Perska żona - Laura Fitzgerald

-
Proszę czekać

Rozdział 4

Cóż, fajnie było - mówi Ike, gdy wychodzimy z domu jego rodziców. Wsiadamy do dużej, poobijanej, białej furgonetki z napisem GMC na masce - to dla Ike'a drugi po skuterze środek transportu.

- Było okropnie, Ike. - Ściska kierownicę tak mocno, że bieleją mu kostki. Kładę dłoń na jego udzie. - Tak mi przykro...

- Nie...

Zabieram rękę.

- Nie o to mi chodziło. - Sięga po moją dłoń i kładzie ją z powrotem na swojej nodze. - Nie przepraszaj. To ja muszę przeprosić ciebie. Może powinienem był powiedzieć im sam, ale naprawdę nie miałem pojęcia, że tak zareagują. Do tej pory popierali absolutnie każdą rzecz, jaką w życiu wymyśliłem, nawet jeśli potem okazywało się, że zachowałem się jak totalny kretyn.

Jakoś nie poprawia mi to nastroju.

- Co znaczy "pod pantoflem dziewuchy"?

Uśmiecha się i odpowiada:

- Nic ważnego.

- A "anulować"?

Ike poważnieje. Zdejmuje prawą rękę z kierownicy i kładzie ją na mojej.

- To też nic takiego.

- To znaczy skasowanie naszego małżeństwa, prawda?

- Nic podobnego się nie wydarzy. Ale jak to możliwe, że nie przewidziałem takiej sytuacji?

Nawet jeśli Ike nie zna odpowiedzi na to pytanie, ja chyba ją znam. Od dwudziestu czterech godzin żyjemy oboje jak w mydlanej bańce szczęścia. Wszystko było dobrze, a kiedy tak jest, wydaje ci się, że tak będzie już zawsze. Jednak taki rodzaj szczęścia nie trwa wiecznie, i gdy bańka pęka, wydaje ci się, że to był tylko piękny sen. Coś jakby czas ukradziony, za który w końcu trzeba zapłacić. Jeśli czegokolwiek się w życiu nauczyłam, to tego, że każda radość ma swoją cenę. Tylko nie zawsze wiadomo jaką.

Wzdycham, zdając sobie z tego sprawę. Chciałabym się mylić.

Ale się nie mylę.

W moim życiu, w życiu mojej rodziny, zawsze tak było.

Na skrzyżowaniu Speedway i Tucson Ike skręca w lewo, w Speedway. Kiedy docieramy do Country Club Road, gdzie powinien skręcić w prawo, by dojechać do domu Miriam - bo taki był plan, najpierw spotkanie z rodziną Ike'a, potem z moją - on wciąż jedzie prosto.

- Zapomniałeś skręcić? - pytam.

- Chcę ci coś pokazać. - Jedzie dalej do Magnolia Avenue, następnego dużego skrzyżowania, i wjeżdża na parking przy rządku sklepów po prawej stronie. Zatrzymuje się na rogu, przy witrynie lokalu z napisem "na sprzedaż". Wyłącza silnik i patrzy przez szybę. - Oto ono. Moje wymarzone miejsce.

- Czy to... Och, Ike! To tutaj? Tutaj będzie twoja kawiarnia?

- Taki był plan. - Nie wiadomo dlaczego zamiast radości w jego głosie słychać żal, jakby stracił przyjaciela. Wzdycha przeciągle i nieszczęśliwie. - Nie przewidziałem tego.

- Ike?

Wciąż patrzy przed siebie. Z boku widzę, że z trudem przełyka ślinę. Wreszcie odwraca się do mnie i pyta:

- Chcesz wysiąść i zobaczyć?

- Oczywiście! - Gramolę się z furgonetki, podchodzę do sklepu i zaglądam do środka. Chyba była tu restauracja, bo widzę ladę i gabloty na jedzenie. - Wygląda na prawie gotową.

Ike podchodzi bliżej, obejmuje mnie od tyłu i przez moje ramię zagląda do opuszczonego lokalu. Wtulam się w niego niczym kawałek układanki, który właśnie trafił na właściwe miejsce.

- Wymaga jeszcze mnóstwo roboty. To straszna nora. Ale lokalizacja jest idealna. - Opowiada mi, że kiedy Starbucks szuka miejsc na nowe kawiarnie, najlepsze są te w centrach zakupowych, gdzie już jest sklep spożywczy, i pokazuje market usytuowany naprzeciwko. Opisuje, jak zamierza zmienić wystrój, jakie kupić meble i zamontować oświetlenie.

- Zawsze myślałem, że to będzie nowoczesny lokal- mówi. - Ale potem... Pamiętasz, jak powiedziałaś, że do dekoracji mogę wykorzystać twoje "chwytające wolność" zdjęcia? Wtedy pomyślałem o czymś bardziej przytulnym. A potem o czymś z większą klasą. Dlatego będą tu metal, drewno, szkło i kaskada. - Pokazuje miejsce na przeciwległej ścianie.

Ja jednak słyszę niewiele poza uwagą o moich zdjęciach.

- Naprawdę chcesz wykorzystać moje fotografie?

- Oczywiście. Chcę też, żebyś je podpisała, i spróbuję je sprzedawać, jeśli nie masz nic przeciwko.

- Jeśli nie mam nic przeciwko? - powtarzam. - Oczywiście, że nie mam!

Zaraz po przyjeździe do Ameryki Ardaszir podarował mi aparat i zrobiłam nim mnóstwo zdjęć. Sfotografowałam na przykład nastolatka z trzema kolczykami w uchu i jednym w wardze. Albo bosego, półnagiego Afroamerykanina z warkoczykami, jadącego na monocyklu i grającego na flecie. A także auto pomalowane w różowe stokrotki i moją przyjaciółkę Evę od pasa w dół - jej minispódniczkę i wysokie buty. Robiłam zdjęcia nagim ramionom dziewczyn. Zdjęcia frontowych drzwi otwartych na świat. Gejów trzymających się za ręce. Tańców country w barze country and western. Cheerleaderek ćwiczących na uniwersyteckim trawniku.

"Szukasz wolności w jej najdrobniejszych przejawach", zauważył kiedyś Ike. "Fotografujesz drobne akty codziennego buntu".

Miał rację. Nawet po trzech miesiącach wciąż zauważam te najlepsze, codzienne, niezauważalne przejawy wolności.

Raz jeszcze zaglądam przez szybę do kawiarni i wyobrażam sobie wszystko, co opisał Ike: elegancję, przytulność, kaskadę. Ale przede wszystkim wyobrażam sobie moje zdjęcia na ścianach. Powiększę je i ładnie oprawię. Będą piękne i bardzo profesjonalne. Oficjalnie zostanę artystką.

Odwracam się do Ike'a i zarzucam mu ręce na szyję.

- Dziękuję!

Przyjmuje uścisk, ale nie podziękowania.

- Jest jeszcze jeden, bardzo zasadniczy problem. To rodzice mieli pokryć koszty mojej inwestycji do kwoty stu tysięcy dolarów. Trzy ostatnie lata spędziłem na budowach z ojcem, by zarobić swoją część, a to było w czasie hossy w nieruchomościach. Bóg jeden wie, jak dużo czasu zajęłoby mi zarobienie reszty, ale po dzisiejszym wieczorze... - W oczach Ike'a widzę wielki żal. - Nie ma mowy, nie dadzą mi teraz pieniędzy.

- Och, Ike. - To przeze mnie. To ja sprawiłam mu ból. - Tak mi przykro.

- Nigdy nie mów, że ci przykro, bo za mnie wyszłaś.

- Ale tak jest, skoro... Co możemy zrobić, żeby poprawić sytuację z twoimi rodzicami?

Zastanawia się przez chwilę.

- Nie jestem pewny, czy możemy zrobić cokolwiek.

- Ale to twoje marzenie, Ike. Nie możesz tak po prostu zrezygnować z marzenia.

Wzrusza ramionami, jednak bez przekonania.

- Będą inne lokale. Inne możliwości.

Nie wydaje się specjalnie przekonany, że tak będzie, i wiem, że nie zniesie oczekiwania.

Idę za róg, jakbym chciała obejrzeć lokal z innej strony. Ale tak naprawdę mam ochotę kopnąć w okno, przewrócić któryś z żelaznych stolików albo... cokolwiek. Mam ochotę zrobić coś złego, zepsuć coś, bo wychodząc za Ike'a - spełniając swoje marzenie - zrobiłam coś niezamierzonego, ale złego. Zniszczyłam jego sen.

Uspokajam oddech i przez zrujnowaną knajpkę przyglądam się mojemu mężowi. Opiera się o betonowy słup na krytym patio, stoi z rękami skrzyżowanymi na piersi i wpatruje się w okno oddzielające go od marzenia, do którego spełnienia tak niewiele brakowało. Nasze oczy się spotykają i Ike uśmiecha się tak smutno, że nie mogę tego znieść. Podchodzę więc do niego i mówię spokojnie:

- Może twoi rodzice mają rację, Ike.

Patrzy na mnie, jakby w ogóle nie zdziwiły go moje słowa. Jakby wiedział, że powiem coś podobnego.

- Moi rodzice chcą dobrze - odpowiada. - Ale nie mają racji.

- Jeśli zechcesz anulować nasze małżeństwo, zrozumiem - oznajmiam zdecydowanie, ale wewnątrz cała drżę, bo przecież wcale nie tego chcę.

Na szczęście Ike ma inne plany.

- Oszalałaś, dziewczyno z Persji?

- Nie wiedziałeś, że tak się wszystko potoczy. Gdybyś wiedział, podjąłbyś inną decyzję.

Kręci głową.

- Raczej nie.

- To twoje marzenie, Ike. Nie możesz się poddać.

Rozmawiamy i trzymamy się za ręce, ale nagle on łapie mnie za przedramiona.

- Posłuchaj mnie uważnie. Chciałbym też jeździć na nartach wodnych. Przejechać kraj na rowerze i wspinać się w Appalachach. Chciałbym mieć harleya i przez rok pomieszkać w Hiszpanii. Prowadzenie kawiarni to nie jest marzenie, Tami. To tylko jedna z wielu rzeczy, które kiedyś chciałbym w życiu robić.

- To wszystko są marzenia, Ike. Masz po prostu dużo marzeń.

- Ale to nie... - Urywa sfrustrowany i odwraca wzrok, szukając właściwych słów. Gdy znów na mnie patrzy, widzę w jego oczach szczerość. - Kiedy przyszłaś się ze mną pożegnać i powiedziałaś, że jedziesz do Iranu i pewnie nigdy nie wrócisz, myślałem, że cię straciłem. Czułem... pustkę. Nic już nie miało znaczenia. Możesz nazywać te rzeczy marzeniami. Może kiedyś nimi były, ale po tym, jak cię straciłem, reszta stała się tylko listą spraw do załatwienia. Nawet otwarcie kawiarni nie znaczy już tyle co kiedyś.

On odbiera mi oddech. Ike.

- Kiedy cię poznałem, moje marzenia się zmieniły - ciągnie. - Wszystko, co chcę robić w życiu, chcę robić z tobą u boku. To jest moje nowe marzenie. Ty nim jesteś.

- Ike...

Do oczu napływają mi łzy, ale serce się raduje. Mam dwadzieścia siedem lat, wiem, że to trochę za późno, by zakochać się po raz pierwszy w życiu, ale właśnie tak się stało. Kiedy myślałam, że będę musiała wrócić do Iranu, jakaś część mnie cały czas czuła, że Ike jest obok, niczym anioł siedzący na moim ramieniu, szepczący mi do ucha czułe słowa. A druga część - ta bardziej pragmatyczna - myślała, że będę opłakiwała jego nieobecność każdego dnia do końca mojego życia. Miłość jest obezwładniająca. Bardzo się cieszę, że nie jestem w niej sama.

Ale jednak...

- Wiem, jak wiele znaczą dla ciebie rodzice - mówię. - I mają rację, że prawie w ogóle się nie znamy.

- Znamy się wystarczająco. - Ike kładzie palce na moich ustach, żebym zamilkła. - Wiemy, że do siebie należymy.

Całuję palec na moich wargach i odsuwam go na bok.

- Przynajmniej pomieszkajmy razem, by pokazać im, że nasze małżeństwo jest prawdziwe. Choć tyle możemy zrobić.

- Przypominam ci, że to ty zgodziłaś się mnie poślubić pod warunkiem, że nie będziemy się spieszyli. Nie możesz teraz zmienić zdania.

"Jednym z moich marzeń jest to, że chcę mieszkać sama. Zupełnie sama. Może to nie jest wielkie marzenie, może jest tylko małe i głupiutkie, ale jest. Chcę mieszkać sama".

Te słowa padły z moich ust w pokoju hotelowym w Las Vegas. Nie miałam pojęcia, jak bardzo tego chciałam, dopóki Ike mi się nie oświadczył i nie wypowiedziałam na głos mojego pragnienia. Wtedy wydawało się mądre.

Na początku Ike był zdezorientowany, bo pomyślał, że nie chcę za niego wychodzić, ale zupełnie nie o to chodziło. Nie ma na świecie nikogo innego, czyją żoną mogłabym i chciałabym zostać.

"Chcę, żebyśmy chodzili na randki, powiedziałam wtedy. Takie prawdziwe. Na kolację. Do kina. A może nawet na kolację i do kina".

Ostatnie zdanie to żart, który pierwszy raz padł w jednej z naszych wcześniejszych rozmów, lecz tak czy owak, mówiłam poważnie - przedtem Ike był dla mnie niedostępny. Mieliśmy dla siebie tylko kradzione chwile między końcem moich zajęć i porą, o której Miriam wracała z pracy. Moja siostra obawiała się, że mężczyźni z Iranu uznają za niemoralne spędzanie czasu z Amerykanami bez przyzwoitki, na dodatek nie w celu zawarcia małżeństwa. A więc spotkania z Ikiem i moja miłość do niego pozostawały tajemnicą. I choć teraz jestem wdzięczna, że zostałam jego żoną, nie da się ukryć, że ominęła nas spora część narzeczeństwa - czyli randki. Jak dotąd oficjalnie na żadnej nie byliśmy.

Przez trzy miesiące spotykaliśmy się na kawie po moich lekcjach angielskiego i każdego dnia ze sobą flirtowaliśmy. Żartowaliśmy. Spoglądaliśmy na siebie z tęsknotą. Jednak nigdy tak naprawdę się nie umawialiśmy. Ike mnie zapraszał, ale nie mogłam się zgodzić. Szukałam męża, nie chłopaka, a randki - szczególnie z Amerykaninem - to był luksus, na który nie mogłam sobie pozwolić. Dlatego zostawiłam go i spotykałam się z kolejnymi Persami, próbując znaleźć odpowiedniego męża - nie przestając marzyć o Ike'u.

"Chcę trzymać cię za rękę, iść z tobą ulicą i nie bać się pokazywać światu, co czuję. Chcę cieszyć się każdą chwilą tego zakochiwania. Chcę nauczyć się, jak cię całować bez strachu. I chcę z tobą zamieszkać kiedyś, kiedy będziemy gotowi. Kiedy ja będę gotowa".

Mówiłam tak zaledwie wczoraj. I mówiłam poważnie. Wtedy wydawało mi się, że to dobry pomysł. Lecz teraz, kiedy rodzice Ike'a są przeciwni naszemu małżeństwu i uważają, że go w nie wmanewrowałam, zdaję sobie sprawę, że samotne mieszkanie jest nie tylko niewłaściwe, ale i samolubne.

- Nie mam pojęcia, skąd mi to przyszło do głowy - mówię. - Te słowa po prostu wyszły z moich ust.

- Wyszły z tego miejsca w twojej duszy, które zna prawdę. Tego, którego nigdy nie powinnaś ignorować.

- Ale... Ike, twoi rodzice cię kochają - odpowiadam. - I jeśli możemy zrobić cokolwiek, co zmniejszy ich niepokój, powinniśmy to zrobić.

Kręci głową.

- Nasze małżeństwo to nasza sprawa. Co robimy i jak to robimy, to wyłącznie nasz wybór. Idziemy własną drogą. O to chodzi w małżeństwie - o wspólną drogę. Inni mogą do nas dołączyć, mogą nas wspierać albo mogą pójść do diabła. Czas pokaże, czy to na pewno jest właściwa ścieżka. Ale z niej nie zejdziemy, chyba że wspólnie zdecydujemy, że tego chcemy i że to najlepsze dla naszego małżeństwa.

Ike wydaje się pewny siebie i tak też wygląda. Mówiąc do mnie, wyprostował się, wypiął pierś i uniósł głowę. Mój mąż jest silny.

- Naprawdę nie przeszkadza ci, że twoi rodzice są tacy zdenerwowani? - pytam.

- Oczywiście, że mi przeszkadza. I bardzo mnie to boli. Ale muszę wierzyć, że w końcu oprzytomnieją. - Wzrusza ramionami. - W idealnej sytuacji bierzesz ślub i wszyscy są szczęśliwi. Ale nie zawsze tak jest i wtedy musisz dokonać wyboru, kogo chcesz uszczęśliwić. Dla mnie to oczywiste: wybierasz partnera. O to chodzi w małżeństwie. Ja wybieram ciebie.

Ściskam dłonie Ike'a, próbując przekazać mu całą moją miłość.

- Ja także wybieram ciebie, Ike. Tylko... - Wzdycham i patrzę na pustą witrynę. - Chcę, żebyś miał swoją kawiarnię. Nie chcę, żebyś musiał ją dla mnie poświęcać.

- Kawiarnia jest nieważna - odpowiada. - Tu chodzi o coś więcej. Nie możemy pozwolić, by ktoś zepsuł nasz związek. Nic i nikt nam nie przeszkodzi. - Zdejmuje pasmo włosów z mojego ramienia. - Świat będzie próbował nas złamać, Tami. Tak jak każdego. A my nie możemy mu na to pozwolić. Tak się wygrywa, prawda? Tak długo, jak długo będziemy razem, dopóki walczymy o siebie, wygramy. A nawet jeśli przegramy, i tak wygramy. Zgadza się?

Nawet jeśli przegramy, to wygramy. I póki o siebie walczymy, będziemy wygrani.

Mój mąż jest również filozofem.

- Zgadza się, Ike.

- A więc... - Przyciąga mnie do siebie. - Jesteśmy razem?

- Tak, Ike, jesteśmy razem.

- Zjednoczeni?

Jestem jego żoną tylko jeden dzień, ale już nie potrafię sobie wyobrazić życia bez Ike'a. Razem, zjednoczeni. Stan zakochania jest dla mnie nowy, lecz to uczucie braterstwa, wspólnego celu, to coś jeszcze lepszego niż zakochanie.

To miłość, która wydaje mi się teraz stara jak świat i tak konieczna do życia jak jedzenie, powietrze i woda. Z pewnością nie wiem jeszcze wielu rzeczy, ale jedno wiem na pewno: o taką miłość warto walczyć.

- Zjednoczeni - potwierdzam. - Całkowicie.

Rozdział 5

Mając teraz nowy wspólny cel, ruszamy do domu mojej siostry. Mimo że nie powiedzieliśmy, o której wrócimy, bo nie wiedzieliśmy, jak potoczą się sprawy u Ike'a, Miriam i Ardaszir na nas czekają. Po drodze do nich w końcu się relaksuję - po raz pierwszy, odkąd wylądowaliśmy w Tucson. Nie denerwuję się i prawie kręci mi się w głowie, bo wiem, że Miriam i Ardaszir ucieszą się z naszego ślubu. Nie mogę też się doczekać, aż mocno uściskam siostrę za to, że poszła do Ike'a i opowiedziała mu o mojej sytuacji. Ocaliła mnie.

Jednak gdy podjeżdżamy pod dom, moja ekscytacja zmienia się w zdenerwowanie, bo Miriam stoi przed gankiem z rękami na biodrach, rozpuszczonymi czarnymi włosami i wściekłym spojrzeniem. Ma na sobie spódnicę, szpilki i mnóstwo biżuterii, lecz na jej twarzy dostrzegam złość. Ardaszir trzyma w rękach dwie torby z zakupami i był w połowie drogi z samochodu do drzwi, ale zatrzymał się, bo Miriam zablokowała mu przejście.

- Kazałam ci jechać do sklepu tylko po to, żebyś kupił mi sos serowy do nachosów! - wrzeszczy moja siostra. - Jak mogłeś zapomnieć!? Wysłałam ci nawet SMS z przypomnieniem!

Ike gasi silnik, ale zostajemy w samochodzie i obserwujemy sytuację. Zauważyli nas, jednak Miriam jest zbyt wściekła, by się przejmować, jakie wrażenie zrobi na Ike'u. Za to Ardaszir uśmiecha się do nas przepraszająco.

- Uważasz, że to zabawne?! - woła do niego Miriam. - Prosiłam cię o jedną rzecz. JEDNĄ! A ty co? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?

Sąsiadka z domu obok udaje, że niczego nie słyszy, tylko podlewa ogródek. Nie wiem, co powiedzieć. Takie zachowanie zupełnie nie pasuje do mojej siostry. Zwykle jest bardzo opanowana i zawsze stara się okazywać dobre maniery.

- Chcesz, żebym wrócił do sklepu? - pyta Ardaszir spokojnie.

- TAK! Chcę, żebyś wrócił do sklepu! - krzyczy Miriam. - Jak mamy zjeść tortillę bez sosu serowego do nachosów?

Teraz to ja jestem tak zła na Miriam, że ledwo się powstrzymuję, by nie wyskoczyć z auta i stanąć w obronie szwagra. Mieszkam z nimi od trzech miesięcy i bez wahania mogę powiedzieć, że Ardaszir bardzo dobrze traktuje moją siostrę. A ona czasem zachowuje się jak perska księżniczka - to nieprawda, że prosiła go tylko o ten sos serowy. Bezustannie słyszę: "Ardi, pomasujesz mi stopy?". Albo: "Ardi, podrapiesz mnie po plecach? I skoro i tak idziesz do kuchni, czy możesz przynieść mi szklankę wody?".

Miriam bezustannie o coś prosi. Dotąd nie widziałam jednak, by tak traktowała Ardaszira, a już z pewnością nigdy tak na niego nie krzyczała. Nie tak nas wychowano. W naszej rodzinie mówi się ściszonym głosem.

- Nie wiem, dlaczego ona się tak zachowuje - szepczę do Ike'a. - A tak w ogóle, co to jest sos serowy? Mieszkam z Miriam od trzech miesięcy i nigdy o czymś takim nie słyszałam.

Ike odpowiada ze śmiechem:

- Uwierz, wolałabyś nie wiedzieć. Miriam pewnie myśli, że zrobi dobre wrażenie na swoim nowym amerykańskim szwagrze, jeśli zaserwuje marketowe sztuczne jedzenie. Albo to, albo...

Urywa, podczas gdy przedstawienie na trawniku trwa. Ardaszir zachowuje się bardzo spokojnie, jakby miał do czynienia z chorą psychicznie kobietą grożącą mu bronią. Pyta Miriam:

- Mam zanieść te torby do domu, czy co mam z nimi zrobić?

- Oddaj mi je - warczy moja siostra. - Już... dawaj je. Sama zaniosę.

Zdziwiona patrzę, jak Ardaszir podaje żonie torby z zakupami i wraca do czarnego lexusa.

Za nim rozlega się wrzask Miriam:

- I banany! Przywieź mi banany albo możesz nie wracać!

Na twarzy Ardaszira wsiadającego do auta pojawia się lekki uśmiech - dobrze, że Miriam tego nie widzi! Szwagier wycofuje auto i cicho odjeżdża. Patrzymy, jak Miriam wpada do domu, a Ike mówi:

- Rany, ależ ona ma zachcianki.

- Zachcianki? Co masz na... - I nagle już rozumiem. - Myślisz, że ona jest w ciąży?

- Mamie hormony szalały dokładnie tak samo za każdym razem, gdy była w ciąży - odpowiada Ike. - I uwierz, to nie był miły widok.

- O mój Boże! - Łapię go za rękę. - Naprawdę myślisz, że to prawda?

- Inaczej dlaczego Ardaszir znosiłby takie gówniane traktowanie?

- Jest bardzo cierpliwy.

- Nikt nie jest aż tak cierpliwy - odpowiada Ike ze śmiechem. - I nikt nie powinien być, chyba że zachodzą bardzo wyjątkowe okoliczności.

Miriam jest w ciąży.

Wyglądam przez okno furgonetki. Jest ciemno, jednak dom Miriam oświetla mnóstwo reflektorków i od razu przypomina mi się moja pierwsza noc w Ameryce, kiedy w lotniskowej toalecie Miriam wcisnęła mnie w wydekoltowaną czerwoną sukienkę i sandałki, a potem przywiozła tutaj. Czekali na mnie Persowie podobni do niej, mający ustabilizowane życie w Ameryce, a tamtej nocy patrzyłam na nich z ulicy, słyszałam muzykę i widziałam przez rozsunięte zasłony, jak tańczą. Widziałam, jacy są otwarci i wolni - nie musieli chować się za wysokimi murami i grubymi zasłonami. Wtedy nagle moje marzenia, snute przez kolejne lata, wszystkie "czy mogę?", "czy powinnam?", "czy będę mogła?", te niewypowiedziane pytania i pragnienia zyskały jedną odpowiedź: tak. W Ameryce wszystko jest możliwe.

Poślubiłam mężczyznę, którego kocham. I to jest moje spełnione marzenie.

Jeśli Miriam jest w ciąży - to będzie kolejne.

Siedząc w samochodzie, patrzę na okna salonu i przez przezroczyste zasłony dostrzegam zarys sylwetki mojej siostry. Siedzi na kanapie, a do towarzystwa ma tylko swoje szalejące hormony. Cieszę się, że jest sama, bo na chwilę chciałabym mieć ją tylko dla siebie. Muszę dowiedzieć się, czy to prawda, czy naprawdę jest w ciąży, a jeśli tak, chcę ją przytulić i uczcić tę radosną perspektywę, że może - jeśli w ogóle taka istniała - klątwa ciążąca na naszej rodzinie w końcu została zdjęta.

Ike zgadza się, że powinnam wejść do domu sama. On wróci do rodziców i z nimi porozmawia, a jutro znów się spotkamy. A potem pojutrze i każdego następnego dnia przez resztę naszego życia.

Kiedy wchodzę do salonu, Miriam wciąż siedzi na kanapie. Dokoła niej stoją torby z zakupami, a ona wpatruje się w wyłączony telewizor.

- Miriam?

Odwraca się do mnie półprzytomnie.

- Czy to naprawdę się stało?

Wybucham śmiechem. Kimkolwiek była ta okrutna kobieta, już zniknęła. Została tylko moja uprzejma siostra.

- Tak, naprawdę.

- Muszę zadzwonić do Ardaszira - mówi. - Muszę go przeprosić. No i Ike! Co on sobie o mnie pomyślał?

- Ike sądzi, że możesz być w ciąży. Twierdzi, że ciężarne kobiety tak właśnie się czasem zachowują, z powodu hormonów.

- Serio? Naprawdę? - Dostrzegam ulgę na jej twarzy.

- Jesteś w ciąży? Poważnie?

Kiwa głową i spogląda na mnie błyszczącymi oczami. Tak, jest w ciąży!

Zaczynam płakać. Biegnę do kanapy i obejmujemy się mocno.

- Miriam, to cudowna wiadomość! Kiedy się dowiedziałaś? Który to miesiąc?

- Już trzeci. Lekarz mówi, że piętnasty tydzień.

- Ale przecież nic nie widać! Pokaż! - Miriam podnosi luźną niebieską bluzkę i odsłania cudowny mały brzuszek. - Jak mogłaś trzymać to w sekrecie, gdy ja cały czas byłam tutaj? Jesteś w ciąży, odkąd przyjechałam?! Rany, musicie być tacy szczęśliwi!

- Długo nie byliśmy pewni - wyjaśnia przepraszająco. - A ja nie chciałam zrobić nawet testu ciążowego, bo... No bo tak. - Wzdycha. - Trudno jest mieć nadzieję na coś, co - jak byłaś przekonana - może się nigdy nie wydarzyć. Rozumiesz?

Rozumiem. Bardzo dobrze.

- Mówiłaś rodzicom?

Zdecydowanie kręci głową.

- Ale dlaczego nie? - pytam. - Będą tacy podekscytowani!

- To niczego nie zmieni. - Miriam znowu wzdycha. - Ani jednej głupiej rzeczy.

Odsuwam się od niej.

- O co ci chodzi?

Patrzy na mnie znacząco.

- O co, Miriam? Powiedz mi.

- Nic takiego. - Urywa. - Wolę porozmawiać o twoim ślubie. Powiedz, było...

- Dlaczego nie chcesz podzielić się takimi cudownymi wiadomościami z rodzicami? - dziwię się. - Musimy robić, co tylko się da, by ich uszczęśliwić.

- Nie chcę o tym teraz rozmawiać. Biedna Tami. Nikt nigdy nie mówi biednej Tami prawdy, co? Jesteś naszym maleństwem. Chcemy cię chronić.

Odsuwam się, bo zabolała mnie ta uwaga, choć wiem, że jest prawdziwa. W końcu dopiero kilka dni temu dowiedziałam się, co naprawdę działo się z naszą matką, gdy wróciliśmy z Ameryki do Iranu w 1979. Zaledwie kilka tygodni po przyjeździe aresztowano ją w trakcie wiecu protestacyjnego przeciwko zmuszaniu kobiet do noszenia burek. Stała z boku, nie należała do prowodyrów, była tylko jedną z wielu, a jednak wyróżniono ją w najgorszy możliwy sposób. Aresztowano. Wtrącono do koszmarnego więzienia Evin i przez wiele tygodni nie pozwalano zobaczyć się z prawnikiem. Nikt nie wie, co się z nią działo. Mama o tym nie mówi.

Przez całe moje dzieciństwo nikt mi o tym nie powiedział. Dorastałam, myśląc, że moja matka spędzała lata, dni i godziny w bezpiecznym domu albo przylegającym do niego ogrodzie, bo czuła żal, smutek, że podjęła złą decyzję o powrocie do Iranu i tam utknęła. Nie wiedziałam, jak bardzo cierpiała. Nie pamiętałam tych tygodni, gdy jej nie było, ale od kiedy dowiedziałam się o wszystkim, przypomniał mi się jak przez mgłę dzień, w którym wróciła.

W mojej pamięci to wydarzyło się jakoś nagle. Siedziałam w sypialni rodziców, przy toaletce mamy, z jej wałkami niezgrabnie nawiniętymi na włosy. Psikałam się perfumami z jej niebieskiej butelki z atomizerem, którą tak uwielbiałam. Choć perfum dawno nie było, z każdym psiknięciem wydobywał się z niej zapach mojej mamy, a ja marszczyłam nos, wąchając go.

W salonie coś zaczęło się dziać, słyszałam zaskoczone głosy i rozmowy dorosłych. Była tam moja babcia - mama mamy - i mój wuj, brat mamy, który teraz mieszka w Londynie. Byli też inni, ale jeśli nawet wtedy ich znałam, to teraz nie pamiętam. Ktoś głośno krzyczał, a kolejni dorośli przechodzili szybko obok półotwartych drzwi pokoju, w którym się bawiłam. Wydaje mi się, że gdzieś w środku była mama, jestem tego prawie pewna. Mijając drzwi, zajrzała do mnie babcia. Położyła palec na ustach i wyszeptała: "Bądź cicho, Tami joon. Cicho". I zamknęła drzwi sypialni.

Później, o wiele później, zaprowadzono mnie do salonu, do świeżo wykąpanej mamy. Podeszłam do niej z rezerwą, nie od razu. Schudła - jej nadgarstki, szyja, talia - i uwydatniły się kości policzkowe. Gojące się siniaki przykryła makijażem. Znałam ją i jednocześnie jej nie znałam. Rozbito ją, a potem nierówno posklejano, jak Humpty'ego Dumpty'ego, bohatera jednego z moich ulubionych wierszyków. I to ja, dzięki zabawie butelką po perfumach, miałam teraz jej zapach. Gdy mnie przytuliła, zaczęła strasznie szlochać. Musieli mnie wyprowadzić, by przestała histeryzować, mimo że przecież tak długo byłam bez niej.

Tamtego dnia niewiele rozumiałam, nie miałam jeszcze czterech lat.

Jedno tylko wiedziałam na pewno: płakała z mojej winy. Przeze mnie mama była smutna i ten smutek nigdy nie zniknął. Teraz wydaje mi się, że płakała wtedy nie tylko dlatego, że tęskniła za mną, ale także za sobą samą. Zniknęła najpiękniejsza kobieta w Teheranie, beztroska i zawsze uśmiechnięta, która uwielbiała tańczyć, stroić się w piękne ciuchy i uwodzić mojego ojca magicznymi perfumami. Gdy nimi pachniała, on muskał płatki jej uszu, podnosił długie kolczyki i całował w szyję - raz po raz, dopóki nie odgoniła go spojrzeniem, które jednak obiecywało ciąg dalszy.

- Ty więc mi powiedz - zwracam się do Miriam. - Ty bądź osobą, która powie mi prawdę.

Moja siostra wzdycha i mówi cicho:

- Nie pamiętasz, jaka maman była wcześniej. Ja tak. Wieczorami, gdy byłam mała, odganiała potwory, zapędzając je pod nasze łóżka. Gdy się uśmiechała, cały pokój jaśniał blaskiem, a jej dusza napełniała dom światłem. A teraz... - Miriam urywa. - Cóż, od dawna nie odganiała żadnych potworów, prawda?

Kiedyś spędzałam wiele godzin dziennie na oglądaniu rodzinnych filmów wideo z dawnych czasów. Oprócz tego, że mama odganiała wyimaginowane potwory, uwielbiała nas łaskotać. A także przytulać, żartować i się wygłupiać. Ale takiej mamy nie znam.

Zakłuło mnie w sercu, gdy słuchałam słów Miriam i gdy zdałam sobie sprawę, że tak wielu rzeczy o naszej matce nie wiem.

- Biedna maman - mówię.

- Biedne my - rzuca Miriam ostro. - Gdy przyjechałam do Ameryki, bardzo tęskniłam za domem. Przez wiele miesięcy każdego dnia płakałam... Biedny Ardaszir! - Teraz jednocześnie śmieje się i ociera łzy. Ależ skrajne emocje przyniosła Miriam ciąża! - Myślę, że gdyby mógł, odesłałby mnie wtedy do domu.

- O nie. Nie Ardaszir.

- Był dla mnie taki dobry - ciągnie Miriam. - Ale ja tylko błagałam, żeby maman do mnie przyjechała, bo przecież nie możemy żyć tak daleko od siebie.

- Wiesz, że to nie jej wina. Wiesz, że to rząd nie pozwala im wyjechać z kraju.

- Rząd nie ma z tym nic wspólnego - rzuca gniewnie siostra. - To jej wina. Ona jest zbyt... - Urywa i wzdraga się. - To jej wina, że nawet nie próbują. Ona nie chce nawet spróbować wyjechać...

Krew uderza mi do głowy i boję się, że zaraz zemdleję. Nagle Miriam wydaje mi się bardzo odległa. To, co powiedziała, jest niewłaściwe. To nieprawda.

- Oni nie mogą przyjechać - tłumaczę. - Nie dostaną wiz. Wiesz o tym, Miriam.

- Powiedziałaś, że chcesz wiedzieć, a więc ci powiem. Baba wypełnił już wszystkie papiery, dawno temu, ale maman nie pozwala mu ich złożyć. To z jej powodu nie przyjeżdżają, nie z powodów politycznych. Ona boi się, że znów ją aresztują, odrzucą ich wnioski albo jeszcze coś innego. Kto to wie? Nie chce o tym w ogóle rozmawiać.

Czyżbym całe życie egzystowała w jakimś innym wszechświecie? Czy to może być prawda?

- Ale przecież cała nasza rodzina tego chce. - Jestem bliska łez. - Prawda? Chcemy razem być w Ameryce! A może przestaliśmy tego pragnąć i ktoś zapomniał mi o tym powiedzieć?

- Oczywiście, że to wciąż nasze marzenie. - Miriam zaciska pięści. - Teraz ja urodzę dziecko, a ich tutaj nie będzie. - Zaczyna płakać. - A powinni być. Potrzebuję rodziców, powinni mi pomagać. Nie wiem, co się robi z dzieckiem! Co ja zrobię z dzieckiem?

Nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę w to uwierzyć. Jak to możliwe, że moja matka nie chce przytulić swojego wnuka, który przecież będzie dowodem na to, że istnieje jeszcze dobro na świecie? Czyż nie wszyscy potrzebujemy czasem takiego dowodu?

- Musimy im powiedzieć, że jesteś w ciąży - mówię. - To ją zmusi do przyjazdu. - Miriam stanowczo kręci głową, ale nalegam: - Będzie chciała poznać wnuka.

Siostra znów mówi "nie".

- Nie chcę, żeby wiedziała. Jeszcze nie. Kiedy jej powiem, będę tylko jeszcze bardziej na nią zła. Wiem, że tak się stanie. Już i tak noszę w sobie kłębek złości - jest większy niż to dziecko - a to bardzo niedobrze. Ono powinno zaznać tylko spokoju i radości. Moje dziecko powinno doświadczać jedynie miłości.

Od nadmiaru emocji oddech więźnie jej w gardle, a kiedy próbuje się uspokoić, zaczynam rozumieć, jak mało znam tych, których kocham. Nie miałam pojęcia, jak głęboko sięga gniew mojej siostry i jak wielkie są obawy mojej matki. I jak z tym wszystkim radzi sobie nasz ojciec.

- Przez te wszystkie lata próbowałam różnych sposobów, by zmusić ją do zmiany zdania. - Miriam sięga do wspomnień i zaczyna mówić nieobecnym głosem: - Wymyślałam kolejne powody, by ją przekonać. Nic to nie dało. Prosiłam, błagałam, a potem przez długi czas do niej nie dzwoniłam. Powtarzałam, że nie zajdę w ciążę, jeśli nie będzie tu mamy, żeby mi pomogła. Myślałam... No wiesz. - Pociąga nosem. - Przecież to matczyny obowiązek, prawda? Być przy córce, gdy ta jej potrzebuje?

- Chciałaby tu być. - Jestem tego pewna. - Musisz jej powiedzieć, żeby zdążyła przyjechać.

Miriam kręci głową.

- Ona przynosi pecha. Jest jak zły omen.

- Miriam!

Patrzy mi w oczy.

- Tami, to jest moja trzecia ciąża.

Otwieram usta ze zdziwienia. Nie miałam pojęcia! Co ja właś­ciwie wiem o ludziach, których nazywam rodziną?

- Powiedziałam maman o pierwszych dwóch - ciągnie Miriam. - Myślałam, że przyjedzie. Ale ona jest tak zatopiona w swoim smutku, że moje dzieci nie miały dla niej żadnego znaczenia.

- Tego nie możesz wiedzieć. - Czuję się w obowiązku bronić mamy, chociaż w ogóle jej nie rozumiem. - Nie wiesz, przez co przeszła.

- Wiem tylko, że jej tu nie ma. - Miriam patrzy na mnie zdecydowanie. - Posłuchaj, nie mogę się teraz denerwować. Powiedziałam maman już dwa razy i dwa razy poroniłam - mówi drżącym głosem. - Tego dziecka nie mogę stracić.

Moja biedna, biedna siostra - od tak dawna zupełnie sama.

- Nie stracisz go - zapewniam ją.

- Już miałam plamienie - wyznaje. - Pamiętasz ten wieczór, kiedy Eva przyszła na kolację, a ja uciekłam z płaczem od stołu? To było właśnie wtedy. Myślałam, że i tym razem poronię.

Nic mi nie powiedziała! Przecież jestem jej jedyną siostrą! Dlaczego się nie przyznała?

- Teraz wszystko jest w porządku?

Kiwa głową.

- Zrobiłam USG i dziecku nic nie jest. Jej serduszko mocno bije, no i od tamtej pory nie miałam plamienia ani żadnych innych symptomów.

- "Jej"? To dziewczynka?

Miriam się uśmiecha.

- Jeszcze nie wiemy, ale czuję, że to dziewczynka.

- Och, Miriam, to cudownie! - Będę ciocią Tamilą, a Ike wujkiem Ikiem. Pomogę zajmować się małą i oczywiście Miriam.

- Nie mogę uwierzyć, że o mały włos, a by mnie tu nie było! Jestem ci taka wdzięczna, że poszłaś do Ike'a i wszystko mu powiedziałaś. - Odgarniam włosy z twarzy mojej pięknej siostry i zapominam, że przez te ostatnie miesiąca narzucała mi swoje zasady i próbowała wyswatać z mężczyznami, o których z góry było wiadomo, że są nieodpowiedni. Nie mogła znieść myśli, że znów zostanie sama, bez rodziny, tylko z Ardaszirem, szczególnie że urodzi dziecko. A ja nie zniosłabym powrotu do Iranu, wiedząc, że zostawiam tu siostrzenicę albo siostrzeńca. Rodzina powinna być razem.

- Teraz już będę z tobą - obiecuję. - Zostanę na dobre. Nie ma znaczenia, że mamy tu nie ma. Jestem ja i ci pomogę. Będziesz cudowną mamą, a ta mała najładniejszym dzieckiem na świecie. Idealnym. Będziemy szczęśliwe. Jesteśmy szczęśliwe, prawda?

Wreszcie dostrzegam w oczach Miriam ten błysk, który powinna mieć każda kobieta w ciąży. Obejmuje mnie i ten uścisk mówi mi, że odpowiedź jest twierdząca, choć jednocześnie słyszę ostrzeżenie:

- Nie mów tego głośno. To przynosi pecha.

- Jak nazwiesz moją piękną małą siostrzenicę?

Miriam ze śmiechem ujmuje moje dłonie.

- Jeszcze nie wiem. A ty, jakie dałabyś jej imię?

- Hope - odpowiadam natychmiast. - Myślę, że powinnaś nazwać ją Hope, Nadzieja.

- To amerykańskie imię.

- Persowie potrzebują nadziei. - Ściskam jej rękę. - Ona będzie nam o tym przypominała.

Czekając, aż Ardaszir wróci z bananami i sosem serowym, rozmawiamy z siostrą o różnych miłych rzeczach: o przerobieniu mojej dotychczasowej sypialni na pokój dziecięcy, o kupowaniu ciążowych ciuchów, o zaletach amerykańskich i perskich imion i o tym, że pójdę z nią i Ardaszirem na następne USG. Rozmawiamy tylko o radosnych planach na przyszłość.

Podczas tej rozmowy na nowo zaczynam doceniać Ike'a. Nie mieliśmy czasu, by przed ślubem kupić obrączki czy wymienić się prezentami, ale żeniąc się ze mną, Ike tak dużo mi dał: miłość, Amerykę i szansę zostania z siostrą.

Dopiero później, gdy jestem sama w pokoju, zapalam świecę i puszczam płytę Googoosh, moje myśli znów płyną do rodziców. Przede wszystkim myślę o mamie. W rozmowie z Miriam nie powiedziałam prawdy. Nie jest tak, że nieobecność rodziców tutaj nie ma znaczenia. Ma, i to wielkie.

Marzeniem naszej rodziny jest być razem w Ameryce. Do dzisiejszego wieczoru myślałam, że to marzenie nigdy się nie spełni, że umarło. Ale jeśli...

Jeśli Miriam mówi prawdę, rodzice muszą tu przyjechać. Skoro to nie irański rząd ich powstrzymuje, a jedynie strach mojej matki, musi go przezwyciężyć, bo marzeniem naszej rodziny jest żyć razem w Ameryce i nie wolno nam tego marzenia zabijać.

Nie wolno nam zabijać naszego marzenia.

Musimy próbować aż do skutku, raz po raz. To nasz obowiązek.

Jesteśmy to sobie winni.

Na wakacje:

Pocztówki prosto z serca

Saffy ma wymarzoną pracę i chłopaka. Connor piękną żonę i bliźniaki. Ich przyjaźń i codzienne życie splatają się, ale szczęśliwe zakończenie nie przychodzi zbyt łatwo. Poruszająca opowieść, o tym, że miłość nigdy nie jest tak prosta jak się wydaje. Irlandzka wersja "Przyjaciół".

Wyścig po miłość

Abby jest młoda i przedsiębiorcza, ale nie ma czasu ani na miłość ani na dietę. Wszystko się zmienia, gdy zaczyna biegać. I jak u Bridget Jones: na jej drodze staje dwóch przystojniaków. Czy któryś ją dogoni?

Cała nowa ja

"Cała nowa ja to zabawna opowieść o perypetiach singlującej w wielkim mieście, nieco zagubionej, nieco postrzelonej kobiety. Brytyjskie poczucie humoru, trafne obserwacje i całkiem sporo prawdy o współczesnych mężczyznach. Polecam gorąco!"

Anna Dziewit-Meller

Z tobą lub bez ciebie

Kiedy Jake mówi, że coś się popsuło, Lyssa domyśla się, że nie chodzi mu o toster. Nie wie jednak o jego romansie z inną kobietą. Lyssa zdaje sobie sprawę, że szlochanie w poduszkę i czekanie, aż Jake wróci z podkulonym ogonem, nic nie da. Postanawia więc wyruszyć na trekking do Nepalu...

Żony na pokaz

Haley bezpowrotnie utraciła pozycję księżniczki Los Angeles, kiedy jej mąż, producent filmowy, znalazł do tej roli młodszą kobietę. Haley Cutler jest żoną na pokaz. A właściwie była. Teraz musi zacząć wszystko od nowa.

Klub niewiernych żon

"Klub niewiernych żon jest błyskotliwą, a zarazem przezabawną książką, która ukazuje kulisy życia zamożnych i gotowych na wszystko mieszkanek Los Angeles. Tak dobre jak Gotowe na wszystko! Czytałem i nie mogłem przestać!"

Artur Szklarczyk, "Olivia"

Rozdział 1

Matka nie pozwoliła się do siebie przytulić - kazała mi stać prosto. Mój świat - jedyny, jaki znałam, jaki pamiętałam - zatrzymał się w tej ostatniej chwili na lotnisku Mehrabad, gdy maman otarła mi łzy i powiedziała: "Jedź, córeczko. Jedź obudzić swoje szczęście".

Zrobiłam, co kazała.

Zdana tylko na siebie, przeleciałam pół świata, ponad dwanaście tysięcy kilometrów z Teheranu w Iranie do Tucson w USA, bezustannie się zamartwiając. Martwiłam się o wszystko: najpierw o to, że niebezpiecznie wiekowy irański samolot po prostu rozleci się w powietrzu. O to, że za słabo mówię po angielsku i ludzie w Ameryce będą się ze mnie śmiali. Bałam się spotkania z Miriam po piętnastu latach, podczas których mogłyśmy tylko rozmawiać przez telefon - obawiałam się, że nasz siostrzany związek będzie zupełnie inny, albo, co gorsza, taki sam jak kiedyś. Przerażała mnie perspektywa, iż być może już nigdy nie zobaczę rodziców, a także możliwość, że jednak nie osiągnę najważniejszego celu i nie znajdę w Ameryce męża przed wygaśnięciem wizy turystycznej, więc będę musiała wracać do Iranu. Bałam się, że wręcz przeciwnie - znajdę męża, który nie okaże się zbyt miły. Obawiałam się, że Amerykanie nie będą chcieli mnie poznać, nie zrozumieją, że nie podzielam poglądów irańskiego rządu, i nawet jeśli wariaci w Iranie twierdzą, że Ameryka jest Sheytan-e Bozorg, Wielkim Szatanem, to ja przecież tak nie myślę. Bałam się jednak, że nie dadzą mi nawet szansy, by to powiedzieć.

Jak wiele się zmieniło w ciągu tych krótkich trzech miesięcy!

Tym razem, gdy przylatuję do Tucson, nie jestem sama. Mam przy sobie Ike'a - mojego cudownego Ike'a, o pięknym uśmiechu i błękitnych oczach. Teraz jest moim mężem! Pobraliśmy się wczoraj w Las Vegas. A wszystko działo się tak szybko, że nie mieliśmy nawet czasu do namysłu. Byliśmy zbyt podekscytowani, by jeść, i zdecydowanie za bardzo podekscytowani, by spać, ale tym razem, gdy samolot podchodzi do lądowania i wszystko się trzęsie, Ike jest obok, by trzymać mnie za rękę.

- Denerwujesz się, dziewczyno z Persji? - pyta, trochę się ze mną drocząc. Dla wszystkich jestem Tamilą Soroush, ale dla Ike'a jestem i zawsze będę "dziewczyną z Persji". - Chyba nie boisz się turbulencji?

Kładę rękę na jego ciepłej pewnej dłoni. Podczas lotu powrotnego Ike przeważnie milczał, przyglądając mi się uważnie, gdy tego nie widziałam, i pewnie zastanawiał się, kim ona jest, ta kobieta, którą poślubił. Cieszę się więc teraz, gdy żartuje.

- Już się niczego nie boję - odpowiadam.

Ale Ike dobrze mnie zna.

- O, czyżby? - Uśmiecha się w ten swój łobuzerski sposób. - W takim razie mnie pocałuj. - Pocałuje mnie tutaj, teraz.

Słysząc to, rumienię się. Wszędzie dokoła nas są ludzie - jadą do domu, wyjeżdżają z domu, jadą do pracy, do rodziny albo się zabawić. Samolot jest niczym pocisk szybujący po niebie. Wokół mnie toczy się życie. Cały czas się poruszamy i - nareszcie zdaję sobie z tego sprawę - w końcu przestałam czekać, aż moje życie zacznie się toczyć. Tak jak wszyscy dookoła, jak siedzący obok Ike, ja także pędzę w stronę przyszłości, która - jeśli wszystko pójdzie dobrze, inszallah - będzie się rozgrywać na ziemi wolnych i odważnych ludzi. A jednak kiedy mam publicznie całować Ike'a, nie czuję się specjalnie odważna. W mojej ojczyźnie, w Iranie, który tak głęboko we mnie siedzi, na dobre i na złe, do miłości ma się prawo tylko za zamkniętymi drzwiami.

- No dobrze, może jeszcze trochę się boję - przyznaję.

- Wiesz, jaki jest najlepszy sposób na strach, prawda? - pyta Ike. - Powtarzanie. Musisz całować mnie raz po raz, bez przerwy. To się nazywa publiczne okazywanie czułości.

Rumienię sie jeszcze bardziej, całując mojego męża po przyjacielsku w policzek.

- Cóż, to już jakiś początek - wzdycha Ike.

Muska palcami moje przedramię i natychmiast dostaję gęsiej skórki. Choć powietrze w samolocie jest stęchłe, ja nigdy nie czułam się tak bardzo żywa. Żywa i nagle zatroskana.

- A ty czego się boisz? - pytam.

- Ja? Ja nie boję się niczego - żartuje Ike. - Żadnych obaw. Zero. Null. Nada.

Rzucam mu pełne powątpiewania spojrzenie.

- Przysięgam, dziewczyno z Persji. Prawdziwa miłość odgania wszystkie strachy - dodaje.

- O rany. Bardzo to głębokie. - A oprócz tego niesamowicie urocze. Ale ja już trochę znam Ike'a. - Sam to wymyśliłeś?

Uśmiecha się szeroko.

- To U2. Wiesz, co to jest U2?

- U2 to irlandzki zespół, bardzo zaangażowany społecznie, tak? Prowadzili kampanię "Red", zbierając pieniądze dla biednych.

- Bardzo dobrze! - chwali mnie Ike. - A dokładniej chodziło o zbieranie funduszy na walkę z AIDS w biednych krajach. Byłaś bardzo, bardzo blisko! Dziwne, że U2 nie są zakazani w Iranie. Według mnie to dość rewolucyjna grupa.

- Na czarnym rynku możesz kupić wszystko bez problemu - wyjaśniam. - Ale ja akurat słyszałam o nich tutaj, na angielskim. Danny uczył nas piosenki Pride, która opowiadana o Martinie Lutherze Kingu, prawda?

Danny to mój nauczyciel angielskiego. Taki trochę hipis, który gra na gitarze, uczy nas amerykańskich folkowych piosenek i różnych innych. Pride zagrał nam na gitarze akustycznej i wyśpiewał smutnym głosem. Bardziej podobała mi się jego spokojna wersja niż ta głośna w wykonaniu U2.

- Po części tak - potwierdza Ike. - To bardzo fajna piosenka. - Nuci: - Free at last they took your life. They could not take your pride... "Wreszcie wolny/odebrali ci życie, lecz nie mogli odebrać dumy".

Stwierdzam z przykrością, że mój właśnie poślubiony mąż nie ma zbyt dobrego głosu. Próbuję się nie krzywić, gdy fałszuje.

- Ike? - Dzięki Bogu przestaje śpiewać. - Nie boisz się, jak twoi rodzice zareagują na nasze małżeństwo?

Jak dotąd rodzice Ike'a o niczym nie wiedzą. Zostawił im wiadomość na automatycznej sekretarce, zanim wsiadł na pokład samolotu do Las Vegas, mówiąc, że jedzie spotkać się z przyjaciółmi. A potem się ze mną ożenił. Jako że zwykle wszystko planuje, dobrze wiem, że akurat ślubu ze mną nie było w jego grafiku. Rodzice także będą tego świadomi.

Jeśli nawet na moment pojawia się w oczach Ike'a zwątpienie, natychmiast znika.

- Pokochają cię, Tami.

- A jeśli nie?

- Pokochają - powtarza. - Jak mogliby postąpić inaczej?

- Hm, może pomyślą, że wyszłam za ich syna, by dostać zieloną kartę?

- Nie, nie - protestuje natychmiast. - Wyszłaś za ich syna, bo go kochasz.

- Tak - zgadzam się, taka jest prawda. - Ale martwię się, że to ich akurat nie zainteresuje.

Ike zapewnia mnie, że będzie inaczej. Potem odwraca wzrok i patrzy przez okno. Obserwuje, jak lądujemy, jakby zbliżał się do nieznanego miasta - choć przecież jest inaczej. Wracamy do tego samego Tucson, z którego wyjechaliśmy. To my dwoje, poślubieni sobie, jesteśmy inni.

Rozlega się ostatni dzwonek nakazujący zapięcie pasów i Ike automatycznie to robi.

- Gotowy? - pytam.

- Na co? - Ujmuje moją dłoń.

Nie mogę się nie uśmiechnąć.

- Na to, co przed nami.

- Nie. - Odwzajemnia uśmiech. - Ale, do diabła, zróbmy to.

* * *

Przed nami rozmowa z rodzicami Ike'a. Musimy powiedzieć im o ślubie i nawet jeśli Ike nie jest zdenerwowany, ja z pewnością tak.

Dotąd ich nie poznałam, a z tego, co mówił Ike, niewiele opowiadał o mnie rodzinie. Oto, co ja wiem o tych, którzy są teraz i moją rodziną. Ojciec Ike'a, Alan, jest właścicielem małej firmy budowlanej i kilku nieruchomości, które wynajmuje. Są z synem bardzo blisko i Ike często pomaga tacie na budowach. Matka, Elizabeth, pracowała jako pielęgniarka na pełny etat, ale od kiedy urodziła pierwsze dziecko, ma tylko jeden lub dwa dyżury w tygodniu. Poza najstarszym Ikiem są w rodzinie cztery dziewczyny: osiemnastoletnia Izzy, szesnastoletnia Kat, czternastoletnia Paige i sześcioletnia Camille, urodzona w Gwatemali, adoptowana, gdy była niemowlęciem. Ike mieszka z tyłu domu, w gościnnym studiu, które wybudował z ojcem, a siostry dzielą pokoje w głównym budynku.

Idziemy przez terminal w Tucson, trzymając się za ręce. To dla mnie coś nowego, co wydaje się jednocześnie zupełnie niewinne i bardzo niegrzeczne. Zatrzymuję się na chwilę pod tablicą witającą gości i świeżym spojrzeniem czytam napis: WITAMY W TUCSON.

Witamy w Tucson.

Witamy w Ameryce.

Moja rodzina mieszkała w Stanach Zjednoczonych już w latach siedemdziesiątych, gdy mój ojciec studiował na uniwersytecie w Berkeley w Kalifornii. Wróciliśmy do Iranu wkrótce po obaleniu szacha i przejęciu władzy przez ajatollaha Chomeiniego, który wrócił z wygnania. Tamtego dnia skończyło się nasze szczęście. Moi wykształceni na Zachodzie rodzice, którzy poznali prawdziwą demokrację, rozumieli celowość rozdziału religii od państwa, nagle wpadli w świat pełen ograniczeń. Co więcej, moją matkę aresztowano i przez pięć miesięcy przetrzymywano w więzieniu. Raz po raz odmawiano im prawa do wyjazdu, dlatego teraz muszą żyć pod władzą represyjnego irańskiego reżimu. Od dawna ich jedynym marzeniem jest zobaczyć, jak obie córki osiedlają się w Ameryce.

Miriam udało się pierwszej, piętnaście lat temu, gdy poślubiła Ardaszira. Teraz moja kolej. Tak się cieszę, że dostałam szansę. O mały włos, a by mi się nie udało.

Mimo że nasza rodzina jest na wskroś nowoczesna, zachęcała mnie, bym po przyjeździe do Ameryki zgodziła się na aranżowane małżeństwo. Tylko w ten sposób miałabym możliwość zostać dłużej, niż pozwala na to wiza turystyczna. Zgodziłam się więc, ale o poranku, w dniu mojego ślubu, w pośpiechu znaleziony narzeczony Masud, przedsiębiorca z Chicago, wręczył mi intercyzę, która zobowiązywała mnie do natychmiastowego urodzenia dziecka - przed złożeniem wniosku o zieloną kartę - a także do zrzeczenia się praw do dziecka w przypadku rozwodu.

Nie mogłam się na to zgodzić. Przyjechałam do Ameryki dla rodziców, zgadza się, ale i dla siebie, ale przede wszystkim dla dzieci, które miałam nadzieję kiedyś urodzić. Po to, by nigdy nie zaznały represji. By wychowywały się w wolnym kraju. Nie mogłam pozwolić, by miały ojca takiego jak Masud Fakhri, który z zimną krwią chciał usunąć matkę z ich życia. Gdybym podpisała intercyzę, razem z dziećmi stałabym się zakładniczką Masuda, ofiarą jego decyzji, kaprysów, wad i kontroli. W każdej chwili mógłby się ze mną rozwieść i zabrać dzieci.

Dlatego ze względu na córki i synów, których chciałabym mieć, powiedziałam "nie".

Kiedy rezygnowałam z tego małżeństwa, do wygaśnięcia mojej wizy zostało tylko kilka dni, pogodziłam się więc z myślą, że będę musiała pokonana wrócić do Iranu, ojczyzny, w której nigdy nie czułam się jak w domu. I wtedy Ike, mój przystojny Amerykański Chłopiec, jedyny, którego pragnęłam, ale byłam pewna, że nie mogę go mieć, z którym potajemnie spotykałam się na kawie każdego dnia po drodze do domu z angielskiego, zapukał do drzwi pokoju w Las Vegas, gdzie razem z przyjaciółmi świętowaliśmy ślub naszych kolegów z klasy - Agaty i Josefa.

To wydarzyło się wczoraj - Ike przyszedł po mnie, a ja poczułam dreszcz ekscytacji, jak zawsze, gdy oglądam zakończenia amerykańskich filmów, w których wszystko wydaje się rozpadać na kawałki, miłość nie może się spełnić, a życie okazuje się okrutnym dyktatorem... i wtedy... wtedy dzieje się coś, co wszystko zmienia.

Dla mnie było to pukanie do drzwi.

Ike przyszedł po mnie i chmury się rozstąpiły. Rozgniewani bogowie spojrzeli na mnie łaskawiej, a Ike wyznał mi miłość. Od tamtej chwili wciąż się szczypię, by sprawdzić, czy to nie sen. Ale to prawda. Poślubiłam mężczyznę, którego kocham. Dzięki niemu zyskałam wolność. Pozostało tylko pytanie: czy długo będę się nią cieszyła?

Tak wiele rzeczy może pójść nie tak - szczególnie podczas rozmowy w urzędzie imigracyjnym. Czy władze uwierzą, że nasza miłość jest prawdziwa? Może tak, a może nie. Jednak teraz, pierwszego dnia, który przeżyłam jako żona Ike'a, gdy stoję pod znakiem witającym mnie w Tucson, trzymając męża za rękę, pozwalam sobie mieć nadzieję.

- O czym myślisz, dziewczyno z Persji?

Myślę o tym, jak dobrze byłoby zostawić za sobą przeszłość.

Myślę o tym, jak daleko zaszłam - nie tylko dosłownie.

Myślę sobie... o rany. Po prostu... o rany. Czy to naprawdę się wydarzyło? Naprawdę tu jestem?

Spoglądam w cudownie błękitne amerykańskie oczy mojego męża i ściskam jego dłoń. Ale nie odpowiadam, bo tego, o czym myślę, nie da się wyrazić słowami.

A myślę sobie, że być może ja też będę miała swoje szczęśliwe zakończenie.

Rozdział 2

Jest kilka powodów, dla których długo nie mówiłam Ike'owi o mojej sytuacji wizowej. Chyba ten pierwszy, najprostszy, był taki, że się wstydziłam. Aranżowane małżeństwa to coś, czego Amerykanie raczej nie rozumieją. Nie są obciążeni kulturą i historią. Dla nich "najpierw jest miłość, potem ślub". Albo po prostu miłość, wspólne życie, bez małżeństwa. Nigdy jednak małżeństwo bez miłości - przynajmniej nie na początku!

Jak już wspomniałam, Ike bardzo lubi planować. Ma dokładnie rozrysowaną przyszłość i małżeństwa w jego planach na razie nie było. Może kiedyś. Teraz nie. Wolałam go więc nie stawiać w trudnej sytuacji. Gdyby nie Miriam, która wczoraj spotkała się z nim bez mojej wiedzy, Ike wciąż nie wiedziałby, jaki mam dylemat. Jestem tak wdzięczna siostrze, że to zrobiła! Jestem też wdzięczna, że Ike się zdecydował, choć to małżeństwo zmieni jego plany.

Ike pierwszy wsiada na skuter wciśnięty między dwa wielkie motocykle. Podaję mu moją torbę podróżną, którą stawia pod nogami. Sam nie ma bagażu, bo wczoraj tak się spieszył, by zdążyć na ostatni lot do Las Vegas, że nawet nie wpadł do domu, tylko zaraz po skończeniu zmiany w Starbucksie, do którego przyszła Miriam, pojechał prosto na lotnisko.

- Masz. - Podaje mi drugi kask. - Musisz pożyć jeszcze na tyle długo, by wypełnić papiery imigracyjne.

Wsiadając, szturcham go lekko łokciem.

- Bardzo śmieszne, proszę pana.

- Poważnie - odpowiada Ike. - Nie ma co kusić losu. - Zakładam kask, a on śpiewa: I don't mean to start any blasphemous rumors, but I think that God's got a sick sense of humor. And when I die, I expect to find him laughing.

- Depeche Mode - oznajmia po chwili. - Stare, ale jare.

Słuchając słów piosenki o boskim poczuciu humoru, zdaję sobie sprawę, że nie wiem prawie nic (czyli nic) o poglądach religijnych mojego męża.

- Ike, czy ty wierzysz w Boga?

- Powiedzmy, że próbuję żyć w taki sposób, by po śmierci - jeśli okaże się, że istnieje coś takiego jak niebo - być przyjemnie zaskoczonym - odpowiada.

- Jeśli kiedykolwiek pojedziesz ze mną do Iranu, lepiej tego nie mów, dobrze? Mógłbyś mieć duże nieprzyjemności.

- Bardzo wątpię, bym w najbliższym czasie wybrał się do Iranu.

- Przecież mógłbyś. Moi rodzice bardzo chcieliby cię poznać.

- Nie obrażając twoich rodziców, nigdy dobrowolnie nie postawiłbym się w sytuacji, w której zmuszony byłbym zrzec się któregokolwiek z moich praw. Zresztą, czy nie musiałbym najpierw przejść na islam?

Och, no tak, o tym zapomniałam.

- To tylko formalność.

- Diabelnie istotna formalność, Tami. - Ike się śmieje.

Wycofuje skuter z miejsca parkingowego, a ja przez chwilę jestem superszczęśliwa, przypominając sobie o naszych poprzednich wycieczkach - ciele rozpalonym dzięki bliskości Ike'a, rękach zaciśniętych na jego biodrach, udawaniu, że to konieczne, żebym nie spadła. Przedtem bałam się, że ktoś przyłapie mnie w trakcie tych podróży i zrujnuje moje szanse na znalezienie męża. Ale teraz to Ike jest moim mężem.

W ciągu dwudziestopięciominutowej podróży do jego domu moje szczęście zmienia się w zdenerwowanie. Raz po raz powtarzam sobie: "Żeby mnie polubili. Żeby mnie polubili". Przez całe sześć mil!

Rodzina Ike'a mieszka w dzielnicy Winterhaven, w której co roku, w grudniu, na żądanie stowarzyszenia właścicieli nieruchomości mieszkańcy zobowiązani są dekorować podwórka świątecznymi lampkami i figurkami, a z całego miasta przyjeżdżają ludzie, by przejść się po tutejszych ulicach albo przejechać konnym powozem. Ike skręca z Tucson Boulevard w ulicę Kleindale, a za następnym rogiem zjeżdża na chodnik i parkuje przed cichym ceglanym domem podobnym do pozostałych w sąsiedztwie. Tu jest inaczej niż w dzielnicy Miriam - przed domami są trawniki, a domy mniejsze, ceglane i jednopiętrowe.

- Jesteśmy - rzuca Ike, zsiadając ze skutera. - Nie ma jak w domu.

Każę mu zostawić rodzinny dom. Dobry Boże, co ja zrobiłam?

Nie zsiadam ze skutera, bo nie mam odwagi, by pójść na to spotkanie.

- Za bardzo się denerwuję, Ike.

- Moi rodzice cię pokochają, Tami - zapewnia. - Przyjmą cię do rodziny z otwartymi ramionami. Po prostu tacy są. Ty pokochasz moje siostry, a one ciebie. Zaufaj mi, będzie tam... mnóstwo miłości.

- Jesteś pewny? Czy nie pomyślą, że jestem...

- Że jesteś kim?

Złodziejką, która kradnie ich najcenniejsze dziecko?

- Sama nie wiem - mówię, nie zdradzając, co myślę. Przecież wiem. Tylko nie chcę tego powiedzieć. - Że jestem obca?

- Raczej egzotyczna. - Ike się uśmiecha. - I seksowna. Ale obca? Nie. Tak nigdy bym nie...

- Nie chcę, żeby twoi rodzice pomyśleli, że jestem seksowna!

Znów się śmieje.

- Coś ci powiem. Nie zdejmuj tego kasku, to nie będzie o tym mowy.

Ze śmiechem zdejmuję kask i potrząsam długimi czarnobrązowymi włosami.

Ike spogląda na mnie z aprobatą.

- No cóż, to tyle. Teraz już nie można zaprzeczyć, że jesteś seksowna. Moje siostry oszaleją na punkcie twoich włosów. Powinienem cię ostrzec, że to straszne przylepy. I pewnie będą chciały wciąż zaplatać je w warkocze.

"Przylepa". Jakie ładne słowo.

- Na pierwszym spotkaniu?

- Jeszcze coś o mojej rodzinie: jesteśmy bardzo wyluzowani.

- Twoi rodzice wiedzą, że przyjeżdżamy, prawda?

- Powiedziałem mamie, że przywiozę znajomego na kolację. - Wyciąga do mnie rękę. - Chodź, mój znajomy.

Ujmuję dłoń Ike'a i zsiadam ze skutera. I znów trzymamy się publicznie za ręce. Co na to powiecie, rządowe cymbały? Na ulicach Teheranu jest mnóstwo wszystkiego, ale nie uczuć.

- A czy wiedzą, że ten znajomy to dziewczyna? - pytam.

- Tak, kochanie, wiedzą, że jesteś dziewczyną. Nie wiedzą tylko, że jesteś moją żoną. - Plan Ike'a jest taki, żeby powiedzieć im po kolacji, by mieli okazję nieco lepiej mnie poznać.

- Powinnam była coś przynieść - mówię. - Kwiaty, czekoladki albo...

- Nie ma takiej potrzeby - przerywa mi.

Jego rodzina jest wyluzowana, lecz moja z pewnością nie. Nigdy nie poszlibyśmy z wizytą bez podarunku, ale ja właśnie to robię. Czy się zmieniłam, od kiedy zostałam amerykańską żoną? Ale przecież nie jestem właściwie amerykańską żoną, tylko żoną Amerykanina, powinnam więc nalegać, byśmy się zatrzymali i coś kupili. Lecz zanim mam czas pomyśleć, stoimy przed frontowymi drzwiami i wchodzimy do środka, wprost w radosny, tylko po części opanowany chaos. Przy wejściu leżą plecaki z książkami. Wszędzie porozrzucane są buty. Ktoś przyniósł reklamówki z marketu i zostawił na środku salonu. Z któregoś pokoju dobiega hiszpańska muzyka, a z kuchni dochodzi cudowny zapach.

- O, lazanie - radośnie rzuca Ike. - Moje ulubione.

"Lazanie", powtarzam w myślach to słowo. Nie jadłam jeszcze tego dania.

Na kanapie siedzą dwie dziewczyny. Jedna ma ciemną skórę i jest bardzo młoda - to na pewno sześcioletnia adoptowana Camille. Zgaduję, że druga to Paige, czternastolatka. Czyta siostrze książkę napisaną przez jakiegoś lekarza, Seussa, Och, te miejsca, w które pójdziesz. Zerkają na nas, ale nie przerywają.

- Oto Smyk i Mały Smyk! - woła Ike. Camille się uśmiecha, a Paige tylko marszczy nos. Ike nas sobie przedstawia, wymieniamy uśmiechy, jednak zanim ktokolwiek zdąża się odezwać, z drugiego pokoju dobiega wrzask:

- Kto zabrał moją komórkę!?

Ike uśmiecha się szeroko.

- To moja siostra Kat. Królowa dramaturgii w naszej rodzinie. Chodź. Przedstawię cię mamie.

Schyla się, by podnieść torby z zakupami, i zanosi je do kuchni. Paige wciąż czyta Camille, a Ike, przechodząc obok, recytuje z pamięci:

- A kiedy coś się wydarzy, nie martw się. Nie bój się. Idź do przodu. Też zdarzysz się.

Matka Ike'a, ubrana w dżinsowe rybaczki i zieloną lnianą bluzkę włożoną na biały podkoszulek, jest wysoka i dobrze zbudowana, ale nie otyła i niezdrowa, tylko raczej krzepka i zdecydowana. Ma spięte klamrą gęste brązowe włosy do ramion, przeplatane siwymi pasmami. Siedząc na stołku przy blacie, kroi czerwoną cebulę do sałatki.

- Mamo, chciałbym ci kogoś przedstawić - mówi Ike, stając w drzwiach. - To jest Tami. Tami, to moja mama.

Gdy podchodzimy bliżej, mama Ike'a celuje we mnie wielkim nożem.

- A więc to dla ciebie mój syn uciekł do Vegas? Dziewczyna z Iranu.

Krzywię się w duchu.

- Ja, hm, emm... - zerkam na Ike'a, uśmiecha się. - Tak, proszę pani. To ja.

- Błagam, nie mów do mnie "proszę pani". Czuję się wtedy bardzo stara! Nazywaj mnie Elizabeth, dobrze?

- Dziękuję... - mówię, myśląc jednocześnie: Nie mogę zwracać się do niej po imieniu! - A może... pani Hanson?

- Jeśli musisz. - Wciąż się uśmiecha. - Nazywano mnie już gorzej, szczególnie celuje w tym ostatnio moja szesnastoletnia córeczka.

Ike rozpakowuje torby, kładąc na blacie różne rzeczy: mydło, szampon, balsam do opalania, pastę do zębów, spinki do włosów. Ze wstydem patrzę, jak wyjmuje pudełko tamponów, ale jego to w ogóle nie rusza. Zaczynam się cieszyć, że mój mąż mieszka z pięcioma kobietami. Dzięki temu różne aspekty naszego związku nie będą dla niego krępujące.

- W Vegas było fajnie? - pyta mnie pani Hanson.

Wyszłam za pani syna!

- Tak, dziękuję - odpowiadam. - Doskonale się bawiłam.

- Pewnie hazard jest w Iranie nielegalny - ciągnie. - Miałaś okazję zagrać, będąc w...

- Kto zabrał moją komórkę? - Do kuchni wpada nastoletnia dziewczyna. Ma jasne proste włosy opadające na plecy. - Może przypadkiem ty ją masz? - zwraca się do mnie.

Wzrusza mnie, gdy widzę rozbawione spojrzenie Ike'a skierowane na tę młodszą, kobiecą wersję jego samego. Uśmiecham się - teraz to także moja siostra. Moja szwagierka!

- Wybacz, nie.

- Kat, poznaj Tami - odzywa się Ike. - Tami, poznaj moją siostrę Kat.

Kat wyciąga rękę, by potrząsnąć moją. Ma mocny uścisk i podziwiam, że szesnastolatka emanuje taką pewnością siebie, jakby była o wiele starsza. Oczywiście jeśli akurat nie szuka z wrzaskiem swojej komórki.

- Może zadzwonisz na nią ze stacjonarnego? - proponuje pani Hanson.

- Stacjonarnego też nie mogę znaleźć!

Ike wyjmuje swoją komórkę, wybiera numer siostry i po kilku sekundach rozlega się piosenka: I know what boys like. I know what guys want. They want to touch me. I never let them.

Wybucham śmiechem - nigdy nie słyszałam tego kawałka.

- Suszarka! - krzyczy Kat i biegnie do pralni, by odzyskać telefon.

- Dziewczyny i ich komórki... - Pani Hanson kręci głową. - Macie komórki w Iranie? Pewnie tak.

- Tak, oczywiście. - Teheran to pełne życia miasto, w którym mieszka osiem milionów ludzi. Oczywiście, że mamy komórki. (I nie, nie jeździmy na wielbłądach!). Mamy też centra handlowe, kina i piękne parki. Mimo wielu zacofanych praw, których musimy przestrzegać, jesteśmy dość nowoczesnym społeczeństwem. A przynajmniej chcemy myśleć, że tak jest.

- Zostaniecie na kolacji? - Pani Hanson patrzy na mnie, czekając na odpowiedź.

- Cóż, my... Ja... Czy Ike nie powiedział... - Rzucam mu spojrzenie.

- Mówiłem ci, że zostaniemy - ratuje mnie. - Przez telefon. Jest tata?

- A widziałeś furgonetkę przed domem? - pyta pani Hanson.

- Nie widziałem.

- W takim razie wiesz, że go nie ma.

Uśmiechają się do siebie. Bardzo im zazdroszczę tej swobodnej, żartobliwej rozmowy. Mój ojciec jest zabawny (przynajmniej tak myśli), ale mama wydaje się zawsze taka krucha, delikatna, jakby głośny śmiech albo płacz mogły ją rozbić na małe kawałeczki. Przy niej musimy być spokojni. Zrównoważeni. Z wyczuciem wyrażać emocje i wypowiadać słowa. A Ike i jego matka zachowują się zupełnie inaczej.

- Chodź. - Ike bierze mnie za rękę. - Pokażę ci moje kawalerskie gniazdko.

- Miło mi panią poznać - zwracam się do jego matki.

- Mnie także miło cię poznać - odpowiada. - Mój syn miał rację, naprawdę jesteś piękna.

- W środku i wewnątrz - dodaje Ike (słodkie!), wychodząc przez tylne drzwi. Oddycham z ulgą. Wydaje się, że jego mama mnie polubiła, a ja - na razie - lubię ją bardzo, bardzo.

Między dużym domem i domkiem Ike'a znajduje się trawiaste podwórko. Jest tam też basen. Na trampolinie stoi wysoka, bardzo szczupła nastolatka w bikini, a z nią opalony umięśniony chłopak bez koszulki, w długich spodenkach kąpielowych. Stoi z tyłu, obejmując dziewczynę w pasie, udając, że chce ją zepchnąć do wody. Ona piszczy radośnie, przygotowując się do skoku. Kilkoro innych nastolatków pływa w basenie albo siedzi na jego krawędzi, machając nogami w wodzie.

- To moja siostra Isabel - oznajmia Ike i woła: - Cześć, Izzy! - Ona macha nam, a chłopak spycha ją bliżej krawędzi. - Izzy, to jest Tami.

Izzy chce się przywitać, ale nie zdąża się odezwać, bo chłopak spycha ją z trampoliny, czemu towarzyszy śmiech kolegów. Ja także się śmieję. Od tylu lat marzyłam o takich chwilach, chciałam być wolnym duchem, dziewczyną w centrum uwagi, śmiejącą się w słońcu, dotykaną przez chłopaka, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Zostawiłam plecak z aparatem w salonie Ike'a, przy drzwiach, ale i tak chyba nie powinnam robić zdjęć ludziom, których dopiero poznałam. Zapisuję jednak kilka obrazów w pamięci: luźno zawiązane sznureczki dołu od bikini Izzy. Wyrzeźbione mięśnie chłopaka. Złączone stopy jakiejś pary pływającej na dmuchanych kółkach w basenie. Rozprysk wody zastygłej w powietrzu. Izzy, która wynurza się spod wody z włosami odgarniętymi do tyłu - niczym modelka - i z uśmiechem odsłaniającym amerykańskie śnieżnobiałe zęby.

- Przepraszam! - woła do mnie, promieniejąc szczęściem i zdrowiem. - Cześć! Miło cię widzieć!

Miło cię widzieć.

Znów to zdanie - moje ulubione angielskie zdanie. Właśnie tak czuję się każdego dnia, od kiedy tu przyjechałam: mile widziana. Nigdy nie czułam się tak w Iranie, nawet przez jeden dzień.

Dzięki Bogu Ike nie powiesił na ścianach plakatów nagich ani odzianych w bikini kobiet.

I jeszcze coś: nie jest bałaganiarzem. Ponieważ wyjechał w pośpiechu, by złapać samolot do Las Vegas, nie miał czasu tu wpaść i posprzątać, a mimo to - oprócz ręcznika leżącego na podłodze i kilku koszul wiszących na oparciu kuchennego krzesła - w mieszkaniu panuje porządek. W męskim stylu, z przewagą beżowego i kasztanowego, z nowoczesnymi meblami. Dostrzegam wieżę marki Bose, która, jak wiem, jest bardzo droga. Mój szwagier Ardaszir ma właśnie taką, a on kupuje tylko najdroższe rzeczy.

Ike patrzy, jak się rozglądam.

- Zdałem test?

Zamyka za nami drzwi, ale hałas z ogrodu i tak się przez nie przedostaje. Nie przeszkadza mi to. A nawet się podoba. Zawsze chciałam dorastać w głośnym domu.

- Oczywiście, że zdałeś, Ike! - Pytanie brzmi: czy ja go zdam? - Nie masz telewizora?

- Oglądam czasem filmy z rodziną. Sam nigdy.

- A co robisz, kiedy jesteś sam? - Mówiąc to, zastanawiam się, czy moje słowa nie brzmią, jakbym flirtowała. Nie zawsze się w tym łapię, a tym razem nie zamierzałam tak mówić, ale po prostu jest jeszcze tyle rzeczy, których nie wiem o Ike'u.

- Kiedy jestem sam, myślę o tobie - odpowiada, patrząc na mnie i przechylając lekko głowę w uroczy sposób.

Uśmiecham się i uśmiecham, i nie mogę przestać. Tak jest od wczoraj. To dzięki miłości Ike'a, jej potwierdzeniu i sformalizowaniu. Ale czy nie poszło zbyt łatwo? Ike ofiarował mi miłość, na którą nie zasłużyłam. Ale zasłużę. Będę najlepszą żoną na świecie.

- Bardzo tu ładnie, Ike - mówię, rozglądając się. Na suficie widać drewniane belki, a podłogi są z barwionego betonu. Wiem, że to nowoczesny styl, ale mimo to ściany zbudowano z grubej cegły, bo taka jest tradycja w tym pustynnym stanie. Fajna kombinacja, miks starego i nowego. - Sam wszystko zbudowałeś?

- Tak, ja i tata.

Mój teść. Pan Hanson.

- Co to za meble? - Wskazuję drewniane bujane krzesło obite skórą. Pasuje do łóżka i małego stołu. Wiem, że to jakiś konkretny styl, bo od przyjazdu do Stanów widziałam go w kilku miejscach.

- To styl misyjny - odpowiada. - Takie meble robią kwakrzy, amisze czy jakaś inna grupa. Chyba amisze. Dostałem je w prezencie od rodziców, więc specjalnie się nie zastanawiałem.

Kwakrzy, powtarzam w głowie. Amisze. A-misz. Amisze.

- Będziesz mi musiał kiedyś o nich opowiedzieć.

- Tyle jeszcze musisz się dowiedzieć, co? - Śmieje się. - Pewnie każdy dzień jest dla ciebie przygodą. Kwakrzy i amisze są bardzo... Cóż, nie jestem pewny, czy są w stu procentach amerykańscy, ale z pewnością nie należą do kultury Bliskiego Wschodu.

- Poszukam w Internecie i ci powiem - oznajmiam.

- Często to robisz? Szukasz informacji o amerykańskich rzeczach, których nie znasz?

- Oczywiście. Wiesz na przykład, że pierwsze hot dogi w Ameryce sprzedawano w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku z wózków na ulicach Nowego Jorku? I że Amerykanie jedzą przeciętnie ponad sześćdziesiąt hot dogów rocznie? I że wasz prezydent, Franklin Roosevelt, podał hot dogi królowi Anglii, gdy ten przyjechał z wizytą w tysiąć dziewięćset trzydziestm dziewiątym?

- O rany, nie! - dziwi się Ike. - Nie miałem pojęcia. Królowi smakowały hot dogi?

- Bardzo. - Śmieję się. - Mogę opowiedzieć ci też dużo ciekawostek o wacie cukrowej. Chociaż może innym razem.

- Grałaś kiedyś w Trivial Pursuit? - pyta Ike. - Naprawdę powinnaś.

- Nie, ale Ardaszir mówił to samo.

- Byłoby fajnie - dodaje po chwili. - Zagrajmy.

- Dobrze. A grasz w szachy? Bardzo lubię szachy.

- Szachy, jasne. I nauczę cię grać w rozbieranego pokera. Też ci się spodoba. A mnie na pewno.

Przytakuję, a Ike reaguje śmiechem.

- Nie wiesz, co to jest rozbierany poker, prawda?

Kręcę głową.

- Słyszałam o pokerze, to taka gra w karty. A rozbierany? Nie wiem.

- Po każdej przegranej partii trzeba zdjąć jakąś część ubrania. Więc jeśli za często przegrywasz... - Patrzy na mnie, czekając, aż domyślę się reszty, a gdy oczywiście zaczynam się rumienić, uśmiecha się szerzej. - Fajnie, co?

Nie mogę odpowiedzieć na takie pytanie. Nigdy! Jeśli chodzi o te sprawy, jestem bardzo nieśmiała, więc zamiast odpowiadać, podchodzę do parapetu, na którym stoją kartki pocztowe. Ike rusza za mną i obejmuje mnie w pasie, co natychmiast podnosi temperaturę mego ciała o kilkanaście stopni.

- Mogę? - pytam, dając do zrozumienia, że chciałabym obejrzeć pocztówki.

- Oczywiście. A ja mogę całować cię w szyję, gdy będziesz je oglądała?

- Nie! - rzucam, rumieniąc się.

Biorę pierwszą kartkę z wieżą Eiffla. Paryż. Szkoda, że cię tu nie ma. J.

Kobiece pismo. Ciekawe, kim jest ta cała J.? Łatwo jednak zapomnieć o pytaniu, gdy usta Ike'a muskają moją szyję. Jednak gdy biorę pocztówkę z Wenecji i czytam: Naprawdę szkoda, że cię tu nie ma! J., trudno mi się nie zastanawiać.

- Kto to jest J.? - pytam.

- To kartki od Jenny - odpowiada Ike. - Pamiętasz? Mówiłem ci o niej.

- Nigdy przedtem nie słyszałam tego imienia.

- To moja była dziewczyna - wyjaśnia. - Ta, którą puściłem wolno. No wiesz, ta, która po college'u wyruszyła w podróż po Europie. Opowiadałem ci o niej.

- A, tak - przypominam sobie. To Jenna postawiła Ike'owi ultimatum: ożeń się ze mną, to zostanę. Nie ożenisz się - wyjadę. Ike pozwolił jej wyjechać. - Co to znaczy, że puściłeś ją wolno?

- Nic takiego. - Uśmiecha się, lekko zażenowany. - Ale chodzi o to, że... Cóż, kiedy się rozstaliśmy na dobre, mama przypomniała mi powiedzenie, które jest strasznie wyświechtane, ale... Cóż, okazuje się prawdziwe, jak to wyświechtane powiedzenia, prawda? Prawdziwe, jednak bardzo nadużywane wyrażenie...

- Każde takie wyrażenie jest dla mnie nowe - przypominam.

- W takim razie to może ci się spodobać. Jeśli kogoś kochasz, puść go wolno. Jeśli do ciebie wróci, należy do ciebie. Jeśli nie, widać tak miało być.

Ładne, tylko smutne.

- Te słowa przywodzą mi na myśl ptaka, którego wypuszcza się z klatki z nadzieją, że do ciebie wróci, ale też ze świadomością, że może się już nie pojawić - mówię.

- Może stąd się to powiedzenie wzięło? - zastanawia się Ike. - A z pewnością pasuje do Jenny, bo ona nade wszystko lubi być wolna. W każdym razie... puściłem ją wolno i nie wróciła, więc... - Zbiera pocztówki, drze je i rzuca przez ramię. Kawałki spadają na ziemię, biedactwa. - Widać tak miało być.

Doceniam te słowa, choć wyczuwam, że ten oznajmujący ton nie jest do końca szczery. Kochał ją i miał nadzieję, że wróci. Na szczęście dla mnie - nie wróciła.

Kiedy słyszymy samochód pana Hansona na podjeździe, moje serce zaczyna bić szybciej. Ike proponuje, żebyśmy wrócili do domu, a po drodze mijamy jego matkę na tylnej werandzie. Pani Hanson nakrywa do stołu.

- Pomóc ci? - pyta Ike.

- Nie - odpowiada. - Ale możesz przed kolacją nalać wody do dzbanka.

Ike kiwa głową i wchodzimy przez kuchenne drzwi do domu, słysząc dobiegający z salonu dziecięcy pisk. Ike po drodze wyjmuje jeszcze z lodówki puszkę piwa i stając w wejściu do pokoju, udaje, że chce ją rzucić w stronę ojca.

- Oto ratunek dla spragnionego - mówi pan Hanson. Wygląda jak młodszy o dwadzieścia pięć lat Ike, dobrze zbudowany, ale nie gruby, z koszulą włożoną w dżinsy. Chociaż Ike jest odrobinę wyższy. - Rzucisz mi ją?

- Nie, nie! - krzyczy Camille. Pan Hanson trzyma ją do góry nogami, za kostki. Jeśli puści, żeby złapać piwo, dziewczynka spadnie i wyląduje na głowie, ale z jej śmiechu wnioskuję, że wcale się nie boi. Chyba nie pierwszy raz się tak wygłupiają.

- Gotowy? - pyta Ike. - Szykuj się.

- Nieeeee! - Camille chichocze.

- Hm, no dobrze. - Ike przechodzi przez pokój, schyla się, by połaskotać siostrę w brzuch, i jednym szybkim ruchem łapie ją w pasie, zabierając ojcu, po czym zarzuca sobie na ramię. Potem podaje piwo panu Hansonowi, a ten otwiera puszkę i z zadowoleniem upija spory łyk.

- Gdzie jest Camille? - pyta Ike, rozglądając się, gdy obraca dziewczynkę na boki.

- Tutaj jestem! - Mała zaczyna kopać.

- Słyszę ją, ale nie widzę - ciągnie brat.

- Ja też jej nie widzę - dodaje pan Hanson. - Właściwie to nie widziałem jej, od kiedy wróciłem do domu.

- Widziałeś, tatusiu! - Camille kopie coraz mocniej, więc Ike obraca ją i stawia przed sobą w normalnej pozycji.

- A, tutaj jesteś. Dlaczego się nie odzywałaś?

Czy u mnie w domu kiedykolwiek było tyle życia? Choć przez chwilę?

- Jeszcze raz! - Camille zwraca się do ojca.

- Co jeszcze raz?

- Jeszcze! Jeszcze! - Camille wskakuje na pana Hansona, prawie go przewracając, a on o mało nie rozlewa piwa.

- Nie, skarbie, dopiero przyszedłem. Daj mi chwilę odpocząć. Chodź, poznamy koleżankę twojego brata. - Wita mnie skinięciem głowy. - Cześć, jestem Alan.

- Tato, to jest Tami - mówi Ike. - Tami, to mój tata.

Serce wali mi jak młotem, gdy myślę, czego nie dodał: "To moja żona". Na razie ojciec Ike'a w żaden sposób nie daje do zrozumienia, że jest coś dziwnego w tym, iż jego syn zaprasza do domu kobietę. Wyciąga do mnie rękę i uśmiecha się, aż marszczą się kąciki jego oczu.

- Miło cię poznać.

- Dziękuję. Mnie także miło pana poznać.

- Zagrasz ze mną w uno, tatusiu? - prosi Camille.

- Po kolacji - pada odpowiedź pana Hansona. - A teraz, jeśli pozwolicie, pójdę przywitać się z żoną.

Gdy ojciec wychodzi, Camille próbuje wznieść oczy do góry, udając irytację, ale kiepsko jej to wychodzi.

- Ike, a ty? - pyta, patrząc na mnie. - Ona też może grać.

Uśmiecham się. Czy to znaczy, że mnie lubi?

- Innym razem - odpowiada Ike. - Nie skończylibyśmy przed kolacją, a po niej Tami i ja musimy coś załatwić.

Dziewczynka wydyma wargi.

- Nikt się nie chce ze mną bawić.

- Biedactwo - żartuje Ike. - Masz bardzo ciężkie życie, co?

Camille udaje obrażoną, dobrze wie, że ma bardzo dobre życie. Zachowuje się tak jak wiele irańskich dziewczynek w jej wieku, zanim zaczną rozumieć, że świat nie kręci się wokół nich.

- Kolacja! - dobiega wołanie z werandy.

- Mogę usiąść obok ciebie? - pyta Camille brata. - Mimo że ona tu jest?

Ike śmieje się i odpowiada:

- Wiesz co? Mam lewą stronę i prawą stronę, więc ty możesz usiąść po jednej, a Tami po drugiej. Może tak być?

- Zamawiam prawą! - woła dziewczynka.

- Tami, zgadzasz się? - pyta mnie Ike. - Wiem, że bardzo chciałaś siedzieć po mojej prawej stronie.

Uśmiecham się.

- Camille może tam usiąść.

- Czyż ona nie jest miła? - Ike znów zwraca się do siostry. - Czyż nie jest najmilszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałaś?

Dziewczynka kiwa głową.

- Następnym razem usiądę obok niej.

Przy kolacji jestem jedną z wielu, częścią bardzo wesołej grupy. Znajomi Izzy także zostali - przebrali się, ale wciąż mają mokre włosy i promienieją po popołudniu spędzonym na słońcu. Przyszła również przyjaciółka Kat i zaczyna mi się wydawać, że tutaj zawsze ktoś wpada i zawsze coś się dzieje. Ludzie chcą tu przychodzić, a ja jestem wdzięczna, że mogę być częścią takiego domu. Dzisiaj, a mam nadzieję, że zawsze. Patrzę na siedzących przy dużym, długim stole rozstawionym na werandzie (prawie połowa to goście) i myślę, że Ike chyba ma rację. Jego rodzina chyba naprawdę przyjęła mnie z otwartymi ramionami. To po prostu serdeczni ludzie.

Siedzę przy jednym końcu stołu z Ikiem i jego rodzicami (oraz oczywiście z Camille po prawej stronie), a Izzy, Kat i ich znajomi przy drugim. Paige zajmuje miejsce obok ojca, naprzeciwko mnie. Przez pierwszych kilka minut podajemy sobie dania i napełniamy talerze. Kiedy pan Hanson pyta, czy napiję się wina, Ike właściwie odczytuje moją niepewność, czy powinnam przytaknąć, i pierwszy odpowiada twierdząco, a ja zaraz po nim. Niewiele w życiu piłam alkoholu. W abstynenckim Iranie właściwie w ogóle, a w Ameryce kilka razy: margaritę, piwo albo szampana. Smakuje mi delikatne wino, które podaje ojciec Ike'a, jednak upijam tylko kilka grzecznościowych łyków. Jak mówi moja koleżanka Eva, mam "niską tolerancję", a zdecydowanie nie chcę się upić w obecności teściów!

Pan Hanson, uważnie obserwując, co się dzieje, zdecydowanie więcej słucha, niż mówi. Wydaje mi się, że każdy mój ruch ma dla niego jakieś znaczenie, bo patrzy, jak kroję lazanie i sałatę na małe kawałki, jak uśmiecham się, słuchając rozmów, i jak zastanawiam się, układając w głowie odpowiedzi na kolejne pytania pani Hanson, zanim wypowiem je głośno. Denerwuję się, że tak mnie obserwuje, więc staram się nie łapać z nim kontaktu wzrokowego, choć gdy czasem nasze oczy się spotykają, dostrzegam tylko uczciwość, którą widziałam także u Ike'a.

Pani Hanson zadaje właściwie te same pytania co wszyscy. Jak mi się podoba w Ameryce? Czy tęsknię za rodzicami? Co mnie tutaj najbardziej zaskoczyło? Jak to jest mieszkać w Iranie? Czyż to nie okropne, że kobiety muszą zakrywać włosy? Moje standardowe odpowiedzi padają szybko i płynnie. Uwielbiam Amerykę, bardzo tęsknię za rodzicami, a najbardziej zaskakujące (i odświeżające) jest dla mnie to, że ludzie dają sobie święty spokój. Odpowiadam, że życie w Iranie pod pewnymi względami jest cudowne, ale bezrobocie bardzo wzrosło, Teheran jest zatłoczony i zanieczyszczony, i tak, szkoda, że kobiety muszą nosić hidżaby, ale nie mamy na tym punkcie aż takiej obsesji, jak sądzą Amerykanie.

Dopiero gdy pani Hanson pyta, na jak długo przyjechałam, zaczynam się jąkać.

- Ja... Uhm... - Zerkam na Ike'a.

Kładzie rękę na moim udzie.

- Pracujemy nad tym - odpowiada.

Zamieram. Nie powinien był tego mówić! Mieliśmy powiedzieć jego rodzicom po kolacji - taki był plan i Ike musi się go trzymać! Wyczuwając spojrzenie jego matki, próbuję się rozluźnić.

- Lazanie są przepyszne - zwracam się do niej. - Proszę mi powiedzieć, jak się je robi?

Camille otwiera szeroko usta.

- Nie wiesz, jak się robi lazanie? Nawet ja to wiem!

- Ulubionym programem telewizyjnym Camille jest Top Chef - wyjaśnia pani Hanson i opowiada zabawną historię o tym, jak niedawno Camille chciała podać całej rodzinie śniadanie do łóżka i zostawiła w kuchni prawdziwe pobojowisko. Już prawie się uspokajam, gdy z drugiego końca stołu Kat woła do Ike'a:

- Hej, wygrałeś w Vegas jakieś pieniądze?

Mój mąż kręci głową.

- Wiesz, że nie uprawiam hazardu.

- No jasne - prycha Kat. - Co miesiąc chodzisz na pokera.

- Oprócz tego - uśmiecha się Ike.

- To co robiłeś? - chce wiedzieć Izzy. - Byłeś tam tylko... jeden dzień i żadne z nas nie wiedziało, że w ogóle jedziesz.

- Podróż last minute. - Ike zerka na mnie, a potem sięga po butelkę wina i sobie dolewa. - Bardzo dobre wino, tato. Czy to sonoita, o której mi mówiłeś?

- W takim razie po co pojechaliście? - drąży Izzy. - Ludzie jeżdżą do Vegas, żeby pograć albo wziąć szybki ślub. Chyba się nie pobraliście, co?

Mówi to żartobliwym tonem, ale choć młodzi zaczynają się śmiać, ja znów zamieram, a Ike rzuca siostrze znaczące spojrzenie. W połowie znaczy ono, że to głupi pomysł, a w połowie nakazuje, by milczała.

Ta druga połowa sprawia, że pani Hanson nabiera podejrzeń.

- Ike?

- W Vegas jest mnóstwo imprez. Widzieliście jakieś fajne show? - Paige zachęcająco kiwa głową. Jest wrażliwa, pewnie wyczuła moją panikę.

Uśmiecham się z wdzięcznością.

- Było takie show, które prawie zobaczyliśmy - ludzie malowali sobie ciała na niebiesko! Bardzo dziwne. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego...

- Ike? - powtarza pani Hanson.

Zapada długa cisza, a Ike patrzy na przemian na oboje rodziców. Potem nabiera powietrza i bierze mnie za rękę. Ściskam ją mocno, by przekazać, że to nie jest dobry moment. Lecz Ike tylko się uśmiecha, jakby mówił, że wie, co robi, a potem odchrząkuje i zaczyna:

- Właściwie to... Mam wiadomość, która na pewno bardzo was ucieszy. Tami i ja rzeczywiście wzięliśmy ślub w Vegas.

Camille uśmiecha się i klaszcze. Paige otwiera szeroko oczy i natychmiast spogląda na matkę.

Pani Hanson zamiera.

Pozostałe siostry Ike'a wpatrują się w niego z otwartymi ustami, próbując zorientować się, czy żartuje.

A do tej pory łagodny ojciec nie wytrzymuje:

- Jezu Chryste, Ike, jak bardzo byłeś pijany? - pyta.

Rozdział 3

Pokochają cię. Przyjmą cię do rodziny z otwartymi ramionami".

Wszelkie moje nadzieje rozwiewają się, a wypowiedziane przez Ike'a słowa zaczynają mnie dręczyć, mam wrażenie, że rozpadam się na kawałki. Nie kochają mnie. Ani odrobinę.

"Jezu Chryste, Ike, jak bardzo byłeś pijany?"

Czy właśnie taka jestem? Czy mogłam zmusić kogoś do ślubu, jedynie upijając go do nieprzytomności? Oczywiście, to właśnie sobie pomyślą. Nie znają mnie na tyle dobrze, by wyczuć prawdę.

Powiedz im, Ike. Proszę, powiedz im szybko i wszystko wytłumacz.

- Byłem całkowicie trzeźwy. - Ike spokojnie patrzy na ojca, jak mężczyzna na mężczyznę, puszczając moją rękę. - Przyznaję, działałem pod wpływem chwili, ale zapewniam was, że podjąłem decyzję jak najbardziej świadomie.

Pan Hanson przez chwilę milczy, a potem odzywa się takim tonem, jakim przed chwilą mówił Ike:

- Decyzji, czy spędzić z kimś resztę życia, nie podejmuje się pod wpływem chwili.

- Czasami tak. Jeśli jest właściwa, to jest właściwa.

- W porządku - odzywa się cicho pani Hanson i przez moment wraca mi nadzieja. Ale potem dodaje: - Ludzie popełniają błędy, ale wszystko można odwrócić. Po prostu anulujemy małżeństwo.

Nie znam słowa "anulować", ale z pewnością nie oznacza ono niczego dobrego.

- To nie był błąd - zaprzecza Ike. - Kocham Tami i zamierzam spędzić z nią resztę życia.

Pan Hanson odkłada widelec.

- Dziewczynki - spogląda po kolei na swoje córki - możecie odejść od stołu.

Dziewczyny i ich przyjaciele wstają bez słowa, zabierają swoje talerze i wchodzą do domu. Paige na odchodnym rzuca mi pełne sympatii spojrzenie. Camille siedzi i spogląda na ojca pięknymi, wielkimi, brązowymi oczami, a on dodaje:

- Ty także, Camille.

Niezadowolona dziewczynka rusza za pozostałymi. Patrzę na nich z zazdrością, chcąc być gdziekolwiek indziej, tylko nie tutaj. A potem zdaję sobie sprawę, że to nieprawda - jest wiele gorszych miejsc niż to. Na przykład Iran. Muszę po prostu przetrwać ten ciężki moment, a potem razem z Ikiem zajmiemy się milszymi sprawami. Oczywiście, że się martwią. Mają powód. Nie znają mnie. W ogóle mnie nie znają.

Prostuję się na krześle.

- Kocham waszego syna. Bardzo go kocham.

- A kim ty właściwie jesteś? - pyta pan Hanson. - Nigdy dotąd o tobie nie słyszałem.

- Słyszałeś, tato. - Ike patrzy na niego z niezadowoleniem, a na mnie przepraszająco. - Słyszał.

- Cóż, niewiele - mruczy pod nosem ojciec.

- Czy ona jest w ciąży? - Pani Hanson zwraca się do Ike'a, a potem pyta mnie: - Jesteś w ciąży, kochanie? - Zerka na mój kieliszek, a potem znów na syna. Wydaje mi się, że jest gotowa zaakceptować odpowiedź twierdzącą i przez moment żałuję, że nie jestem w ciąży. Ale Ike i ja kochaliśmy się po raz pierwszy dopiero wczoraj wieczorem, i to z prezerwatywą. Więc nie jestem w ciąży. No i dobrze, bo wydaje się, że Ike'a przeraża sama myśl o tym.

- Nie jest w ciąży. - Wzdraga się. - Pozwólcie mi wszystko wyjaśnić, dobrze? Wtedy zrozumiecie. - Zaczyna mówić o mojej sytuacji wizowej i o tym, że jako żona obywatela amerykańskiego mogę starać się o pozwolenie na stały pobyt, a w innej sytuacji musiałabym wracać do Iranu, czego żadne z nas nie chce.

- Masz rację. Teraz wszystko ma sens. - Twarz pani Hanson nabiera koloru granatu. - Zostałeś przez tę dziewczynę wykorzystany.

- Nie zostałem wykorzystany. - Ike jest bardzo spięty. - Znam ją trzy miesiące i przez cały ten czas za nią szalałem.

- Trzy miesiące - powtarza jego matka z taką pogardą, jakby usłyszała "trzy dni". - A znasz chociaż jej drugie imię?

Ike patrzy na mnie zdezorientowany.

- Nie mam drugiego imienia - odzywam się.

- Nie o to chodzi - warczy pani Hanson. - Ike, co ty o niej wiesz?

- Wiem, że ją kocham. - Ike znów bierze mnie za rękę. - Wiem, że jeśli pozwoliłbym jej wyjechać, żałowałbym tego do końca życia.

Pękam z dumy.

- Na miłość boską - oburza się matka - weź się w garść, synu!

Pan Hanson pochyla się w stronę Ike'a.

- Z pewnością to bardzo urocza osóbka, ale, synu, czy to nie jest przypadkiem tak, że chcesz... że boisz się, że znowu zostaniesz porzucony?

- O czym ty mówisz? - pyta zdziwiony Ike.

- Nie wiem, czy pamiętasz, ale to samo mówiłeś po wyjeździe Jenny.

Zatyka mnie. Ta Jenna wciąż się pojawia - dwa razy w ciągu godziny! Wydawało mi się, że ich związek zakończył się dawno temu, a jednak znalazłam pocztówki, no i ta uwaga przed chwilą.

Zirytowany Ike oblewa się rumieńcem.

- To jest całkowicie, absolutnie, w stu procentach inna sytuacja.

- Czyżby? - pyta pan Hanson. - A nie wydaje ci się, że zbyt pochopnie się związałeś, bo za długo czekałeś wtedy, kiedy...

- Sam pozwoliłem Jennie jechać - przerywa mu Ike. - I chcę, by Tami mogła zostać. To dwie różne sytuacje. - Mocno ściska moją dłoń.

- Zdecydowanie większy sens miałoby, gdybyś ożenił się z Jenną - wtrąca pani Hanson.

- Ale ja nie chciałem żenić się z Jenną.

- Wcale nie mówimy, że powinieneś był to robić - ciągnie ojciec. - Tyle że miałoby to większy sens niż ten ślub. Znałeś Jennę o wiele dłużej. No i... - Urywa, ale łatwo jest uzupełnić tę pauzę. Kochałeś ją dłużej i pewnie bardziej. - Nie wiem, czy pamiętasz, synu, ale powiedziałeś wtedy, że nie jesteś gotowy na małżeństwo i nie podobało ci się, że Jenna, cytuję: "przystawiła ci lufę do głowy". Czy to nie to samo?

- To zupełnie co innego. - Nigdy nie słyszałam w głosie Ike'a takiej złości. Nie podoba mi się, że ją słyszę, a jeszcze bardziej mi się nie podoba, iż to ja jestem jej przyczyną. - Jenna postawiła mi ultimatum. Tami nie. To ja ją poprosiłem. Dobrowolnie i z radością. Z przyjemnością! Chciałbym... - Jego głos nieco łagodnieje. - Nie możecie trochę bardziej we mnie wierzyć? Jestem inteligentnym chłopakiem i mam głowę na karku. Nie jestem idiotą. Wiem dobrze, że to nie do końca normalna sytuacja, ale okoliczności wymagały szybkiej decyzji. A w szerszym kontekście powiem wam, że małżeństwo jest naprawdę tylko formalnością, szczegółem. Zobaczycie, że nie będziemy się spieszyli.

- Jak małżeństwo może być "tylko formalnością"? - pyta pani Hanson.

- I czy ślub z dziewczyną, którą ledwo znasz, to dowód, że się "nie spieszysz"? - pyta pan Hanson.

- Cóż, przede wszystkim nie od razu razem zamieszkamy.

Jego matka zakrywa dłonią szeroko otwarte usta.

Ike mówi dalej:

- Zamierzamy też...

- Co to w ogóle za małżeństwo? - zawodzi pani Hanson.

- Takie, jakiego Tami i ja pragniemy.

- To bujda! - krzyczy ona z oburzeniem. - Oszustwo! Ona cię wykorzystuje, nie widzisz tego? Wszyscy to widzą! Ike, daj spokój! Anuluj to małżeństwo! - Patrzy na niego błagalnie. - Pomożemy ci. Znajdziemy prawnika. Znajdziemy ci najlepszego prawnika w mieście, ale proszę, anuluj je.

- Nie będę niczego anulował. - Ike wpatruje się w swoich rodziców. - Nasze małżeństwo to umowa, której nie zamierzam łamać.

- W interesach robi się to codziennie - zauważa pan Hanson.

- To nie interesy. To miłość.

- Och, Ike. - Matka patrzy na niego z litością. - Siedzisz pod pantoflem tej dziewuchy! Nigdy się tak nie zachowywałeś.

"Dziewucha"? Nie znam takiego słowa.

- Mamo! - Ike gwałtownie wstaje z krzesła. - To bzdura!

- Uspokój się - upomina go ojciec. - Usiądź.

- Nie usiądę. Obraziłaś moją żonę. Nie spodziewałem się tego po tobie.

- A my spodziewaliśmy się po tobie więcej - oznajmia pani Hanson. - I dla ciebie.

Ike podnosi ręce jak policjant próbujący zatrzymać nadjeżdżający samochód.

- Dosyć tego. Oczekuję, że będziecie mnie wspierali bez względu na wszystko. Oczekuję, że moi rodzice - zawsze i w każdych okolicznościach - będą mnie wspierali.

- Halo, halo - przerywa mu ojciec - wspieramy cię.

- Ale nie popieramy tego małżeństwa - dodaje pani Hanson. - A już z pewnością nie będziemy wspierali... jej.

Wiele razy w życiu okazywano mi pogardę, ale nigdy dotąd nie czułam się taka... mała. Wydaje mi się, że lada moment porwie mnie wiatr, a nie ma nawet lekkiej bryzy.

- Ty wszystko planujesz, Ike - ciągnie pan Hanson. - Jesteś przeciwieństwem słowa "impulsywny", więc jeśli robisz coś takiego, nie możemy się nie zastanawiać...

- Chcę waszego błogosławieństwa - spokojnie mówi Ike. - Tego od was chcę. Wiem, że to, co zrobiliśmy, jest nieco niekonwencjonalne, ale kocham Tami i chcę, byście uwierzyli, iż wiem, co robię. I żebyście przyjęli ją do rodziny.

Pan Hanson zdecydowanie spogląda na syna, chcąc coś powiedzieć, ale żona go uprzedza:

- To małżeństwo nie zostanie przez nas pobłogosławione - oznajmia. - To największy błąd, jaki popełniłeś w życiu. I nie, nie przyjmiemy tej... osoby do naszej rodziny.

Bardzo poważny pan Hanson przygląda się synowi, czekając na jego reakcję. Widzę, że Ike zaczyna rozumieć, iż to milczenie oznacza zgodę między rodzicami: nie jestem tu mile widziana. Sekundę później Ike wyciąga rękę i pomaga mi wstać, właściwie ściąga mnie z krzesła. Staję u jego boku.

- Ona ma na imię Tami - mówi. - Zapamiętajcie to sobie, bo ona nigdzie się nie wybiera.

Spis treści

Okładka

W serii

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Udało mi się

Część 1. JEDŹ OBUDZIĆ SWOJE SZCZĘŚCIE

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Część 2. POZWÓL NAM TU TRWAĆ PRZEZ CHWILĘ BEZTROSKI

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Część 3. IDŹ TAK DALEKO, JAK ZDOŁASZ, A GDY TAM DOTRZESZ, ZOBACZYSZ JESZCZE WIĘCEJ

Nowy Kolos

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Kobiety Orientu

Na wakacje

Opowieść prawdziwa