Perska narzeczona - Laura Fitzgerald

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Mijając plac zabaw po drodze do centrum Tucson, podsłuchuję dwie dziewczynki żartujące sobie z koleżanki: "Siedzą na drzewie, Ella i Jake, się całują! Najpierw miłość, potem ślub, potem dzieci cały klub!".

Zaciekawiona przystaję, by przyjrzeć się Elli, rudowłosej dziewczynce, z której podśmiewają się koleżanki. Czeka, żeby się zakochać, widzę to w jej nieśmiałym uśmiechu na piegowatej dziewięcioletniej buzi. W zadziwieniu kręcę głową, otwierając na dodatek usta. Nie po raz pierwszy myślę: to nigdy nie mogłoby się zdarzyć w Iranie.

Ani jeden element tej sytuacji nie mógłby zaistnieć. W Iranie dziewięcioletnie dziewczynki nie pokrzykują sobie radośnie na placach zabaw na widoku przechodniów. Nie zwracają na siebie uwagi, nie chodzą do szkoły z chłopcami. Nie potrząsają długimi rudymi włosami i nie czekają - z przekonaniem, jakie widzę u Elli - na mającą nadejść prawdziwą miłość. I nie wolno im - nie wolno - śpiewać o siedzeniu na drzewie z chłopcami, całowaniu się i dzieciach. W Islamskiej Republice Iranu w takich sytuacjach jak ta nie ma niczego niewinnego.

Podnoszę szybko pentaksa K1000, którego mam na szyi, i robię serię zdjęć. Oto, co chciałabym uchwycić teleobiektywem: przednie zęby tylko do połowy wyrośnięte. Kucyki. Kościste kolana. Plisowane spódniczki, krótkie plisowane spódniczki. Jaskraworóżowy plasterek na ręku Elli. Nie nastawiam ostrości na chłopców w tle i skupiam się tylko na dziewczynkach, na tym, jak ich białe podkolanówki zwijają się aż do kostek. Na ich swobodnych uśmiechach. Te dziewczynki są tak beztroskie i mają ogromne szczęście, że mogą się tą beztroską cieszyć.

Ella zauważa, że robię zdjęcia, i trąca koleżanki łokciem, opuszczam więc aparat, macham do nich i uśmiecham się swoim najszerszym, najszczerszym uśmiechem, który - wiem z doświadczenia - wywołuje u ludzi podobną reakcję. I oczywiście dziewczynki odwzajemniają uśmiech. Macham więc raz jeszcze i idę dalej. Dzięki tej krótkiej chwili czuję w sobie zmianę. Te odważne dziewczynki bawiące się na przerwie zaczarowały mnie i wiem już, że przyglądając się uważnie ich fotografiom, będę szukała wskazówek, jakimi kobietami staną się te uczennice.

Mam nadzieję, że znajdą romantyczną miłość. Że doświadczą namiętnych pocałunków i spotkają mężczyzn, którzy będą spoglądali na nie wzrokiem sięgającym do samej duszy. Podświadomie wiem, że znajdą szczęście i osiągną pełnię.

"Najpierw miłość, potem ślub". Dziecięca wyliczanka, a jednocześnie kulturowe oczekiwanie. Amerykanie wierzą, że można się zakochać całym swoim jestestwem. Wierzą, że to ich niepodważalne prawo, a także, oczywiście, konieczność przed wzięciem ślubu. Tam, gdzie się wychowałam, jest inaczej. W Islamskiej Republice Iranu małżeństwa wciąż często negocjuje się między rodzinami jak zwykłą biznesową transakcję. W większości nowoczesnych rodzin dziewczyny mają jakiś wpływ na jej rezultat. Mogą zniechęcać potencjalnych kandydatów albo - tak jak ja - odwlec ślub, idąc na studia.

Nie chodzi o to, że Irańczycy zawsze są złymi mężami. Tak jak mój kochany ojciec, wielu z nich to dobrzy, mili mężczyźni, traktujący swoje żony jak ludzi, a nie tylko maszynki do rodzenia dzieci. Ale niektórzy są inni. Oprócz rodzinnych podwieczorków, podarunków i kolacji przed ślubem kobieta nie może spędzić z przyszłym mężem ani chwili sam na sam. A więc to strzał w ciemno, jak mawiają w Ameryce. Kobieta wchodzi do rodziny męża w białej sukni, a opuścić ją może tylko owinięta białym całunem - po śmierci.

Taka jest nasza kultura.

I taka jest przyszłość większości dziewczyn - nie do uniknięcia.

Od jakiegoś czasu wydaje się, że również dla mnie.

Z okazji moich dwudziestych siódmych urodzin rodzice urządzili uroczystą kolację w naszym pięknym mieszkaniu w północnym Teheranie. Zazwyczaj nie świętujemy urodzin w tak ostentacyjny sposób, ale przeżywałam wtedy trudny czas i rodzice chcieli jakoś mnie uszczęśliwić. Po czterech latach pracy w szkole zrezygnowałam z posady, wbrew radom matki i ojca. I to pomimo faktu, że tak długo marzyłam o uczeniu dziewczynek. Niestety, od samego początku cierpiałam na ostre migreny i koszmarne bóle brzucha. Najwyraźniej mój organizm nie był wystarczająco silny, by przetrwać uczenie młodych dziewcząt w czasach władzy reżimu.

Po rezygnacji z pracy moje fizyczne dolegliwości prawie ustąpiły, ale mój świat się skurczył. Rzadko wychodziłam z domu. Na ulicach było niebezpiecznie, a ja nie miałam żadnego celu, marzeń, które mogłyby nieść mnie naprzód. Nie skończywszy jeszcze dwudziestu siedmiu lat, czułam się zmęczona jak ktoś, kto przeżył całe nieszczęśliwe stulecie. Wpadłam w depresję.

Moi kochani rodzice chyba wyczuwali moją desperację, bo zgromadzili wszystkich ludzi, których kochałam, na wielkim urodzinowym święcie. Wszystkich, którzy - jak wiedzieli - mogli mnie uradować. Przyszły więc Minu i Leila, moje najdroższe przyjaciółki z uczelni, przy których zawsze się śmiałam, gdy w domu Leili spędzałyśmy wiele godzin, tańcząc do przemycanych nagrań koncertów Siavasza. Byli również Merszad i Roksana, brat mojego ojca z żoną, a także - co najważniejsze - Ali i Homa Karmoni. Ich przyjaźń z moimi rodzicami była łaską, która sprawiała, że życie w Iranie jakoś dawało się znieść. Jej początki sięgały bardzo daleko w przeszłość. Ali Aga dawno temu zatrudnił mojego ojca jako inżyniera, choć wtedy nikt nie chciał tego zrobić z powodu zachodniego sposobu życia, jaki prowadzili rodzice. Od tamtej pory Ali Aga zawsze strzegł posady mojego ojca. Poza tym jeździliśmy razem na wakacje, obchodziliśmy święta i traktowaliśmy ich, jakby należeli do naszej rodziny.

Ali i Homa mieli jednego uwielbianego syna, Rezę, dwanaście lat starszego ode mnie. Od bardzo dawna mieszkał w Londynie, choć Homa Kanum zawsze opowiadała mi, co właśnie robi.

- Wiesz, Aga Reza w przyszłym miesiącu wraca z Londynu - oznajmiła tamtego wieczoru, gdy zebraliśmy się w naszej jadalni wokół sofreh*, by zjeść uroczystą kolację, jagnięcy kebab i ryż z szafranem. - Przyjął posadę na Wolnym Uniwersytecie i jest gotowy, by się ustatkować i ożenić. Będzie profesorem.

* Sofreh (arab.) - rodzaj dywanu, który pełni funkcję stołu.

Czułam na sobie spojrzenia Minu i Leili, ale nie spojrzałam w ich stronę, tylko uśmiechnęłam się uprzejmie do Homy Kanum. Próbowałam nie okazywać, jak ciężko mi na sercu, i stłumić myśl, która nagle zaświtała mi w głowie: będzie właśnie tak. Już nie muszę się zastanawiać. Utknęłam w domu ojca jak w kokonie, bez pracy i bez perspektyw na zamążpójście. Moi rodzice uwielbiali Agę Rezę, jakby był ich synem.

Będzie właśnie tak. Pójdę do domu Karmonich w białej sukni jako żona Rezy, a wyjdę z niego owinięta białym całunem. Mój świat stanie się taki malutki.

Boleśnie, dusząco... malutki.

Przyjęcie skończyło się krótko przed świtem. Kobiety zmyły makijaż, schowały piękne ubrania pod płaszczami i eleganckie fryzury pod chustami. Moja matka, ojciec i ja ucałowaliśmy każdego z gości w oba policzki. Ostrzegaliśmy ich: "Bądźcie ostrożni, uważajcie na blokady i pamiętajcie, prosimy, pamiętajcie, że jeśli zatrzymają was milicjanci z bassidji, nie mówcie, gdzie piliście to domowe piwo. A może jednak powinniście zostać na noc?". Ale nie, nie. Nadeszła pora, by odważnie wyprawić się z naszego bezpiecznego domu w ciemną teherańską noc, prosto na ulice, gdzie mogły zdarzyć się różne złe rzeczy. I często się zdarzały.

Gdy goście wreszcie wyszli, ojciec zamknął drzwi i na długą chwilę oparł o nie czoło.

- Baba? - odezwałam się. - Czy coś się stało?

Natychmiast się do mnie odwrócił.

- Pamiętam, że gdy kończyłem dwadzieścia siedem lat - odpowiedział z bladym uśmiechem - mój świat był pełen szczęścia i nadziei na przyszłość. Pamiętasz, Azar, ten rok, gdy skończyliśmy dwadzieścia siedem lat?

- Oczywiście - odparła moja matka i nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. - Oczywiście.

Wtedy mieszkali w Ameryce - wiedziałam to. Mój ojciec w latach siedemdziesiątych studiował na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Podjął jednak decyzję, której żałował do końca życia, i sprowadził rodzinę z powrotem do Iranu na dłuższą wizytę akurat w niebezpiecznym czasie, zaraz po tym, jak obalono szacha i ajatollah Chomeini wrócił z wygnania. Z powodu zakazów, które nałożono, utknęliśmy w kraju i mojemu ojcu nigdy nie udało się zdobyć pozwolenia na wyjazd. On, człowiek wykształcony, który poznał prawdziwą demokrację, który głęboko wierzy w sens oddzielenia Kościoła od państwa, musi dożywać kresu swoich dni pod władzą opresyjnego religijnego reżimu. Takich ludzi jak on jest w Iranie bardzo wielu. Ja mieszkałam w Ameryce od niemowlęctwa do drugiego roku życia. Oczywiście nic z tamtego czasu nie pamiętam. Jedyne, co znam, to historie opowiadane przez rodziców i moją siostrę Miriam, osiem lat starszą ode mnie.

- Twoja matka i ja mamy dla ciebie prezent, Tami joon**.

** Joon (farsi) - kochanie, kachana(y).

Mój ojciec uwielbia dawać prezenty. Pewnie trudno mu było czekać do końca przyjęcia, by mi go dać. Oczywiście myślał o nim przez cały wieczór.

- Co to jest?

Skinął głową na mamę, a ona zniknęła w ich pokoju, by przynieść prezent. Ojciec klasnął i dmuchnął w dłonie, jakby próbował je rozgrzać, stojąc przed domem w zimny teherański poranek, zdrapując szron z samochodowych szyb i czekając, aż silnik rozgrzeje się wystarczająco, by mógł pojechać do miasta, do swojej pracy inżyniera transportu. Ale przecież nie stał na dworze, tylko w domu, gdzie było miło i ciepło. Poczułam w brzuchu motyle i miałam przeczucie, że to nie będzie zwykły prezent.

Mama wróciła chwilę później z prostym, białym, niewielkim pudełkiem. Podała je ojcu i stanęła obok. Splotła dłonie, przygryzła dolną wargę i spojrzała na mnie w sposób, którego nigdy nie zapomnę. To było spojrzenie pełne dumy, ekscytacji i strachu jednocześnie.

- Proszę, otwórz. - Ojciec wręczył mi pudełko.

Zrobiłam krok do przodu i wzięłam podarunek w drżące ręce. Podniosłam wieczko i włożyłam je w wyciągnięte dłonie mamy. Podejrzliwie spojrzałam na zakrywającą prezent bibułkę, aż w końcu ją odsunęłam.

- Czy to mój... - Ugryzłam się w język. Oczywiście, że to nie mogło być to. Tamten prezent tkwił przecież schowany w moim pokoju pod stosem jedwabnych hidżabów. O tym prezencie nie wspominaliśmy od wielu lat i do tej chwili byłam przekonana, że o nim zapomniano.

Wyjęłam z pudełka błękitną porcelanową butelkę z perfumami i spojrzałam pytająco na ojca. Kiwnął głową. Tak, Tamilo. To jest to, co myślisz.

Poczułam napływające do oczu łzy, gdy tylko postawiłam pudełko na stoliku w holu i odkręciłam korek butelki, by znów to poczuć. By znów zobaczyć i przypomnieć sobie pierwszy raz, gdy dostałam dokładnie taki sam prezent.

Miało to miejsce w moje piąte urodziny. Ojciec, tak jeszcze wtedy młody, posadził mnie sobie na kolanach i podał mi tę samą okrągłą butelkę z perfumami. Należała do mojej mamy - zawsze stała na tacce na jej toaletce. Uwielbiałam te perfumy. Najbardziej lubiłam ściskać małą pompkę przy tych wyjątkowych okazjach, gdy matka pozwalała mi psikać wodą różaną miękkie wnętrze jej nadgarstków - potem pocierała je o siebie i przystawiała do mojego małego noska. Uważałam, że to piękny prezent. Cudowny, "dorosły" prezent dla dziewczynki, która uwielbiała swoją matkę.

Jednak gdy podniosłam butelkę do nosa i powąchałam, uśmiech zniknął z mojej buzi. Przecież mój ojciec, mój ukochany baba joon, nie mógłby zrobić mi tak przykrego dowcipu. A jednak gdy ostrożnie odkręciłam pompkę i odkryłam, że w butelce jest tylko piasek, musiałam mocno zacisnąć usta i zmusić się, by nie okazać braku szacunku i się nie rozpłakać.

Ojciec przyciągnął mnie do siebie i pocałował w czoło.

- Moja piękna Tamilo, to nie jest zwykły piasek. - Wziął moją dłoń i gładził jej wierzch kciukiem. To była jego kołysanka.

- To... - zaczął z powagą - ...to jest piasek z Ameryki. Zebrałem go własnymi rękami, by podarować mojej pięknej Tamili joon na jej piąte urodziny, żeby go strzegła i pamiętała, że gdy będzie starsza, dostanie do wykonania specjalne zadanie. Ma zabrać ten piasek do miejsca, z którego go wziąłem. Do Ameryki.

Z zamyślenia wyrwał mnie cichy głos mamy:

- Tami...

Podniosłam głowę i spojrzałam jej w oczy.

- W pudełku jest coś jeszcze. - Podała mi je. Już nie zagryzała wargi i nie wyłamywała palców. Patrzyła na mnie ze spokojem, który bardzo rzadko u niej widywałam. Poczułam, jak rośnie we mnie nadzieja, na co od razu zareagowałam strachem, bo w Iranie marzenia rzadko się spełniają, częściej są zduszane w zarodku. Dla irańskiej dziewczyny marzenia to bardzo niebezpieczna rzecz.

Ojciec nie potrafił opanować zniecierpliwienia.

- Wyjmij go - polecił mi, robiąc krok w moją stronę, jakby chciał mnie zmusić do reakcji, gdybym się wahała.

Odetchnęłam głęboko i odsunęłam kolejną warstwę bibułki. Westchnęłam głośno. Czy to naprawdę... Tak! To on! Wbiłam wzrok w ojca, którego twarz natychmiast rozjaśnił szeroki dumny uśmiech.

Na dnie pudełka leżał paszport.

Dla mnie.

Mój paszport! W środku był również bilet lotniczy w jedną stronę - z Iranu do Turcji, gdzie miałam otrzymać wizę i bilet do kraju marzeń moich rodziców.

Zrobił to.

Mój ojciec mnie ocalił.

Wysyła mnie do Ameryki.

- Jak ci się... - zaczęłam zdziwiona, ale ojciec machnął tylko lekceważąco ręką. Zrobił to. Nic więcej nie musiałam wiedzieć.

- Ale co z... - Pytająco spojrzałam w oczy ojca. A co z Agą Rezą? - chciałam zapytać. Co z nim i propozycją małżeństwa, którą prawdopodobnie wkrótce otrzymam? Powstrzymałam się jednak. W oczach taty nie dostrzegłam śladu Agi Rezy.

- Dziękuję ci, baba joon. Tak bardzo ci dziękuję! - Zarzuciłam mu ręce na szyję i zaczęłam szlochać.

- Ćś...Ćś... - uspokajał mnie, kołysząc w przód i w tył. - To twoja szansa. Jedź do Ameryki, żebyśmy byli z ciebie dumni.

Odsunęłam się nieco, skinęłam głową i upewniłam się, że ojciec dostrzegł w moim spojrzeniu zdecydowanie. Zrobię to. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by byli ze mnie dumni. Potem odwróciłam się do mamy i mocno się przytuliłyśmy.

- Będę za tobą bardzo tęskniła, maman joon.

- Kocham cię, Tami joon - wyszeptała mi do ucha. - Kocham cię bardzo, bardzo mocno. I wiem, że czeka tam na ciebie piękny, wspaniały świat. - Szloch na moment stłumił jej słowa i odezwała się dopiero po chwili, gdy odzyskała spokój. Wysunęła się z mojego uścisku i złapała mnie za przedramiona, by spojrzeć mi w oczy. - Jedź i znajdź swoje szczęście - nakazała. - Obiecaj, że to zrobisz.

Spojrzałam na nią raz jeszcze i przez moment zobaczyłam w jej oczach... Amerykę. Jej Amerykę. Moją matkę, jej młodszą wersję, mocno zakorzenioną w kalifornijskiej glebie.

Dawno temu podarowała mi zdjęcia z naszego pobytu w Stanach. Są moim najcenniejszym skarbem.

Na jednej z fotografii siedzę na kolanach ojca w McDonaldzie i zajadam frytki. Na innym Miriam huśta mnie na placu zabaw w parku Golden Gate. Na kolejnym golutka uciekam przed zimnymi falami Pacyfiku, piszcząc z zachwytu.

Jest jeszcze jedno zdjęcie zrobione tamtego dnia nad oceanem.

Mam na nim jednoczęściowy różowy kostium kąpielowy z wielką żółtą stokrotką na środku. Mama trzyma mnie na rękach, a ja obejmuję ją w pasie nogami, opierając głowę na ramieniu. Fala obmywa jej stopy. Mama patrzy prosto w obiektyw. Ma opaloną skórę i potargane przez wiatr włosy. Nie wie jeszcze nic o segregacji na plaży, konfiskowaniu paszportów i zasłanianiu się przed ciepłym słońcem oraz męskimi spojrzeniami. Zna tylko piękno tamtego dnia. Ma na sobie szorty z obciętych dżinsów i różową górę od bikini. W uszach duże złote obręcze, a na wargach jasnoczerwoną szminkę. Paznokcie też są pomalowane na czerwono. Wygląda niesamowicie pięknie i jest szczęśliwa. Szczęśliwa i wolna.

Nie znam takiej mamy. Ta, którą znam, nosi hidżab, obowiązkowy w tym ustroju. Mijając mężczyzn na ulicy, zawsze schyla głowę i odwraca wzrok. Nie pamiętam tej beztroskiej mamy ze zdjęcia, ale mimo to tęsknię za nią każdego dnia. Mama, którą znam, zawsze jest smutna.

Słońce. Fale. Szum oceanu. Seksowna pewność siebie odziana w górę od bikini i szorty podkreślające umięśnione nogi zgrabnej kobiety. Gołe stopy. Wiatr tańczący we włosach. Mama wszystko to pamięta. I chce, bym doświadczyła tego samego. Bym przeżyła jej sen.

- Obiecuję, maman joon - odpowiadam szeptem. - Obiecuję, że pojadę znaleźć swoje szczęście.

A potem przytulam ją jeszcze raz, przylegając do niej całą sobą, bo już za nią tęsknię - tak bardzo - za moją smutną matką pachnącą wodą różaną. Próbuję zapamiętać ten moment, ten uścisk. Muszę zachować go w sercu na zawsze. Muszę być dzielna. Dla niej.

Bo już tu nie wrócę.

* * *

Trzy tygodnie później mała butelka po perfumach wypełniona piaskiem znad zatoki San Francisco leży bezpiecznie w mojej walizce, ja zaś siedzę w samolocie, zostawiając za sobą ojczyznę. Gdy pilot oznajmia, że opuściliśmy przestrzeń powietrzną Iranu, rozlega się zgodny wiwat. Kobiety rozpinają pasy i wstają. Rozglądając się, ściągają chusty z głów i rozpuszczają włosy. Wyjechały z Iranu i przyszłość należy do nich, zrobią z nią, co będą chciały. Ja siedzę w milczeniu i je obserwuję. Rozmyślam o mojej matce. Coś ściska mnie w piersi tak mocno, że nie mogę oddychać.

Patrzę, jak stewardesy podają orzeszki ziemne i proponują pasażerom drinki - dopiero teraz, gdy przekroczyliśmy granice naszego kraju, gdzie alkohol jest nielegalny. Jeden ze stewardów podchodzi do mnie, uśmiecha się i pyta, czy chciałabym napić się wina. Zaskakuje mnie sam fakt, że mężczyzna patrzy na mnie, jakby nie było nic złego w tym, że niespokrewnieni meżczyzna i kobieta spoglądają sobie prosto w oczy i niezobowiązująco gawędzą. I to publicznie! Oczywiście nie ma w tym nic złego. Po prostu takie rzeczy nie zdarzają się tam, skąd pochodzę.

Nabieram więc powietrza i próbuję rozwiązać supełek pod brodą, by zaraz potem zdjąć hidżab. Kładę go na kolanach, tak daleko, jak to możliwe.

Mężczyzna z aprobatą kiwa głową, jakby uznawał za słuszne to, co zrobiłam. Spoglądam prosto w jego przyjazne ciepłobrązowe oczy. Choć to dziwne, nie odwracam wzroku.

- Tak, proszę - mówię.

Chcę orzeszków. Chcę wina. Chcę patrzeć mężczyźnie w oczy i nie czuć wstydu.

Nazywam się Tamila Soroush.

I chcę mieć wszystko.

Rozdział 2

Minęły dwadzieścia cztery godziny, odkąd opuściłam Iran, uściskawszy mocno rodziców na lotnisku Mehrabad, i odkąd wyszlochaliśmy słowa pożegnania. Po trzech przesiadkach na trzech różnych kontynentach jestem teraz dziesięć minut od Tucson w Arizonie, gdzie wreszcie wysiądę z samolotu i spotkam się z Miriam.

Wygląda jednak na to, że samolot zaraz się rozbije.

Nagle zaczyna opadać. Dzwonki alarmowe dźwięczą uprzejmie, choć natarczywie, a obsługa pospiesznie siada i zapina pasy. Miny mają nonszalanckie, ale wiem, że przecież szkoli się ich, by tak wyglądali w kryzysowej sytuacji. W głośnikach rozlega się męski głos. Angielski jest szybki i niewyraźny, ale choć uczę się tego języka od początku szkoły i ojciec przez trzy tygodnie przed podróżą mówił do mnie właściwie tylko szybkim i niewyraźnym angielskim, to i tak słowa pilota są zbyt pokręcone i zbite, bym mogła cokolwiek zrozumieć. Może każe pasażerom zmówić ostatnie modlitwy? Zaciskam dłonie na oparciach fotela i zaczynam mruczeć pod nosem:

- Baad chanse ma, Baad chanse ma.

- Przepraszam - odzywa się do mnie powoli i z dziwnym namaszczeniem kobieta siedząca obok, która dosiadła się w Phoenix - czy mówi pani po arabsku? - Ma na sobie czarną koszulkę ze srebrnym napisem: WŁADZA PSUJE. Za noszenie takiej koszulki w Iranie dostałaby czterdzieści batów. W najlepszym wypadku.

Kręcę głową.

- To farsi.

- Tak mi się wydawało. Jakiś czas mieszkałam z Persem. Odmawiała pani modlitwę?

Uśmiecham się ponuro. Samolot jednak się nie rozbije. Po prostu wlecieliśmy w dziurę powietrzną.

- Przestraszyłam się trochę tych... jak to się nazywa? Turbulencji. A mówiłam do siebie, że pech widać ściga mnie po całym świecie. - Patrzę na kobietę, by sprawdzić, czy mnie rozumie czy może powinnam powtórzyć, co mówiłam. Naprawdę nie wiem, jak dobry jest mój angielski, zaczynam więc się rumienić. Może mówię okropnie?

Ale chyba nie, bo dostrzegam ekscytację na twarzy współpasażerki, która zwraca na mnie całą swoją uwagę.

- Jedzie pani z Iranu?

Kiwam głową.

- To niesamowite! Ma pani rodzinę w Stanach?

Znów kiwam głową.

- Moja siostra z mężem tu mieszkają.

Miriam mieszka w Ameryce od prawie piętnastu lat, odkąd wyszła za mąż za chirurga ortopedę o imieniu Ardaszir. Gdy przyjeżdżał do Teheranu w odwiedziny do matki, zaczął zalecać się do mojej siostry. Nasi rodzice są dumni, że Ardaszir jest chirurgiem. W naszej kulturze to dużo znaczy. Jednak w Stanach miał tylko status rezydenta, nie obywatela. A to nie wystarczyło. Rodzice nie chcieli pozwolić na małżeństwo, dopóki przyszły zięć nie zdobędzie amerykańskiego obywatelstwa, by mógł zabrać moją siostrę ze sobą i ułatwić jej otrzymanie tamtejszego paszportu.

- Jak długo pani zostaje? - Kobieta uśmiecha się tak sympatycznie, że nie przeszkadzają mi jej pytania. W Ameryce wszyscy szeroko się uśmiechają i dużo mówią. Widziałam na filmach.

- Przenoszę się tutaj.

- Naprawdę? Jak się to pani udało?

Serce wali mi jak młotem i znów się rumienię. Zakładam włosy za ucho. Czuję się, jakbym kłamała. Ale przecież to prawda. Przenoszę się do Ameryki.

- Wychodzę za mąż - odpowiadam tajemniczo i uśmiecham się, bo przecież takie słowa zobowiązują do uśmiechu.

- Gratulacje! Poznała go pani jeszcze w Iranie, tak?

Kręcę głową i przełykam ślinę.

- Jeszcze go nie poznałam.

- Och... - pada tylko. Szeroki uśmiech blednie i kobieta spogląda na mnie z większą powagą. - To aranżowane małżeństwo?

- Tak. W mojej kulturze to normalne.

- A co pani o tym myśli?

Co ja o tym myślę? Mam ochotę zapytać: "A jakie ma znaczenie, co ja o tym myślę?". Mogę tu zostać na trzymiesięcznej wizie. Jedynym celem mojej podróży jest wymyślić jakiś sposób, by zostać w Stanach, a to oznacza, że powinnam znaleźć męża, który poprze moje podanie o stały pobyt. Wybór jest prosty: małżeństwo tu albo małżeństwo w Iranie. Nie waham się. Małżeństwo to niewielka cena za możliwość zostania w Kraju Możliwości i wychowywania dzieci, moich córek, w wolności, której zakazano by im w Iranie.

- Amerykanie pobierają się tylko z miłości - zwracam się do nowej znajomej. - Ale w mojej kulturze próbujemy znaleźć kogoś, kogo z czasem możemy pokochać.

- O rany, nie potrafię sobie tego wyobrazić. - Kobieta kręci głową i nagle wybucha śmiechem. - Ale cóż, ja już dwa razy się rozwodziłam, a nie mam jeszcze czterdziestki. Może twój sposób nie jest wcale taki zły?

Nie mogę się powstrzymać i otwieram szeroko oczy. Rozwiedziona! Dwukrotnie! Pewnie jest czarną owcą w rodzinie. Ależ musiała się zachowywać, że aż dwóch mężczyzn się z nią rozwiodło. Może dlatego jest taka rozmowna. Pewnie w samolotach musi zagadywać do obcych. Wszyscy inni jej unikają.

Znów się uśmiecha, widząc moje zaskoczenie.

- Ale coś pani powiem. Ten chłopak, Pers, z którym przez jakiś czas mieszkałam... Był lepszy w łóżku niż obaj moi mężowie razem wzięci. Fan-tas-tyczny. Może to też kwestia kultury. - Kręci głową na samo wspomnienie. - Mmm, uhm... czego to on nie robił językiem.

Samolot ostro ląduje na ziemi, dzięki temu nie muszę odpowiadać. Jestem zaskoczona i zawstydzona tym, co usłyszałam. Udaję, że zaczynam zbierać swoje rzeczy, gdy samolot kołuje do terminalu.

- Poradzi sobie pani? - pyta kobieta.

- Tak, tak - zapewniam gorliwie, nie chcąc, by moja siostra widziała mnie z taką badjen, bezwstydną kobietą. - Bardzo dziękuję za pomoc.

- W takim razie powodzenia - rzuca jeszcze, rozpinając pas i wstając, zanim samolot całkiem się zatrzymuje. Bierze plecak i rusza do drzwi. Patrzę, jak odchodzi. To pierwsza Amerykanka, z którą w życiu rozmawiałam. Wiem już, że zapamiętam ją na zawsze. Była miła i szalona.

Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co robił tamten perski chłopak językiem, że tak ją to uszczęśliwiało.

Chociaż odkąd ostatnio widziałam Miriam minęło piętnaście lat, strach przed spotkaniem z nią powoduje, że zwlekam i wysiadam z samolotu ostatnia. Gdy wychodzę, słyszę jej wysoki uradowany głos, jeszcze zanim kogokolwiek udaje mi się zobaczyć.

- Tami! Tami! - piszczy Miriam. - O matko! Tutaj, Tami joon!

Odwracam głowę w stronę, z której dobiega głos, i moje serce od razu mięknie, gdy niewyraźna postać, która musi być Miriam, łapie mnie za ramiona, całuje w oba policzki i mocno przytula. Wciąż przytulona nawija moje loki na palce. Zapomniałam już, jak robiła to dawniej, kiedy byłyśmy dziećmi i przez wiele lat dzieliłyśmy pokój. Tak właśnie budziła mnie rano, gładząc palcami moje włosy i śpiewając. Z ulgą wybucham śmiechem, a potem zaczynam płakać i przytulam się do niej jeszcze mocniej.

- Ćśśś - mówi cicho, gładząc mnie po głowie. - Nie płacz. Nie chcemy, żebyś miała podpuchnięte i zaczerwienione oczy.

Kiedy robi krok do tyłu i ujmuje w dłonie moją twarz, by pocałować mnie raz jeszcze w oba policzki, nie mogę opanować westchnienia.

- Jesteś taka piękna! Jak to się stało?

W czarnych oczach Miriam widzę błysk zadowolenia.

- W Ameryce wszyscy są piękni, Tami joon.

Z trudem powstrzymuję się, by nie gapić się na siostrę. Miriam zawsze była ładna, ale teraz jest w niej piękno, którego dotąd nie widziałam. Pozbyła się dziecięcego tłuszczyku, ukształtowała mięśnie i zapuściła włosy - opadają jej na plecy w idealnych lśniących falach. Miriam ma na sobie złoto, mnóstwo złota, i jeszcze więcej złota - kolczyki, naszyjnik, dwie bransoletki. W Iranie kobiety, nosząc złotą biżuterię, popisują się. Odsłaniają ją na przyjęciach, gdy już wejdą do domu i zdejmą z głowy hidżab oraz okrycie, które musimy nosić na zewnątrz, by nie zaczepiali nas prymitywni członkowie bassidji.

A tutaj Miriam może otwarcie nosić złote ozdoby. Na jej twarzy zamiast dawnej gładkości dostrzegam zmarszczki mimiczne. Usta ma pomalowane jasnoróżową szminką, a powieki złotym cieniem. Pewnie skopiowała makijaż z jakiegoś babskiego magazynu. Tak przynajmniej robiła w domu. Ale najdziwniejszy jest jej biust - zdecydowanie nie taki, jaki Miriam prezentowała, wyjeżdżając z Iranu.

- Rany, Miriam! Co to jest? Brałaś jakieś specjalne witaminy, by urosnąć w tych miejscach? - To w końcu moja siostra, przecież mogę ją zapytać.

Śmieje się, uradowana moją naiwnością.

- One nie są prawdziwe, Tami. Powiększyłam je rok temu. To się nazywa "zrobić cycki".

Na dźwięk tych słów zaczynam chichotać. "Zrobić cycki"? W moich stronach nikt nie zna takich słów, bo są zupełnie nieprzydatne. Operacje nosa - jasne. To znany zabieg, bo nosy można operować, zmieniać, poprawiać, jako że to praktycznie jedyna część ciała kobiety, którą widzą mężczyźni. Cała reszta publicznie zawsze jest zakryta.

Pytam, czy Ardaszir akceptuje to, że Miriam "zrobiła cycki".

- Akceptuje? - Siostra śmieje się coraz głośniej. - A jak myślisz, kto za nie zapłacił?

Dopiero teraz, patrząc na nowe piersi mojej siostry, zaczynam zdawać sobie sprawę, że nie tylko przejechałam właśnie pół kuli ziemskiej, ale weszłam do nowego wszechświata.

- Bolało?

- Nie bardzo. - Wzrusza ramionami. - Kobiety tutaj często robią sobie takie zabiegi, szczególnie jeśli ich mężowie mają pieniądze. Na przykład jeśli ci mężowie są lekarzami i biznesmenami, którzy prowadzą własne firmy.

Miriam obejmuje mnie i odwraca plecami do wyjścia. W stronę świata, w stronę przyszłości.

- Nie martw się, jeśli będziemy mieli problem ze znalezieniem dla ciebie męża, załatwimy ci zabieg. Jestem pewna, że Ardaszir za niego zapłaci.

Ten pomysł mnie przeraża.

- Nie chcę, żeby Ardaszir płacił za moje nowe cycki! - O tym rodzice mi nie wspomnieli, o potrzebie zrobienia nowych cycków.

- Zrobisz, co będzie trzeba, Tami - śmieje się Miriam. Jednak gdy zauważa, że jestem bliska łez, przyciąga mnie do siebie i pocieszająco przytula. Potem gładzi mnie po policzku, dodając cicho: - Nie chcę, żeby moja siostra znów była tak daleko. Zrobimy, co będzie trzeba, prawda?

Przełykam ślinę i kiwam głową.

- Tak. Oczywiście masz rację.

Miriam podnosi torbę z logo Macy's. Jest kierowniczką sklepu - tata opowiada o tym wszystkim znajomym.

- Przywiozłam ci rzeczy na zmianę. W domu czeka na nas jakieś trzydzieści osób.

- Tutaj? Mam się przebierać tutaj, w publicznej toalecie? - Przypominają mi się chwile, kiedy w Iranie zabraniano mi korzystać z obrzydliwych toalet publicznych.

Kiwa głową.

- Tylko postaraj się niczego nie dotykać.

Jestem w podróży od trzydziestu sześciu godzin, a nie spałam dłużej niż trzy. Swojego pierwszego wieczoru po przybyciu do Ameryki nie chcę wchodzić do publicznej toalety. I nie chcę przyjęcia.

- Ay, Miriam - jęczę. - Jestem taka zmęczona. Nie wiem, czy dam radę nie zasnąć na tym przyjęciu.

- Przykro mi, ale spodziewaliśmy się, że przyjedziesz dużo wcześniej. Nie mogłam dzwonić do wszystkich i odwoływać. To byłoby niegrzeczne. Zresztą będzie tam dentysta, którego rodzinę dobrze znamy. Mieszka w Kalifornii i jutro musi wracać. Jego matka twierdzi, że jest gotowy do ożenku.

Namolna perska baba - oto moja siostra. Zawsze taka była, a ja nie mam już siły, żeby się z nią spierać. Obiecała naszym rodzicom, że znajdzie mi porządnego irańskiego męża z amerykańskim obywatelstwem, i dotrzyma obietnicy. Zacznie od dzisiejszego wieczoru.

Przypominam sobie, że powinnam być wdzięczna. To moja siostra i ma dobre zamiary. Wkładam więc dopasowaną czerwoną sukienkę z głębokim dekoltem. Pozwalam nałożyć sobie makijaż, a po chwili ledwo rozpoznaję się w lustrze. Pozwalam Miriam spryskać czymś moje włosy, które podobno mają stać się bardziej kręcone i sprężyste. Za jej namową wkładam sandałki na wysokich obcasach. Pozwalam sobie pomalować paznokcie u stóp. Tylko ta ostatnia rzecz wywołuje mój uśmiech - palce robią się kolorowe i radosne. Wszystko inne mnie przeraża. Ekscytuje? Też, przyznaję. Przecież spędziłam życie, zakrywając ciało, a jestem gotowa, by ubrać się elegancko. Ale na moich warunkach, nie na warunkach mojej siostry.

Spędziwszy życie na staraniach, by nikt nie zwrócił na mnie uwagi, teraz czuję się bardzo niepewnie, gdy gapią się na mnie obcy.

A gapią się.

Rozdział 3

Gapienie rozpoczyna się w chwili, gdy wchodzimy do domu mojej siostry. A nawet przedtem, jeśli wliczyć sprzątacza, który uśmiecha się do mnie i Miriam, kiedy opuszczamy lotniskową toaletę. Nagle ogarnia mnie tęsknota za byciem niewidzialną, co zapewniał mi hidżab. Ale nie, przecież nie robimy nic złego - próbujemy tylko ładnie wyglądać - elegancko, wyjątkowo w kraju, gdzie nie jest to nielegalne. Nikt nie wsadzi mnie do więzienia za to, że próbuję dobrze wyglądać, nie muszę się więc bać. Mimo to biorę siostrę pod ramię i przytulam się do niej mocno. Na nią wszyscy mogą się gapić - na moją supermodną siostrę.

Zabieramy moje bagaże i wychodzimy na parking, gdzie przez chwilę, która trwa wieki, po raz pierwszy oddycham pełną piersią. Zadziwiona spoglądam w niebo. Tutaj nawet gwiazdy wyglądają inaczej. Są jaśniejsze i świecą w konstelacjach, których nie rozpoznaję. Powinnam była się tego spodziewać, a jednak z zaskoczeniem stwierdzam, że nawet niebo jest tu inne. Potrzebuję kolejnego głębokiego oddechu, by się przyzwyczaić.

- Zupełnie inaczej, prawda? - pyta Miriam cicho.

Kiwam tylko głową, bo za gardło ściska mnie przerażająca tęsknota za domem. Powinnam była naszkicować gwiazdy świecące nad naszym domem w Teheranie. Muszę poprosić mamę, by je dla mnie narysowała, a w zamian ja narysuję dla niej kawałek nieba tutaj. Przynajmniej zawsze będziemy patrzyły na ten sam Księżyc, maman joon i ja. Tak się pocieszam. Wdycham chłodne pustynne powietrze. Wydaje się dobre, bardzo dobre. Powietrze w Teheranie jest trujące, gęste od zanieczyszczeń i kurzu. Tutaj jest świeże, jakbyśmy były gdzieś wysoko w górach Elburs.

- Poczekaj do rana, gdy wstanie słońce - mówi Miriam. - Pamiętasz te stare westerny z Johnem Wayne'em, które baba joon wciąż oglądał, gdy byłyśmy małe?

Przytakuję.

- Wszystkie kręcono w tej okolicy, i tutaj wciąż jest jak na starych filmach. Takich kaktusów nie znajdziesz nigdzie indziej na świecie. A niebo? Nigdy nie widziałaś tak niebieskiego nieba. Tu nie ma chmur, Tami.

- A więc ci się tu podoba? - mamroczę pod nosem.

- Bardzo - odpowiada. - Iran nie jest miejscem dla kobiety. Ameryka jest miejscem dla każdego.

Spoglądam przed siebie, w ciemność, i próbuję wyobrazić sobie ten świat za dnia.

- Kraj wolnych ludzi - szepczę, słysząc w tych słowach echo głosu ojca.

- I kraj odważnych ludzi - dodaje Miriam, przytulając mnie. - Jesteś bardzo dzielna, siostrzyczko, że przejechałaś sama taki kawał drogi.

- Ty też to zrobiłaś - przypominam jej.

- Tak, ale ja miałam Ardaszira.

- A ja mam ciebie.

Od razu wiem, który z niewielu już samochodów stojących na parkingu należy do Miriam. W Iranie większość ludzi wciąż jeździ samochodami, które kupili przed rewolucją, i może tylko pomarzyć o nowym, lśniącym złotym lakierem mercedesie, jaki ma moja siostra. To samochód pooldar, najwyraźniejszy symbol statusu społecznego.

Podczas jazdy Miriam nie przestaje mówić o Tucson, pogodzie, dzielnicy, w której mieszka, kursie angielskiego, na który mnie zapisała, a który zaczyna się w następny poniedziałek. Próbuję jej słuchać, naprawdę, ale przede wszystkim próbuję zorientować się, kim jest siedząca obok mnie kobieta. Wytłumaczyć sobie i zrozumieć raz na zawsze, że to ona, Miriam, moja siostra. Że znów jesteśmy razem. Kiedyś utrzymywała mnie przy życiu w Iranie, była jedynym jasnym punktem w naszym wiecznie smutnym domu. A potem mnie zostawiła. Wyszła za mąż przy pierwszej okazji i nie miała nawet tyle przyzwoitości, by udawać, że będzie tęskniła za Iranem.

- Halo, Tami! - śmieje się teraz. - Jesteś chyba milion lat świetlnych stąd!

- Myślisz, że kiedykolwiek wrócisz i odwiedzić babę i maman joon? - Urywam i patrzę, jak Miriam zaciska szczęki. - Szkoda, że nie możesz usłyszeć, jak oni się tobą chwalą! Są z ciebie tacy dumni. Pojedziesz do nich kiedyś, prawda?

Miriam nie spuszcza oczu z drogi.

- Oczywiście, że pojadę - odpowiada cicho. - Pewnego dnia pojadę.

- Wiem, że jesteś tu bardzo zajęta - rzucam, widząc, że posmutniała.

- Ależ tak! Jestem potwornie zajęta! W pracy mam totalne szaleństwo, a Ardaszir nie poradziłby sobie beze mnie zbyt długo. Powinnaś zobaczyć, jak próbuje zrobić coś w kuchni!

Śmiejemy się obie. Po chwili Miriam odwraca się i mierząc mnie wzrokiem, pyta:

- Naprawdę dorosłaś, prawda?

- Chyba tak. Przynajmniej na tyle, by wyjść za mąż.

Uśmiecha się ze zrozumieniem.

- Nie martw się. Spodoba ci się w małżeństwie. Tu jest zupełnie inaczej niż w Iranie. - Ściska moją rękę. - Czy nie byłoby cudownie, gdybyśmy znalazły ci męża już pierwszego wieczoru tutaj? Wtedy dopiero baba i maman joon byliby dumni!

- Jaki on jest, ten mężczyzna na przyjęciu? Jak się nazywa?

- Mohammed Behruzi.

- Jego rodzina pochodzi stąd?

- Z Tabrizu. Ale od wieków mieszkają tutaj.

- Skąd ich znasz?

- Ardaszir poznał jego matkę, gdy operował jej kolano.

- Ile on ma lat?

- Chyba trzydzieści osiem.

To dużo. Nie, jeśli chodzi o różnicę wieku w typowym irańskim małżeństwie. Chodzi o to, ile ten człowiek musiał już przeżyć, zanim zdecydował się na ślub. Na pewno uczył się w college'u, zaczął robić karierę zawodową, być może podróżował za granicę. Na samą myśl o tym zapala się we mnie płomień zazdrości, ale szybko go gaszę.

- Jesteśmy - oznajmia Miriam, gdy skręcamy w ulicę o nazwie Calle Splendida. Samochód zwalnia.

- To jest twój dom?

Miriam z dumą kiwa głową. A ja jestem w szoku. Dom jest bardzo piękny i bardzo elegancki. I bardzo otwarty. Reflektorki uwydatniają jego architekturę - to styl kolonialny, jak mówiła Miriam. Są tu balkoniki, żaluzje, zielona trawa i ogrodzenie z kutego żelaza otaczające całą posiadłość. Ale każdy może zajrzeć do środka! I wyraźnie widać, że odbywa się tu przyjęcie. Zasłony nie są zaciągnięte. Widzę mężczyzn i kobiety. Na ulicę dolatuje głos irańskiej piosenkarki Googoosh.

- A jeśli będzie przejeżdżała tędy policja, to co zrobią? - pytam z mocno bijącym sercem.

- Nic, Tami. Nie ma w tym nic złego. To tylko przyjęcie.

"Tylko przyjęcie". Jak wiele razy powtarzałam te słowa w domu. Dwa razy uczestniczyłam w imprezach, na które zrobiono nalot. Dwa razy wraz z przyjaciółkami zostałam zaciągnięta na posterunek, gdzie policjanci obrażali nas za to, że przebywałyśmy z mężczyznami niebędącymi naszymi mężami, i za to, że nie miałyśmy w ich obecności zasłoniętych twarzy. Leila spędziła w więzieniu dwie noce. Nie było istotne, że przebywaliśmy wszyscy za wysokim murem, za zamkniętymi drzwiami i zaciągniętymi zasłonami.

A ta... Ameryka? Czy naprawdę jest taka otwarta? Wszystko wydaje mi się jakieś surrealistyczne, nawet moja tutaj obecność, to, że ten dom, ta wolność, stoją przede mną otworem. Że zaraz wejdę do środka i przez jakiś czas będzie to także mój dom.

Miriam parkuje na ulicy. Wysiadam i staję na chodniku, nie spuszczając wzroku z domu, nawet na chwilę nie przestając obserwować toczącego się w środku przyjęcia. Siostra otwiera bramę i wchodzimy na ścieżkę prowadzącą do domu.

- Wszyscy bardzo się ucieszą, że jesteś - mówi. - Wiem, że Mohammed cię polubi. Po prostu to wiem.

Dźwięk odrzutowych silników, który wciąż szumiał w mojej głowie, wreszcie zaczyna cichnąć. Słyszę już tylko szum zraszaczy podlewających trawnik. Bardzo nie chcę wchodzić do środka na to głośne, szalone perskie przyjęcie.

- Proszę, poczekajmy chwilę. Muszę się najpierw pozbierać. - Schylam się i rozpinam pasek jednego sandałka, a potem ostrożnie dotykam stopą trawy i piszczę radośnie, czując, jak nocna rosa łaskocze moje palce. A więc tak to jest, chodzić boso po mokrej trawie, myślę. Z pewnością wtedy, gdy mieszkaliśmy w Berkeley, biegałam na bosaka, więc powinnam znać to uczucie. Byłam jednak zbyt mała, by cokolwiek zapamiętać.

Ale Miriam po powrocie z Ameryki z pewnością pamiętała. Była jeszcze wtedy małą dziewczynką. Nic dziwnego, że przy pierwszej okazji postanowiła wrócić. Ona pamiętała, ja nie.

Patrzę na jej jasno oświetlony dom. Patrzę na ludzi tańczących za oknami, świętujących Persów, niebojących się niczego, wyrzucających ręce w górę, klaszczących do taktu. Wszystkie te moje "czy mogę?", "czy powinnam?", "czy będę mogła?"... Patrzę na oświetlony dom, na ludzi w środku, i wiem już, że odpowiedź na te moje nie do końca zadane pytania, niewypowiedziane pragnienia, brzmi: tak, mogę, tak, powinnam, tak, będę mogła.

- Miłe uczucie, prawda, Tami joon? - Odwracam głowę, by spojrzeć na Miriam. Uśmiechając się, daje mi znak, że rozumie, jak żyłam przez wszystkie te lata. Represje, kurczący się świat, ale przede wszystkim samotność. Kiwam głową przez łzy, które napłynęły mi do oczu.

Miriam wie, przez co przeszłam. Zna mnie.

- Cicho, cicho - uspokaja mnie i pociesza energetycznym, szybkim uściskiem. - Chodźmy. Już dość. Jesteś gotowa wszystkich poznać?

Oddycham głęboko i kiwam głową.

- Boisz się?

- Trochę.

- Po prostu się uśmiechaj, nie musisz robić nic więcej. Masz. - Przeciąga szminką po moich ustach. - Wszyscy są bardzo mili. A ty wyglądasz pięknie. Mohammed cię pokocha. A jeśli nie, to będzie znaczyło, że jest głupcem.

- Nie zdejmuj butów choć przez chwilę - szepcze do mnie Miriam, gdy wchodzimy do domu. - Postój tu na razie. Chcę, by Mohammed cię w nich zobaczył.

Stoję więc i czuję się okropnie głupio. Najpierw wita się Ardaszir: podchodzi i całuje mnie w oba policzki. Zawsze był taki dobry, traktował mnie jak młodszą siostrę, odkąd tylko zaczął zalecać się do Miriam.

- Widzę, że Miriam odprawiła swoje czary. - Uśmiecha się szeroko. - Wyglądasz bardzo ładnie.

- Dziękuję - odpowiadam. - Nie jestem przyzwyczajona do publicznego pokazywania się w takim stroju. Dziwnie się czuję.

- Tutaj jesteś bezpieczna - zapewnia mnie szwagier i wyciąga rękę. - Wejdź. Przedstawię cię wszystkim.

Ardaszir chodzi w skarpetkach, a z rzędu butów ustawionych równo w holu domyślam się, że wszyscy, jak to jest w zwyczaju, chodzą w tym domu bez butów.

- Nie mogę. Miriam kazała mi czekać tu na Mohammeda, żeby zobaczył mnie w tych eleganckich butach.

Ardaszir kręci głową na zachowanie mojej siostry i się uśmiecha.

- W takim razie pójdę go poszukać.

Miriam i ja wciąż stoimy w wejściu, a w wiszącym obok lustrze w złotej ramie dostrzegam, że pozostali goście widzą, że już jestem. Uśmiecham się i próbuję nie wyglądać na przestraszoną.

Wreszcie Ardaszir i Mohammed się pojawiają. Obrzucam dentystę szybkim spojrzeniem i zauważam, że on także mi się przygląda - mojej twarzy, sukience i butom. Nie patrzy zbyt natarczywie, nie wydaje się też, że jest pod wielkim wrażeniem. Gdy wyciąga rękę, by się przywitać, stoję nieruchomo i czuję, że zaczynam się czerwienić. To nie jest grzeczne. W Iranie tak się nie robi - mężczyzna nie powinien pierwszy wyciągać ręki. Jako że sytuacja staje się okropnie niezręczna, Miriam trąca mnie lekko.

- W porządku, Tami - mówi swobodnie i skinieniem głowy wskazuje rękę Mohammeda. Witam się niepewnie i od razu mam ochotę zabrać dłoń z jego delikatnej i kruchej dłoni. - Ona dopiero wysiadła z samolotu - tłumaczy moja siostra. - Jest przyzwyczajona do irańskich zachowań.

Wydaje mi się, że Mohammed próbuje ukryć sarkazm, mówiąc grzecznie i przepraszająco:

- Jest ubrana tak po amerykańsku, że chyba uznałem, iż tak samo będzie się zachowywała.

I już wiem, że go nie lubię. Wiem, że nie wyjdę za niego za mąż, i wiem, że ten wieczór będzie się ciągnął w nieskończoność.

Wreszcie wolno mi już zdjąć buty i wejść do środka. Dom przypomina domy bogaczy w Iranie, na przykład te należące do starszych mężczyzn zajmujących ważne stanowiska w rządzie szacha. Wszystkie ściany są białe, tylko gdzieniegdzie wiszą kilimy. Stoły zdobią złote patery na owoce, a na nich piętrzą się winogrona, morele i daktyle. Najdroższe perskie dywany wiszą za to w każdym możliwym miejscu w przestronnym salonie. Tu stoi także ogromny telewizor, największy, jaki w życiu widziałam. Miriam oznajmia, że ogląda irańską telewizję przekazywaną przez satelitę w Los Angeles, gdzie mieszka pół miliona Irańczyków, więc miasto nazywane jest Tehrangeles.

Dużo bardziej interesuje mnie muzyka płynąca z głośników. To Siavash, największa gwiazda irańskiej muzyki młodzieżowej, ale jego utwory są w Iranie zakazane i płyty można kupić tylko na czarnym rynku. Przez moment mam ochotę się rozpłakać na myśl o tym, jak wiele wieczorów spędziłyśmy z Leilą i Minu, oglądając przemycone wideo z koncertu Siavasha i marząc o życiu w Ameryce, gdzie dziewczętom wolno chodzić na koncerty, szlochać ze wzruszenia i śnić o ulubionych gwiazdach, które śpiewają im o miłości. Em-rika, good. Very good. Tak mówiłyśmy.

I oto jestem tutaj, dziwnie rozczarowana. Nie przypuszczałam, że Ameryka będzie taka... irańska.

Siostra prowadzi mnie do gości i wszystkim kolejno przedstawia. Uśmiecham się, aż zaczynają mnie boleć mięśnie twarzy. Wszyscy pytają, co sądzę o Ameryce. "Jest w porządku. W porządku", zapewniam. Cóż innego mam im powiedzieć? Przejechałam z pustego lotniska pustą drogą w środku nocy, do domu pełnego Persów zaprzyjaźnionych z niemiłym dentystą, któremu się nie spodobałam, a tymczasem pragnę tylko pójść spać. Może to niegrzeczne tak myśleć, ale tak właśnie jest, i nic na to nie poradzę.

- To pani Behruzi, matka Mohammeda - mówi Miriam, prowadząc mnie do potężnej kobiety o stanowczych brązowych oczach. Pani Behruzi ujmuje moją dłoń i zamyka ją w swoich.

- Co za urocza dziewczyna. - Dziękuję za komplement, a ona dodaje: - Twoi rodzice muszą być dumni, że zaszłaś tak daleko.

- Tak - potwierdzam. - Chcą, bym miała tu lepsze życie niż w Iranie.

Matka Mohammeda wypytuje o moje wykształcenie, o przyjaciół, których zostawiłam, i o północną część Teheranu, gdzie się wychowałam. Widzę, że zaczyna mnie lubić.

- Mój syn dobrze by zrobił, żeniąc się z taką miłą dziewczyną jak ty - oznajmia po chwili i woła przez pokój: - Mohammedzie! - Syn podchodzi do nas z przyklejonym do twarzy uśmiechem.

W kraju, w którym kobiety nie pokazują figury i zawsze muszą zakrywać włosy, jest tylko jeden sposób, by uzewnętrznić swój seksapil: spojrzeniem. Gdy Mohammed staje przy nas, spuszczam głowę i udaję nieśmiałą, tak nieśmiałą, jakbym wstydziła się choćby kontaktu wzrokowego. Ale potem podnoszę oczy i spoglądam na niego, lekko przechylając głowę i delikatnie się uśmiechając, jakbym nie mogła się powstrzymać. Moje spojrzenie jest jednocześnie uległe i seksowne. Przez ostatnich dwadzieścia lat irańskie matki pomagały swoim córkom udoskonalić tę taktykę.

Kiedy Mohammed zauważa, co robię, kącik jego oka zaczyna drgać, a mięśnie twarzy się napinają.

- Tamila jest przemiłą dziewczyną - stwierdza jego matka. - Porozmawiaj z nią. Poznajcie się. Usiądźcie na kanapie. No, idźcie. - Odgania nas machnięciem dłoni.

Ruszam w stronę sofy krok przed Mohammedem, czując, jak pod pachami zbiera mi się pot. Siadamy w odległości dwóch poduszek od siebie. Kątem oka dostrzegam, że wszyscy obecni nas obserwują, choć udają, że tego nie robią.

- Miałaś dobrą podróż?

Kiwam głową i się uśmiecham.

- Bardzo dobrą, dziękuję.

- Jedzenie w samolocie było dobre?

- Tak, bardzo dobre.

- Co mówiła ci o mnie moja matka? - pyta nagle Mohammed.

Przełykam ślinę.

- Że jesteś dobrym synem. - A przecież nawet tego nie powiedziała. Zaczynam zdawać sobie sprawę, iż nie powiedziała mi o nim zupełnie nic.

- A wspomniała, że mieszkam ze swoją dziewczyną, której matka nie chce nawet poznać, bo nie pochodzi z Persji?

Mohammed patrzy na mnie zdecydowanym wzrokiem. Nie jest zły, raczej zdeterminowany.

- Nie. - Czuję się tak upokorzona, że mam ochotę płakać. - Nie wiedziałam o tym. Przykro mi, że nasze spotkanie przysporzyło ci kłopotów.

- Nie przysporzyło mi kłopotów - prostuje Mohammed. - Wiem, że porządny irański syn powinien poślubić porządną perską kobietę, a chwała mu jeszcze, jeśli pomoże jej przeprowadzić się do Ameryki. Ale ze mną tak nie będzie. Jeśli się ożenię, to tylko z Shelly.

Coś ściska mnie w żołądku. Nie z egoizmu, ale dlatego, że Mohammed znalazł się w tak okropnym położeniu.

- Rozumiem. Cieszę się, że znalazłeś kogoś, na kim ci zależy.

- Dziękuję. - Teraz, kiedy jasno powiedział, jakie ma wobec mnie plany - czy raczej jakich nie ma - wygląda na bardziej odprężonego. - Przynieść ci coś do jedzenia?

- Nie, dziękuję. - Mam tylko ochotę wymknąć się z pokoju i popłakać. To przyjęcie było bardzo kiepskim pomysłem.

- No chodź - zachęca mnie Mohammed. - Moja matka będzie zadowolona, gdy zobaczy, że rozmawiamy jak przyjaciele. Potem powiem jej, że zaręczyłem się z Shelly i że nie będę już uczestniczył w tych głupich spotkaniach. Zaraz wracam.

Z drugiej strony salonu uśmiecha się do mnie pani Behruzi. To miła kobieta. Chciałabym mieć taką teściową. Jest mi jej szkoda i czuję się głupio, że zawiodłam Miriam. Liczę w myślach: osiemdziesiąt osiem dni, by znaleźć męża. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie czeka mnie jeszcze osiemdziesiąt osiem spotkań takich jak to.

Mohammed przynosi talerz z owocami i orzechami. Podaje mi go, siada na kanapie i zaczyna jeść ze swojego. Mamroczę pod nosem podziękowania i skubię suszoną morelę. Na szczęście jestem już spokojniejsza, gdy nie czuję presji, by zrobić wrażenie na mężczyźnie.

- Mogę ci coś doradzić? - pyta po chwili.

- Oczywiście. - Pragnę każdej dobrej rady, która pomoże mi znaleźć męża i zostać w Ameryce.

- Irańczycy tutaj, którzy mogliby się z tobą ożenić, będą raczej należeli do tych religijnych i tradycyjnych. Nie powinnaś więc się tak ubierać. - Wskazuje spojrzeniem moją wydekoltowaną czerwoną sukienkę.

Znów zaczynam się rumienić.

- Ale ja nie jestem bardzo religijna.

- Najwyraźniej - rzuca Mohammed. Po raz kolejny wydaje mi się, że słyszę w jego głosie nutkę szyderstwa.

- Przejechałam taki kawał nie po to, by nosić czador. - Tego akurat jestem pewna.

Orientuje się, że mnie obraził, i podnosi ręce w obronnym geście.

- Mówię tylko, że musisz to przemyśleć. Jeśli perski mężczyzna z amerykańskim obywatelstwem planuje aranżowany ślub, to dlatego, że w Stanach nie może znaleźć kobiety, która zgodzi się na jego konserwatywne poglądy. Pomyśl o tym. Jeśli chciałby mieć nowoczesną żonę, znalazłby ją tu, w Ameryce, gdzie kobiety nie mają takich zahamowań jak Iranki.

- Rozumiem. - Pozwalam, by w moim głosie zabrzmiała nerwowość. Odstawiam talerz na stolik i wstaję z kanapy. - Dziękuję ci za radę. A teraz przepraszam, muszę obmyć twarz. Jestem bardzo zmęczona po podróży.

Po drodze do łazienki mijam Miriam. Łapie mnie za rękę.

- No i? Jak idzie?

- On jest zaręczony z Amerykanką, tak idzie. Jego matka próbuje spełnić pragnienia swoje, nie syna. Miriam, czy ty o niczym nie wiedziałaś? Czuję się jak idiotka!

Siostra przyciąga mnie do siebie i przytula.

- Przepraszam, Tami, nie wiedziałam.

- I powiedział, że mam zahamowania.

- Co? Przecież to nieprawda.

- Może mam - rzucam zmęczona.

Siostra wydyma wargi. Wiem, jak bardzo jej zależy, bym uwierzyła, że mogę znaleźć męża w ciągu najbliższych osiemdziesięciu ośmiu dni. I wierzę w to. Albo uwierzę. Może nawet przekonam samą siebie, że tego pragnę. Ale nie dzisiaj.

- Ledwo patrzę na oczy - mówię. - Czy mogłabym chwilę odpocząć w swoim pokoju? - Tutaj już po pierwszej, próbuję policzyć, która godzina jest w tej chwili w mojej rodzimej strefie czasowej. Ale znam Persów, dla nich noc jest młoda i impreza jeszcze długo się nie skończy.

- To jest przyjęcie na twoją cześć. - Miriam uśmiecha się, ale mówi bardzo stanowczo. - Może po prostu się odświeżysz? A potem poszukamy kogoś, z kim mogłabyś porozmawiać. Może ktoś z gości zna innego mężczyznę zainteresowanego małżeństwem.

Jednak kiedy spoglądam na swoje odbicie w łazienkowym lustrze i widzę wymęczoną, umalowaną twarz i przyklapnięte włosy, nie chcę już wracać do salonu. "Nie powinnaś się tak ubierać". Słowa dentysty wciąż dźwięczą mi w głowie. "Irańskie kobiety mają zahamowania". Nie chcę, by mojego pierwszego wieczoru w Ameryce ktoś tak mnie oceniał, i nie mam zamiaru tego słuchać. To miał być szczęśliwy wieczór, pełen nadziei. Krzyżuję ręce na piersi i odwracam się od lustra. Rozglądam się po pełnej przepychu łazience. Tęsknie patrzę na głęboką wannę na nóżkach. Mam ochotę się w niej położyć i oprzeć wygodnie głowę. Muszę to zrobić chociaż na minutkę, może dwie, aż będę w stanie znów stawić czoło tym wszystkim ludziom. Ściągam miękkie ręczniki z wieszaka i rozkładam je na dnie wanny.

Unoszę sukienkę, by wejść do środka, a potem zniżam się, by oprzeć głowę na zwiniętym ręczniku. Nie mogę powstrzymać westchnienia ulgi. Dobrze. O, jak dobrze. Zamykam oczy, nie mogę dłużej się opierać.

Po chwili zasypiam, a w mojej głowie pojawiają się dziwne niespokojne sny, jakich nigdy dotąd nie miałam. Śnią mi się wydekoltowane sukienki, operacje biustu i szyderczy dentyści.

To są złe fragmenty moich znów. Ale śnią mi się też języki, mężczyźni i ich języki. A te fragmenty nie są takie złe. Są tylko bardzo zagmatwane.

Rozdział 4

To dentysta znajduje mnie w wannie. Gdy moja nieobecność trwa zbyt długo, Miriam próbuje otworzyć drzwi łazienki, ale są zamknięte od wewnątrz. Śpię tak mocno, że nie słyszę jej wołania i nie otwieram. Mohammed pojawia się w holu i widząc, co się stało, używa spinacza do papieru, by otworzyć zamek. Gdy mu się udaje, znajduje mnie śpiącą w wannie.

Z ust cieknie mi ślina. Chrapię.

I widać mi majtki.

To irańskie majtki, pozwolę sobie zauważyć: wielkie, białe, bawełniane gacie z małą niebieską wstążeczką z przodu. Staroświeckie, tak opisuje je Miriam. Gdy nie udaje im się mnie dobudzić, dentysta i Ardaszir wloką mnie na kozetkę w pobliskim pokoju gościnnym. Przyjęcie, już beze mnie, kończy się tuż przed świtem.

- Potrzebujesz nowej bielizny - informuje mnie Miriam następnego dnia, gdy przerażona spuszczam głowę, słysząc, co się wydarzyło. Jest już po dwunastej, a my dopiero zaczynamy dzień.

- Ale ja dopiero co kupiłam sobie nową bieliznę.

Siedzimy przy kuchennym stole, popijając herbatę i zajadając owoce oraz sholeh-zard, przepyszny pudding ryżowy z szafranem, który został po wczorajszym przyjęciu. Ardaszir gazetą zasłania uśmiech.

- Nie oczekuj, że znajdziesz męża, nosząc taką bieliznę - mówi Miriam.

- Nikt nie zobaczy mojej bielizny, dopóki nie będę mężatką - odpowiadam.

- Mohammed widział ją wczoraj - zauważa szwagier.

- Mohammed pomyślał zapewne, że moje majtki są zbyt seksowne, by przyciągnąć porządnego męża - wzdycham.

- Wątpię - oburza się Miriam. - To są najmniej seksowne majtki, jakie widziałam.

Opowiadam im, co mówił o mnie Mohammed: że w takim stroju jak wczoraj mam marne szanse na znalezienie męża.

- Oszalał! - Miriam z irytacją wymachuje rękami o pomalowanych na jaskrawą czerwień paznokciach. - Wyglądałaś doskonale. Ardaszirze, nie sądzisz, że on oszalał?

- Tak, kochanie - odpowiada mąż znad gazety i puszcza do mnie oko.

- To jasne, że Mohammed nie szanuje swoich rodziców - ciągnie Miriam. - Powinien ożenić się z irańską dziewczyną. Takie byłoby najlepsze rozwiązanie. Jedyne właściwe.

Z tym akurat się nie zgadzam. Uważam, że Mohammed powinien ożenić się z tą, z którą chce. Jednak nic nie mówię, tylko popijam herbatę. Nie ma sensu dyskutować z Miriam.

- Powinnyśmy dzisiaj pójść na zakupy - stwierdza po chwili. - Ardaszirze, nie masz nic przeciwko temu, prawda? Pokażę Tami amerykańskie centrum handlowe i pomogę jej wybrać jakieś nowe... hm, jakieś nowe ubrania.

Chodzi jej o majtki, oczywiście.

Po drodze do centrum handlowego nie mogę wyjść z podziwu, jak spokojnie prowadzi się tutaj samochód. Nikt na nas nie trąbi i nie zmusza do zjechania na bok. Mężczyźni nie wyskakują z aut i nie kłócą się, wygrażając pięściami. Jeśli chodzi o jazdę, Ameryka jest bardzo cywilizowana. W Teheranie w aucie zawsze boję się o życie, nawet kiedy prowadzi mój wyjątkowo opanowany ojciec. Za kółkiem i on zamienia się w szaleńca jak pozostali. Każde naruszenie przepisów wydaje się obrazą jego męskości.

W centrum handlowym Miriam i ja bierzemy się pod ręce i idziemy powoli, żebym mogła się pogapić. Tyle tu blasku, tyle świecidełek. I tyle nagiej skóry! Niektóre kobiety odsłaniają nawet pępki! Jeśli chodzi o seks, Iran i Ameryka leżą na przeciwnych biegunach. Tutaj wszystko wydaje się stworzone po to, by prowokować mężczyzn do myślenia o seksie. A tam po to, by takie myśli nie przychodziły im do głów. Tutaj młodym dziewczynom nie towarzyszą mahram, przyzwoitki, żaden brat, wuj czy ojciec, którzy mają chronić je przed uwiedzeniem przez jakiegoś czarusia. Tutaj chłopcy i dziewczęta trzymają się za ręce i publicznie całują. W Iranie nawet małżonkowie tego nie robią.

- Miriam, jak te dziewczyny mają znaleźć mężów, skoro tak się zachowują? - pytam.

Siostra śmieje się z mojej naiwności.

- Wiesz, że każdy porządny muzułmanin marzy o tym, by u bram niebios powitał go sznur dziewic?

Kiwam głową.

- Cóż - ciągnie - dziewictwo jest przereklamowane.

- Miriam! - W naszym kraju takie słowa to bluźnierstwo.

A ona tylko wzrusza ramionami.

- Amerykańscy mężczyźni wolą, by ich kobiety były doświadczone, o tym mówię. Ich wersja nieba to raczej tłum prostytutek, które pokażą im to i owo w sypialni, a nie jakaś zimna dziewica, każąca im odwalać całą pracę.

Zanim mam czas odpowiedzieć, Miriam zauważa szyld jakiegoś sklepu. Łapie mnie za rękę i ciągnie w tamtą stronę.

- To tutaj, idziemy!

Na wystawie, przed którą się zatrzymujemy, stoją praktycznie nagie damskie manekiny w bardzo skąpej bieliźnie i wyzywających pozach. Już wiem, że Miriam zapewne miała rację, mówiąc, że męska wizja amerykańskiego nieba jest zdecydowanie inna.

- Tami, to jest Victoria's Secret. - Siostra mówi tak, jakby przedstawiała mnie swojej dobrej przyjaciółce.

Zaskoczona unoszę brwi.

- Nie wydaje mi się, żeby ta Victoria miała jakiekolwiek sekrety.

- Niesamowite, prawda?

Prowadzi mnie do środka. Strasznie mi wstyd, że wszyscy nas tu widzą. Miriam przynajmniej nosi obrączkę. Rozglądam się i zakrywam dłonią usta. Jestem w szoku.

- Te rzeczy się nosi? - pytam szeptem.

- O tak - odpowiada Miriam tonem, który mogę określić tylko jako lubieżny. - Chodź, przymierzymy kilka.

Gdy podchodzi do nas sprzedawczyni, czuję nadchodzący atak paniki, takie samo przerażenie, które pojawiało się w Iranie, gdy na ulicy podchodzili do mnie bassidji, nakazując, żebym schowała pod hidżabem niesforne kosmyki.

- Moja siostra potrzebuje nowych staników i majtek - oznajmia Miriam tak swobodnie, jakby kupowała chleb w piekarni. - Najpierw jakieś codzienne komplety, a potem przymierzymy coś bardziej seksownego.

- Nie czuję się najlepiej - mówię cicho. - Możemy to przełożyć?

Sprzedawczyni mierzy mnie wzrokiem od stóp do... piersi.

- Nosi pani rozmiar... trzydzieści cztery C?

Zagryzam wargę i czuję napływające do oczu łzy. Jak dziecko wzruszam ramionami.

- Uwierzy pani? - Miriam zwraca się do sprzedawczyni. - Naturalne trzydzieści cztery C!

- Widać, że ładny biust to u was rodzinne - komplementuje kobieta. Na plakietce widnieje imię Bonnie. Ciekawe, czy jest prawdziwe. Ciekawe, co myśli jej rodzina na temat tego, że pracuje w takim sklepie.

Miriam wybucha śmiechem.

- Moje były marne. Ledwie miseczka B. Zrobiłam sobie cycki w zeszłym roku.

- Miriam! - Patrzę oburzona na moją siostrę. Dlaczego opowiada takie rzeczy obcym ludziom? Jestem pewna, że rodzice nie wysłali nas do Ameryki, żebyśmy rozmawiały z każdym o naszych cyckach.

- Dopiero wczoraj przyjechała do Stanów - wyjaśnia Miriam.

Bonnie wskazuje zaplecze.

- Wejdźmy do przymierzalni. Zmierzę panią i przyniosę kilka rzeczy.

Błagalnie spoglądam na siostrę.

- No idź. - Gestem każe mi iść na tył sklepu. - Znajdę coś, co może ci się spodoba. Jest strasznie nieśmiała - dodaje, zwracając się do Bonnie.

Moja mama nosiła różowe bikini. Moja mama nosiła różowe bikini, powtarzam w myślach, by nie uciec, podczas gdy Bonnie mnie mierzy.

- Jaki jest twój ulubiony kolor? - pyta.

- Niebieski.

Marszczy czoło.

- Nie, potrzebujesz ciepłych kolorów. Momencik.

Momencik. Momencik. Zastanawiam się nad tym słowem, patrząc w lustrze na swoje włosy. Miriam użyła gofrownicy, by ułożyć je w fale opadające na ramiona. Zakładam kosmyki za uszy i wygładzam. Potem puszczam. Podoba mi się, jak swobodnie się przy tym czuję, gdy włosy opadają do połowy pleców.

Bonnie wraca z dwunastoma stanikami na tacy, jakby podawała mi herbatę.

- W tym sezonie hitem jest pomarańczowy. Przy pani ciemnej karnacji będzie pięknie wyglądał.

Zostawia mnie samą, i gdy już przyzwyczajam się do tej dziwnej sytuacji, zaczynam czuć się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Są pyszne, wszystkie, co do jednego. Przesuwam palcami po jedwabnych żółciach, koronkowych limonkach, stokrotkach i groszkach. Przymierzam wszystkie. Bonnie miała rację. Jestem stworzona do noszenia ciepłych kolorów.

Prężę się przed lustrem niczym modelka z zakazanych w Iranie magazynów, które przeglądałyśmy po kryjomu z przyjaciółkami. Chciałabym, żeby Minu i Leila były tu ze mną, żebyśmy mogły chichotać i razem przymierzać bieliznę. Nie jestem nieśmiała, jak mówiła Miriam. Po prostu nie jestem przyzwyczajona do niektórych rzeczy, a na dodatek sama, bez przyjaciółek. Zawsze byłam najodważniejsza, to zawsze ja nosiłam najbardziej jaskrawe chusty i odsłaniałam na ulicy najwięcej włosów.

- Przymierz też jakiś push-up! - woła Miriam zza drzwi przymierzalni. - Może wtedy nie będziesz potrzebowała operacji.

Krzywię się na ten brak skromności.

- Chyba nie chce pani, żeby chodziła z biustem w rozmiarze D, prawda? - słyszę, jak Bonnie szepcze do mojej siostry. - Z takimi oczami i kremową skórą faceci oblezą ją jak muchy już teraz. Z większym biustem będzie tylko prosiła się o kłopoty.

- Racja - odpowiada Miriam i woła do mnie: - Nie musisz przymierzać tych push-upów, Tami! - Chcemy zwrócić uwagę bardzo konkretnych mężczyzn - dodaje na użytek sprzedawczyni. - A nie typowych Amerykanów.

Przy kasie Bonnie nabija kolejne artykuły: siedem staników w różnych kolorach, pasujące do nich majtki oraz brazylijskie dziwne coś. Gdy Miriam odwraca się, by spsikać nadgarstek perfumami, dodaję do stosu koronkowy czarny biustonosz.

Bonnie uśmiecha się i puszcza do mnie oko.

Odpowiadam tym samym.

Rozdział 5

Nic mi nie będzie - zapewniam Miriam już po raz tysięczny. - Dwa razy przejechałyśmy tę trasę. Mam numer twojej komórki, a to tylko cztery kilometry stąd.

Miriam jedzie do pracy. Chwilę potem ja mam wyjść na pierwsze konwersacje z angielskiego. Siostra chce, bym wzięła taksówkę, ja upieram się, że pójdę pieszo. Jest styczeń, piękna pogoda, dwadzieścia stopni. Jestem w Ameryce już ponad tydzień, ale dopiero po raz pierwszy wyjdę sama, bez Miriam jako przyzwoitki. I choć podziwiam łatwość, z jaką porusza się po swoim świecie, mam wielką ochotę poznać go samodzielnie.

Siostra podaje mi mały kartonik ze swoim adresem oraz numerem komórki. Poniżej, po angielsku i w farsi, wypisane są następujące zdania:

Zgubiłam się. Proszę zadzwonić do mojej siostry.

Nie rozumiem, co pan/i mówi. Proszę zadzwonić do mojej siostry.

Proszę dać mi spokój albo wezwę policję. Proszę zadzwonić do mojej siostry.

- Po prostu wskaż w odpowiedniej sytuacji właściwe zdanie - tłumaczy Miriam. - I nie rozmawiaj z obcymi mężczyznami.

- A skąd mam wiedzieć, że są obcy, skoro nie wolno mi z nimi rozmawiać? - pytam chytrze. Nie pierwszy raz prowadzimy taką rozmowę. Zresztą i tak nie umiem sobie wyobrazić, że podobna sytuacja w ogóle mi się przytrafi.

- Nie rozmawiaj z żadnymi mężczyznami.

- A kolegami z klasy?

- Tami!

Śmieję się, ujmuję łokieć Miriam i prowadzę ją do drzwi, całując w oba policzki.

- Idź. - Delikatnie wypycham ją na zewnątrz. - Poradzę sobie.

Machając na pożegnanie, patrzę, jak wycofuje auto z garażu i odjeżdża. A potem wzdycham z ulgą. Tak rzadko mam okazję pobyć sama w domu. W Iranie mama prawie nie wychodziła, a od mojego przyjazdu to pierwszy dzień, gdy Miriam jedzie do pracy. Zapomniałam, jaka potrafi być uparta. Ardaszir za to jest jej przeciwieństwem. Milczący, łagodny, zawsze uśmiecha się do mnie ze zrozumieniem, gdy Miriam wykłada swoje zasady. Sam nie narzuca własnych.

Podgłaśniam stereo, z którego leci Siavash, i prawie natychmiast zapominam o siostrze. Jestem bardzo podekscytowana dzisiejszym dniem i tylko trochę zdenerwowana. Zakładam zegarek, który Miriam podarowała mi po przyjeździe. To zegarek z Myszką Miki - kupiła go dla mnie w Disneylandzie. Mam też na sobie prezent od Ardaszira - bluzę z logo Uniwersytetu Arizony - super, bo przecież dzisiaj w drodze na lekcje będę szła przez uniwersytecki kampus. Włożyłam też dżinsy i nowe czarne kozaki na pięciocentymetrowych obcasach.

Najważniejsze jest jednak to, czego nie włożyłam: hidżabu. Żadnej zasłony. Za to w uszach mam wiszące złote kolczyki, a na twarzy lekki makijaż: tusz do rzęs, eye-liner i błyszczyk. Rozpuszczam włosy. Ostatni raz spoglądam w lustro i ćwiczę śmiech. Amerykanie śmieją się głośno, otwierając szeroko usta. Wciąż z trudem wydobywam przy tym jakikolwiek dźwięk, ale teraz przynajmniej pokazuję zęby jak Julia Roberts.

Wychodzę z domu dokładnie o dziesiątej. To godzinę wcześniej niż zdaniem Miriam powinnam wyjść, ale chcę mieć trochę czasu, żeby odsapnąć i może napić się po drodze herbaty.

Nie potrafię opisać, co czuję, po raz pierwszy wychodząc sama. Ledwo powstrzymuję okrzyki ekscytacji. To przecież jestem ja. Moja droga do szkoły. Moje powietrze. Moje życie, z którym mogę zrobić, co zechcę.

Dom Miriam stoi na wschód od uniwersytetu, w dzielnicy o nazwie Encanto Estates. Nie ma tu prawie ruchu, nie ma też chodników, jest za to mnóstwo kaktusów i pustynny krajobraz. Nasz dom stoi na końcu Calle Splendida, ślepej ulicy przy rondzie. Prawie nikogo nie widuję, więc dzisiaj tym bardziej mam ochotę przejść przez kampus po drodze do biblioteki w centrum, gdzie odbywają się moje lekcje angielskiego.

Zamykam za sobą drzwi, potem bramę z kutego żelaza i ruszam przed siebie. Po drodze przyglądam się wszystkim domom i dziedzińcom, zastanawiając się, w którym pewnego dnia chciałabym zamieszkać. Jednak dom Miriam jest najpiękniejszy, choć ja mogłabym mieszkać w każdym z pozostałych.

Skręcam w Country Club Road, przekraczam Szóstą i idę dalej aż do Trzeciej, która jest ścieżką rowerową. Znajduję się teraz w dzielnicy Sama Hughesa. Mijam szkołę podstawową, zatrzymując się na moment, by popatrzeć, jak chłopcy gonią dziewczynki, a dziewczynki chłopców. Berek. To chyba najpopularniejsza tutaj zabawa. Piski, wrzaski i śmiechy docierają aż do mojej duszy i sprawiają, że się uśmiecham.

Idę już od dwudziestu pięciu minut.

Przekraczam Campbell Avenue, ruchliwe skrzyżowanie, i wchodzę na teren kampusu Uniwersytetu Arizony. W porównaniu z irańskimi uczelniami jest taki otwarty. Zachwycam się kobietami, ich opaloną skórą, białymi zębami, jasnymi włosami i bluzkami bez rękawów. Patrzę, jak spacerują, rozmawiając przez komórki, i obserwują mężczyzn, a oni robią to samo.

Nie podejrzewałam, że moje porządne buty na pięciocentymetrowych obcasach tak mnie obetrą. To marka Naturalizers, a Miriam twierdziła, że są bardzo wygodne. Tyle że te są nowe i nagle okazuje się, że aby nie utykać, muszę co chwilę przystawać i pozwolić stopom odpocząć. Mój entuzjazm dla całej przygody zaczyna zmieniać się w lęk. Mam przed sobą długą drogę. Dziesięć minut temu skończyła mi się woda, a znów chce mi się pić.

Nie zadzwonię do Miriam, żeby mnie uratowała. Nigdy jej o tym nie wspomnę, bo już nie pozwoli mi chodzić pieszo na zajęcia. Dobra. Okidoki, jak mawia Ardaszir zawsze wtedy, gdy Miriam prosi go, by zrobił coś w domu. W Ameryce chodzi o to, by żyć i dać żyć innym. Nikomu nie przeszkadzało, że pożyczonym od szwagra aparatem robiłam zdjęcia domów, które mi się podobały. Sfotografowałam nastolatka z trzema kolczykami w nosie. Potem bosego czarnego mężczyznę bez koszuli, za to z długimi warkoczykami, który jechał na jednokołowcu i grał na flecie. Nikt nie podszedł, by zabrać mi aparat. Nikt na mnie nie krzyczał i nie wypytywał, co robię. Jestem sama na ulicy, nikt nic ode mnie nie chce. Po raz pierwszy w moim życiu.

Gdybym miała więcej odwagi, schyliłabym się, zdjęła buty i szła dalej. Ależby to była ulga! Mogłabym poruszać biednymi palcami. Zdjęłabym też skarpetki, bo jeśliby się pobrudziły, Miriam domyśliłaby się, co zrobiłam.

Miriam.

Nie spodobałoby jej się to. Powiedziałaby, że tak robi pospólstwo, że to poniżej naszej godności.

Nie zdejmuję więc kozaków. Tyle zawdzięczam siostrze. Tyle, i jeszcze więcej.

Ale jeśli chodzi o pragnienie, ten problem mogę przynajmniej rozwiązać. Gdy wychodzę z kampusu i przekraczam Park Avenue, znajduję się na Main Gate Square przy University Boulevard. Przed sobą dostrzegam Starbucksa. Miriam wcześniej mi go pokazała jako miejsce, gdzie mogę się czegoś napić w drodze do szkoły.

Przyglądam się naklejkom na drzwiach, by sprawdzić, czy nie łamię żadnych zasad. Bez koszuli i bez butów nie obsługujemy. Dobrze, że jednak nie zdjęłam kozaków.

Chcemy być twoim Starbucksem. No dobrze, myślę sobie. Dobrze mieć swoje miejsca w okolicy. W Iranie było mnóstwo bazaaris, sprzedawców, którzy znali nas, wiedzieli, ile osób liczy nasza rodzina, ile sprzedać nam mięsa, dzielili się z nami plotkami i tak dalej.

Otwieram drzwi i wchodzę do środka. Dla dodania sobie odwagi łapię za szelki plecaka i się rozglądam. Dostrzegam kominek, ale nie płonie w nim ogień. Dwóch mężczyzn w milczeniu gra w szachy. Pod oknem stoją dwa fotele, a między nimi stolik. Na jednym z foteli siedzi dziewczyna mniej więcej w moim wieku, z podwiniętymi nogami. Podkreśla fragmenty tekstu i żuje końcówkę flamastra, kiedy go nie używa. W drugim fotelu siedzi dziewczyna chyba koreańskiego pochodzenia i cicho rozmawia przez komórkę. Wszyscy mają przed sobą coś do picia, a u ich stóp leżą plecaki. To z pewnością studenci. Nikt na mnie nie patrzy.

Zamykam oczy i wdycham zapach kawy, poddając się wspomnieniom. Znów jestem w Iranie, mała dziewczynka w domu babci w Isfahanie. Biegam między drzewkami cytrynowymi, na podwórku przeskakuję z cegły na cegłę. W środku toczy się pełna emocji rozmowa moich ciotek, wujów i starszych kuzynów o tym, że rewolucja nie jest wcale taka dobra, że może zamiana jednego zepsutego przywódcy - którego znali, na innego, którego nie znali - nie była wcale mądrym posunięciem. Dyskutują o tym, jaką ludzie dostali nauczkę: lepiej strzec się charyzmatycznego człowieka wypowiadającego słowa, które nasze serca pragną usłyszeć, występującego przeciwko złym uczynkom i nadużyciom, obiecującego stworzenie sprawiedliwego społeczeństwa, nie wspominającego, że swoich krytyków będzie uciszał, uśmiercając czterech lub pięciu z nich każdego dnia. Rozmawiają o tym, kto siedzi w więzieniu, kogo torturowano, a kto uciekł w góry, próbując się wymknąć. Mówią, że wszystko bardzo ostatnio podrożało i w kraju nie ma nowych samochodów ani lodówek, bo inne państwa nas bojkotują. Jest z nimi Miriam, ale ja jestem za młoda - mam może sześć lat. Jestem tak mała, że nie muszę nosić hidżabu, a ich słowa nie są przeznaczone dla moich uszu. Wszyscy zresztą ciągle rozmawiają o tym samym.

Jestem więc na dworze, biegam na świeżym jesiennym powietrzu, zbieram spadające z drzew orzechy pekanowe, kiedy nagle babcia woła mnie do domu. Gdy wchodzę do jej ciepłej kuchni, spowija mnie zapach kawy, tak jak teraz w Starbucksie na drugim końcu świata. Niewiele osób w Iranie parzy kawę, ja wiem tylko o mojej babci. Zresztą - to pewne - tam jest tylko kawa rozpuszczalna, a nie ekspresy. Jednak zapach jest ten sam.

Kiedy otwieram oczy, nie jestem już w ciepłej kuchni mojej babci. Jestem w mojej Ameryce. Mężczyzna za ladą uśmiecha się do mnie, jakby wiedział, o czym myślę. To mnie zaskakuje. Nie jestem przyzwyczajona, by mężczyzna tak uważnie mnie obserwował i rozumiał bez słów.

Patrzę na kolorową tablicę z nazwami kaw wypisanymi kredą wiszącą za jego plecami. Ale ja chcę tylko kupić butelkę wody, muszę jednak podejść bliżej, by porozmawiać z tym mężczyzną. Coś ściska mnie w piersi, boję się. Po raz pierwszy muszę coś kupić, po raz pierwszy jestem bez Miriam, która zwykle mówi za mnie. Nieznajomy uśmiecha się i wciąż mi się przygląda.

Przełykam ślinę i odchrząkuję.

- Przepraszam bardzo. Czy mogę dostać trochę wody? - mówię tak szybko, jak potrafię, by nie od razu zdradzić, że jestem tu obca.

Sprzedawca podaje mi mały plastikowy kubek z czymś, co nie jest wodą.

- Proszę, spróbuj. To nasz nowy napój, herbata o smaku mango i kiwi.

Nie zamierzałam kupować herbaty. Planowałam, że może po zajęciach, w drodze do domu napiję się gdzieś herbaty i zapiszę coś w dzienniku. Zerkam na zegarek z Myszką Miki. Mam czas. W Iranie nie jadamy mango czy kiwi. Decyduję się spróbować. Biorę w rękę kubek, stawiam go na ladzie i sięgam do plecaka po pieniądze. Wyciągam pięciodolarowy banknot i podaję go mężczyźnie w zielonym fartuchu, próbując na niego nie patrzeć. I zamiast na jego twarz, patrzę na identyfikator z imieniem. Ike. Jakie krótkie imię. Nie znałam go do tej pory. Ike.

Nie bierze ode mnie pieniędzy i mówi:

- Nie, to jest próbka.

Nic nie rozumiem. To jest taarof, a Miriam mówiła przecież, że w Ameryce nie uznaje się taarof. W Iranie za to często w ten sposób płaci się w sklepach. Ty próbujesz zapłacić sprzedawcy, a on macha ręką i mówi: "Nie, nie. Naprawdę nie mógłbym przyjąć tych pieniędzy". Nalegasz, on znów odmawia. Ponawiasz gest, on odmawia po raz kolejny i kładzie rękę na sercu, by pokazać, że jest szczery. Dopiero gdy odmówi trzykrotnie, przyjmie pieniądze, a potem kilka razy podziękuje za twoją hojność. To bardzo okrężna droga, by dokonać choćby zwykłych zakupów spożywczych, ale dzięki niej każdy czuje dumę z tego, że może coś dać drugiemu człowiekowi.

A więc ten facet ze Starbucksa, ten Ike, robi właśnie taarof. Najwidoczniej wie, że pochodzę z Iranu. Rozczarowana stwierdzam, że to takie oczywiste, i zastanawiam się, co mnie zdradziło - jakiś element wyglądu czy zachowania?

Po raz kolejny próbuję dać mu pieniądze.

- Proszę, musi mi pan pozwolić za to zapłacić.

- Próbka jest darmowa - oznajmia nieco głośniej. - Smacznego.

- Nie, naprawdę muszę za to zapłacić. - Mój uśmiech oznajmia, że doceniam uprzejmość, ale prawda jest taka, że zawsze męczyła mnie ta bezsensowna grzeczność związana z taarof.

- To jest próbka - powtarza sprzedawca. - Darmowa.

Trzecia odmowa. Tyle że zapomniał, iż trzeba położyć rękę na sercu, no i wygląda bardziej natarczywie niż pokornie. Widać niezbyt dobrze zna się na taarof.

- Jest pan bardzo miły, ale proszę. Muszę coś zapłacić.

- To DARMOWE.

Łzy napływają mi do oczu, nie mogę ich powstrzymać. Utknęłam. On nie weźmie moich pieniędzy, a ja muszę już iść. Nie mam czasu, by ciągnąć taarof z tym człowiekiem.

- Proszę. - Zduszam szloch, próbując pokonać panikę. - Proszę wziąć. - Nie powinnam była wchodzić do tego sklepu. Nie powinnam była się upierać, że pójdę pieszo. Powinnam pozwolić, by Miriam wezwała mi taksówkę.

Mężczyzna kręci głową i wciąż głupio się uśmiecha. Nagle na ladzie dostrzegam przezroczyste plastikowe pudełko z jakimiś pieniędzmi, trochę monet i banknoty jednodolarowe. Wpycham tam swoje pięć dolarów, zabieram napój i wybiegam bez słowa. Chcę jak najszybciej stąd uciec, ale moje stopy bardzo potrzebują odpoczynku. Siadam więc w ogródku przy jedynym wolnym stoliku, czyli zaraz za drzwiami.

Fuj. To nie jest herbata. To coś zimnego, co smakuje owocami i jest tak słodkie, jakby ktoś wrzucił do kubka tysiąc kostek cukru. Widać to piją Amerykanie, skoro mężczyzna za ladą miał porcje gotowe do sprzedaży. Sączę napój z nadzieją, że może po chwili zacznie lepiej smakować. Moje stopy odpoczywają, a ja, popijając ten ulepek, obserwuję Ike'a za kontuarem. Inni klienci płacą i bierze ich pieniądze za pierwszym razem, gdy tylko je podają. A w każdej wolnej chwili spogląda przez okno i uśmiecha się do mnie.

Gdy robi to po raz kolejny, mrużę oczy, a w odpowiedzi on unosi brwi. Zerkam na zegarek. Mam jeszcze do przejścia ponad kilometr i muszę się pospieszyć, jeśli chcę zdążyć na lekcję. Jednak gdy odsuwam krzesło, by wstać, widzę policyjny radiowóz zatrzymujący się przed kawiarnią. Wysiada z niego dwóch potężnych funkcjonariuszy. Do pasków mają przypiętą broń.

Coś we mnie zamiera. Stoję nieruchomo, choć moje ciało najchętniej trzęsłoby się w panice. Policjanci przechodzą obok, tak blisko, że mogliby złapać mnie za kark, zaciągnąć do samochodu i sprawić, że zniknę. A Miriam pomyśli, że nie wróciłam z zajęć, jednak nie będzie wiedziała, gdzie mnie znaleźć, jak mi pomóc. Większy z policjantów gwałtownie otwiera drzwi kawiarni i obaj podchodzą do Ike'a. Wezwał ich! Co za wstrętny mężczyzna. Przecież nic mu nie zrobiłam. Próbowałam zapłacić, naprawdę próbowałam.

Zaczynam oddychać coraz szybciej. To okropne. Zaczynam zastanawiać się, jak mam wyjaśnić, że w pudełku leżą moje pieniądze, które próbowałam dać Ike'owi, mimo że on wciąż powtarzał "nie", i że to on, a nie ja, nie wie, jak porządnie uprawiać taarof. Błagam, niech nie odsyłają mnie z powrotem do Iranu z powodu zwykłego nieporozumienia. Proszę.

Zaciskam usta i mrugam nerwowo, by powstrzymać płacz. Grzebię w plecaku, szukając kartki, którą przygotowała dla mnie Miriam. Powiem, żeby do niej zadzwonili, i ona wyjaśni, co się stało. Będę błagała, by nie wsadzali mnie do więzienia, tylko zadzwonili do mojej siostry. Jeśli będzie trzeba, Ardaszir ma trochę pieniędzy, które można im dać, żeby zostawili mnie w spokoju. Wszystko da się załatwić, jestem pewna.

Policjanci wychodzą z kawiarni, idą w moją stronę, a w rękach trzymają duże kubki. Mniejszy z funkcjonariuszy trąca większego. Ze strachu nie jestem w stanie się poruszyć.

- Proszę pani. - Mniejszy kiwa głową. - Czy wszystko w porządku?

Przełykam tkwiącą w gardle gulę i zaczynam oddychać tak, jakby sprawiało mi to trudność - oczywiście tak właśnie jest, ale nie chcę, by policjanci o tym wiedzieli.

- Proszę pani? - pada po raz drugi.

Z trudem zmuszam się, by podnieść wzrok na policjanta, i oddycham coraz szybciej. Kiwam głową i otwieram szeroko oczy, by zbierające się w ich kącikach łzy nie popłynęły po policzkach.

- Na pewno?

Potwierdzam skinieniem głowy. Udaje mi się nawet lekko uśmiechnąć.

- No to w porządku - rzuca policjant. - Miłego dnia.

Nie ufam sobie na tyle, by odpowiedzieć. Jestem tak zdenerwowana, że na pewno zaczęłabym mówić w farsi, a funkcjonariusze pomyśleliby, że oszalałam, i zamknęli w areszcie. Uśmiecham się więc tylko odrobinę i próbuję pokazać, że nic mi nie jest. Nagle zrozumiałam bowiem, że podeszli nie po to, by mnie aresztować, ale dlatego, że myśleli, iż potrzebuję pomocy. Uśmiecham się więc i kiwam głową, uśmiecham i kiwam głową nawet wtedy, gdy odwracają się do mnie plecami.

Kiedy odjeżdżają, znów zaczynam normalnie oddychać. Opieram łokcie na stole i chowam twarz w dłoniach. Można zabrać dziewczynę z Iranu, ale nie da się zabrać Iranu z dziewczyny. Znam strach, którego Amerykanie nigdy nie doświadczą, inszallah.

- Wszystko w porządku? - słyszę głos. Podnoszę głowę.

To ten cały Ike. Wypuszczam głośno powietrze.

- Myślałam, że... - urywam. Zbyt dużo musiałabym wyjaśniać, a on i tak nie zrozumie.

- Co myślałaś? - Wygląda tak, jakby naprawdę chciał znać odpowiedź.

- Próbowałam zapłacić, ale nie chciałeś wziąć ode mnie pieniędzy. Myślałam, że... Że zrobiłam coś złego.

Patrzy na mnie zaciekawiony.

- Skąd jesteś?

- Z Persji - odpowiadam, używając dawnej nazwy mojego kraju. Amerykanie nie myślą zbyt dobrze o Iranie, wiem o tym.

- Z Persji - powtarza rozbawiony Ike. - To znaczy z Iranu? - Poprawnie wymawia to słowo. "I-ran", nie "Aj-ran".

- Tak.

- Niedawno przyjechałaś?

- Tak. Jestem tu dopiero od tygodnia.

- I myślałaś, że wezwałem gliny, żeby cię aresztowali, bo nie zapłaciłaś za napój?

Kiwam głową.

- Biedactwo - mówi z szerokim uśmiechem. Ma takie ładne zęby. Chyba jest bardzo bogaty. Ale przecież gdyby był bogaty, nie pracowałby w kawiarni. - To była próbka za darmo. Wiesz, co to znaczy "za darmo"?

- Może nie wiem.

- To nowy napój - wyjaśnia mi powoli. - Chcemy, by klienci go spróbowali, a jeśli im zasmakuje, następnym razem kupią większy kubek. Chyba nie myślałaś, że każemy płacić za taki kubeczek herbaty, co?

Wzruszam ramionami.

- W moim kraju są bardzo mocne napoje podawane w małych kubkach.

- No tak, pewnie espresso. No nic, nie martw się. Nie zrobiłaś nic złego. I nie musisz bać się tutejszej policji. Zwykle są w porządku.

- Dziękuję. Dziękuję, że mi to wytłumaczyłeś.

- Nie ma za co - odpowiada, skłaniając głowę jak dżentelmen. - Smakowała ci ta darmowa herbatka?

- Była bardzo słodka. Nie jestem przyzwyczajona do takich słodkich napojów. Ani do zimnej herbaty. Do tej pory pijałam tylko gorącą.

- Cóż... - Ike lekko wzrusza ramionami. - Muszę wracać do pracy. Jeśli poczekasz chwilę, przyniosę ci twoje pięć dolarów. A pomyślałem, że to taki duży napiwek!

Podoba mi się jego śmiech. Sprawia, że też się uśmiecham. Obdarowuję więc Ike'a moim firmowym uśmiechem Julii Roberts, który ćwiczyłam w lustrze przed wyjściem z domu. W odpowiedzi otrzymuję spojrzenie, którego nie do końca rozumiem. Może jest w nim czułość, ale chyba nie o to chodzi. I nagle zaczynam rozumieć, że to zainteresowanie. Podobam mu się.

Ups.

- O nie - rzucam, machając dłonią. - Zatrzymaj je, proszę. Lekcja angielskiego u ciebie była bardzo pożyteczna.

Ike znów czarująco się uśmiecha.

- Na pewno?

Kiwam głową.

- Tak, oczywiście.

- No dobrze. - Ike macha ręką na pożegnanie i wraca do kawiarni, nie przestając się uśmiechać. - Kończę o piętnastej. Jeśli jeszcze tu będziesz, chętnie poćwiczę z tobą angielski.

Przypominam sobie ostrzeżenie Miriam: "Nie rozmawiaj z żadnymi mężczyznami".

- Dziękuję bardzo, ale nie mogłabym...

- Będzie mi miło.

- Muszę iść na lekcję. - Spoglądam na zegarek, by pokazać, jak bardzo się spieszę. - Ale naprawdę dziękuję.

- Do usług - odpowiada Ike. - Zawsze kończę o piętnastej, a potem siadam na zewnątrz i wypijam kawę, zanim pójdę do domu. Możemy któregoś dnia poćwiczyć. Jeśli chcesz.

- To bardzo miło z twojej strony.

- Mówię poważnie. Będzie fajnie.

Ike jeszcze raz macha mi na pożegnanie i wraca za kontuar. Zabiera się do czyszczenia młynka do kawy, a ja znikam, kiedy odwraca się plecami do okna.

Przez całą drogę na zajęcia uśmiecham się, a stopy nie bolą mnie ani trochę. Wydaje mi się, że stąpam w powietrzu.

Spis treści

Okładka

W serii

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Epilog

Podziękowania

Kobiety Orientu

Perska żona