiem wyraź­nie dostrze­gał, jak sta­rzeje się reszta rodziny i zna­jo­mych. Anna wychu­dła, Mary stra­ciła deli­kat­ność, wszy­scy w sąsiedz­twie wyglą­dali coraz gorzej, a coraz licz­niej­sze zmarszczki na twa­rzy lady Rus­sell od dawna były źró­dłem jego zmar­twie­nia.

Elż­bieta nie była tak jak ojciec zado­wo­lona z sie­bie. Trzy­na­ście wio­sen oglą­dało ją jako panią Kel­lynch Hall pre­zy­du­jącą przy stole i wyda­jącą dys­po­zy­cje ze spo­ko­jem i zde­cy­do­wa­niem, które nie pozwa­lały przy­pusz­czać, że jest młod­sza, niż była. Przez trzy­na­ście lat czy­niła honory domu i usta­na­wiała w nim prawa, wsia­dała pierw­sza do czte­ro­kon­nej karety i wycho­dziła tuż za lady Rus­sell z wszyst­kich salo­nów i jadalni w oko­licy. Trzy­na­ście mroź­nych zim widziało, jak otwie­rała każdy więk­szy bal, na jaki mogło się zdo­być nie­liczne sąsiedz­two, a trzy­na­ście wio­sen okry­wało się kwie­ciem, gdy jechała z ojcem do Lon­dynu na coroczne kil­ku­ty­go­dniowe roz­rywki w wiel­kim świe­cie. Pamię­tała o tym wszyst­kim; świa­doma była, że ma dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, i to napa­wało ją lek­kim smut­kiem i nie­do­brymi prze­czu­ciami. Zado­wo­lona była ze swej wciąż nie­zmien­nej urody, ale czuła, że zbliża się do nie­bez­piecz­nego wieku, i cie­szy­łaby się, mając pew­ność, że w ciągu następ­nego roku czy dwóch zacznie się gor­li­wie sta­rać o jej rękę jakiś baro­net. Wów­czas mogłaby znowu otwo­rzyć ową księgę nad księ­gami z takim samym jak we wcze­snej mło­do­ści zado­wo­le­niem - lecz dziś jej nie lubiła. Cią­gle mieć przed oczyma datę swych uro­dzin i widzieć, że jedyne mał­żeń­stwo, jakie po tym nastę­puje, to mał­żeń­stwo młod­szej sio­stry! Bar­dzo to była przy­kra książka. Czę­sto, jeśli ojciec zosta­wiał otwarty wolu­men na stole obok naj­star­szej córki, ona zamy­kała go, odwró­ciw­szy wzrok, i odsu­wała od sie­bie.

Prze­żyła ponadto roz­cza­ro­wa­nie, o któ­rym ta księga, a zwłasz­cza histo­ria rodziny Ellio­tów, musiała jej usta­wicz­nie przy­po­mi­nać. Sprawcą tego roz­cza­ro­wa­nia był nie kto inny, jak domnie­many spad­ko­bierca, sam jaśnie wiel­możny pan Wil­liam Wal­ter Elliot, któ­rego prawa tak wspa­nia­ło­myśl­nie pod­kre­ślał jej ojciec.

Była jesz­cze bar­dzo małą dziew­czynką, kiedy dowie­działa się, że jeśli nie będzie miała brata, to ten wła­śnie kuzyn odzie­dzi­czy w przy­szło­ści tytuł baro­neta; wtedy to posta­no­wiła, że wyj­dzie za niego za mąż, a ojciec rów­nież pra­gnął, by tak się stało. Nie znali go, kiedy był chłop­cem, lecz wkrótce po śmierci lady Elliot sir Wal­ter sam poszu­kał zna­jo­mo­ści z owym mło­dzień­cem i cho­ciaż jego sta­ra­nia nie spo­tkały się z cie­płym przy­ję­ciem, z upo­rem trwał w swoim zamia­rze, tłu­ma­cząc postę­po­wa­nie Wil­liama Elliota mło­dzień­czą skrom­no­ścią i nie­śmia­ło­ścią. Tak więc pod­czas jed­nej z wio­sen­nych wypraw do Lon­dynu, kiedy Elż­bieta znaj­do­wała się w zara­niu mło­do­ści, zmu­szono pana Elliota, by się przed­sta­wił.

Był to wów­czas bar­dzo młody czło­wiek, który wła­śnie roz­po­czął stu­dia praw­ni­cze. Elż­bieta uznała, że jest ogrom­nie miły, toteż plany co do jego osoby uzy­skały osta­teczną akcep­ta­cję. Zapro­szono go do Kel­lynch Hall, mówiono o nim i wycze­ki­wano go do końca roku - lecz nie przy­je­chał. Następ­nej wio­sny znowu zoba­czono go w Lon­dy­nie, stwier­dzono, że jest rów­nie miły, znowu zachę­cano, zapra­szano i ocze­ki­wano, i znowu nie przy­je­chał. Następ­nie przy­szła wia­do­mość, że się oże­nił. Zamiast skie­ro­wać swe losy na drogę wła­ściwą dzie­dzi­cowi rodu Ellio­tów, kupił sobie nie­za­leż­ność, żeniąc się z kobietą bogatą i niskiego stanu.

Sir Wal­ter czuł się ogrom­nie ura­żony. Uwa­żał, że mło­dzie­niec powi­nien się był zwró­cić do niego jako do głowy rodu o radę w tej spra­wie, zwłasz­cza że sam publicz­nie mu prze­cież patro­no­wał.

- Bo musiano nas widzieć razem - tłu­ma­czył - raz w Tater­salu i dwa razy w kulu­arach Izby Gmin. - Dez­apro­bata została wygło­szona, lecz wino­wajca naj­wy­raź­niej nie­wiele zwró­cił na nią uwagi, nie pró­bo­wał bowiem nawet się uspra­wie­dli­wić i dowiódł, że rów­nie mało zabiega o dal­sze względy rodziny, jak, zda­niem sir Wal­tera Elliota, mało na nie zasłu­guje; w ten to spo­sób zakoń­czyła się cała zna­jo­mość.

O tej bar­dzo kło­po­tli­wej spra­wie Elż­bieta wciąż jesz­cze, nawet po kilku latach, myślała z gnie­wem. Lubiła mło­dego czło­wieka dla niego samego, a jesz­cze bar­dziej dla­tego, że był spad­ko­biercą jej ojca; głę­boka duma rodowa kazała jej tylko w Wil­lia­mie Ellio­cie widzieć odpo­wied­nią par­tię dla sie­bie, naj­star­szej córki sir Wal­tera Elliota. Nie było ani jed­nego baro­neta, od A do Z, któ­rego jej serce rów­nie chęt­nie uzna­łoby za odpo­wied­nią par­tię. Lecz pan Elliot zacho­wał się tak podle, że cho­ciaż wła­śnie (lato 1814) nosiła żałobne wstążki po jego żonie, nie­wart był w jej mnie­ma­niu nawet jed­nej myśli. Nad hańbą jego pierw­szego mał­żeń­stwa można by ewen­tu­al­nie przejść do porządku dzien­nego, jako że hańby tej nie utrwa­liło na wieki potom­stwo, lecz pan Elliot uczy­nił coś gor­szego, mia­no­wi­cie wyra­żał się - jak się dowie­dzieli za pospo­li­cie przy­ję­tym pośred­nic­twem dobrych przy­ja­ciół - wyjąt­kowo nie­grzecz­nie o nich wszyst­kich, a najbar­dziej pogar­dli­wie i uwła­cza­jąco o samym rodzie, do któ­rego nale­żał, i o zaszczy­tach, które w przy­szło­ści miały spaść na niego. To było nie do wyba­cze­nia.

Takie były sen­ty­menty i wra­że­nia Elż­biety Elliot, takie były tro­ski i wzru­sze­nia, które prze­sy­cały i uroz­ma­icały mono­to­nię i wykwint, dobro­byt i banał jej życia - takie uczu­cia zabar­wiały długą, jed­no­stajną egzy­sten­cję w cią­gle tym samym zie­miań­skim gro­nie i zapeł­niały pustkę, w któ­rej miej­sce nie potra­fiły przyjść skłon­no­ści do poży­tecz­nych zajęć wśród obcych lub też talenty czy umie­jęt­no­ści domowe.

Lecz do tego wszyst­kiego zaczęły docho­dzić inne myśli i tro­ski. Ojca gnę­biły teraz kło­poty pie­niężne. Wie­działa, że jeśli dziś bie­rze do ręki Alma­nach baro­ne­tów, to po to, by zapo­mnieć o ogrom­nych rachun­kach kup­ców czy też nie­mi­łych alu­zjach pana She­pherda, swego ple­ni­po­tenta. Kel­lynch przy­no­siło dobry dochód, nie­wy­star­cza­jący jed­nak, by spro­stać wyobra­że­niom sir Wal­tera o tym, co obo­wią­zuje wła­ści­ciela jego majęt­no­ści. Za życia lady Elliot meto­dycz­ność, umiar­ko­wa­nie i oszczęd­ność pozwa­lały sir Wal­te­rowi utrzy­mać się w gra­ni­cach docho­dów, lecz wraz z nią umarła tutaj wszelka roz­trop­ność i od tego czasu baro­net usta­wicz­nie żył ponad stan. Nie mógł wyda­wać mniej; nie robił nic prócz tego, co sir Wal­ter Elliot sta­now­czo obo­wią­zany był robić, a choć nie pono­sił winy, nie tylko pogrą­żał się w strasz­li­wych dłu­gach, lecz i sły­szał o nich tak czę­sto, że nie mógł dłu­żej ukry­wać ich choćby w czę­ści przed córką. Wspo­mniał coś o tym kilka razy pod­czas ostat­niego pobytu wio­sną w Lon­dy­nie, posu­nął się nawet tak daleko, że powie­dział:

- Czy możemy zre­du­ko­wać wydatki? Czy myślisz, że ist­nieje taka dzie­dzina, w któ­rej mogli­by­śmy zre­du­ko­wać wydatki?

A Elż­bieta, trzeba jej tu oddać spra­wie­dli­wość, w pierw­szym odru­chu kobie­cego prze­ra­że­nia naprawdę zaczęła myśleć, co by tu można zro­bić, i wresz­cie zapro­po­no­wała dwa nastę­pu­jące spo­soby zaosz­czę­dze­nia: reduk­cję pew­nej zbęd­nej dobro­czyn­no­ści oraz rezy­gna­cję z nowych mebli do salonu; do tego dodała póź­niej szczę­śliwy pomysł zanie­cha­nia kupna w Lon­dy­nie pre­zentu dla Anny, co było dotych­czas corocz­nym zwy­cza­jem. Te jed­nak środki, jak­kol­wiek zna­ko­mite same w sobie, nie wystar­czyły, by prze­ciw­sta­wić się złu w jego rze­czy­wi­stych roz­mia­rach, które sir Wal­ter musiał wkrótce przed­sta­wić córce. Elż­bieta nie potra­fiła wymy­ślić nic lep­szego. Uwa­żała się za bar­dzo nie­szczę­śliwą i pokrzyw­dzoną, podob­nie jak ojciec, a oboje nie umieli zna­leźć żad­nego spo­sobu, który pozwo­liłby im zmniej­szyć wydatki bez uszczerbku dla wła­snej god­no­ści lub też bez nie­zno­śnej dla nich rezy­gna­cji z wygód.

Sir Wal­ter mógł sprze­dać tylko nie­wielką część majątku, lecz nawet gdyby mógł sprze­dać każdy jego akr, nic by to nie zmie­niło. Zni­żył się do zacią­gnię­cia długu pod hipo­tekę majątku na tyle, na ile było mu wolno, lecz ni­gdy się nie zniży do sprze­daży ziemi. Nie - ni­gdy nie zhańbi tym swego imie­nia. Majęt­ność Kel­lynch zosta­nie prze­ka­zana w cało­ści, nie­usz­czu­plona - taka, jaką sam otrzy­mał.

Wezwano na naradę dwoje zaufa­nych przy­ja­ciół - pana She­pherda, który miesz­kał w sąsied­nim mia­steczku tar­go­wym, i lady Rus­sell. Zarówno ojciec, jak i córka ocze­ki­wali, że jedno lub dru­gie z przy­ja­ciół wymy­śli coś, co uwolni ich od kło­po­tów i pozwoli zmniej­szyć wydatki, nie narzu­ca­jąc ogra­ni­czeń w zaspo­ka­ja­niu upodo­bań czy próż­no­ści.

ROZ­DZIAŁ II

Pan She­pherd, uprzejmy, roz­ważny praw­nik, który bez względu na to, co myślał o sir Wal­te­rze, wolał, by ktoś inny go nama­wiał na przy­kre roz­wią­za­nia, wymó­wił się od suge­ro­wa­nia cze­go­kol­wiek. Pro­sił tylko, by mu pozwo­lono dora­dzić pełną akcep­ta­cję zna­ko­mi­tych rad lady Rus­sell, spo­dziewa się bowiem, iż dama ta, znana z roz­sądku, zapro­po­nuje zde­cy­do­wane kroki, które, jak sądzi, zostaną osta­tecz­nie poczy­nione.

Lady Rus­sell prze­jęła się ogrom­nie sprawą i zasta­no­wiła się nad nią bar­dzo poważ­nie. Była to kobieta obda­rzona roz­sąd­kiem zdro­wym raczej niż prze­ni­kli­wym, w tym wypadku zaś prze­szka­dzały jej w pod­ję­ciu decy­zji dwie główne zasady, które stały tu ze sobą w sprzecz­no­ści. Miała cha­rak­ter nie­zwy­kle prawy i wielką wraż­li­wość w spra­wach honoru, pra­gnęła jed­nak oszczę­dzić uczuć sir Wal­tera, będąc jed­no­cze­śnie osobą tak bar­dzo dbałą o imię rodu, tak ary­sto­kra­tyczną w swo­ich prze­ko­na­niach o tym, co się należy sir Wal­te­rowi Ellio­towi, jak to tylko moż­liwe u osoby roz­sąd­nej i uczci­wej. Była uczynną, miło­sierną, dobrą kobietą, zdolną do przy­wią­za­nia, pro­wa­dzącą się bez uchy­bień, surową w poglą­dach na to, co przy­stoi, a jej maniery uwa­żano za wzo­rowe. Pie­lę­gno­wała swój umysł i postę­po­wała, mówiąc ogól­nie, rozum­nie i kon­se­kwent­nie - ale była prze­wraż­li­wiona na punk­cie pocho­dze­nia; ceniła pozy­cję i sta­no­wi­sko, wsku­tek czego była zbyt wyro­zu­miała dla wad tych, któ­rzy ową pozy­cję i sta­no­wi­sko posia­dali. Będąc sama wdową po zwy­kłym szlach­cicu, miała dla god­no­ści baro­neta głę­boki sza­cu­nek, a sir Wal­ter - nie­za­leż­nie od swych praw sta­rego zna­jo­mego, życz­li­wego sąsiada, uczyn­nego dzie­dzica, męża jej naj­uko­chań­szej przy­ja­ciółki i ojca Anny i jej sióstr - miał, jej zda­niem, przez sam fakt, że był sir Wal­terem, prawo do wiel­kiego współ­czu­cia i wzglę­dów w obec­nych kło­po­tach.

Muszą ogra­ni­czyć wydatki - co do tego nie było wąt­pli­wo­ści. Ale zale­żało jej ogrom­nie na tym, by prze­pro­wa­dzić sprawę jak naj­mniej bole­śnie dla sir Wal­tera i Elż­biety. Nakre­śliła plany oszczęd­no­ści, zro­biła dokładne obli­cze­nia oraz, o czym nikt dotych­czas nie pomy­ślał, nara­dziła się z Anną, któ­rej inni nie uwa­żali widocz­nie za osobę zain­te­re­so­waną. Nara­dziła się z nią i w pew­nym stop­niu ule­gła jej namo­wom, kiedy ukła­dały plan oszczęd­no­ści przed­sta­wiony osta­tecz­nie sir Wal­te­rowi. Każda poprawka Anny była zwy­cię­stwem uczci­wo­ści nad potrze­bami. Pra­gnęła bar­dziej rady­kal­nych kro­ków, bar­dziej istot­nych zmian, szyb­szego wydo­by­cia się z dłu­gów i o wiele więk­szej obo­jęt­no­ści na wszystko poza tym jedy­nie, co słuszne i spra­wie­dliwe.

- Jeśli zdo­łamy nakło­nić twego ojca do tego - mówiła lady Rus­sell, spo­glą­da­jąc na papier - wiele będzie można doko­nać. Jeśli zgo­dzi się na te oszczęd­no­ści, w sie­dem lat spłaci długi. Mam nadzieję, że uda się nam prze­ko­nać jego i Elż­bietę, iż Kel­lynch Hall jest godny sza­cunku, któ­rego nie mogą umniej­szyć te oszczęd­no­ści, i że w oczach ludzi roz­sąd­nych god­ność sir Wal­tera Elliota nie ponie­sie uszczerbku przez to, że będzie on postę­po­wał jak czło­wiek z zasa­dami. Prze­cież w isto­cie rze­czy to, co ma zro­bić, uczy­niło już wiele naszych naj­pierw­szych rodzin lub też powinno uczy­nić. W jego przy­padku nie będzie to nic szcze­gól­nego, a wła­śnie odmien­ność jest na ogół przy­czyną naj­więk­szych naszych cier­pień, tak jak zawsze jest naj­gor­szą cechą naszego postę­po­wa­nia. Mam głę­boką nadzieję, że nam się uda. Musimy być poważne i kon­se­kwentne, boć prze­cież, mimo wszystko, czło­wiek, który zacią­gnął długi, musi je spła­cić, i choć wiele się należy uczu­ciom dżen­tel­mena i głowy takiego jak wasz rodu, jesz­cze wię­cej jeste­śmy winni dobrej sła­wie czło­wieka uczci­wego.

Anna pra­gnęła, by jej ojciec postę­po­wał wedle tej wła­śnie zasady i żeby przy­ja­ciele nama­wiali go do ustępstw, mając rów­nież tę zasadę na wzglę­dzie. Uwa­żała za święty obo­wią­zek zaspo­ko­je­nie żądań wie­rzy­cieli w jak naj­krót­szym cza­sie za pomocą naj­da­lej idą­cych ogra­ni­czeń wydat­ków, a bez speł­nie­nia tego warunku nie mogła się w niczym wokół dopa­trzyć sza­cow­no­ści. Chciała, by taką wła­śnie przy­jąć regułę i uznać ją za obo­wią­zu­jącą. Bar­dzo liczyła na wpływ lady Rus­sell, jeśli zaś idzie o roz­miar wyrze­czeń, któ­rych żądało jej sumie­nie, uwa­żała, że nie trud­niej będzie namó­wić ojca i Elż­bietę na cał­ko­witą niż poło­wiczną reformę. Zna­jąc ich, wie­działa, że wyrze­cze­nie się jed­nej pary koni będzie nie­mal rów­nie bole­sne co wyrze­cze­nie się całej czwórki, i tak dalej, aż do końca uło­żo­nej przez lady Rus­sell listy nazbyt ogra­ni­czo­nych oszczęd­no­ści.

Nie­ważne, jak zosta­łyby przy­jęte dalej idące żąda­nia Anny, już bowiem pro­po­zy­cje lady Rus­sell nie spo­tkały się z naj­mniej­szym zro­zu­mie­niem - były nie do przy­ję­cia, były nie do znie­sie­nia. Co! Wyrzec się wszel­kiego kom­fortu? Podróży, Lon­dynu, służby, koni, ban­kie­tów; ogra­ni­cze­nia i restryk­cje na każ­dym kroku! Żeby nie móc żyć na pozio­mie cho­ciażby zwy­kłego dżen­tel­mena! Nie, gotów jest raczej od razu opu­ścić Kel­lynch Hall, niż pozo­stać tutaj na tak upo­ka­rza­ją­cych warun­kach!

"Opu­ścić Kel­lynch Hall". Myśl ta została natych­miast pod­chwy­cona przez pana She­pherda, w któ­rego inte­re­sie leżało, by sir Wal­ter istot­nie zaczął oszczę­dzać, i który był głę­boko prze­ko­nany, że bez zmiany miej­sca zamiesz­ka­nia nic się nie da zro­bić. Ponie­waż myśl ta zro­dziła się aku­rat tam, skąd powinny go docho­dzić roz­kazy, nie waha się wyznać - mówił - iż zga­dza się z nią cał­ko­wi­cie. Nie wydaje mu się, by sir Wal­ter mógł istot­nie zmie­nić styl życia w domu, z któ­rym wiążą się wspa­niałe tra­dy­cje gościn­no­ści i god­no­ści sta­rego rodu. W każ­dym innym miej­scu sir Wal­ter będzie mógł robić, co uzna za sto­sowne, a wszy­scy będą patrzeć nań z sza­cun­kiem jak na czło­wieka, który sam usta­na­wia wła­ściwy styl życia bez względu na to, w jaki spo­sób zechce pro­wa­dzić swój dom.

A zatem sir Wal­ter opu­ści Kel­lynch Hall. Po kilku dniach wąt­pli­wo­ści i wahań odpo­wie­dziano na główne pyta­nie, dokąd mia­no­wi­cie uda się sir Wal­ter, oraz zary­so­wano szkic tej wiel­kiej zmiany.

Były trzy moż­li­wo­ści - Lon­dyn, Bath albo jakaś sie­dziba wiej­ska. Anna naj­bar­dziej chciała, by wybrano to ostat­nie. Celem jej pra­gnień był mały dom w sąsiedz­twie ich majątku, gdzie mogliby zacho­wać towa­rzy­stwo lady Rus­sell, w dal­szym ciągu być nie­da­leko Mary i cie­szyć się od czasu do czasu wido­kiem gajów i traw­ni­ków Kel­lynch. Lecz prze­śla­do­wał ją pech, wybrano bowiem coś, czego naj­mniej chciała. Nie lubiła Bath i uwa­żała, że to mia­sto jej nie służy - i oto Bath miało stać się jej domem.

Począt­kowo sir Wal­ter opo­wia­dał się za Lon­dy­nem, ale pan She­pherd czuł, że w Lon­dy­nie nie będzie można mu zaufać, wyka­zał dosta­teczną zręcz­ność, by odwieść go od tego pro­jektu i spra­wić, by wybór padł na Bath. Bar­dziej to odpo­wied­nie miej­sce dla dżen­tel­mena znaj­du­ją­cego się w tak kło­po­tli­wej sytu­acji - można tam będzie zdo­być zna­cze­nie względ­nie niskim kosz­tem. Oczy­wi­ście nie omiesz­kał pod­kre­ślić dwóch istot­nych argu­men­tów na korzyść Bath, a mia­no­wi­cie, że Bath znaj­duje się od Kel­lynch w o wiele dogod­niej­szej niż Lon­dyn odle­gło­ści, bo zale­d­wie o osiem­dzie­siąt kilo­me­trów, oraz że lady Rus­sell spę­dza tam co roku pewną część zimy. Tak więc ku wiel­kiemu zado­wo­le­niu lady Rus­sell, która od chwili decy­zji o prze­pro­wadzce była za prze­nie­sie­niem się do Bath, skło­niono sir Wal­tera i Elż­bietę do uwie­rze­nia, że jeśli się tam osie­dlą, nie stracą ani na zna­cze­niu, ani na roz­ryw­kach.

Lady Rus­sell uwa­żała za konieczne prze­ciw­sta­wić się zna­nym jej życze­niom dro­giej Anny. Byłoby doprawdy prze­sadą ocze­ki­wać od sir Wal­tera, aby zni­żył się do zamiesz­ka­nia w jakimś małym domku w swo­jej oko­licy. Anna sama musia­łaby przy­znać, że zwią­zane z tym upo­ko­rze­nie jest bole­śniej­sze, niż sądziła, dla sir Wal­tera zaś - wprost nie do przy­ję­cia. Nie­chęć Anny do Bath nazwała lady Rus­sell uprze­dze­niem i nie­po­ro­zu­mie­niem wyni­kłym po pierw­sze stąd, że Anna prze­by­wała w Bath trzy lata na pen­sji, po śmierci matki, a po dru­gie, że w cza­sie jedy­nej zimy, jaką póź­niej tam spę­dziła w jej, lady Rus­sell, towa­rzy­stwie, była aku­rat w nie naj­lep­szym nastroju.

Krótko mówiąc, lady Rus­sell bar­dzo lubiła Bath i skłonna była sądzić, że Bath powinno odpo­wia­dać im wszyst­kim; a co do zdro­wia jej mło­dej przy­ja­ciółki, to unik­nie się ryzyka, jeśli Anna spę­dzi wszyst­kie cie­płe mie­siące wraz z nią w Kel­lynch Lodge; doprawdy, taka zmiana winna dosko­nale na nią wpły­nąć fizycz­nie i duchowo. Anna za mało prze­bywa poza domem, za mało ją ludzie widują. Jest nieco przy­ga­szona. Licz­niej­sze towa­rzy­stwo dobrze jej zrobi. Lady Rus­sell pra­gnęła, by Anna wię­cej się obra­cała wśród ludzi.

Fakt, że zamiesz­ka­nie w jakim­kol­wiek innym domu w sąsiedz­twie byłoby sir Wal­te­rowi przy­kre, nabie­rał dodat­ko­wej wagi ze względu na pewną dość istotną część powzię­tego planu, na szczę­ście przy­jętą na samym początku. Sir Wal­ter miał nie tylko opu­ścić swój dom, ale też go prze­ka­zać w cudze ręce - była to próba męstwa, która dla moc­niej­szych głów niż głowa sir Wal­tera oka­zy­wała się zbyt ciężka. Kel­lynch Hall miał pójść w dzier­żawę. To jed­nak cho­wano w naj­głęb­szej tajem­nicy, nie wolno było szep­nąć o tym nikomu spoza naj­bliż­szego grona.

Sir Wal­ter nie zniósłby hańby, jaką byłaby ofi­cjalna wia­do­mość, że zamie­rza wyna­jąć swój dom. Pan She­pherd raz wymó­wił słowo "anons", lecz nie śmiał go powtó­rzyć. Sir Wal­ter z obu­rze­niem odrzu­cił myśl, by miał komu­kol­wiek ofe­ro­wać Kel­lynch Hall; zabro­nił nawet wzmian­ko­wać, jakoby miał podobny zamiar. Wszystko pole­gało na przy­pusz­cze­niu, że jakiś nie­zwy­kły ama­tor zwróci się samo­rzut­nie do sir Wal­tera z gorącą prośbą o wyna­ję­cie domu na jego warun­kach, a sir Wal­ter zgo­dzi się na to w dro­dze wiel­kiej łaski.

Jak szybko przy­cho­dzą argu­menty na korzyść tego, na co mamy ochotę! Lady Rus­sell widziała jesz­cze jeden powód do zado­wo­le­nia z wyjazdu sir Wal­tera z rodziną z ich hrab­stwa. Ostat­nio Elż­bieta nawią­zała zażyłą przy­jaźń, któ­rej lady Rus­sell chęt­nie poło­ży­łaby kres. Była to przy­jaźń z córką pana She­pherda, która po nie­uda­nym mał­żeń­stwie wró­ciła do domu ojca obar­czona dodat­ko­wym cię­ża­rem dwojga dzieci. Owa sprytna młoda kobieta znała się na sztuce przy­po­do­ba­nia się, a przy­naj­mniej na sztuce przy­po­do­ba­nia się w Kel­lynch Hall. Dama ta stała się tak bli­ska sercu naj­star­szej panny Elliot, że otrzy­my­wała nie­jed­no­krot­nie zapro­sze­nia na dłu­żej do dworu, mimo prze­stróg i ostrze­żeń lady Rus­sell, która uwa­żała tę przy­jaźń za cał­kiem nie na miej­scu i zale­cała w tym przy­padku ostroż­ność i rezerwę.

Lady Rus­sell miała, prawdę mówiąc, nie­wielki wpływ na Elż­bietę; mogłoby się zda­wać, że kocha ją raczej dla­tego, iż chce, niż dla­tego, by Elż­bieta na to zasłu­gi­wała. Ni­gdy zacna dama nie otrzy­mała od naj­star­szej panny Elliot nic ponad powierz­chowną uprzej­mość, nic ponad nie­zmien­nie uprze­dza­jącą grzecz­ność, ni­gdy lady Rus­sell nie udało się prze­pro­wa­dzić tego, co chciała, jeśli było to prze­ciwne chę­ciom Elż­biety. Co roku lady Rus­sell sta­rała się usil­nie, by Anna wyje­chała wraz z ojcem i sio­strą do Lon­dynu. Dobrze rozu­miała całą nie­spra­wie­dli­wość ich samo­lub­nego, wręcz nie­go­dzi­wego postę­po­wa­nia, które pozba­wiało Annę rado­ści takich wyjaz­dów; rów­nież przy wielu drob­niej­szych oka­zjach pró­bo­wała uży­czyć Elż­bie­cie wła­snego roz­sądku i doświad­cze­nia, lecz zawsze na próżno. Elż­bieta szła wła­sną drogą - a ni­gdy nie zro­biła tego tak zde­cy­do­wa­nie wbrew woli lady Rus­sell jak w przy­padku wyboru na przy­ja­ciółkę pani Clay; odrzu­cała towa­rzy­stwo zasłu­gu­ją­cej na miłość sio­stry i zwra­cała swe uczu­cie i zaufa­nie ku oso­bie, która powinna być dla niej jedy­nie przed­mio­tem uprzej­mo­ści na dystans.

Pod wzglę­dem pozy­cji pani Clay, w poję­ciu lady Rus­sell, nie mogła się z nimi rów­nać, pod wzglę­dem zaś cha­rak­teru sta­no­wiła nie­bez­pieczne towa­rzy­stwo - dla­tego też doświad­czona dama przy­wią­zy­wała tak dużą wagę do wyjazdu, dzięki któ­remu pani Clay zosta­nie daleko, a panna Elliot będzie mogła dobie­rać sobie odpo­wied­niej­sze przy­ja­ciółki.

ROZ­DZIAŁ III

- Pozwolę sobie zauwa­żyć, sir Wal­te­rze - ode­zwał się pew­nego ranka w Kel­lynch Hall pan She­pherd, odkła­da­jąc gazetę - że obecny stan rze­czy bar­dzo jest dla nas korzystny. Zawarty pokój wyrzuci na brzeg wszyst­kich boga­tych ofi­ce­rów mary­narki. Każdy z nich będzie potrze­bo­wał domu. Nie może być lep­szej pory na zna­le­zie­nie dosko­na­łych dzier­żaw­ców, odpo­wie­dzial­nych dzier­żaw­ców. Wiele pod­czas tej wojny zbito pięk­nych for­tun. Jeśliby się nam tu poja­wił jakiś bogaty admi­rał...

- Byłby z niego nie byle jaki szczę­ściarz, She­pherd - odparł sir Wal­ter. - To wszystko, co mam do powie­dze­nia. Wielka to byłaby dla niego gratka zamiesz­kać w Kel­lynch Hall, naj­więk­szy łup wojenny, choćby ich dotąd zdo­był co nie­miara, prawda, She­pherd?

Pan She­pherd roze­śmiał się posłusz­nie z tego dow­cipu, po czym dodał:

- Pozwa­lam sobie zauwa­żyć, że w spra­wach finan­so­wych dobrze jest mieć do czy­nie­nia z dżen­tel­me­nami z mary­narki. Znam nieco ich spo­sób zała­twia­nia inte­re­sów i mogę tu z prze­ko­na­niem powie­dzieć, że mają bar­dzo hojną rękę i mogą się oka­zać bar­dzo dobrymi dzier­żaw­cami. Dla­tego też pozwolę sobie suge­ro­wać, że gdyby w wyniku jakichś roz­cho­dzą­cych się pogło­sek o zamia­rach wiel­moż­nego pana... a trzeba roz­wa­żyć moż­li­wość zaist­nie­nia takich pogło­sek, wiemy bowiem, jak trudno jest ukryć przed uwagą i cie­ka­wo­ścią jed­nej czę­ści świata poczy­na­nia i zamie­rze­nia dru­giej; to jest haracz, jaki się płaci za pozy­cję i zna­cze­nie; ja, John She­pherd, mogę do woli ukry­wać moje sprawy rodzinne, bo nikt nie sądzi, by warto mieć na mnie bacze­nie, lecz na sir Wal­te­rze Ellio­cie spo­czy­wają oczy, któ­rym trudno będzie umknąć - i dla­tego zary­zy­kuję takie twier­dze­nie, że nie zdziwi mnie spe­cjal­nie, jeśli mimo całej naszej ostroż­no­ści wydo­staną się na zewnątrz pewne pogło­ski o praw­dzie... W prze­wi­dy­wa­niu czego zamie­rza­łem powie­dzieć, sądząc, że nie­chyb­nie po tym nastą­pią zgło­sze­nia, iż moim zda­niem każdy z naszych majęt­nych ofi­ce­rów mary­narki byłby szcze­gól­nie godny uwagi... I pozwolę sobie jesz­cze dodać, że zja­wię się tutaj zawsze, o każ­dej porze, w ciągu dwóch godzin, by oszczę­dzić wiel­moż­nemu panu kło­potu udzie­la­nia odpo­wie­dzi.

Sir Wal­ter ski­nął tylko głową. Po chwili jed­nak wstał, zaczął prze­cha­dzać się tam i z powro­tem po pokoju i zauwa­żył sar­ka­stycz­nie:

- Przy­pusz­czam, że nie­wielu jest ofi­ce­rów mary­narki, któ­rzy nie zdu­mie­liby się, zna­la­zł­szy się w takim jak mój domu.

- Będą się nie­wąt­pli­wie roz­glą­dać i bło­go­sła­wić wła­sne szczę­ście - powie­działa pani Clay, albo­wiem pani Clay była obecna przy roz­mo­wie; przy­wiózł ją tutaj ojciec, jako że nic nie słu­żyło tak dobrze zdro­wiu pani Clay jak prze­jażdżka do Kel­lynch Hall. - Lecz zga­dzam się z ojcem, że ofi­cer mary­narki mógłby być wcale pożą­da­nym dzier­żawcą. Znam wielu ludzi tego zawodu i wiem, że są nie tylko hojni, lecz i przy­zwo­ici pod każ­dym wzglę­dem. Na przy­kład, jeśli zechce pan, sir Wal­te­rze, pozo­sta­wić tutaj wszyst­kie swoje cenne obrazy, będzie pan mógł być o nie cał­ko­wi­cie spo­kojny. Zarówno w domu, jak i na zewnątrz wszystko utrzy­my­wano by we wzo­ro­wym porządku. Ogrody i krzewy pie­lę­gno­wano by nie­omal rów­nie sta­ran­nie jak teraz. Nie potrze­bo­wa­ła­byś się oba­wiać, panno Elż­bieto, że twój roz­koszny ogród kwia­towy zosta­nie zapusz­czony.

- Nawet - oznaj­mił chłodno sir Wal­ter - jeśli dam się prze­ko­nać, by wyna­jąć dom, to nie wiem, jakie dołą­czę do tego przy­wi­leje. By­naj­mniej nie mam zamiaru obda­rzać dzier­żawcy wzglę­dami. Park oczy­wi­ście będzie stał dla niego otwo­rem, a nie­wielu ofi­ce­rów mary­narki czy ludzi innego rodzaju może mieć do dys­po­zy­cji taki obszar; lecz jakie ogra­ni­cze­nia nałożę na uży­wal­ność ogro­dów kwia­to­wych i tere­nów ozdob­nych, to już cał­kiem inna sprawa. Wcale mi się nie podoba myśl, by dzier­żawca miał zawsze dostęp do moich krze­wów, i zale­cił­bym córce, by miała się na bacz­no­ści, jeśli idzie o jej ogród kwia­towy. Nie jestem by­naj­mniej skłonny przy­zna­wać dzier­żawcy Kel­lynch Hall jakichś nad­zwy­czaj­nych upraw­nień, zapew­niam was, czy to będzie żoł­nierz, czy żeglarz!

Po krót­kiej prze­rwie pan She­pherd ośmie­lił się powie­dzieć:

- W takich przy­pad­kach sto­suje się przy­jęte powszech­nie prawa użyt­ko­wa­nia, dzięki któ­rym wszystko pomię­dzy wła­ści­cie­lem i dzier­żawcą jest jasno okre­ślone. Sprawy wiel­moż­nego pana znaj­dują się w dobrych rękach. Pro­szę pole­gać na mnie; będę pil­no­wał, aby żaden dzier­żawca nie otrzy­mał nic wię­cej ponad to, co mu się należy. Odważę się powie­dzieć, że sir Wal­ter Elliot nie może nawet w poło­wie tak gor­li­wie zabie­gać o swoje prawa, jak będzie o nie zabie­gał John She­pherd.

Tu wtrą­ciła się Anna:

- Myślę, że mary­na­rze, któ­rzy tyle dla nas uczy­nili, mają co naj­mniej takie same jak inni prawa do wszel­kich wygód i wsze­la­kich przy­wi­le­jów, jakie może dać naj­lep­szy dom. Chyba każdy się zgo­dzi, że mary­na­rze ciężko zapra­co­wali na swoje wygody.

- Prawda, święta prawda! To, co mówi panna Anna, to święta prawda - przy­tak­nął pan She­pherd, a córka jego powie­działa:

- Och, oczy­wi­ście!

Lecz sir Wal­ter dodał chwilę potem:

- Zawód ten jest uży­teczny, ow­szem, ale byłoby mi przy­kro, gdyby go wyko­ny­wał któ­ry­kol­wiek z moich przy­ja­ciół.

- Naprawdę? - pyta­nie zostało opa­trzone zdu­mio­nym spoj­rze­niem.

- Tak, jest dla mnie odstrę­cza­jący z dwóch wzglę­dów. Mam w sto­sunku do niego dwa poważne zarzuty. Pierw­szy - że zawód ten wynosi ludzi niskiego uro­dze­nia do nad­mier­nych zaszczy­tów i nadaje przy­wi­leje ludziom, któ­rych ojco­wie i dzia­do­wie o niczym podob­nym nie mogli marzyć; drugi - że w strasz­liwy spo­sób wynisz­cza mło­dość i żywot­ność męż­czy­zny. Mary­narz sta­rzeje się wcze­śniej niż każdy inny męż­czy­zna; całe życie byłem tego świad­kiem. Czło­wiek słu­żący w mary­narce jest bar­dziej niż w jakim­kol­wiek innym zawo­dzie wysta­wiony na ryzyko, iż obra­żać go będzie kariera towa­rzy­sza, z któ­rego ojcem jego ojciec gar­dziłby nawet roz­mową, oraz że sam sta­nie się przed­wcze­śnie odra­ża­jący fizycz­nie. Zeszłej wio­sny w Lon­dy­nie zna­la­złem się pew­nego dnia w towa­rzy­stwie dwóch męż­czyzn, któ­rzy są zna­ko­mi­tym świa­dec­twem tego, co mówię; jed­nym z nich był lord St. Ives, któ­rego ojciec, jak wiemy, był wiej­skim wika­rym i na chleb mu nie star­czało. Musia­łem ustą­pić pierw­szeń­stwa lor­dowi St. Ives i nie­ja­kiemu admi­ra­łowi Bal­dwi­nowi, osob­ni­kowi o najbar­dziej poża­ło­wa­nia god­nym wyglą­dzie, jaki może­cie sobie wyobra­zić; twarz miał koloru maho­niu, znisz­czoną i wysu­szoną, całą w zmarszcz­kach, po dzie­więć siwych wło­sów na każ­dej skroni i nic oprócz odro­biny pudru na czubku głowy. "Na litość boską, kimże jest ten sta­rzec?" - zapy­ta­łem sto­ją­cego obok przy­ja­ciela, sir Basila Mor­leya. "Sta­rzec! - krzyk­nął sir Basil. - To admi­rał Bal­dwin. Ile mu dajesz lat?" "Sześć­dzie­siąt - odpo­wie­dzia­łem - może sześć­dzie­siąt dwa". "Czter­dzie­ści - odrzekł sir Basil - czter­dzie­ści i kropka". Wyobraź­cie sobie moje zdu­mie­nie! Nie­prędko zapo­mnę admi­rała Bal­dwina. Ni­gdy nie widzia­łem tak strasz­li­wego przy­kładu, do czego zdolne jest dopro­wa­dzić życie na morzu, ale wiem, że to samo w pew­nym stop­niu dzieje się z nimi wszyst­kimi; wszy­scy oni roz­bi­jają się po świe­cie, wysta­wieni na dzia­ła­nie wszel­kich kli­ma­tów i każ­dej aury, aż wresz­cie nie można już na nich patrzeć. Szkoda, że im tam gdzieś nie roz­biją łbów w tej włó­czę­dze, nim dojdą wieku admi­rała Bal­dwina.

- Och! - zawo­łała pani Clay - to doprawdy okrutne, sir Wal­te­rze! Miejmy litość dla tych bie­da­ków. Nie wszyst­kich nas opatrz­ność obda­rzyła urodą! Morze nie­wąt­pli­wie nie upięk­sza czło­wieka i mary­na­rze sta­rzeją się przed cza­sem. Sama zauwa­ży­łam, że wcze­śnie tracą mło­dzień­czy wygląd. Ale czyż to samo nie dzieje się w wielu innych zawo­dach, a nawet w więk­szo­ści ich? Żoł­nie­rze w czyn­nej służ­bie by­naj­mniej nie wyglą­dają lepiej, a i spo­koj­niej­sze zawody rów­nież wyma­gają wysił­ków i pracy umy­słu, jeśli nie ciała, co rzadko pozo­staje bez wpływu na wygląd czło­wieka. Praw­nik ciężko pra­cuje, zmę­czony tro­ską; lekarz musi wstać o każ­dej godzi­nie i jechać w każdą pogodę, i nawet duchowny - tu zatrzy­mała się chwilę, zasta­na­wia­jąc się, co też by się nadało dla duchow­nego - i nawet duchowny musi wcho­dzić do zaka­żo­nych izb i wysta­wiać swoje zdro­wie i wygląd na nie­bez­pie­czeń­stwo tru­ją­cej atmos­fery. Prawdę mówiąc, od dawna uwa­żam, iż choć każdy zawód jest potrzebny i sza­cowny sam w sobie, to jedy­nie ludzie, któ­rzy nie są w ogóle zmu­szeni do obie­ra­nia zawodu, któ­rzy mogą pro­wa­dzić regu­larny tryb życia na wsi i sami wybie­rać sobie na wszystko pory i robić to, na co mają ochotę, ludzie, któ­rzy żyją z wła­snego majątku, nie drę­cząc się sta­ra­niami o jego powięk­sze­nie, tylko tacy ludzie, powia­dam, otrzy­mują w udziale bło­go­sła­wień­stwo zdro­wia i naj­lep­szego wyglądu; nie znam innych, któ­rzy nie utra­ci­liby cze­goś ze swej urody, kiedy już minie pierw­sza mło­dość.

Wyda­wać się mogło, że pan She­pherd, sta­ra­jąc się dobrze uspo­so­bić swego chle­bo­dawcę do ofi­cera mary­narki jako dzier­żawcy, wie­dziony był pro­ro­czym obja­wie­niem, pierw­sze bowiem zgło­sze­nie o dzier­żawę domu przy­szło od nie­ja­kiego admi­rała Cro­fta, z któ­rym ple­ni­po­tent sir Wal­tera spo­tkał się wkrótce pod­czas kwar­tal­nej sesji sądo­wej w Taun­ton. Otrzy­mał już uprzed­nio od lon­dyń­skiego swego kolegi praw­nika pewne infor­ma­cje o admi­rale. Z raportu, który pan She­pherd pośpiesz­nie zło­żył w Kel­lynch, wyni­kało, że admi­rał Croft pocho­dzi z hrab­stwa Somer­set, że zdo­był wcale nie­złą for­tunkę i posta­no­wił osie­dlić się w rodzin­nej oko­licy; przy­je­chał więc do Taun­ton, by rozej­rzeć się wśród zgło­szo­nych do wydzier­ża­wie­nia sie­dzib w naj­bliż­szym sąsiedz­twie, te mu jed­nak nie odpo­wia­dały. Potem usły­szał przy­pad­kowo - pan She­pherd zauwa­żył tu, że stało się tak wła­śnie, jak prze­wi­dy­wał, to bowiem, co tyczy sir Wal­tera, nie da się utrzy­mać w tajem­nicy - a więc usły­szał przy­pad­kowo, że ist­nieje moż­li­wość wydzier­ża­wie­nia Kel­lynch Hall, i dowie­dziaw­szy się o jego (pana She­pherda) powią­za­niach z wła­ści­cie­lem, przy­szedł doń, by się szcze­gó­łowo o wszystko wypy­tać, i w cza­sie wcale dłu­giej roz­mowy wyra­ził taką chęć wydzier­ża­wie­nia Kel­lynch Hall, jaką może czuć czło­wiek zna­jący ową posia­dłość z opisu jedy­nie, poda­jąc zaś panu She­pherdowi wszel­kie, bez osło­nek, wia­do­mo­ści o wła­snej oso­bie, dowiódł, iż jest naj­bar­dziej pożą­da­nym i god­nym zaufa­nia dzier­żawcą.

- A któż to taki ów admi­rał Croft? - W gło­sie sir Wal­tera brzmiała chłodna podejrz­li­wość.

Pan She­pherd odpo­wie­dział, że ewen­tu­alny dzier­żawca jest dżen­tel­me­nem z uro­dze­nia, wymie­nił też miej­sce, skąd pocho­dzi rodzina admi­rała; Anna zaś po krót­kiej chwili dorzu­ciła:

- To kontr­ad­mi­rał dru­giego stop­nia. Brał udział w bitwie pod Tra­fal­ga­rem, a potem prze­by­wał w Indiach Wschod­nich; wydaje mi się, że sta­cjo­no­wał tam przez kilka lat.

- Wobec tego można przy­pusz­czać - zauwa­żył sir Wal­ter - że twarz ma rów­nie poma­rań­czową, jak wyłogi i pele­ryny libe­rii mojej służby.

Pan She­pherd pośpie­szył zapew­nić, że admi­rał Croft jest zdro­wym, krzep­kim, dobrze wyglą­da­ją­cym męż­czy­zną, nieco ogo­rza­łym, nie­wąt­pli­wie, ale doprawdy nie tak bar­dzo, co do manier zaś i poglą­dów - jest dżen­tel­me­nem pod każ­dym wzglę­dem. Mało praw­do­po­dobne, by sta­wiał jakie­kol­wiek zastrze­że­nia co do warun­ków - chce mieć wygodny dom i zamiesz­kać w nim jak naj­szyb­ciej; wie dobrze, że za wygody musi pła­cić; orien­tuje się, ile może wyno­sić czynsz dzier­żawny za taki dom; nie zdzi­wiłby się, gdyby sir Wal­ter zażą­dał wię­cej; wypy­ty­wał o zie­mię; rzecz jasna byłby ogrom­nie rad, gdyby otrzy­mał zezwo­le­nie łowiec­kie, ale nie upie­rał się przy tym - powiada, że wycho­dzi cza­sem ze strzelbą, ale ni­gdy nie zabija; dżen­tel­men pod każ­dym wzglę­dem.

Pan She­pherd oka­zał się tu bar­dzo wymowny; jeśli idzie o rodzinę admi­rała, pod­kre­ślał te wszyst­kie oko­licz­no­ści, które świad­czyły za nim jako za szcze­gól­nie odpo­wied­nim dzier­żawcą. Admi­rał był żonaty i bez­dzietny - wła­śnie tego nale­żało sobie życzyć. Dom, w któ­rym nie ma kobiety, zauwa­żył pan She­pherd, ni­gdy nie jest nale­ży­cie zadbany. On sam zasta­na­wia się, czy meblom nie grozi cza­sem takie samo nie­bez­pie­czeń­stwo wów­czas, kiedy brak pani domu, jak wów­czas, kiedy w rodzi­nie jest wiele dzieci. Pani domu bez dzieci to naj­lep­sza w świe­cie gwa­ran­cja zacho­wa­nia mebli w porządku. Widział panią Croft - jest w Taun­ton razem z admi­ra­łem i nie­mal cały czas była obecna przy roz­mo­wie.

- A robi wra­że­nie uprzej­mej, wytwor­nej i bystrej damy - cią­gnął. - Wię­cej pytała o dom, warunki i podatki niż sam admi­rał i spra­wiała wra­że­nie osoby lepiej niż on obe­zna­nej z inte­re­sami. A ponadto oka­zało się, że nie tylko admi­rał, ale i ona ma rodzinne związki z naszym hrab­stwem, to zna­czy, że jest sio­strą pew­nego dżen­tel­mena, który kie­dyś miesz­kał pośród nas. Sama mi to powie­działa: jest sio­strą dżen­tel­mena, który kilka lat temu zamiesz­ki­wał w Monk­ford. Boże wielki, jak też on się nazy­wał? Nie mogę sobie w tej chwili przy­po­mnieć, cho­ciaż jesz­cze nie­dawno pamię­ta­łem. Pene­lopo, kocha­nie, pomóż mi przy­po­mnieć sobie nazwi­sko dżen­tel­mena, który zamiesz­ki­wał w Monk­ford, brata pani Croft.

Ale pani Clay tak żywo roz­pra­wiała z panną Elliot, że nie usły­szała tej prośby.

- Nie mam poję­cia, kogo możesz mieć na myśli, panie She­pherd; nie pamię­tam, by od cza­sów sta­rego guber­na­tora Trenta zamiesz­ki­wał w Monk­ford jakiś dżen­tel­men.

- Niech mnie kule biją! Co za bieda! Nie­długo pew­nie zapo­mnę, jak się sam nazy­wam! Tak dobrze znam to nazwi­sko i czę­sto widy­wa­łem owego dżen­tel­mena; spo­ty­ka­łem go setki razy; pamię­tam, że kie­dyś przy­szedł do mnie po radę w spra­wie wykro­cze­nia jed­nego ze swo­ich sąsia­dów: wła­mał mu się do sadu paro­bek jakie­goś far­mera... dziura w murze... skra­dzione jabłka... wino­wajca schwy­tany na gorą­cym uczynku; a potem wbrew mojej radzie zgo­dził się na ugodę. Doprawdy, bar­dzo nie­zwy­kłe.

- Myśli pan zapewne o panu Wen­twor­cie - powie­działa Anna po chwili.

Wdzięcz­ność pana She­pherda prze­cho­dziła wszel­kie wyobra­że­nie.

- Tak, wła­śnie to nazwi­sko: Wen­tworth. Wła­śnie o pana Wen­twortha mi cho­dziło. Wiel­możny pan wie zapewne, że przed nie­ja­kim cza­sem pan Wen­tworth miał przez dwa czy trzy lata wika­riat w Monk­ford. Przy­je­chał tam gdzieś około roku... pią­tego, jak mi się zdaje. Nie­chyb­nie jaśnie pan go pamięta.

- Wen­tworth? Och, tak. Wen­tworth, wika­riusz z Monk­ford. Zmy­li­łeś mnie, panie She­pherd, sło­wem "dżen­tel­men". Myśla­łem, że mówisz o kimś z zie­miań­stwa; pamię­tam, że pan Wen­tworth był nikim, nie miał żad­nych koli­ga­cji; to nie jest rodzina tych Wen­tworthów ze Straf­fordu. Dziwne to, że nazwi­ska naszych nobi­lów tak się spo­spo­li­to­wały.

Pan She­pherd, stwier­dziw­szy, że te konek­sje Cro­ftów nie mają zna­cze­nia w oczach sir Wal­tera, nie wspo­mniał już o nich wię­cej, nato­miast z naj­więk­szym zapa­łem powró­cił do opisu oko­licz­no­ści, nie­wąt­pli­wie świad­czą­cych na korzyść admi­rała i jego żony, jak ich wiek, bez­dziet­ność i majęt­ność, wyso­kie poję­cie, jakie wyro­bili sobie o Kel­lynch Hall, oraz gorące pra­gnie­nie wyna­ję­cia domu. Na pod­sta­wie tego, co mówił, mogłoby się zda­wać, że nic w ich oczach nie dorów­ny­wało szczę­ściu, jakie jest udzia­łem dzier­żawcy sir Wal­tera Elliota, co nie­wąt­pli­wie dowo­dzi­łoby dość ory­gi­nal­nych upodo­bań, gdyby pozwo­lono im poznać praw­dziwą opi­nię sir Wal­tera o pra­wach należ­nych dzier­żawcy.

Ale wszystko to odnio­sło sku­tek i choć sir Wal­ter musiał patrzeć krzy­wym okiem na kogoś, kto chciał zamiesz­kać w jego domu, i choć uwa­żał, że taki czło­wiek ma zbyt dużo szczę­ścia, otrzy­mu­jąc zgodę na wydzier­ża­wie­nie tego domu za bar­dzo wysoki czynsz - mimo to pozwo­lił się prze­ko­nać, dał panu She­pher­dowi pozwo­le­nie pro­wa­dze­nia dal­szych roz­mów i upo­waż­nił go do zło­że­nia wizyty admi­ra­łowi Cro­ftowi, który jesz­cze prze­by­wał w Taun­ton, i usta­le­nia dnia, w któ­rym można będzie obej­rzeć dom.

Sir Wal­ter nie był czło­wie­kiem bar­dzo mądrym, ale miał wystar­cza­jące doświad­cze­nie życiowe, by wyczuć, że trudno mu będzie zna­leźć dzier­żawcę, który robiłby pod każ­dym wzglę­dem tak odpo­wied­nie wra­że­nie jak admi­rał Croft. Te argu­menty pod­su­wał mu roz­są­dek, próż­ność zaś dostar­czała drob­nego dodat­ko­wego pocie­sze­nia w postaci pozy­cji życio­wej admi­rała - była ona w sam raz: odpo­wied­nio wysoka, lecz nie za wysoka. "Wydzier­ża­wi­łem mój dom admi­rałowi Cro­ftowi" - to będzie brzmiało bar­dzo dobrze, o wiele lepiej niż jakie­mu­kol­wiek zwy­kłemu "panu", "pan" bowiem (oprócz, być może, kilku w całym kraju) zawsze wymaga dodat­ko­wych wyja­śnień, tytuł admi­rała zaś mówi sam za sie­bie, a jed­no­cze­śnie nie jest w sta­nie przy­ćmić tytułu baro­neta. W łączą­cych ich sto­sun­kach i w całej zna­jo­mo­ści sir Wal­ter zawsze będzie brał górę.

Nie można było pod­jąć żad­nej decy­zji bez odwo­ła­nia się do Elż­biety, ona jed­nak miała teraz tak wyraźną ochotę na wyjazd, że zado­wo­lona była, iż zna­lazł się pod ręką dzier­żawca, dzięki któ­remu można będzie sprawę zała­twić i wyjazd przy­spie­szyć. Nie powie­działa więc ani słowa prze­ciwko tym pla­nom.

Pan She­pherd otrzy­mał wszel­kie peł­no­moc­nic­twa do dzia­ła­nia, a Anna, która słu­chała dotąd wszyst­kiego z naj­wyż­szą uwagą, wyszła natych­miast z pokoju, by szu­kać w świe­żym powie­trzu ochłody dla pała­ją­cych policz­ków; kiedy zaś spa­ce­ro­wała po ulu­bio­nym gaiku, powie­działa do sie­bie z łagod­nym wes­tchnie­niem: "Za kilka mie­sięcy, być może, on będzie tutaj spa­ce­ro­wał".

ROZ­DZIAŁ IV

Ów "on" nie był panem Wen­twor­them, byłym wika­riu­szem z Monk­ford, bez względu na to, jak podej­rza­nie świad­czą oko­licz­no­ści w tej spra­wie. Był to jego brat, kapi­tan Fry­de­ryk Wen­tworth, który dostał sta­no­wi­sko dowódcy po bitwie pod San Domingo, a nie otrzy­maw­szy natych­miast okrętu, przy­je­chał do hrab­stwa Somer­set w lecie 1806 roku; ponie­waż zaś rodzice jego już nie żyli, miesz­kał w Monk­ford przez pół roku. Był to w owym cza­sie wyjąt­kowo uro­dziwy mło­dzie­niec, obda­rzony dużą inte­li­gen­cją, lotny i pełen werwy, Anna zaś bar­dzo ładną dziew­czyną, łagodną i skromną, obda­rzoną gustem i ser­cem. Połowa tych zalet u niego czy u niej wystar­czy­łaby w zupeł­no­ści, on bowiem nie miał nic do roboty, ona nikogo wła­ści­wie do kocha­nia, a podobne reko­men­da­cje z obu stron musiały przy­nieść sku­tek. Pozna­wali się powoli, a kiedy się już poznali, przy­szła miłość głę­boka i gwał­towna. Trudno powie­dzieć, które z nich widziało w dru­gim więk­szą dosko­na­łość czy też które z nich bar­dziej było szczę­śliwe: ona, otrzy­mu­jąc jego wyzna­nia i oświad­czyny, czy on, sły­sząc, że zostają przy­jęte.

Nastą­pił krótki okres nie­sły­cha­nego szczę­ścia - lecz krótki, bar­dzo krótki. Nade­szły kło­poty. Kiedy zwró­cono się do sir Wal­tera, ten nie wypo­wie­dział jasno swej dez­apro­baty, nie stwier­dził też, że ni­gdy nie wyrazi na ten mariaż zgody, lecz oka­zał nega­tywny sto­su­nek do sprawy wiel­kim zdu­mie­niem, wiel­kim chło­dem, wiel­kim mil­cze­niem i by­naj­mniej nie­ta­joną decy­zją, że nie uczyni nic dla swo­jej córki. W jego mnie­ma­niu był to bar­dzo poni­ża­jący zwią­zek, a lady Rus­sell, choć obda­rzona bar­dziej umiar­ko­waną i uspra­wie­dli­wioną dumą, uwa­żała ten mariaż za najbar­dziej nie­for­tunny.

Z bólem myślała o zmar­no­wa­nym życiu, jakie, według niej, przy­pa­dłoby Annie w udziale, gdyby ta młoda panna obda­rzona wszyst­kimi dobro­dziej­stwami szla­chet­nego pocho­dze­nia, urody i rozumu miała się wią­zać zarę­czy­nami w dzie­więt­na­stym roku życia z mło­dym czło­wie­kiem, za któ­rym prze­ma­wiała tylko jego osoba i nic wię­cej, któ­rego jedyne nadzieje na przy­szły dobro­byt leżały w moż­li­wo­ściach kapry­śnego zawodu i który nie miał żad­nych konek­sji gwa­ran­tu­ją­cych choćby awans w tym zawo­dzie! Anna Elliot, taka młoda, tak mało jesz­cze bywała! Żeby ją porwał jakiś obcy, bez majątku i paran­teli, a raczej żeby ją pogrą­żył w zależ­no­ści mate­rial­nej, sta­nie, który nisz­czy mło­dość, a przy­nosi tro­ski i nie­po­koje! To się nie może stać, jeśli tylko zdoła temu zapo­biec jakaś uczciwa, przy­ja­zna inter­wen­cja, per­swa­zje kogoś, kto uosa­bia nie­mal mat­czyną miłość, nie­mal mat­czyne prawa.

Kapi­tan Wen­tworth nie był czło­wie­kiem majęt­nym. W zawo­dzie swoim miał dużo szczę­ścia, lecz że lekko wyda­wał, co mu lekko przy­cho­dziło, więc też nic nie odło­żył. Był jed­nak prze­ko­nany, że wkrótce zdo­bę­dzie for­tunę; pełen życia i ener­gii, liczył, że nie­długo dosta­nie okręt i że znaj­dzie się na sta­no­wi­sku, które umoż­liwi mu zyska­nie wszyst­kiego, czego pra­gnie. Zawsze miał szczę­ście; wie­dział, że i dalej powinno mu dopi­sy­wać. Podobna pew­ność sie­bie, silna wła­sną żar­li­wo­ścią i urze­ka­jąca dow­ci­pem, z jakim była tak czę­sto wyra­żana, oczy­wi­ście wystar­czała Annie, lecz lady Rus­sell widziała sprawę cał­kiem ina­czej. To krew­kie uspo­so­bie­nie, to nie­ustra­szone serce budziły jej obawy. Dopa­try­wała się w nich cze­goś bar­dzo nie­do­brego. Do wszyst­kich nie­szczęść docho­dził, w jej mnie­ma­niu, nie­bez­pieczny cha­rak­ter. Kapi­tan Wen­tworth był męż­czy­zną bły­sko­tli­wym i upar­tym. Lady Rus­sell nie gusto­wała w dow­ci­pie, wszystko zaś, co bli­skie było nie­roz­wagi, napeł­niało ją prze­ra­że­niem. Z każ­dego punktu widze­nia zwią­zek ten był dla niej nie do zaak­cep­to­wa­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki