Wstęp
W oryginalnym pomyśle, jaki zakiełkował w moim umyśle w 2020 roku, "Perły ramadanu" miały być kontynuacją mojego tomiku wierszy pt. "Róże ramadanu". W ostatnim z nich napisałam:
pożyczone słowa oddają część duszy
reszta wciąż czeka by dojrzeć
może za rok porozmawiamy o perłach
skoro przerobiliśmy już róże
marzę
byśmy się spotkali wszyscy
przy iftarze
Wydałam go na kilka dni przed ramadanem, planując kolejną część w postaci refleksji z miesiąca postu. Jednak życie miało swoje plany, a ja - dom pełen ludzi i wiele głodnych żołądków do wypełnienia, co refleksjom niestety nie sprzyja - potrzebuję do tego samotności i względnej, umówmy się, ciszy. Niemniej postanowiłam symbolicznie zachować tytuł. Książka ta, którą mam nadzieję przeczytasz, to ostatecznie zbiór refleksji z różnych etapów mojego życia, będących wynikiem wielu trudnych doświadczeń i osobistej podróży duchowej. Jest rezultatem ramadanu symbolicznie przedłużonego momentami na resztę roku, owocem wniosków, jakie wyciągnęłam po drodze, podsumowaniem poszukiwań sensu i powodu wszystkiego, co mnie spotyka.
Treść tej książki dojrzewała we mnie bardzo długo. Wiedziałam, co chcę przekazać, ale brakowało mi odpowiednich słów. Z perspektywy czasu rozumiem, że musiałam przejść kilka kolejnych zmagań, spotkać o parę pięknych dusz więcej, nauczyć się wielu nowych rzeczy i bardziej dorosnąć. Ostatecznie, w styczniu 2023 roku, siedzę w moim angielskim salonie i piszę. Mam zarys treści, plan włączenia w nią felietonów, które już napisałam, i ogromną chęć zabrania Was w podróż, byśmy razem mogli spojrzeć na życie w wierze moimi oczami - oczami trzydziestoletniej muzułmanki z dziesiątkami historii, które grają na dnie jej duszy, gotowe pofrunąć w świat. Chciałabym, by osoby zmieniające wyznanie były widziane jako dokonujące świadomych wyborów na poziomie duchowym, odważne, które miały w sobie dość sił nie tylko do zadawania pytań egzystencjonalnych, ale i podjęcia kroków celem znalezienia odpowiedzi, na przekór swoim niezadowolonym z tego społecznościom i z sercem bolącym przez odrzucenie. Mam nadzieję, że treść mojej książki przyczyni się do takiego stanu rzeczy.
Zarówno w "Perłach ramadanu" jak i felietonach często używam zamiennie słów Bóg i Allah. Jest to zabieg celowy, aby zmienić błędne przekonanie, że muzułmanie mają jakiegoś innego, własnego Boga. Allah to odpowiednik słowa Bóg w języku arabskim i używa się go również w Biblii (np. Al-Kitab Al-Muqaddas; Holy Bible, Arabic-English Bilingual Edition). Podaję również źródła hadisów, tradycji i wypowiedzi Proroka (niech Bóg go błogosławi i obdarzy pokojem), mimo iż nie jest to publikacja naukowa. Zdaję sobie sprawę z tego, że mogą one bywać męczące podczas czytania tekstu. Wielokrotnie spotykam się jednak z wypowiedziami samozwańczych specjalistów od islamu, których twierdzenia nie idą w parze z naukami tej religii. Nie chciałam, by moja książka miała podobny wydźwięk.
Nie wypowiadam się w imieniu żadnej organizacji muzułmańskiej ani wszystkich polskich muzułmanek. Część z nich odnajduje w moich słowach swoje doświadczenia, inne mnie nie rozumieją lub zwyczajnie się ze mną nie zgadzają. Świat byłby beznadziejny, gdybyśmy wszyscy byli tacy sami. Nie jestem wahabitką, jak ochoczo nazywa się na polskich forach każdą nieco bardziej praktykującą muzułmankę. Świat jest troszeczkę bardziej skomplikowany w podziałach. Podążam za islamem sunnickim.
Dochód ze sprzedaży książki w dowolnym formacie zostanie przeznaczony na rzecz Fundacji A&A Rainbow Hearts Around The World, na projekt poświęcony potrzebującym w Nigerii. Serdecznie dziękuję za Twój zakup. Razem możemy przywrócić komuś uśmiech, choćby na chwilę.
Miłej lektury!
Bismillah. (Rozpoczynam) z imieniem Boga.
Ajsza (Sadeemka)
25 stycznia 2023 / 3 radżab 1444
1. Dlaczego islam
Nie mam zamiaru przekonywać cię do mojej prawdy. Moja wiara nie wzmacnia się wraz z twoim uznaniem, ani nie słabnie, kiedy się jej sprzeciwiasz. Jest tak niezależna, jak pozwoli jej na to Bóg. W tym właśnie leży moja wolność. Ty masz swoją drogę, a ja własną.
- Suhaib Rumi
Proces mojej konwersji rozpoczął się o wiele wcześniej niż przeczytanie tłumaczenia Koranu. Kiedy mówię nowo poznanym osobom, że moja mama też jest muzułmanką, automatycznie wpadają w zachwyt, że to ja ją w jakiś magiczny sposób przekonwertowałam. Została muzułmanką obserwując ciebie! - wnioskują. Muszę wtedy zepsuć ich radość, że niekoniecznie, a nawet... odwrotnie. Byłyśmy na siebie obrażone i dopiero kiedy się pogodziłyśmy, poinformowałam ją, że przyjęłam islam. Ja też - odpowiedziała ze śmiechem. Tyle w tym było mojego wkładu, no może z wyjątkiem modlitw o jej konwersję. To przecież ona, niczego nie praktykując, wychowywała mnie jako dziecko w duchu surowego monoteizmu. Tylko Bogu należy się modlitwa, po co komu modlitwy do świętych - mawiała. Nie będę się modliła do figurek i obrazów, Bóg jest wszędzie. Nie była wielką fanką Kościoła, a jednak zagorzałym przeciwnikiem też nie. Posłała mnie do komunii, żeby mi nie było przykro obserwować inne dzieci, wpuszczała kolędę, czasem i pogoniła na mszę w niedzielę. Do bierzmowania iść nie chciałam, bo uważałam, że nie jest mi to do niczego potrzebne, a siedzenie w kościele co piątkowe popołudnie w ramach przygotowań to katorga. Nie przeszkadzało jej to. Księdzu, o dziwo, też nie. Powiedział, że to powinna być świadoma i dojrzała decyzja, a nie przymus, bo babcia się obrazi, jak w przypadku wielu rodzin. Wprawdzie miał nadzieję, że wrócę nieco później, ale mimo wszystko doceniam jego podejście.
*
Od czasów nastoletnich zdawałam się bardzo świadoma swojej duszy. Odczuwałam coś nadzwyczajnego, jak byłam wtedy przekonana. Nie potrafiłam tej emocji wyrazić słowami ani zrozumieć. Był to jak gdyby zew - intensywne uczucie w okolicach klatki piersiowej, silna tęsknota, niemalże bolesna, za czymś. Nie wiedziałam za czym. Szukałam ukojenia w muzyce, poezji i powieściach, a później - popularności i karierze zawodowej, przekonana, że to uczucie to w jakiś sposób przejaw mojej pasji. Książki i wiersze o wielkim cierpieniu czy piosenki o nieszczęśliwym życiu, przywołujące nostalgiczne wspomnienia, dawały mi złudzenie ukojenia. Uczucie to zjawiało się znikąd, bez zapowiedzi, przenikając mnie na wskroś. Byłam przekonana, że znalazłam sposób, by się go pozbyć, podczas gdy moja dusza jeszcze bardziej wyła z tęsknoty, a wszystko to, czym próbowałam ją ugasić, jedynie podsycało mój ból. Interpretowałam zaledwie reakcję jako rozwiązanie, nie rozumiejąc, dlaczego nie znalazłam sposobu, by nie wracało. Z czasem zaczęłam powątpiewać w swoją normalność - nigdy nie słyszałam, by ktoś czuł się w ten sposób. Nikt mi dotąd nie opowiedział, że moja dusza nie istnieje tylko po to, by pod wpływem serca złamanego przez życie pisać ponure wiersze. Byłam przekonana, że coś jest ze mną poważnie nie tak, że czuję za dużo, zbyt intensywnie i nie ma na to wyjaśnienia. Oczywiście zajęta swoim nastoletnim życiem udawałam przed całym światem, że nic mi nie jest, choć czegoś mi nieustannie brakowało, za czymś rozpaczliwie tęskniłam, ciągnęło mnie gdzieś indziej. Intuicja podpowiadała mi, że coś tam na mnie czeka.
Dziś wiem, że to dziwne uczucie zna wielu z nas. Mniej lub bardziej intensywnie odczuwamy to samo. Zagłuszamy je na wiele sposobów lub ignorujemy, nie potrafiąc ubrać w słowa. Nie rozumiemy, a z czasem nawet i nie dostrzegamy, traktując je jako oczywistość. Biegniemy z tłumem za kolejnym osiągnięciem, zakupem, dążymy to zdobycia kolejnego szczytu, by wreszcie poczuć spełnienie, za każdym razem odkrywając, że tu go nie na, nadal czegoś nam brakuje.
Tym uczuciem jest naturalna potrzeba bliskości z Bogiem, nawet jeżeli nikt nas tego nie nauczył, nie próbował o tym przekonać ani nawet nie jesteśmy pewni, czy w ogóle wierzymy, że Bóg istnieje. Żaden z tych czynników nie zmienia faktu tęsknoty za Nim. Minęło jednak wiele lat, nim udało mi się to lepiej zrozumieć. I ostatecznie ukoić mój ból.
*
W domu działo się źle i bardzo chciałam rzucić wszystko i wyjechać. W wieku 18 lat spakowałam się i wylądowałam w Wielkiej Brytanii. Jednak moja ekscytacja prędko zamieniła się w przerażenie i samotność. Po kilku miesiącach dotarło do mnie, że to nie sama emigracja będzie powodem mojej ulgi od tego potwornego uczucia. Ono nie zniknęło. Swoją drogą, nieustannie słyszę od serdecznych rodaków, że religię zmieniają tylko osoby z problemami emocjonalnymi i po przejściach. Pragnę polecić im zapoznanie się z podstawami psychologii - nie ma ludzi "bez przejść" i bez jakiegoś rodzaju traumy, nawet jeśli dorastali w spokojnym domu. Każdego coś boli, ma jakieś przykre doświadczenia, więc to nietrafiony argument. Poza tym, o wiele lepszym jest znaleźć ulgę w zmianie stylu życia niż na przykład w używkach. Przynajmniej tak by się wydawało, choć wiele rodzin konwertytów niestety nie podziela mojego entuzjazmu. Osobiście, gdybym była matką młodej kobiety, wolałabym, żeby się zakryła i modliła niż włóczyła i imprezowała, przyprawiając mnie co weekend o zawał serca, jako że przewiduję zawsze najczarniejsze scenariusze. Chciałabym, by więcej osób patrzyło na konwersję w podobny sposób.
Po jakimś czasie mieszkania w Yorkshire i wymyślania sobie planu na życie po raz kolejny od nowa przyszło mi na myśl, że być może praktyka religii jest odpowiedzią na moje poszukiwania. Było wokół mnie mnóstwo wyznawców islamu, ale ja bardzo nie chciałam wtedy być muzułmanką. Nie chciałam ubierać się w bardzo luźne ubrania i nosić chust, jak moje sąsiadki. Byłoby ci ładnie w hidżabie - usłyszałam kiedyś. Nigdy w życiu - brzmiała odpowiedź. Miałam przecież swoją religię, jeśli już jakaś ma mieć dla mnie znaczenie, nie potrzebowałam pożyczać cudzej. Zabawnym jest, jak Bóg pisze przewrotne scenariusze - nikt przecież nie budzi się pewnego pięknego dnia z genialnym pomysłem od dziś pobawię się w islam. Tak bardzo próbowałam być chrześcijanką, odkryć na nowo wiarę, która niewiele dotąd dla mnie znaczyła, by czuć się bezpieczniej i odnaleźć upragniony spokój, ale nie czułam absolutnie nic. Nic nie drgnęło, nie poruszyło mnie, najwyraźniej nie była to droga dla mnie, mimo że w głębi duszy wierzyłam w Boga. Zobaczę, co piszą w tym ich Koranie - pomyślałam po dłuższym czasie pewnego szarego popołudnia. Pobrałam z otchłani internetu polskie tłumaczenie. Przeczytałam je jednym tchem, choć nie wszystko było dla mnie zrozumiałe. Jego treść wydawała się bardziej przejrzysta i logiczna od Biblii i katechizmów, które przerabiałam na tym etapie, mimo że zrozumiałam później, iż logika nie powinna być warunkiem wiary. W Koranie wszystko miało sens. Poczułam, że zgadzam się z tym, co czytam, wierzę, że to pochodzi od Boga, że jest to prawda. A jednak jeszcze przez długi czas walczyłam z sobą, by nie zostać muzułmanką - miałam wymówkę, że przecież w islamie tyle trzeba, a ja nigdy nie będę święta i idealna, więc nie ma to sensu. Ostatecznie, po długim czasie szukania wymówek poddałam się i powróciłam do islamu (według jego nauk wszyscy naturalnie wyznają monoteizm w momencie przyjścia na świat, inne religie są narzucone przez rodziny - zbiór hadisów Muslim), choć nie był to prosty proces. W okresie przejściowym, trwającym kilka, lat byłam nieustannie rozerwana pomiędzy europejskim stylem życia i dawnymi nawykami a islamem. Nie było też w moim otoczeniu nikogo, kto mógłby mnie zmotywować do pracy nad byciem dobrą muzułmanką. Kolejna samotna podróż, podczas której często czułam się zagubiona. Mimo to z czasem wszystko, czego nie powinnam była robić według mojej nowej religii, zwyczajnie mi brzydło, przestawało cieszyć. Czułam się w pewnych miejscach i sytuacjach nieswojo, jak gdybym nagle przestała tam pasować. W bardzo powolnym procesie żegnałam dawny styl życia i jeszcze wolniej odzyskiwałam upragnione szczęście, choć czekało mnie po drodze wiele bolesnych lekcji i potknięć udowadniających mi, że Bóg wie lepiej niż ja, nie pozwalając na pewne rzeczy. Musiałam się tego jednak nauczyć poprzez łzy. To taka ironia drogi w islamie - kiedy wypowiadamy szahadę, wyznanie wiary, tak często wydaje nam się, że teraz wszystko będzie idealne. Rozumiemy już przecież na tym etapie swojej drogi, że to jedyny słuszny wybór, więc podróż powinna być odtąd mniej zawiła. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że ciężka praca dopiero się zaczyna. Że szczerość naszej wiary będzie testowana, a konsekwencje ignorowania jasnych wytycznych są bardzo bolesne dla duszy. Że proces oczyszczania i rozwoju duchowego, jaki nas czeka, to nie nauczenie się na pamięć formułek modlitwy, ale potknięcia, popadanie w grzechy, cierpienie z tego powodu i dopiero kiedy zaakceptujemy swój błąd i postanowimy poprawę - ulga.
Doświadczenie jest kluczowym elementem rozwoju. Można czytać o upadku całe życie, ale dopiero zadrapanie nauczy nas odporności na ból i tego jak się podnieść, by iść dalej - napisałam w jednym z felietonów. Bardzo łatwo jest się jednak pogubić w pretensjach, pytając Boga "dlaczego ja?", jak gdyby był nam On coś winien, co najmniej czerwony dywan usłany różami - tylko dlatego, że zaakceptowaliśmy islam, albo jak gdyby konsekwencje naszych grzechów były Jego winą.
Ostatecznie dziś to w brzmieniu pięknych recytacji Koranu moja dusza odczuwa ukojenie, w modlitwach pięć razy dziennie - spokój. To poprzez du'aa, prośby bezpośrednio do Boga, wielokrotnie otrzymywałam odpowiedzi w postaci natychmiastowej pomocy czy rezultatów. Nie oznacza to jednak, że to uczucie tęsknoty zniknęło. Nadal czasem wraca, teraz jednak perspektywa jest inna - wiem, co muszę zrobić, by ten ból zniknął, a także doświadczyłam słodyczy praktyki wiary, więc dążę do niej i częściej wracam do dodatkowych aktów czci zamiast czekać, aż zatęsknię bardziej. Stałam się wrażliwsza na stan swojej duszy, widzę, co jej szkodzi, widzę natychmiastowe pogorszenie. Dostrzegłam ją i potrafię się nią zaopiekować. Praktyka wiary jest dla mnie potężnym narzędziem by radzić sobie z życiem, źródłem nieograniczonych pokładów sił. Wszystko to dzięki islamowi, dlatego właśnie islam. Mimo, że praktykowanie religii jest bardzo niemodne, a dla wielu bliskich mi osób chęć bycia muzułmanką to nie tylko ostatnia rzecz, jakiej by się po mnie spodziewali - to również najbardziej niezrozumiały wybór, jakiego ktokolwiek mógłby dokonać... I ja się im wcale nie dziwię. Pewnych rzeczy nie można zrozumieć, dopóki się ich nie doświadczy, a gdyby mnie samej ktoś dawniej powiedział, że moje życie będzie się za kilka lat kręciło wokół nowego wyznania, pomyślałabym, że upadł na głowę.
3. Z nieba chłop mi spadł (cz. 2)
Nie zamartwiaj się, kiedy twoje życie wywraca się nagle do góry nogami.
Skąd wiesz, że strona, do której przywykłeś, jest lepsza od tej, co dopiero nadejdzie?
- (Jalal al Din) Rumi
Tym razem w przenośni, choć skoro już o tym wspominam, na końcu książki dołączę wpis, w którym opowiadałam, jak pewien pan w majtkach spadł mi z dachu. Póki co, bardzo na poważnie, zabiorę Was do września 2017 roku, kiedy w moim życiu pojawił się niesamowity mężczyzna. Nie będzie tu szczegółów wielkiej historii miłosnej, bo jest ona moja, a to, co prywatne, jest dla mnie bardzo cenne i starannie to chronię. Będzie jednak wzmianka o tym, jak go poznałam, ponieważ był to przełomowy moment w moim życiu duchowym. Jeśli cofniemy się w czasie by móc się przyjrzeć tamtejszej mnie, miałam 24 lata, trzyletnie dziecko, rozwód na koncie, pracę, którą kochałam i dobre czasy z powrotem na garnuszku mamusi. Duchowo było średnio. To znaczy - modliłam się, nosiłam hidżab, pościłam. A jednak, najważniejsze lekcje były dopiero przede mną. Jedną z nich stało się zrozumienie w praktyce yaqeen (czyt. jakiin), czyli jak polegać tylko i wyłącznie na Bogu. Mniej więcej w tym samym czasie zachorował mój syn, albo innymi słowy, zaczął przejawiać objawy niepełnosprawności. Byłam młoda, po lekkich przejściach, wciąż pełna nadziei, że układanie sobie życia od nowa to nic trudnego. Duchowo, jako muzułmanka, raczkowałam, wciąż ogarniałam podstawy, ale czułam się o wiele spokojniejsza i szczęśliwsza niż kiedykolwiek dotąd w swoim życiu. Rozprawiałam się z traumą emocjonalną bardzo nietrafionego małżeństwa, którego sama byłam sobie winna, bo ignorowałam porady bliskich, załatwiałam synowi diagnozę, odkrywałam siebie jako młodą kobietę. Religia była częścią mojego życia, a jednak coś mnie blokowało, nie potrafiłam wykorzystać jej potencjału. Z perspektywy czasu myślę, że problem stanowiło nieodpowiednie towarzystwo, z którym bardzo się zżyłam, złe nawyki i ogromny brak wiedzy w temacie islamu. Ignorancja nas wszystkich. Uważam też, że nieświadomie weszlam na etap bardziej dostosowywania islamu do swojego stylu życia niż na odwrót, co skutkowało tworzeniem dość powszechnej hybrydy dwóch światów, choć nie było to moim zamiarem. Tylko tyle wiedziałam i potrafiłam w tamtym momencie swojej podróży.
Wierny nie poczuje słodyczy praktyki wiary, dopóki nie postawi żelaznej kurtyny pomiędzy sobą, a swoimi pragnieniami i żądzami.
(Bishr al Haarith, "Hilyatul Awliya")
*
Był dzień Arafat. Jest to dla muzułmanów dzień szczególny, kończą w nim swoją pielgrzymkę hadżdż do Mekki. Ci, którzy nie udali się na pielgrzymkę, starają się pościć. Prorok sallallahu alajhi łasallam - niech będą z nim pokój i błogosławieństwa - powiedział:
Post w dniu Arafat kompensuje za (mniejsze - te ciężkie wymagają skruchy i poprawy by były wybaczone) grzechy poprzedniego i przyszłego roku. - zbiór hadisów Muslim.
Jest to szczególny dzień na du'aa, prośby wznoszone do Boga, jako że pomiędzy modlitwami asr i maghrib (późne południe do zachodu słońca), w ostatnią godzinę przed zachodem, są one akceptowane:
Najlepsza suplikacja to ta w dniu Arafat - zbiór Tirmidzi i Dniem obiecanym jest Dzień Zmartwychwstania, dniem poświadczonym jest dzień Arafat, a dniem świadczącym jest piątek (odniesienie do wersu Koranu 85:2-3). Nie ma lepszego dnia, w którym wschodzi słońce, niż one. Jest w nich pora, w której wierzący prosi o coś dobrego i Allah mu to ofiaruje, a kiedy prosi o ochronę przed wszystkim, co złe, otrzymuje ją - również zbiór Tirmidzi. Z innych hadisów o piątku wiemy, że porą tą jest ostatnia godzina przed zachodem słońca (zbiór Abi Dałud).
Pamiętam, że pościłam tego dnia i przygotowałam sobie długą listę du'aa. Szczególnie ważne były dla mnie dwie prośby: O Allah, proszę cię o małżeństwo pełne błogosławieństw, a także O Allah, nie mam łali (opiekuna, który broniłby mojego interesu przy zawieraniu małżeństwa, ani byłby kimś, kto w razie problemów małżeńskich się za mną wstawi), więc Ty bądź moim Opiekunem. Ochroń mnie od złych mężczyzn.